Recenzje
W linii prostej. Kryminalna seria o komisarzu Dixonie
Jake Fayter odpadł od skały i runął w dół z wysokości kilkudziesięciu metrów. Jego śmierć stanowiła zagadkę, której do tej pory nikt nie rozwikłał.Był świetnym wspinaczem, który skrupulatnie planował każdy krok i drobiazgowo rozpracowywał każdą trudniejszą trasę. Należał do tych, którzy przesuwają własne granice. Nie bał się ryzykować własnego życia, aby ratować partnera w krytycznym momencie. Wydawało się, że to po prostu nieszczęśliwy wypadek spowodowany przeoczeniem czy zwykłym błędem...
Komisarz Nick Dixon wiedział jednak, że Jake nigdy by sobie na niego nie pozwolił. Był kiedyś partnerem wspinaczkowym Jake?a, znał jego styl, zawdzięczał mu nawet życie... Kiedy Dixon został poproszony o nieformalny udział w dochodzeniu, nie podejrzewał, w jakie mroczne sprawy przyjdzie mu się zagłębić. W miarę poznawania szczegółów dotyczących życia Jake?a Dixon uświadamia sobie, że ma do czynienia z czymś tajemniczym i groźnym. Gdy zbliży się do odkrycia prawdy, śmiertelnych ofiar zacznie przybywać...
"Uniósł głowę i zobaczył, ze liny będące gwarancją jego bezpieczeństwa lecą w jego kierunku. Instynktownie zebrał siły. Wiedział, że nawet jeżeli nie zrzuci do samo uderzenie, zostanie ściągnięty w dół przez ciężar spadających lin. Mógł jedynie zamknąć oczy i czekać."
Nie wiedzieć czemu, kiedy pierwszy raz przeczytałam opis "W linii prostej", przyszedł mi na myśl film "Purpurowe rzeki". Dwie kompletnie różne fabuły, różne miejsca akcji, bohaterowie też jakoś specjalnie podobni nie są. Nie zmienia to jednak faktu, że przez takie skojarzenie byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej książki.
Książka liczy zaledwie 190 stron, co w porównaniu z kilkusetstronicowymi kryminałami, które ostatnimi czasy królują w księgarniach, wydaje się dosyć niezwykłe. Nie pomyślałabym, że autor zdoła zawrzeć w niej wszystko. A jednak! Niecałe 200 stron, a znalazła się na nich wielowątkowa fabuła, w której najważniejsze są dwie, toczące się równolegle sprawy. Wszystko jest klarowne, nie ma nieścisłości. Zakończenie, nie będę ukrywać, trochę przewidywalne. Jednak samo dojście do niego już nie do końca i za to należy się książce ogromny plus.
Ciekawym elementem jest motyw wspinaczki. Nie miałam jeszcze okazji czytać książki zawierającej taki wątek, więc jako laikowi, bardzo pomógł mi słowniczek znajdujący się na końcu książki. Warto zaznaczyć, że mimo wszystko wspinaczka stanowi tu raczej tło dla wydarzeń, dzięki czemu nie miałam poczucia "przeładowania" tematem.
Książka jest napisana dobrze, akcja cały czas idzie do przodu. Jednak "W linii prostej" skończyłam i nie mogę pozbyć się wrażenia, że nic nie wiem o bohaterach. Nie licząc komisarza Nicka Dixona, postaci są płaskie, praktycznie bez wyrazu. Żadna nie wzbudziła ani mojej sympatii, ani antypatii. W przypadku głównego bohatera jest ciut lepiej, jednak z naciskiem na "ciut". Jest to ciekawa postać -samotny mężczyzna w średnim wieku, którego najbliższym towarzyszem jest pies. Polubiłam go, jednak nie narzekałabym, gdyby Damien Boyd zdecydował się opowiedzieć o nim coś więcej. Mam nadzieję, że nadrobi to w kolejnych częściach.
Jeszcze jedną kwestią, o której nie mogę nie napisać, są dialogi. Odniosłam wrażenie, że są one dosyć nienaturalne. Miejscami wręcz nie mogłam się pozbyć myśli "Ludzie tak nie mówią!", kołaczącej się gdzieś z tyłu głowy.
Podsumowując wszystko i biorąc pod uwagę, że "W linii prostej" jest debiutem, mogę powiedzieć, że jest to książka bardzo dobra. Intryga jest niebanalna, złożona i świeża. Historia wciąga od pierwszej strony i nie wypuszcza aż do końca. Mimo drobnych niedociągnięć, które mam nadzieję zostały zrekompensowane w kolejnych tomach, bez wahania mogę polecić tę książkę i miłośnikom kryminałów, i osobom, które dopiero pragną zacząć swoją przygodę. Sprawdźcie drogę do najbliższej księgarni i udajcie się tam w linii prostej już 17 sierpnia. Nie zawiedziecie się!
readwithnefmi.blogspot.com Hania Porada; 2017-08-10
Down Shift. Bez hamulców. Seria Driven
Kiedy żyje się z poczuciem, że przeszłość ma się za sobą, a wszystkie demony zostały pogrzebane, bycie psychicznie i emocjonalnie zranionym, może wyrządzić najwięcej szkód. Coś na ten temat może powiedzieć Zander - Złoty Chłopiec i utalentowany kierowca wyścigowy, którego dzieciństwo naznaczone zostało potwornymi wydarzeniami. Po latach, wraz z otrzymaniem tajemniczego pudełka, wspomnienia odżywiają, równie wyraźne i przerażające jak wcześniej, a kłamstwa, tłumiony gniew i poczucie zdrady wypływają na powierzchnię by zacząć siać zniszczenie. Mężczyzna potrzebuje ucieczki - podobnie zresztą jak Getty Caster. Przypadek czy przeznaczenie sprawia, że obydwoje lądują pod jednym dachem, a wzajemne przyciąganie i potrzeba bliskości, zaczyna testować ich wytrzymałość i zaufanie. Czy dwójka ludzi starających się pogrzebać za sobą przeszłość i uciec od komplikacji, będzie w stanie udźwignąć ciężar pojawiającego się pomiędzy nimi uczucia? I jak to się dla nich skończy w kontekście mrocznych sekretów, które skrywają?
Down Shift to nie tylko pożegnanie z serią Driven, ale także powrót do tego co było, na całkiem nowych zasadach. Jako że wszystkie tomy cyklu są ze sobą w jakiś sposób powiązane, postać Zandera dla czytelników zaznajomionych z prozą Bromberg, nie będzie kompletną nowością. Zdążyliśmy go poznać jako chłopca, tylko po to, by w finale serii, wgłębić się w jego historię i poznać mroczne zakamarki umysłu młodego człowieka, w którym tragiczna przeszłość wściekle pulsuje, domagając się uwagi. Czymś nowym natomiast będzie jego podejście do życia - po nieśmiałym, cichym młodzieńcu, którego znaliśmy, nie pozostanie ślad... a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Pokręcona, skomplikowana historia Zandera, łączy się z historią pokrzywdzonej Getty Caster, pokazującej nam kontrolę, przemoc i poniżenie w zupełnie nowych warunkach. Pozory, kłamstwo i agresja to tylko jedne z niewielu emocji, z którymi przyszło się zmierzyć dziewczynie. Duet bohaterów ma za sobą piekło, a przed sobą - całe mnóstwo niewiadomych, z którymi być może - przyjdzie im się zmierzyć wspólnie. To co jednak jest istotniejsze, to że K. Bromberg nie pozwala im tkwić w miejscu, prowadząc opowieść w taki sposób, by mogli ewoluować, dorastać i uczyć się na własnych błędach.
Książka mimo że jest kontynuacją serii Driven, przedstawia historię, którą można czytać bez znajomości poprzedniczek. Jednak muszę tu zaznaczyć, że czytelnicy zaznajomieni z opowieścią o Rylee i Coltonie, będą patrzeć na pewne wydarzenia z tej powieści w inny sposób, niż ci, którzy w Down Shift po raz pierwszy spotkają się z bohaterami. Lektura książki jest przyjemna, pomimo dość leniwie toczącej się akcji. W tle słychać szum fal i echo nadciągającego sztormu, a my z każdą stroną coraz bardziej zanurzamy się w chaosie toczącym się w głowach Getty i Zandera i towarzyszymy im w poszukiwaniu sposobu na wyzwolenie się spod jarzma błędów i przeszłości. Powieść nie jest specjalnie odkrywcza, a chwilami czytając ją, czułam się znużona napierającymi zewsząd opisami, ale wszystko to pozwoliło zbudować K. Bromberg pełną historię, bogatą w emocje i szczegóły. I pomimo że nie jest niczym świeżym, pozwala oderwać się od rzeczywistości, urzeka klimatycznym tłem i motywami przewodnimi oraz emocjonalnym dorastaniem duetu bohaterów. Sceny erotyczne nie wiodą tu prymu, co pozwala relacji Zandera i Getty kwitnąć w swobodnym tempie, nadając jej delikatności i kruchości.
W Down Shift, K. Bromberg pokazuje nam jak ważna jest rodzina, przebaczenie i codzienna walka ze słabościami. Budując łagodną, ale pełną pasji i iskrzenia więź pomiędzy Zanderem, a Getty, przeprowadza nas przez labirynt uczuć i tworzy historię, która nie tylko okazuje się idealnym dopełnieniem serii Driven, ale i opowieścią, mogącą poruszyć w was cały wachlarz emocji. Osobiście, jestem usatysfakcjonowana finalnym tomem cyklu oraz zaangażowaniu z jakim autorka poświęciła się kreowaniu relacji międzyludzkich - z których na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem, relacja ojciec-syn. Pisarka pomaga nam dostrzegać piękno w bliznach, siłę w słabościach i uczy przekraczania granic oraz wyzbywania się niepotrzebnego ciężaru. Jeśli przepadacie za solidnie zbudowanymi romansami, opartymi na zrozumieniu, wzajemnym wsparciu i trosce lub jeśli jesteście fanami pióra K. Bromberg - serdecznie zachęcam do poznania Down Shift.
sherry-stories.blogspot.com Joanna Ciesielka; 2017-08-09
Dance, sing, love. Miłosny układ
Nie śledzę żadnych rankingów na stronach internetowych czy portalach, dlatego nie bardzo wierzę w to, gdy na okładce pojawia się określenie, że jakaś książka jest numerem jeden w danym kraju bądź zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w jakimś zestawieniu. Nie przywiązuję też uwagi do informacji, że książka została nagrodzona w jakikolwiek sposób. Często tego typu zabiegi dają złudne pojęcie o książce. Nie przeczę, że takie wyróżnienie dla autora jest czymś wyjątkowym, ale sama nigdy się nie kieruję tym czynnikiem jeżeli chodzi o wybór lektury.
Zapowiedź pierwszego tomu widziałam kilkakrotnie, ale dopiero za trzecim lub czwartym razem postanowiłam przeczytać opis książki. Wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłam przyjrzeć się bliżej Miłosnemu układowi i ocenić, czy faktycznie ma w sobie to coś, przez co będę miała ochotę sięgnąć po kolejny tom (który podobno jest już w przygotowaniu). Nieczęsto mam okazję czytać powieści, w których pierwsze skrzypce odgrywa taniec, jednak coraz częściej pojawiają się książki, w których mamy do czynienia z muzycznym tłem (np. Uratuj mnie Anny Bellon).
Livia Innocenti jest profesjonalną tancerką. Pewnego razu ona oraz grupa taneczna, do której należy, zostaje zatrudniona u gwiazdy muzyki pop — Jamesa Sheridana. Mają robić show podczas jego koncertów w czasie tournée po Europie. Początkowo wszystko przebiega spokojnie, Livia podchodzi na chłodno do sprawy, w przeciwieństwie do koleżanek z zespołu, które zachwycają się młodym gwiazdorem. Bohaterka jednak nie pała do niego sympatią, a w trakcie prób nie potrafi z nim zawiązać nici porozumienia, uważa go za rozkapryszonego i egoistycznego mężczyznę, który nikogo nie szanuje. Nie może pozwolić sobie na odejście, ponieważ te występy są dla niej dużą szansą, musi więc znosić zarozumiałego gwiazdora, który z czasem zaczyna pozwalać sobie na coraz więcej.
Od samego początku nie nastawiałam się na oryginalną historię, jednak oczekiwałam, że książka czymś mnie zaskoczy, że może autorka wplecie wątki, które ubarwią tę opowieść i sprawią, że zacznie się wyróżniać na tle innych. Pierwsze kilkanaście stron wprawiło mnie w zaskoczenie, oczywiście pozytywne. Historia może zaczęła się banalnie, ale od samego początku widziałam emocje, które towarzyszyły bohaterom — złość, poirytowanie oraz skrajną niechęć. Równie widoczna była determinacja bohaterki oraz jej włoski temperament, Livia była wystarczająco silna, aby nie dać się stłamsić oraz wiedziała, jak powinna się zachowywać, żeby nie stracić pracy. Wydało mi się to na tyle realistyczne, że zupełnie nie miałam ochoty oderwać się od czytania, a w moim sercu zatliła się mała nadzieja, że to będzie interesująca przygoda z debiutem.
Nie byłam jeszcze nawet w połowie książki, gdy postępowanie głównej bohaterki diametralnie się zmieniło, a ja zaczęłam nad nim rozmyślać, poczułam zdezorientowanie. Miałam wrażenie, że ominęłam kilka stron, dlatego wróciłam do pewnego fragmentu, aby przekonać się, czy faktycznie może coś mi umknęło, czy w książce jest po prostu luka. Nie zauważyłam momentu, w którym Livia zaczęła przekonywać się do Jamesa. Ich relacja uległa nagłej zmianie, jednak nie dowiedziałam się, dlaczego tak się stało, co skłoniło bohaterkę do takiego, a nie innego zachowania wobec Sheridana. Przez całą powieść nie jest wspomniane o sytuacji, która miałaby na to jakikolwiek wpływ. To po prostu się stało — nie wiemy, jak i kiedy. Na parę podobnych uchybień natknęłam się jeszcze kilka razy.
Taniec, śpiew i miłość — właśnie na takich filarach powinna opierać się ta książka i one powinny ją spajać w całość. Motyw tańca pojawiał się praktycznie przez całą powieść, więc byłam tym w pełni usatysfakcjonowana. Opisy prób oraz przygotowywanie się do występów nie były zróżnicowane, ale nie wpływały negatywnie na tę historię. Wątek ze śpiewem został okrojony do minimum, największa uwaga była poświęcona pierwszemu koncertowi, a potem stał się on jedynie tłem dla pozostałych wydarzeń. Ostatni filar, czyli miłość został potraktowany po macoszemu. Jak głosi stare przysłowie od nienawiści do miłości krótka droga wiedzie, tylko że w przypadku tej książki ta droga nie istnieje, a rodzące się uczucie zabłądziło w lesie. Ono pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie rozwija się stopniowo i nie ewoluuje. Nie poznajemy pobudek bohaterów ani tego, jakie emocje im towarzyszą, autorka nie skupia się na opisywaniu ich rozterek i przeżyć wewnętrznych, a raczej na posuwaniu akcji do przodu.
Nie będę oceniać bohaterów, bo nie na tym ma polegać pisanie recenzji, jednak nie mogę spojrzeć na ich zachowanie z aprobatą. Najzwyczajniej w świecie byłam zaskoczona tym, że Livia z bohaterki pełnej temperamentu, przemieniła się w osobę, która nie ma własnego zdania, a gdy ktoś jej ubliża, obraża, jest dla niej niemiły i ją wykorzystuje, nie potrafi zareagować. Po pewnych wydarzeniach stała się wrakiem człowieka, który nie ma w sobie woli walki. Najbardziej jednak zaskoczył mnie moment, w którym nikt nie zareagował, gdy zaczęła sięgać coraz częściej po alkohol. Czy nie zależało jej na tańcu, który rzekomo był całym jej życiem? Częste sięganie po alkohol nie rozwiąże problemów i nie sprawi, że zmartwienia znikną. Jego nadużywanie może prowadzić wyłącznie do uzależnienia i stracenia gruntu pod nogami. Może na chwilę zapomnieć o tym, co ją trapi, ale nie przywróci jej na właściwy tor. Nie wiem, czym było spowodowane jej późniejsze zachowanie, ale nie postąpiła dobrze, biorąc odwet na mężczyźnie, dla którego straciła głowę. Czy nie okazała się takim samym człowiekiem, co on, kiedy zaczęła zachowywać się w podobny sposób? Próbowała się usprawiedliwiać, ale dla mnie było to bez znaczenia — miłość zmusza człowieka do różnych zachowań, jednak Innocenti pokazała, że z dorosłością jej nie po drodze.
Nie ma co ukrywać — relacja głównych bohaterów nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, jest po prostu toksyczna. Liczne nieporozumienia i niedomówienia sprawiają, że nie potrafią się porozumieć i ciągle się kłócą. Choć przeciwieństwa się przyciągają, to nie wydaje mi się, aby ta dwójka do siebie pasowała, zwłaszcza że w grę wchodziła trzecia osoba, dlatego trudno było mi uwierzyć w szczere uczucie ze strony Jamesa.
Książka liczy prawie 600 stron, jednak sporo w niej zapychaczy, które zaburzają rytm powieści. Nie mam nic przeciwko opisywaniu tego, co akurat bohaterowie mają na sobie, jednak im więcej takich opisów, tym dla mnie staje się to nużące i zbędne. Pewne kwestie można ominąć, wystarczy delikatnie nakierować czytelnika, co jakaś postać ma na sobie, a potem niech zadziała wyobraźnia. Nie wydaje mi się zresztą, aby szczegółowy opis każdego stroju był na tyle potrzebny i miał jakiś wpływ na wydarzenia. Takie zapychacze sztucznie wydłużają powieść, a czytelnik niepotrzebnie nastawia się na długą i przyjemną lekturę.
Dla mnie ciekawym urozmaiceniem okazało się wplecenie piosenek, które mniej lub bardziej trafiają w mój muzyczny gust. Byłam mile zaskoczona, gdy na kartach powieści pojawiło się dobrze wszystkim znane Zombie zespołu Cranberries, Bed of roses Bon Jovi czy Do I wanna know? Arctic Monkeys.
Jeżeli chodzi o styl pisania Layli Wheldon, nie jest on zły, jednak widać, że dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem. Posługuje się prostymi, niezbyt skomplikowanymi zdaniami. W Miłosnym układzie przeważają opisy, ale nie brakuje też dialogów i potyczek słownych między bohaterami. Jeśli wystarczająco dużo czasu poświęci na pisanie i ćwiczenie swoich pisarskich umiejętności, to myślę, że z każdą kolejną publikacją będzie jeszcze lepiej.
Dance, sing, love. Miłosny układ nie okazało się tak satysfakcjonującą lekturą, jak oczekiwałam. Widziałam w tej historii niebywały potencjał, który niestety nie został dobrze wykorzystany. Luki i niedociągnięcia sprawiły, że czytanie każdej kolejnej strony nie było taką przyjemnością, jak na początku. Nie podcinam skrzydeł, nie lubię tego i uważam, że to nie w porządku w stosunku do jakiejkolwiek osoby, a już zwłaszcza początkującej, jednak myślę, że każda wskazówka jest na wagę złota. Nie skreślam tej autorki całkowicie, ponieważ sądzę, że jeżeli się przyłoży i popracuje nad błędami, to będzie tylko lepiej.
kulturalna-arena.pl Aleksandra Bartczak
Dance, sing, love. Miłosny układ
Taniec od zawsze stanowił ważny element w życiu Livii Innocenti. Nic więc dziwnego, że dziewczyna związała swoją przyszłość z zespołem, wraz z którym tworzy niesamowite show podczas koncertów oraz w teledyskach najbardziej cenionych i uznawanych gwiazd sceny muzycznej. I chociaż ta praca wymaga wiele poświęceń, gdzie jednym z nich jest częsta zmiana miejsca pobytu, Livia czuje się przeszczęśliwa, że może stanowić część tego świata, poznawać nowe zakątki kuli ziemskiej czy współpracować z najpopularniejszymi osobistościami. Ale niestety przychodzi taki moment, kiedy zaczyna przeklinać na swój zawód...
James Sheridan, bożyszcze fanek w różnych granicach wiekowych, ulubieniec wszelkiej maści portali plotkarskich ze względu na swój nietypowy związek, niedługo ma rozpocząć swoje tournée po Europie, jednakże brakuje mu – prócz kolejnego zejścia się z ukochaną – zespołu tanecznego pomagającego dokonać z jego zwyczajnego koncertu (o ile jego koncerty można takimi nazwać) coś, co ludzie będą mogli zapamiętać do końca swych dni. W tym celu zatrudnia profesjonalną ekipę, w której skład wchodzi właśnie Livia. Jako że dziewczyna jest do niego uprzedzona, ich współpraca nie wygląda zbyt dobrze. Na dodatek Liv zostaje zmuszona do częstszego oglądania twarzy zarozumiałego i aroganckiego piosenkarza, a to za sprawą choreografii, według której kilka utworów muszą wykonać w duecie. A James wcale tego nie ułatwia. Prawie na każdym kroku pokazuje, że ma nad panną Innocenti znaczącą przewagę, którą odważnie wykorzystuje. Tym samym dochodzi między nimi do spięć i nieprzyjemnych nieporozumień, lecz pomiędzy dogryzaniem sobie oraz wzajemnym oszczerstwom przychodzi moment stanowiący ogromny przełom w ich relacji.
Jak potoczy się niecodzienna znajomość Livii i Jamesa? Czy ich nieprzyjemny początek znajomości zostanie zamieciony pod dywan i zapomniany, dzięki czemu będą mogli poznać się na nowo i zrozumieć, że ich serca już od dawna biją jednym rytmem? Tylko jak przeskoczyć fakt, że James nadal coś czuje do swojej byłej i nie wyobraża sobie kogoś innego u swego boku? A może Livia ma stanowić jedynie odskocznię od problemów w pokręconym związku gwiazdora? Czy ten wspólny taniec nie przyniesie jedynie bólu?
Jako osoba wielbiąca filmy taneczne (och, człowiek spędził wiele godzin na ich oglądaniu i marzeniu, by samemu spróbować dorównać utalentowanym tancerzom...), pomyślałam sobie, że debiut Layli Wheldon, gdzie taniec stanowi dość ważny element fabularny, nie może pozostać przeze mnie nie zauważony. Niemalże rozpromieniona możliwością poznania Livii, której świat kręci się wokół tej wspaniałej, aczkolwiek wymagającej dziedziny, wręcz nie mogłam się doczekać lektury. I jak przypuszczałam, początek stanowił niesamowity wstęp do całej powieści. Był przepełniony miłością do tańca. Mgiełka stworzona z pasji i poświęceń dość długo unosiła się nad rozdziałami, a towarzyszące przy tym emocje tworzyły doskonały pakiet wrażeń. Tylko że po jakimś czasie to cudo zeszło ze sceny, ustępując miejsca szalonej historii miłosnej, gdzie uczucia bohaterów zdawały się być napędzane oparami przeszłości oraz nieprzychylnej i niepewnej przyszłości. Nieraz stawałam się świadkiem pięknych i zmysłowych scen, gdzie autorka zgrabnie i ze smakiem przedstawiła sceny łóżkowe, dodając skomplikowanej miłości pikanterii godnej papryczki chilli. Nie obyło się także od ognistych kłótni, a to za sprawą wybuchowych charakterów naszych bohaterów. Jednakże nawet ukazanie prawdziwej przyjaźni czy miłości nie mogło wyzbyć się ze mnie uczucia, że po jakimś czasie brakowało mi tego, co od początku napędzało lawinę zdarzeń i pomogło Livii oraz Jamesowi stanąć na swojej drodze. Także ukazanie związków, gdzie docieranie do siebie poprzez słowa dość często zostawało zastępowane stosunkami seksualnymi czy drobnymi gestami, które wydawały mi się takie... zmechanizowane. Owszem, zdarzały się momenty pełne wyznań i próby załagodzenia spraw, co pozwalało odetchnąć od erotycznych wrażeń, ale i tak bałam się, że lada moment to przeminie i ponownie nastanie ogromny wybuch TYCH uczuć. Dopiero kiedy główna bohaterka przebywała poza zasięgiem naszego gwiazdora, odczuwałam ogromną ulgę, bo właśnie wtedy mogłam odetchnąć od tych scenerii. Rozumiem, mam do czynienia z romansem, ale czy to oznacza, że niemalże na każdym kroku muszę mieć styczność z tego typu scenami? Już nawet chciałam zrobić wyjątek dla pojawiających się w tekście wulgaryzmów (sami dobrze wiecie, jaki mam do nich stosunek), ale kiedy tylko James zaczynał ich używać jako przecinków, chciałam uderzyć go słownikiem, coby mógł odkryć nowe słownictwo. Porzucając jednak te przykre incydenty, wciskając je w ciemny kąt, muszę rzec, że zostałam oczarowana wykreowanym światem. Może jakoś nie ciągnie mnie do zachłyśnięcia się sławą i możliwości płynących z wysokiego statusu, nie mogę odmówić temu wszystkiego jednego – realności. Nie jestem również w stanie zapomnieć o części humorystycznej książki, bo dla niej również nie zabrakło miejsca. Niekiedy musiałam się powstrzymywać przed gwałtownymi wybuchami śmiechu, bo raczej ludzie przechodzący pod moim oknem mogliby się przestraszyć i zejść na zawał, a ja nie chciałabym mieć nikogo na sumieniu! Tylko szkoda, że zakończenie wydawało mi się takie... pospolite? Tylko to słowo ciśnie mi się na usta. Żeby nie było, pobudza ono chęć szybkiego poznania kontynuacji losów Livii i Jamesa, ale mam nieodparte wrażenie, że to już po prostu było.
Tylko świadomość, że ja jestem realna, a Livia jedynie wymyślona, powstrzymuje mnie przed uduszeniem tej dziewczyny, gdzie w międzyczasie walczyłabym z chęcią przytulenia jej. Uwielbiałam ją za cięty język, umiejętność wyrażania własnego zdania oraz miłość, jaką obdarzała swoją pasję, jednakże kiedy w grę wchodziły uczucia, wydawała się nie tą osobą, którą polubiłam. Jej niemalże toksyczny związek z Jamesem (inaczej nie potrafię go określić) powoli ją niszczył, Liv stawała się cieniem samej siebie. Chyba niewielu lubi, kiedy bohater wiecznie się upija, aby tylko pogonić w siną dal smutki. A kiedy przyszedł moment zagubienia, nieumiejętne sterowanie własnym ciałem, chciałam potrząsnąć naszym gwiazdorem, by ten wreszcie zdecydował, którą z pań tak naprawdę kocha, bo przez cały czas bawił się uczuciami naszej bohaterki. Chociaż z drugiej strony nie obiecywał jej czegoś stałego, także nie wiem, czy jest sens obarczania go winą... Jednakże pewna była przyjaźń, jaka łączyła Livię z Kathy. Dziewczyny zawsze mogły na siebie liczyć i nawet kiedy ta druga była w szczęśliwym związku, potrafiła stanąć na wysokości zadania i wspierać przyjaciółkę. I jak na osobę pełniącą tę funkcję umiała również sprawić, aby ta wyszła z otępienia i przestała przypominać zombie.
Layla Wheldon, a raczej Sandra Sotomska (bo to właśnie ta dama ukrywa się pod tym pseudonimem artystycznym), jak na debiutantkę przystało, popełnia jeszcze nieco błędów, ale już teraz mogłam zauważyć, że ma potencjał i naprawdę nie dziwi mnie ogromne zainteresowanie jej dziełami na Wattpadzie. Dziewczyna ma ogromny talent do kreowania charakterystycznych i rzucających się w oczy bohaterów, którzy nie tylko mają zalety, ale również dzielą się z resztą świata swoimi wadami. Także plastyczne opisy są w stanie wywołać kompleksy u tych, którzy sami mają z nimi problem. Człowiek rzeczywiście ma wrażenie, jakby przechadzał się tymi samymi ścieżkami, co postaci w książce! Tylko pragnę uprzedzić, że tym samym autorka podniosła sobie poprzeczkę i życzę szczęścia, aby kolejny tom uniknął spotkania z klątwą krążącą nad słabszymi jakościowo kontynuacjami serii!
Podsumowując:
Chociaż [Miłosny układ] nie jest wybitną powieścią, nie znajdziesz tutaj wielu pouczających słów mogących wywołać zadumę nad życiem oraz chęć zostania filozofem, ale towarzyszące podczas lektury wrażenia nie pozwolą ci usiedzieć w miejscu. Czasami nawet nie warto mrugać, aby nie przegapić akcji, której tempo jest porównywalne do prędkości, jaką może osiągnąć bolid formuły 1. Także jeżeli chcesz poznać dobry debiut, gdzie pasja oraz gorąca, ociekająca erotyzmem znajomość utalentowanej tancerki oraz gwiazdora światowego formatu stanowią klucz do wniknięcia w szeregi wyższych sfer – ta książka jest zdecydowanie dla ciebie!
bluszczowe-recenzje.blogspot.com/ Aleksandra Bienio; 2017-08-01
Jesteś kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia
Poradniki - jak myślicie, pomagają w życiu? Czy są może tylko kilkunastoma stronami, na których autor lub autorka wymądrzają się i próbują przekonać nas do swoich racji? W swoim życiu przeczytałam kilka poradników, do ponad połowy mam mieszane uczucia. Czy z "Jesteś kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia" będzie tak samo?
Chyba nikt z nas nie lubi, jak ktoś mówi mu co ma robić i jak ma żyć. Moja skromna osoba też tego nie lubi. Prawda jest jednak taka, że jeszcze się nie urodził taki osobnik, który wiedziałby wszystko, dlatego też stworzono szkołę i zaczęto pisać poradniki. Poradniki, a zwłaszcza ten, który dziś przedstawiam sprawdza się wyjątkowo w przypadku osób bardzo zakompleksionych, nie potrafiących ruszyć do przodu i stłamszonych przez otoczenie. Tak Kochani, jeżeli jesteście osobami niezaradnymi życiowo i nie potraficie dążyć do celu, to "Jesteś kozak..." jest dla Was!
Autorka podzieliła książkę na rozdziały, dokładnie jest ich pięć. Na samym początku sprawdzamy kim jesteśmy i czy otoczenie ma na nas decydujący wpływ. Uświadamiamy sobie, że osoby toksyczne i destruktywne potrafią skutecznie niszczyć nasze cele i pragnienia, powodując brak rozwoju. Następnie autorka uświadamia nam w jaki sposób obudzić w sobie "bestię" i zacząć żyć po swojemu. To życie po swojemu nie jest wcale takie proste. Jak dziś pamiętam chwilę, kiedy zaczęłam pisać bloga - cóż to było za wydarzenie wśród znajomych i rodziny. No bo jak można się tak uzewnętrzniać, być innym niż wszyscy, a do tego czerpać z tego przyjemność. Do dnia dzisiejszego osoby te wchodzą tutaj szukając taniej sensacji, a ja... piszę dalej, już ponad dwa lata, i dobrze mi z tym. Na początku jednak wiele mnie kosztował dążenie do celu, konsekwentne bycie "inną" i nie wtapianie się w szarą, otaczająca mnie masę. Wiecie co mi pomogło? Pozbycie się z życia osób toksycznych, które nie były mi życzliwe - i oto właśnie chodzi i to również przekazuje nam autorka.
Język jakim pisze jest świetnie skonstruowany. Ona nie narzuca swojego zdania, ale stara się czasem dyskretnie, a czasem "z grubej rury" uświadomić nam pewne sprawy. Pisze do tego bardzo interesująco, co sprawia, że czytamy z zapartym tchem i nabieramy zaufania. W trakcie czytania zauważamy, że nasz sposób myślenia się zmienia, by na końcu powiedzieć głośno "dam radę, mogę i zrobię to"! Genialnym zagraniem jest też przytaczanie opowieści z własnego życia autorki. Dzięki czemu czujemy płynąca z tekstu autentyczność i utożsamiamy się z nią?
"Jesteś kozak..." to niewielka ilość stron, ale wystarczająca, by zawrzeć w niej treść, która podnosi na duchu, motywuje i daje kopa do działania. Polecam każdemu, kto nie potrafi przełamać schematów i skupia się na tym, co myślą inni, zamiast iść swoją drogą.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/