Recenzje
Podręcznik Przygody Rowerowej. Wydanie II
Kiedy tak jak ja cierpi się na chorobę lokomocyjną, rower staje się ulubionym środkiem transportu. Jednakże nie tylko dlatego go lubię, choć z różnych przyczyn nie korzystam z niego zbyt często. Rower daje większą swobodę, niż samochodu, większą wolność i przede wszystkim większą kontrolę – również nad wyborem tras przejazdu, w które nie wcisnęłoby się nic większych rozmiarów. Tylko co tu niby można napisać w książce? Jaki stworzyć poradnik? Wsiadasz i jedziesz, prawda? Wystarczy, ze rower się trzyma, w oponach nie brak powietrza i jeszcze że hamulce działają, reszta to rzecz względna, prawda? Nie do końca. Jak się okazuje istnieje wiele aspektów przygody rowerowej, które warto jest uwzględnić zanim takową się rozpocznie i to je stara się przybliżyć czytelnikom niniejsza pozycja.
Oczywiście gdyby to był jedynie podręcznik tego, jak przygotować się do wyprawy, co ze sobą zabrać, jak dobrać sprzęt i potem o niego zadbać, ta książka musiałaby mieć co najmniej o połowę mniej stron przy jednocześnie dwukrotnie większej czcionce. Nawet gdyby dodać do niej nieco anegdot i całkiem sporą ilość fotografii. W rzeczywistości mamy do czynienia z propozycją inną, niż można na pierwszy rzut oka sądzić, a tytuł jest tutaj poniekąd mylący. Książka napisana przez Roberta „Robba” Maciąga (z pomocą przyjaciół oczywiście) w równej mierze opowiada o tym, co powyżej, jak i przygodach związanych z jazdą na jednośladzie. Maciąg i jego znajomi zabierają nas w trasy, które zjeździli w Polsce i na świecie. Odwiedzili Japonię, mknęli przez szlaki Turcji i Gruzji, byli na Ukrainie i na Bałkanach, a także w Kanadzie i Wietnamie. Doświadczyli różnych rodzajów dróg i najróżniejszych warunków, a ponieważ przy okazji zjeździli dziesiątki tysięcy kilometrów, nieobce stały się im kłopoty ze sprzętem i wyposażeniem. Korzystając z tego doświadczenia autor(zy) doradza(ją) jak przygotować się na niespodziewane i jak w pełni czerpać przyjemność z rowerowej wyprawy.
Muszę przyznać, że „Podręcznik...” to naprawdę ciekawa publikacja, ładnie wydana, ale przede wszystkim wciągająca w swoją treść, niczym dobra opowieść przygodowa. Bardziej emocjonująca jednak, bo prawdziwa, relacjonująca fakty, a nie opowiadająca o fikcyjnych wydarzeniach równie fikcyjnych postaci. Czy dzieje się tutaj dużo? Powiedziałbym raczej, że umiarkowanie, ale nie o to przecież chodzi. Czytanie książki Roberta Maciąga jest trochę jak słuchanie relacji z wyprawy znajomego, który roztacza przed nami nieznany świat i pokazuje zdjęcia, jakie zrobił w trakcie podróży.
Poza tym czeka na nas całe mnóstwo faktów, podanych bardziej lub mniej rozlegle. Dla tych, którzy lubią czytać wyrywkowo i chcą zwięzłych informacji przygotowano opis poszczególnych miejsc w pigułce. Wiele rzeczy zostało też wyróżnionych (choćby porady, jak zdobyć pieniądze), a sama książka podzielona została na części bardziej wspominkowe i bardziej praktyczne. Są też wtrącenia pisane przez różne osoby, te fragmenty akurat wypadają różnie, szczególnie pod względem stylu i jego jakości literackiej, ale wnoszą ze sobą wiele ciekawych rzeczy. Cieszy też duża ilość zdjęć (kolorowych, całość w końcu została wydana na półkredowym papierze, który dobrze sprawdza się w tego typu publikacjach) i lekkość „Podróży...”. W skrócie: miłośnicy rowerowych wojaży będą bardzo zadowoleni.
Sztukater.pl Michał Lipka
Eden. Nowy początek
„Eden. Nowy początek” to kontynuacja powieści „Calder. Narodziny odwagi”, która przedstawia czytelnikowi życie bohaterów po upadku Akadii. Są oni bez tożsamości, przeświadczeni o tym, że zostali kompletnie sami, a odnalezienie się w nowej rzeczywistości jest nie lada wyzwaniem.
Eden po tragicznych wydarzeniach trafia do domu bogatego jubilera Felixa. Proponuje jej pracę u siebie jako nauczycielki gry na fortepianie dla swojej wnuczki. Dziewczyna znajduje tutaj kąt i ma możliwość zarobienia pieniędzy, co w jej sytuacji jest bardzo ważne. Mijają jednak lata i Felix umiera. Zostawia on jednak wiadomość dla Eden, która będzie mieć duży wpływ na jej obecne życie. Okazuje się, że mężczyzna jeszcze przed śmiercią odnalazł tożsamość dziewczyny, a także odkrył historię jej rodziny. Eden miała matkę i koniecznie chciała ją poznać, więc jak postanowiła, tak zrobiła. Po pierwszym, szokującym dla obydwu stron spotkaniu, Eden czuła się znów kochana, jednak nic nie było w stanie zastąpić jej miłości Caldera, którego utraciła. Dziewczyna zamieszkała z matką i ze swoją kuzynką. Molly, która była rówieśnicą Eden pewnego wieczoru postanowiła wyciągnąć dziewczynę na wystawę młodego, wybijającego się dopiero artysty. Mimo niechęci kobieta udała się wraz z kuzynką na wycieczkę i to był przełomowy moment w jej życiu – młodym artystą okazał się jej ukochany z Akadii Calder. Spotkanie wywołało lawinę uczuć w życiu pary i wywróciło ich życie do góry nogami. Czy uda im się zbudować wspólną przyszłość w cieniu rzucanym przez przeszłość?
Eden jak i Calder czuli pustkę i zagubienie mimo przyjaciół i rodziców, którzy byli wciąż obok. Dopiero gdy odnaleźli siebie, mogli zacząć uczyć się żyć w pełni. Ciągle jednak obawiali się, że ktoś może mścić się na nich za Akadię, jednak mimo tego lęku starali się żyć normalnie. Postanowili także odnaleźć korzenie Caldera, co przyniesie nieoczekiwane dla nich informacje.
Mia Sheridan to autorka, której powieści trafiają na listę bestsellerów. Nie zaskoczy nikogo fakt, że ta pozycja również tam trafiła. Napisana jest ona językiem zrozumiałym i przyjemnym dla czytelnika, pochłania do reszty i pomaga zapomnieć o tym, co dzieje się dookoła. Wątek miłosny jest mocno rozbudowany, co dla niektórych jest mocnym atutem. Autorka skupia także swoją uwagę na analizie psychologicznej bohaterów, co pomaga zrozumieć niektóre sytuacje.
Pierwsza cześć powieści wyzwala u czytelnika napięcie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Mimo iż druga jest troszkę słabsza, różnica nie jest aż tak widoczna. Czytelnik może zatracić się bez reszty w powieści, w której miłość i przyjaźń odgrywają bardzo ważną rolę. To co w pierwszej części było zagadką, zostaje rozwiązane, a także niektóre rzeczy nabierają sensu. Książka ukazuje także, ile człowiek jest w stanie przeżyć oraz jak niektóre sytuacje budują w człowiek siłę, której sam nie jest w stanie w sobie odnaleźć. Można również dostrzec, że nawet w najgorszej sytuacji jesteśmy w stanie znaleźć jakiś pozytyw i sprawić, że on będzie naszym celem, do którego będziemy dążyć mimo wszystko. Polecam obie części wszystkim osobom, które poszukują powieści o tematyce dosyć trudnej jaką są sekty, ale także o tej przyjemnej, która opowiada o miłości pokonującej wszystkie przeciwności stające jej na drodze. Ciepłe wiosenne popołudnia są idealne, by oderwać się od szarej rzeczywistości i przenieść się w całkiem inny świat.
Sztukater.pl Kropka99
Księga hygge. Jak zwolnić, kochać i żyć szczęśliwie
Nazwanie tej broszurki „księgą” jest wielkim nadużyciem. Myślałem, że może to oczko puszczone w stronę odbiorcy, ale chyba jednak nie, bo jest to pozycja napisana z nadmierną powagą. Autorka podeszła do tematu akademicko, bez finezji i oddechu, który byłby wskazany przy opisie tej bardzo popularnej w ostatnich miesiącach filozofii istnienia.
„Hygge” – to słowo zapewne kojarzone przez większość z nas, atakuje z wielu stron i jest wskazywane jako recepta na nasze obecnie rozpędzone do granic możliwości życie. W skrócie: zwolnij, odetchnij spokojnie, otocz się ciekawymi ludźmi, ciesz detalami. Nie trzeba tego rozwijać do formatu większego niż drobna publikacja, rozwlekanie i doktoryzowanie się nad tematem po prostu przytłacza czytelnika.
Już podczas lektury wstępu można zrozumieć, w czym tkwi sedno optymistycznego podejścia do życia Duńczyków (i chyba Skandynawów w ogóle); a jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej poczuć, co jest dla nich ważne. Z racji chłodniejszego klimatu słowem-kluczem jest tam „ciepło”, ujmowane w wielu aspektach. Równie dobrze można użyć „spokój” czy „bliskość”, i już wiadomo o co chodzi. Oczywiście dla każdego przejawia się to w innych detalach czy rzeczach, więc nie ma co się silić na definicje. Tym bardziej męczy ciągłe podawanie przykładów „hygge to...” przez niemal 200 stron książki. Po pewnym czasie brzmi to niczym usypiająca mantra, nie wnosi nic nowego poza odczuciem strasznego deja vu.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku cytatów. Są one upychane w zatrważającej ilości, praktycznie na każdej stronie. Mało tego, wydawca postanowił je wyróżnić powiększoną i pogrubioną czcionką, przez co wydają się ważniejsze od przemyśleń autorki. Są one fatalnie dobrane i przytłaczają, niczym pseudomądrości Paulo Coehlo. Znalazło się nawet miejsce na Fryderyka Nietzsche!!! Doprawdy, gdzie jak gdzie, ale w książce o hygge bym się tego nie spodziewał. Zapewne stwierdzono, że książkę trzeba na siłę wydłużyć, żeby nie skończyło się na 50 stronach tekstu, więc dodawano co się dało, brakowało mi jedynie wrzucenia kilku wierszy Wisławy Szymborskiej. Pomijając kwestię trafności i ilości tychże cytatów, należy zauważyć, że robią one niemałą krzywdę przemyśleniom pani ThomsenBrits. Odbiorca nie zdąży dobrze wejść w tok jej twierdzeń i zostaje wybity przez na siłę wrzucone przemyślenia kogoś innego, „znanego i mądrego”. Męczy to okropnie i nie pozwala się skupić na istocie książki. Złapałem się na tym, że zacząłem pomijać te „wrzutki” i wówczas czytanie przynosiło mi więcej przyjemności (no dobra, może to zbyt mocne słowo...).
Ogólne przesłanie i temat są jasne, tak samo jak zamysł na wizualne pogrubienie książki. Wykorzystano chyba wszystkie proste sztuczki – gruby papier wielkie marginesy, odstępy między wierszami, czcionka. Do tego duża ilość zdjęć (wiadome patenty – świeczki, kamyki, koce, drewno i tego typu wizualizacje) i jakoś udało się dobić do wspomnianych wcześniej 200 stron. Doceniam wizualne walory, gdyż całość wygląda naprawdę ślicznie i przykuwa oko, ale bardziej jako album, nie poważna publikacja (bo chyba tak trzeba traktować coś, co w tytule ma słowo „księga”?). Wiele osób docenia właśnie tę stronę książek o hygge, twierdząc, że tego typu pozycje mają służyć jako pomoc w złapaniu oddechu przy kubku ciepłej kawy, gdy pragniemy skryć się pod kocem. Paradoksalnie, dla tego celu chyba lepsze byłoby odwrócenie proporcji – skupienie się na obrazkach i zdjęciach. Gdyby przemyślenia stanowiły swoiste dopełnienie uczty dla oka (jako komentarze lub krótkie zdania), efekt na pewno byłby lepszy.
Całość czyta się błyskawicznie, książkę zamknąłem po ok. 2 godzinach. Nie był to czas do końca stracony, jednak podczas lektury (oraz po jej skończeniu) byłem daleki od poczucia styczności z sednemhygge...
Sztukater.pl Dyabeutor
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
Czy można zachwycić się książką kucharską? Zdecydowanie tak! Ogromnie lubię wszelkie takie książki z przepisami, które nie tylko kuszą smakami i aromatami, jakie za jej pomocą możemy stworzyć we własnej kuchni, ale pięknym, zachwycającym wydaniem. Tak właśnie jest w przypadku „Opowiadań drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim” Moniki Waleckiej.
Tak naprawę książka jest zbiorem ponad stu receptur, które wcześniej znalazły się na blogu autorki - Monika Walecka prowadzi bowiem stronę gotujebolubi.pl, gdzie inspiruje ciekawymi pomysłami na różnego rodzaju dania nieprzerwanie już kilka lat. Przez ten czas zbierała doświadczenie, rozwijała swoją pasję i uwiecznieniem tego są „Opowiadania drewnianego stołu”.
Tytułowy drewniany stół to miejsce spotkań z bliskimi, to symbol gościnności, domowego ciepła, do którego chce się ciągle wracać, celebrując codzienne posiłki, wyjątkowe uroczystości i chwile tylko dla siebie. Trudno nie przyznać racji autorce, gdy we wstępie do książki pisze, że każdy marzy o takim stole, „w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników.” Tą miłość do gotowania i do dzielenia się owocami swojej pracy z bliskimi widać w tej publikacji, jej przekaz jest jasny i czytelny – przygotowywanie posiłków jest ważne, ale ma sprawiać przyjemność, ma cieszyć nas i tych, dla których je przygotowujemy.
Może to zabrzmieć banalnie, ale wydanie jest naprawę świetne, w twardej oprawie, z czerwoną tasiemką w formie zakładki, sprawia, że książka jest bardzo praktyczna. Zdecydowaną ozdobą są tutaj zdjęcia potraw – co bardzo lubię, każdy przepis opatrzony jest zdjęciem – piękne, artystyczne zbliżenia apetycznych, kolorowych, małych dzieł sztuki kulinarnej. Doskonałym uzupełnieniem są ilustracje, akwarelowe rysunki, idealnie dopasowane kolorystycznie i stylistycznie do przedstawionego przepisu. Takie wydanie cieszy oko i zachęca do tego, by samemu chwycić za deskę do krojenia i rondel.
„Opowiadania...” podzielone są na kilka części, w których znajdziemy pomysły na dania odpowiednie na śniadanie, obiad, słodki deser, ale także rozdziały informacyjne – czym gotować i jak robić zakupy oraz co warto mieć w kuchni – przyznam szczerze, że te części mogłyby być dłuższe, bardziej szczegółowo omówione, po ich przeczytaniu miałam pewien niedosyt.
Najważniejsze są tutaj jednak przepisy, których różnorodność jest jedną z wielu zalet, są to bowiem pomysły na danie o każdej porze dnia, na każdą porę roku i sądzę, że zarówno miłośnik mięsa, wegetarianin czy osoba na diecie bezglutenowej znajdzie coś dla siebie. Wszystkie jednak są zdrowe, pełne smaku i, co najważniejsze, nie wydają się skomplikowane, wręcz przeciwnie, lista składników przy niektórych przepisach jest bardzo krótka, a wykonanie proste. Cieszy mnie to, że każdy wpis opatrzony jest krótka notatką od autorki, anegdotą, czy trickiem, by przedstawione danie w pewien sposób wykorzystać czy wzbogacić.
Między przepisami na pieczona ricottę z parmezanem, miodowy amarantus z jagodami goji czy brukselkę i tofu z makaronem sobą znajdziemy klasyczną, kremową pomidorówkę i domowy twaróg. Wszystko pięknie pokazane na zdjęciach, dokładnie opisane, przez co nawet taki laik kulinarny jak ja może sobie poradzić i wyczarować coś pysznego dla siebie czy bliskich. Jak przekonuje autorka - najważniejsze jest to, by gotowanie sprawiało nam radość, by cieszyć się tym procesem i włożyć do tego wykonania odrobinę serca.
Sztukater.pl Linda
Pod samym niebem
Czasami sięgam po jakąś książkę i zastanawiam się, co właściwie skłoniło mnie do poznania tej historii. Tak właśnie miałam w tym przypadku. Zaczęłam czytać „Pod samym niebem” i zastanawiałam się, dlaczego sobie to robię i co sprawiło, że zapragnęłam przeczytać kontynuacje bohaterów poznanych w książce „Podniebny lot”
Bianca młoda dziewczyna pracująca jako stewardessa. W czasie jednego z lotów poznaje przystojnego i pewnie stąpającego po ziemi Jamesa. Już od pierwszych chwil napięcie seksualne wisi nad tą dwójką. Z każdym kolejnym spotkaniem, staje się pewne, że wszystko ich do siebie ciągnie. James jest dominującym mężczyzną, zarówno w życiu, jak i w sytuacjach łóżkowych. Do tego jest szalenie przystojny, okropnie bogaty i momentami zbyt pewny siebie. Czy charyzma dziewczyny i temperament Jamesa pozwolą na zbudowanie związku? Czy tych dwoje ma szansę na miłość?
„Pod samym niebem” to druga część serii „W przestworzach”. Z bohaterami mogliśmy się już poznać w pierwszej części „Podniebny lot” i to właśnie od tej książki należy zacząć swoją przygodę z Biancą i Jamesem. W czasie czytania pierwszej części już mogłam stwierdzić, że „Podniebny lot” to historia jakich wiele na rynku wydawniczym. Uznałam ją za przeciętniaka, może i mogłaby być dla mnie ciekawa, ale niestety na tle innych erotyków wypada blado, schematycznie i momentami nudno. Jednak pierwsza część, pomimo swoich wad, zakończeniem dała mi również nadzieję na lepszą kontynuację. Tak się jednak, niestety, nie stało. Kontynuacja wypadła jeszcze gorzej niż pierwszy tom.
W książce mamy narrację pierwszoosobowa, a głównych narratorem jest Bianca. Po części podobała mi się budowa tej bohaterki, ponieważ lubię postacie mocno naznaczone demonami przeszłości. Dziewczyna w swoim życiu przeżyła wiele zła i od dłuższego czasu jej ostoją jest przyjaciel, Stephan. W książce podobały mi się tylko właściwie dwie rzeczy związane z Biancą. Jej charyzma, postawa w kryzysowych sytuacjach i to, w jaki sposób usiłuje sobie radzić z bliznami na duszy zadanymi w przeszłości. Na pochwałę zasługuje również wątek przyjaźni między dziewczyną a Stephanem. Tych dwoje są niemal jak rodzeństwo niepołączone więzami krwi, potrafią się wspierać w najtrudniejszych sytuacjach, akceptują siebie takimi, jakimi są i nie starają się nic zmieniać w tym drugim. Lubię takie jasne i klarowne relacje i uważa, że za tę przyjaźń autorce należy się plus.
Jednak dwa plusy i to takie wyszukane na siłę nie stawiają książki w korzystnym świetle. Zazwyczaj unikam wszelkich porównań, nie skupiam się na szukaniu w książkach cech wspólnych, bo nie o to chodzi w czytaniu. Każda z lektur musi być przyjemnością i nie ma sensu szukać w nich na siłę podobieństw. Jednak tym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam książkę zbudowaną na innej powieści, mianowicie na Pięćdziesięciu twarzach Greya. Nawet nie o wątek BDMS chodzi, bo takowy w książkach akceptuje i nie tylko Grey jest o takim zabarwieniu. Tutaj relacja bohaterów była iście podobna. Niektóre dialogi były łudząco podobne do tych czytanych w Greyu. Nie ma tu mowy o plagiacie, co to to nie, ale mocna inspiracja jest widoczna. A nawet pokuszę się o stwierdzenie, że R.K Lilley przerosła E.L James w opisie scen erotycznych i ukazaniem związków opartych na seksie BDMS.
„Kochać się? Czy to, co robimy, nie nazywa się pieprzeniem?”
Tym płynnym ruchem przeszliśmy do scen erotycznych, które, choć były zbudowane dość dobrze, to jednak zabiły w książce jakąkolwiek fabułę. Autorka postanowiła nas seksem wręcz przytłoczyć. Uwielbiam czytać romanse, sięgam też często po erotyki, ale nikt jeszcze nigdy nie znudził mnie scenami zbliżeń. R.K Lilley opisuje seks z sensem, ale nie ma umiaru w umieszczaniu go w fabule. Uważam, że jeżeli ktoś przeczytałby dwa, trzy pierwsze rozdziały, a następnie dwa ostatnie to nie ominie go nic innego jak tylko seks. W relacji bohaterów nie zachodzą żadne emocje, nie mamy względu w ich, wydawałoby się, rodzącą się miłość. Brakowało mi więzi między mną, jako czytelnikiem, a postacią z kart powieści. Książka mnie przytłoczyła, choć czyta się ją naprawdę ekspresowo, to można przyznać, że jest nijaka. Może zbyt późno została wprowadzona na polski rynek wydawniczy. Może ja, jako osoba sięgająca często po tego typu literaturę, oczekuję już czegoś, co mnie naprawdę pochłonie, zaskoczy i uwolni moją wyobraźnię? Tutaj jednak tego nie dostałam. Mimo to, że książka nie do końca mi się spodobała, uważam, że może ona przypaść do gustu osobom lubiącym czytać erotyki, ale też takim, które tych erotyków przeczytało niewiele. Ja już wątpię, że trafię jeszcze na taką książkę erotyczną, która mnie zaskoczy i nie zanudzi.
Moim zdaniem „Pod samym niebem” to kontynuacja, która nie dorównała pierwszej części, to książka bardziej o seksie niż o miłości. Przynajmniej ja nie była w stanie wkręcić się w uczucie między bohaterami. Była przewidywalna, sztampowa i momentami wręcz nudna. Wątki z poprzedniego tomu nadal nie zostały zamknięte, nawet nie były one w żaden sposób przeanalizowane w tej części, nie zostały rozwinięte, a raczej tylko odrobinę poruszone. Nie dowiedziałam się nic, czego nie byłabym pewna po pierwszej części. Na zakończenie autorka usiłowała wzbudzić w czytelniku ciekawość i zachęcić do sięgnięcia po kontynuację. Ja już nie sięgnę, nie zostałam zaciekawiona tym zakończeniem i wiem, że to moja ostatnia przygoda z serią „W przestworzach”.
Sztukater.pl