ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Zranieni

Wyobraźcie sobie sytuację, że właśnie zdenerwowani i nie do końca pewni siebie trafiacie na randkę w ciemno. Wszystko, zaskakująco, zmierza jednak w dobrym kierunku. Przystojny partner, udana rozmowa, pragnienie brnięcia w to dalej. Nagle okazuje się, że się pomyliliście i to nie co do oceny osoby, a co do wyboru stolika. To nie jest Wasza randka! I już wtedy cała magia chwili pęka jak mydlana bańka. Zabawne? W ten sposób zaczyna się historia szukającej szczęścia bohaterki powieści „Zranieni”. Zainteresowało Was co będzie dalej? Zapraszam na recenzję. ZARYS FABUŁY Nieudana randka z finalną kompromitacją sprawia, że Sidney przestaje wierzyć we własne siły. Walcząc z mrokami przeszłości chciała stawić im czoła. Niestety cały ambitny plan kończy się fiaskiem. Życie jednak doprawdy potrafi ludziom dopiec, w szczególności, kiedy obierze sobie za cel poranione jednostki. Peter, czyli mężczyzna, z którym przez pomyłkę spotkała się w restauracji, okazuje się nowym wykładowcą na jej uczelni. A ona, mało tego, że będzie zmuszona pełnić rolę jego asystentki, zostaje także jego studentką. Czy mogło być gorzej? Miłość, do której niełatwo będzie się przyznać. Relacja, która nie powinna przekraczać służbowych granic. Przypadek, który zaczyna rozwijać swoje skrzydła. Czy w świecie, w którym głośnym echem odbija się przeszłość, można znaleźć szczęście? ZRANIENI – CZYLI ONA I ON W książce pojawia się schematyczna budowa związku oparta na zakazanym uczuciu, które nie powinno się wydarzyć, a jednak… Czy tylko ja mam wrażenie, że to już było? Niemniej dobrze wykorzystana koncepcja, nawet jeśli mało świeża, może zdobyć uznanie. Jak było tym razem? Sidney to dziewczyna, która ucieka przed przeszłością. Osamotniona, zamknięta na relacje z mężczyznami, blokowana traumą, która nieraz przysparza jej kłopotów i wstydu. Przestraszona, choć próbująca stawiać czoła problemom, nie irytuje, choć przyznam, że niektóre z jej zachowań sprawiają wrażenie przesadzonych, że aż nienaturalnych. Z drugiej strony, kobieta sporo przeżyła. Ale co jej się przydarzyło? To musicie odkryć sami. Znacznie bardziej przypadła mi do gustu kreacja Petera. Człowiek obyty, z posadą godną szacunku. Trzymający emocje na wodzy potrafi rozczulić, bo w jego wnętrzu tkwi smutna historia, która pozostawiła po sobie ślad na sercu i ciele. Para stawiająca czoła wielu wyzwaniom – polubiłam ją, chociaż nie pokochałam. TANIEC W TLE Uczucie jak z Kochając pana Danielsa, upokorzona bohaterka jak z Przypadków Callie i Kaydena oraz tło wyjęte rodem z Dirty Dancing. „Zranieni” to mieszanka różnych pomysłów tworzących w efekcie interesującą historię, którą czyta się całkiem szybko. Fabuła nie skupia się wyłącznie na miłości. Pojawia się tutaj także powracająca przeszłość – dosłownie i w przenośni. Niektóre z koszmarów stają się rzeczywistością, a demony zamierzchłych lat wychodzą z ukrycia, by narobić więcej szkód. Z BAGAŻEM TRAUM Książka porusza istotne tematy, ponieważ bazą całej akcji okazuje się ludzka krzywda. Nie ukrywam jednak, że na swoim koncie mam wiele wzruszających powieści i ta nie wywołała w mnie współczucia. Pokornie przyjmowałam wszystko to, co aplikowała mi autorka, chociaż bez większych wrażeń. Może zbyt banalnie i zbyt płasko potraktowała traumy przeszłości, może postawiła na zbyt przesadną liczbę zbiegów okoliczności, które nie zaangażowały mnie, a jedynie pozwoliły mi przyglądać się całości z pewnej odległości? Nie wiem. Z drugiej strony książka liczy zaledwie 204 strony. Liczę na to, że H.M. Ward rozwinie skrzydła w kolejnych częściach, a ja pomimo wad, planuję je przeczytać. Bo wyczuwam w niej potencjał i lubię ten gatunek. BLOKOWANA NAMIĘTNOŚĆ To, co odróżnia książkę od innych powieści z fabułą opartą na romansie, to specyficzny rodzaj namiętności. Takowa wisi w powietrzu, ale nie eksploduje. Autorka nie zasypuje czytelnika wyuzdanymi scenami czerwieniącymi policzki. A takie przeczekiwanie zaostrza apetyty i to mi się podoba. PODSUMOWANIE Historia o miłości, ale nie tylko. Nieco przewidywalna, schematyczna, choć potrafiąca przykuć uwagę. Z trochę zdziwaczałą główną bohaterką i bohaterem, którego naprawdę polubiłam. Powieść nie wywołała we mnie lawiny emocji, pomimo tego, że trochę na to liczyłam. Z tymi swoimi demonami przeszłości wciąż pozostaje lekką lekturą, którą pochłania się w ciągu dwóch-trzech godzin. Dla pragnących relaksu, nieprzepadających za obszernymi tomiszczami kobiet – traf w dziesiątkę. Dla koneserów gatunku – odgrzewany kotlet. Jaka okaże się kolejna część? Planuję to sprawdzić. Bo wierzę w to, że autorka czymś mnie jeszcze zaskoczy.
http://ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com/ Weronika Tomala; 2017-04-12

Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska

Tyle co skończyłam lekturę niezwykle pięknej książki niezwykle pięknie wydanej przez śląskie Bezdroża. „Zabrałam brata na koniec świata” to owoc prawie rocznej podróży czteroosobowej rodziny przez 10 krajów Ameryki Łacińskiej. Eliza, Łucja i dwóch Wojciechów czyli mama i córka, tata i syn Łopacińscy z Torunia i Gwatemala, Belize, Meksyk, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kuba, Kolumbia oraz Ekwador – 114 dni i ponad 30 tys. kilometrów przebyte i przeżyte pod hasłem: „Jechaliśmy poznawać świat i podpatrywać ludzi żyjących inaczej”. Zamiast wygodnego łóżka – śpiwór i karimata, zawartość szafy zredukowana do plecaka. Noclegi – u życzliwych lokalsów (o nich zaraz nieco więcej!), ale i na plażach, a także w starej chacie na zboczu wulkanu! Jedzenie – wyłącznie lokalne, czyli spożywane przez miejscową ludność. I wreszcie przemieszczanie się wyłącznie chicken busami – środkami transportu, które miłośnicy literatury podróżniczej znają z niemal każdej książki bądź z autopsji; stare i wysłużone ponad normę, („nawet tą bajkową”, tj. mające i 30 lat, i więcej!), z miejscami dla ponad setki kur i kóz i ich właścicieli i czwórki i gringo ze swym ruchomym dobytkiem. Po 30 godzinach podróży, bez łagodnej klimatyzacji wita podróżników Gwatemala, „która ma w każdym oknie kraty, faceci chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a ogrody otoczone są drutem kolczastym pod napięciem” . Mocny początek, lecz jakby na przekór brutalnej rzeczywistości od pierwszego do ostatniego miejsca tej podróży, z jednym czy dwoma wyjątkami Łopacińscy napotykają ludzi o gościnnych sercach i przeogromnej życzliwości, którzy otwierają swe domostwa i zapraszają gości z dalekiej Polski do swego życia. „W czasach, gdy nie znamy naszych sąsiadów, gdzie mijają nas tysiące ludzi, pragnęliśmy stworzyć relację z drugim człowiekiem.(…) Nastawiliśmy się na totalne branie i na korzystanie z dobroci innych”. – pisze Wojciech ( tata). To i zminimalizowanie kosztów wielomiesięcznej podróży było możliwe dzięki couchsurfingowi, który z kolei jest możliwy dzięki Internetowi. Spotkania Łopacińskich z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej to temat na osobną książkę! Moją pasją jest literatura podróżnicza , przeczytałam już morze książek – wspomnień i mimo zagrożeń, jakie niesie z sobą współczesny świat i podróże w dalekie strony ( często – w pojedynkę!), zawsze potwierdza się, że w człowieku jest ocean dobra i życzliwości, że podróżnik z dalekiego świata to nie „materiał” do oskubania, lecz ktoś, kto w naturalny sposób wyzwala potrzebę pomocy i opiekuńczości. „W Ameryce Południowej – wspomina Wojciech, tata – gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy”, kierowca chicken busa zawraca, by odszukać i oddać Łopacińskim zgubiony plecak z laptopem i projektorem multimedialnym, lekarz, obchodząc przepisy i samemu się narażając, bezinteresownie zaopatruje rodzinę w antybiotyk i niezbędne środki opatrunkowe, zaś gospodarze goszczący rodzinę z Polski biorą urlop, by obwieźć gości po swym kraju i pokazać to, co w nim najpiękniejsze. Dwadzieścia rodzin, nie zawsze bogatych, lecz zawsze ciepłych, serdecznych i ciekawych przybyszów z daleka, o których Eliza, mama napisze: „W tej podróży cały czas spotykamy wspaniałych ludzi”. Podróż Łopacińskich obfituje we wzruszające sytuacje; Lusia i Wojtuś ( córka i syn) są świadkami poruszającej demonstracji hawańskich Kobiet w bieli (Damas el Blanco) i niezwykłej odwagi ich ojca ( koniecznie przeczytać!!!!), co rusz widzą na ulicach dzieci od najmłodszych lat zarabiające na chleb i dociera do nich prawda, że poza Internetem i nowoczesnością wciąż istnieje świat, w którym „czerpie się wodę ze studni, nie używa papieru toaletowego i robi pranie na kamieniu w rzece”, że toaletą może być dziura w betonie, a kuchenkę stanowić taboret z jednopalnikową kuchenką! Ojciec Wojciech pisze: „Daliśmy dzieciom niesamowitą szkołę życia”, a ja dodam, że częścią tej „nauki” była realizacja projektu wymyślonego przez tatę Wojciecha , a zatytułowanego „Szkoły świata. Z dziećmi do dzieci”. W swą wielomiesięczną podróż Łopacińscy zabrali laptopy, projektor, flagi biało-czerwonej i toruńskie pierniki w ilościach których zupełnie się pogubiłam! J W miejscowościach, w których nocowali, Łopacińscy szli do szkół, a tam Lusia i Wojtuś - początkowo stremowani i tylko po angielsku, potem – po hiszpańsku i z dziecięcą spontanicznością, opowiadali swym rówieśnikom o dalekiej Polsce, wyświetlali filmy z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, tańczyli poloneza, śpiewali nasz hymn i częstowali toruńskimi piernikami. Pomysł – genialny w swej prostocie i nie do przecenienia , gdy idzie o jego wartość!!! Książka „Zabrałam brata na koniec świata” ma niecodzienną narrację. Jej autorami jest cała czwórka podróżników; pisze mama i tata, córka i syn. To ciekawy pomysł, zwłaszcza gdy jakiś epizod możemy ujrzeć z kilku perspektyw. Opisom wrażeń towarzyszą liczne i piękne zdjęcia i – nowość - tzw. QR-y, dzięki którym możemy obejrzeć filmiki z pobytu w każdym z odwiedzonych krajów. Przygodami i przeżyciami ze swej podróży Łopacińscy mogliby obdarować niezłą gromadkę chętnych! Na Belize pływali z rekinami ( czy wiedzieliście Państwo, że rekin potrafi wyczuć kroplę krwi w 115 litrach słonej wody?!), w Meksyku obserwowali poród żółwi i kupowali ser… na metry(!), a w Ekwadorze odbyli morską podróż na spotkanie z wielorybem. W Panamie obserwowali obchody 100 lecia Kanału Panamskiego i „wychodzili” audiencję u króla Indian Naso. W Hondurasie nie pozwoliły im zasnąć nocne porachunki narkotykowych gangów, a w Kostaryce –drgania skorupy ziemskiej ( ok. 30 w ciągu każdego dnia!). Poznali plantacje kawy i ananasów, kąpali się w gejzerach, zdobyli ( i zatknęli polską flagę!) na 6,5 wulkanach i poznali cztery główne ośrodki cywilizacji Majów. To nie wszystko! Po Hawanie podróżowali Lincolnem z …1949 roku i z rozdziawionymi buziami ( Wojtuś i Lusia) oglądali maluchy, duże fiaty i polonezy mknące po ulicach kubańskiej metropolii. Tu tata Wojciech udziela dzieciom cennej lekcji z socjalizmu, który z Polsce BYŁ, a na Kubie wciąż JEST, a którego atrybutem są puste sklepy, na półkach których królują wiadra, konserwy i… rum! A mimo to Kuba ( i książka!) potrafi zauroczyć, skoro czytam: „Zakochaliśmy się w Hawanie i raz jeszcze w sobie” J ( mama Eliza). Bezcenne spotkania z ludźmi, przygody, których nie da się wymienić za jednym razem i wreszcie lokalne przysmaki! To też rozdział, który mógłby rozrosnąć się do osobnej książki. Pupusa, owoce lulo, guajawy i sapote, babako czyli owoce szampańskie ( czemu takie – przeczytajcie Państwo sami J). Upieczona świnka morska, frytki z.. juki i juka gotowana, omlet z krabami, prażony banan z pastą z fasoli i ta ostatnia – fasola czyli frijoles - w każdej postaci, w każdym niemal posiłku! Łopacińscy jedzą absolutnie wszystko poza żywymi robakami, na które jednorazowo skusili się – najpierw Wojciech syn, a po nim – Wojciech ojciec! Wszystko – jak zapewniali-( poza robakami!) było smaczne, pachnące, niezwykłe. Nam wypada jedynie wierzyć i czekać z niecierpliwością na kolejne książki tej niezwykłej rodziny z Torunia. Lusia, najmłodsza podróżniczka, w ostatnich słowach zapewnia, że tytuł książki jest jak najbardziej uprawniony, skoro przed nią, jej bratem oraz rodzicami –„kolejna podróż w inne kraje Ameryki Południowej, a także Afryka i Azja”.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2017-04-18

Kot na diecie BARF. Zdrowe i naturalne jedzenie dla Twojego pupila

BARF to propozycja naturalnej diety dla kota. Polega ona na całkowitym odrzuceniu suchej karmy i zastąpieniu jej surowym mięsem, które jest naturalnym posiłkiem każdego drapieżnika. Koty są mięsożerne, więc ich organizm nie jest przystosowany do jedzenia zbożowych chrupek, w których znajduje się więcej roślinnych składników niż mięsnych. Producenci zapewniają właścicieli zwierząt domowych, że suche karmy zapewnią zbilansowany posiłek, dzięki czemu ich pupile będą (w zależności od rodzaju karmy) bardziej energiczne, zaczną więcej pić wody (co rzekomo ma zapobiec chorobom nerek), będą mieć zdrowe kości, lepszy apetyt, ładniejszą sierść itp. Małgorzata Olejnik w swoich obu książkach o BARFie przekonuje, że to nieprawda. Sucha karma jest przetworzonym produktem, opartym zasadniczo na składnikach roślinnych oraz zbożowych, ryżowych i kukurydzianych – czyli takich, do których natura kotów i psów nie przystosowała. Autorka przekonuje także, że zbilansowany każdy posiłek nie jest także naturalnym pożywieniem. Tak jak człowiek nie jada w ciągu całego dnia wszystkich składników, potrzebnych mu do prawidłowego funkcjonowania, tak też jest u kota, który na wolności je to, co w danym momencie upoluje. Zbilansowana dieta rozkłada się na dłuższy okres, na przykład dwóch miesięcy. Małgorzata Olejnik zapewnia, że surowe mięso wraz z kośćmi zapewnia wszystkie niezbędne dla zdrowia kota wartości odżywcze, a także gwarantuje higienę jamy ustnej, gdyż kot podczas gryzienia kości czyści i pobudza dziąsła. Tymczasem resztki chrupek z karmy pozostają w przestrzeni międzyzębowej, co staje się przyczyną powstawania kamienia nazębnego i próchnicy. Kot na diecie BARF to publikacja, która ma przekonać właścicieli kotów do zmiany dotychczasowego, komercyjnego sposobu karmienia na naturalne, które zapewnia zwierzętom lepsze zdrowie. Wszak weterynarze - podobnie jak lekarze i farmaceuci - są uwikłani w wielką sieć marketingową, gdzie pieniądze mają większą wartość niż prawdziwe zdrowie. Przyjmuję, że dieta BARF jest zdrowszą alternatywą żywienia kota. Jednak dla mnie jest to jedyny argument przemawiający za tym sposobem żywienia. Czytając tę książkę, odnosiłam wrażenie, że jest ona dostosowana do odbiorcy zagranicznego, pochodzącego z kraju, gdzie dobre mięso jest łatwo dostępne i niedrogie. Przeciętny mieszkaniec miasta ma dostęp do mięsa tylko w wielkopowierzchniowych sklepach, w których produkty nie są pierwszej jakości, a mięso nie należy do najtańszych. W miejscach, gdzie sprzedawana jest naturalna i ekologiczna żywność, ceny są jeszcze wyższe. A próżno w mieście szukać bezpośredniego dostawcy. Tak więc czynnik ekonomiczny i jakościowy nie zachęca do wprowadzenia zmian. Autorka obala przekonanie, że stosowanie tej diety jest o wiele bardziej czasochłonne niż otwarcie puszki, ponieważ karmę można przygotowywać raz na jakiś czas - na przykład co 2 tygodnie - a potem kilka razy dziennie wydzielać przygotowane porcje. To tylko kwestia przyzwyczajenia. Natomiast sporym problemem przy przejściu na BARF jest to, jak przekonać swojego kota do jedzenia innej karmy niż ta, do której jest przyzwyczajony? Małgorzata Olejnik tu także udziela konkretnych porad. Tyle, że autorka nigdy... nie miała kotów. W pierwszym rozdziale próbuje zdobyć autorytet u czytelnika tym, że ma doświadczenie w stosowaniu diety BARF u psów, którymi od wielu lat się opiekuje. Zawsze pisząc o karmieniu kotów, Olejnik odwołuje się do obserwacji pupilów znajomych. Czy ktoś, kto nie żył z kotami, może pisać poradnik na ich temat? Olejnik ma wiedzę teoretyczną na temat psów i kotów, dlatego słusznie zwróciła uwagę na to, że kotów - w przeciwieństwie do psów - nie można przekonać do nowej karmy głodem. Ale w poradach, jak przekonać kota do nowej karmy, nie wzięła pod uwagę faktu, że koty zwyczajnie się obrażają; że potrafią z miski wygrzebać tylko te kąski, które im smakują, że niektóre stale mają bardzo mały apetyt – mam poważne obawy co do tego, jak poradziłyby sobie na tej diecie wybredne i skromnie jedzące koty. A co z kotami-cukrzykami, które po otrzymaniu insuliny muszą koniecznie coś zjeść, aby poziom cukru nie spadł? Zapewne BARF jest dobrą dietą, jeśli można ją wprowadzić u kociąt, które przestały już pić mleko marki. W przypadku starszych zwierząt nie jest łatwo zmienić przyzwyczajenia, a w przypadku niektórych będzie to wręcz niemożliwe. Choć spróbować, oczywiście, warto - pod warunkiem, że ma się dostęp do dobrego mięsa w akceptowalnej cenie.
granice.pl Katarzyna Kurowska

Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska

Nie należą do wyjątkowych wielomiesięczne, a nawet wieloletnie podróże przez świat. To także dowód globalizacji, którą wyraża dostępność transportu, jego przystęp-ność, łatwość komunikacji (internet), znajomość języków, wreszcie coraz więcej czasu, jaki możemy poświęcić sobie i swoim potrzebom. Potrzebą rodziny Łopacińskich była podróż dookoła świata. Przystępna, niedroga i popularna potrzeba. Trzeba tylko pomyśleć. Złapać promocje, umieć skorzystać z couchsurfingu i mieć trochę odwagi. Rodzinna wielomiesięczna podróż przez świat jest najbardziej niezwykłą lekcją, jaką rodzice mogą dać swym dzieciom. To nie tylko lekcja geografii, także szacunku wobec obcych, innych religii, kultury, obyczajów. To także lekcja pokory, gdy zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, niezależnie od naszego miejsca na Ziemi. Łopacińscy wyruszyli najpierw do Ameryki Środkowej i temu poświęcony jest pierwszy tom ich czterogłosowej relacji. Sprawozdanie jest bowiem wspólne i właściwie tylko to wyróżnia tę książkę spośród setek innych. Szczegółową opowieść toczą uczestnicy wyprawy: Wojciech i Eliza (rodzice) oraz Łucja i Wojtek (dzieci). Cztery perspektywy, z jakich opisano podróż, mogą zachęcić każdego, komu taka zachęta jest niezbędna do podjęcia decyzji o wyjeździe. Rodzina, planując niskokosztową wyprawę, opisuje zarazem technologię takiej podróży. Jak ją przygotować, jak korzystać z kontaktów i pozostawiać po sobie dobre wrażenie. Darmowe noclegi, tanie bilety lokalne, gościnność miejscowych. W zamian spotkania w szkołach, opowieści o Polsce, relacje, które trudno zapomnieć. Do tego wspomnienia na całe życie co najmniej dwóch pokoleń rodu: egzotyka Meksyku i Kostaryki, dreszczyk grozy w Hondurasie, rekiny w Belize, hawańskie cygara, pogrobowcy socjalizmu w Nikaragui, król Indian w Panamie... Polskie ślady z przeszłości i biel oceanicznych plaż.
Tygodnik Angora Ł.AZIK; 2017-04-16

Pełna MOC życia. Jeśli o czymś w życiu marzysz - sięgnij po to. Wydanie II zmienione

Jacek Walkiewicz jest miłośnikom rozwoju osobistego znany najpewniej za sprawą jego wystąpienia na konferencji TEDx, której zapis cieszy się dużą popularnością na Youtube. W listopadzie ubiegłego roku na półki sklepowe trafiło II wydanie jego książki "Pełna MOC życia".To dla mnie druga, po "Pełnej MOCY możliwości", lektura tego autora. "Pełna MOC życia" nie porusza jednego, głównego tematu. W polu zainteresowań autora znajduje się szeroko rozumiany rozwój osobisty oraz życie. W zasadzie mogłabym powiedzieć ? wartościowe życie. Każdy rozdział porusza nieco inne zagadnienie np. zmianę, marzenia, decyzje, sukces, wartości, przekonania. Zagadnienia opisane są poprzez anegdoty z życia autora i jego doświadczenie życiowe. Ci którzy mieli do czynienia z książką "Pełna MOC możliwości" mogą odnaleźć tutaj kilka znanych już elementów czy sentencji. Nic w tym jednak dziwnego, skoro autor czerpie w pełni ze swojego życia. Nie przeszkadza to jednak szczególnie, w końcu niektóre myśli warto powtórzyć by je zapamiętać. Swoją książkę Jacek Walkiewicz rozpoczyna od informacji, że pisze ją z pozycji mężczyzny w wieku pięćdziesięciu czterech lat. Wiek zdaje się tutaj kwestią kluczową, bo to właśnie z niego czerpie autor swoją wiedzę. Snuta opowieść wyłożona jest językiem przystępnym. Z racji pierwszoosobowej narracji popartej rzeczywistymi wydarzeniami nabiera ona wiarygodności. Zgrabne zdania przesycone są spokojem i pewnością, której nabiera się obserwując rzeczy i wyciągając wnioski dotyczące rzeczywistości. Jak zaznacza psycholog, jest to jego prawda. Każdy z nas musi znaleźć swoją, ale nic nie stoi na przeszkodzie by w czasie tych poszukiwań inspirować się słowami innych. Jakie prawdy znajdziemy w tej książce? Między innymi takie, że życie to nieustanna zmiana, a my nie znamy całości obrazu. Nigdy nie możemy być pewni co przyniesie jutro, a spotkanie przypadkowej osoby może odmienić sporą część naszego życia. Walkiewicz podkreśla, że robienie nowych rzeczy budzi strach, ale to one pozwalają nam się rozwijać. Zwraca również uwagę na to, że "teraz" to jedyne, co posiadamy. Uczy też, że nasze decyzje mają konsekwencje, ale nie zawsze możemy je przewidzieć, wyborów dokonujemy jednak najlepiej jak potrafimy z perspektywy naszego tu i teraz. Wszystko co nam się przytrafia, frustracja czy rozczarowanie to także istotne emocje, ponieważ pozwalają się zmobilizować i zmienić to, co nam nie odpowiada. Mówca uświadamia także, że to czego chcemy nie zawsze jest tym, czego potrzebujemy. Jeśli zaś jesteś niekonsekwentny nie martw się, to też wiele uczy. I co jeszcze ważne, dowiedz się w co inwestujesz swój czas, w końcu czas to życie. A każdą chwilę naszej drogi do celu warto kochać. Jeśli zaś chcesz zachować spokój i pogodę ducha pamiętaj o uważności i świadomości celów. A jeśli chodzi o nas samych, to warto zadać sobie pytanie o to, czy jesteśmy ofiarami, którym się przydarza, czy może bierzemy odpowiedzialność za swoje życie? I w końcu, że cechy nie są stałe i że możemy siebie zmieniać, ale zaufanie do siebie jest istotne w kontekście podejmowania działania. Każdy rozdział kończy się "Rozmyślnikiem" zawierającym pytania, które niejako podsumowują dany rozdział i zgodnie z nazwą pozwalają nieco przemyśleć poruszane zagadnienia. "Pełna MOC życia" to wartościowa, życiowa książka. Pomoże zarówno wtedy, gdy szukasz swojej drogi, jak i wtedy gdy nieco zagubiłeś się w plątaninie życia. Da pozytywnego kopa i bardzo prawdopodobne, że pomoże odnaleźć drogę powrotną.
Monika Matura; 2017-04-14
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL