Recenzje
Końca świata nie było
Świat Majów wczoraj i dziś.
Wspaniała książka! Anita Demianowicz zabiera nas w niezwykłą podróż przez Amerykę Środkową. W podróż niezwykłą, w poszukiwaniu przygód, prawdy o tamtym zakątku świata, o zamieszkujących go ludziach, ich zwyczajach, codzienności, a także w podróż... w głąb samego siebie - w poszukiwaniu głosu serca, książka ta jest bowiem również o tym, że nigdy nie należy rezygnować z samego siebie i z własnych marzeń (autorka rzuciła pracę w korporacji po to, by podróżować; książka ta nigdy by nie powstała gdyby nie ta decyzja). Warto, jak się okazuje, spróbować wygrać walkę z samym sobą, podjąć ryzyko i ... wygrać marzenia.
Ameryka Środkowa to piękny, ale i niebezpieczny region. Pełen wspomnień z przeszłości o rdzennych tradycjach, wciąż obecnych w lokalnym sposobie życia, bycia i myślenia. To także region będący swoistą mieszanką przeszłości i teraźniejszości, w którym splata się ze sobą tradycja, nowoczesność, bieda, przestępczość, ale także gościnność, otwartość i barwny świat, który roztacza się za oknem hotelowego, może niezbyt obfitującego w luksusy, lecz swojskiego, hotelu. Plusy i minusy są zawsze i wszędzie, jednak czytając tę książkę... aż chciałoby się tam pojechać!
Anita Demianowicz snuje opowieść o własnych doświadczeniach, podróżach, zabytkach, tradycjach, lecz przede wszystkim o poznanych w podróży ludziach, zarówno tych mieszkających na miejscu od zawsze, jak i o podobnych sobie turystach, równie jak autorka zauroczonych światem, w który rzucił ich akurat wir podróży. Opowiada także o samej sobie, o własnych przemyśleniach, o przezwyciężaniu własnych słabości, wplatając w całość wiele anegdot i przemyśleń dotyczących jej samej. Przez to wszystko "Końca świata nie było" czyta się lekko i przyjemnie. A piękna szata graficzna, ociekająca wręcz świetnymi zdjęciami, tylko tę lekturę umila. Zdjęcia to tak naprawdę równie ważna część tej książki jak sama treść - do tego stopnia w punkt uchwytują one codzienność życia odwiedzonych przez autorkę miejsc i ich ducha, że nie sposób o tym fakcie nie wspomnieć.
Książka ta to coś przede wszystkim dla ludzi ciekawych świata. Nie tylko dla podróżników, choć ci będą z pewnością zachwyceni. To książka dla każdego, kto ma ochotę i chwilę czasu, by zerknąć na moment w realia trochę innego świata. Jakże przy tym ciekawego i ... choć daleko, to jednak obecnego - zapowiadanego w odniesieniu do kalendarza Majów końca świata wszak, jak dobrze wiemy (na szczęście) nie było...
Gorąco polecam!
cosnapolce.blogspot.com Northman; 2017-01-26
Making Faces
"Making faces" to kolejna książka tej autorki w mojej kolekcji i kolejna, która nie pozwoliła przestać czytać przez cała noc. U żadnej innej autorki wcześniej nie spotkałam takiego geniuszu w przekazywaniu uczuć, oraz ubieraniu ich w słowa.
Autorka pisze przede wszystkim mądrze, a jej historie są niesamowite. Powieści Amy, mimo, że traktujące głównie o miłości, mają przekaz, oraz pokazują wiele aspektów psychiki ludzkiej, jak również problemów społecznych. Powieść jest nieco inna od poprzedniczek, ale równie mocno mówiąca o życiu, wzlotach i upadkach, ale przede wszystkim o miłości, tej na całe życie, nieprzemijającej i potrafiącej pokonać każdą przeszkodę.
Główna bohaterka ma na imię Fern. Jest skromną dziewczyną, córką pastora, z dużymi kompleksami na temat swojego wyglądu. Taka sobie po prostu rudowłosa panienka, o małej posturze, ale wielkim sercu. Jej dusza należy do tych najbardziej romantycznych, z tego też powodu zaczytuje się romansami, a nawet takowe pisze. Od dziecka zakochana jest w szkolnej gwieździe sportu - Ambrosie Youngu. Jest to uczucie platoniczne, ale czy na pewno? Wszystko zmienia się, kiedy chłopak po zamachach na World Trade Center, w których mało nie zginęła jego matka, wraz z grupką kolegów, zaciąga się do wojska i wyjeżdża na misję do Iraku. Niestety, wraca z niej sam, bez kolegów, którzy zginęli. Tym razem to on staje się brzydkim kaczątkiem, albo bestią, jak kto woli, bo zamach mocno zniekształcił jego twarz. Paradoksalnie rolę Fern i Ambrosie się odwracają, jednak ich piękno wewnętrzna nadal pozostaje takie samo...
Wielką rolę odgrywa tutaj też kuzyn Fern - Bailey. Jest chory, a choroba przykuła go do wózka inwalidzkiego. Kolejne brzydkie kaczątko, które potrafi pokazać wszystkim prawdziwe piękno, to ukryte w jego środku. Bailey zakochany jest w cudownej i nieosiągalnej dla niego istocie o imieniu Rita. Dziewczyna jest chodzącym ideałem. To ona jest dowodem na to, że piękno nie zawsze daje nam szczęście.
Autorka ubrała fabułę w trzecioosobową narrację, a do tego rozdziały pisane są na przemian - teraźniejszość - przeszłość. Dla mnie jest to strzał w dziesiątkę, bo przeszłość w każdym rozdziale wyjaśnia nam zagadnienia teraźniejszości. Nie znajdziemy tu wartkiej akcji, nazwałabym ją wręcz leniwą, co cechowało też poprzednie powieści Amy Harmon. Jednak nie o wartkość tutaj chodzi, lecz o przekaz i sens, a tego nie zabrakło. Amy zawarła w lekturze wątki wojenne, przemocy domowej, kompleksów, choroby, smutku, ale również miłości, przyjaźni i czerpania z życia pełnymi garściami. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież takie tematy to nic nowego, że to wszystko już było... Owszem było, ale nie ubrane słowami Amy Harmon, która w niesamowity i plastyczny sposób potrafi opisać uczucia i emocje.
Polecam powieść, ze względu na jej mądrość i dojrzałość, ale również za poczucie humoru, które od czasu do czasu w fabule się pojawia. Nie jest to łatwa lektura, lecz czyta się ją szybko i z zapartym tchem. W każdym razie mnie zachwyciła i czekam na kolejne książki autorki z niecierpliwością.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-01-17
Making Faces
Z autorką spotkałam się już dwa razy i świetnie się bawiłam. ,,Prawo Mojżesza" tak samo jak ,,Pieśń Dawida" są zaskakujące, oryginalne i niesamowite. Chciałabym powiedzieć, że z góry zakładałam sukces autorki, ale tak nie było. Byłam nastawiona na coś słabszego, bo w końcu nie można pisać ciągle samych dobrych książek, prawda? Jaka zatem była trzecia książka Amy Harmon wydana w Polsce? Czy spełni oczekiwania, po tych dwóch niezwykłych historiach?
Fern to dziewczyna uważająca się za osobę brzydką i nijaką. Taką, którą nie warto się interesować. Z rudymi włosami, niskim wzrostem i niezbyt kobiecą figurą nie budzi zainteresowania ze strony mężczyzn, nie znaczy to jednak, że się nimi nie interesuje. Jest jedna osoba, na której totalnie oszalała. Ambrose Young. Jeden z najlepszych zawodników zapaśniczych w Hannah Lake. Niestety najprawdopodobniej nie zdaje sobie sprawy z jej fascynacji. Nie przeszkadza jej to na tyle, by nie przestawać snuć miłosnych planów...
Rita to najlepsza przyjaciółka Fern i chyba jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole. Chłopcy uganiają się za nią krok w krok. Jednak piękna twarz nie oznacza wszystkiego. Czasami coś idzie nie tak. W przypadku Rity życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i totalnie ją zaskoczyło, a nawet przygniotło. Jest jeszcze Bailey, kuzyn Fern. Cierpi na dystrofię mięśniową (zanik mięśni), przez co porusza się na wózku inwalidzkim. Mimo choroby jest bardzo pozytywną osobą. Wnosi dużo mądrości. Do tego wszystkiego jest sympatyczną postacią, której nie da rady nie polubić.
Życie rozdaje różne karty, każdy ma inny start i każdy inny finisz. Jeżeli wgłębimy się w książkę, możemy doskonale zobaczyć jak cztery osoby różnią się od siebie, a jednocześnie jak bardzo są sobie bliskie, jak wiele je łączy... Mamy okazję śledzić historię z teraźniejszości, ale także dostajemy możliwość odkrywania skrawków przeszłości. Zostajemy także wrzuceni w dwa różne środowiska i musimy sobie z tym radzić. Ambrose zabiera nas do Iraku na służbę wojskową razem z czterema najlepszymi przyjaciółmi, dla których los nie jest łaskawy. Fern pozwala nam obserwować swoją historię z Hannah Lake oraz pokazuje nam los Rity, a także Bailey'a.
Pierwszy rozdział totalnie mnie zdezorientował. Nie miałam pojęcia, gdzie mam ręce włożyć i czego oczekiwać. Drugi natomiast dostarczył mi wszystkiego, czego nie otrzymałam na wstępie. Później było tylko lepiej... i gorzej. W połowie zaczęło się takie napięcie, że nie byłam w stanie wysiedzieć. Do tego jak zaczynałam płakać i przestawałam, to dwie kartki dalej autorka znowu wyciągała do mnie chusteczki... Doszło do mnie, że pisarka to istny potwór. Nie daje czasu na wytchnienie. Rzuca nam prawdziwym, realnym życiem prosto w twarz, a my, biedni czytelnicy, wyczekujący czegoś lekkiego, jesteśmy tak bardzo zaskoczeni, że ciężko jest znieś ciężar i tępo jakie nam narzuca. Nie dajcie się zwieść pozorom. Ta książka jest czymś wyjątkowym, oryginalnym i przepełnionym bólem. Powala na łopatki, miażdży od środka i nie daje spokoju.
Zaskakującą sprawą jest okładka. To samo zdjęcie ma książka ,,Układ" Elle Kennedy. Z tym, że jak dla mnie tutaj oprawa graficzna totalnie nie pasuje do treści. Okładki jednak potrafią zwodzić. Ta jest typowa dla zwyczajnego romansu. Ale Amy Harmon nie jest typową pisarką. W jej przypadku nic nie jest typowe z powszechnymi schematami. Ona daje wam coś oryginalnego, daje wam kopa z prawdziwego życia. Przepełnionego w takim samym stopniu bólem jak szczęściem.
Jestem zdania, że jest to najlepsza książka Amy Harmon jaką czytałam. Najbardziej do mnie dotarła i najbardziej mi się spodobała, mimo tego, że bardzo lubię dwie poprzednie części. W tej książce nie brakuje niczego. Jest miejsce na milion sprzecznych uczuć, różne relacje między ludźmi, a także niezapomnianą historię, która zaskakuje swoją szczerością. Myślę, że autorka jest naprawdę genialna w tym co robi. Jej twórczość ma w sobie coś specyficznego, co sobie bardzo cenię. Nie trzyma się schematów, wychodzi przed szereg i zbiera za to liczne... pochwały. Historia jest niesamowita, wciąga i nie daje spokoju, dlatego warto się z nią zapoznać. Jedyne co mi się nie podoba to okładka. Uważam, że zbytnio zwodzi, nie jest odpowiednia do treści i liczę na to, że wiele osób przeczyta opis zanim odrzuci książkę. Warto się chociaż zastanowić nad przeczytaniem czegoś, prosto mówiąc autentycznego i życiowego. Gorąco polecam ;).
Życie rozdaje różne karty, każdy ma inny start i każdy inny finisz. Jeżeli wgłębimy się w książkę, możemy doskonale zobaczyć jak cztery osoby różnią się od siebie, a jednocześnie jak bardzo są sobie bliskie, jak wiele je łączy... Mamy okazję śledzić historię z teraźniejszości, ale także dostajemy możliwość odkrywania skrawków przeszłości. Zostajemy także wrzuceni w dwa różne środowiska i musimy sobie z tym radzić. Ambrose zabiera nas do Iraku na służbę wojskową razem z czterema najlepszymi przyjaciółmi, dla których los nie jest łaskawy. Fern pozwala nam obserwować swoją historię z Hannah Lake oraz pokazuje nam los Rity, a także Bailey'a.
Pierwszy rozdział totalnie mnie zdezorientował. Nie miałam pojęcia, gdzie mam ręce włożyć i czego oczekiwać. Drugi natomiast dostarczył mi wszystkiego, czego nie otrzymałam na wstępie. Później było tylko lepiej... i gorzej. W połowie zaczęło się takie napięcie, że nie byłam w stanie wysiedzieć. Do tego jak zaczynałam płakać i przestawałam, to dwie kartki dalej autorka znowu wyciągała do mnie chusteczki... Doszło do mnie, że pisarka to istny potwór. Nie daje czasu na wytchnienie. Rzuca nam prawdziwym, realnym życiem prosto w twarz, a my, biedni czytelnicy, wyczekujący czegoś lekkiego, jesteśmy tak bardzo zaskoczeni, że ciężko jest znieś ciężar i tępo jakie nam narzuca. Nie dajcie się zwieść pozorom. Ta książka jest czymś wyjątkowym, oryginalnym i przepełnionym bólem. Powala na łopatki, miażdży od środka i nie daje spokoju.
Zaskakującą sprawą jest okładka. To samo zdjęcie ma książka ,,Układ" Elle Kennedy. Z tym, że jak dla mnie tutaj oprawa graficzna totalnie nie pasuje do treści. Okładki jednak potrafią zwodzić. Ta jest typowa dla zwyczajnego romansu. Ale Amy Harmon nie jest typową pisarką. W jej przypadku nic nie jest typowe z powszechnymi schematami. Ona daje wam coś oryginalnego, daje wam kopa z prawdziwego życia. Przepełnionego w takim samym stopniu bólem jak szczęściem.
Jestem zdania, że jest to najlepsza książka Amy Harmon jaką czytałam. Najbardziej do mnie dotarła i najbardziej mi się spodobała, mimo tego, że bardzo lubię dwie poprzednie części. W tej książce nie brakuje niczego. Jest miejsce na milion sprzecznych uczuć, różne relacje między ludźmi, a także niezapomnianą historię, która zaskakuje swoją szczerością. Myślę, że autorka jest naprawdę genialna w tym co robi. Jej twórczość ma w sobie coś specyficznego, co sobie bardzo cenię. Nie trzyma się schematów, wychodzi przed szereg i zbiera za to liczne... pochwały. Historia jest niesamowita, wciąga i nie daje spokoju, dlatego warto się z nią zapoznać. Jedyne co mi się nie podoba to okładka. Uważam, że zbytnio zwodzi, nie jest odpowiednia do treści i liczę na to, że wiele osób przeczyta opis zanim odrzuci książkę. Warto się chociaż zastanowić nad przeczytaniem czegoś, prosto mówiąc autentycznego i życiowego. Gorąco polecam ;).
Jabluszkooo.blogspot.com Jabłuszkooo; 2017-01-19
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
„Opowiadania drewnianego stołu” to zbiór przeróżnych przepisów zarówno na śniadanie, obiad jak i na coś słodkiego.
Po zamieszczonych w książce przepisach widać, że autorka lubi gotować i eksperymentować w kuchni. Ma pasje. Do tego publikacja jest kolorowa, wraz ze zdjęciami proponowanych dań.
A przepisy? No cóż. Nie każdemu przypadną do gustu, jeśli dla kogoś zbyt dużą ekstrawagancją jest np. stosowanie kwiatów cukinii czy amarantusa lepiej niech dwa razy się zastanowi nim zakupi tę publikację.
Książka nie jest dla każdego. Bardziej dla tych co lubią nowości i chcą eksperymentować w kuchni i poznać coś nowego, innego.
Jeśli ktoś ma jakieś alergie, nie może czegoś jeść to sam musi o tym pamiętać i samemu dobierać odpowiednie dla siebie składniki. Nie każdy przepis jest dla każdego. Autorka nie boi się próbować nowych rzeczy, nie „ucieka” też przez nawet tłustymi potrawami, proponuje nawet potrawy z boczkiem.
Jeśli więc ktoś nie boi się nowości i poszukuje czegoś innego może pomyśleć o tej publikacji i się nią zainteresować.
Po zamieszczonych w książce przepisach widać, że autorka lubi gotować i eksperymentować w kuchni. Ma pasje. Do tego publikacja jest kolorowa, wraz ze zdjęciami proponowanych dań.
A przepisy? No cóż. Nie każdemu przypadną do gustu, jeśli dla kogoś zbyt dużą ekstrawagancją jest np. stosowanie kwiatów cukinii czy amarantusa lepiej niech dwa razy się zastanowi nim zakupi tę publikację.
Książka nie jest dla każdego. Bardziej dla tych co lubią nowości i chcą eksperymentować w kuchni i poznać coś nowego, innego.
Jeśli ktoś ma jakieś alergie, nie może czegoś jeść to sam musi o tym pamiętać i samemu dobierać odpowiednie dla siebie składniki. Nie każdy przepis jest dla każdego. Autorka nie boi się próbować nowych rzeczy, nie „ucieka” też przez nawet tłustymi potrawami, proponuje nawet potrawy z boczkiem.
Jeśli więc ktoś nie boi się nowości i poszukuje czegoś innego może pomyśleć o tej publikacji i się nią zainteresować.
swiatairi.blogspot.com Airi; 2017-01-19
Stinger. Żądło namiętności
Masz w sobie odrobinę mojej słodkiej trucizny
Młoda studentka prawa i heteroseksualny aktor porno- para tak kontrastowa i niedopasowana, że aż razi po oczach. Poznają się, a właściwie wpadają na siebie w hotelu w Las Vegas, gdzie oboje przybyli na konferencje. Grace, ma wziąć udział w Zjeździe Studentów Prawa, a Carson Singer w Targach Branży Erotycznej. Od początku pałają do siebie niechęcią, ona jest zniesmaczona jego zawodem i krępującymi docinkami, on uważa ją za sztucznie perfekcyjną sztywniarę. Przypadek sprawia, że zacinają się w windzie na kilka godzin, tylko we dwoje. To właśnie tam między dwudziestym pierwszym a dwudziestym drugim piętrem, rodzi się między nimi nić porozumienia. Oboje na chwilę zdejmują maski i niespodziewanie dochodzą do wniosku, że wcale tak bardzo się nie różnią, mimo iż pochodzą z różnych światów.
Para decyduje się spędzić wspólnie namiętny weekend, zupełnie bez zobowiązań, a następnie wrócić do swoich miast i swoich obowiązków. Nikt nie przewidział jednak, że dwa i pół dnia, oraz kilka pełnych westchnień nocy wystarczy, by poczuć do niemal nieznajomej osoby coś więcej. Dla Carsona i Grace, los nie jest łaskawy, ale postanawia dać im po latach drugą szansę, pytanie tylko czy rozpalony przed laty płomień nie wygasł i czy młodzi ludzie będą potrafili dostrzec szanse jakie się przed nimi malują?
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że autorka w trakcie pisania „Stingera”, kierowała się zasadą „wszystkiego po trochu”. Ma mnóstwo ciekawych pomysłów, fajnie zaplanowała fabułę, ale jakby bała się rozwinąć ją w bardziej interesującym dla czytelnika kierunku. W efekcie problem ze „Stingerem” polega na tym, że nie budzi w zasadzie żadnych głębszych emocji. Pierwsza z trzech części, opisująca namiętny weekend Carsona i Grace, okazał się tak szablonowy i przewidywalny, że ledwie przez niego przebrnęłam. Później jest znacznie lepiej, bohaterowie dojrzewają nieco, a ich wybory nadają powieści rumieńców. Wywiązuje się nawet fajny wątek sensacyjny, ale niestety znowu autorka boi się skorzystać z wykreowanych przez siebie sytuacji i podąża o wiele łatwiejszą, cukierkową ścieżką. A szkoda!
Największym atutem powieści jest chyba sam tytułowy Stinger, który od początku intryguje i nie da się nie lubić. O aktorze porno jeszcze nie czytałam i trochę się tego obawiałam, ale zupełnie niepotrzebnie. Autorce świetnie wyszło ukazanie jego przemiany, a historia, którą ma do opowiedzenia jest bolesna i niebanalna. Co innego biedna Grace, która sama rzuca sobie kłody pod nogi i udaje poszkodowaną. W jej przypadku kilka lat nie zrobiło różnicy, bo cały czas była tak samo słodko głupiutka jak na początku. Swoją drogą, to nieco przerażające, że autorzy decydują się wykreować swoje bohaterki na wykształcone i inteligentne, a wychodzą z tego przerażająco głupie istoty gotowe zrobić wszystko na samą myśl o seksie.
O CZYM? „Stinger”, to erotyk jakich wiele. Ma co prawda sporo fajnych wątków, jakich nie znajdziecie nigdzie indziej, ale niestety autorka mimo starań potrafiła ich należycie wykorzystać. To jedna z tych pozycji, które czyta się szybko i całkiem miło, ale na półkę odkłada się je bez żalu i szybko wylatują z pamięci. Nie mogę pojąć dlaczego wydawnictwo zdecydowało się dopisać do oryginalnego tytułu „Żądło namiętności”. Książka, co prawda pisana jest pod motyw skorpiona i jego mitycznej przemiany, ale dla nieświadomego tego faktu czytelnika, podtytuł ma jedynie śmieszny i kiczowaty wydźwięk, a tak się składa, że książka ani śmieszna ani kiczowata nie jest. Zawiera całe mnóstwo poważnych i ambitnych wątków, oraz dramatycznych scen, które choć niewykorzystane, sprawiają, że „Stinger” odrobinkę wyróżnia się na tle innych, mniej ambitnych erotyków i nie powinien od pierwszej strony być z nimi mylony.
beauty-little-moment.blogspot.com Patka; 2017-01-15