Recenzje
Hobbit i filozofia. Prawdziwa historia tam i z powrotem
Kilka lat temu, podczas pisania pracy magisterskiej, w moje ręce wpadła pewna ciekawa książka. Była nią pozycja pod tytułem „Czysta krew i filozofia. Wampiry stają się naprawdę niegrzeczne”, czyli, jak może wskazywać sam tytuł, spojrzenie na jeden z popularniejszych seriali stacji HBO okiem filozofa. Różnego rodzaju dywagacje o naturze wampirów i ludzi, wyjaśnianie przesłankami kierujących zachowaniami przedstawicieli różnych gatunków czy motyw wyjścia z szafy to tylko kilka z poruszanych w tej pozycji tematów. Książka tak bardzo przypadła mi do gustu, że postanowiłam zaznajomić się z resztą serii. Jakiś czas temu, na fali popularności najnowszej ekranizacji słynnej tolkienowskiej powieści w reżyserii Petera Jacksona, pojawiło się kolejne papierowe dziecko Williama Irwina, odpowiedzialnego za cały cykl filozoficznych rozważań, którego przedstawicielami są choćby „Harry Potter i filozofia” czy „Gra o tron i filozofia”. Tym razem czytelnik został przeniesiony do Śródziemia, by towarzyszyć w podróży niziołkowi, krasnoludom i czarodziejowi. Czy „Hobbit i filozofia. Prawdziwa historia tam i z powrotem” zachował klimat wcześniejszych części serii?
Książka pod redakcją Gregory’ego Basshama i Erica Bronsona została podzielona na cztery części. „Odkryj swojego wewnętrznego Tuka” porusza kwestię taoizmu, platońskiej alegorii jaskini czy też hobbickich stóp. Tak, dobrze przeczytaliście – odnóży niziołka, które, jak się okazuje, są bardzo ważne, gdyż chodzenie zajmuje istotne miejsce w książce Tolkiena. To właśnie dlatego Bilbo ma stopy dosłownie stworzone do podróżowania. Druga część dzieła, „Dobry, zły i oślizgły”, zajmuje się dumą i skromnością w „Hobbicie”, wyjaśnieniem czym jest wojna sprawiedliwa oraz tym, jaką rolę w utworze angielskiego pisarza odgrywa sztuka (w końcu nie wszystkie rasy Śródziemia ją doceniają). W „Zagadki i pierścienie” największy nacisk położono na zestawieniu dwóch światów: magii i technologii, natomiast „Tam i z powrotem” porusza kwestię szczęścia, wolnej woli i opatrzności.
Książka została napisana prostym i bardzo przystępnym językiem. Osoby, które pierwszy raz wkraczają do świata filozofii, nie poczują się zagubione, bowiem każda kwestia czy definicja jest wyjaśniania i obrazowana przykładami zaczerpniętymi z książki J.R.R. Tolkiena (mowa oczywiście o „Hobbicie”, choć pojawiają się również nawiązania do „Władcy Pierścieni” czy „Silmarillionu”). Twórcy pozycji są swego rodzaju przewodnikami po zaczarowanym świecie Śródziemia. Niektóre poruszane kwestie wydają się oczywiste i łatwo je zauważyć czytając powieść o przygodach hobbita i krasnoludów, jednak wiele z nich nabiera sensu dopiero po zapoznaniu się z filozoficzną serią (jak choćby dywagacje na temat stóp Bilba).
„Hobbit i filozofia” to, w odróżnieniu do przewodników po filmie, dzieło poświęcone odkrywaniu drugiego dna książki Tolkiena. Nie znajdziecie tutaj dogłębnych charakterystyk postaci czy opisu treści. Na pewno za czytanie tej pozycji nie powinni brać się ci, którzy nie znają „Hobbita”, ponieważ pojawia się w niej spora liczba spoilerów. Jednak każdy, kto ceni sobie świat Śródziemia i komu podobała się literacka albo filmowa historia Bilba, znajdzie w tym dziele kilka naprawdę interesujących informacji wyjaśniających niektóre postępowania bohaterów.
Wprawdzie ta pozycja nie należy do najlepszych z całego cyklu, o wiele ciekawsze okazały się „Czysta krew i filozofia” czy „Herosi i filozofia”, jednak na pewno nie żałuję czasu spędzonego na jej studiowaniu. Tak, studiowaniu, ponieważ nie jest to książka, którą się czyta, aby się zrelaksować. Ona wymaga od czytelnika myślenia, zrozumienia poruszanych kwestii i tematów. To typowa pozycja poszerzająca horyzonty, odpowiednia dla osób, które lubią łączyć przyjemne z pożytecznym.
Książka pod redakcją Gregory’ego Basshama i Erica Bronsona została podzielona na cztery części. „Odkryj swojego wewnętrznego Tuka” porusza kwestię taoizmu, platońskiej alegorii jaskini czy też hobbickich stóp. Tak, dobrze przeczytaliście – odnóży niziołka, które, jak się okazuje, są bardzo ważne, gdyż chodzenie zajmuje istotne miejsce w książce Tolkiena. To właśnie dlatego Bilbo ma stopy dosłownie stworzone do podróżowania. Druga część dzieła, „Dobry, zły i oślizgły”, zajmuje się dumą i skromnością w „Hobbicie”, wyjaśnieniem czym jest wojna sprawiedliwa oraz tym, jaką rolę w utworze angielskiego pisarza odgrywa sztuka (w końcu nie wszystkie rasy Śródziemia ją doceniają). W „Zagadki i pierścienie” największy nacisk położono na zestawieniu dwóch światów: magii i technologii, natomiast „Tam i z powrotem” porusza kwestię szczęścia, wolnej woli i opatrzności.
Książka została napisana prostym i bardzo przystępnym językiem. Osoby, które pierwszy raz wkraczają do świata filozofii, nie poczują się zagubione, bowiem każda kwestia czy definicja jest wyjaśniania i obrazowana przykładami zaczerpniętymi z książki J.R.R. Tolkiena (mowa oczywiście o „Hobbicie”, choć pojawiają się również nawiązania do „Władcy Pierścieni” czy „Silmarillionu”). Twórcy pozycji są swego rodzaju przewodnikami po zaczarowanym świecie Śródziemia. Niektóre poruszane kwestie wydają się oczywiste i łatwo je zauważyć czytając powieść o przygodach hobbita i krasnoludów, jednak wiele z nich nabiera sensu dopiero po zapoznaniu się z filozoficzną serią (jak choćby dywagacje na temat stóp Bilba).
„Hobbit i filozofia” to, w odróżnieniu do przewodników po filmie, dzieło poświęcone odkrywaniu drugiego dna książki Tolkiena. Nie znajdziecie tutaj dogłębnych charakterystyk postaci czy opisu treści. Na pewno za czytanie tej pozycji nie powinni brać się ci, którzy nie znają „Hobbita”, ponieważ pojawia się w niej spora liczba spoilerów. Jednak każdy, kto ceni sobie świat Śródziemia i komu podobała się literacka albo filmowa historia Bilba, znajdzie w tym dziele kilka naprawdę interesujących informacji wyjaśniających niektóre postępowania bohaterów.
Wprawdzie ta pozycja nie należy do najlepszych z całego cyklu, o wiele ciekawsze okazały się „Czysta krew i filozofia” czy „Herosi i filozofia”, jednak na pewno nie żałuję czasu spędzonego na jej studiowaniu. Tak, studiowaniu, ponieważ nie jest to książka, którą się czyta, aby się zrelaksować. Ona wymaga od czytelnika myślenia, zrozumienia poruszanych kwestii i tematów. To typowa pozycja poszerzająca horyzonty, odpowiednia dla osób, które lubią łączyć przyjemne z pożytecznym.
efantastyka.pl Katriona, 2014-03-05
Idealna reklama. Sztuka promowania aplikacji w internecie
Co może zainteresować recenzenta książek? Książka o recenzowaniu! W przypadku książki Idealna reklama… dostajemy szczegółowy wgląd na relację twórca-recenzent oraz śledzimy krok po kroku każdy etap, przez jaki musi przejść dzieło aby doczekało się recenzji. W tym przypadku, dziełem jest aplikacja. Ale to dopiero początek, bo promocja na recenzji produktu to nie koniec…
Książka jest swoistym przewodnikiem dla dewelopera aplikacji o tym jak wypromować swój program. Składa się z ośmiu, wyważonych objętościowo i logicznie poukładanych rozdziałów. Tak jak większość tego typu publikacji, możemy wyróżnić część teoretyczną i praktyczną, chociaż w przypadku tej książki autorzy bardzo zgrabnie przechodzą pomiędzy tym co powinno być, a tym co jest w rzeczywistości.
Autorami książki są Erica Sadun oraz Steve Sande, uznani autorzy książek o podobnej tematyce ale przede wszystkim doświadczeni blogerzy piszący dla The Unofficial Apple Blog (TUAW), będącym jednym z największych i najbardziej opiniotwórczych serwisów dotyczących aplikacji i gadżetów dla sprzętu z logiem ugryzionego jabłuszka.
Swoją historię, autorzy zaczynają od przedstawienia tego jak funkcjonują blogi oraz jak wygląda typowy dzień blogera. Ponadto rozłożony jest na części pierwsze proces, powstawania recenzji i jakie skutki mogą odnieść recenzje różnego typu. Rozdział ten szczególnie polecam osobom, które zamierzają skonfrontować się po raz pierwszy ze światkiem recenzenckim.
Kolejny rozdział dotyczy samego produktu – zarówno aplikacji jak i sprzętu. Tutaj padają ważne pytania czym jest produkt, dlaczego ma być reklamowany i w jaki sposób. Co sprawia, że towar wyróżnia się oraz jak przyciągnąć uwagę zarówno przyszłych klientów jak i blogerów. Wydaje się trywialne, aczkolwiek to na tym etapie większość deweloperów zwykle poległo z tego powodu, że tylko twórca znał w pełni swoje dzieło i nie potrafił przekazać swojej fascynacji innym.
Po solidnej dawce teorii zmierzamy w stronę praktyki – kolejny rozdział traktuje na temat tworzenia reklamy, a zwłaszcza redagowania tekstów promocyjnych, pisania maila zachęcającego do recenzji (wraz załącznikami) oraz dalszego postępowania gdy „złapiemy na haczyk” recenzenta (lub klienta). Szczegółowość i wyczerpanie na pierwszy rzut oka tak prostego tematu jest godne podziwu. Jest to najdłuższy rozdział książki, ale jak pytają sami autorzy:
„Skoro spędziłeś wiele miesięcy pracując nad produktem, dlaczego chcesz poświęcić tylko kilka minut na stworzenie reklamy?”
Kolejny rozdział to kontynuacja poprzedniego, czyli jak dać znać całemu światu, że wprowadzamy na rynek nowy produkt. Tym razem jednak na celowniku są sami blogerzy. Znajdziemy tutaj porady jak zaciekawić ich swoim produktem, a raczej jak „wymusić” ich zainteresowanie.
W końcu, mój ulubiony rozdział – analiza przykładów, czyli prawdziwe wiadomości reklamowe z jakimi spotkali się autorzy. Oprócz dyskusji nad niepoprawnie napisanymi tekstami, zobaczymy również dobre i „prawie dobre” wiadomości oraz porady jak to wszystko jeszcze bardziej udoskonalić.
Następne rozdziały to przygotowanie dobrego PR i kolejne etapy promocji. Dowiemy się tutaj jak istotne są detale typu dobór odpowiedniej ikonki czy utworzenie nazwy dla aplikacji. Ponadto dość szeroko jest opisana problematyka tworzenia filmików promocyjnych produktu. Pod koniec dostajemy swoistą „instrukcję obsługi blogera”, czyli jak nawiązywać oraz podtrzymywać relację z autorami recenzji, jak reagować zarówno na pozytywną jak i negatywną recenzję, a przede wszystkim co z tym dalej robić.
Na zakończenie dostajemy od autorów coś bardzo praktycznego – ćwiczenia i listy kontrolne. Jest to zestaw pytań dotyczących m.in. profilu klienta, treści reklamowych, konkurencji czy samego produktu, na które musimy sobie szczerze odpowiedzieć. Pytania te mają na celu naprowadzić nas na lepsze dotarcie do grupy docelowej oraz zastanowienie się czego brakuje w obecnej kampanii reklamowej. Za pomocą „efektu malejących okręgów” autorzy pomagają nam oszacować, jak duża jest grupa potencjalnych odbiorców naszego produktu.
Chociaż książka traktuje praktycznie w całości na temat promowania produktów dla Apple, jednak doświadczenie autorów jakie nabyli przez lata współprowadzenia bloga recenzenckiego, jest uniwersalne. Śmiało mogę założyć, że co najmniej 75% informacji zawartych w książce można bardzo prosto przełożyć do innych sytuacji, gdzie intencją jest wypromowanie jakiegokolwiek produktu w internecie.
Jako osoba która sama pisze aplikację (co prawda hobbistycznie, a nie zawodowo), muszę przyznać, że treść książki uświadomiła mi wiele rzeczy, które z czasem mogą być uznane za oczywiste, a na które nie zwraca się uwagi. Natomiast jako recenzent w całości zgadzam się z przedstawionym obrazem funkcjonowania blogów. Książkę mogę więc polecić nie tylko deweloperom oprogramowania, ale każdej osobie chcącej promować się w internecie, głównie na blogach. Z drugiej strony publikacja może się przydać również recenzentom, aby zobaczyli jakie oczekiwania są „po drugiej stronie” barykady.
Książka jest swoistym przewodnikiem dla dewelopera aplikacji o tym jak wypromować swój program. Składa się z ośmiu, wyważonych objętościowo i logicznie poukładanych rozdziałów. Tak jak większość tego typu publikacji, możemy wyróżnić część teoretyczną i praktyczną, chociaż w przypadku tej książki autorzy bardzo zgrabnie przechodzą pomiędzy tym co powinno być, a tym co jest w rzeczywistości.
Autorami książki są Erica Sadun oraz Steve Sande, uznani autorzy książek o podobnej tematyce ale przede wszystkim doświadczeni blogerzy piszący dla The Unofficial Apple Blog (TUAW), będącym jednym z największych i najbardziej opiniotwórczych serwisów dotyczących aplikacji i gadżetów dla sprzętu z logiem ugryzionego jabłuszka.
Swoją historię, autorzy zaczynają od przedstawienia tego jak funkcjonują blogi oraz jak wygląda typowy dzień blogera. Ponadto rozłożony jest na części pierwsze proces, powstawania recenzji i jakie skutki mogą odnieść recenzje różnego typu. Rozdział ten szczególnie polecam osobom, które zamierzają skonfrontować się po raz pierwszy ze światkiem recenzenckim.
Kolejny rozdział dotyczy samego produktu – zarówno aplikacji jak i sprzętu. Tutaj padają ważne pytania czym jest produkt, dlaczego ma być reklamowany i w jaki sposób. Co sprawia, że towar wyróżnia się oraz jak przyciągnąć uwagę zarówno przyszłych klientów jak i blogerów. Wydaje się trywialne, aczkolwiek to na tym etapie większość deweloperów zwykle poległo z tego powodu, że tylko twórca znał w pełni swoje dzieło i nie potrafił przekazać swojej fascynacji innym.
Po solidnej dawce teorii zmierzamy w stronę praktyki – kolejny rozdział traktuje na temat tworzenia reklamy, a zwłaszcza redagowania tekstów promocyjnych, pisania maila zachęcającego do recenzji (wraz załącznikami) oraz dalszego postępowania gdy „złapiemy na haczyk” recenzenta (lub klienta). Szczegółowość i wyczerpanie na pierwszy rzut oka tak prostego tematu jest godne podziwu. Jest to najdłuższy rozdział książki, ale jak pytają sami autorzy:
„Skoro spędziłeś wiele miesięcy pracując nad produktem, dlaczego chcesz poświęcić tylko kilka minut na stworzenie reklamy?”
Kolejny rozdział to kontynuacja poprzedniego, czyli jak dać znać całemu światu, że wprowadzamy na rynek nowy produkt. Tym razem jednak na celowniku są sami blogerzy. Znajdziemy tutaj porady jak zaciekawić ich swoim produktem, a raczej jak „wymusić” ich zainteresowanie.
W końcu, mój ulubiony rozdział – analiza przykładów, czyli prawdziwe wiadomości reklamowe z jakimi spotkali się autorzy. Oprócz dyskusji nad niepoprawnie napisanymi tekstami, zobaczymy również dobre i „prawie dobre” wiadomości oraz porady jak to wszystko jeszcze bardziej udoskonalić.
Następne rozdziały to przygotowanie dobrego PR i kolejne etapy promocji. Dowiemy się tutaj jak istotne są detale typu dobór odpowiedniej ikonki czy utworzenie nazwy dla aplikacji. Ponadto dość szeroko jest opisana problematyka tworzenia filmików promocyjnych produktu. Pod koniec dostajemy swoistą „instrukcję obsługi blogera”, czyli jak nawiązywać oraz podtrzymywać relację z autorami recenzji, jak reagować zarówno na pozytywną jak i negatywną recenzję, a przede wszystkim co z tym dalej robić.
Na zakończenie dostajemy od autorów coś bardzo praktycznego – ćwiczenia i listy kontrolne. Jest to zestaw pytań dotyczących m.in. profilu klienta, treści reklamowych, konkurencji czy samego produktu, na które musimy sobie szczerze odpowiedzieć. Pytania te mają na celu naprowadzić nas na lepsze dotarcie do grupy docelowej oraz zastanowienie się czego brakuje w obecnej kampanii reklamowej. Za pomocą „efektu malejących okręgów” autorzy pomagają nam oszacować, jak duża jest grupa potencjalnych odbiorców naszego produktu.
Chociaż książka traktuje praktycznie w całości na temat promowania produktów dla Apple, jednak doświadczenie autorów jakie nabyli przez lata współprowadzenia bloga recenzenckiego, jest uniwersalne. Śmiało mogę założyć, że co najmniej 75% informacji zawartych w książce można bardzo prosto przełożyć do innych sytuacji, gdzie intencją jest wypromowanie jakiegokolwiek produktu w internecie.
Jako osoba która sama pisze aplikację (co prawda hobbistycznie, a nie zawodowo), muszę przyznać, że treść książki uświadomiła mi wiele rzeczy, które z czasem mogą być uznane za oczywiste, a na które nie zwraca się uwagi. Natomiast jako recenzent w całości zgadzam się z przedstawionym obrazem funkcjonowania blogów. Książkę mogę więc polecić nie tylko deweloperom oprogramowania, ale każdej osobie chcącej promować się w internecie, głównie na blogach. Z drugiej strony publikacja może się przydać również recenzentom, aby zobaczyli jakie oczekiwania są „po drugiej stronie” barykady.
moznaprzeczytac.pl 2014-05-12
Medytacja w życiu codziennym
„Jeszcze jedna książka na temat medytacji?!” – możesz spytać. Tymczasem kolejna pozycja wydawnictwa Helion jest naprawdę unikatowa. Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł, „Medytacja w życiu codziennym” Macieja Wielobóba NIE jest przeznaczona dla przeciętnego śmiertelnika (tzn. czytelnika). Tym wyróżnia się na tle dziesiątek innych pozycji poświęconych temu zagadnieniu. I, niestety, do tytułu właśnie mam najwięcej zastrzeżeń. Moim zdaniem, zupełnie nie oddaje on sedna książki. Jeśli nie zauważysz umieszczonego na pierwszej stronie podtytułu, możesz się naprawdę rozczarować. Tak jak ja.
Biorąc do ręki tę książkę, spodziewałam się (zwiedziona tytułem) bardzo ogólnego ujęcia medytacji i przede wszystkim – ukazania jej praktycznej wartości w codziennym życiu. Dla przeciętnego, zestresowanego zjadacza zachodniego chleba w XXI wieku. Na dodatek książka napisana została przez Polaka, co wzięłam za kolejne potwierdzenie jej przydatności dla kogoś wychowanego i żyjącego w naszej (a nie amerykańskiej czy hinduskiej) rzeczywistości.
Książka okazała się w istocie poświęcona wyłącznie sufizmowi (a nie medytacji, chociaż oczywiście i o niej mowa), o czym informuje dopiero podtytuł: „Ścieżki praktyki w sufizmie uniwersalnym”. To oczywiście nie jest wadą, ale warto być świadomym, że biorąc do ręki książkę Macieja Wielobóba, wchodzimy właśnie w ten nowy i nieznany świat – sufizmu. Warto też wspomnieć, iż jej autor jest znanym i cenionym w Polsce nauczycielem jogi i medytacji, a drogą sufizmu podąża już od 20 lat. Napisał ponadto dwie książki poświęcone praktyce i psychologii jogi. Liczne odniesienia do jogi oraz buddyzmu obecne są także w jego najnowszej książce.
„Medytacja w życiu codziennym” liczy prawie 150 stron i podzielona jest na cztery części. Zdecydowana większość publikacji poświęcona została teorii sufizmu (założenia, historia, przedstawiciele, nurty itd.) oraz licznym opisom praktyk, jakie w mają miejsce w ramach tej uniwersalistycznej religii (filozofii). Część poświęcona zagadnieniom praktycznym liczy około 40 stron. Czytelnik znajdzie w niej ćwiczenia pracy z ciałem (inspirowane asanami jogi), teksty modlitw, pranajamy (czyli praktykę oddechu) oraz różnorodne techniki przygotowawcze do medytacji (nauka koncentracji, mantry). Ćwiczenia te (mnie osobiście) wydają się być przeznaczone dla osób mających już jakieś doświadczenie w praktyce pracy z umysłem. Ostatnia część zawiera sufickie teksty do rozważania (mądrości, przypowieści), aczkolwiek obszerne materiały źródłowe znajdują się niemal na każdej stronie książki. Nieocenioną zaletę tej pozycji stanowi prosty język autora. Dzięki temu nawet złożone zagadnienia filozoficzne czy religijne (i nie ukrywajmy – orientalne) przedstawione są w sposób przystępny i zrozumiały nawet dla laika.
Lektura tej pozycji na pewno poszerzyła moje horyzonty, ponieważ na temat sufizmu nie wiedziałam (prawie) nic. Natomiast jeśli chodzi o jej wartość praktyczną, to dla mnie akurat okazała się niewielka. Gdyby tytuł wyraźnie sugerował, iż książka poświęcona jest sufizmowi, prawdopodobnie nie sięgnęłabym po nią w tym momencie. Szczerze powiedziawszy, potraktowałam ją jako intelektualną ciekawostkę, chociaż dostarczyła mi też sporo cennych inspiracji i materiału do przemyśleń.
Komu mogłabym więc polecić „Medytację w życiu codziennym” M. Wielobóba? Przede wszystkim tym, którzy zainteresowani są religioznawstwem, orientalną filozofią i mistyką oraz oczywiście sufizmem. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że tego typu (przystępnych dla laika i w języku polskim) pozycji nie ma naszym rynku zbyt wiele. Zainteresowani rozwojem duchowym, jogą czy buddyzmem, z pewnością także znajdą w tej książce wiele inspiracji do praktyki własnej. Osobom początkującym, niemającym wcześniej do czynienia z medytacją i innymi formami pracy z umysłem – raczej odradzam. Jeśli nigdy nie praktykowałeś, a chcesz spróbować i przekonać się, w czym może Ci pomóc medytacja, nie zaczynaj od tej pozycji. Jeśli szukasz ogólnej książki poświęconej podstawom niereligijnej medytacji, jej rodzajom i efektom dla ciała i ducha – to również nie ta. Wydaje mi się, iż „Medytacja…” Wielobóba może zaspokoić ciekawość głodnego umysłu i dostarczyć rzetelnej wiedzy na temat sufizmu, być może rozpalić w kimś ogień fascynacji, a na pewno – poszerzyć horyzonty. Jednakże nie wystarczy, żeby samodzielnie wkroczyć na suficką drogę rozwoju.
Biorąc do ręki tę książkę, spodziewałam się (zwiedziona tytułem) bardzo ogólnego ujęcia medytacji i przede wszystkim – ukazania jej praktycznej wartości w codziennym życiu. Dla przeciętnego, zestresowanego zjadacza zachodniego chleba w XXI wieku. Na dodatek książka napisana została przez Polaka, co wzięłam za kolejne potwierdzenie jej przydatności dla kogoś wychowanego i żyjącego w naszej (a nie amerykańskiej czy hinduskiej) rzeczywistości.
Książka okazała się w istocie poświęcona wyłącznie sufizmowi (a nie medytacji, chociaż oczywiście i o niej mowa), o czym informuje dopiero podtytuł: „Ścieżki praktyki w sufizmie uniwersalnym”. To oczywiście nie jest wadą, ale warto być świadomym, że biorąc do ręki książkę Macieja Wielobóba, wchodzimy właśnie w ten nowy i nieznany świat – sufizmu. Warto też wspomnieć, iż jej autor jest znanym i cenionym w Polsce nauczycielem jogi i medytacji, a drogą sufizmu podąża już od 20 lat. Napisał ponadto dwie książki poświęcone praktyce i psychologii jogi. Liczne odniesienia do jogi oraz buddyzmu obecne są także w jego najnowszej książce.
„Medytacja w życiu codziennym” liczy prawie 150 stron i podzielona jest na cztery części. Zdecydowana większość publikacji poświęcona została teorii sufizmu (założenia, historia, przedstawiciele, nurty itd.) oraz licznym opisom praktyk, jakie w mają miejsce w ramach tej uniwersalistycznej religii (filozofii). Część poświęcona zagadnieniom praktycznym liczy około 40 stron. Czytelnik znajdzie w niej ćwiczenia pracy z ciałem (inspirowane asanami jogi), teksty modlitw, pranajamy (czyli praktykę oddechu) oraz różnorodne techniki przygotowawcze do medytacji (nauka koncentracji, mantry). Ćwiczenia te (mnie osobiście) wydają się być przeznaczone dla osób mających już jakieś doświadczenie w praktyce pracy z umysłem. Ostatnia część zawiera sufickie teksty do rozważania (mądrości, przypowieści), aczkolwiek obszerne materiały źródłowe znajdują się niemal na każdej stronie książki. Nieocenioną zaletę tej pozycji stanowi prosty język autora. Dzięki temu nawet złożone zagadnienia filozoficzne czy religijne (i nie ukrywajmy – orientalne) przedstawione są w sposób przystępny i zrozumiały nawet dla laika.
Lektura tej pozycji na pewno poszerzyła moje horyzonty, ponieważ na temat sufizmu nie wiedziałam (prawie) nic. Natomiast jeśli chodzi o jej wartość praktyczną, to dla mnie akurat okazała się niewielka. Gdyby tytuł wyraźnie sugerował, iż książka poświęcona jest sufizmowi, prawdopodobnie nie sięgnęłabym po nią w tym momencie. Szczerze powiedziawszy, potraktowałam ją jako intelektualną ciekawostkę, chociaż dostarczyła mi też sporo cennych inspiracji i materiału do przemyśleń.
Komu mogłabym więc polecić „Medytację w życiu codziennym” M. Wielobóba? Przede wszystkim tym, którzy zainteresowani są religioznawstwem, orientalną filozofią i mistyką oraz oczywiście sufizmem. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że tego typu (przystępnych dla laika i w języku polskim) pozycji nie ma naszym rynku zbyt wiele. Zainteresowani rozwojem duchowym, jogą czy buddyzmem, z pewnością także znajdą w tej książce wiele inspiracji do praktyki własnej. Osobom początkującym, niemającym wcześniej do czynienia z medytacją i innymi formami pracy z umysłem – raczej odradzam. Jeśli nigdy nie praktykowałeś, a chcesz spróbować i przekonać się, w czym może Ci pomóc medytacja, nie zaczynaj od tej pozycji. Jeśli szukasz ogólnej książki poświęconej podstawom niereligijnej medytacji, jej rodzajom i efektom dla ciała i ducha – to również nie ta. Wydaje mi się, iż „Medytacja…” Wielobóba może zaspokoić ciekawość głodnego umysłu i dostarczyć rzetelnej wiedzy na temat sufizmu, być może rozpalić w kimś ogień fascynacji, a na pewno – poszerzyć horyzonty. Jednakże nie wystarczy, żeby samodzielnie wkroczyć na suficką drogę rozwoju.
moznaprzeczytac.pl MN, 2014-05-02
Social media to ściema
Dziwię się jeszcze, że nikt o tej książce słowa nie napisał, bo powinna wywołać w branży kontrowersje nie mniejsze niż pamiętny felieton Eryka Mistewicza o ROI. Jak sam tytuł wskazuje, to nie jest książka o tym, jak social media wspaniale sprzedają i pomagają rozkręcać biznes. Wręcz przeciwnie.
B. J. Mendelson postawił sobie za cel zdemaskowanie mitów, kreowanych przez apologetów mediów społecznościowych. Tych, którzy pierwsi szybko się ich nauczyli i zaczęli co do tego przekonywać innych (może nawet zbyt szybko), publikując pełne entuzjazmu filmiki, książki, pisząc blogi. Przekonują innych do mediów społecznościowych, bo na tym zarabiają. Ale zdaniem autora media społecznościowe nie są uniwersalnym lekiem na kiepską sprzedaż produktu czy też cudownym narzędziem dla małych firm. Małym firmom one raczej nie pomogą i autor mówi to wprost: na prowadzenie komunikacji w mediach społecznościowych tak, jak ona powinna być prowadzona, stać tylko największe korporacje, mające budżety na ciekawe treści i ludzi, którzy się tylko tym zajmują. Ale nawet największe korporacje nie chwalą się specjalnie swoimi wynikami sprzedaży. Bo może media społecznościowe wcale tak dobrze nie sprzedają, śmie powątpiewać autor. Nawet świetnie sprzedający się celebryci w rodzaju Justina Biebera wypłynęli na mediach społecznościowych nie dzięki sile pospolitego ruszenia internautów, ale dlatego, że zostali dostrzeżeni przez wpływową osobę z tradycyjnego show biznesu, zapromowani w mediach tradycyjnych lub trafili na zmianę algorytmu na YT lub Twitterze, która pomogła w szybkim zyskaniu popularności. Mierzenie skuteczności mediów społecznościowych jest nie na rękę. Korporacjom, bo one szukają ciągle nowych pomysłów i inspiracji marketingowych i niezbyt chętnie liczą koszty. Obsługującym je agencjom, bo te chcą mieć zlecenia i zadowolonych klientów. Klient jest zadowolony, jak widzi duże liczby, które może pokazać zarządowi. Zarząd jest zadowolony bo widzi duże liczby i myśli, że to działa. Mendelson stwierdza, że narzędzia komunikacji, które mogą najbardziej zaprocentować, zwłaszcza w przypadku małych organizacji oglądających każdą złotówkę, to własna strona internetowa, tradycyjne media relations, sieć kontaktów oraz (przede wszystkim) dobry produkt. Social media mogą zaś pomóc o tyle, o ile jest w nich grupa docelowa danego produktu.
Przyznam, że książka wywołała we mnie niezły zamęt. Częściowo zgadzałam się z autorem. W moim przypadku najważniejszym kanałem komunikacji jest zdecydowanie własna strona, a nie fanpage czy konto na Twitterze, które pełnią raczej rolę pomocniczą. Ale media społecznościowe paradoksalnie pomagają mi w kontaktach tradycyjnych – gdyby nie one, znajomych z branży spotykałabym przy odrobinie szczęścia kilka razy w roku na konferencjach czy spotkaniach branżowych. Teraz mogę z nimi rozmawiać i obserowować ich praktycznie codziennie, a to ułatwia kontakty osobiste, z kolei kontakty osobiste ułatwiają późniejsze kontakty internetowe i tak to się toczy. Przedstawiciele mediów tradycyjnych też interesują się mną, kiedy napiszę coś na blogu (albo zapraszają mnie do programów właśnie jako blogerkę).
Częściowo się nie zgadzam. Facebook, a ostatnio też Twitter, potrafią przyciągnąć na stronę niezły ruch (ale uwaga – warunkiem jest dobra, merytoryczna treść). I widzę, że ich rolą jest niekoniecznie „czysta” sprzedaż – ale bardziej to, że ludzie z branży wiedzą, kim jestem, na jaki temat piszę bloga. Tutaj bardziej „sprzedaje” wiedza, którą się dzielę. Bez mediów społecznościowych nie byłoby to takie łatwe, zresztą, sam blog by nie istniał. Można mierzyć efekty działań w mediach społecznościowych – w małych firmach, gdzie dane są rozproszone pomiędzy różnymi narzędziami, wymaga to mnóstwa ręcznej pracy i przez to jest czasochłonne. Duże firmy mogą sobie pozwolić na social media CRM czy modelowanie marketingu mix – pierwszy typ rozwiązań pozwala na wiązanie danych z social media z danymi klientów czy obsługę klientów przez kanały socialmediowe, drugi pozwala szacować, jak zmiany budżetu na poszczególne elementy miksu promocyjnego przełożą się na sprzedaż. No i to, co najważniejsze – nie musimy być wszędzie. Wybierzmy kanał, z którego najprawdopodobniej będą korzystać nasi odbiorcy, bo już tam są.
B. J. Mendelson postawił sobie za cel zdemaskowanie mitów, kreowanych przez apologetów mediów społecznościowych. Tych, którzy pierwsi szybko się ich nauczyli i zaczęli co do tego przekonywać innych (może nawet zbyt szybko), publikując pełne entuzjazmu filmiki, książki, pisząc blogi. Przekonują innych do mediów społecznościowych, bo na tym zarabiają. Ale zdaniem autora media społecznościowe nie są uniwersalnym lekiem na kiepską sprzedaż produktu czy też cudownym narzędziem dla małych firm. Małym firmom one raczej nie pomogą i autor mówi to wprost: na prowadzenie komunikacji w mediach społecznościowych tak, jak ona powinna być prowadzona, stać tylko największe korporacje, mające budżety na ciekawe treści i ludzi, którzy się tylko tym zajmują. Ale nawet największe korporacje nie chwalą się specjalnie swoimi wynikami sprzedaży. Bo może media społecznościowe wcale tak dobrze nie sprzedają, śmie powątpiewać autor. Nawet świetnie sprzedający się celebryci w rodzaju Justina Biebera wypłynęli na mediach społecznościowych nie dzięki sile pospolitego ruszenia internautów, ale dlatego, że zostali dostrzeżeni przez wpływową osobę z tradycyjnego show biznesu, zapromowani w mediach tradycyjnych lub trafili na zmianę algorytmu na YT lub Twitterze, która pomogła w szybkim zyskaniu popularności. Mierzenie skuteczności mediów społecznościowych jest nie na rękę. Korporacjom, bo one szukają ciągle nowych pomysłów i inspiracji marketingowych i niezbyt chętnie liczą koszty. Obsługującym je agencjom, bo te chcą mieć zlecenia i zadowolonych klientów. Klient jest zadowolony, jak widzi duże liczby, które może pokazać zarządowi. Zarząd jest zadowolony bo widzi duże liczby i myśli, że to działa. Mendelson stwierdza, że narzędzia komunikacji, które mogą najbardziej zaprocentować, zwłaszcza w przypadku małych organizacji oglądających każdą złotówkę, to własna strona internetowa, tradycyjne media relations, sieć kontaktów oraz (przede wszystkim) dobry produkt. Social media mogą zaś pomóc o tyle, o ile jest w nich grupa docelowa danego produktu.
Przyznam, że książka wywołała we mnie niezły zamęt. Częściowo zgadzałam się z autorem. W moim przypadku najważniejszym kanałem komunikacji jest zdecydowanie własna strona, a nie fanpage czy konto na Twitterze, które pełnią raczej rolę pomocniczą. Ale media społecznościowe paradoksalnie pomagają mi w kontaktach tradycyjnych – gdyby nie one, znajomych z branży spotykałabym przy odrobinie szczęścia kilka razy w roku na konferencjach czy spotkaniach branżowych. Teraz mogę z nimi rozmawiać i obserowować ich praktycznie codziennie, a to ułatwia kontakty osobiste, z kolei kontakty osobiste ułatwiają późniejsze kontakty internetowe i tak to się toczy. Przedstawiciele mediów tradycyjnych też interesują się mną, kiedy napiszę coś na blogu (albo zapraszają mnie do programów właśnie jako blogerkę).
Częściowo się nie zgadzam. Facebook, a ostatnio też Twitter, potrafią przyciągnąć na stronę niezły ruch (ale uwaga – warunkiem jest dobra, merytoryczna treść). I widzę, że ich rolą jest niekoniecznie „czysta” sprzedaż – ale bardziej to, że ludzie z branży wiedzą, kim jestem, na jaki temat piszę bloga. Tutaj bardziej „sprzedaje” wiedza, którą się dzielę. Bez mediów społecznościowych nie byłoby to takie łatwe, zresztą, sam blog by nie istniał. Można mierzyć efekty działań w mediach społecznościowych – w małych firmach, gdzie dane są rozproszone pomiędzy różnymi narzędziami, wymaga to mnóstwa ręcznej pracy i przez to jest czasochłonne. Duże firmy mogą sobie pozwolić na social media CRM czy modelowanie marketingu mix – pierwszy typ rozwiązań pozwala na wiązanie danych z social media z danymi klientów czy obsługę klientów przez kanały socialmediowe, drugi pozwala szacować, jak zmiany budżetu na poszczególne elementy miksu promocyjnego przełożą się na sprzedaż. No i to, co najważniejsze – nie musimy być wszędzie. Wybierzmy kanał, z którego najprawdopodobniej będą korzystać nasi odbiorcy, bo już tam są.
annamiotk.pl 2014-05-13
PRo-MOC-ja. Reklama i public relations w małej firmie
Ostatnio wpadła mi w ręce książka „PRo-MOC-ja„, a lektura poszła dosyć szybko. Wartka akcja na temat promocji zawsze warta jest przeczytania, ale co konkretnie z niej wynikło i jakie były moje wrażenia? Zapraszam do krótkiej recenzji.
Pierwsze co to lekka forma, książkę można przeczytać w kilka godzin, mi kartki skończyły się już w trzeci dzień czytania po kawałku. Publikacja wciąga żwawym opisem i językiem oraz co istotne, mówi o nowoczesnym PR i reklamie – autor nie stroni od nowoczesnych pojęć (inbound marketing) jak i w ogóle nowoczesnych form marketingowych, wspomina o Google Adwords, SEO, wspomina nawet o książce Pawła Tkaczyka nt. Grywalizacji. Idealna dla zagonionych przedsiębiorców, by rozeznać się w temacie promocji własnej firmy.
Książka robija 5 istotnych mitów odnośnie budowania wizerunku w sieci:
- sprzedać można wszystko – nie, nie wszystko, liczy się wartość dodana tego co oferujesz.
- małe firmy nie potrzebują strategii – nic bardziej mylnego, bez strategii nie masz kierunku i celu, zatem podążasz raz tu raz tam… Tutaj polecam Ci poradnik tworzenia strategii content marketingowej.
- wystarczy walnąć jakąś dużą reklamę i jakoś pójdzie – nie, marketing to nie fast food, nie da się go zrobić od tak, to kwestia strategii, budowania wizerunku na każdej płaszczyźnie
- Facebook nie sprzedaje – jeden z mitów, który powtarzany jest jak mantra chyba tylko z powodu niezrozumienia. FB sprzedaje, ale poprzez budowę wizerunku i rozpoznawalności, wytworzenie społeczności a nie napierniczanie reklamą.
-Jedynie pozytywne opinie się liczą – nieprawda, wszystko co autentyczne zawiera odcienie szarości, zarówno ciemne jak i jasne barwy, a nie tylko wszystko w zielono-optymistycznych skowronkach.
Pierwsze co to lekka forma, książkę można przeczytać w kilka godzin, mi kartki skończyły się już w trzeci dzień czytania po kawałku. Publikacja wciąga żwawym opisem i językiem oraz co istotne, mówi o nowoczesnym PR i reklamie – autor nie stroni od nowoczesnych pojęć (inbound marketing) jak i w ogóle nowoczesnych form marketingowych, wspomina o Google Adwords, SEO, wspomina nawet o książce Pawła Tkaczyka nt. Grywalizacji. Idealna dla zagonionych przedsiębiorców, by rozeznać się w temacie promocji własnej firmy.
Książka robija 5 istotnych mitów odnośnie budowania wizerunku w sieci:
- sprzedać można wszystko – nie, nie wszystko, liczy się wartość dodana tego co oferujesz.
- małe firmy nie potrzebują strategii – nic bardziej mylnego, bez strategii nie masz kierunku i celu, zatem podążasz raz tu raz tam… Tutaj polecam Ci poradnik tworzenia strategii content marketingowej.
- wystarczy walnąć jakąś dużą reklamę i jakoś pójdzie – nie, marketing to nie fast food, nie da się go zrobić od tak, to kwestia strategii, budowania wizerunku na każdej płaszczyźnie
- Facebook nie sprzedaje – jeden z mitów, który powtarzany jest jak mantra chyba tylko z powodu niezrozumienia. FB sprzedaje, ale poprzez budowę wizerunku i rozpoznawalności, wytworzenie społeczności a nie napierniczanie reklamą.
-Jedynie pozytywne opinie się liczą – nieprawda, wszystko co autentyczne zawiera odcienie szarości, zarówno ciemne jak i jasne barwy, a nie tylko wszystko w zielono-optymistycznych skowronkach.
WebSEM.pl Sebastian Jakubiec, 2014-05-09