Recenzje
Mediolan i alpejskie jeziora. Udane Wakacje. Wydanie 1
W serii „Udane wakacje” Michelina, którego polskim partnerem wydawniczym są Bezdroża, ukazał się przewodnik po Mediolanie, Bergamo i alpejskich jeziorach. Jednym z najciekawszych pod względem historycznym, liczby zabytków, krajobrazów i innych atrakcji turystycznych Italii. Wart bliższego poznania, a nie tylko „zaliczenia” podczas objazdowej podróży po tym kraju.
I zadania to spełnia, przy czym w ładnie wydanej i poręcznej formie wydawniczej. Jak zwykle w tej serii, w części wstępnej jest w nim sporo informacji praktycznych na temat dojazdu i poruszania się na miejscu, zakwaterowania, wyżywienia, rozrywek, zakupów, a także kalendarium świat i imprez kulturalnych.
Znaleźć w tym przewodniku można mnóstwo przydatnych, a niekiedy zaskakujących informacji. Np. że we Włoszech karana jest nie tylko sprzedaż artykułów podrabianych, takich jak perfumy, torebki damskie i wiele innych. Ale zagrożone grzywną jest również ich kupowanie.
Wiele dowiedzieć się można o, generalnie drogich, a w szczycie urlopowym lub podczas targów i wystaw bardzo drogich hotelach. Z przykładami różnych cen i lokalizacją konkretnych obiektów, co dotyczy również restauracji i barów, na planie miasta wydrukowanym na przedniej wewnętrznej okładce. Niestety, podobnie jak nazwy ulic i placów tak małą czcionką, że jeżeli ktoś ma zamiar z niego korzystać, radzę zabrać lupę.
Ale i w tym przypadku wspomnę o ciekawostkach. Chociażby o fakcie zamykania w Mediolanie, i nie tylko, w sierpniu wielu hoteli i innych obiektów noclegowych, a także placówek gastronomicznych, gdyż ich właściciele i personel… mają wówczas urlopy. Gdy to czytałem, przypomniała mi się Ludowa Republika Bułgaria, w której, także w szczycie sezonu urlopowego w popularnych miejscowościach w restauracjach i barach, od godz. 12.00 do 15.00 była przerwa obiadowa dla… personelu.
Z informacji dotyczących noclegów wspomnę o radzie autorów, aby w przypadku korzystania z 4-5 czy więcej noclegów korzystać raczej nie z hoteli, lecz apartamentów, gdyż są one znacznie tańsze, a przeważnie doskonale zlokalizowane. Warto też wiedzieć – i stosować się do tego – że we Włoszech obowiązuje od paru lat zakaz palenia tytoniu w miejscach publicznych, barach i restauracjach.
W części 2 – „Zaproszenie do podróży” czytelnik znajduje krótką historię Mediolanu i jego sztuki oraz architektury, informacje, że jest to jedna ze stolic mody, prężny ośrodek literacki i wydawniczy, ma też bogatą ofertę teatralną i kinową oraz gastronomiczną. Podstawowa, ściśle przewodnikowa część 3-cia, zawiera – z kolorowymi planami omawianych dzielnic – prezentację zabytków oraz innych atrakcji miasta i jego najbliższych okolic z mnóstwem przydatnych informacji. A osobno podobnie na temat Bergamo i czterech sławnych jezior alpejskich: Maggiore, d’Orta, di Como i di Garda oraz atrakcji na ich brzegach oraz wyspach.
Informacje te wzbogacają ciekawostki. Np. o biskupie Ambrożym, który został wybrany nim zanim go ochrzczono. O rodzie Boromeuszy. Czy o znajdujących się na Liście Dziedzictwa UNESCO Świętych Wzgórzach (Santi Monti) – przypominających Jerozolimę i Palestynę miejscach modlitwy. I wiele innych. Przewodnik jest dosyć bogato ilustrowany kolorowymi zdjęciami. Jest to więc pozycja warta polecenia aby ją zabrać na wyjazd w tamten region Włoch i korzystać z niej podczas zwiedzania.
I zadania to spełnia, przy czym w ładnie wydanej i poręcznej formie wydawniczej. Jak zwykle w tej serii, w części wstępnej jest w nim sporo informacji praktycznych na temat dojazdu i poruszania się na miejscu, zakwaterowania, wyżywienia, rozrywek, zakupów, a także kalendarium świat i imprez kulturalnych.
Znaleźć w tym przewodniku można mnóstwo przydatnych, a niekiedy zaskakujących informacji. Np. że we Włoszech karana jest nie tylko sprzedaż artykułów podrabianych, takich jak perfumy, torebki damskie i wiele innych. Ale zagrożone grzywną jest również ich kupowanie.
Wiele dowiedzieć się można o, generalnie drogich, a w szczycie urlopowym lub podczas targów i wystaw bardzo drogich hotelach. Z przykładami różnych cen i lokalizacją konkretnych obiektów, co dotyczy również restauracji i barów, na planie miasta wydrukowanym na przedniej wewnętrznej okładce. Niestety, podobnie jak nazwy ulic i placów tak małą czcionką, że jeżeli ktoś ma zamiar z niego korzystać, radzę zabrać lupę.
Ale i w tym przypadku wspomnę o ciekawostkach. Chociażby o fakcie zamykania w Mediolanie, i nie tylko, w sierpniu wielu hoteli i innych obiektów noclegowych, a także placówek gastronomicznych, gdyż ich właściciele i personel… mają wówczas urlopy. Gdy to czytałem, przypomniała mi się Ludowa Republika Bułgaria, w której, także w szczycie sezonu urlopowego w popularnych miejscowościach w restauracjach i barach, od godz. 12.00 do 15.00 była przerwa obiadowa dla… personelu.
Z informacji dotyczących noclegów wspomnę o radzie autorów, aby w przypadku korzystania z 4-5 czy więcej noclegów korzystać raczej nie z hoteli, lecz apartamentów, gdyż są one znacznie tańsze, a przeważnie doskonale zlokalizowane. Warto też wiedzieć – i stosować się do tego – że we Włoszech obowiązuje od paru lat zakaz palenia tytoniu w miejscach publicznych, barach i restauracjach.
W części 2 – „Zaproszenie do podróży” czytelnik znajduje krótką historię Mediolanu i jego sztuki oraz architektury, informacje, że jest to jedna ze stolic mody, prężny ośrodek literacki i wydawniczy, ma też bogatą ofertę teatralną i kinową oraz gastronomiczną. Podstawowa, ściśle przewodnikowa część 3-cia, zawiera – z kolorowymi planami omawianych dzielnic – prezentację zabytków oraz innych atrakcji miasta i jego najbliższych okolic z mnóstwem przydatnych informacji. A osobno podobnie na temat Bergamo i czterech sławnych jezior alpejskich: Maggiore, d’Orta, di Como i di Garda oraz atrakcji na ich brzegach oraz wyspach.
Informacje te wzbogacają ciekawostki. Np. o biskupie Ambrożym, który został wybrany nim zanim go ochrzczono. O rodzie Boromeuszy. Czy o znajdujących się na Liście Dziedzictwa UNESCO Świętych Wzgórzach (Santi Monti) – przypominających Jerozolimę i Palestynę miejscach modlitwy. I wiele innych. Przewodnik jest dosyć bogato ilustrowany kolorowymi zdjęciami. Jest to więc pozycja warta polecenia aby ją zabrać na wyjazd w tamten region Włoch i korzystać z niej podczas zwiedzania.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2014-05-05
Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna
To nie jest kolejna na rynku opowieść podróżnicza, jakich całe mnóstwo na księgarskich półkach. "Syberyjski sen" jest książką naprawdę niezwykłą.
Zofia Piłasiewicz, z zawodu psycholog, Matka Polka, z zamiłowania podróżnik i fotograf postanowiła zrealizować swoje największe marzenie. Wraz z mężem i kilkoma innymi osobami, mając tylko mglistą wizją rzeczywistości, która ich czeka, wyruszyła w podróż w głąb Rosji. Na Syberię, do Republiki Tuwa, z zamiarem poznawania jej z perspektywy rzek Issyk-Sug, Chamsara i Bij – Chiem (Wielki Jenisej). Swoje podróże opisała później w książce.
"Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna" tworzy kilka opowieści. Każda z nich mogłaby stanowić odrębną całość. Pierwsza opisuje niezwykle długą i trudną podróż koleją transsyberyjską. Wiele tysięcy kilometrów w towarzystwie ludzi – poznanych w pociągu towarzyszy podróży, którzy z konieczności stają się przynajmniej dobrymi znajomi.
Podróżowanie transsyberyjską koleją to zjawisko socjologiczne, zasługujące na osobną publikację. W pociągu się śpi, je, robi zakupy, relaksuje. Na stacjach i przymusowych postojach miejscowi zapewniają podróżnym zaspokajanie różnorodnych potrzeb – np. dostęp do prysznica na wolnym powietrzu. Po drodze można się delektować dziką i tajemniczą przyrodą, albo tylko ze znudzeniem wpatrywać w stepowe równiny. Kolej podąża szlakiem, którym w XIX wieku szli polscy zesłańcy. Ich losy, wyniki przeprowadzanych przez wielu z nich obserwacji, a nawet badań, przewijają się przez całą książkę. Piłasiewicz oddaje im hołd, przywracając pamięć o upokarzających i często tragicznych przeżyciach. Upowszechnia wiedzę o ich sukcesach naukowych, literackich czy muzycznych.
Kolejna opowieść to wspomnienia z pierwszej wyprawy na Syberię. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, uczestnicząc w tej podróży całym sobą, nieomal dosłownie. Jak to możliwe? Piłaszewicz opisuje pieszą wędrówkę przez tajgę, z plecakami, katamaranami, a potem spływy kolejnymi, niebezpiecznymi rzekami, z wielką ilością progów, wodospadów, kamieni. Robi to w taki sposób, że czuje się nieomal wodę na twarzy. Współodczuwamy lęk i wszystkie inne doznania. Prawie dosłownie smakujemy wędzoną samodzielnie rybę. Pijemy herbatę z rumem na ogrzanie. Słyszymy nieprzerwany, całodobowy szum rwącej rzeki. Podziwiamy potężne góry i cudowną, dziką roślinność. Dowiadujemy się jakie rośliny tam rosną, jakie gatunki ryb można złowić w tamtejszych rzekach. Zdobywamy informacje o lokalnych społecznościach Ajnów, Buriatów, Sojotów i innych. Poznajemy ich wierzenia, zwyczaje, metody leczenia za pomocą ziół, codziennie menu. Dowiadujemy się w jakich warunkach żyją, mieszkają, jaki jest ich stosunek do obcych.
Nie jest to wiedza powierzchowna. Piłasiewicz wykazuje się ogromną wiedzą z wielu dyscyplin. To kobieta bardzo odważna, ale też szalona. Wszyscy uczestnicy wycieczki zdobyli się na rzecz niezwykłą – w ramach swoich urlopów, zamiast wycieczki z opcją all inclusiv, wybrali podróż pozbawioną wygód, na daleką Syberię. Spanie najczęściej pod namiotami. Podróżowanie podejrzanymi, rozpadającymi się środkami lokomocji, z równie podejrzanymi typami. Pływanie samodzielnie zbudowanymi, katamaranami po niebezpiecznych rzekach. Narażanie się na kontakty ze żmijami, niedźwiedziami, wilkami, ale także z nieprzyjemnymi ludźmi, dla których obcy, to często śmiertelny wróg. Wreszcie – skazanie siebie na bezustanne towarzystwo tych samych, prawie lub zupełnie obcych ludzi, w tym obcokrajowców, którym trzeba się bezwarunkowo podporządkować. I dla przetrwania za wszelką cenę łagodzić konflikty i nieporozumienia. Pływanie katamaranem po rwących rzekach to przeżycie równie ekstremalne, co przebywanie z tymi samymi osobami na małej przestrzeni przez całą dobę. A wszystko dla adrenaliny, potrzeby przeżycia przygody i pewnie czegoś jeszcze.
Trudno zrozumieć motywację ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli zamienili garnitury na obcisłe ubranka z poliestru. Pozbawili się kontaktu z Internetem, wygodnym łóżkiem i tym wszystkim, co wiąże się z cywilizacją. Zgodzili na funkcjonowanie w prymitywnych warunkach. I ryzykowali życie w kontaktach z ludźmi i w walce z żywiołem.
Ostatnia część książki, to relacja z kolejnej podróży na Syberię i spływu główną rzeką Uług –O. Początkowo wydaje się, że będzie to taka sama historia. Bo co nowego czy innego może się zdarzyć? Tymczasem jest dużo bardziej niebezpiecznie. Trzeba pokonywać o wiele więcej wyższych progów, wodospadów, na których straciło życie wielu ludzi. Rzeka Jenisej okazuje się dużo bardziej nieprzewidywalna, szersza, groźniejsza.
Uczestnicy tej wyprawy ulegają różnym kontuzjom. W autorce zaś odzywa się głos rozsądku i wiele niebezpiecznych miejsc pokonuje brnąc w błocie, wzdłuż brzegu. Podczas, gdy jej towarzysze płyną katamaranami. Śmierć wiele razy zagląda im w oczy. Ta wycieczka to dobrowolna walka o przetrwanie.
Pod koniec podróży śmiałkowie trafiają na Naadam - tradycyjny, coroczny festiwal sportowy i jedno z głównych świąt państwowych w Mongolii. Piłasiewicz niezwykle starannie przybliża nam kulturę materialną i niematerialną kolejnego ludu. Opisuje każdy aspekt ich życia.
"Syberyjski Sen” czyta się z ogromną przyjemnością. Piękny język, przeplatany słowami i zwrotami z języka rosyjskiego. Niestety nie wszystkim dobrze znanego. To jedyny, niewielki minus książki. Niezwykłe są opisy dzikiej, nie skażonej cywilizacją przyrody.
Nie jest to kolejna na rynku opowieść podróżnicza, jakich całe mnóstwo na półkach księgarni. Ta książka jest naprawdę niezwykła. Opowiada o faunie i florze syberyjskiej tajgi, mieszkańcach Buriatii i Tuwy z pewną estymą. "Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna”, to Biały Kruk w gronie książek podróżniczych, z którymi się zetknęłam. Lekcja geografii, historii, biologii i etnologii jednocześnie.
Zofia Piłasiewicz, z zawodu psycholog, Matka Polka, z zamiłowania podróżnik i fotograf postanowiła zrealizować swoje największe marzenie. Wraz z mężem i kilkoma innymi osobami, mając tylko mglistą wizją rzeczywistości, która ich czeka, wyruszyła w podróż w głąb Rosji. Na Syberię, do Republiki Tuwa, z zamiarem poznawania jej z perspektywy rzek Issyk-Sug, Chamsara i Bij – Chiem (Wielki Jenisej). Swoje podróże opisała później w książce.
"Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna" tworzy kilka opowieści. Każda z nich mogłaby stanowić odrębną całość. Pierwsza opisuje niezwykle długą i trudną podróż koleją transsyberyjską. Wiele tysięcy kilometrów w towarzystwie ludzi – poznanych w pociągu towarzyszy podróży, którzy z konieczności stają się przynajmniej dobrymi znajomi.
Podróżowanie transsyberyjską koleją to zjawisko socjologiczne, zasługujące na osobną publikację. W pociągu się śpi, je, robi zakupy, relaksuje. Na stacjach i przymusowych postojach miejscowi zapewniają podróżnym zaspokajanie różnorodnych potrzeb – np. dostęp do prysznica na wolnym powietrzu. Po drodze można się delektować dziką i tajemniczą przyrodą, albo tylko ze znudzeniem wpatrywać w stepowe równiny. Kolej podąża szlakiem, którym w XIX wieku szli polscy zesłańcy. Ich losy, wyniki przeprowadzanych przez wielu z nich obserwacji, a nawet badań, przewijają się przez całą książkę. Piłasiewicz oddaje im hołd, przywracając pamięć o upokarzających i często tragicznych przeżyciach. Upowszechnia wiedzę o ich sukcesach naukowych, literackich czy muzycznych.
Kolejna opowieść to wspomnienia z pierwszej wyprawy na Syberię. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, uczestnicząc w tej podróży całym sobą, nieomal dosłownie. Jak to możliwe? Piłaszewicz opisuje pieszą wędrówkę przez tajgę, z plecakami, katamaranami, a potem spływy kolejnymi, niebezpiecznymi rzekami, z wielką ilością progów, wodospadów, kamieni. Robi to w taki sposób, że czuje się nieomal wodę na twarzy. Współodczuwamy lęk i wszystkie inne doznania. Prawie dosłownie smakujemy wędzoną samodzielnie rybę. Pijemy herbatę z rumem na ogrzanie. Słyszymy nieprzerwany, całodobowy szum rwącej rzeki. Podziwiamy potężne góry i cudowną, dziką roślinność. Dowiadujemy się jakie rośliny tam rosną, jakie gatunki ryb można złowić w tamtejszych rzekach. Zdobywamy informacje o lokalnych społecznościach Ajnów, Buriatów, Sojotów i innych. Poznajemy ich wierzenia, zwyczaje, metody leczenia za pomocą ziół, codziennie menu. Dowiadujemy się w jakich warunkach żyją, mieszkają, jaki jest ich stosunek do obcych.
Nie jest to wiedza powierzchowna. Piłasiewicz wykazuje się ogromną wiedzą z wielu dyscyplin. To kobieta bardzo odważna, ale też szalona. Wszyscy uczestnicy wycieczki zdobyli się na rzecz niezwykłą – w ramach swoich urlopów, zamiast wycieczki z opcją all inclusiv, wybrali podróż pozbawioną wygód, na daleką Syberię. Spanie najczęściej pod namiotami. Podróżowanie podejrzanymi, rozpadającymi się środkami lokomocji, z równie podejrzanymi typami. Pływanie samodzielnie zbudowanymi, katamaranami po niebezpiecznych rzekach. Narażanie się na kontakty ze żmijami, niedźwiedziami, wilkami, ale także z nieprzyjemnymi ludźmi, dla których obcy, to często śmiertelny wróg. Wreszcie – skazanie siebie na bezustanne towarzystwo tych samych, prawie lub zupełnie obcych ludzi, w tym obcokrajowców, którym trzeba się bezwarunkowo podporządkować. I dla przetrwania za wszelką cenę łagodzić konflikty i nieporozumienia. Pływanie katamaranem po rwących rzekach to przeżycie równie ekstremalne, co przebywanie z tymi samymi osobami na małej przestrzeni przez całą dobę. A wszystko dla adrenaliny, potrzeby przeżycia przygody i pewnie czegoś jeszcze.
Trudno zrozumieć motywację ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli zamienili garnitury na obcisłe ubranka z poliestru. Pozbawili się kontaktu z Internetem, wygodnym łóżkiem i tym wszystkim, co wiąże się z cywilizacją. Zgodzili na funkcjonowanie w prymitywnych warunkach. I ryzykowali życie w kontaktach z ludźmi i w walce z żywiołem.
Ostatnia część książki, to relacja z kolejnej podróży na Syberię i spływu główną rzeką Uług –O. Początkowo wydaje się, że będzie to taka sama historia. Bo co nowego czy innego może się zdarzyć? Tymczasem jest dużo bardziej niebezpiecznie. Trzeba pokonywać o wiele więcej wyższych progów, wodospadów, na których straciło życie wielu ludzi. Rzeka Jenisej okazuje się dużo bardziej nieprzewidywalna, szersza, groźniejsza.
Uczestnicy tej wyprawy ulegają różnym kontuzjom. W autorce zaś odzywa się głos rozsądku i wiele niebezpiecznych miejsc pokonuje brnąc w błocie, wzdłuż brzegu. Podczas, gdy jej towarzysze płyną katamaranami. Śmierć wiele razy zagląda im w oczy. Ta wycieczka to dobrowolna walka o przetrwanie.
Pod koniec podróży śmiałkowie trafiają na Naadam - tradycyjny, coroczny festiwal sportowy i jedno z głównych świąt państwowych w Mongolii. Piłasiewicz niezwykle starannie przybliża nam kulturę materialną i niematerialną kolejnego ludu. Opisuje każdy aspekt ich życia.
"Syberyjski Sen” czyta się z ogromną przyjemnością. Piękny język, przeplatany słowami i zwrotami z języka rosyjskiego. Niestety nie wszystkim dobrze znanego. To jedyny, niewielki minus książki. Niezwykłe są opisy dzikiej, nie skażonej cywilizacją przyrody.
Nie jest to kolejna na rynku opowieść podróżnicza, jakich całe mnóstwo na półkach księgarni. Ta książka jest naprawdę niezwykła. Opowiada o faunie i florze syberyjskiej tajgi, mieszkańcach Buriatii i Tuwy z pewną estymą. "Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna”, to Biały Kruk w gronie książek podróżniczych, z którymi się zetknęłam. Lekcja geografii, historii, biologii i etnologii jednocześnie.
kulturaonline.pl Dorota Urbańska, 2014-05-26
Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny
Autor książki „Zjadłem Marco Polo” zabiera nas w podróż do czterech krajów Azji Centralnej – Kirgistanu, Tadżykistanu, Afganistanu oraz Chin. Podróż przez bezdroża i pustkowia będzie niezwykła, ponieważ są to dzikie tereny, nieznane większości podróżników, którzy przemierzają wyznaczone i opisane w przewodnikach trasy.
We wstępnie Krzysztof Samborski, podaje definicję oraz pokazuje różnice między podróżnikiem a turystą. Bardzo mi się spodobała, dlatego z chęcią przytoczę fragment książki: „(…) w naszej rzeczywistości nie ma miejsca dla podróżników, zostało tylko miejsce dla turystów. Podróżnika przyjmuje się pod swój dach z wielu powodów: z ciekawości, z gościnności, z życzliwości; turystę tylko z jednego: ze względu na jego pieniądze. Turysta zwiedza świat z przewodnikiem w ręce i w przewodniku szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: jak tam dotrzeć? Co zobaczyć? Podróż jest trudniejsza i bardziej nieprzewidywalna niż zwiedzanie. Jest chodzeniem po ścieżkach w poszukiwaniu własnej drogi. Nie czuję się podróżnikiem, ale nie jestem też turystą. Jestem typem szwendacza-obserwatora, którego zachwyca świat Azji Środkowej”.
Azja Centralna jest celem i miłością Krzysztofa od ponad 20 lat. Dziennikarz i podróżnik postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie i od paru lat organizuje wyjazdy motocyklowe do Afganistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu oraz Chin. Jednak uczestnicy wypraw nie wybierają utartych szlaków, ale często podróżują poza nimi, aby poznać i zobaczyć prawdziwe oblicze azjatyckiego stepu.
Razem z autorem przemierzamy cztery państwa, odwiedzamy miejscowych gospodarzy i mieszkańców jurt, którzy częstują nas kumysem i ajranem, poznajemy życie bez dostępu do elektryczności, z dala od zgiełku dużych miast. Tu czas płynie wolniej, można się zatrzymać i rozpocząć wędrówkę dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest najważniejsze i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie.
Mnie ta podróż zachwyciła i urzekła. Jako samotny podróżnik nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, ale w większym gronie chętnie odwiedziłabym Kirgistan lub Tadżykistan. Powodem jest przede wszystkim brak cywilizacji poza głównymi ośrodkami miejskimi oraz natura i wszechobecne góry. Czytelnik książki „Zjadłem Marco Polo” ma możliwość obejrzenia niesamowitych zdjęć, które zapierają dech w piersiach. Pustkowia, góry, mapy, ale także mieszkańcy najczęściej przewijają się na dołączonych fotografiach.
Czy warto przeczytać książkę? Zdecydowanie tak! Nie tylko dlatego, że to kolejna ciekawa książka podróżnicza (mimo, że tak jest :)), to przede wszystkim dlatego, że autor ma inny, niż spotykamy przeze mnie dotychczas, punkt widzenia. Historie, które przedstawia są tak odległe, że czasami wręcz trudne do uwierzenia. A może dlatego tak jest, ponieważ trudno mi uwierzyć w fakt, że świat taki, jak w tej książce jeszcze gdzieś istnieje?
We wstępnie Krzysztof Samborski, podaje definicję oraz pokazuje różnice między podróżnikiem a turystą. Bardzo mi się spodobała, dlatego z chęcią przytoczę fragment książki: „(…) w naszej rzeczywistości nie ma miejsca dla podróżników, zostało tylko miejsce dla turystów. Podróżnika przyjmuje się pod swój dach z wielu powodów: z ciekawości, z gościnności, z życzliwości; turystę tylko z jednego: ze względu na jego pieniądze. Turysta zwiedza świat z przewodnikiem w ręce i w przewodniku szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: jak tam dotrzeć? Co zobaczyć? Podróż jest trudniejsza i bardziej nieprzewidywalna niż zwiedzanie. Jest chodzeniem po ścieżkach w poszukiwaniu własnej drogi. Nie czuję się podróżnikiem, ale nie jestem też turystą. Jestem typem szwendacza-obserwatora, którego zachwyca świat Azji Środkowej”.
Azja Centralna jest celem i miłością Krzysztofa od ponad 20 lat. Dziennikarz i podróżnik postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie i od paru lat organizuje wyjazdy motocyklowe do Afganistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu oraz Chin. Jednak uczestnicy wypraw nie wybierają utartych szlaków, ale często podróżują poza nimi, aby poznać i zobaczyć prawdziwe oblicze azjatyckiego stepu.
Razem z autorem przemierzamy cztery państwa, odwiedzamy miejscowych gospodarzy i mieszkańców jurt, którzy częstują nas kumysem i ajranem, poznajemy życie bez dostępu do elektryczności, z dala od zgiełku dużych miast. Tu czas płynie wolniej, można się zatrzymać i rozpocząć wędrówkę dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest najważniejsze i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie.
Mnie ta podróż zachwyciła i urzekła. Jako samotny podróżnik nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, ale w większym gronie chętnie odwiedziłabym Kirgistan lub Tadżykistan. Powodem jest przede wszystkim brak cywilizacji poza głównymi ośrodkami miejskimi oraz natura i wszechobecne góry. Czytelnik książki „Zjadłem Marco Polo” ma możliwość obejrzenia niesamowitych zdjęć, które zapierają dech w piersiach. Pustkowia, góry, mapy, ale także mieszkańcy najczęściej przewijają się na dołączonych fotografiach.
Czy warto przeczytać książkę? Zdecydowanie tak! Nie tylko dlatego, że to kolejna ciekawa książka podróżnicza (mimo, że tak jest :)), to przede wszystkim dlatego, że autor ma inny, niż spotykamy przeze mnie dotychczas, punkt widzenia. Historie, które przedstawia są tak odległe, że czasami wręcz trudne do uwierzenia. A może dlatego tak jest, ponieważ trudno mi uwierzyć w fakt, że świat taki, jak w tej książce jeszcze gdzieś istnieje?
podrozniczo.pl Marta, 2014-03-12
Tatry z dzieckiem. Wydanie 2
Wbrew obiegowym opiniom z dzieckiem można zdobywać szczyty. Nieważne, czy są to szczyty cierpliwości, wyobraźni czy inne życiowe wierzchołki. Posiadanie dziecka nie oznacza wyrzeczeń i pozbawienia się marzeń, zwłaszcza o podróżach. Udowodnili to już ubiegłoroczni laureaci Nagrody Magellana przyznawanej przez „Magazyn Literacki KSIĄŻKI" - Anna i Krzysztof Kobusowie - podróżujący po świecie ze swoimi dwoma małoletnimi synami,
Anna i Marcin Szymczakowie, autorzy kilku przewodników, w tym po Boliwii, Tybecie i Sudetach, są wytrawnymi podróżnikami, z zamiłowania fotografami. Od przeszło trzech lat wędrują we trójkę - z córeczką Igą. Ich najnowsza publikacja dotyczy wycieczek po Tatrach, polskich i słowackich. Zebrali w niej doświadczenia z własnych wypraw. Znalazło się tu 39 opisów tras, zarówno łatwych, niewymagających tras spacerowych, dłuższych tatrzańskich wypadów, wreszcie szlaków po wyższych partiach gór. Każda jest szczegółowo opisana, aby ułatwić rodzicom wybór (np. czas przejścia, trudności, dojazd, powrót) oraz uzupełniona o ciekawostki i ramki zatytułowane „Wspomnienia mamy" zawierające historyjki, które wydarzyły się na szlaku. Dodatkowym walorem są nieocenione rady, których nie znajdziemy w tradycyjnym bedekerze - gdzie zostawić wózek, gdzie ewakuować się w razie pogorszenia warunków pogodowych, gdzie można nakarmić dziecko. Przewodnik uzupełniają fotografie, wesołe rysunki oraz bardzo przydatne mapy z profilami wysokościowymi. Książka jest praktyczna w treści, wygodna w użyciu, ze spiralnym grzbietem.
Zamiast więc zaprzątać sobie myśli tym, że wyjazd z dzieckiem może być wielką niewiadomą, lepiej skupić się na rodzinnej przygodzie.
Anna i Marcin Szymczakowie, autorzy kilku przewodników, w tym po Boliwii, Tybecie i Sudetach, są wytrawnymi podróżnikami, z zamiłowania fotografami. Od przeszło trzech lat wędrują we trójkę - z córeczką Igą. Ich najnowsza publikacja dotyczy wycieczek po Tatrach, polskich i słowackich. Zebrali w niej doświadczenia z własnych wypraw. Znalazło się tu 39 opisów tras, zarówno łatwych, niewymagających tras spacerowych, dłuższych tatrzańskich wypadów, wreszcie szlaków po wyższych partiach gór. Każda jest szczegółowo opisana, aby ułatwić rodzicom wybór (np. czas przejścia, trudności, dojazd, powrót) oraz uzupełniona o ciekawostki i ramki zatytułowane „Wspomnienia mamy" zawierające historyjki, które wydarzyły się na szlaku. Dodatkowym walorem są nieocenione rady, których nie znajdziemy w tradycyjnym bedekerze - gdzie zostawić wózek, gdzie ewakuować się w razie pogorszenia warunków pogodowych, gdzie można nakarmić dziecko. Przewodnik uzupełniają fotografie, wesołe rysunki oraz bardzo przydatne mapy z profilami wysokościowymi. Książka jest praktyczna w treści, wygodna w użyciu, ze spiralnym grzbietem.
Zamiast więc zaprzątać sobie myśli tym, że wyjazd z dzieckiem może być wielką niewiadomą, lepiej skupić się na rodzinnej przygodzie.
Magazyn Literacki Książki Ł., 2014-05-01
Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina
Powiadają, że nie byłoby Mołdawii bez spotkania potężnego Żubra ze Słońcem Maramuszu. Obdarzony tym przydomkiem mężny i piękny witeź z Rumunii – Drogosz, natknął się na zwierzę w trakcie polowania. Pościg doprowadził go za łańcuch Karpat, na ziemie, których piękno odebrało łowczym dech w piersiach. Dopiero tu wyjątkowe, zesłane przez los zwierzę zatrzymało się i rozsiadło wśród kwiecistych łąk, na znak, że oto koniec wspólnej podróży. Rozradowany Drogosz z myśliwymi w mgnieniu oka dobyli toporów, zarżnęli go i zjedli.
W innym micie założycielskim rolę narodowego dobrodzieja odegrał sam bóg. Kiedy zabrakło ziemi dla Mołdawianina zabrał go do siebie, do Raju. Nie wiemy jak tym razem odwdzięczyli się obdarowani, jedno jest pewne - z rajskiej Mołdawii wyemigrował już co czwarty mieszkaniec.
W przeciwnym kierunku zmierzają tylko jednostki szukające przygody spoza kolorowych katalogów biur podroży. Należy do nich z pewnością także autorka książki Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina- Judyta Sierakowska. Ta absolwentka socjologii i dziennikarski wolny strzelec, spędziła w Mołdawii trzy ostatnie miesiące roku 2009.
Niejeden z Was spyta - po kiego grzyba jeździć na mołdawskie peryferie? Czyż nie jest to kraj, którego mieszkańcy według światowych statystyk są najnieszczęśliwsi? Co więcej sami Mołdawianie powtarzają jak mantrę zdanie - Tu nic nie ma. Z pewnością jest to kraj absurdów. Wielkością nie przewyższa województwa mazowieckiego, a posiada dwa regiony autonomiczne, w tym spieszące do niepodległości Naddniestrze. Mieszkańcy, jako że zarabiają średnio 100 euro miesięcznie, szukają okazji, by czmychnąć za granicę i już nie wrócić. Z nielicznych gazet uderzają optymistyczne tytuły - Mołdawianom żyje się lepiej niż Tadżykom, a gorzej niż Białorusinom. Cały hymn państwowy opiewa wyjątkowość języka mołdawskiego, przy czym badacze delikatnie mówiąc, powątpiewają w jego istnienie uznając go za co najwyżej dialekt języka rumuńskiego.
Najwyższy Sąd Konstytucyjny po latach sporów ugodowo orzekł, że językiem urzędowym jest rumuński, ale używany na terenach Mołdowy może być nazywany mołdawskim. Zagorzali patrioci nie odpuszczają, twierdząc, że ich język jest znacznie starszy. Problemu nie miał prezydent - hymnu nie śpiewał, bo nie znał oficjalnego języka - był z pochodzenia Rosjaninem. Odchodząc z urzędu zagrabił państwowe mienie; kury, indyki i krowę. Oto Mołdawia, kraj z taksówkami bez przednich szyb, gdzie na cokołach można do dziś obejrzeć zabytkowy traktor, a w razie potrzeby nabyć bez problemu sprawną nerkę.
Aleksander Puszkin spędził w Kiszyniowie, nazywanym dziś nieprzypadkowo Miastem Migreny, trzy lata ze swego krótkiego żywota. Stolica chełpi się nim na każdym kroku nie bacząc na to, że zesłano go tu za karę.
Oddajmy głos poecie:
"Przeklęte miasto Kiszyniów
Język umęczony od łajania Ciebie
Kiedyś w grzesznej krwi
Twoje domy zabrudzone
Grom z nieba, z pewnością walnie
I - Nie znajdą twoich śladów."
Dla Judyty Sierakowskiej stolica kraju była jedynie przystankiem w drodze do prawdziwego kulturowego tygla, do Gagauzji. To tu na powierzchni wielkości dwóch polskich powiatów zgromadziło się 160 tysięcy mieszkańców, w tym 156 narodów. Sami Gagauzi to prawosławni sturczeni Bułgarzy, zbułgaryzowani Turcy, a może jednak potomkowie Greków. Wywodzący się z tureckiego język gagauski znany jest dziś nielicznym. W mediach dominuje mowa Dostojewskiego, choć sympatia do jego rodaków nie znajduje pokrycia w historii. Tuż po wojnie na skutek zarządzonej na Kremlu kolektywizacji z głodu padła połowa gagauskiego narodu.
Wraz z autorką przemierzamy marszrutkami (typowymi dla wschodnich krajów mikrobusikami) Gagauzję wszerz i wzdłuż. Na uwagę zasługuje wizyta w największej mołdawskiej winnicy oraz w Congazie - najludniejszej według Księgi Guinnessa wiosce świata ( 13,5 tys). Na szczęście książka nie składa się jedynie z kolejno po sobie następujących obrazków z mołdawskiej prowincji, opisach wyszukanych z trudem atrakcji turystycznych. Czytelników, których interesuje szeroki katalog zabytków i miejsc wartych odwiedzenia, mogę odesłać do wydanego nakładem tego samego wydawnictwa przewodnika Rumunia i Mołdowa. Mozaika w żywych kolorach. ( Bezdroża 2011). Justyna Sierakowska porzuciła na pare miesięcy Warszawę, by pożyć w kulturowym kotle, gdzie ciężko znaleźć jasne odpowiedzi na pytania o tożsamość mieszkańców regionu. Dlatego autorka zwraca szczególną uwagę na ludzi, co rusz zawiązuje nowe znajomości, a przede wszystkim nie traktuje swych rozmówców z góry. Może się wydawać to niezrozumiałe, ale turysta z Polski to przybysz z „lepszego świata”, o którym marzą borykający się ze słabą sytuacją gospodarczą Mołdawianie.
Po lekturze książki niejednemu czytelnikowi ślinka stanie w gardle na myśl o narodowym trunku, jakże taniutkim dla turystów. Całkiem trafny okaże się też tytuł, zaczerpnięty z piosenki narodowej super kapeli Zdob si Zdub. Porzekadło głosi, że Mołdawianin bez wina to nie Mołdawianin. W kraju o kształcie kiści winogron plecaki napełnić można butelkami zarówno w małych, przydomowych piwniczkach, jak i wielkich winnicach składujących nawet dwa miliony butelek na przestrzeni250 km podziemnych piwnic
A zatem raz jeszcze. Po kiego grzyba tam jeździć? Podróż na przekór turystycznym trendom- z pewnością tak, gościnni mieszkańcy- spotkacie ich na każdym kroku, narody o bogatej kulturze- bez liku. A nade wszystko kraina winem płynąca.
Książkę Mołdawianie nie lietajut w kosmos biez wina można zaś śmiało polecić jako zachętę do podróży na Wschód.
W innym micie założycielskim rolę narodowego dobrodzieja odegrał sam bóg. Kiedy zabrakło ziemi dla Mołdawianina zabrał go do siebie, do Raju. Nie wiemy jak tym razem odwdzięczyli się obdarowani, jedno jest pewne - z rajskiej Mołdawii wyemigrował już co czwarty mieszkaniec.
W przeciwnym kierunku zmierzają tylko jednostki szukające przygody spoza kolorowych katalogów biur podroży. Należy do nich z pewnością także autorka książki Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina- Judyta Sierakowska. Ta absolwentka socjologii i dziennikarski wolny strzelec, spędziła w Mołdawii trzy ostatnie miesiące roku 2009.
Niejeden z Was spyta - po kiego grzyba jeździć na mołdawskie peryferie? Czyż nie jest to kraj, którego mieszkańcy według światowych statystyk są najnieszczęśliwsi? Co więcej sami Mołdawianie powtarzają jak mantrę zdanie - Tu nic nie ma. Z pewnością jest to kraj absurdów. Wielkością nie przewyższa województwa mazowieckiego, a posiada dwa regiony autonomiczne, w tym spieszące do niepodległości Naddniestrze. Mieszkańcy, jako że zarabiają średnio 100 euro miesięcznie, szukają okazji, by czmychnąć za granicę i już nie wrócić. Z nielicznych gazet uderzają optymistyczne tytuły - Mołdawianom żyje się lepiej niż Tadżykom, a gorzej niż Białorusinom. Cały hymn państwowy opiewa wyjątkowość języka mołdawskiego, przy czym badacze delikatnie mówiąc, powątpiewają w jego istnienie uznając go za co najwyżej dialekt języka rumuńskiego.
Najwyższy Sąd Konstytucyjny po latach sporów ugodowo orzekł, że językiem urzędowym jest rumuński, ale używany na terenach Mołdowy może być nazywany mołdawskim. Zagorzali patrioci nie odpuszczają, twierdząc, że ich język jest znacznie starszy. Problemu nie miał prezydent - hymnu nie śpiewał, bo nie znał oficjalnego języka - był z pochodzenia Rosjaninem. Odchodząc z urzędu zagrabił państwowe mienie; kury, indyki i krowę. Oto Mołdawia, kraj z taksówkami bez przednich szyb, gdzie na cokołach można do dziś obejrzeć zabytkowy traktor, a w razie potrzeby nabyć bez problemu sprawną nerkę.
Aleksander Puszkin spędził w Kiszyniowie, nazywanym dziś nieprzypadkowo Miastem Migreny, trzy lata ze swego krótkiego żywota. Stolica chełpi się nim na każdym kroku nie bacząc na to, że zesłano go tu za karę.
Oddajmy głos poecie:
"Przeklęte miasto Kiszyniów
Język umęczony od łajania Ciebie
Kiedyś w grzesznej krwi
Twoje domy zabrudzone
Grom z nieba, z pewnością walnie
I - Nie znajdą twoich śladów."
Dla Judyty Sierakowskiej stolica kraju była jedynie przystankiem w drodze do prawdziwego kulturowego tygla, do Gagauzji. To tu na powierzchni wielkości dwóch polskich powiatów zgromadziło się 160 tysięcy mieszkańców, w tym 156 narodów. Sami Gagauzi to prawosławni sturczeni Bułgarzy, zbułgaryzowani Turcy, a może jednak potomkowie Greków. Wywodzący się z tureckiego język gagauski znany jest dziś nielicznym. W mediach dominuje mowa Dostojewskiego, choć sympatia do jego rodaków nie znajduje pokrycia w historii. Tuż po wojnie na skutek zarządzonej na Kremlu kolektywizacji z głodu padła połowa gagauskiego narodu.
Wraz z autorką przemierzamy marszrutkami (typowymi dla wschodnich krajów mikrobusikami) Gagauzję wszerz i wzdłuż. Na uwagę zasługuje wizyta w największej mołdawskiej winnicy oraz w Congazie - najludniejszej według Księgi Guinnessa wiosce świata ( 13,5 tys). Na szczęście książka nie składa się jedynie z kolejno po sobie następujących obrazków z mołdawskiej prowincji, opisach wyszukanych z trudem atrakcji turystycznych. Czytelników, których interesuje szeroki katalog zabytków i miejsc wartych odwiedzenia, mogę odesłać do wydanego nakładem tego samego wydawnictwa przewodnika Rumunia i Mołdowa. Mozaika w żywych kolorach. ( Bezdroża 2011). Justyna Sierakowska porzuciła na pare miesięcy Warszawę, by pożyć w kulturowym kotle, gdzie ciężko znaleźć jasne odpowiedzi na pytania o tożsamość mieszkańców regionu. Dlatego autorka zwraca szczególną uwagę na ludzi, co rusz zawiązuje nowe znajomości, a przede wszystkim nie traktuje swych rozmówców z góry. Może się wydawać to niezrozumiałe, ale turysta z Polski to przybysz z „lepszego świata”, o którym marzą borykający się ze słabą sytuacją gospodarczą Mołdawianie.
Po lekturze książki niejednemu czytelnikowi ślinka stanie w gardle na myśl o narodowym trunku, jakże taniutkim dla turystów. Całkiem trafny okaże się też tytuł, zaczerpnięty z piosenki narodowej super kapeli Zdob si Zdub. Porzekadło głosi, że Mołdawianin bez wina to nie Mołdawianin. W kraju o kształcie kiści winogron plecaki napełnić można butelkami zarówno w małych, przydomowych piwniczkach, jak i wielkich winnicach składujących nawet dwa miliony butelek na przestrzeni250 km podziemnych piwnic
A zatem raz jeszcze. Po kiego grzyba tam jeździć? Podróż na przekór turystycznym trendom- z pewnością tak, gościnni mieszkańcy- spotkacie ich na każdym kroku, narody o bogatej kulturze- bez liku. A nade wszystko kraina winem płynąca.
Książkę Mołdawianie nie lietajut w kosmos biez wina można zaś śmiało polecić jako zachętę do podróży na Wschód.
Opętani Czytaniem Maciej Kuhnert, 2014-05-10
Tatry z dzieckiem
Wbrew obiegowym opiniom z dzieckiem można zdobywać szczyty. Nieważne, czy są to szczyty cierpliwości, wyobraźni czy inne życiowe wierzchołki. Posiadanie dziecka nie oznacza wyrzeczeń i pozbawienia się marzeń, zwłaszcza o podróżach. Udowodnili to już ubiegłoroczni laureaci Nagrody Magellana przyznawanej przez „Magazyn Literacki KSIĄŻKI" - Anna i Krzysztof Kobusowie - podróżujący po świecie ze swoimi dwoma małoletnimi synami,
Anna i Marcin Szymczakowie, autorzy kilku przewodników, w tym po Boliwii, Tybecie i Sudetach, są wytrawnymi podróżnikami, z zamiłowania fotografami. Od przeszło trzech lat wędrują we trójkę - z córeczką Igą. Ich najnowsza publikacja dotyczy wycieczek po Tatrach, polskich i słowackich. Zebrali w niej doświadczenia z własnych wypraw. Znalazło się tu 39 opisów tras, zarówno łatwych, niewymagających tras spacerowych, dłuższych tatrzańskich wypadów, wreszcie szlaków po wyższych partiach gór. Każda jest szczegółowo opisana, aby ułatwić rodzicom wybór (np. czas przejścia, trudności, dojazd, powrót) oraz uzupełniona o ciekawostki i ramki zatytułowane „Wspomnienia mamy" zawierające historyjki, które wydarzyły się na szlaku. Dodatkowym walorem są nieocenione rady, których nie znajdziemy w tradycyjnym bedekerze - gdzie zostawić wózek, gdzie ewakuować się w razie pogorszenia warunków pogodowych, gdzie można nakarmić dziecko. Przewodnik uzupełniają fotografie, wesołe rysunki oraz bardzo przydatne mapy z profilami wysokościowymi. Książka jest praktyczna w treści, wygodna w użyciu, ze spiralnym grzbietem.
Zamiast więc zaprzątać sobie myśli tym, że wyjazd z dzieckiem może być wielką niewiadomą, lepiej skupić się na rodzinnej przygodzie.
Anna i Marcin Szymczakowie, autorzy kilku przewodników, w tym po Boliwii, Tybecie i Sudetach, są wytrawnymi podróżnikami, z zamiłowania fotografami. Od przeszło trzech lat wędrują we trójkę - z córeczką Igą. Ich najnowsza publikacja dotyczy wycieczek po Tatrach, polskich i słowackich. Zebrali w niej doświadczenia z własnych wypraw. Znalazło się tu 39 opisów tras, zarówno łatwych, niewymagających tras spacerowych, dłuższych tatrzańskich wypadów, wreszcie szlaków po wyższych partiach gór. Każda jest szczegółowo opisana, aby ułatwić rodzicom wybór (np. czas przejścia, trudności, dojazd, powrót) oraz uzupełniona o ciekawostki i ramki zatytułowane „Wspomnienia mamy" zawierające historyjki, które wydarzyły się na szlaku. Dodatkowym walorem są nieocenione rady, których nie znajdziemy w tradycyjnym bedekerze - gdzie zostawić wózek, gdzie ewakuować się w razie pogorszenia warunków pogodowych, gdzie można nakarmić dziecko. Przewodnik uzupełniają fotografie, wesołe rysunki oraz bardzo przydatne mapy z profilami wysokościowymi. Książka jest praktyczna w treści, wygodna w użyciu, ze spiralnym grzbietem.
Zamiast więc zaprzątać sobie myśli tym, że wyjazd z dzieckiem może być wielką niewiadomą, lepiej skupić się na rodzinnej przygodzie.
Magazyn Literacki Książki Ł., 2014-05-01