Recenzje
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
Jednym kojarzą się z McDonald'sem, Coca-Colą, Myszką Miki i Starbucksem. Innym z nowojorskimi drapaczami chmur, Wall Street oraz Hollywoodzkim blichtrem. Pozostałym z brakiem gustu, ignorancją, ekstremalną otyłością i zbyt łatwym dostępem do broni. Choć od Polski dzieli je kilka tysięcy kilometrów, wielu Polaków uważa, że zna je na wylot. Tymczasem Marek Wałkuski udowadnia, że o Stanach Zjednoczonych wiemy wyjątkowo mało, a amerykańska kultura jest nam równie bliska, co indyjska czy japońska.
Wałkowanie Ameryki (2012) to debiut literacki Marka Wałkuskiego, nazywanego popularnie „Wałkiem”. Miłośnicy Programu Trzeciego Polskiego Radia doskonale pamiętają go z porannych audycji Zapraszamy do Trójki, w których dał się poznać nie tylko jako świetny dziennikarz, ale i osoba o wyjątkowym poczuciu humoru. W Programie Trzecim Wałkuski pracował w latach 1990-2002. Jest autorem licznych relacji reporterskich i reportaży, opracowywał też analizy słuchalności w Agencji Reklamy Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za Oceanem znalazł się w 2002 roku, po tym jak przyjął propozycję objęcia stanowiska korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie.
W styczniu 2002 r. zostałem oddelegowany do Waszyngtonu jako korespondent Polskiego Radia. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić po przybyciu na miejsce, było wynajęcie mieszkania. Sprawa wydawała się banalna. Okazało się, że taka nie była. Patrzyłem na mapę. Miasto podzielone jest na trzy części. Pierwsza to właściwy Waszyngton, czyli Dystrykt Kolumbii (ang. District of Columbia, w skrócie DC). Pozostałe dwie części położone są w przylegających stanach Wirginia i Maryland. Ponieważ w USA stany mają bardzo dużą autonomię, aglomeracja waszyngtońska podlega trzem osobnym systemom prawnym i administracyjnym. Obowiązują w niej inne stawki podatkowe, inne procedury urzędowe i inne programy szkolne. Jeśli ktoś przeprowadza się z jednej części miasta do drugiej, powinien wyrobić sobie nowy dokument tożsamości i przerejestrować auto. Przejeżdżając samochodem z Wirginii do Dystryktu Kolumbii, należy przerwać rozmowę przez telefon komórkowy, w DC obowiązuje bowiem zakaz używania telefonów podczas jazdy, którego to zakazu nie ma w Wirginii. W Dystrykcie Kolumbii legalne są małżeństwa osób tej samej płci, w Maryland trwa walka o ich zalegalizowanie, a Wirginia w ogóle nie uznaje tego typu związków. W częściach Waszyngtonu należących do Maryland i Wirginii ciągle obowiązuje kara śmierci, którą w Dystrykcie Kolumbii zniesiono już w 1981 r. Sam Dystrykt Kolumbii liczy około 600 tysięcy mieszkańców, ale w całej aglomeracji waszyngtońskiej mieszka 5,5 miliona ludzi.
W 2002 roku aglomeracja waszyngtońska powiększyła się o trzech nowych mieszkańców. Marek Wałkuski wyemigrował z Polski z żoną Edytą i synkiem Konradem. Jak dziennikarz wspomina po latach, w Stanach Zjednoczonych najszybciej zadomowił się jego syn. On potrzebował na to całej dekady. Oswajanie Ameryki nie szło mu łatwo. Kraj ten na każdym kroku zaskakiwał go swoją różnorodnością: kulturową, rasową, językową, etniczną, polityczną i ideologiczną. Dziś Marek Wałkuski opowiada o Stanach Zjednoczonych z zachwytem, który poskramia jedynie wyuczony przez lata pracy reporterskiej obiektywizm dziennikarski.
Kim jest ów nowy człowiek – Amerykanin? – tak zapytywał już pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku St John de Crevecoeur, farmer osiadły na amerykańskim lądzie. On, a także John Jay, prezes Sądu Najwyższego USA, jako jedni z pierwszych próbowali scharakteryzować obywateli nowopowstałego państwa. Dziś, niemal trzy wieki później, pytanie zadane przez francuskiego imigranta jest nadal aktualne. Myśliciele, zarówno amerykańscy, jak i europejscy, próbują analizować współczesne społeczeństwo amerykańskie i starają się udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie: czym dziś jest nowe społeczeństwo amerykańskie? W ich analizach można odnaleźć element wspólny – fakt, że niemal nikt nie pomija najważniejszego determinanta, który przez lata silnie wpływał na kształt obecnego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i dzięki któremu wygląda ono tak, a nie inaczej – mianowicie imigracji.
Maldwyn Jones, brytyjski historyk, stwierdził, iż imigracja stanowi historyczną rację bytu Ameryki… najtrwalszy i najwszechstronniejszy czynnik jej rozwoju. Historia USA wskazuje, iż faktycznie czynnik imigrancki odegrał dużą rolę w kształtowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Według danych statystycznych, zbieranych przez urząd imigracyjny od 1820 roku, tylko w latach 1820 – 1990 do Stanów Zjednoczonych wyemigrowało 55 milionów ludzi. Amerykanie nie byli w stanie pozostać wobec tych napływających mas obojętni. Przedstawiciele różnorakich nacji – Europejczycy ze środkowej i wschodniej części kontynentu, Azjaci czy Amerykanie Południowi – przywozili ze sobą do Ameryki Północnej nie tylko swój dobytek, ale przede wszystkim własną kulturę, zwyczaje, tradycje. Obok protestantyzmu pojawiły się katolicyzm, judaizm, buddyzm czy hinduizm. A obok obywateli mających doświadczenia z wartościami republikańskimi i demokracją – ludzie znający do tej pory jedynie uciemiężenie i autorytarne rządy. Amerykańska mozaika społeczna, unikalna i wyjątkowa, sprawiła, że trudnym stało się precyzyjne zdefiniowanie społeczeństwa amerykańskiego i odpowiedzenie na zadane przez Crevecoeur pytanie o to, kim nowy Amerykanin jest. Crevecoeur uważał, podobnie jak Thomas Paine, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem imigranckim – heterogenicznym, stanowiącym zlepek wielu różnych narodów europejskich. John Jay stawiał tezę zgoła odmienną, nieco marginalizującą znaczenie imigracji, mianowicie mówił, iż Amerykanie to społeczeństwo jednolite – społeczeństwo mające wspólnych przodków, mówiące tym samym językiem, wyznające tę samą religię, przywiązane do tego samego systemu rządzenia, hołdujące bardzo podobnym zwyczajom i obyczajom.* Naród amerykański w odczuciu Jaya to społeczeństwo homogeniczne, zbudowane w oparciu o dominację jednej, konkretnej grupy. Dziś, Samuel Huntington określa tę grupę wprost jako WASP – białych, anglosaskich protestantów. Według Huntingtona, Amerykanie postrzegają swoje społeczeństwo jako wieloetniczne i wielorasowe. Ta percepcja doprowadziła z czasem do niemal całkowitego mentalnego zatarcia się różnic rasowych pomiędzy obywatelami USA. Jednakże Huntington stawia tezę, że tak jak etnicznie Stany Zjednoczone są heterogeniczne, tak kulturowo – homogeniczne. A filarem, o który opiera się społeczeństwo amerykańskie – kultura anglosaskich protestantów. Do kluczowych elementów tego amerykańskiego credo Huntington zalicza język angielski; chrześcijaństwo; zaangażowanie religijne; angielskie pojęcie rządów prawa, odpowiedzialności rządzących i praw jednostek oraz wartości separatystycznych protestantów takie jak indywidualizm, etyka pracy oraz wiara w to, że ludzie mają zdolność i powinność podjęcia próby zbudowania nieba na ziemi, „miasta na wzgórzu”.**
Podobne spostrzeżenia względem amerykańskiego społeczeństwa ma Marek Wałkuski. Nie pretenduje on jednak do roli myśliciela politycznego. Nie analizuje, a opisuje. Nie wychodzi z roli reportera. Dziennikarz wyznacza sobie cel: chce podważyć stereotypy, jakie narosły wokół Stanów Zjednoczonych, i oddać Czytelnikom ducha Ameryki. Na przestrzeni trzynastu rozdziałów próbuje więc opowiedzieć o tym, co dla dzieci wuja Sama jest najważniejsze i już na wstępie kreśli obraz Amerykanina-patrioty, snując opowieść o wychowaniu patriotycznym i immanentnym Amerykanom poczuciu wyjątkowości. Definiuje także typowego amerykańskiego Kowalskiego.
W powszechnym przekonaniu typowy Amerykanin nazywa się John Smith, ale nie jest to prawda. Z danych Amerykańskiego Urzędu Statystycznego (ang. US Census Bureau) wynika, że Smith rzeczywiście jest najczęściej występującym w USA nazwiskiem, ale większość Johnów już dawno umarła. Bo choć imię to najczęściej nadawano chłopcom od czasów kolonialnych aż do 1924 r., to później zaczęli przeważać Robert, James i Michael. (…) Obecnie najwięcej Amerykanów nosi imię James. Typowy Amerykanin nie jest bardzo bogaty, ale nie należy również do biedoty. Przeciętny Józek nie pracuje jako profesor na uniwersytecie i nie jest sławnym aktorem ani popularnym piosenkarzem. Zwykle jest robotnikiem najemnym lub drobnym przedsiębiorcą. Piosenkarz country Clay Walker śpiewał, że przeciętny Józek pracuje jako spawacz, budowlaniec, malarz lub mechanik samochodowy, ale może być też kierowcą ciężarówki, sprzątać w sklepie spożywczym albo rozwozić pocztę. Potrafi ciężko pracować, lubi też sobie wypić dla relaksu. Według Walkera przeciętny Józek jest religijny, służył w wojsku i nie potrzebuje bogactwa, bo szczęście osiąga dzięki kochającej rodzinie. Ma 37 lat i pożyje najpewniej do 78, bo taka jest obecnie oczekiwana długość życia Amerykanina. Ma 177,5 centymetra wzrostu, zaledwie jeden centymetr mniej niż Polak. Typowy Amerykanin waży 88 kilogramów, co oznacza, że ma nadwagę, bo jego wskaźnik masy ciała wynosi 28,4 (podczas gdy według standardów Światowej Organizacji Zdrowia za maksymalną dopuszczalną uznawana jest wartość nieprzekraczająca 25). Jest brązowooki (bo wbrew stereotypom obecnie tylko jeden na siedmiu mieszkańców USA ma niebieski kolor oczu). Przeciętny Józek ma dom z ogródkiem i garażem na jeden lub dwa samochody. Dom ma powierzchnię 170 metrów kwadratowych, jest z lat 70.XX wieku, a jego wartość nie przekracza 180 tysięcy dolarów. Ma dwie łazienki, w których typowy Amerykanin spędza średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać. Ponad 75% Amerykanów nakłada rolkę na uchwyt w taki sposób, by papier rozwijał się od góry. A jeszcze więcej, bo 85% z nich deklaruje, że są zadowoleni z życia. Statystycy mają bardzo dużo informacji na temat przeciętnego Amerykanina. Wiedzą np.., że zjada on rocznie 8 kg boczku, 6 kg indyka i 60 kg ziemniaków, wypija 190 l napojów gazowanych i raz w tygodniu smaruje chleb masłem orzechowym. Przynajmniej raz w miesiącu je lody i chodzi do kościoła, raz w roku zaczyna czytać nową książkę, choć nie zawsze ją kończy, i przynajmniej raz w życiu wystrzelił z pistoletu. Typowy amerykański Joe robi zakupy w supermarkecie Wal-Mart, a przed Bożym Narodzeniem dekoruje choinkę. Posiada też zwierzę domowe i jest fanem futbolu i bejsbola. Jedyny problem polega na tym, że przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
Wałkowanie Ameryki to napisany lekkim i przystępnym językiem reportaż (o skądinąd niebanalnym i bardzo dowcipnym tytule). Marek Wałkuski snuje swoją opowieść z humorem i swadą. Nie stroni od anegdot i osobistych wspomnień. Suche fakty wzbogaca żartobliwymi ciekawostkami. Porusza też ważne problemy społeczne. Sporo miejsca w książce poświęca wolnościom obywatelskim Amerykanów, a także amerykańskiej kulturze broni. W Polsce na stu mieszkańców przypada zaledwie jeden pistolet lub strzelba, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych na stu obywateli przypada dziewięćdziesiąt sztuk broni. To sprawia, że w ich rękach znajduje się 270 milionów pistoletów, strzelb i karabinów (co stanowi 40% cywilnej broni palnej świata). Najwięcej sztuk broni posiadają mieszkańcy stanów południowych i środkowo-zachodnich, najmniej – wschodnich. Broń posiada co trzeci Amerykanin. Każdego roku jeden na trzydzieści tysięcy ginie od kuli.
„To nie pistolety zabijają, ale ludzie” – głosi slogan zwolenników prawa do posiadania broni w USA. „To ludzie są zabijani, a nie pistolety” – odpowiadają przeciwnicy swobodnego dostępu do broni. Obie strony wybiórczo traktują statystyki, używają demagogicznych argumentów, posiłkują się korzystnym i dla siebie badaniami i różnie interpretują te same zapisy konstytucji. Dla jednych możliwość nieograniczonego dostępu do broni to kwestia samoobrony, narodowej tożsamości i wolności obywatelskiej. Przedstawiciele drugiej strony wzdragają się na samo słowo „pistolet”, a posiadaczy broni uważają za barbarzyńców.
Marek Wałkuski stara się rzeczowo i merytorycznie opowiadać o sporach, które toczą się we współczesnej Ameryce. Nigdy ich nie rozstrzyga. Rzadko kiedy czytelnik może też poznać osobiste zdanie Wałkuskiego w konkretnym temacie. W każdym kolejnym rozdziale dziennikarz konsekwentnie zadaje kłam stereotypom na temat Stanów Zjednoczonych. Wałkowanie Ameryki w swoim wydźwięku bardzo przypomina doskonałe Made in USA Guya Sormana. Wałkuski patrzy na Amerykę z dużą życzliwością, jednak nie bezkrytycznie. Aczkolwiek unika łatwego krytykowania. Dzięki jego wysiłkom tak odlegli Amerykanie stają się dobrymi znajomymi z sąsiedztwa.
W Ameryce można znaleźć wszystko – rzeczy absurdalne, dziwaczne, a nawet idiotyczne. Jednak sama Ameryka nie jest krajem absurdalnym, dziwacznym ani idiotycznym. To dobrze zorganizowane społeczeństwo, kraj ludzi praktycznych i racjonalnych. Amerykanie kierują się ideałami i są tolerancyjni. Ich naczelną dewizą jest „żyj i daj żyć innym”.
W Stanach Zjednoczonych presja społeczna na dostosowanie się do szeroko pojętej normy jest niewielka, dlatego to kraj, w którym nie brak różnorakich ekscentryków. Od tej reguły jest jedno odstępstwo. W Ameryce trzeba być wierzącym. Prawie wszyscy Amerykanie wierzą w Boga lub inną siłę wyższą, co sprawia, że Stany Zjednoczone są najbardziej religijnym krajem Zachodu. Ateista nie ma szans zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. W przeprowadzonym przez Instytut Gallupa kilka lat temu sondażu dziewięciu na dziesięciu Amerykanów zadeklarowało gotowość do głosowania na katolika, Afroamerykanina, Żyda, kobietę i Latynosa. Ponad 2/3 ankietowanych byłoby skłonnych poprzeć mormona i wielokrotnego rozwodnika. Nawet homoseksualista otrzymał 55% pozytywnych deklaracji. Na szarym końcu rankingu znalazł się ateista, na którego większość Amerykanów nie oddałaby głosów w wyborach. Komentując wyniki tego sondażu, publicysta dziennika „Washington Post” stwierdził, że prezydentem USA prędzej niż ateista zostałby satanista, bo w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Opowiadając o religijności Amerykanów, Marek Wałkuski zwraca uwagę na nietypowe dla Europejczyków formy przyciągania wiernych do kościołów. Mówi o przykościelnych tablicach reklamowych, najczęściej spotykanych obok świątyń protestanckich. Billboardy z religijnym, nierzadko żartobliwym przesłaniem, wpisały się na stałe w krajobraz amerykańskich miejscowości. Do kościołów przyciągają też charyzmatyczni pastorzy. Kierujący położonym na przedmieściach Waszyngton McLean Bible Church, Lon Solomon, jest tego najlepszym przykładem. W jego świątyni co tydzień modli się aż trzynaście tysięcy osób! McLean Bible Church to jeden z protestanckich megakościołów, które ich przeciwnicy nazywają mckościołami albo religijnym Disneylandem. Amerykanie nie tylko chętnie obnoszą się z własną religijnością, ale i cechują się dużą otwartością na inne wyznania. To dlatego z powodzeniem funkcjonują w Stanach Zjednoczonych nierzadko bardzo egzotyczne dla Europejczyków kościoły, jak chociażby brazylijski Kościół União de Vegetal, Kościół Eutanazji, Stowarzyszenie Aetheriusa czy Kościół Wszystkich Świętych.
Marek Wałkuski w Wałkowaniu Ameryki sporo miejsca poświęca też muzyce country stanowiącej duszę Ameryki, amerykańskiemu kultowi samochodu czy miejscu Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Swoje rozważania kończy rozdziałem, w którym diagnozuje problemy, z którymi w najbliższych dekadach będą musieli zmierzyć się obywatele Stanów Zjednoczonych. Do najważniejszych zagrożeń zalicza duże bezrobocie, stale narastający dług publiczny oraz pogłębiające się nierówności społeczne. Amerykanie wciąż też muszą uporać się z problemem nielegalnej imigracji. Dla tysięcy osób Stany Zjednoczone nadal są wymarzonym miejscem na ziemi. Pozostają także takim nawet po bliższym poznaniu. Nie można jednak pokusić się o stwierdzenie, że wszyscy imigranci byli zachwyceni Stanami Zjednoczonymi. Zygmunt Freud, który zaledwie przez kilka dni wygłaszał wykłady na temat psychoanalizy na amerykańskich wyższych uczelniach, wrócił z podróży bardzo zniesmaczony. Co więcej, kiedy w Austro-Węgrzech rozpoczęły się prześladowania Żydów, odmówił emigracji za ocean, a jako powód podawał humorystycznie, iż szkodzi mu amerykańskie jedzenie. Markowi Wałkuskiemu Ameryka smakuje wybornie, a to sprawia, że Wałkowanie Ameryki to niezwykle apetyczna lektura. Nie tylko dla amerykanistów.
Wałkowanie Ameryki (2012) to debiut literacki Marka Wałkuskiego, nazywanego popularnie „Wałkiem”. Miłośnicy Programu Trzeciego Polskiego Radia doskonale pamiętają go z porannych audycji Zapraszamy do Trójki, w których dał się poznać nie tylko jako świetny dziennikarz, ale i osoba o wyjątkowym poczuciu humoru. W Programie Trzecim Wałkuski pracował w latach 1990-2002. Jest autorem licznych relacji reporterskich i reportaży, opracowywał też analizy słuchalności w Agencji Reklamy Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za Oceanem znalazł się w 2002 roku, po tym jak przyjął propozycję objęcia stanowiska korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie.
W styczniu 2002 r. zostałem oddelegowany do Waszyngtonu jako korespondent Polskiego Radia. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić po przybyciu na miejsce, było wynajęcie mieszkania. Sprawa wydawała się banalna. Okazało się, że taka nie była. Patrzyłem na mapę. Miasto podzielone jest na trzy części. Pierwsza to właściwy Waszyngton, czyli Dystrykt Kolumbii (ang. District of Columbia, w skrócie DC). Pozostałe dwie części położone są w przylegających stanach Wirginia i Maryland. Ponieważ w USA stany mają bardzo dużą autonomię, aglomeracja waszyngtońska podlega trzem osobnym systemom prawnym i administracyjnym. Obowiązują w niej inne stawki podatkowe, inne procedury urzędowe i inne programy szkolne. Jeśli ktoś przeprowadza się z jednej części miasta do drugiej, powinien wyrobić sobie nowy dokument tożsamości i przerejestrować auto. Przejeżdżając samochodem z Wirginii do Dystryktu Kolumbii, należy przerwać rozmowę przez telefon komórkowy, w DC obowiązuje bowiem zakaz używania telefonów podczas jazdy, którego to zakazu nie ma w Wirginii. W Dystrykcie Kolumbii legalne są małżeństwa osób tej samej płci, w Maryland trwa walka o ich zalegalizowanie, a Wirginia w ogóle nie uznaje tego typu związków. W częściach Waszyngtonu należących do Maryland i Wirginii ciągle obowiązuje kara śmierci, którą w Dystrykcie Kolumbii zniesiono już w 1981 r. Sam Dystrykt Kolumbii liczy około 600 tysięcy mieszkańców, ale w całej aglomeracji waszyngtońskiej mieszka 5,5 miliona ludzi.
W 2002 roku aglomeracja waszyngtońska powiększyła się o trzech nowych mieszkańców. Marek Wałkuski wyemigrował z Polski z żoną Edytą i synkiem Konradem. Jak dziennikarz wspomina po latach, w Stanach Zjednoczonych najszybciej zadomowił się jego syn. On potrzebował na to całej dekady. Oswajanie Ameryki nie szło mu łatwo. Kraj ten na każdym kroku zaskakiwał go swoją różnorodnością: kulturową, rasową, językową, etniczną, polityczną i ideologiczną. Dziś Marek Wałkuski opowiada o Stanach Zjednoczonych z zachwytem, który poskramia jedynie wyuczony przez lata pracy reporterskiej obiektywizm dziennikarski.
Kim jest ów nowy człowiek – Amerykanin? – tak zapytywał już pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku St John de Crevecoeur, farmer osiadły na amerykańskim lądzie. On, a także John Jay, prezes Sądu Najwyższego USA, jako jedni z pierwszych próbowali scharakteryzować obywateli nowopowstałego państwa. Dziś, niemal trzy wieki później, pytanie zadane przez francuskiego imigranta jest nadal aktualne. Myśliciele, zarówno amerykańscy, jak i europejscy, próbują analizować współczesne społeczeństwo amerykańskie i starają się udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie: czym dziś jest nowe społeczeństwo amerykańskie? W ich analizach można odnaleźć element wspólny – fakt, że niemal nikt nie pomija najważniejszego determinanta, który przez lata silnie wpływał na kształt obecnego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i dzięki któremu wygląda ono tak, a nie inaczej – mianowicie imigracji.
Maldwyn Jones, brytyjski historyk, stwierdził, iż imigracja stanowi historyczną rację bytu Ameryki… najtrwalszy i najwszechstronniejszy czynnik jej rozwoju. Historia USA wskazuje, iż faktycznie czynnik imigrancki odegrał dużą rolę w kształtowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Według danych statystycznych, zbieranych przez urząd imigracyjny od 1820 roku, tylko w latach 1820 – 1990 do Stanów Zjednoczonych wyemigrowało 55 milionów ludzi. Amerykanie nie byli w stanie pozostać wobec tych napływających mas obojętni. Przedstawiciele różnorakich nacji – Europejczycy ze środkowej i wschodniej części kontynentu, Azjaci czy Amerykanie Południowi – przywozili ze sobą do Ameryki Północnej nie tylko swój dobytek, ale przede wszystkim własną kulturę, zwyczaje, tradycje. Obok protestantyzmu pojawiły się katolicyzm, judaizm, buddyzm czy hinduizm. A obok obywateli mających doświadczenia z wartościami republikańskimi i demokracją – ludzie znający do tej pory jedynie uciemiężenie i autorytarne rządy. Amerykańska mozaika społeczna, unikalna i wyjątkowa, sprawiła, że trudnym stało się precyzyjne zdefiniowanie społeczeństwa amerykańskiego i odpowiedzenie na zadane przez Crevecoeur pytanie o to, kim nowy Amerykanin jest. Crevecoeur uważał, podobnie jak Thomas Paine, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem imigranckim – heterogenicznym, stanowiącym zlepek wielu różnych narodów europejskich. John Jay stawiał tezę zgoła odmienną, nieco marginalizującą znaczenie imigracji, mianowicie mówił, iż Amerykanie to społeczeństwo jednolite – społeczeństwo mające wspólnych przodków, mówiące tym samym językiem, wyznające tę samą religię, przywiązane do tego samego systemu rządzenia, hołdujące bardzo podobnym zwyczajom i obyczajom.* Naród amerykański w odczuciu Jaya to społeczeństwo homogeniczne, zbudowane w oparciu o dominację jednej, konkretnej grupy. Dziś, Samuel Huntington określa tę grupę wprost jako WASP – białych, anglosaskich protestantów. Według Huntingtona, Amerykanie postrzegają swoje społeczeństwo jako wieloetniczne i wielorasowe. Ta percepcja doprowadziła z czasem do niemal całkowitego mentalnego zatarcia się różnic rasowych pomiędzy obywatelami USA. Jednakże Huntington stawia tezę, że tak jak etnicznie Stany Zjednoczone są heterogeniczne, tak kulturowo – homogeniczne. A filarem, o który opiera się społeczeństwo amerykańskie – kultura anglosaskich protestantów. Do kluczowych elementów tego amerykańskiego credo Huntington zalicza język angielski; chrześcijaństwo; zaangażowanie religijne; angielskie pojęcie rządów prawa, odpowiedzialności rządzących i praw jednostek oraz wartości separatystycznych protestantów takie jak indywidualizm, etyka pracy oraz wiara w to, że ludzie mają zdolność i powinność podjęcia próby zbudowania nieba na ziemi, „miasta na wzgórzu”.**
Podobne spostrzeżenia względem amerykańskiego społeczeństwa ma Marek Wałkuski. Nie pretenduje on jednak do roli myśliciela politycznego. Nie analizuje, a opisuje. Nie wychodzi z roli reportera. Dziennikarz wyznacza sobie cel: chce podważyć stereotypy, jakie narosły wokół Stanów Zjednoczonych, i oddać Czytelnikom ducha Ameryki. Na przestrzeni trzynastu rozdziałów próbuje więc opowiedzieć o tym, co dla dzieci wuja Sama jest najważniejsze i już na wstępie kreśli obraz Amerykanina-patrioty, snując opowieść o wychowaniu patriotycznym i immanentnym Amerykanom poczuciu wyjątkowości. Definiuje także typowego amerykańskiego Kowalskiego.
W powszechnym przekonaniu typowy Amerykanin nazywa się John Smith, ale nie jest to prawda. Z danych Amerykańskiego Urzędu Statystycznego (ang. US Census Bureau) wynika, że Smith rzeczywiście jest najczęściej występującym w USA nazwiskiem, ale większość Johnów już dawno umarła. Bo choć imię to najczęściej nadawano chłopcom od czasów kolonialnych aż do 1924 r., to później zaczęli przeważać Robert, James i Michael. (…) Obecnie najwięcej Amerykanów nosi imię James. Typowy Amerykanin nie jest bardzo bogaty, ale nie należy również do biedoty. Przeciętny Józek nie pracuje jako profesor na uniwersytecie i nie jest sławnym aktorem ani popularnym piosenkarzem. Zwykle jest robotnikiem najemnym lub drobnym przedsiębiorcą. Piosenkarz country Clay Walker śpiewał, że przeciętny Józek pracuje jako spawacz, budowlaniec, malarz lub mechanik samochodowy, ale może być też kierowcą ciężarówki, sprzątać w sklepie spożywczym albo rozwozić pocztę. Potrafi ciężko pracować, lubi też sobie wypić dla relaksu. Według Walkera przeciętny Józek jest religijny, służył w wojsku i nie potrzebuje bogactwa, bo szczęście osiąga dzięki kochającej rodzinie. Ma 37 lat i pożyje najpewniej do 78, bo taka jest obecnie oczekiwana długość życia Amerykanina. Ma 177,5 centymetra wzrostu, zaledwie jeden centymetr mniej niż Polak. Typowy Amerykanin waży 88 kilogramów, co oznacza, że ma nadwagę, bo jego wskaźnik masy ciała wynosi 28,4 (podczas gdy według standardów Światowej Organizacji Zdrowia za maksymalną dopuszczalną uznawana jest wartość nieprzekraczająca 25). Jest brązowooki (bo wbrew stereotypom obecnie tylko jeden na siedmiu mieszkańców USA ma niebieski kolor oczu). Przeciętny Józek ma dom z ogródkiem i garażem na jeden lub dwa samochody. Dom ma powierzchnię 170 metrów kwadratowych, jest z lat 70.XX wieku, a jego wartość nie przekracza 180 tysięcy dolarów. Ma dwie łazienki, w których typowy Amerykanin spędza średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać. Ponad 75% Amerykanów nakłada rolkę na uchwyt w taki sposób, by papier rozwijał się od góry. A jeszcze więcej, bo 85% z nich deklaruje, że są zadowoleni z życia. Statystycy mają bardzo dużo informacji na temat przeciętnego Amerykanina. Wiedzą np.., że zjada on rocznie 8 kg boczku, 6 kg indyka i 60 kg ziemniaków, wypija 190 l napojów gazowanych i raz w tygodniu smaruje chleb masłem orzechowym. Przynajmniej raz w miesiącu je lody i chodzi do kościoła, raz w roku zaczyna czytać nową książkę, choć nie zawsze ją kończy, i przynajmniej raz w życiu wystrzelił z pistoletu. Typowy amerykański Joe robi zakupy w supermarkecie Wal-Mart, a przed Bożym Narodzeniem dekoruje choinkę. Posiada też zwierzę domowe i jest fanem futbolu i bejsbola. Jedyny problem polega na tym, że przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
Wałkowanie Ameryki to napisany lekkim i przystępnym językiem reportaż (o skądinąd niebanalnym i bardzo dowcipnym tytule). Marek Wałkuski snuje swoją opowieść z humorem i swadą. Nie stroni od anegdot i osobistych wspomnień. Suche fakty wzbogaca żartobliwymi ciekawostkami. Porusza też ważne problemy społeczne. Sporo miejsca w książce poświęca wolnościom obywatelskim Amerykanów, a także amerykańskiej kulturze broni. W Polsce na stu mieszkańców przypada zaledwie jeden pistolet lub strzelba, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych na stu obywateli przypada dziewięćdziesiąt sztuk broni. To sprawia, że w ich rękach znajduje się 270 milionów pistoletów, strzelb i karabinów (co stanowi 40% cywilnej broni palnej świata). Najwięcej sztuk broni posiadają mieszkańcy stanów południowych i środkowo-zachodnich, najmniej – wschodnich. Broń posiada co trzeci Amerykanin. Każdego roku jeden na trzydzieści tysięcy ginie od kuli.
„To nie pistolety zabijają, ale ludzie” – głosi slogan zwolenników prawa do posiadania broni w USA. „To ludzie są zabijani, a nie pistolety” – odpowiadają przeciwnicy swobodnego dostępu do broni. Obie strony wybiórczo traktują statystyki, używają demagogicznych argumentów, posiłkują się korzystnym i dla siebie badaniami i różnie interpretują te same zapisy konstytucji. Dla jednych możliwość nieograniczonego dostępu do broni to kwestia samoobrony, narodowej tożsamości i wolności obywatelskiej. Przedstawiciele drugiej strony wzdragają się na samo słowo „pistolet”, a posiadaczy broni uważają za barbarzyńców.
Marek Wałkuski stara się rzeczowo i merytorycznie opowiadać o sporach, które toczą się we współczesnej Ameryce. Nigdy ich nie rozstrzyga. Rzadko kiedy czytelnik może też poznać osobiste zdanie Wałkuskiego w konkretnym temacie. W każdym kolejnym rozdziale dziennikarz konsekwentnie zadaje kłam stereotypom na temat Stanów Zjednoczonych. Wałkowanie Ameryki w swoim wydźwięku bardzo przypomina doskonałe Made in USA Guya Sormana. Wałkuski patrzy na Amerykę z dużą życzliwością, jednak nie bezkrytycznie. Aczkolwiek unika łatwego krytykowania. Dzięki jego wysiłkom tak odlegli Amerykanie stają się dobrymi znajomymi z sąsiedztwa.
W Ameryce można znaleźć wszystko – rzeczy absurdalne, dziwaczne, a nawet idiotyczne. Jednak sama Ameryka nie jest krajem absurdalnym, dziwacznym ani idiotycznym. To dobrze zorganizowane społeczeństwo, kraj ludzi praktycznych i racjonalnych. Amerykanie kierują się ideałami i są tolerancyjni. Ich naczelną dewizą jest „żyj i daj żyć innym”.
W Stanach Zjednoczonych presja społeczna na dostosowanie się do szeroko pojętej normy jest niewielka, dlatego to kraj, w którym nie brak różnorakich ekscentryków. Od tej reguły jest jedno odstępstwo. W Ameryce trzeba być wierzącym. Prawie wszyscy Amerykanie wierzą w Boga lub inną siłę wyższą, co sprawia, że Stany Zjednoczone są najbardziej religijnym krajem Zachodu. Ateista nie ma szans zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. W przeprowadzonym przez Instytut Gallupa kilka lat temu sondażu dziewięciu na dziesięciu Amerykanów zadeklarowało gotowość do głosowania na katolika, Afroamerykanina, Żyda, kobietę i Latynosa. Ponad 2/3 ankietowanych byłoby skłonnych poprzeć mormona i wielokrotnego rozwodnika. Nawet homoseksualista otrzymał 55% pozytywnych deklaracji. Na szarym końcu rankingu znalazł się ateista, na którego większość Amerykanów nie oddałaby głosów w wyborach. Komentując wyniki tego sondażu, publicysta dziennika „Washington Post” stwierdził, że prezydentem USA prędzej niż ateista zostałby satanista, bo w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Opowiadając o religijności Amerykanów, Marek Wałkuski zwraca uwagę na nietypowe dla Europejczyków formy przyciągania wiernych do kościołów. Mówi o przykościelnych tablicach reklamowych, najczęściej spotykanych obok świątyń protestanckich. Billboardy z religijnym, nierzadko żartobliwym przesłaniem, wpisały się na stałe w krajobraz amerykańskich miejscowości. Do kościołów przyciągają też charyzmatyczni pastorzy. Kierujący położonym na przedmieściach Waszyngton McLean Bible Church, Lon Solomon, jest tego najlepszym przykładem. W jego świątyni co tydzień modli się aż trzynaście tysięcy osób! McLean Bible Church to jeden z protestanckich megakościołów, które ich przeciwnicy nazywają mckościołami albo religijnym Disneylandem. Amerykanie nie tylko chętnie obnoszą się z własną religijnością, ale i cechują się dużą otwartością na inne wyznania. To dlatego z powodzeniem funkcjonują w Stanach Zjednoczonych nierzadko bardzo egzotyczne dla Europejczyków kościoły, jak chociażby brazylijski Kościół União de Vegetal, Kościół Eutanazji, Stowarzyszenie Aetheriusa czy Kościół Wszystkich Świętych.
Marek Wałkuski w Wałkowaniu Ameryki sporo miejsca poświęca też muzyce country stanowiącej duszę Ameryki, amerykańskiemu kultowi samochodu czy miejscu Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Swoje rozważania kończy rozdziałem, w którym diagnozuje problemy, z którymi w najbliższych dekadach będą musieli zmierzyć się obywatele Stanów Zjednoczonych. Do najważniejszych zagrożeń zalicza duże bezrobocie, stale narastający dług publiczny oraz pogłębiające się nierówności społeczne. Amerykanie wciąż też muszą uporać się z problemem nielegalnej imigracji. Dla tysięcy osób Stany Zjednoczone nadal są wymarzonym miejscem na ziemi. Pozostają także takim nawet po bliższym poznaniu. Nie można jednak pokusić się o stwierdzenie, że wszyscy imigranci byli zachwyceni Stanami Zjednoczonymi. Zygmunt Freud, który zaledwie przez kilka dni wygłaszał wykłady na temat psychoanalizy na amerykańskich wyższych uczelniach, wrócił z podróży bardzo zniesmaczony. Co więcej, kiedy w Austro-Węgrzech rozpoczęły się prześladowania Żydów, odmówił emigracji za ocean, a jako powód podawał humorystycznie, iż szkodzi mu amerykańskie jedzenie. Markowi Wałkuskiemu Ameryka smakuje wybornie, a to sprawia, że Wałkowanie Ameryki to niezwykle apetyczna lektura. Nie tylko dla amerykanistów.
Dziennik Literacki 2014-01-01
Wałkowanie Ameryki
Jednym kojarzą się z McDonald'sem, Coca-Colą, Myszką Miki i Starbucksem. Innym z nowojorskimi drapaczami chmur, Wall Street oraz Hollywoodzkim blichtrem. Pozostałym z brakiem gustu, ignorancją, ekstremalną otyłością i zbyt łatwym dostępem do broni. Choć od Polski dzieli je kilka tysięcy kilometrów, wielu Polaków uważa, że zna je na wylot. Tymczasem Marek Wałkuski udowadnia, że o Stanach Zjednoczonych wiemy wyjątkowo mało, a amerykańska kultura jest nam równie bliska, co indyjska czy japońska.
Wałkowanie Ameryki (2012) to debiut literacki Marka Wałkuskiego, nazywanego popularnie „Wałkiem”. Miłośnicy Programu Trzeciego Polskiego Radia doskonale pamiętają go z porannych audycji Zapraszamy do Trójki, w których dał się poznać nie tylko jako świetny dziennikarz, ale i osoba o wyjątkowym poczuciu humoru. W Programie Trzecim Wałkuski pracował w latach 1990-2002. Jest autorem licznych relacji reporterskich i reportaży, opracowywał też analizy słuchalności w Agencji Reklamy Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za Oceanem znalazł się w 2002 roku, po tym jak przyjął propozycję objęcia stanowiska korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie.
W styczniu 2002 r. zostałem oddelegowany do Waszyngtonu jako korespondent Polskiego Radia. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić po przybyciu na miejsce, było wynajęcie mieszkania. Sprawa wydawała się banalna. Okazało się, że taka nie była. Patrzyłem na mapę. Miasto podzielone jest na trzy części. Pierwsza to właściwy Waszyngton, czyli Dystrykt Kolumbii (ang. District of Columbia, w skrócie DC). Pozostałe dwie części położone są w przylegających stanach Wirginia i Maryland. Ponieważ w USA stany mają bardzo dużą autonomię, aglomeracja waszyngtońska podlega trzem osobnym systemom prawnym i administracyjnym. Obowiązują w niej inne stawki podatkowe, inne procedury urzędowe i inne programy szkolne. Jeśli ktoś przeprowadza się z jednej części miasta do drugiej, powinien wyrobić sobie nowy dokument tożsamości i przerejestrować auto. Przejeżdżając samochodem z Wirginii do Dystryktu Kolumbii, należy przerwać rozmowę przez telefon komórkowy, w DC obowiązuje bowiem zakaz używania telefonów podczas jazdy, którego to zakazu nie ma w Wirginii. W Dystrykcie Kolumbii legalne są małżeństwa osób tej samej płci, w Maryland trwa walka o ich zalegalizowanie, a Wirginia w ogóle nie uznaje tego typu związków. W częściach Waszyngtonu należących do Maryland i Wirginii ciągle obowiązuje kara śmierci, którą w Dystrykcie Kolumbii zniesiono już w 1981 r. Sam Dystrykt Kolumbii liczy około 600 tysięcy mieszkańców, ale w całej aglomeracji waszyngtońskiej mieszka 5,5 miliona ludzi.
W 2002 roku aglomeracja waszyngtońska powiększyła się o trzech nowych mieszkańców. Marek Wałkuski wyemigrował z Polski z żoną Edytą i synkiem Konradem. Jak dziennikarz wspomina po latach, w Stanach Zjednoczonych najszybciej zadomowił się jego syn. On potrzebował na to całej dekady. Oswajanie Ameryki nie szło mu łatwo. Kraj ten na każdym kroku zaskakiwał go swoją różnorodnością: kulturową, rasową, językową, etniczną, polityczną i ideologiczną. Dziś Marek Wałkuski opowiada o Stanach Zjednoczonych z zachwytem, który poskramia jedynie wyuczony przez lata pracy reporterskiej obiektywizm dziennikarski.
Kim jest ów nowy człowiek – Amerykanin? – tak zapytywał już pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku St John de Crevecoeur, farmer osiadły na amerykańskim lądzie. On, a także John Jay, prezes Sądu Najwyższego USA, jako jedni z pierwszych próbowali scharakteryzować obywateli nowopowstałego państwa. Dziś, niemal trzy wieki później, pytanie zadane przez francuskiego imigranta jest nadal aktualne. Myśliciele, zarówno amerykańscy, jak i europejscy, próbują analizować współczesne społeczeństwo amerykańskie i starają się udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie: czym dziś jest nowe społeczeństwo amerykańskie? W ich analizach można odnaleźć element wspólny – fakt, że niemal nikt nie pomija najważniejszego determinanta, który przez lata silnie wpływał na kształt obecnego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i dzięki któremu wygląda ono tak, a nie inaczej – mianowicie imigracji.
Maldwyn Jones, brytyjski historyk, stwierdził, iż imigracja stanowi historyczną rację bytu Ameryki… najtrwalszy i najwszechstronniejszy czynnik jej rozwoju. Historia USA wskazuje, iż faktycznie czynnik imigrancki odegrał dużą rolę w kształtowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Według danych statystycznych, zbieranych przez urząd imigracyjny od 1820 roku, tylko w latach 1820 – 1990 do Stanów Zjednoczonych wyemigrowało 55 milionów ludzi. Amerykanie nie byli w stanie pozostać wobec tych napływających mas obojętni. Przedstawiciele różnorakich nacji – Europejczycy ze środkowej i wschodniej części kontynentu, Azjaci czy Amerykanie Południowi – przywozili ze sobą do Ameryki Północnej nie tylko swój dobytek, ale przede wszystkim własną kulturę, zwyczaje, tradycje. Obok protestantyzmu pojawiły się katolicyzm, judaizm, buddyzm czy hinduizm. A obok obywateli mających doświadczenia z wartościami republikańskimi i demokracją – ludzie znający do tej pory jedynie uciemiężenie i autorytarne rządy. Amerykańska mozaika społeczna, unikalna i wyjątkowa, sprawiła, że trudnym stało się precyzyjne zdefiniowanie społeczeństwa amerykańskiego i odpowiedzenie na zadane przez Crevecoeur pytanie o to, kim nowy Amerykanin jest. Crevecoeur uważał, podobnie jak Thomas Paine, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem imigranckim – heterogenicznym, stanowiącym zlepek wielu różnych narodów europejskich. John Jay stawiał tezę zgoła odmienną, nieco marginalizującą znaczenie imigracji, mianowicie mówił, iż Amerykanie to społeczeństwo jednolite – społeczeństwo mające wspólnych przodków, mówiące tym samym językiem, wyznające tę samą religię, przywiązane do tego samego systemu rządzenia, hołdujące bardzo podobnym zwyczajom i obyczajom.* Naród amerykański w odczuciu Jaya to społeczeństwo homogeniczne, zbudowane w oparciu o dominację jednej, konkretnej grupy. Dziś, Samuel Huntington określa tę grupę wprost jako WASP – białych, anglosaskich protestantów. Według Huntingtona, Amerykanie postrzegają swoje społeczeństwo jako wieloetniczne i wielorasowe. Ta percepcja doprowadziła z czasem do niemal całkowitego mentalnego zatarcia się różnic rasowych pomiędzy obywatelami USA. Jednakże Huntington stawia tezę, że tak jak etnicznie Stany Zjednoczone są heterogeniczne, tak kulturowo – homogeniczne. A filarem, o który opiera się społeczeństwo amerykańskie – kultura anglosaskich protestantów. Do kluczowych elementów tego amerykańskiego credo Huntington zalicza język angielski; chrześcijaństwo; zaangażowanie religijne; angielskie pojęcie rządów prawa, odpowiedzialności rządzących i praw jednostek oraz wartości separatystycznych protestantów takie jak indywidualizm, etyka pracy oraz wiara w to, że ludzie mają zdolność i powinność podjęcia próby zbudowania nieba na ziemi, „miasta na wzgórzu”.**
Podobne spostrzeżenia względem amerykańskiego społeczeństwa ma Marek Wałkuski. Nie pretenduje on jednak do roli myśliciela politycznego. Nie analizuje, a opisuje. Nie wychodzi z roli reportera. Dziennikarz wyznacza sobie cel: chce podważyć stereotypy, jakie narosły wokół Stanów Zjednoczonych, i oddać Czytelnikom ducha Ameryki. Na przestrzeni trzynastu rozdziałów próbuje więc opowiedzieć o tym, co dla dzieci wuja Sama jest najważniejsze i już na wstępie kreśli obraz Amerykanina-patrioty, snując opowieść o wychowaniu patriotycznym i immanentnym Amerykanom poczuciu wyjątkowości. Definiuje także typowego amerykańskiego Kowalskiego.
W powszechnym przekonaniu typowy Amerykanin nazywa się John Smith, ale nie jest to prawda. Z danych Amerykańskiego Urzędu Statystycznego (ang. US Census Bureau) wynika, że Smith rzeczywiście jest najczęściej występującym w USA nazwiskiem, ale większość Johnów już dawno umarła. Bo choć imię to najczęściej nadawano chłopcom od czasów kolonialnych aż do 1924 r., to później zaczęli przeważać Robert, James i Michael. (…) Obecnie najwięcej Amerykanów nosi imię James. Typowy Amerykanin nie jest bardzo bogaty, ale nie należy również do biedoty. Przeciętny Józek nie pracuje jako profesor na uniwersytecie i nie jest sławnym aktorem ani popularnym piosenkarzem. Zwykle jest robotnikiem najemnym lub drobnym przedsiębiorcą. Piosenkarz country Clay Walker śpiewał, że przeciętny Józek pracuje jako spawacz, budowlaniec, malarz lub mechanik samochodowy, ale może być też kierowcą ciężarówki, sprzątać w sklepie spożywczym albo rozwozić pocztę. Potrafi ciężko pracować, lubi też sobie wypić dla relaksu. Według Walkera przeciętny Józek jest religijny, służył w wojsku i nie potrzebuje bogactwa, bo szczęście osiąga dzięki kochającej rodzinie. Ma 37 lat i pożyje najpewniej do 78, bo taka jest obecnie oczekiwana długość życia Amerykanina. Ma 177,5 centymetra wzrostu, zaledwie jeden centymetr mniej niż Polak. Typowy Amerykanin waży 88 kilogramów, co oznacza, że ma nadwagę, bo jego wskaźnik masy ciała wynosi 28,4 (podczas gdy według standardów Światowej Organizacji Zdrowia za maksymalną dopuszczalną uznawana jest wartość nieprzekraczająca 25). Jest brązowooki (bo wbrew stereotypom obecnie tylko jeden na siedmiu mieszkańców USA ma niebieski kolor oczu). Przeciętny Józek ma dom z ogródkiem i garażem na jeden lub dwa samochody. Dom ma powierzchnię 170 metrów kwadratowych, jest z lat 70.XX wieku, a jego wartość nie przekracza 180 tysięcy dolarów. Ma dwie łazienki, w których typowy Amerykanin spędza średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać. Ponad 75% Amerykanów nakłada rolkę na uchwyt w taki sposób, by papier rozwijał się od góry. A jeszcze więcej, bo 85% z nich deklaruje, że są zadowoleni z życia. Statystycy mają bardzo dużo informacji na temat przeciętnego Amerykanina. Wiedzą np.., że zjada on rocznie 8 kg boczku, 6 kg indyka i 60 kg ziemniaków, wypija 190 l napojów gazowanych i raz w tygodniu smaruje chleb masłem orzechowym. Przynajmniej raz w miesiącu je lody i chodzi do kościoła, raz w roku zaczyna czytać nową książkę, choć nie zawsze ją kończy, i przynajmniej raz w życiu wystrzelił z pistoletu. Typowy amerykański Joe robi zakupy w supermarkecie Wal-Mart, a przed Bożym Narodzeniem dekoruje choinkę. Posiada też zwierzę domowe i jest fanem futbolu i bejsbola. Jedyny problem polega na tym, że przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
Wałkowanie Ameryki to napisany lekkim i przystępnym językiem reportaż (o skądinąd niebanalnym i bardzo dowcipnym tytule). Marek Wałkuski snuje swoją opowieść z humorem i swadą. Nie stroni od anegdot i osobistych wspomnień. Suche fakty wzbogaca żartobliwymi ciekawostkami. Porusza też ważne problemy społeczne. Sporo miejsca w książce poświęca wolnościom obywatelskim Amerykanów, a także amerykańskiej kulturze broni. W Polsce na stu mieszkańców przypada zaledwie jeden pistolet lub strzelba, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych na stu obywateli przypada dziewięćdziesiąt sztuk broni. To sprawia, że w ich rękach znajduje się 270 milionów pistoletów, strzelb i karabinów (co stanowi 40% cywilnej broni palnej świata). Najwięcej sztuk broni posiadają mieszkańcy stanów południowych i środkowo-zachodnich, najmniej – wschodnich. Broń posiada co trzeci Amerykanin. Każdego roku jeden na trzydzieści tysięcy ginie od kuli.
„To nie pistolety zabijają, ale ludzie” – głosi slogan zwolenników prawa do posiadania broni w USA. „To ludzie są zabijani, a nie pistolety” – odpowiadają przeciwnicy swobodnego dostępu do broni. Obie strony wybiórczo traktują statystyki, używają demagogicznych argumentów, posiłkują się korzystnym i dla siebie badaniami i różnie interpretują te same zapisy konstytucji. Dla jednych możliwość nieograniczonego dostępu do broni to kwestia samoobrony, narodowej tożsamości i wolności obywatelskiej. Przedstawiciele drugiej strony wzdragają się na samo słowo „pistolet”, a posiadaczy broni uważają za barbarzyńców.
Marek Wałkuski stara się rzeczowo i merytorycznie opowiadać o sporach, które toczą się we współczesnej Ameryce. Nigdy ich nie rozstrzyga. Rzadko kiedy czytelnik może też poznać osobiste zdanie Wałkuskiego w konkretnym temacie. W każdym kolejnym rozdziale dziennikarz konsekwentnie zadaje kłam stereotypom na temat Stanów Zjednoczonych. Wałkowanie Ameryki w swoim wydźwięku bardzo przypomina doskonałe Made in USA Guya Sormana. Wałkuski patrzy na Amerykę z dużą życzliwością, jednak nie bezkrytycznie. Aczkolwiek unika łatwego krytykowania. Dzięki jego wysiłkom tak odlegli Amerykanie stają się dobrymi znajomymi z sąsiedztwa.
W Ameryce można znaleźć wszystko – rzeczy absurdalne, dziwaczne, a nawet idiotyczne. Jednak sama Ameryka nie jest krajem absurdalnym, dziwacznym ani idiotycznym. To dobrze zorganizowane społeczeństwo, kraj ludzi praktycznych i racjonalnych. Amerykanie kierują się ideałami i są tolerancyjni. Ich naczelną dewizą jest „żyj i daj żyć innym”.
W Stanach Zjednoczonych presja społeczna na dostosowanie się do szeroko pojętej normy jest niewielka, dlatego to kraj, w którym nie brak różnorakich ekscentryków. Od tej reguły jest jedno odstępstwo. W Ameryce trzeba być wierzącym. Prawie wszyscy Amerykanie wierzą w Boga lub inną siłę wyższą, co sprawia, że Stany Zjednoczone są najbardziej religijnym krajem Zachodu. Ateista nie ma szans zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. W przeprowadzonym przez Instytut Gallupa kilka lat temu sondażu dziewięciu na dziesięciu Amerykanów zadeklarowało gotowość do głosowania na katolika, Afroamerykanina, Żyda, kobietę i Latynosa. Ponad 2/3 ankietowanych byłoby skłonnych poprzeć mormona i wielokrotnego rozwodnika. Nawet homoseksualista otrzymał 55% pozytywnych deklaracji. Na szarym końcu rankingu znalazł się ateista, na którego większość Amerykanów nie oddałaby głosów w wyborach. Komentując wyniki tego sondażu, publicysta dziennika „Washington Post” stwierdził, że prezydentem USA prędzej niż ateista zostałby satanista, bo w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Opowiadając o religijności Amerykanów, Marek Wałkuski zwraca uwagę na nietypowe dla Europejczyków formy przyciągania wiernych do kościołów. Mówi o przykościelnych tablicach reklamowych, najczęściej spotykanych obok świątyń protestanckich. Billboardy z religijnym, nierzadko żartobliwym przesłaniem, wpisały się na stałe w krajobraz amerykańskich miejscowości. Do kościołów przyciągają też charyzmatyczni pastorzy. Kierujący położonym na przedmieściach Waszyngton McLean Bible Church, Lon Solomon, jest tego najlepszym przykładem. W jego świątyni co tydzień modli się aż trzynaście tysięcy osób! McLean Bible Church to jeden z protestanckich megakościołów, które ich przeciwnicy nazywają mckościołami albo religijnym Disneylandem. Amerykanie nie tylko chętnie obnoszą się z własną religijnością, ale i cechują się dużą otwartością na inne wyznania. To dlatego z powodzeniem funkcjonują w Stanach Zjednoczonych nierzadko bardzo egzotyczne dla Europejczyków kościoły, jak chociażby brazylijski Kościół União de Vegetal, Kościół Eutanazji, Stowarzyszenie Aetheriusa czy Kościół Wszystkich Świętych.
Marek Wałkuski w Wałkowaniu Ameryki sporo miejsca poświęca też muzyce country stanowiącej duszę Ameryki, amerykańskiemu kultowi samochodu czy miejscu Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Swoje rozważania kończy rozdziałem, w którym diagnozuje problemy, z którymi w najbliższych dekadach będą musieli zmierzyć się obywatele Stanów Zjednoczonych. Do najważniejszych zagrożeń zalicza duże bezrobocie, stale narastający dług publiczny oraz pogłębiające się nierówności społeczne. Amerykanie wciąż też muszą uporać się z problemem nielegalnej imigracji. Dla tysięcy osób Stany Zjednoczone nadal są wymarzonym miejscem na ziemi. Pozostają także takim nawet po bliższym poznaniu. Nie można jednak pokusić się o stwierdzenie, że wszyscy imigranci byli zachwyceni Stanami Zjednoczonymi. Zygmunt Freud, który zaledwie przez kilka dni wygłaszał wykłady na temat psychoanalizy na amerykańskich wyższych uczelniach, wrócił z podróży bardzo zniesmaczony. Co więcej, kiedy w Austro-Węgrzech rozpoczęły się prześladowania Żydów, odmówił emigracji za ocean, a jako powód podawał humorystycznie, iż szkodzi mu amerykańskie jedzenie. Markowi Wałkuskiemu Ameryka smakuje wybornie, a to sprawia, że Wałkowanie Ameryki to niezwykle apetyczna lektura. Nie tylko dla amerykanistów.
Wałkowanie Ameryki (2012) to debiut literacki Marka Wałkuskiego, nazywanego popularnie „Wałkiem”. Miłośnicy Programu Trzeciego Polskiego Radia doskonale pamiętają go z porannych audycji Zapraszamy do Trójki, w których dał się poznać nie tylko jako świetny dziennikarz, ale i osoba o wyjątkowym poczuciu humoru. W Programie Trzecim Wałkuski pracował w latach 1990-2002. Jest autorem licznych relacji reporterskich i reportaży, opracowywał też analizy słuchalności w Agencji Reklamy Polskiego Radia. W 2011 roku został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Za Oceanem znalazł się w 2002 roku, po tym jak przyjął propozycję objęcia stanowiska korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie.
W styczniu 2002 r. zostałem oddelegowany do Waszyngtonu jako korespondent Polskiego Radia. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić po przybyciu na miejsce, było wynajęcie mieszkania. Sprawa wydawała się banalna. Okazało się, że taka nie była. Patrzyłem na mapę. Miasto podzielone jest na trzy części. Pierwsza to właściwy Waszyngton, czyli Dystrykt Kolumbii (ang. District of Columbia, w skrócie DC). Pozostałe dwie części położone są w przylegających stanach Wirginia i Maryland. Ponieważ w USA stany mają bardzo dużą autonomię, aglomeracja waszyngtońska podlega trzem osobnym systemom prawnym i administracyjnym. Obowiązują w niej inne stawki podatkowe, inne procedury urzędowe i inne programy szkolne. Jeśli ktoś przeprowadza się z jednej części miasta do drugiej, powinien wyrobić sobie nowy dokument tożsamości i przerejestrować auto. Przejeżdżając samochodem z Wirginii do Dystryktu Kolumbii, należy przerwać rozmowę przez telefon komórkowy, w DC obowiązuje bowiem zakaz używania telefonów podczas jazdy, którego to zakazu nie ma w Wirginii. W Dystrykcie Kolumbii legalne są małżeństwa osób tej samej płci, w Maryland trwa walka o ich zalegalizowanie, a Wirginia w ogóle nie uznaje tego typu związków. W częściach Waszyngtonu należących do Maryland i Wirginii ciągle obowiązuje kara śmierci, którą w Dystrykcie Kolumbii zniesiono już w 1981 r. Sam Dystrykt Kolumbii liczy około 600 tysięcy mieszkańców, ale w całej aglomeracji waszyngtońskiej mieszka 5,5 miliona ludzi.
W 2002 roku aglomeracja waszyngtońska powiększyła się o trzech nowych mieszkańców. Marek Wałkuski wyemigrował z Polski z żoną Edytą i synkiem Konradem. Jak dziennikarz wspomina po latach, w Stanach Zjednoczonych najszybciej zadomowił się jego syn. On potrzebował na to całej dekady. Oswajanie Ameryki nie szło mu łatwo. Kraj ten na każdym kroku zaskakiwał go swoją różnorodnością: kulturową, rasową, językową, etniczną, polityczną i ideologiczną. Dziś Marek Wałkuski opowiada o Stanach Zjednoczonych z zachwytem, który poskramia jedynie wyuczony przez lata pracy reporterskiej obiektywizm dziennikarski.
Kim jest ów nowy człowiek – Amerykanin? – tak zapytywał już pod koniec lat siedemdziesiątych XVIII wieku St John de Crevecoeur, farmer osiadły na amerykańskim lądzie. On, a także John Jay, prezes Sądu Najwyższego USA, jako jedni z pierwszych próbowali scharakteryzować obywateli nowopowstałego państwa. Dziś, niemal trzy wieki później, pytanie zadane przez francuskiego imigranta jest nadal aktualne. Myśliciele, zarówno amerykańscy, jak i europejscy, próbują analizować współczesne społeczeństwo amerykańskie i starają się udzielić rzeczowej odpowiedzi na pytanie: czym dziś jest nowe społeczeństwo amerykańskie? W ich analizach można odnaleźć element wspólny – fakt, że niemal nikt nie pomija najważniejszego determinanta, który przez lata silnie wpływał na kształt obecnego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych i dzięki któremu wygląda ono tak, a nie inaczej – mianowicie imigracji.
Maldwyn Jones, brytyjski historyk, stwierdził, iż imigracja stanowi historyczną rację bytu Ameryki… najtrwalszy i najwszechstronniejszy czynnik jej rozwoju. Historia USA wskazuje, iż faktycznie czynnik imigrancki odegrał dużą rolę w kształtowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Według danych statystycznych, zbieranych przez urząd imigracyjny od 1820 roku, tylko w latach 1820 – 1990 do Stanów Zjednoczonych wyemigrowało 55 milionów ludzi. Amerykanie nie byli w stanie pozostać wobec tych napływających mas obojętni. Przedstawiciele różnorakich nacji – Europejczycy ze środkowej i wschodniej części kontynentu, Azjaci czy Amerykanie Południowi – przywozili ze sobą do Ameryki Północnej nie tylko swój dobytek, ale przede wszystkim własną kulturę, zwyczaje, tradycje. Obok protestantyzmu pojawiły się katolicyzm, judaizm, buddyzm czy hinduizm. A obok obywateli mających doświadczenia z wartościami republikańskimi i demokracją – ludzie znający do tej pory jedynie uciemiężenie i autorytarne rządy. Amerykańska mozaika społeczna, unikalna i wyjątkowa, sprawiła, że trudnym stało się precyzyjne zdefiniowanie społeczeństwa amerykańskiego i odpowiedzenie na zadane przez Crevecoeur pytanie o to, kim nowy Amerykanin jest. Crevecoeur uważał, podobnie jak Thomas Paine, że społeczeństwo amerykańskie jest społeczeństwem imigranckim – heterogenicznym, stanowiącym zlepek wielu różnych narodów europejskich. John Jay stawiał tezę zgoła odmienną, nieco marginalizującą znaczenie imigracji, mianowicie mówił, iż Amerykanie to społeczeństwo jednolite – społeczeństwo mające wspólnych przodków, mówiące tym samym językiem, wyznające tę samą religię, przywiązane do tego samego systemu rządzenia, hołdujące bardzo podobnym zwyczajom i obyczajom.* Naród amerykański w odczuciu Jaya to społeczeństwo homogeniczne, zbudowane w oparciu o dominację jednej, konkretnej grupy. Dziś, Samuel Huntington określa tę grupę wprost jako WASP – białych, anglosaskich protestantów. Według Huntingtona, Amerykanie postrzegają swoje społeczeństwo jako wieloetniczne i wielorasowe. Ta percepcja doprowadziła z czasem do niemal całkowitego mentalnego zatarcia się różnic rasowych pomiędzy obywatelami USA. Jednakże Huntington stawia tezę, że tak jak etnicznie Stany Zjednoczone są heterogeniczne, tak kulturowo – homogeniczne. A filarem, o który opiera się społeczeństwo amerykańskie – kultura anglosaskich protestantów. Do kluczowych elementów tego amerykańskiego credo Huntington zalicza język angielski; chrześcijaństwo; zaangażowanie religijne; angielskie pojęcie rządów prawa, odpowiedzialności rządzących i praw jednostek oraz wartości separatystycznych protestantów takie jak indywidualizm, etyka pracy oraz wiara w to, że ludzie mają zdolność i powinność podjęcia próby zbudowania nieba na ziemi, „miasta na wzgórzu”.**
Podobne spostrzeżenia względem amerykańskiego społeczeństwa ma Marek Wałkuski. Nie pretenduje on jednak do roli myśliciela politycznego. Nie analizuje, a opisuje. Nie wychodzi z roli reportera. Dziennikarz wyznacza sobie cel: chce podważyć stereotypy, jakie narosły wokół Stanów Zjednoczonych, i oddać Czytelnikom ducha Ameryki. Na przestrzeni trzynastu rozdziałów próbuje więc opowiedzieć o tym, co dla dzieci wuja Sama jest najważniejsze i już na wstępie kreśli obraz Amerykanina-patrioty, snując opowieść o wychowaniu patriotycznym i immanentnym Amerykanom poczuciu wyjątkowości. Definiuje także typowego amerykańskiego Kowalskiego.
W powszechnym przekonaniu typowy Amerykanin nazywa się John Smith, ale nie jest to prawda. Z danych Amerykańskiego Urzędu Statystycznego (ang. US Census Bureau) wynika, że Smith rzeczywiście jest najczęściej występującym w USA nazwiskiem, ale większość Johnów już dawno umarła. Bo choć imię to najczęściej nadawano chłopcom od czasów kolonialnych aż do 1924 r., to później zaczęli przeważać Robert, James i Michael. (…) Obecnie najwięcej Amerykanów nosi imię James. Typowy Amerykanin nie jest bardzo bogaty, ale nie należy również do biedoty. Przeciętny Józek nie pracuje jako profesor na uniwersytecie i nie jest sławnym aktorem ani popularnym piosenkarzem. Zwykle jest robotnikiem najemnym lub drobnym przedsiębiorcą. Piosenkarz country Clay Walker śpiewał, że przeciętny Józek pracuje jako spawacz, budowlaniec, malarz lub mechanik samochodowy, ale może być też kierowcą ciężarówki, sprzątać w sklepie spożywczym albo rozwozić pocztę. Potrafi ciężko pracować, lubi też sobie wypić dla relaksu. Według Walkera przeciętny Józek jest religijny, służył w wojsku i nie potrzebuje bogactwa, bo szczęście osiąga dzięki kochającej rodzinie. Ma 37 lat i pożyje najpewniej do 78, bo taka jest obecnie oczekiwana długość życia Amerykanina. Ma 177,5 centymetra wzrostu, zaledwie jeden centymetr mniej niż Polak. Typowy Amerykanin waży 88 kilogramów, co oznacza, że ma nadwagę, bo jego wskaźnik masy ciała wynosi 28,4 (podczas gdy według standardów Światowej Organizacji Zdrowia za maksymalną dopuszczalną uznawana jest wartość nieprzekraczająca 25). Jest brązowooki (bo wbrew stereotypom obecnie tylko jeden na siedmiu mieszkańców USA ma niebieski kolor oczu). Przeciętny Józek ma dom z ogródkiem i garażem na jeden lub dwa samochody. Dom ma powierzchnię 170 metrów kwadratowych, jest z lat 70.XX wieku, a jego wartość nie przekracza 180 tysięcy dolarów. Ma dwie łazienki, w których typowy Amerykanin spędza średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać. Ponad 75% Amerykanów nakłada rolkę na uchwyt w taki sposób, by papier rozwijał się od góry. A jeszcze więcej, bo 85% z nich deklaruje, że są zadowoleni z życia. Statystycy mają bardzo dużo informacji na temat przeciętnego Amerykanina. Wiedzą np.., że zjada on rocznie 8 kg boczku, 6 kg indyka i 60 kg ziemniaków, wypija 190 l napojów gazowanych i raz w tygodniu smaruje chleb masłem orzechowym. Przynajmniej raz w miesiącu je lody i chodzi do kościoła, raz w roku zaczyna czytać nową książkę, choć nie zawsze ją kończy, i przynajmniej raz w życiu wystrzelił z pistoletu. Typowy amerykański Joe robi zakupy w supermarkecie Wal-Mart, a przed Bożym Narodzeniem dekoruje choinkę. Posiada też zwierzę domowe i jest fanem futbolu i bejsbola. Jedyny problem polega na tym, że przeciętny Joe jest bardzo trudny do odnalezienia.
Wałkowanie Ameryki to napisany lekkim i przystępnym językiem reportaż (o skądinąd niebanalnym i bardzo dowcipnym tytule). Marek Wałkuski snuje swoją opowieść z humorem i swadą. Nie stroni od anegdot i osobistych wspomnień. Suche fakty wzbogaca żartobliwymi ciekawostkami. Porusza też ważne problemy społeczne. Sporo miejsca w książce poświęca wolnościom obywatelskim Amerykanów, a także amerykańskiej kulturze broni. W Polsce na stu mieszkańców przypada zaledwie jeden pistolet lub strzelba, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych na stu obywateli przypada dziewięćdziesiąt sztuk broni. To sprawia, że w ich rękach znajduje się 270 milionów pistoletów, strzelb i karabinów (co stanowi 40% cywilnej broni palnej świata). Najwięcej sztuk broni posiadają mieszkańcy stanów południowych i środkowo-zachodnich, najmniej – wschodnich. Broń posiada co trzeci Amerykanin. Każdego roku jeden na trzydzieści tysięcy ginie od kuli.
„To nie pistolety zabijają, ale ludzie” – głosi slogan zwolenników prawa do posiadania broni w USA. „To ludzie są zabijani, a nie pistolety” – odpowiadają przeciwnicy swobodnego dostępu do broni. Obie strony wybiórczo traktują statystyki, używają demagogicznych argumentów, posiłkują się korzystnym i dla siebie badaniami i różnie interpretują te same zapisy konstytucji. Dla jednych możliwość nieograniczonego dostępu do broni to kwestia samoobrony, narodowej tożsamości i wolności obywatelskiej. Przedstawiciele drugiej strony wzdragają się na samo słowo „pistolet”, a posiadaczy broni uważają za barbarzyńców.
Marek Wałkuski stara się rzeczowo i merytorycznie opowiadać o sporach, które toczą się we współczesnej Ameryce. Nigdy ich nie rozstrzyga. Rzadko kiedy czytelnik może też poznać osobiste zdanie Wałkuskiego w konkretnym temacie. W każdym kolejnym rozdziale dziennikarz konsekwentnie zadaje kłam stereotypom na temat Stanów Zjednoczonych. Wałkowanie Ameryki w swoim wydźwięku bardzo przypomina doskonałe Made in USA Guya Sormana. Wałkuski patrzy na Amerykę z dużą życzliwością, jednak nie bezkrytycznie. Aczkolwiek unika łatwego krytykowania. Dzięki jego wysiłkom tak odlegli Amerykanie stają się dobrymi znajomymi z sąsiedztwa.
W Ameryce można znaleźć wszystko – rzeczy absurdalne, dziwaczne, a nawet idiotyczne. Jednak sama Ameryka nie jest krajem absurdalnym, dziwacznym ani idiotycznym. To dobrze zorganizowane społeczeństwo, kraj ludzi praktycznych i racjonalnych. Amerykanie kierują się ideałami i są tolerancyjni. Ich naczelną dewizą jest „żyj i daj żyć innym”.
W Stanach Zjednoczonych presja społeczna na dostosowanie się do szeroko pojętej normy jest niewielka, dlatego to kraj, w którym nie brak różnorakich ekscentryków. Od tej reguły jest jedno odstępstwo. W Ameryce trzeba być wierzącym. Prawie wszyscy Amerykanie wierzą w Boga lub inną siłę wyższą, co sprawia, że Stany Zjednoczone są najbardziej religijnym krajem Zachodu. Ateista nie ma szans zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. W przeprowadzonym przez Instytut Gallupa kilka lat temu sondażu dziewięciu na dziesięciu Amerykanów zadeklarowało gotowość do głosowania na katolika, Afroamerykanina, Żyda, kobietę i Latynosa. Ponad 2/3 ankietowanych byłoby skłonnych poprzeć mormona i wielokrotnego rozwodnika. Nawet homoseksualista otrzymał 55% pozytywnych deklaracji. Na szarym końcu rankingu znalazł się ateista, na którego większość Amerykanów nie oddałaby głosów w wyborach. Komentując wyniki tego sondażu, publicysta dziennika „Washington Post” stwierdził, że prezydentem USA prędzej niż ateista zostałby satanista, bo w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.
Opowiadając o religijności Amerykanów, Marek Wałkuski zwraca uwagę na nietypowe dla Europejczyków formy przyciągania wiernych do kościołów. Mówi o przykościelnych tablicach reklamowych, najczęściej spotykanych obok świątyń protestanckich. Billboardy z religijnym, nierzadko żartobliwym przesłaniem, wpisały się na stałe w krajobraz amerykańskich miejscowości. Do kościołów przyciągają też charyzmatyczni pastorzy. Kierujący położonym na przedmieściach Waszyngton McLean Bible Church, Lon Solomon, jest tego najlepszym przykładem. W jego świątyni co tydzień modli się aż trzynaście tysięcy osób! McLean Bible Church to jeden z protestanckich megakościołów, które ich przeciwnicy nazywają mckościołami albo religijnym Disneylandem. Amerykanie nie tylko chętnie obnoszą się z własną religijnością, ale i cechują się dużą otwartością na inne wyznania. To dlatego z powodzeniem funkcjonują w Stanach Zjednoczonych nierzadko bardzo egzotyczne dla Europejczyków kościoły, jak chociażby brazylijski Kościół União de Vegetal, Kościół Eutanazji, Stowarzyszenie Aetheriusa czy Kościół Wszystkich Świętych.
Marek Wałkuski w Wałkowaniu Ameryki sporo miejsca poświęca też muzyce country stanowiącej duszę Ameryki, amerykańskiemu kultowi samochodu czy miejscu Polonii w amerykańskim społeczeństwie. Swoje rozważania kończy rozdziałem, w którym diagnozuje problemy, z którymi w najbliższych dekadach będą musieli zmierzyć się obywatele Stanów Zjednoczonych. Do najważniejszych zagrożeń zalicza duże bezrobocie, stale narastający dług publiczny oraz pogłębiające się nierówności społeczne. Amerykanie wciąż też muszą uporać się z problemem nielegalnej imigracji. Dla tysięcy osób Stany Zjednoczone nadal są wymarzonym miejscem na ziemi. Pozostają także takim nawet po bliższym poznaniu. Nie można jednak pokusić się o stwierdzenie, że wszyscy imigranci byli zachwyceni Stanami Zjednoczonymi. Zygmunt Freud, który zaledwie przez kilka dni wygłaszał wykłady na temat psychoanalizy na amerykańskich wyższych uczelniach, wrócił z podróży bardzo zniesmaczony. Co więcej, kiedy w Austro-Węgrzech rozpoczęły się prześladowania Żydów, odmówił emigracji za ocean, a jako powód podawał humorystycznie, iż szkodzi mu amerykańskie jedzenie. Markowi Wałkuskiemu Ameryka smakuje wybornie, a to sprawia, że Wałkowanie Ameryki to niezwykle apetyczna lektura. Nie tylko dla amerykanistów.
Dziennik Literacki 2014-01-01
Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca
Książka ukazująca życie pewnej rodziny w XX wieku. Historia przeplatana listami jednej z bohaterek książki. Polecamy wszystkim, którzy chcieliby chociaż na chwilę przenieść się w inne czasy, tak różne od dzisiejszych, czasy, w których nie widać było tego pośpiechu co dzisiaj, czasy zwykłego, prostego życia, czasy, w których niestety było wiele nieszczęścia spowodowanego wojnami, okupacją, nowym ustrojem.
BIMBI.pl 2014-01-16
Etyczna manipulacja, czyli jak sprawić, żeby ludzie naprawdę Cię lubili. Wydanie II rozszerzone
Chyba każdy z nas chciałby być lubiany. Chciałby, żeby ludzie chcieli spędzać z nim czas, rozmawiać i poświęcać swoją uwagę, jednak wiele osób tego nie potrafi. Jakby się nie starali mają tylko dwie, trzy osoby, z którymi w ogóle rozmawiają. Przecież tak nie musi być. Wiele z Was w tym momencie pewnie powie, że nie da się zmienić charakteru, że już takim się jest i będzie zawsze. Nie ma w tym zbyt wiele prawdy. Kiedyś, jeszcze długi czas przed sięgnięciem po "Etyczną manipulację", byłam małą, szarą, zakompleksioną myszką. Zawsze wśród ludzi siedziałam cicho i ciężko mi było poznać kogokolwiek. Teraz jak o tym myślę, aż ciężko mi uwierzyć, że to było zaledwie rok temu. Mnie udało pomóc sobie samej znajdując problem, a czytając tę książkę zobaczyłam, że szłam dobrą drogą, a ona pokazała mi jak iść dalej.
"Wszystko w Twoim życiu jest względne i tak naprawdę to Ty tworzysz swoją rzeczywistość."
Autorka pisze w taki sposób, że po pierwszych kilku zdaniach miałam wrażenie, że bardzo dobrze ją znam. Jest w jej piórze coś lekkiego i przyjemnego. Coś takiego, że mimo tego, że ta książka jest poradnikiem, to nie mogłam się od niej oderwać. Nic dziwnego, że ludzie, którzy ją poznają nazywają ją "słoneczkiem". Myślę, że gdybym ją zobaczyła, miałabym podobną opinię.
Agnieszka Ornatowska zwraca się do czytelnika wprost, na "ty". To sprawia, że czytelnik czuje się jakby "Etyczna manipulacja" rzeczywiście była napisana specjalnie dla niego. Jest w tym trochę prawdy. Autorka pisze, że dzięki tej książce staniemy się jak Ona. Ludzie będą chcieli z nami rozmawiać i przebywać. Też będziemy takimi chodzącymi, promiennymi "słoneczkami". Chyba każdy by tak chciał, prawda?
"Przyjemniej jest spędzić godzinę czy dwie z radosną osobą niż całą dobę z męczennikiem, który nie ma siły ani ochoty nawet na najmniejszy uśmiech."
W "Etycznej manipulacji" autorka przytacza wiele historii z życia, dzięki czemu ta mała, niepozorna książeczka, choć w środku od pierwszych stron jest przyjemna i wiarygodna, staje się jeszcze przyjemniejsza i wiarygodniejsza.
Agnieszka Ornatowska w bardzo fajny sposób podsumowuje najważniejsze elementy rozdziału pod koniec w punktach. Dzięki temu możemy sobie utrwalić i przypomnieć to, o czym czytaliśmy, a także, gdy szybko szukamy jakichś informacji, łatwiej coś znaleźć.
Czytając wstęp, myślałam, że w sumie większość tej drogi w stawaniu się lubianą mam już za sobą. Okazało się, że to jednak tylko zawyżona samoocena i mam jeszcze dużo pracy przed sobą. Uświadomiłam sobie to już w drugim rozdziale, gdzie było ćwiczenie, w którym trzeba było wypisać swoje cechy, które się lubi i jakie ktoś mógłby polubić. Miałam z nim naprawdę spore trudności.
"Ciekawość nie jest (...) pierwszym krokiem do piekła, tylko do wolności emocjonalnej!"
Ćwiczenia w "Etycznej manipulacji" polegają na zastanowieniu się nad samym sobą. Co lubimy w sobie, co myślimy o innych, co myślimy o swoich umiejętnościach, jacy jesteśmy, co jest dla nas ważne... Na początku te pytania wydają się bardzo łatwe, ale kiedy trzeba napisać coś o tym, sformułować kilka logicznych punktów okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe, jak się na początku wydawało. Tych ćwiczeń na początku książki jest sporo, więc musicie się przygotować na porządny rachunek sumienia.
Podczas czytania zrobiłam sobie coś w rodzaju ściąg co powinnam robić, żeby ludzie mnie bardziej lubili. Jakby ktoś to zobaczył, mógłby sobie pomyśleć, że mam depresję i próbuję z niej wyjść. Wszędzie na karteczkach widnieją wielkie zielone hasła typu "Akceptacja siebie", "Optymizm, uśmiech", "Równowaga", "Zainteresowanie innymi". Trochę jakbym pisała jakąś receptę na szczęście, a to tylko elementy potrzebne, żeby ludzie bardziej mnie lubili. No trudno, najwyżej świat ludzi przeglądających moje notatki legnie w gruzach jak się dowiedzą.
"Każda osoba, którą poznajesz, lubi Cię, tylko może jeszcze o tym nie wie."
Gdy już przedarłam się przez rozdziały o tym, jacy ludzie są lubiani, jak być lubianym i jak sprawić, żeby świat był cudowny, dotarłam do rozdziału o komunikacji niewerbalnej. Znalazłam tam technikę, która bardzo przypadła mi do gustu i którą zamierzam ćwiczyć i wykorzystywać. Otóż polega ona na dopasowywaniu się do drugiej osoby. Powiecie zaraz, że trzeba być sobą i inne takie pierdoły. Nie o to w tym chodzi. Chodzi o dopasowanie głosu, postawy, oddechu i słownictwa do osoby, z którą rozmawiamy. Dzięki temu stajemy się postrzegani lepiej, bo jesteśmy pewnego rodzaju odbiciem tej osoby.
Brakowało mi troszkę spisu treści, bo szukając konkretnego rozdziału ciągle przerzucałam za dużo stron. W "Etycznej manipulacji" znajdziemy też wskazówki jak mówić, żeby nas lubili, jak utrzymać przyjaźń, jakie są sekrety najbardziej lubianych ludzi, a na koniec autorka przygotowała ćwiczenie prowadzące w głąb nas samych, które chce abyśmy powtórzyli co najmniej siedem razy.
"Gdy jesteś sam dla siebie sympatyczny i się wspierasz, to wtedy działasz dużo lepiej i więcej Ci się uda!"
Wydanie jak już wspomniałam jest dość niepozorne. Książka jest w formacie nieco mniejszym od A5. Projekt okładki jest estetyczny, ale nie przyciąga zbytnio wzroku. Sama okładka jest miękka i mało wytrzymała, jednak myślę, że do "Etycznej manipulacji" nadaje się dobrze. Strony są białe, ale o dziwo nie przeszkadza to w czytaniu. to chyba zasługa bardzo przyjemniej dla oka, wyraźnej czcionki. Jeszcze jedna rzecz na którą bardzo zwracam uwagę przy wydaniu to to jak książka się otwiera. Ta otwiera się bardzo dobrze. Nie powoduje wyginania grzbietu, czy innych zniekształceń. Po prostu sam komfort czytania.
Podsumowując, książkę polecam wszystkim. Może poza duszami towarzystwa, bo im ta książka nie jest zbyt potrzebna. Ludzie po prostu już ich lubią, chociaż nawet takie osoby znalazłyby w niej coś dla siebie. "Etyczna manipulacja" jest wyjątkową książką, po którą warto sięgnąć. Zmienia trochę sposób myślenia oraz patrzenia na świat i doprowadza nas do momentu, kiedy zaczynamy być trochę innymi, pogodniejszymi osobami, z którymi ludzie chcą przebywać. Czyta się ją bardzo dobrze, a dzięki małemu formatowi z łatwością zmieści się do torebki. Żartowałyśmy sobie z tego z QD, że będziemy ją zabierać na jakieś spotkania i w chwilach nieuwagi współtowarzyszy spoglądać do niej pod stołem. To na szczęście raczej nie będzie konieczne.
"Wszystko w Twoim życiu jest względne i tak naprawdę to Ty tworzysz swoją rzeczywistość."
Autorka pisze w taki sposób, że po pierwszych kilku zdaniach miałam wrażenie, że bardzo dobrze ją znam. Jest w jej piórze coś lekkiego i przyjemnego. Coś takiego, że mimo tego, że ta książka jest poradnikiem, to nie mogłam się od niej oderwać. Nic dziwnego, że ludzie, którzy ją poznają nazywają ją "słoneczkiem". Myślę, że gdybym ją zobaczyła, miałabym podobną opinię.
Agnieszka Ornatowska zwraca się do czytelnika wprost, na "ty". To sprawia, że czytelnik czuje się jakby "Etyczna manipulacja" rzeczywiście była napisana specjalnie dla niego. Jest w tym trochę prawdy. Autorka pisze, że dzięki tej książce staniemy się jak Ona. Ludzie będą chcieli z nami rozmawiać i przebywać. Też będziemy takimi chodzącymi, promiennymi "słoneczkami". Chyba każdy by tak chciał, prawda?
"Przyjemniej jest spędzić godzinę czy dwie z radosną osobą niż całą dobę z męczennikiem, który nie ma siły ani ochoty nawet na najmniejszy uśmiech."
W "Etycznej manipulacji" autorka przytacza wiele historii z życia, dzięki czemu ta mała, niepozorna książeczka, choć w środku od pierwszych stron jest przyjemna i wiarygodna, staje się jeszcze przyjemniejsza i wiarygodniejsza.
Agnieszka Ornatowska w bardzo fajny sposób podsumowuje najważniejsze elementy rozdziału pod koniec w punktach. Dzięki temu możemy sobie utrwalić i przypomnieć to, o czym czytaliśmy, a także, gdy szybko szukamy jakichś informacji, łatwiej coś znaleźć.
Czytając wstęp, myślałam, że w sumie większość tej drogi w stawaniu się lubianą mam już za sobą. Okazało się, że to jednak tylko zawyżona samoocena i mam jeszcze dużo pracy przed sobą. Uświadomiłam sobie to już w drugim rozdziale, gdzie było ćwiczenie, w którym trzeba było wypisać swoje cechy, które się lubi i jakie ktoś mógłby polubić. Miałam z nim naprawdę spore trudności.
"Ciekawość nie jest (...) pierwszym krokiem do piekła, tylko do wolności emocjonalnej!"
Ćwiczenia w "Etycznej manipulacji" polegają na zastanowieniu się nad samym sobą. Co lubimy w sobie, co myślimy o innych, co myślimy o swoich umiejętnościach, jacy jesteśmy, co jest dla nas ważne... Na początku te pytania wydają się bardzo łatwe, ale kiedy trzeba napisać coś o tym, sformułować kilka logicznych punktów okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe, jak się na początku wydawało. Tych ćwiczeń na początku książki jest sporo, więc musicie się przygotować na porządny rachunek sumienia.
Podczas czytania zrobiłam sobie coś w rodzaju ściąg co powinnam robić, żeby ludzie mnie bardziej lubili. Jakby ktoś to zobaczył, mógłby sobie pomyśleć, że mam depresję i próbuję z niej wyjść. Wszędzie na karteczkach widnieją wielkie zielone hasła typu "Akceptacja siebie", "Optymizm, uśmiech", "Równowaga", "Zainteresowanie innymi". Trochę jakbym pisała jakąś receptę na szczęście, a to tylko elementy potrzebne, żeby ludzie bardziej mnie lubili. No trudno, najwyżej świat ludzi przeglądających moje notatki legnie w gruzach jak się dowiedzą.
"Każda osoba, którą poznajesz, lubi Cię, tylko może jeszcze o tym nie wie."
Gdy już przedarłam się przez rozdziały o tym, jacy ludzie są lubiani, jak być lubianym i jak sprawić, żeby świat był cudowny, dotarłam do rozdziału o komunikacji niewerbalnej. Znalazłam tam technikę, która bardzo przypadła mi do gustu i którą zamierzam ćwiczyć i wykorzystywać. Otóż polega ona na dopasowywaniu się do drugiej osoby. Powiecie zaraz, że trzeba być sobą i inne takie pierdoły. Nie o to w tym chodzi. Chodzi o dopasowanie głosu, postawy, oddechu i słownictwa do osoby, z którą rozmawiamy. Dzięki temu stajemy się postrzegani lepiej, bo jesteśmy pewnego rodzaju odbiciem tej osoby.
Brakowało mi troszkę spisu treści, bo szukając konkretnego rozdziału ciągle przerzucałam za dużo stron. W "Etycznej manipulacji" znajdziemy też wskazówki jak mówić, żeby nas lubili, jak utrzymać przyjaźń, jakie są sekrety najbardziej lubianych ludzi, a na koniec autorka przygotowała ćwiczenie prowadzące w głąb nas samych, które chce abyśmy powtórzyli co najmniej siedem razy.
"Gdy jesteś sam dla siebie sympatyczny i się wspierasz, to wtedy działasz dużo lepiej i więcej Ci się uda!"
Wydanie jak już wspomniałam jest dość niepozorne. Książka jest w formacie nieco mniejszym od A5. Projekt okładki jest estetyczny, ale nie przyciąga zbytnio wzroku. Sama okładka jest miękka i mało wytrzymała, jednak myślę, że do "Etycznej manipulacji" nadaje się dobrze. Strony są białe, ale o dziwo nie przeszkadza to w czytaniu. to chyba zasługa bardzo przyjemniej dla oka, wyraźnej czcionki. Jeszcze jedna rzecz na którą bardzo zwracam uwagę przy wydaniu to to jak książka się otwiera. Ta otwiera się bardzo dobrze. Nie powoduje wyginania grzbietu, czy innych zniekształceń. Po prostu sam komfort czytania.
Podsumowując, książkę polecam wszystkim. Może poza duszami towarzystwa, bo im ta książka nie jest zbyt potrzebna. Ludzie po prostu już ich lubią, chociaż nawet takie osoby znalazłyby w niej coś dla siebie. "Etyczna manipulacja" jest wyjątkową książką, po którą warto sięgnąć. Zmienia trochę sposób myślenia oraz patrzenia na świat i doprowadza nas do momentu, kiedy zaczynamy być trochę innymi, pogodniejszymi osobami, z którymi ludzie chcą przebywać. Czyta się ją bardzo dobrze, a dzięki małemu formatowi z łatwością zmieści się do torebki. Żartowałyśmy sobie z tego z QD, że będziemy ją zabierać na jakieś spotkania i w chwilach nieuwagi współtowarzyszy spoglądać do niej pod stołem. To na szczęście raczej nie będzie konieczne.
http://my-books-1220.blogspot.com/ 2014-01-13
Zarabiaj tyle, ile jesteś wart. Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz
"Zarabiaj tyle, ile jesteś wart.." Co myślicie patrząc na okładkę? Pewnie to samo co ja pomyślałam, kiedy dostałam tę książkę w swoje ręce.. Byłam pewna, że to kolejna książka, która mówi o tym, jak można "w cudowny sposób" się wzbogacić. NIE TYM RAZEM.
Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Autor nie opowiada tutaj o konkretnych metodach zarabiania pieniędzy, nie podrzuca nam pomysłów na "zrobienie biznesu". Brian Tracy mówi o tym, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Porusza kwestie, które są naprawdę ważne w znalezieniu pracy. Zapewnia nas, że każdy ma szansę na znalezienie zajęcia, które rzeczywiście będzie nam przynosić dochody a zarazem będziemy czerpać przyjemność z tego, co robimy.
Co jest podstawą znalezienia pracy? Napisanie CV i listu motywacyjnego, który wzbudzi zainteresowanie pracodawcy. Autor książki podpowiada nam w jaki sposób aplikować na wybrane stanowisko, co powinno zawierać CV a jakich informacji nie powinniśmy w nim zamieszczać. Brian Tracy mówi o tym, czego spodziewać się na rozmowach kwalifikacyjnych, jakie pytania mogą się pojawić ze strony przyszłego pracodawcy. Ważny jest nasz wygląd. W końcu to pierwsze wrażenie, pierwsze sekundy decydują o tym, co myślą o nas inni. Powinniśmy ubrać się odpowiednio, schludnie, by czuć się pewnie i dobrze się prezentować. Jeśli na początku "źle wypadniemy", to trudno będzie później zmienić obraz, jaki ukształtował się w oczach pracodawcy na nasz temat.
Na rozmowach kwalifikacyjnych często słyszymy: "Ile chciałby Pan zarabiać?" To jedno z trudniejszych pytań. Nie możemy podać zbyt niskiej kwoty, ponieważ będzie to znaczyło, że nie cenimy się zbyt wysoko i nie jesteśmy pewni siebie i naszych umiejętności. Jednocześnie powinniśmy walczyć o swoje, starać się o to, żeby zarabiać tyle, ile jest warta nasza praca i zaangażowanie w sprawy firmy. Podanie zbyt dużej sumy może zniechęcić pracodawcę. Zawsze można zatrudnić osobę, która oczekuje mniejszego wynagrodzenia. Warto przed rozmową zorientować się ile zarabiają pracownicy na podobnych stanowiskach, na które się aplikuje, dowiedzieć się podstawowych informacji na temat pracy, którą mamy wykonywać. Dobrze jest, kiedy osoba, która chce pracować na danym stanowisku wie coś na temat firmy do której idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Ważne, by praca, którą w przyszłości podejmiemy umożliwiała nam rozwój, przynosiła zyski, a jednocześnie dawała nam satysfakcję. Jeśli się robi to co się lubi, wkłada się w swoją pracę więcej wysiłku, angażuje się w wykonywaną czynność. Warto zastanowić się czego tak naprawdę chcemy. Trzeba jasno określić cel i uparcie do niego dążyć. Kiedy sprecyzujemy dokładnie nasze oczekiwania, łatwiej nam będzie wyobrazić sobie sukces, siebie na określonym stanowisku. Wtedy dopiero można iść w takim kierunku, żeby wprowadzić nasze wyobrażenia w życie.
Autor porusza jeszcze jedną kwestię, wartą uwagi. Dobre zaplanowanie swojego czasu jest połową sukcesu. Jak zorganizować dzień, by nasze projekty powstawały na czas? Żeby w naszym życiu był też czas na przyjemności, dla rodziny? Brian Tracy przedstawia nam sposób planowania, który może ułatwić nam organizację pracy. Wystarczy kartka i długopis. Robimy listę spraw, którą musimy załatwić, projektów, które powinniśmy wykonać. Najważniejsze punkty zaznaczamy literką "A". Są to czynności, które powinniśmy wykonywać w pierwszej kolejności. Następnie, literką "B" zaznaczamy sprawy mniej ważne i literką "C" czynności, które właściwie nie muszą być zrobione, lub mogą poczekać. Staramy się najpierw wykonywać punkty oznaczone literką "A". Dopiero później możemy przejść do spraw oznaczonych literką "B". W natłoku spraw, często nie możemy załatwić wszystkiego osobiście. Dobrze jest oddać mniej ważne sprawy w ręce innych osób, które mogą się nimi zająć.. Wtedy pozostaje nam czas na poświęcenie się sprawom, projektom, które są najważniejsze.Warto, by w pracy wykorzystywać w pełni swój czas, nie marnować go na liczne przerwy, telefony.. Im mniej pracy pozostanie nam do zrobienia, tym więcej czasu będziemy mogli poświęcić rodzinie.
Tę książkę polecam nie tylko osobom, które chcą zarobić "wielkie pieniądze". To poradnik dla każdego, kto chce w pełni wykorzystać swój czas, nauczyć się lepszej organizacji. Przygotowuje on do znalezienia odpowiedniej pracy, wykreowania wizji siebie na określonym stanowisku, dążenia do zmian w sytuacji zawodowej i w końcu.. do osiągnięcia sukcesu.
Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Autor nie opowiada tutaj o konkretnych metodach zarabiania pieniędzy, nie podrzuca nam pomysłów na "zrobienie biznesu". Brian Tracy mówi o tym, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Porusza kwestie, które są naprawdę ważne w znalezieniu pracy. Zapewnia nas, że każdy ma szansę na znalezienie zajęcia, które rzeczywiście będzie nam przynosić dochody a zarazem będziemy czerpać przyjemność z tego, co robimy.
Co jest podstawą znalezienia pracy? Napisanie CV i listu motywacyjnego, który wzbudzi zainteresowanie pracodawcy. Autor książki podpowiada nam w jaki sposób aplikować na wybrane stanowisko, co powinno zawierać CV a jakich informacji nie powinniśmy w nim zamieszczać. Brian Tracy mówi o tym, czego spodziewać się na rozmowach kwalifikacyjnych, jakie pytania mogą się pojawić ze strony przyszłego pracodawcy. Ważny jest nasz wygląd. W końcu to pierwsze wrażenie, pierwsze sekundy decydują o tym, co myślą o nas inni. Powinniśmy ubrać się odpowiednio, schludnie, by czuć się pewnie i dobrze się prezentować. Jeśli na początku "źle wypadniemy", to trudno będzie później zmienić obraz, jaki ukształtował się w oczach pracodawcy na nasz temat.
Na rozmowach kwalifikacyjnych często słyszymy: "Ile chciałby Pan zarabiać?" To jedno z trudniejszych pytań. Nie możemy podać zbyt niskiej kwoty, ponieważ będzie to znaczyło, że nie cenimy się zbyt wysoko i nie jesteśmy pewni siebie i naszych umiejętności. Jednocześnie powinniśmy walczyć o swoje, starać się o to, żeby zarabiać tyle, ile jest warta nasza praca i zaangażowanie w sprawy firmy. Podanie zbyt dużej sumy może zniechęcić pracodawcę. Zawsze można zatrudnić osobę, która oczekuje mniejszego wynagrodzenia. Warto przed rozmową zorientować się ile zarabiają pracownicy na podobnych stanowiskach, na które się aplikuje, dowiedzieć się podstawowych informacji na temat pracy, którą mamy wykonywać. Dobrze jest, kiedy osoba, która chce pracować na danym stanowisku wie coś na temat firmy do której idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Ważne, by praca, którą w przyszłości podejmiemy umożliwiała nam rozwój, przynosiła zyski, a jednocześnie dawała nam satysfakcję. Jeśli się robi to co się lubi, wkłada się w swoją pracę więcej wysiłku, angażuje się w wykonywaną czynność. Warto zastanowić się czego tak naprawdę chcemy. Trzeba jasno określić cel i uparcie do niego dążyć. Kiedy sprecyzujemy dokładnie nasze oczekiwania, łatwiej nam będzie wyobrazić sobie sukces, siebie na określonym stanowisku. Wtedy dopiero można iść w takim kierunku, żeby wprowadzić nasze wyobrażenia w życie.
Autor porusza jeszcze jedną kwestię, wartą uwagi. Dobre zaplanowanie swojego czasu jest połową sukcesu. Jak zorganizować dzień, by nasze projekty powstawały na czas? Żeby w naszym życiu był też czas na przyjemności, dla rodziny? Brian Tracy przedstawia nam sposób planowania, który może ułatwić nam organizację pracy. Wystarczy kartka i długopis. Robimy listę spraw, którą musimy załatwić, projektów, które powinniśmy wykonać. Najważniejsze punkty zaznaczamy literką "A". Są to czynności, które powinniśmy wykonywać w pierwszej kolejności. Następnie, literką "B" zaznaczamy sprawy mniej ważne i literką "C" czynności, które właściwie nie muszą być zrobione, lub mogą poczekać. Staramy się najpierw wykonywać punkty oznaczone literką "A". Dopiero później możemy przejść do spraw oznaczonych literką "B". W natłoku spraw, często nie możemy załatwić wszystkiego osobiście. Dobrze jest oddać mniej ważne sprawy w ręce innych osób, które mogą się nimi zająć.. Wtedy pozostaje nam czas na poświęcenie się sprawom, projektom, które są najważniejsze.Warto, by w pracy wykorzystywać w pełni swój czas, nie marnować go na liczne przerwy, telefony.. Im mniej pracy pozostanie nam do zrobienia, tym więcej czasu będziemy mogli poświęcić rodzinie.
Tę książkę polecam nie tylko osobom, które chcą zarobić "wielkie pieniądze". To poradnik dla każdego, kto chce w pełni wykorzystać swój czas, nauczyć się lepszej organizacji. Przygotowuje on do znalezienia odpowiedniej pracy, wykreowania wizji siebie na określonym stanowisku, dążenia do zmian w sytuacji zawodowej i w końcu.. do osiągnięcia sukcesu.
czytamysobie.blogspot.com 92ana, 2013-12-08
Zarabiaj tyle, ile jesteś wart. Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz
"Zarabiaj tyle, ile jesteś wart.." Co myślicie patrząc na okładkę? Pewnie to samo co ja pomyślałam, kiedy dostałam tę książkę w swoje ręce.. Byłam pewna, że to kolejna książka, która mówi o tym, jak można "w cudowny sposób" się wzbogacić. NIE TYM RAZEM.
Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Autor nie opowiada tutaj o konkretnych metodach zarabiania pieniędzy, nie podrzuca nam pomysłów na "zrobienie biznesu". Brian Tracy mówi o tym, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Porusza kwestie, które są naprawdę ważne w znalezieniu pracy. Zapewnia nas, że każdy ma szansę na znalezienie zajęcia, które rzeczywiście będzie nam przynosić dochody a zarazem będziemy czerpać przyjemność z tego, co robimy.
Co jest podstawą znalezienia pracy? Napisanie CV i listu motywacyjnego, który wzbudzi zainteresowanie pracodawcy. Autor książki podpowiada nam w jaki sposób aplikować na wybrane stanowisko, co powinno zawierać CV a jakich informacji nie powinniśmy w nim zamieszczać. Brian Tracy mówi o tym, czego spodziewać się na rozmowach kwalifikacyjnych, jakie pytania mogą się pojawić ze strony przyszłego pracodawcy. Ważny jest nasz wygląd. W końcu to pierwsze wrażenie, pierwsze sekundy decydują o tym, co myślą o nas inni. Powinniśmy ubrać się odpowiednio, schludnie, by czuć się pewnie i dobrze się prezentować. Jeśli na początku "źle wypadniemy", to trudno będzie później zmienić obraz, jaki ukształtował się w oczach pracodawcy na nasz temat.
Na rozmowach kwalifikacyjnych często słyszymy: "Ile chciałby Pan zarabiać?" To jedno z trudniejszych pytań. Nie możemy podać zbyt niskiej kwoty, ponieważ będzie to znaczyło, że nie cenimy się zbyt wysoko i nie jesteśmy pewni siebie i naszych umiejętności. Jednocześnie powinniśmy walczyć o swoje, starać się o to, żeby zarabiać tyle, ile jest warta nasza praca i zaangażowanie w sprawy firmy. Podanie zbyt dużej sumy może zniechęcić pracodawcę. Zawsze można zatrudnić osobę, która oczekuje mniejszego wynagrodzenia. Warto przed rozmową zorientować się ile zarabiają pracownicy na podobnych stanowiskach, na które się aplikuje, dowiedzieć się podstawowych informacji na temat pracy, którą mamy wykonywać. Dobrze jest, kiedy osoba, która chce pracować na danym stanowisku wie coś na temat firmy do której idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Ważne, by praca, którą w przyszłości podejmiemy umożliwiała nam rozwój, przynosiła zyski, a jednocześnie dawała nam satysfakcję. Jeśli się robi to co się lubi, wkłada się w swoją pracę więcej wysiłku, angażuje się w wykonywaną czynność. Warto zastanowić się czego tak naprawdę chcemy. Trzeba jasno określić cel i uparcie do niego dążyć. Kiedy sprecyzujemy dokładnie nasze oczekiwania, łatwiej nam będzie wyobrazić sobie sukces, siebie na określonym stanowisku. Wtedy dopiero można iść w takim kierunku, żeby wprowadzić nasze wyobrażenia w życie.
Autor porusza jeszcze jedną kwestię, wartą uwagi. Dobre zaplanowanie swojego czasu jest połową sukcesu. Jak zorganizować dzień, by nasze projekty powstawały na czas? Żeby w naszym życiu był też czas na przyjemności, dla rodziny? Brian Tracy przedstawia nam sposób planowania, który może ułatwić nam organizację pracy. Wystarczy kartka i długopis. Robimy listę spraw, którą musimy załatwić, projektów, które powinniśmy wykonać. Najważniejsze punkty zaznaczamy literką "A". Są to czynności, które powinniśmy wykonywać w pierwszej kolejności. Następnie, literką "B" zaznaczamy sprawy mniej ważne i literką "C" czynności, które właściwie nie muszą być zrobione, lub mogą poczekać. Staramy się najpierw wykonywać punkty oznaczone literką "A". Dopiero później możemy przejść do spraw oznaczonych literką "B". W natłoku spraw, często nie możemy załatwić wszystkiego osobiście. Dobrze jest oddać mniej ważne sprawy w ręce innych osób, które mogą się nimi zająć.. Wtedy pozostaje nam czas na poświęcenie się sprawom, projektom, które są najważniejsze.Warto, by w pracy wykorzystywać w pełni swój czas, nie marnować go na liczne przerwy, telefony.. Im mniej pracy pozostanie nam do zrobienia, tym więcej czasu będziemy mogli poświęcić rodzinie.
Tę książkę polecam nie tylko osobom, które chcą zarobić "wielkie pieniądze". To poradnik dla każdego, kto chce w pełni wykorzystać swój czas, nauczyć się lepszej organizacji. Przygotowuje on do znalezienia odpowiedniej pracy, wykreowania wizji siebie na określonym stanowisku, dążenia do zmian w sytuacji zawodowej i w końcu.. do osiągnięcia sukcesu.
Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Autor nie opowiada tutaj o konkretnych metodach zarabiania pieniędzy, nie podrzuca nam pomysłów na "zrobienie biznesu". Brian Tracy mówi o tym, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Porusza kwestie, które są naprawdę ważne w znalezieniu pracy. Zapewnia nas, że każdy ma szansę na znalezienie zajęcia, które rzeczywiście będzie nam przynosić dochody a zarazem będziemy czerpać przyjemność z tego, co robimy.
Co jest podstawą znalezienia pracy? Napisanie CV i listu motywacyjnego, który wzbudzi zainteresowanie pracodawcy. Autor książki podpowiada nam w jaki sposób aplikować na wybrane stanowisko, co powinno zawierać CV a jakich informacji nie powinniśmy w nim zamieszczać. Brian Tracy mówi o tym, czego spodziewać się na rozmowach kwalifikacyjnych, jakie pytania mogą się pojawić ze strony przyszłego pracodawcy. Ważny jest nasz wygląd. W końcu to pierwsze wrażenie, pierwsze sekundy decydują o tym, co myślą o nas inni. Powinniśmy ubrać się odpowiednio, schludnie, by czuć się pewnie i dobrze się prezentować. Jeśli na początku "źle wypadniemy", to trudno będzie później zmienić obraz, jaki ukształtował się w oczach pracodawcy na nasz temat.
Na rozmowach kwalifikacyjnych często słyszymy: "Ile chciałby Pan zarabiać?" To jedno z trudniejszych pytań. Nie możemy podać zbyt niskiej kwoty, ponieważ będzie to znaczyło, że nie cenimy się zbyt wysoko i nie jesteśmy pewni siebie i naszych umiejętności. Jednocześnie powinniśmy walczyć o swoje, starać się o to, żeby zarabiać tyle, ile jest warta nasza praca i zaangażowanie w sprawy firmy. Podanie zbyt dużej sumy może zniechęcić pracodawcę. Zawsze można zatrudnić osobę, która oczekuje mniejszego wynagrodzenia. Warto przed rozmową zorientować się ile zarabiają pracownicy na podobnych stanowiskach, na które się aplikuje, dowiedzieć się podstawowych informacji na temat pracy, którą mamy wykonywać. Dobrze jest, kiedy osoba, która chce pracować na danym stanowisku wie coś na temat firmy do której idzie na rozmowę kwalifikacyjną. Ważne, by praca, którą w przyszłości podejmiemy umożliwiała nam rozwój, przynosiła zyski, a jednocześnie dawała nam satysfakcję. Jeśli się robi to co się lubi, wkłada się w swoją pracę więcej wysiłku, angażuje się w wykonywaną czynność. Warto zastanowić się czego tak naprawdę chcemy. Trzeba jasno określić cel i uparcie do niego dążyć. Kiedy sprecyzujemy dokładnie nasze oczekiwania, łatwiej nam będzie wyobrazić sobie sukces, siebie na określonym stanowisku. Wtedy dopiero można iść w takim kierunku, żeby wprowadzić nasze wyobrażenia w życie.
Autor porusza jeszcze jedną kwestię, wartą uwagi. Dobre zaplanowanie swojego czasu jest połową sukcesu. Jak zorganizować dzień, by nasze projekty powstawały na czas? Żeby w naszym życiu był też czas na przyjemności, dla rodziny? Brian Tracy przedstawia nam sposób planowania, który może ułatwić nam organizację pracy. Wystarczy kartka i długopis. Robimy listę spraw, którą musimy załatwić, projektów, które powinniśmy wykonać. Najważniejsze punkty zaznaczamy literką "A". Są to czynności, które powinniśmy wykonywać w pierwszej kolejności. Następnie, literką "B" zaznaczamy sprawy mniej ważne i literką "C" czynności, które właściwie nie muszą być zrobione, lub mogą poczekać. Staramy się najpierw wykonywać punkty oznaczone literką "A". Dopiero później możemy przejść do spraw oznaczonych literką "B". W natłoku spraw, często nie możemy załatwić wszystkiego osobiście. Dobrze jest oddać mniej ważne sprawy w ręce innych osób, które mogą się nimi zająć.. Wtedy pozostaje nam czas na poświęcenie się sprawom, projektom, które są najważniejsze.Warto, by w pracy wykorzystywać w pełni swój czas, nie marnować go na liczne przerwy, telefony.. Im mniej pracy pozostanie nam do zrobienia, tym więcej czasu będziemy mogli poświęcić rodzinie.
Tę książkę polecam nie tylko osobom, które chcą zarobić "wielkie pieniądze". To poradnik dla każdego, kto chce w pełni wykorzystać swój czas, nauczyć się lepszej organizacji. Przygotowuje on do znalezienia odpowiedniej pracy, wykreowania wizji siebie na określonym stanowisku, dążenia do zmian w sytuacji zawodowej i w końcu.. do osiągnięcia sukcesu.
czytamysobie.blogspot.com 92ana, 2013-12-08