Recenzje
Eden. Nowy początek
Miałam bardzo mieszane uczucia przed lekturą. Naczytałam się pozytywnych i negatywnych opinii i zdejmował mnie strach na myśl o rozpoczęciu "Eden...". Kręciłam się dookoła do wczoraj, gdy w końcu zaczęłam czytać. Skończyłam w kilka godzin, ale z jakimi odczuciami?
Nowy początek
Czy to ja, czy...
Inny kierunek
Zdecydowanie tym właśnie jest ta książka. Nowym początkiem dla bohaterów. Stopniową asymilacją do nieprzyjaznego, a co ważniejsze, nieznanego środowiska. Eden i Calder przeżyli masowe morderstwo, którego dopuścił się Hector. Jak na złość swoim przeciwnikom i zgodnie ze standardami, które wyznaczają romanse. Zaczęli nowe życie - potykając się, chwiejąc nad przepaścią, poszukując zapomnienia, ponieważ przeżyli... ale oddzielnie. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że żyją.
Sądzę, że tutaj zawiodłam się najbardziej. Wyobrażałam sobie, że "Eden. Nowy początek" faktycznie będzie nowym początkiem. Czasem, który pozwoli bohaterom zmierzyć się ze słabościami i wypracować własną, niczym nieskalaną rzeczywistość. Tymczasem... autorka odebrała mi to wszystko. Więcej, nawet nie dała mi szansy, bym odszukała Eden i Caldera. Odmówiła mi ich ponownego poznania. Ludzie, którzy powinni mi być bliscy, i tacy stali się po pierwszej części, nagle przeistoczyli się w całkowicie nieznane mi jednostki.
Otrzymali nowe rysy, siłę, a co najważniejsze - stali się dorośli. Okres trzech lat został zamknięty gdzieś głęboko w głowie autorki i pozostał tylko do jej osobistego wglądu.
Rzadko kiedy zgadzam się z szerzonymi opiniami, dlatego wszystkie słowa czytane w recenzjach, cedzę przez własne sito. Jednak trudno mi było zignorować fakt, że ziściły się moje największe obawy.
Naprawdę - jestem w stanie pogodzić się z faktem, że nie znam już bohaterów. to musiało kiedyś nastąpić. Nie mogę zamknąć motyli w słoiku. One muszę latać. W żadnym wypadku nie miałam zamiaru być jedną z tych czytelniczek, które kurczowo trzymają się kreacji bohaterów. Mogą się rozwijać, choć kiedy robią to oddzielnie, jakby w niezapisanym tomie, czuję się paskudnie.
Sytuację, a raczej moje nadwątlone siły, ratuje wtedy fabuła. "Calder. Narodziny odwagi" nie miała niezwykle dynamicznej akcji, ale wszystkie możliwe braki uzupełniała fascynującymi opisami. Pełnokrwiste emocje, młoda miłość, sekta, powój - to wszystko tworzyło spójną i piękną całość.
"Eden. Nowy początek" została tych wszystkich zalet pozbawiona...
"Eden. Nowy początek" została tych wszystkich zalet pozbawiona...
Autorka nie potrafi odnaleźć się w świecie. Opisów jest jak na lekarstwo, a fabuła może nie jest ślamazarna, ale brakuje jej jakiegoś dopieszczenia. Uwagi, jaką poświęca matka swojemu dziecku. Wszystko mogło rozkwitnąć pełnią barw - tyle możliwości mnożyło się ze strony na stronę. Każda bogatsza od poprzedniej. Nowe miejsce, mieszkania, ulice miasta - zabrakło tu plastyczności i skupienia.
Sheridan skupiła się raczej na istocie bohaterów. Z namaszczeniem kreśliła ich charaktery, na nowo budowała relacje, tworzyła kulminacyjną scenę. Pozwoliła, by zranione dusze odnalazły spokój. Razem z nimi przemierzała meandry tajemnic, w poszukiwaniu prawdy.
Wielka szkoda, że na tę wycieczkę nie zabrała czytelnika. To co musiało w jej głowie brzmieć refleksyjnie, uroczo, seksownie, namiętnie, z uczuciem - dla mnie miało wydźwięk co najmniej kiczowaty. Boli, gdy to piszę - uwierzcie mi.
Emocje, jakie próbowała zapisać autorka, być może i były piękne i dopasowane do sytuacji, ale przekazano je w sposób nieumiejętny. Niemal czułam papier szeleszczący za każdym razem, gdy czytałam o uczuciach bohaterów. Książka nie porwała mnie do krainy, w której rozkwitają powoje. Nie, osadziła mnie w tu i teraz. Z przytupem.
Jedynym ciekawym elementem były dla mnie poszukiwania. Niemal desperacka potrzeba Sheridan, by rozwiązać wszystkie splątane węzły. Szarpała się z linami, aż wyszarpała rozwiązania wszelkich porzuconych spraw.
"Eden. Nowy początek" to książka, której, jak możecie przeczytać, wiele mam do zarzucenia. Wydaje mi się, że autorka pisała ją w pośpiechu, jakby na kolanie, co rusz rozglądając się dookoła i szukający nieudanych inspiracji. Wielkie rozczarowanie? Niekoniecznie, ponieważ jestem zadowolona, że definitywnie domknęłam drzwi tej historii miłosnej, choć szczerze żałuję, że zrobiłam to w ten a nie inny sposób.
krychawachaksiazki.blogspot.com Kryśka
Pieśń Dawida
Są takie książki, które wywierają duży wpływ na nasz życie, pozostając w pamięci przez długi okres czasu. Nawet po skończonej lekturze wciąż o nich myślimy i nie możemy wyrzucić z głowy bohaterów i wątków. Myślę, że Pieśń Dawida jest właśnie taką książką.
Od kiedy Dawid, zwany Tagiem, poznał Mojżesza, zmienił swoje życie. Poznał siłę przyjaźni i miał świadomość, że jego przyjaciel będzie przy nim nawet w najgorszych chwilach. Tag spotkał również niewidomą Millie, którą szybko pokochał z wzajemnością. Miłość ta dawała im obojgu poczucie troski i akceptacji. Wszystko zaczęło się układać i zmierzać w odpowiednią stronę.
I nagle Tag zniknął. Sprzedał samochód oraz mieszkanie i wyjechał bez słowa pożegnania. Nikt z jego otoczenia nie miał pojęcia, gdzie mógł się udać. Pozostawił po sobie jedynie taśmy z nagraniami. Tylko one być może mogą być wskazówką do tego, co stało się z chłopakiem. Millie i Mojżesz próbują rozwiązać tę zagadkę i dowiedzieć się, co stało się z Dawidem. Zagłębiając się we wspomnienia Taga, krok po kroku przybliżają się do odkrycia prawdy.
Fascynująca. Niesamowita. Wspaniała. Takimi słowami mogę opisać tę powieść. Wywarła ona na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak jej poprzedniczka, czyli Prawo Mojżesza. A może nawet większe? No tak, w końcu to Amy Harmon. Po dwóch jej dziełach jestem w stanie stwierdzić, że uwielbiam tę autorkę. Mam chrapkę na jej pozostałe publikacje.
Bohaterowie wykreowani przez autorkę są naprawdę realistyczni i tacy, którzy wiele w życiu przeszli, jednak mimo tego nie załamali się. Właściwie to nie było takiej postaci, której bym nie polubiła - większość z nich cały czas darzę wielką sympatią. Pojawiają się oczywiście Mojżesz i Georgia, których losy mogliśmy poznać w poprzednim tomie. Oni także odgrywają w tej opowieści niemałą rolę.
Tag zwrócił moją uwagę już w Prawie Mojżesza, dlatego niezmiernie cieszę się, że to on jest tutaj głównym protagonistą i narratorem. To bardzo ciekawy człowiek z burzliwą przeszłością. Moje serce jednak najbardziej skradła Millie. Jestem pełna podziwu dla tej dziewczyny. Nawet nie wyobrażam sobie, jak trudno jest być niewidomą. Ona się w tym odnalazła i doskonale radzi sobie w codziennych czynnościach, a jakby tego było mało, opiekuje się jeszcze swoim młodszym bratem. Doceniam ją także za charakter.
Historia Taga i Millie to dowód na to, że miłość może pokonać wszystkie przeszkody, nawet te najgorsze. Chociaż wątek miłosny wysuwa się na pierwszy plan, to ta książka nie opowiada tylko o tym. Znajdziemy w niej niezwykłe refleksje na temat życia, przyjaźni czy też nadziei. Bo nadzieja jest bardzo ważna - jakkolwiek źle by się nie działo, warto mieć choć najmniejszy jej promyk, gdyż nigdy przecież nie wiadomo, jak ostatecznie potoczą się sprawy.
Styl pani Harmon jest wyrafinowany i barwny. Autorka ciągle trzyma nas w niepewności, a my podejmujemy próby domyślenia się, gdzie wyjechał Tag. Bardzo dobrze radzi sobie z męską narracją i czaruje opisami.
Czytanie tej książki to jak podróż do innego miejsca, miejsca w którym doświadczamy świeżości, emocji i soczystego smaku zakochania. Każda strona Pieśni Dawida dostarczała mi coraz to nowych przeżyć i z każdą coraz bardziej doceniałam urok opowieści. Po epilogu byłam zdruzgotana na myśl o tym, że to już koniec, a o losach Taga i Millie wciąż mogę myśleć w nieskończoność.
Pieśń Dawida polecam wszystkim, którzy pragną przeczytać coś, co zniszczy ich emocjonalnie i nie pozwoli o sobie zapomnieć. A dla tych, którzy sięgnęli po Prawo Mojżesza i zostali pozytywnie zaskoczeni, ta pozycja powinna być obowiązkowa. Zachęcam, ponieważ naprawdę warto zaznajomić się z tą niezwykłą historią.
magicznerecenzje.blogspot.com Ola Z; 2016-10-02
Slow Burn. Kropla drąży skałę. Seria Driven
Czytając systematycznie cofam się w twórczości Bromberg. Zaczęłam od najnowszej pozycji, a w ostatnich dniach pochłonęłam "Slow burn. Kropla drąży skałę".
Cofam się
Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy to nie tyle regres umiejętności pisarskich, ale większe narwanie.
I znowu naprzód
Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy to nie tyle regres umiejętności pisarskich, ale większe narwanie.
Autorka już od pierwszych stron narzuca tempo, które stopniowo przestaje kontrolować.
Traci jakiekolwiek złudzenie władzy.
Wypadki następują po sobie zbyt szybko. W "Hard Beat. Taniec nad otchłanią" doceniłam właśnie ten powolny rozwój, napiętnowane wyczekiwaniem odkrywanie kolejnych kart. Tutaj tego zabrakło. Szczególnie, że temat poruszany przez Bromberg nie jest błahy. Tym razem to nie jest historia muzyka, a kobiety, która mierzy się ze świadomością, że może być chora na raka.
Wypadki następują po sobie zbyt szybko. W "Hard Beat. Taniec nad otchłanią" doceniłam właśnie ten powolny rozwój, napiętnowane wyczekiwaniem odkrywanie kolejnych kart. Tutaj tego zabrakło. Szczególnie, że temat poruszany przez Bromberg nie jest błahy. Tym razem to nie jest historia muzyka, a kobiety, która mierzy się ze świadomością, że może być chora na raka.
Haddie Montgomery to przyjaciółka Raylee. Dziewczyna ma własną firmę, lubi niegrzecznych chłopców i... wzbudza niesamowicie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony jest postacią, która trochę nam imponuję - swoją niezłomnością, życiową postawą i bagażem doświadczeń. Jednak prócz tych niewątpliwie pozytywnych cech odznacza się również dziwną ułomnością emocjonalną. Bromberg chciała stworzyć bohaterkę, która walczyłaby z przeciwnościami, a jednocześnie odrzucała wsparcie najbliższych. Kochała, ale nie chciała być kochaną. Wszystko to zostało nazwane, ale nie nadano słowom kształtu.
Co z tego, że jest szkic, skoro nie ma wypełnienia. Haddie nie wzbudza ni sympatii, ni niechęci. To kobieta, która żyje gdzieś tam, na stronach książki. Ledwo ją znam. Mam świadomość jej istnienia, ale nic ponad to.
Beckett... tak, ten facet ma w sobie coś, co pociąga. Jest rozważny, uprzejmy, pewny siebie, wie, czego chce. Wzór. Ideał, o którym marzy poszukująca stabilizacji dziewczyna. Sądzę, że każda z nas - o ile nie jesteście zagorzałymi fankami wytatuowanych motocyklistów - znajdzie w jego postaci coś dla siebie. Mnie urzekło połączenie troski i męskiej waleczności.
To Bromberg robi dobrze. Bohaterowie płci brzydszej to zdecydowanie jej mocna strona.
Powiem szczerze, że "Slow burn..." nijak ma się do kolejnych powieści Bromberg. Tam widać szlif pisarski, jakąś dorosłości, ukierunkowanie. Tutaj jest za dużo słodkiego pierdzenia, za mało realności. Niemniej, trudno odmówić autorce faktu, że książkę po prostu pochłonęłam. Czyta się szybko i sprawnie - właśnie ze względu na niezbyt wyczerpujący przekaz.
Główne uwagi?
STEP 1: Wszystko rozgrywa się zdecydowanie za szybko. Gdzie pulsujące, powolne pożądanie? W którą stronę do systematycznego poznania?
STEP 2: Autorko! Jeśli już poruszasz temat raka i jest on dla Ciebie główna osią książki... nie bój się mocnych słów. Pominięcie tematu nikomu nie pomoże, nic nie ułagodzi. To trudne i wyczerpujące pisać o chorobie - jakiejkolwiek - ale zawsze zostaniesz doceniona. Nie uciekaj jak Twoja bohaterka! Zmierz się i poprowadź narrację.
Wymazanie okresu choroby z życia bohaterów wygląda jak tchórzostwo.
Życie to nie fiołki i róże. Miej odwagę.
STEP 3: Nie bój się dużych objętości. Dobry romans, to prawdziwy romans. Prawdziwy, czyli pełnokrwisty - z opisami, rozbudowanymi dialogami, odpowiednim tempem akcji i mocnymi słowami. To objętość, która po prostu tworzy się z dnia na dzień.
"Slow burn. Kropla drąży skałę" to dobra książka, ale nie zachwycająca. Nie mogę powiedzieć, by porwała mnie równie mocno jak następne części serii. Jednak muszę przyznać, że ma swoje mocne strony, które na pewno znajdą wiele zwolenniczek.
krychawachaksiazki.blogspot.com Kryśka
Slow Burn. Kropla drąży skałę. Seria Driven
Jest to pierwsza książka tej autorki, którą dostałam w łapki, ale dwie kolejne czekają już w pudełku na swoją kolej. Recenzji jednej z nich możecie spodziewać się w przyszłym tygodniu - choć jak znajdę siły to nawet w niedzielę dodam, ale nic nie obiecuje. Jest to czwarta część serii DRIVEN, ale w żaden sposób nie koliduje z pozostałymi tomami.
Pamiętacie recenzje "Zanim się pojawiłeś" ? I to odniesienie, które nie miało związku z książką ? Nie wiem czy los sobie ze mnie robi żarty, czy ktoś/coś chce mi przekazać jakąś informację, ale ostatnio trafiam tylko na książki, w których poruszana jest jakaś choroba. Dobrze myślicie - w tej książce również jest wątek śmiertelnej choroby, ale jakie tym razem będzie zakończenie ?
Pamiętacie recenzje "Zanim się pojawiłeś" ? I to odniesienie, które nie miało związku z książką ? Nie wiem czy los sobie ze mnie robi żarty, czy ktoś/coś chce mi przekazać jakąś informację, ale ostatnio trafiam tylko na książki, w których poruszana jest jakaś choroba. Dobrze myślicie - w tej książce również jest wątek śmiertelnej choroby, ale jakie tym razem będzie zakończenie ?
Haddie Montgomery - po stracie siostry nie chce wiązać się z żadnym mężczyzną; ból po stracie Lexie jest zbyt silny i za świeży. Patrząc na małą Maddie i Dannego, widząc ich ból i smutek, nie chce robić tego komuś innemu. Lecz co się stanie, gdy na jej drodze stanie nie ustępliwy Beckett ?
Beckett Daniels - stanowczy mężczyzna, który postanawia walczyć o Haddie. Niejedna z nas znajdzie w nim swój ideał. Czy uda mu się przełamać niechęć Haddie do związków ? Tutaj dodam, że spodobał mi się między innymi dzięki swojej postawie - słowa "w zdrowiu i w chorobie" w tym wypadku są stałe, a nie jedynie "powiedziane"; umacniają jego wiarę. Lecz czy pomogą w walce o miłość ? Tego dopiero się przekonamy...
City i Country ...
Można by rzec dwa światy ?
Jeden nie chcący się wiązać, drugi walczący o to co kocha.
Haddie nie miała łatwego życia - śmierć siostry, strach o własne życie, rozstanie z chłopakiem
( swoją drogą zwykłym dupkiem ); widzieć codziennie ból i rozpacz w oczach najbliższych, brak chęci do życia - to też nie jest nic łatwego.|
Co się stanie gdy na jej drodze stanie Beckett ?
Czy będzie to coś więcej niż zwykłe pieprzenie się ?
Czy Becks pokona jej strach przed niewiązaniem się ?
Szczerze mówiąc w którymś momencie książki pomyślałam sobie, że nad jej rodziną krąży nieuchronne fatum. Najpierw dopadło matkę, później zabiło siostrę a teraz stawia znak zapytania nad życiem naszej Haddie ?
Było kilka, że tak powiem wartościowych momentów. Życie zawsze kładzie nam kłody pod nogi - - usłyszałam kiedyś, że robi to po to, żebyśmy byli wytrwalsi, bardziej odporni na przeciwności losu. Nigdy nie wiadomo co nas dopadnie. Może to być rak, a równie dobrze jutro może nas potrącić ciężarówka, gdy będziemy przechodzić przez pasy, choćby i na tym zielonym świetle, Osoby, które lekturę mają już za sobą, wiedzą o co mi chodzi.
Beckett też ma kilka nie spokojnych momentów, no ludzie kto, nie wiedząc ile czasu ma jego ukochana będzie spokojny ? Odpuszczam już tą ciężarówkę, bo to to jest bach i nie ma człowieka. Sama znam, a właściwie to znałam 9-latkę, która właśnie w ten sposób zginęła. Jednego dnia jeszcze z nią rozmawiałam, a kilka dni później jej już nie było. Płacz, ból, rozpacz, smutek - można, by tak wymieniać cały dzień. Co musieli czuć rodzice ? Gdy ich jedyna córka odeszła? Bez pożegnania, bez ostatniego "kocham Was" po prostu "siup i dwa metry w dół" - niby żartobliwie, ale taka jest prawda - "był człowiek i nie ma człowieka". Beckett również nie ma łatwo. Myślenie o tym czy Haddie jest chora, czy jednak nie też jest męczącym doświadczeniem - nie wie co się wydarzy. Na początku w ogóle nie wie o podejrzeniu raka u dziewczyny.
Książka mi się bardzo spodobała, napisana w miarę "prostym" językiem, dzięki czemu szybko i przyjemnie się czyta. Ja przeczytałam ją w 2,5 wieczoru, ale tylko z tego powodu, że nie mam na nic siły. Gdybym nie była chora, pochłonęłabym ją w jeden wieczór, no ewentualnie zarwałabym nockę ;). Wracając do książki - będziemy się śmiać i będziemy płakać. Epilog - rozwalił mnie kompletnie, pierwsze linijki czytałam z sercem w gardle, oczywiście żeby dowiedzieć się jak skończyły się ich losy musicie sięgnąć po książkę - obiecuje, że warto - bez względu na zakończenie.
Gustów jest tyle ilu jest ludzi, ale w mój ta książka zdecydowanie wpadła. Nie mogłam się oderwać. Mam nadzieję, że u Was również odniesie pozytywne wrażenie.
Teraz trochę ze strony "technicznej" :
Okładka super - na pierwszy rzut oka pomyślałam, że postacie mogły być ciut bardziej wyraziste, ale po głębszym zastanowieniu uznaje, że jest super . Sama grafika również jest niczego sobie i mimo, że sugeruje bardzo, bardzo częste sceny seksu, to ja mam wrażenie, że są tak rozmieszczone, że bez nich książka nie miałaby sensu. Nie są zbyt częste, ale nie odniosłam takiego wrażenia, że mogłoby być ich więcej - po prostu są w sam raz. Kolejnym dużym plusem, jest fakt, że nie złamał mi się grzbiet. Mimo, że książka nie jest jakimś grubym tomiskiem, to dla mnie to jest plus, bo miałam ten problem i w cieńszych książkach.
Kolejnym "+" jest dwuosobowa narracja, Możemy poznać sposób myślenia i Haddie, i Becksa.
Fajnym pomysłem było również umieszczenie rekomendacji na pierwszej stronie. W ten sposób na pewno czytelnik ich nie ominie. Gdy są na końcu sama nie raz nawet na nie nie zerkam.
Podsumowując ? W książce podobało mi się wszystko. Zarówno pod względem "technicznym", jak i ze względu na treść.
Mam nadzieję, że już niebawem podzielicie się ze mną swoimi refleksjami na ten temat. Czekam na Wasze komentarze, jeśli będzie Was tu dużo to już nie długo możecie spodziewać się kolejnego konkursu. Obserwujcie bloga oraz fanpagea na facebooku, aby nic Was nie ominęło.
Do następnego ! :)
City i Country ...
Można by rzec dwa światy ?
Jeden nie chcący się wiązać, drugi walczący o to co kocha.
Haddie nie miała łatwego życia - śmierć siostry, strach o własne życie, rozstanie z chłopakiem
( swoją drogą zwykłym dupkiem ); widzieć codziennie ból i rozpacz w oczach najbliższych, brak chęci do życia - to też nie jest nic łatwego.|
Co się stanie gdy na jej drodze stanie Beckett ?
Czy będzie to coś więcej niż zwykłe pieprzenie się ?
Czy Becks pokona jej strach przed niewiązaniem się ?
Szczerze mówiąc w którymś momencie książki pomyślałam sobie, że nad jej rodziną krąży nieuchronne fatum. Najpierw dopadło matkę, później zabiło siostrę a teraz stawia znak zapytania nad życiem naszej Haddie ?
Było kilka, że tak powiem wartościowych momentów. Życie zawsze kładzie nam kłody pod nogi - - usłyszałam kiedyś, że robi to po to, żebyśmy byli wytrwalsi, bardziej odporni na przeciwności losu. Nigdy nie wiadomo co nas dopadnie. Może to być rak, a równie dobrze jutro może nas potrącić ciężarówka, gdy będziemy przechodzić przez pasy, choćby i na tym zielonym świetle, Osoby, które lekturę mają już za sobą, wiedzą o co mi chodzi.
Beckett też ma kilka nie spokojnych momentów, no ludzie kto, nie wiedząc ile czasu ma jego ukochana będzie spokojny ? Odpuszczam już tą ciężarówkę, bo to to jest bach i nie ma człowieka. Sama znam, a właściwie to znałam 9-latkę, która właśnie w ten sposób zginęła. Jednego dnia jeszcze z nią rozmawiałam, a kilka dni później jej już nie było. Płacz, ból, rozpacz, smutek - można, by tak wymieniać cały dzień. Co musieli czuć rodzice ? Gdy ich jedyna córka odeszła? Bez pożegnania, bez ostatniego "kocham Was" po prostu "siup i dwa metry w dół" - niby żartobliwie, ale taka jest prawda - "był człowiek i nie ma człowieka". Beckett również nie ma łatwo. Myślenie o tym czy Haddie jest chora, czy jednak nie też jest męczącym doświadczeniem - nie wie co się wydarzy. Na początku w ogóle nie wie o podejrzeniu raka u dziewczyny.
Książka mi się bardzo spodobała, napisana w miarę "prostym" językiem, dzięki czemu szybko i przyjemnie się czyta. Ja przeczytałam ją w 2,5 wieczoru, ale tylko z tego powodu, że nie mam na nic siły. Gdybym nie była chora, pochłonęłabym ją w jeden wieczór, no ewentualnie zarwałabym nockę ;). Wracając do książki - będziemy się śmiać i będziemy płakać. Epilog - rozwalił mnie kompletnie, pierwsze linijki czytałam z sercem w gardle, oczywiście żeby dowiedzieć się jak skończyły się ich losy musicie sięgnąć po książkę - obiecuje, że warto - bez względu na zakończenie.
Gustów jest tyle ilu jest ludzi, ale w mój ta książka zdecydowanie wpadła. Nie mogłam się oderwać. Mam nadzieję, że u Was również odniesie pozytywne wrażenie.
Teraz trochę ze strony "technicznej" :
Okładka super - na pierwszy rzut oka pomyślałam, że postacie mogły być ciut bardziej wyraziste, ale po głębszym zastanowieniu uznaje, że jest super . Sama grafika również jest niczego sobie i mimo, że sugeruje bardzo, bardzo częste sceny seksu, to ja mam wrażenie, że są tak rozmieszczone, że bez nich książka nie miałaby sensu. Nie są zbyt częste, ale nie odniosłam takiego wrażenia, że mogłoby być ich więcej - po prostu są w sam raz. Kolejnym dużym plusem, jest fakt, że nie złamał mi się grzbiet. Mimo, że książka nie jest jakimś grubym tomiskiem, to dla mnie to jest plus, bo miałam ten problem i w cieńszych książkach.
Kolejnym "+" jest dwuosobowa narracja, Możemy poznać sposób myślenia i Haddie, i Becksa.
Fajnym pomysłem było również umieszczenie rekomendacji na pierwszej stronie. W ten sposób na pewno czytelnik ich nie ominie. Gdy są na końcu sama nie raz nawet na nie nie zerkam.
Podsumowując ? W książce podobało mi się wszystko. Zarówno pod względem "technicznym", jak i ze względu na treść.
Mam nadzieję, że już niebawem podzielicie się ze mną swoimi refleksjami na ten temat. Czekam na Wasze komentarze, jeśli będzie Was tu dużo to już nie długo możecie spodziewać się kolejnego konkursu. Obserwujcie bloga oraz fanpagea na facebooku, aby nic Was nie ominęło.
Do następnego ! :)
milionyksiazek.blogspot.com Miśka; 2016-09-30
Sweet Ache. Krew gęstsza od wody. Seria Driven
Krótko mówiąc, nie lubię książek o niewyżytych muzykach i ich niegrzecznych groupies, ale stwierdziłam, że skoro "Hard Beat. Taniec nad otchłanią" porwało moje serce, to czemu z marszu skreślam "Sweet Ache. Krew gęstsza od wody"?
Szablon, ale jednak...
(...) naprawdę wierzę, że mężczyzna jest tyle wart, ile jest warte jego słowo. (...) A ja staram się być najlepszym mężczyzną, jakim potrafię być.
Otula, ale...
Najsmutniejsze w zdradzie jest to, że rzadko doświadcza się jej ze strony ludzi, po których się tego spodziewasz, czyli wrogów. Najczęściej dokonują jej ci, którzy się o ciebie troszczą.
Odcisk autorki...
Krew jest gęstsza niż woda, ale i tak można się w niej utopić.
Tak sobie odważnie pomyślałam i... ja to jednak potrafię czasem coś mądrego wymyślić.
Macie uraz do muzyków? Ja tak, dlatego wystrzegam się bohaterów z gitarą czy mikrofonem w dłoni, ale Profesor Play nijak ma się do wzorca, do którego przywykłam.
Hawkin to mężczyzna typowy, trudno tego nie zauważyć. Stereotypowy bohater romansów, które zostały wyprodukowane w przeciągu ostatniego roku. Jest silny, arogancki, pewny siebie, do bólu seksowny, a muzyka po prostu tworzy jego istotę. Jednocześnie posiada mroczną przeszłość.
Nie jest bohaterem pociągającym JEDYNIE pod względem seksualnym.
Czytelniczki ma kusić jego zraniona dusza, ponieważ nie tylko faceci mają syndrom bohatera. My jesteśmy matki uciśnionych, które po prostu stadami garną się do takich szablonowych postaci. Sama to w sobie mam. Właśnie tym zdobyła mnie Bromberg, ale równocześnie, prócz szablonu, autorka jak zwykle wyprodukowała mężczyznę bogatszego o duszę. Ta kobieta kilkoma prostymi słowami potrafi nakreślić bohatera, który przez resztę książki wodzi mnie za nos.
Podobnie było z Quinlan, chociaż to oczywiste, że nie oddziaływała na mnie tak mocno jak Hawkin. Jednak zdobyła moją sympatię ostrym językiem, nieustępliwością i twardym stąpaniem po ziemi. Dziewczyna nie jest kolejną 'durną cizią'. Przepraszam za wyrażenie. Ma mózg i ja to cenię.
Razem tworzą mieszankę, która nadała książce rytm. O ile "Hard Beat..." było gęstą gorzką czekoladą, którą smakowałam z namaszczeniem, o tyle "Sweet Ache..." porównałabym raczej do Snickersa, który zniknął, nim dobrze się nim nasyciłam. Z jednej strony jestem zachwycona, że nie odczułam zawodu względem fabuły, ale z drugiej... szkoda, że wszystko trwało tak krótko. Mgnienie, które wychwyciłam kątem oka.
Wszystkie wydarzenia zgrabnie otaczają miłość, która rodzi się pomiędzy Quinlan i Hawkinem, ale nie zostałam przez nie przytłoczona. Autorka znalazła dość miejsca w ich historii, by stworzyć przeszłość, liczne wątki poboczne z dramatycznym i często po prostu smutnym rysem, a także sceny szczelnie otulające główną oś akcji.
Nadały jej dynamiczności i pikanterii. Nie zanurzamy się w słodkościach i kwiecistym wzorze, o nie. Wijemy się pośród półnagich ciał i emocji. Z niepokojem wyczekujemy następnym kroków, które podejmie autorka, ponieważ od początku wiemy, że Bromberg nie godzi się na nic mniej niż nuta porządnej adrenaliny w zakończeniu.
To pewnik, który jednak raz po raz zaskakuje. Gwałtownością, śmiałością, plastycznością przeżyć bohaterów i rozgrywających się wypadków
Narracja jest pierwszoosobowa, ale prowadzona zarówno z perspektywy gorącego muzyka jak i atrakcyjnej kobiety. To ciągła gra z czasem, ponieważ wydarzenia nabierają rozpędu ilekroć autorka zmienia narratora. Dobrze znać ruchy postaci, ale świadomość ich myśli i uczuć pozwala nam zaznać pewnej władzy.
Jedyna kwestia, w której czułam się nieusatysfakcjonowana to początek książki. Czemu autorka tak szybko posłała bohaterów do łóżka? Nie wiem, i choć nie waży to nad dalszym rozwojem akcji, to nie pogardziłabym trochę dłuższymi przepychankami, które podgrzałyby atmosferę.
Jak wspomniałam, nie lubię muzyków w roli głównej. Hawkina pokochałam szczerą miłością czytelnika i kobiety, ale autorka mogła odpuścić sobie teksty piosenek. Jest ich naprawdę niewiele, ale przetłumaczone brzmią jakoś... czy ja wiem? Dość zabawnie. Przynajmniej dla mnie.
Czy mogę zarzucić coś więcej? Raczej nie.
Każdy wątek został rozwinięty w odpowiednim stopniu. Romans wysforował się na pierwszy plan, ale autorka pozwoliła czytelnikowi nasycić oczy normalnym życiem i relacjami, jakie łączą bohaterów ze światem zewnętrznym - tym poza miłosną bańką.
Dialogi dopełniają fabułę, jednocześnie utrzymując autentyzm i pazur. Bohaterowie, choć można oskarżyć ich o sztampowość, zachowują dziwną indywidualność, którą nie do końca rozumiem. Jest to chyba odcisk autorki, która w każdą postać wdmuchała duszę.
"Sweet Ache. Krew gęstsza od wody" porwało mnie z siłą, której się nie spodziewałam i pozwoliło doświadczyć rozwoju umiejętności autorki.
Zaczynam rozumieć, dlaczego seria Driven zrobiła taką furorę.
krychawachaksiazki.blogspot.com Kryśka