Recenzje
Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy
Rosja - kraj niezbadany i tajemniczy, często wyśmiewany i postrzegany jako kraj "gorszego sortu". Często jednak zapominamy, że Rosja jest piękna, bo patrzymy zapewne przez pryzmat obowiązkowego uczenia przez lata w szkołach języka rosyjskiego. W książce, o której dziś opowiem skupimy się głównie na najważniejszym rosyjskim mieście, na stolicy, czyli Moskwie.
"W swojej najnowszej książce Maciej Jastrzębski, niezrównany gawędziarz i niestrudzony badacz rosyjskiej duszy, zabierze nas na wyprawę do podziemnej Moskwy, aby odnaleźć sekretną bibliotekę bizantyjskich cesarzy, a przy okazji dotknąć wielu tajemnic rosyjskiej stolicy — zarówno dawnych, jak i tych, które dotyczą jej najnowszej historii. Jest to opowieść o tym, co niejednoznaczne, nieoczywiste, nieprawdopodobne, a jednak ma ogromny wpływ na życie moskwian".
Maciej Jastrzębski jest dziennikarzem, który stara się dowiedzieć jak najwięcej o rosyjskiej kulturze, zabytkach, ale i tajemnicach. W swych poszukiwaniach jest niestrudzony, a to, czego się dowiedział, opisał w swojej niezwykle interesującej książce pt. "Rubinowe oczy kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy". Maciej Jastrzębski mieszka w Rosji i to on przekazuje Polsce wszystkie wydarzenia, jakie dzieją się tam na miejscu.
Lektura zaczyna się od baśniowej strony. Przeczytamy trochę o legendach i poznamy kawałek rosyjskiej historii. Taki wstęp okazał się świetnym pomysłem, bo niezauważalnie wciąga nas w sam środek rosyjskich podziemi. Autor pokazuje nam swoimi oczami bizantyjską bibliotekę Iwana Groźnego, moskiewskie metro, tunele łączące Kreml z lotniskiem Wnukowo, bogactwo i biedę, "wypasione" fury, by zaraz a rogiem spotkać ubogą staruszkę. Dziennikarz często wplata legendę lub ciekawostkę związaną z danym miejscem, jednak nie stroni też od teraźniejszości, bo nie omieszka wspomnieć też o politycznej korupcji i wszędobylskiemu bezprawiu, a robi to wszystko w tak naturalny sposób, że czytając, mamy wrażenie jakby to przewodnik prowadził nas po mieście. Malowniczy styl pisarski pozwala nam wyobrażać sobie ze szczegółami wszystko o czym czytamy. Tak ciekawy sposób opisu rzadko się zdarza u dziennikarzy. Osobiście nie jestem zwolennikiem tego rodzaju literatury, ale w tym wypadku muszę przyznać, że książka pochłonęła mnie bez reszty. Mówią, że kobieta ciekawska jest i coś w tym musi być, bo kiedy zobaczyłam w tytule słowo "tajemnice" od razu książka wydała mi się pociągająca ;).
Bardzo ciekawą informacją dla mnie okazało się to, że w Rosji bardzo dużo pieniędzy przeznacza się na korzystanie z usług wróżek, zielarzy i szamanów. Sama osobiście lubię czasem popytać koleżanki co tam dziś karty pokazują, ale traktuję to z przymrużeniem oka, ale już w zielarskie metody leczenia bardzo wierzę.
Książka ubarwiona została ciekawymi ilustracjami, co dodatkowo pomaga naszej wyobraźni zaznajomić się z tamtejszymi klimatami. Po za tym sama okładka przyciąga wzrok swymi kolorami, w których prym wiedzie kolor czerwony, tak charakterystyczny dla Rosji.
Jeżeli należysz do osób, które pragną wiedzy o innych krajach i mają otwarte spojrzenie na świat, to ta książka z całą pewnością jest dla Ciebie.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-05-22
Pokusy i łakocie. Rodzina nie do końca idealna
Zapewne pamiętacie moją recenzję pierwszej części książki pt."Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości", w której opowiadałam o dziewczynie ze specyficznym poczuciem humoru i jej życiu po tym, jak w pijackim amoku zaszła w ciążę. Jeżeli nie pamiętacie, to możecie ją przeczytać klikając TU. Dziś opowiem o drugiej części, która wydaje się być jeszcze dowcipniejsza i interesująca niż pierwsza.
Na początek przypomnę nieco tego, co działo się wcześniej. Młodzi, którzy w pijackim amoku przeżyli z sobą namiętną noc, pechowym zrządzeniem losu stracili się z oczu, a po latach poszukiwań wreszcie się odnaleźli. Carter zaakceptował fakt, że ma syna i zakochani zamieszkali razem. Mieszkanie razem ma swoje dobre strony, ale są i te złe, o czym bohaterka z wrodzonym sobie poczuciem humoru opowiada.
" Żyli długo i szczęśliwie?
Miałam piękny sen. W tym śnie jestem w łóżku, zaledwie kilka ekscytujących centymetrów od Cartera. Patrzę na niego: leży na plecach, a fluorescencyjna poświata budzika stojącego na sąsiednim stoliku jest wystarczająco mocna, by widzieć, jak jego klatka piersiowa porusza się w rytm płytkich wdechów i wydechów. Śpi z kołdrą zsuniętą na wysokość bioder, z jedną dłonią niezgrabnie przesłaniającą oczy; druga spoczywa na gładkim, nagim brzuchu. Przysuwam się z najwyższą ostrożnością, żeby go nie obudzić, aż wreszcie jestem tak blisko, że od stóp do głów mogę grzać się w cieple bijącym z jego ciała. Wolno, niespiesznie moje ręce wynurzają się spod kołdry, a dłonie wędrują w jego stronę. Dotykam gładkiego, muskularnego torsu, palce pną się w górę, coraz wyżej... aż wreszcie łapię go za szyję i duszę na cholerną śmierć.
"Pokusy i łakocie. Rodzina nie do końca idealna" to kontynuacja znakomitej książki "Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości". Para nieco przypadkowych młodych rodziców postanawia się pobrać i wspólnie wychowywać synka — owoc szalonej, czekoladowej nocy, którą Claire przerwała gwałtowną ucieczką. Spotykamy ich ponownie, uwikłanych w perypetie piekielnego wieczoru panieńskiego, dzikich zabaw, klęski kolejnych oświadczyn i rodzinnego szaleństwa. Oboje zaczynają wątpić w siłę łączących ich uczuć. Tym razem jednak nie chodzi o słodkie więzy miłosnych kajdanek, lecz o dalsze losy związku, narażone na szwank przez komedię pomyłek."
Sprawdź, czy lukrowana przyszłość nie spowoduje gwałtownej niestrawności...
Pewnie znacie ten stan uniesienia - pierwsze randki, buciki zawsze wyczyszczone na wysoki połysk, zakładanie najlepszej bielizny i makijaż nawet w nocy? Piękne czasy. Potem jeżeli związek jest mocny, następuje ślub lub wspólne zamieszkanie. To dopiero jest próba. Bo spotykanie się od czasu do czasu, to z całą pewnością nie jest przebywanie ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czasy kiedy Twój facet widział Cię tylko w pełnym rynsztunku odchodzą w niepamięć, a nadchodzą czasy "okresowych" majtek na suszarce, włosów rozczochranych na wszystkie strony zaraz po spaniu, chrapania i innych przyjemności. Trzeba nauczyć się wspólnego życia, rozumienia bez słów i komunikacji (i nie mam tu na myśli tramwaju). Nie jest to wcale takie łatwe, o czym przekonują się nasi bohaterzy... Dowiadujemy się o wszystkich wątpliwościach, radościach itd. zarówno ze strony Cartera jak i Claire, bo rozdziały pisane są na przemian. Odpowiada mi taka forma, gdyż lubię wiedzieć, co komu w głowie siedzi.
Tak, jak u poprzedniczki, powieść utrzymana jest nadal głównie w formie przemyśleń. Dialogów mamy tu nieco mniej, aczkolwiek ich ilość jest wystarczająca, żeby móc wczuć się w rolę naszej pary. Trzeba przyznać, że autorka ma powera i spory dystans do życia, bo przecież życie Claire jest takie, a nie inne tylko i wyłącznie za sprawą autorki. Przyznam, że chwilami poczucie humoru Claire mnie irytowało, zwłaszcza wtedy, kiedy miałam inne zdanie na pewne tematy, ale zazwyczaj śmiałam się do łez i mocno kibicowałam jej w pewnej sprawie, ale nie zdradzę Wam jakiej, bo o tym przeczytacie już sami. W każdym razie owa sprawa staje się motywem przewodnim fabuły :).
Jeszcze lepsze jest to, że nie tylko główna para ma "nierówno pod sufitem", bo ich przyjaciele i rodzice również nie pozostają w tyle. Jednak pośród wszystkich zabawnych przygód, widać wielką miłość kobiety do swojego syna i do jego ojca, miłość, ale i zwykłe kobiece rozterki. Claire owszem ma swoje za uszami, ale to tylko sprawia, że jeszcze bardziej się ją lubi. Idealnie uzupełniają się z Carterem, który jest tą "spokojniejszą" stroną, aczkolwiek i jemu zdarzają się wybryki.
Tara Sivec musi być niesamowitą kobietą, bo tylko niesamowite osoby mogą napisać tak oryginalne i przezabawne książki. Zazwyczaj staram się unikać spojlerów, ale tutaj po prostu muszę wrzucić kilka cytatów, żeby pokazać o czym mowa :)
"Kto się smuci, tan jest smutas. Kto się kłóci, ten jest..."
"Normalna kobieta pewnie zaczęłaby podejrzewać, że jest zdradzana, ale nie ja. Ja już zdążyłam kilka razy go śledzić i przejrzałam jego esemesy".
"Zresztą nos zatykałam tylko do chwili, gdy zachłysnął się własną śliną (reakcja Claire na chrapanie Cartera). Kiedy wróciła mu zdolność mowy, powiedział mi, że we śnie się dusił, a w tej onirycznej agonii czuł się winny, iż przed snem nie powiedział mi, że mnie kocha. Tak, poczułam się głupio. I tak, odpłaciłam mu seksem o piątej rano. I nie, nigdy nie przyznałam się, że to ja własnymi rekami chciałam mu odciąć tlen."
Pisarka w tej części uzupełniła to, czego zabrakło mi poprzednio. Jest głębia, a temat nie jest już potraktowany powierzchownie, a co za tym idzie, "Pokusy i łakocie. Rodzina nie do końca idealna" weszła na wyższy poziom. Jest książką przyjemną w odbiorze, ale nie płytką.
Kilka słów należy się także okładce, która jest cudowna. Zawsze myślałam, że kolor różowy jest przesłodzony i jak widać myliłam się. Okładka przyciąga wzrok, daje pole wyobraźni, a zarazem kusi. Jak dla mnie jest urocza.
Podsumowując - powieść jest lekturą dla czytelników, którzy potrzebują sporej dawki śmiechu i rozluźnienia, okraszonej pięknym stylem literackim, niesamowitymi dialogami i życiem... życiem, który toczy się wokół nas.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-04-17
Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości
Już od dziecka należałam do dziewczynek, które wolały bawić się w wojnę, niż opiekować lalkami. Instynkt macierzyński omijał mnie szerokim łukiem, do czasu kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Początkowe miesiące tego stanu nie należały do tych, które wprowadzają człowieka w błogi stan szczęścia, jednak kiedy maleńka istotka pojawiła się na świecie wszystko się zmieniło...
To już czwarte moje spotkanie z książkami Tary Siviec - czwarte i kolejny raz udane. Książki autorki dają mi zapomnienie. Są łatwe w odbiorze, proste i nie wymagają zbytniego nakładu myśli. Właśnie tego rodzaju literatury mi ostatnio potrzeba, takiej, żeby nie myśleć...
Claire, to główna bohaterka. Kobieta ze specyficznym poczuciem humoru, chwilami aż za bardzo specyficznym. Po jednorazowej przygodzie podczas, której przeżywa swój pierwszy raz, zachodzi w ciążę, mimo, że zawsze twierdziła, że nigdy w życiu nie będzie miała dzieci. Pech chce, że kochankowie mimo, że od razu obdarzyli się uczuciem, przez długie lata nie mogą się odnaleźć. Tak, jak przypadkiem się spotkali po raz pierwszy, tak samo spotykają się po czterech latach. Czy Claire nadal kocha Cartera? Czy ich wyobrażenia o sobie są takie same jak w marzeniach?
Carter - przystojny, młody mężczyzna, hojnie obdarzony przez naturę. Tyle razy o tym wspomniano w książce, więc chyba należy o tym napisać ;). Pewnego dnia, na przypadkowej imprezie poznaje dziewczynę, z którą łączy go dosłownie wszystko. Uwielbiają te same filmy, tą sama muzykę i czuja do siebie pociąg fizyczny, co w alkoholowym amoku kończy się w łóżku. Jak już wcześniej wspomniałam, kochankowie gubią się i przez cztery lata nie mogą odnaleźć, jednak nigdy o sobie nie zapominają. Kolejne spotkanie z ukochaną, znów całkowicie przypadkowe, wywraca życie Cartera do góry nogami za sprawą pewnego czterolatka, który ma takie same oczy jak on.
Gavin - najbardziej wygadany, pyskaty i ruchliwy czterolatek o jakim słyszałam, do tego wyjątkowo "kumaty" i rezolutny. To on staje centrum uczuć Claire i Cartera. Tylko czy Carter będzie umiał być ojcem?
Czytając, śmiałam się do łez. Autorka z poważnej historii zrobiła świetną, a zarazem zabawną historię. Książka jest pełna prześmiesznych perypetii i dialogów, ale między nimi można wyraźnie wyczuć miłość rodzicielską, namiętność, życiową mądrość i naznaczenie. Początek powieści okazał się być nieco senny, być może odzwierciedlał nudne życie Claire. Jak sama mówi - "nie ma życia towarzyskiego". Dlatego też w większości znajdziemy tu przemyślenia wyżej wspomnianej i opisy. Powoli jednak akcja się rozkręca i staje się całkiem ciekawa. Główna bohaterka mimo, że przewrotny los mocno poplątał jej drogi, nie zgubiła w sobie radości życia, poczucia humory, Nie stała się zgorzkniałą kobietą. Udowodniła też, że można kochać wiecznie, nawet jeżeli ta miłość wydaje się nie mieć przyszłości.
Chyba dwa razy autorka użyła słowa, którego nie znałam znaczenia - UNISIONO - aż mi wstyd, ale musiałam sprawdzić na wikipedii. Sprawdziłam i nadal nie wiem :). To znaczy wiem, ale nie do końca rozumiem jak to słowo ma się do opisanej sytuacji. Byc może to wina złego tłumaczenia. Unisiono to sposób wykonania utworu muzycznego (lub jego fragmentu) polegający na zgodnym wykonaniu przebiegu melodycznego przez całą orkiestrę lub grupę instrumentów w interwale oktawy czystej albo prymy czystej.
Żeby jednak nie było wszystko tak pięknie, to i znalazłam ale. Zabrakło mi w powieści głębi, a temat został potraktowany powierzchownie. Niby jest sporo przemyśleń i monologów, ale jakieś to płytkie. Szkoda, bo wystarczyłoby tak niewiele, żeby "Pokusy i łakocie" mogły wejść na wyższy poziom, ale jak na razie pozostają w kategorii płytkich, aczkolwiek przyjemnych w odbiorze.
Podsumowując - jeżeli lubicie książki, przy których możecie się zrelaksować i pośmiać, to ta pozycja jest zdecydowanie dla Was.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-04-03
Tajemnica wyspy Flatey
By przełamać czytelniczą słodycz związaną z uganianiem się za historiami o miłości, sięgam od czasu do czasu po coś mocniejszego. Tym razem postawiłam sobie hardcorowe, jak dla mnie wyzwanie. Bo choć kryminały nie są mi obce, te skandynawskie budują grunt, po którym stąpam nieco niepewnie. „Tajemnica wyspy Flatey” oraz jeden z najbardziej poczytnych autorów w Islandii, Viktor Arnar Ingolfsson, wczoraj zabrali z mojego życiorysu kilka chwil. Czy było warto pokusić się na taką książkę? I czego Wy możecie się po niej spodziewać?
ZARYS FABUŁY
Rok 1960. W środowisku maleńkich wysp, swojskiego towarzystwa i dóbr matki natury, mieszkańcy Flatey wiodą spokojne życie. Nikt nie spodziewa się jednak tego, że w miarowym rytmie bezpiecznej codzienności już wkrótce powieje grozą… A wszystko zaczyna się od znalezionych zwłok nieznanego mężczyzny.
Niejasna sprawa trafia w ręce Kjartana. Ustalenie tożsamości denata oraz przyczyna jego śmierci z każdym krokiem wydają się coraz bardziej tajemnicze. Pośród wierzeń, podejrzeń, zagadek i słów średniowiecznego manuskryptu kryje się prawda. Czy uda się ją odnaleźć?
ACH, TE IMIONA
Grający pierwsze skrzypce Kjartan, młody chłopiec czy kościelny. Ludzie zabobonni, nieco dziwaczni, czy ci kierujący się racjonalnymi poglądami. Postaci z makabrycznie trudnymi do zapamiętania imionami. Ciężkimi do wypowiedzenia, jeszcze cięższymi do polubienia. Grr… Te łamańce językowe odebrały mi wiele chęci do poznawania tej historii, ale taki już urok islandzkiego języka. Przejdźmy do rzeczy.
BOHATEROWIE BEZ TWARZY
Siłą rzeczy, podsuwając czytelnikowi pod nos kryminał ujęty na 252 stronach, autor musiał na czymś przyoszczędzić. I przyoszczędził właśnie na bohaterach. Postaciom występującym w tej powieści brakuje wyrazistości i kształtu. Są, bo są, ale nie tak łatwo zbudować sobie w umyśle ich dokładny obraz. Szkoda, ale można się bez tego obejść. Dlaczego? W końcu to historia, w której najważniejsza jest ofiara i zrodzone wokół niej zamieszanie. A na niedostatek zagadek narzekać nie można.
CO TU ROBIĄ WIKINGOWIE?
Zapisane na kartce niezrozumiałe słowa, szyfr przypominający runy i księga Flateyjarbok – zbiór sag i eposów o starodawnych wikingach, który towarzyszy zarówno bohaterom, jak i czytelnikowi na każdym kroku i w każdym rozdziale. Książka Ingolfssona wychodzi poza ramy zwykłego pif-paf, macie trupa i zagwozdkę. Pojawia się przewijający w tle motyw odległej historii, nadający książce smaku i budujący aurę tajemnicy. Sama akcja nie grzeszy umiejętnością wywoływania palpitacji serca, ale nie narzekałam na nudę. Ciężko było mi w to wszystko wejść, ale kiedy pojawił się trup i śledztwo ruszyło, było już coraz lepiej.
WYSPY, MORZE I JAJA MEWY
Na uznanie zasługuje uaktywniające wyobraźnię środowisko, jakże egzotyczne dla mnie, zaś z pewnością o wiele bardziej zwyczajne dla autora. Maleńkie wyspy, panująca dookoła cisza czy burzliwe wody morza. Do tego focze mięso czy jaja mewy – jako tradycyjny posiłek ludzi. U boku fikcyjnej treści można dowiedzieć się czegoś prawdziwego.
PODSUMOWANIE
Poruszające wyobraźnię tło, motyw średniowiecznej księgi otwierającej świat wikingów, ale i niedopracowani bohaterowie. Sporo się dowiedziałam, poczułam ten nastrój tajemnicy, ale raczej nie zostanę wielką fanką literatury skandynawskiej. Dlaczego? Chyba te imiona i nazwy zbyt mocno mnie rozpraszają. I tak, jak nasza Puzyńska przemyca w świat detektywistycznych zagadek nieco ciepła, tak Ingolfsson naznaczył swoją historię porcją chłodu. Jeżeli jednak szukacie kryminału różniącego się od tych sztampowych, to może być to.
http://ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com/ Weronika Tomala; 2017-07-20
W sieci. Igrając z ogniem 3
W życiu tak już jest, że często to, co sobie postanowimy nie do końca się spełnia, bo przewrotny los ma inne plany wobec nas. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Przekonuje się o tym bohaterka książki, o której dzisiaj opowiem.
Zło czai się za rogiem...
Czasem jedno małe wydarzenie zmienia całe nasze życie, wywracając wszystko do góry nogami. Austin żyje szybko i intensywnie, służba w elitarnym Navy SEAL dostarcza mu adrenaliny, a czas wolny wypełniają przelotne romanse. Pewnego dnia poznaje siostrę swojego najlepszego przyjaciela z oddziału, Brady’ego — i obiecuje się nią zaopiekować. Gwen pragnie w życiu tylko spokoju, szczególnie że właśnie udało jej się razem z córeczką uciec od męża sadysty. Ta para różni się od siebie jak ogień i woda. Ich drogi szybko by się rozeszły, gdyby w życiu Gwen nie zaczęły się nagle dziać dziwne i niepokojące rzeczy, z którymi sama nie jest w stanie sobie poradzić. W tych ekstremalnych okolicznościach między dwojgiem tak różnych ludzi niespodziewanie rodzi się uczucie. Ale czy przetrwa tę ciężką próbę? Trzecia odsłona bestsellerowej serii „Igrając z ogniem” raz jeszcze wciągnie Cię bez reszty. Fascynujące psychologiczne portrety bohaterów, narastająca atmosfera niebezpieczeństwa i nieoczekiwane zwroty akcji to znaki rozpoznawcze doskonałej prozy Tary Sivec.
Gwen - główna bohaterka, pewnego dnia ucieka wraz ze swoją córeczką od męża sadysty. Pobita, psychicznie zmaltretowana i połamana, szuka schronienia u swego brata i odnajduje je tam. Powoli demony przeszłości znikają z jej życia, a ona znów staje się kobietą piękną i pewną siebie. Pomaga bratu prowadzić agencję detektywistyczną, opiekuje się swoją córeczką i marzy... marzy o tym, by jej mąż już nigdy jej nie odnalazł. Niestety przeszłość wraca wraz z pozwem rozwodowym wysłanym do męża...
Austin - przyjaciel brata Gwen. Razem służyli w wojsku. Austin nadal jest komandosem, przystojnym, pewnym siebie i aroganckim facetem o wielkim sercu. Żyje tu i teraz, od jednej misji do drugiej. Związki nie są dla niego, dlatego też szuka jednorazowych przygód. Można by pomyśleć, że to typowy podrywacz, ale w tym, jak traktuje kobiety kryje się coś innego. Czekając na kolejną misję, na prośbę przyjaciela, opiekuje się Gwen, której najprawdopodobniej grozi niebezpieczeństwo. I jak takiego nie kochać. Czy będzie w stanie ochronić dziewczynę, a jednocześnie się od niej nie uzależnić?
"Igrając z ogniem. W sieci" to trzecia część serii, opowiadająca tym razem o siostrze Bradyego, którego poznaliście w mojej poprzedniej recenzji. Każdą część można czytać osobno. Szczerze mówiąc, ja sama dopiero przy trzecim tomie zorientowałam się, że to kontynuacja losów bohaterów, z tym, że w poprzednich tomach, byli oni bohaterami drugoplanowymi. Mam kiepską pamięć do imion, a na dodatek wszystkie części czytałam w sporych odstępach czasu, co spowodowało moją amnezję. Jednak to udowadnia, że można czytać je oddzielnie.
Pamiętam jak zaczęłam sięgnęłam po pierwszy tom i jakoś mi się nie spodobał. Czegoś mi w nim zabrakło. Drugi wciągnął na maksa, a trzeci, o którym dziś piszę, spowodował czytelniczy orgazm. Niby nic, niby zwykła, mało oryginalna historia, a dreszcz emocji przebiegał mi po plecach co chwilę. Do końca nie wiedziałam kto stoi za sprawą. Autorka genialnie pociągnęła tajemniczy wątek. Dopiero pod koniec, można było powolutku się domyślać, ale tylko domyślać, bo zakończenie i tak mocno mnie zaskoczyło.
Połączenie namiętności, strachu przed związkiem, przemocy fizycznej i psychicznej w rodzinie i rodzącego się uczucia do wielkiego komandosa, ćwiczącego z sześciolatką ataki komandoskie na barbie (ubrane na różowo) - świetne. Raz śmiałam się do łez, a innym razem płakałam. Tak skrajne uczucia, a autorka potrafiła je przekazać i połączyć w sposób bardzo naturalny. Nie znajdziemy tu zbędnych opisów, wszystko jest zrównoważone i ma sens. Dialogi także okazały się ciekawe. Brawo!
"W sieci" jest najcieńszą z części, co powoduje, że czyta się ją błyskawicznie, a po skończeniu tylko jedno ciśnie się na usta - "za mało". Nigdy nie myślałam, że można tak świetnie połączyć wątki romantyczne z kryminalnymi. Genialne. Wartka akcja, dreszczyk emocji, mocniejsze bicie serca - to jest to, co lubię w książkach i tutaj to dostałam.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-03-28