Recenzje
Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska
Rodzinna podróż przez kilkanaście krajów Ameryki Łacińskiej.
Pełne energii i turystycznych marzeń małżeństwo z Torunia postanowiło zabrać dwójkę swoich dzieci w podróż dookoła świata i wcieliło ten plan w życie. Owocem pierwszych czterech miesięcy ich wyprawy jest książka wydana przez wydawnictwo Helion, przybliżająca czytelnikom miejsca, które rodzina Łopacińskich miała okazję odwiedzić. „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” to pięknie wydana opowieść czwórki miłośników podróży o tym wszystkim, co w czasie swojej wyprawy przeżyli, zobaczyli, ale również o tym, jak to jest jeździć po świecie z najbliższymi i co daje poszczególnym członkom rodziny takie wspólne wojażowanie.
114 dni w podróży, ponad 30 000 kilometrów. Gwatemala, Belize, Meksyk, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kuba, Kolumbia, Ekwador. Ich atrakcje, zabytki, przyroda, kuchnia, tradycje. Spotkania z mieszkańcami i promowanie Polski tysiące kilometrów poza jej granicami. Poszerzanie horyzontów i doświadczanie różnorodności świata na własnej skórze. Multum przygód i jeszcze więcej wrażeń.
Lusia, Wojtuś, Eliza i Wojciech z Torunia dzielą się w publikacji swoimi doznaniami, wspomnieniami, emocjami. Warto wspomnieć choćby o spotkaniu z wielorybami, indiańskim królem, zdobyciu wulkanu w Gwatemali, dotarciu do „środka Ziemi” w Ekwadorze, zabawach z lwem, kąpielach w gejzerach. Nie brakuje jednak w książce także informacji statystycznych, mapek ani zdjęć z wyprawy. Piękna szata graficzna tej pozycji wydawniczej i wspaniale prowadzona narracja sprawiają, że „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” czyta się szybko i z przyjemnością, ciągle mając ochotę na więcej. Ogromnym walorem książki jest szczerość i autentyczność bijąca z publikacji oraz radość czworga Polaków z Torunia, z odkrywania coraz to innych zakątków naszego globu.
Państwo Łopacińscy udowodnili swoją podróżą, że szalone fantazje nie muszą pozostawać tylko w naszych głowach. Pokazali także, że marzenia dorosłych można realizować, włączając do tego dzieci. Wystarczy tylko bardzo mocno czegoś pragnąć i odważyć się to zrealizować. „Postanowiłem pokazać dzieciom świat – aby go posmakowały, zamiast oglądać go w telewizji. Żeby rozkochały się w życiu i otaczających nas ludziach”. „Chciałem nauczyć ich patrzeć szeroko. Bardzo szeroko. I bardzo daleko”. Książka „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” jest najlepszym dowodem na to, że w kochającej się rodzinie drzemie ogromny potencjał i moc i że razem można osiągać naprawdę wyjątkowe cele np. objechać świat dookoła. W jeden rok. Bo marzenia to siła napędowa niezwykłych i niecodziennych zdarzeń, dla każdego z nas.
portal dlaLejdis.pl (DEPRECATED) Iwona Trojan; 2017-04-19
CO-DZIENNIK
Codzienność potrafi przytłoczyć? Bywa nieprzyjemna, monotonna, zabiegana? Ile w Twoim życiu jest miejsca na refleksję, zaskoczenie, wzruszenie i okazywanie ciepłych uczuć? Chcesz oderwać się na chwilę od własnych problemów, zmienić perspektywę, a w konsekwencji poczuć się lepiej?
Co-dziennik Lucyny Klimczak to kolejna książka z wskazówkami na każdy dzień roku. Nie ma na całe szczęście jeszcze mowy o wysypie, ale rynek wydawniczy otworzył się na kreatywną rozrywkę dla dorosłych: połącz linie, kolorowanki, a teraz nadszedł czas na rozrywkę... zabawę... przygodę... w jednym.
Po tę publikację powinnam sięgnąć z początkiem roku, ale przecież mogę zacząć teraz siedemdziesiątego czwartego dnia roku. Co oferuje nam dziennik? Lepsze zrozumienie siebie, wysłuchanie, stwierdzenie własnych zdolności. Poza tym przypomina i uczy jak być.
Oprócz tego, że można w nim pisać odpowiadając na zadane pytania, czy wykonywać z góry ustalone zadania, notować ważne dla nas daty i sprawy, a także szkicować, lub po prostu gryzmolić.
Książka bardziej przypomina połączenie terminarza z notatnikiem i prawdę mówiąc spełnia po części taka rolę. Jest jednak czymś więcej. Wykracza poza obie nazwy. Pytania w niej zawarte potrafią wkraść się w najgłębsze zakamarki naszych serc i zakorzenić się tam. Rozwaliło mnie pytanie z numerem czternastym Po co jesteś tu, skoro możesz być wszędzie? I co mądrego tutaj napisać? Chyba będę musiała się trochę wysilić. „Pogrzebać” sobie w głowie i wyciągnąć jakąś błyskotliwą odpowiedź.
Na wykonanie każdego z zadań autorka daje nam dwadzieścia cztery godziny, ale nic na siłę. Jak sobie nie poradzisz, to przecież nic się nie stanie. W końcu rozliczasz się sam ze sobą. Na zaliczenie „misji” przewidziana jest jedna strona, a wykorzystać ją można w dowolny sposób: pisać, rysować, wyklejać – jak chcemy i jak nam się w danym momencie podoba. Zadania można wykonywać w kolejności, w jakiej zostały ustalone lub po prostu drogą losowania. I ja chyba właśnie tę drugą metodę będę preferować.
Niespodzianką są zadania, które nie mają określonego tematu. Są to autozadania, gdzie sami ustalamy na jakie pytanie będziemy odpowiadać. Możemy sami sobie rzucić wyzwanie lub... nie robić nic. Druga niespodzianka to wyobraź sobie. I tu mamy naprawdę pole do popisu, bo puszczamy wodze fantazji.
Należy pamiętać, że nie ma dobrych, ani złych odpowiedzi. Przecież każdy inaczej odpowie na pytanie czy wykona zadanie. Wszystkie odpowiedzi są najlepsze, bo są Twoje. Co-dziennik można przeżywać na wiele sposobów i niejednokrotnie, gdyż możemy wracać do zadań ponownie i sprawdzać czy nasze poglądy się zmieniają.
Co zrobić, gdy już wykonasz wszystko, co ma do zaproponowania dziennik? No cóż, można rozpocząć przygodę z nim jeszcze raz. Można też, jak sugeruje autorka dać komuś w prezencie, opublikować, wykonać rytualne spalenie, ale również możesz przechować jak cenną pamiątkę i za kilka lat przeczytać swoim dzieciom lub wnukom. Decyzja należy do ciebie.
Co-dziennik Lucyny Klimczak jest dla każdego, więc polecam go wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Przeżyjcie swoją własną przygodę z dziennikiem i poznajcie siebie.
Dziękuję
Sztukater.pl Monweg
CO-DZIENNIK
Codzienność potrafi przytłoczyć? Bywa nieprzyjemna, monotonna, zabiegana? Ile w Twoim życiu jest miejsca na refleksję, zaskoczenie, wzruszenie i okazywanie ciepłych uczuć? Chcesz oderwać się na chwilę od własnych problemów, zmienić perspektywę, a w konsekwencji poczuć się lepiej?
Co-dziennik Lucyny Klimczak to kolejna książka z wskazówkami na każdy dzień roku. Nie ma na całe szczęście jeszcze mowy o wysypie, ale rynek wydawniczy otworzył się na kreatywną rozrywkę dla dorosłych: połącz linie, kolorowanki, a teraz nadszedł czas na rozrywkę... zabawę... przygodę... w jednym.
Po tę publikację powinnam sięgnąć z początkiem roku, ale przecież mogę zacząć teraz siedemdziesiątego czwartego dnia roku. Co oferuje nam dziennik? Lepsze zrozumienie siebie, wysłuchanie, stwierdzenie własnych zdolności. Poza tym przypomina i uczy jak być.
Oprócz tego, że można w nim pisać odpowiadając na zadane pytania, czy wykonywać z góry ustalone zadania, notować ważne dla nas daty i sprawy, a także szkicować, lub po prostu gryzmolić.
Książka bardziej przypomina połączenie terminarza z notatnikiem i prawdę mówiąc spełnia po części taka rolę. Jest jednak czymś więcej. Wykracza poza obie nazwy. Pytania w niej zawarte potrafią wkraść się w najgłębsze zakamarki naszych serc i zakorzenić się tam. Rozwaliło mnie pytanie z numerem czternastym Po co jesteś tu, skoro możesz być wszędzie? I co mądrego tutaj napisać? Chyba będę musiała się trochę wysilić. „Pogrzebać” sobie w głowie i wyciągnąć jakąś błyskotliwą odpowiedź.
Na wykonanie każdego z zadań autorka daje nam dwadzieścia cztery godziny, ale nic na siłę. Jak sobie nie poradzisz, to przecież nic się nie stanie. W końcu rozliczasz się sam ze sobą. Na zaliczenie „misji” przewidziana jest jedna strona, a wykorzystać ją można w dowolny sposób: pisać, rysować, wyklejać – jak chcemy i jak nam się w danym momencie podoba. Zadania można wykonywać w kolejności, w jakiej zostały ustalone lub po prostu drogą losowania. I ja chyba właśnie tę drugą metodę będę preferować.
Niespodzianką są zadania, które nie mają określonego tematu. Są to autozadania, gdzie sami ustalamy na jakie pytanie będziemy odpowiadać. Możemy sami sobie rzucić wyzwanie lub... nie robić nic. Druga niespodzianka to wyobraź sobie. I tu mamy naprawdę pole do popisu, bo puszczamy wodze fantazji.
Należy pamiętać, że nie ma dobrych, ani złych odpowiedzi. Przecież każdy inaczej odpowie na pytanie czy wykona zadanie. Wszystkie odpowiedzi są najlepsze, bo są Twoje. Co-dziennik można przeżywać na wiele sposobów i niejednokrotnie, gdyż możemy wracać do zadań ponownie i sprawdzać czy nasze poglądy się zmieniają.
Co zrobić, gdy już wykonasz wszystko, co ma do zaproponowania dziennik? No cóż, można rozpocząć przygodę z nim jeszcze raz. Można też, jak sugeruje autorka dać komuś w prezencie, opublikować, wykonać rytualne spalenie, ale również możesz przechować jak cenną pamiątkę i za kilka lat przeczytać swoim dzieciom lub wnukom. Decyzja należy do ciebie.
Co-dziennik Lucyny Klimczak jest dla każdego, więc polecam go wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Przeżyjcie swoją własną przygodę z dziennikiem i poznajcie siebie.
Dziękuję
Sztukater.pl Monweg
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
„Zapewne każdy, kto gotuje, marzy o wielkim stole. Starym drewnianym, solidnym stole, w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników. Ja swój wymarzony drewniany stół znalazłam na ulicy. Pewnie większość przeszłaby obok niego obojętnie, bo tak naprawdę mój stół nie do końca jest...stołem. To raczej stara, zużyta deska, nasiąknięta mglistą wilgocią miasta, pociemniała tu i ówdzie.”
Tak mogłaby się zaczynać jakaś niesamowita, poetycka opowieść o osobliwych losach rodziny z pokolenia na pokolenie zasiadającej przy drewnianym stole, by wspólnie dzielić się posiłkiem, sobą i tym wszystkim co spotkało ich w świecie istniejącym poza kręgiem rzeczonego drewnianego, solidnego stołu, który, gdyby mógł, sam opowiedziałby nie jedną historię. W rzeczywistości mamy do czynienia ze wstępem do książki zawierającej 125 przepisów na bardziej, bądź mniej wyszukane potrawy, faktycznie jednak trudno nie potraktować tego wydawnictwa jako czegoś więcej, niż klasyczną książkę kucharską. Już samo fizyczne obcowanie z nią daje ogromną przyjemność. Wizualną przede wszystkim. Autorka to nie tylko wytrawna kucharka , ale także świetny fotografik, potrafiący za pomocą aparatu i światła dopowiedzieć historię zawartą w przepisie. Te przepisy to nie tylko suchy opis czynności na jakie składać się powinno przygotowanie konkretnego dania. To cała opowieść, poprzez którą dzieli się Walecka z nami, swoją fascynacją jedzeniem. I to nie tylko jedzeniem jako takim, ale wszystkim tym, co się z nim wiąże, czyli poszukiwaniami inspiracji, przygotowywaniem, dzieleniem się nim z bliskimi. Autorka zaprasza czytelnika w swoistą kulinarną podróż, zdradza sporo cennych wiadomości, począwszy od informacji dotyczących niezbędnych sprzętów, poprzez wskazówki jak robić zakupy i co warto mieć w lodówce i szafkach. Potwierdza, że najlepszym źródłem są przysłowiowe bazarki, które znaleźć możemy praktycznie w każdym zakątku świata. „Gdy mieszkałam w Warszawie, byłam stałym gościem pod Halą Mirowską, w Pradze chodziłam na lolany bazarek odbywający się dwa razy w tygodniu, w San Francisco odwiedzam okoliczne farmers’ markets.”
Monika Walecka to klasyczny niespokojny duch, którego nosi w praktyce i w przenośni. Swoje doświadczenia kulinarne też określa mianem podróży, która trwa już dobrych kilka lat i której końca, na całe szczęście nie widać. Jednym ze świadectw tych podróży jest właśnie niniejsza książką, wcześniej był blog: gotulebolubi.pl, który wciąż funkcjonuje i stale dostarcza nowego materiału do kulinarnych inspiracji. Tę potrzebę inspiracji podkreśla autorka bardzo często. Praktycznie każdy przepis zawiera wskazówki, jak można go zmodyfikować, jak dostosować do swoich potrzeb, jak na jego bazie osiągnąć zupełnie inny efekt do tego, jaki wydawałoby się zawiera nazwa danej potrawy.
To ewidentnie pozycja kierowana do osób, które nie muszą być obdarzone szczególnym talentem kucharskim, ale które nie boją się eksperymentować. Ktoś, kto kojarzony jest z tym, że przypala nawet herbatę, może nagle skomponować kapitalną sałatkę z jarmużu, suszonych pomidorów, parmezanu i prażonego słonecznika. Oczywiście nie wszystkie przepisy są wyszukane, autorka często pokazuje, że prostota też potrafi być wykwintna, ot, chociażby w przepisie, na umieszczenie którego niechętnie zgodził się jej mąż (któremu zresztą dedykowana jest ta książka).
„Gotowanie ma być przyjemnością, procesem twórczym, w którym ryzyko wliczone jest w zabawę. Nie bój się eksperymentować i naucz się cieszyć z porażek, bo one uczą nas najwięcej. Z takim podejściem i przepisami na start gwarantuję, że rozkochasz się w gotowaniu równie mocno jak ja.”
Sztukater.pl Bnioff
Zakochaj się w bieganiu!
To nie jest zwykła książka – to książka pisana pasją. Nie tylko świetna pozycja dla początkujących biegaczy, którzy stawiają pierwsze biegowe kroki. Ale i dla tych, którzy z tą pasją są nie od dziś – to niesamowite uczucie, móc czytać tak skomponowane słowem myśli. Myśli nie tylko o bieganiu – specjalistycznym treningu, zdrowym żywieniu, „metamorfozie” młodej mamy czy startach w zawodach. Ta książka to życie, które zmieniło się i rozpoczęło na nowo dzięki bieganiu. Bo wtedy właśnie rodzi się w człowieku przestrzeń, która tworzy piękną codzienność. Pełną niespodzianek, pewniejszych decyzji, a także bardzo silnych przyjaźni. Czasami również miłości, które rozpędzają Twój świat na dobre.
Lektura, z którą chce się być. Którą chce się przeżywać. Czuć. Której chce się doświadczać. „Zakochaj się w bieganiu” autorstwa Anny Szczypczyńskiej – biegaczki o ciepłej, a zarazem pełnej charyzmatycznej energii osobowości - to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji wśród biegowych książek na polskim rynku i bardzo udany debiut. Do tego świetnie skomponowana nie tylko słowem, ale w wizualnej oprawie. Czytasz, czujesz i po prostu chcesz biec – niby nic, a więcej niż wszystko.
Wbrew pozorom, to lektura nie tylko dla kobiet. Choć stworzona przez kobietę i w dużej mierze poruszająca tematy, w której odnajdzie się wiele czytelniczek, z powodzeniem zyska odbiorców również w męskim gronie. I słusznie – bo i panowie znajdą tutaj wiele cennych wskazówek czy rad dotyczących treningu, prosto i przystępnie skomponowane plany treningowe, żywieniową wiedzę i konkretne przepisy na pyszne potrawy, ale też bohatera drugiego planu. Postaci, dzięki której autorka nabrała skrzydeł i myślę, dzięki temu też napisała tak świetną książkę. "Rudzik" – bo o nim mowa, partner życiowy Ani, jest nie tylko świetnym biegaczem, ale i doskonałym przykładem na to, jak dobrze można dograć się w biegowym związku, w którym z czasem pojawia się również dziecko. Dogadać mimo mocno zakręconej codzienności – pracy zawodowej, zwykłych obowiązków i nieustannego braku czasu. Czasu, którego okazuje się może wystarczyć na wszystko jeśli potrafimy dobrze zorganizować swój świat i dzielić się nie tylko tym co tworzymy, ale i przyziemnymi obowiązkami. Czasu, który może być również bajeczną podróżą – bieganiem włączonym w mocno zaciśniętą planami codzienność. A jednak – pasja biegania i miłość, którymi emanuje ta książka już w pierwszych literach jak endorfiny po kilku kilometrach biegu, to coś, co staje się sercem codzienności. Tu świat nie zamyka się w 24 godzinach na dobę – odnosisz wrażenie, że jest go znacznie więcej. Można? Można.
W treści przewija się wiele wspólnych wątków życia, pięknych relacji, które czynią bieganie jeszcze piękniejszym. Jeśli oczekujesz od tej książki napędu w postaci parcia na wynik i prezentacji życiówek – możesz poczuć się zawiedziony. To pięknie przepleciona życiem pasja biegania z elementami fachowych wskazówek i rad, doskonale wkomponowana w codzienność. Warto dodać, że autorka nie poprzestała tu wyłącznie na własnej treningowej czy dietetycznej wiedzy, a zaprosiła do udziału w swojej książce specjalistów i doświadczonych trenerów, którzy ową wiedzą się z nami dzielą. To istotna informacja zwłaszcza dla tych biegaczy, którzy takowej wiedzy poszukują – jest konkretnie, jasno, fachowo. A przy tym napisane przyjaznym - nawet dla całkowitego biegowego laika - a zarazem zrozumiałym w opisach treningu, językiem.
Filigranowa dziewczyna o olbrzymiej pasji – Panna Anna
Jedno jest pewne – żeby w tak charyzmatyczny sposób napisać książkę, bieganie trzeba naprawdę kochać. Tytuł nie odbiega temu wrażeniu. „Zakochaj się w bieganiu” sprawia, że w trakcie czytania kolejnych rozdziałów, po prostu będziesz chciał założyć buty i wyjść pobiegać. Te słowa niosą. Są tak pełne przeżyć, że nie sposób się w nich tylko zatrzymać. Kim jest Ania – autorka książki? Biegaczka, maratonka, wielka pasjonatka tego co robi – dzieli się słowem nie tylko na swoim blogu „Panna Anna”, ale i w publikacjach do gazet. Autorka wielu publikacji, artykułów, felietonów, ale przede wszystkim pełna bardzo pozytywnej energii dziewczyna. Miłośniczka podróży i łączenia tej aktywności z pasją biegania. Od niedawna sprawdza się świetnie w roli mamy malutkiej Nelki, która również staje się po części bohaterką książki. Niedawno przyszło na świat jej drugie dziecko, jak sama określa - to właśnie książka „Zakochaj się w bieganiu”, do której przeczytania spróbuję Was zachęcić.
Spora dawka treningowej wiedzy
Wysoki poziom merytoryczny treści to zdecydowanie duży atut, który stawia tę książkę wysoko wśród innych biegowych pozycji. Mimo, iż jest to książka napisana przez biegaczkę amatorkę. Profesjonalizm i poważne podejście do tematu biegowego treningu – bardzo duży plus. Ania zaprosiła do współpracy nad książką trenerów, dietetyków, a także fachowców od fizjoterapii. To prawdopodobnie właśnie dzięki takiemu połączeniu, otrzymujemy solidną dawkę treningowej wiedzy napisanej bardzo przystępnym dla czytelnika językiem. Opisy ćwiczeń i co najważniejsze – szerokie wyjaśnienia co i dlaczego jest potrzebne w biegowym treningu, to niewątpliwie atuty tej książki.
No i nie jest nudno – wiedza przeplata się z codzienną rzeczywistością. Czyli tymi problemami, z którymi biegacze borykają się najczęściej. Znajdziemy tu odpowiedzi w wielu ważnych tematach, między innymi jak trenować by unikać kontuzji wraz z przykładami konkretnych ćwiczeń, jak przygotowywać się do startów, przykładowe plany treningowe skonstruowane pod konkretny cel np. gdy chcemy schudnąć czy też plany treningowe pod półmaraton i maraton. W tym dokładne opisy planów, znaczeń biegowej terminologii, etc. Do tego solidny, merytoryczny wstęp również o tym co ważne w odzieży biegowej czy jak dobrać buty do biegania.
Co z motywacją? Nie zabrakło rodziału, w którym szczególnie dużo dobrej energii. Pełna energii osobowość autorki sprawia, że z chęcią sięgniemy do słów jej książki. Właściwie w każdym zdjęciu emanuje naturalnym, pełnym pozytywnych endorfin, uśmiechem. Mówiąc w dużym skrócie – po prostu nim zaraża. „Co zrobić, by nam się chciało tak chciało, jak nam się nie chce?" – tak brzmią słowa tytułowe tego rozdziału, bardzo zresztą trafne. Nie znajdziemy tu typowych sloganów, do jakich przyzwyczaił nas internet, a życiową dawkę doświadczeń, które idealnie wkomponowane zostały przez autorkę w tematykę rozdziału. Coś dla tych, którzy potrzebują wewnętrznego „wsparcia” - dojrzałe, rzekłabym: mądre, psychologiczne podejście do tematów, z którymi boryka się wiele biegaczek. Autorka śmiało porusza zagadnienia, które blokują naszą motywację do ruchu czy regularnych treningów. Psychologia sportu jest ważną częścią treningowej wiedzy, a Ania pisze bardzo świadomie, mądrze, a do tego w dobrym i przystępnym dla czytelnika przekazie. W tym dziale najdziesz również wypowiedzi innych biegaczy, a także wspomnienia z biegów, które stają się kolejnym dowodem na to, że biegać warto.
Bardzo kobieca, ale nie tylko dla kobiet
Można by rzec, że książka skierowana jest do kobiet – bo całe to bieganie dzieje się tu właśnie okiem kobiety i wiele kobiecych tematów porusza. Czy jednak na pewno wpisuje się w nią jedynie target czytelniczek? Owszem, sporo tu treści, które autorka poświęca wyłącznie kobiecemu bieganiu. Ten właśnie stricte „kobiecy” rozdział – o ciąży, treningach w tym odmiennym dla kobiety czasie, diecie, godzeniu czasu z macierzyńskimi obowiązkami, aż po powrót do pełnej biegowej formy, bliski będzie zwłaszcza kobiecie. Sądzę jednak, że i wielu panów doświadczy w czytaniu tej części książki sporo przeżyć. Zwłaszcza tych, którzy już sprawdzają się w roli ojca czy też w przyszłości planują doświadczyć tej roli. Wiele wątków, zwłaszcza tych, w których autorka podkreśla jak istotną rolę w jej macierzyństwie odgrywa partner, który nie pozostaje obojętny codziennej rutynie jaka wkrada się przecież do każdej rodziny, w której na horyzoncie pojawia się mały człowiek. Ciekawie opisany czas – organizacja dnia, podział obowiązków, a także cenne wskazówki jak dobrze wkomponować treningi obu biegających rodziców, tak by żadne nie musiało rezygnować z pasji. Bez znaczenia, czy trenujesz na bardziej wyczynowym poziomie czy też tylko amatorskim – to wszystko jest możliwe. Książka pełna mądrych życiowych wniosków, doświadczeń, które nie zawsze są łatwe, ale uczą i kształcą.
Przyszłe, czy też obecne mamy chcące wrócić do biegowej formy, znajdą tu wiele cennych i konkretnych rad. Tu kolejny raz autorka wychodzi poza wyłącznie własne doświadczenia i sięga po pomoc specjalistów, na czym bardzo zyskuje wiarygodność treści w ujęciu merytorycznym.
Rozdział pełen pyszności - wiesz, co jesz
Śledząc bloga Ani nie sposób nie zauważyć jej miłości do zdrowego trybu życia, w tym zdrowego żywienia i gotowania. Wbrew pozorom, na pytanie jak jeść smaczne i zdrowo, nie ma jednolitej i prostej odpowiedzi. Nie wiem też czy można odpowiedzieć na to pytanie ładniej niż prezentuje to Ania w swojej książce. Do tego ciekawe ujęcie z punktu widzenia człowieka, który jest aktywny zawodowo, a jednak potrafi godzić swój czas tak, żeby znaleźć chwilę na przygotowanie zdrowego posiłku.
W tym dziale znajdziesz nie tylko sporo żywieniowej wiedzy – jakże ważnej z punktu widzenia biegaczki czy biegacza – ale także nieco przepisów na wartościowy posiłek w ciągu dnia. Nie ma tu przydługich czy skomplikowanych opisów, a krótkie, zwięzłe i bardzo przystępne przepisy nawet dla początkujących amatorów kulinarnych podrygów. Wszystko to ładnie zobrazowane zdjęciowo, co sprawia, że jeszcze bardziej chce się sięgnąć po dany przepis i spróbować. Prosta sprawa – jeśli lubisz biegać, ale i zdrowo się odżywiać – nie pomiń tego rozdziału! Tu jest pysznie.
Czytasz z przyjemnością – tu tak po prostu jest
Lubię dobrze wydane książki. Cóż, estetyczna strona tej pozycji jest dużym atutem. Wydawnictwo Septem ma na swojej liście naprawdę sporo książek w biegowej tematyce i nie tylko. Ta pozycja, to jedna z lepiej wydanych książek jaką miałam w ręku. Przejrzystość, przestrzeń, przyjazna tonacja – to to, co nasuwa się już w pierwszym kartkowaniu książki. Ba, co ważne – możesz śmiało zatrzymać się w konkretnym rozdziale i nie odniesiesz wrażenia, że się gubisz. Dobrze wyszczególnione rozdziały, bardzo przyjazne dla czytelnika charakterystyka tematów. Otwierasz na jakiejkolwiek stronie – i wiesz gdzie jesteś. Tuż obok numeracji stron zawarta jest nazwa danego rozdziału. To niewątpliwie dodatkowy atut, możesz bowiem tę książkę czytać na wyrywki - przykładowo chcąc skupić się wyłącznie na samych planach treningowych czy opisie ćwiczeń.
Świetna jakość papieru i bardzo przyjazna dla oczu tonacja. Doskonale czyta się w dziennym świetle, jak i przy małej nocnej lampce. Do tego wytłuszczenia fragmentów, które warto zapamiętać i które stają się ważne czy to w treningu czy diecie. Tabelaryczne i bardzo fajnie skomponowane plany treningowe, uzupełnione o przydatne, proste rysunki, które świetnie obrazują opisywane ćwiczenia w poszczególnych fazach opisu. Jest ład, przestrzeń, porządek – coś co sprawia, że nie „zakleszczysz” się myślowo w danej treści.
No i co ważne – zdjęcia. Książka zawiera sporo dobrej jakości zdjęć – nie tylko pysznie zobrazowanych przepisów kulinarnych dla biegaczy, którymi autorka dzieli się w swojej książce – także sporą dawkę zdjęć z prywatnych archiwów Ani, co jeszcze bardziej zbliża nas do niej jako autorki. Pozwala pełniej przeżywać treść, a zarazem staje się nam ona bliższa i bardziej namacalna. Pyszne litery plus oprawa zdjęciowa tworzą subtelną całość, którą chłonie się jednym tchem.
Dlaczego warto? Tę książkę pochłoniesz jednym tchem
Pomyśleć, że autorka książki prowadziła jeszcze parę lat temu zupełnie inny tryb życia – bardzo intensywna praca, imprezy, a ruchowa aktywność wcale nie była jej tak po drodze. O tej metamorfozie również wspomina na jej łamach. Jak zmienia nas bieganie i ile dzięki niemu zyskujemy? To całkowicie nowy świat. Odmienny. Ale jakże ciekawy i pełen dobrych wartości.
Czy można było napisać tę książkę lepiej? Nie sądzę. Chłonie się ją po prostu jednym tchem. Szczerze przyznam – czekam na informację o tej książce w wersji audio czytanej przez samą autorkę. W połączeniu z jej głosem (bardzo radiowym), byłaby to doskonała pozycja na dłuższą podróż samochodem. I choć jestem raczej miłośniczką książek w tradycyjnej, papierowej formie, nie oparłabym się w tym wypadku również wersji audio. Mam nadzieję, że Anna Szczypczyńska nie poprzestanie na jednej książce – że ta to dopiero początek. Przedsmak biegowej przygody, z którą nadal będzie się z czytelnikami dzielić. Bo czyta się naprawdę dobrze. I co ważne – chce się biec!
treningbiegacza.pl Aleksandra Janiszewska
Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy
Tytuł tej książki jest świetny. Każdy z jego obu członów przyciąga uwagę, zachęca do lektury. A kto ją już rozpocznie, ten na pewno dotrwa do końca i odłoży z zadowoleniem, że nie stracił czasu. Obchodząca w br. 870-lecie istnienia Moskwa – za początek założenia grodu przyjęto rok 1147 – ma bowiem, podobnie jak wiele innych starych miast, mnóstwo tajemnic. Nie tylko podziemnych. A nazwa jej najstarszej części, Kreml, jednego ze światowych centrów polityki, należy do powszechnie znanych na wszystkich kontynentach. Pracujący w rosyjskiej stolicy polski dziennikarz radiowy wydał właśnie czwartą już książkę poświęconą, przynajmniej częściowo, Rosji. Przybliżającą polskim czytelnikom jej współczesność, przeszłość, problemy, a także legendy, opowieści i ciekawostki. Przy czym w atrakcyjnej postaci szeroko rozumianego reportażu. Jak wiadomo, stosunki polityczne polsko – rosyjskie są obecnie w fatalnym stanie. W niewiele lepszym gospodarcze. Co przekłada się, niestety, także na sferę kultury, nauki i stosunków międzyludzkich. Ruch turystyczny Polaków do Rosji jest znikomy, zwłaszcza w porównaniu z innymi kierunkami wyjazdów. A jest to przecież kraj nie tylko największy pod względem powierzchni na świecie, liczący ponad 17 milionów km². Ale również przebogaty w zabytki, muzea, fantastyczną przyrodę i krajobrazy oraz niezliczone inne atrakcje turystyczne.
Mało jednak chyba zainteresowany turystami z Polski, skoro poza od czasu jakimiś hotelami, czy, chyba raz reprezentacją Pskowa, nie prezentuje się od lat na targach turystycznych w Warszawie.Tymczasem kultura rosyjska, przynajmniej tzw. wysoka: literatura, muzyka, sztuka, należy do światowego dziedzictwa ludzkości. Każde więc przybliżanie nam tego kraju, jego atrakcji, ale również problemów i ciekawostek, zwłaszcza w sposób obiektywny i atrakcyjny, zasługuje na uznanie oraz zainteresowanie. W recenzowanej książce autor skoncentrował się przede wszystkim, ale nie tylko, na owianych legendami i tajemnicami podziemiach rosyjskiej stolicy. Sieci tuneli rytych od średniowiecza, linii ogólnodostępnego metra, skrytych po ziemią rzeczek i znanych głównie z opowieści tajnych tras kołowych, szynowych i pieszych umożliwiających szybkie oraz bezpieczne przemieszczanie elit władzy i uprawnionych do tego służb.
Przy pomocy znawcy miasta, znacznie starszego, moskiewskiego przyjaciela nazywanego Borysem Anatolijewiczem lub Wujkiem Borią, postaci rzeczywistej lub wymyślonej na potrzeby książki poznaje tajemnice i ciekawostki rosyjskiej stolicy. Pomagają mu w tym znajomi przyjaciela, zwłaszcza tzw. diggerzy, ludzie różnych zawodów, którzy penetrują moskiewskie podziemia traktując to jako przygodę i poszerzanie wiedzy o przeszłości miasta. Uczestnicząc wraz z nimi w podziemnych wyprawach, autor też stara się jak najwięcej dowiedzieć na ten temat. Wspomagając wiedzę lekturami. Punkt wyjścia książkowych opowieści o tytułowych tajemnicach podziemnej Moskwy stanowi nie tyle próba odnalezienia, co zdobycia jak najwięcej faktów i informacji na temat sławnej biblioteki starożytnych i średniowiecznych ksiąg.
Przywiezionych podobno w posagu przez Zofię Zoe) Paleolog (1455-1503), bratanicę ostatniego bizantyjskiego cesarza Konstantyna XI (1405-1453), gdy wychodziła za mąż za księcia moskiewskiego Iwana III Srogiego (1440-1505), dziada Iwana IV Groźnego (1533-1584). Rzekomo gdzieś ukrytej przez tego ostatniego. W księgozbiorze tym znajdowały się podobno nie tylko nie zachowane gdzie indziej księgi z różnych dziedzin wiedzy, ale także magii. Którą, to jeden z późniejszych wątków, interesował się zarówno ten krwawy car, jak i Józef Stalin. Do moskiewskich legend o skarbach należy nie tylko ta biblioteka, ale również podobno gdzieś ukryta „Czarna Księga” Jakuba Bruce’a (1670-1735). Feldmarszałka w służbie Piotra I Wielkiego (1672-1725), a zarazem astronoma i astrologa.
Autor pisze również o tajnych podziemnych przejściach korytarzami i przez piwnice, które zdołał poznać oraz o wielu liczniejszych – i wielu związanych z nimi opowieściami i legendami, także fantastycznymi, „z bajdurzeniem o silach nieczystych” oraz również absurdalnych od których odcina się, ale o nich słyszał lub czytał. Legendy, m.in. o klątwie rzuconej na Moskwę przez najwyższego kapłana pogańskiego boga słońca i życia Jariły po wprowadzeniu chrześcijaństwa, mieszają się w książce i relacjach jej autora z faktami. Np. odkryciem w 1930 r. przez geologa Iwana Gubkina (1871-1939) pod miastem wielkiego podziemnego zbiornika słonej wody, nad którym znajduje się tylko krucha pokrywa o grubości od 500 do 1000 m. Co stanowi dla stolicy ogromne zagrożenie.
Zacytuję z książki: „Nadmiernie obciążona (tunele, podziemne korytarze, domy i wysokie budynki wznoszone jeden na drugim) cienka skorupa już trzeszczy, Aż któregoś dnia pęknie i wtedy niemal całe centrum Moskwy zwali się pod ziemię.” Jak już wspomniałem, wiele uwagi autor poświęca tunelom i stacjom metra z jego ciekawostkami oraz tajemnicami. Jak również podobno istniejącemu„metru nr 2”, głębszemu, ściśle strzeżonemu i niedostępnemu zwykłym śmiertelnikom. I chociaż autor stara się oddzielać bezsporne fakty od opowieści i legend, niekiedy przenikają się one, ale czyta się to doskonale. Zwłaszcza, że w opisy te wtrącane są informacje o aktualnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w mieście w latach 2013-2016, a także historyczne.
Podobnie jak uwagi na temat współczesnej Rosji i jej mieszkańców. Oraz odbioru przez nich kremlowskiej propagandy. „Jeżeli ktoś – pisze np. autor – wierzy w nadprzyrodzone moce magów, skłonny jest też uwierzyć, że Rosję otaczają wrogowie, którzy nieustannie przeciwko niej spiskują.” A jest to, dodam, stały element tej propagandy, znany mi dobrze z, w miarę możliwości, codziennego oglądania serwisów informacyjnych i dyskusji politycznych moskiewskiej TV. Ale przeczytać można również, zaczerpnięte przez mieszkańców z tego źródła, ich opinie np. o „tragedii gospodarczej, jaką przeżywa Polska, gdy Rosja przestała kupować od niej jabłka.”
Nie brak jednak także wtrętów historycznych m.in. na temat zbrodni stalinowskich. Chociaż bardzo zaskoczyło mnie stwierdzenie autora relacjonującego rozmowę z jednym z penetratorów stołecznych podziemi, że nie miał pojęcia, iż za zbrodnię katyńską odpowiadał także Łazar Kaganowicz (1893-1991), m.in. inicjator i nadzorca budowy moskiewskiego metra oraz wysoki funkcjonariusz partyjny i państwowy ZSRR. Przecież nazwiska tych zbrodniarzy: Stalina, Berii, Mołotowa, Woroszyłowa, Mikojana, Kalinina i Kaganowicza, którzy podpisali się na decyzji o zamordowaniu polskich oficerów oraz funkcjonariuszy policji i KOP w 1940 roku, powinien znać każdy, przynajmniej wykształcony Polak. Nie mówiąc już o dziennikarzu pracującym w Moskwie.
Nieścisłości, pominięć i błędów, na jakie natrafiłem w trakcie lektury tej książki, jest sporo. Co, niestety, pozostawia pod znakiem zapytania ścisłość i rzetelność innych zawartych w niej informacji. A chodzi zarówno od fakty historyczne, jak i błędy topograficzne. W przypadku wspomnianego już Jakuba Bruce’a autor nie tylko pominął istotny fakt, jakim była jego rola jako rosyjskiego feldmarszałka, a nie tylko astrologa i astronoma. Ale również palnął bzdurę, że „jemu Rosja zawdzięcza pierwsze drukowane książki”. Przecież człowiek nawet tylko jako tako znający dzieje Rosji i jej kultury powinien wiedzieć, że pierwszym drukarzem cyrylicą, a zarazem, wraz z Piotrem Mścisławcem, autorem pierwszej wydrukowanej tym alfabetem rosyjskiej książki „Apostoł”, był Iwan Fedorowicz (1510-1583). Nazywany też Fedorem Drukarzem, lub po rosyjsku Fiodorom Pierwopieczatnikom.
Dodam, że był on absolwentem Akademii Krakowskiej, drukował we Lwowie. A książka ta ukazała się w roku 1564, a więc 6 lat przed urodzeniem Jakuba Bruce’a. Car Piotr I Wielki, którego dokładną datę i okoliczności śmierci miał, jak pisze autor książki, przewidzieć tenże feldmarszałek, astronom i astrolog, zmarł nie w 1714, lecz w 1725 roku. Pisząc o przeszłości sowieckiego aparatu represji KGB, wśród jego poprzedników wymienił Cz.K. (Czeka – Czerezwyczajnaja Komisja stworzona przez Feliksa Dzierżyńskiego. Oraz NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) którego funkcjonariusze wykonywali zbrodniczy rozkaz zamordowania polskich oficerów w Katyniu i innych miejscowościach w Rosji i na Ukrainie. Pominął natomiast, także krwawe, istniejące w latach 1922-1934 GPU (Gławnoje Polituczeskoje Uprawienie – Główny Zarząd Polityczny, od 1923 r. OGPU).
Nie wiem, bo nie udało mi się znaleźć na ten temat żadnych wiarygodnych informacji, na czym autor oparł swoje stwierdzenie, że terrorystka – anarchistka Fanna Kapłan, która 30.8.1918 r. strzelała do Lenina poważnie raniąc go, rozstrzelana została w gmachu Maneżu. Który już chyba wówczas służył celom wystawienniczym. Zaś „czekiści” egzekucje wykonywali w swoich piwnicach. Z innych nieścisłości jakie zauważyłem wspomnę, że sławna w czasach radzieckich WDNCH (Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej), odżywająca w ostatnich latach, zmieniła już dosyć dawno nazwę na WWC – Wszechrosyjskie Centrum Wystawiennicze. Z placu Maneżowego nawet w cichą noc, a takich w Moskwie raczej nie ma, nie sposób usłyszeć „stukotu końskich kopyt na Wasilewskom Spuskie”, bo te dwa miejsca oddziela nie tylko spora odległość, ale i mury Kremla.
Poganyj Prud, jak niegdyś nazywano Czistyje Prudy, nie znaczy „przeklęty”, ale nieczysty, paskudny, wstrętny, ewentualnie obrzydliwy. Jeżeli chodzi o nieścisłości topograficzne, to chyba najbardziej zaskoczyło mnie stwierdzenie autora mieszkającego od dawna w Moskwie, że idąc na jedną z podziemnych wypraw z placu Maneżowego ulicą Twerską (przez wiele lat Gorkiego), do najbliższej przecznicy musiał przejść „kilkaset metrów’. W rzeczywistości do pierwszej po prawej stronie: Grigoriewskowo pierieułka jest zaledwie kilkadziesiąt metrów, a po lewej do Nikitskiego piereułka o kilkanaście więcej. To jeden z najbardziej znanych i uczęszczanych fragmentów Moskwy. Mieszkałem tam kiedyś przez pewien czas w pobliżu i odcinek ten pokonywałem co najmniej dwa razy dziennie w 2 – 3 minuty.
Nie mogę też zrozumieć, jaką podziemną trasą szedł autor z tego miejsca przy Twerskiej w okolicę „Bolszowo Teatra”: (opery) „przez kilka godzin”. Skoro oba te miejsca dzieli tylko jedna przecznica, a po powierzchni ziemi droga zajmuje najwyżej 4-5 minut. Może czepiam się drobiazgów, ale rzetelność w opisywaniu konkretnych miejsc i faktów historycznych decyduje o zaufaniu czytelnika także do innych zawartych w książce informacji. A jest ich, jak już wspomniałem, mnóstwo i przedstawione zostały ciekawie. Z wieloma świetnymi spostrzeżeniami i danymi. Oto parę cytatów dotyczących metra. „Za ścianami tuneli, którymi codziennie pędzą pociągi, są ukryte pomieszczenia. Bunkry, centra dowodzenia, laboratoria, magazyny i wreszcie tajne szlaki komunikacyjne służące elitom kraju.” „…miejsc, w których słychać przejeżdżające (pod ziemią) pociągi, choć w pobliżu nie ma żadnej linii, jest w Moskwie wiele.”
Przeczytać też można o historii tajnych linii stołecznego metra. Jak również o raporcie amerykańskiego departamentu obrony z 1991 r. w którym znajdują się, opublikowane w Wikipedii, informacje o tajnej linii rządowego metra w Moskwie. A w innym miejscu książki również o prawdopodobnych trzech jego trasach. Podobnie o tunelach wykopanych jeszcze w czasach Iwana Groźnego, którymi mogły poruszać się wozy konne, aby w razie niebezpieczeństwa można było wywozić z Kremla skarby. Sporo wrzuconych w narracje na inne tematy informacji dotyczączy także współczesnego życia w tym mieście oraz w Rosji. Z faktami dotyczącymi również Polski.
Np. o znanym, przynajmniej mnie, z innych źródeł wyroku na mieszkańca Permu, skazanego kilka lat temu za opublikowaniu w Internecie tekstu o wspólnej napaści Niemiec i ZSRR na Polskę we wrześniu 1939 r. „Gdyż było to negowanie ustaleń Trybunału Norymberskiego”. A, zdaniem sądu, „tego typu treści będą kształtować przekonanie o negatywnej działalności Związku Radzieckiego, a przecież ze szkolnych lekcji powinien (podsądny) wiedzieć, że takiej działalności nie było.” Nie brak też przypomnień zbrodni stalinizmu. A jeżeli chodzi o „podziemną Moskwę”, również informacji o eksperymentach przeprowadzanych w latach 60-70 XX w. jak reagują ludzie na dłuższe przebywanie w podziemiach. Z wynikiem: człowiek traci wówczas zdolności do skoordynowanego działania w grupie.
Jest w książce również mało prawdopodobna, ale opowiadana wielokrotnie w innych źródłach historia czerwonoarmisty, który rzekomo zasypany został w 1941 r. podczas bombardowania w piwnicy domu. I błąkając się w podziemiach miasta przeżył 14 lat żywiąc się konserwami i suchym chlebem ze znajdowanych magazynów wojskowych, aż znaleźli go budowniczowie metra. Ale również informacje o ludziach, którzy z różnych powodów żyją pod ziemią latami. Mieli nawet swojego kapłana, popa Mikołaja, który udzielał im pomocy. Ciekawe w tej książce są obszerniejsze teksty o przestępczości kryminalnej w Moskwie w ciągu ostatnich ponad 30 lat. M.in. zabójstwie w 2009 r. szefa gangsterskiego podziemia „Japończyka” – Wiaczesława Iwankowa i w 2013 r. jego następcy „Dziada Hasana” – Asłana Usajana.
O powiązaniach po rozpadzie ZSRR oligarchów, polityków i urzędników z kryminalistami oraz informacja, że dopiero pod rządami Putina udało się zlikwidować przewagę bandytów nad milicją i służbami specjalnymi, a następnie ograniczyć ich rolę. W końcowych rozdziałach książki – łącznie jest ich 15 w 5 częściach plus Wstęp i Zakończenie, znalazły się także inne tematy. We Wstępie opowiastka o uczcie nad rzeką Moskwa, na której 4.4.1147 r. wielki książę kijowski Jurij Dołgoruki (ok. 1090-1157) poinformował innych książąt, że w tym miejscu zbuduje nowy gród. Czytając ją przypomniała mi się „Stara Baśń” Józefa Ignacego Kraszewskiego. Ciekawe okazały się opowieści o roli oraz wykorzystywaniu w Moskwie urody dziewcząt i kobiet w zdobywaniu bogatych mężów i kursami dla tych, które chcą „upolować” milionerów. A także zjawisku „sponsoringu”.
Z uwagą: „Rosjanki umiejętność wyciągania pieniędzy i upominków opanowały do perfekcji”. O moskiewskiej „złotej młodzieży” i – do niedawna – jej bezkarności, zwłaszcza w rozbijaniu się drogimi samochodami. W tym także o klubach, w których zarezerwowanie stolika, z konsumpcją, ale już bez drogich alkoholi, kosztuje 10-15 tys. dolarów. Jak również, snuta niemal przez całą książkę, historia kopalni diamentów nad rzeką Popigaj w kraju krasnodarskim. W której pracowali więźniowie oraz polscy jeńcy wojenni. Którzy w memencie jej likwidacji po wybuchu wojny w 1941 r. mieli zostać zamordowani przez NKWD-zistów, z zaskakującym finałem.
Opowiadana sukcesywnie, lub czytana w jego notatkach, przez wspomnianego na początku książki, a później wielokrotnie, moskiewskiego przyjaciela autora. Ale ze zdjęciem nie jego, lecz polskiego dziennikarza na tle baraku łagru w tajdze z lat 1940-1943, bez słowa, kiedy odwiedził tamto miejsce i co sam tam zobaczył. W książce jest bowiem również trochę zdjęć, chociaż raczej marnej jakości. A także spora bibliografia w językach polskim i rosyjskim, książkowa oraz internetowa. W sumie stanowi to sporo ciekawej, dobrze napisanej lektury, z mnóstwem faktów, ciekawostek, hipotez, legend oraz wątkami sensacyjnymi. Z przyjemnością ją polecam Czytelnikom.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński; 2017-04-19