Facebook
    ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

    Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów (ebook)(audiobook)(audiobook)

    Autor:
    Anna Badkhen
    Wydawnictwo:
    Wydawnictwo Kobiece
    Wydawnictwo:
    Wydawnictwo Kobiece
    Ocena:
    Bądź pierwszym, który oceni tę książkę
    Stron:
    352
    Druk:
    oprawa miękka
    2w1 w pakiecie:
    ePub
    Mobi

    Książka

    niedostępna

    Powiadom mnie, gdy książka będzie dostępna

    Ebook

    29,90 zł 33%
    20,14 zł

    Dodaj do koszyka lub Kup na prezent Kup 1-kliknięciem

    Przenieś na półkę

    Do przechowalni

    Opowieści plecionych bez końca dywanów

    Cztery pory roku w afgańskiej wiosce to obraz pełen smutku, melancholii, ale również radości mimo wielu trudów życia. Anna Badkhen urodzona w Leningradzie, obecnie mieszkająca w Filadelfii stworzyła niezwykły portret ludzi, którzy mają niewiele, ale nawet tym chcą się dzielić. W czasach, kiedy pisarze zbyt często oglądają Afganistan zza płotu strzeżonego przez amerykańskich żołnierzy, autorka reportażu robi zupełnie inaczej: postanawia samotnie spędzić cztery pory roku na zupełnym odludziu. Taka perspektywa, a także miłość dziennikarki do kraju i jej gospodarzy – pozwoliła odmalować osobliwe piękno surowej codzienności. Wyjątkowo sugestywnie i plastycznie opisuje miejsca ludzi, kulturę i tradycje. W samym środku afgańskiej pustyni, we wiosce tak odległej, że nie da jej się zlokalizować nawet w Internecie, przy krośnie siedzą kobiety i wraz z dziećmi ręcznie wyplatają przepiękne kwiatowe wzory. W tym miejscu, w którym heroina kosztuje mniej niż ryż, mieszkańcy wioski wiedzą jedno – Ziemia jest płaska niczym dywan. Przywołując symbol czterech pór roku, w trakcie których kobiety i dzieci zamieszkujące wioskę Oka tkają, jak co roku, kolejny dywan, autorka ukazuje blaski i cienie codziennej egzystencji w afgańskiej wiosce.

    (…) O czwartej rano na pustyni pojawiły się cztery czarne sylwetki podążające na zachód wzdłuż krętego piaszczystego szlaku. Trzy osoby i osioł. Biały niczym jogurt łuk księżyca schował się godzinę wcześniej i szlak wił się niewidzialny w gęstym mroku przedświtu, który już malował niebo na horyzoncie. Panowała nienaruszona cisza. Na południu toczący się po rozgwieżdżonym marcowym niebie Wielki Wóz wydobył z gąbczastych ciemności zarys gór.

    Prowadził Amanullah. Zręcznie omijałwidoczne tylko dla niego kolce Cousiniai niemal przezroczyste kule grzęsiołków, przeskakiwał dobrze sobie znane nory pustynnych zajęcy, instynktownie okrążał głazy. Szedł równym tempem. Nie pochylał się, by wypatrywać śladów owiec. Nie spoglądał też w górę, aby skorzystać z pomocy gwiazd – nie znał ich nazw ani konstelacji. Po co? Gwiazdy to niemiarodajne sygnały poruszające się po nieboskłonie według własnego widzimisię niczym prowadzący życie nomadów turkmeńscy praojcowie. Nie zdarzyło ci się widzieć, jak jedna nagle odrywa się od swojej gromady i przecina czerń, szukając nowego domu? Amanullah szedł na pamięć. Przy czym wiedza ta nie należała tylko do niego, po prostu zapisała się w podwójnej helisienastępnych pokoleń, które pokonywały ten szlak przez kolejne tysiąclecia. To było sedno peregrynacji, nieskazitelna kwintesencja odziedziczonego po przodkach niepokoju (…)

                                                                                                               Fragment książki

    Zamknij

    Wybierz metodę płatności