ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Syberyjski Sen. Opowieść bezdrożna

“Idziemy systemem 20/10. 20 minut marszu, 10 odpoczynku. Ten system pozwala przetrwać.(…) Mięśnie, nieprzywykłe do takiego wysiłku niecierpliwie czekają na przerwę. (…) Idąc z plecakiem widzę tylko drogę i skupiona jestem na sygnałach płynacych od ciała. Czuję naprężone ciało, niemalże widzę, jak pracują poszczególne elementy stawu kolanowego. (…) Mam wrażenie, że nogi stawiam siłą woli. Pot spływa z czoła….”

Kiedy zaczęłam czytać wspomnienia Zofii Piłasiewicz “Syberyjski sen”, natychmiast nasunęło mi się porównanie z inną książką, “Dziką drogą” Cheryl Strayed, o pieszej wędrówce samotnej kobiety północnoamerykańską ponad 1100-milową trasą (Pacific Crest Trail) od pustyni Mojave do granicy między Oregonem i Waszyngtonem .
Obydwie autorki doskonale rozumiem. Znam to uczucie przeraźliwego zmęczenia, kiedy liczy się każdy kolejny krok, a ciężar przybija do ziemi. Kiedy po postoju nie ma się siły podnieść plecaka z ziemi i kiedy wydaje się, że kiedy za bardzo odchyli się do tyłu, upadnie się na plecy… Dlatego obydwie książki odbieram bardzo osobiście.
Autorkami i bohaterkami obydwu są kobiety. Jedna idzie pieszo, samotnie przez Amerykę, druga z przyjaciółmi przedziera się przez tajgę, a potem płynie katamaranem syberyjską rzeką. Ale obydwie opisując wędrówkę skupiają się na wysiłku fizycznym, ograniczeniach ciała, które trzeba pokonać. Ten fizyczny ból, który sprawia,że każdy kolejny krok stawia się nadludzkim wysiłkiem, zajmuje ważną część wspomnień obydwu kobiet.
Do tego walka z naturą, dziką przyrodą, bo obydwie trasy – syberyjska i amerykańska, to nie szlaki, gdzie co kilkanaście kilometrów czeka bar albo schronisko. Czasem to ścieżka, wydeptana przez konie, czasem trzeba iść na azymut. Ze sobą dźwiga się zapasy żywności, namioty, śpiwory, a w wypadku grupy syberyjskiej – także kajaki, które posłużą do zbudowania katamaranów.
Spływ rzeką , kiedy już zdejmie się ciężar z pleców będzie wymagać użycia innych mięśni, tym razem podczas wiosłowania.
Wędrówki z plecakiem, z pełnym obciążeniem (i to w czasach, kiedy namioty i śpiwory ważyły więcej niż dziś) nie są mi obce. Zdarza mi się ruszać “na szlak” i dziś (choć teraz już lajtowo, do 10 kg na plecach), ale po książkę Zofii Piłasiewicz sięgnęłam z jeszcze innego powodu. Chciałam sobie przypomnieć klimat tajgi i Syberii.

Syberyjski sen Zofii Piłasiewicz i moja Syberia

Spędziłam tam z plecakiem trzy tygodnie prawie dziesięć lat temu. Ja wtedy poruszałam się trochę pieszo, trochę marszrutkami, a trochę rybackim kutrem (to po Bajkale). Obrazy tajgi i marszu z Piku Czerskiego, kiedy po całodniowej ulewie tak przybrały strumienie, że brodziliśmy po pas w wodzie, mam przed oczami do dziś. Tym bardziej “czuję” i potrafię sobie wyobrazić klimat opisywany w książce Zofii Piłasiewicz “Syberyjski sen”.
I ekipa Zofii i moja zaczęła wyprawę od dworca w nadbajkalskiej Sliudance. Tyle tylko, że my poszliśmy się wspinać na Pik Czerskeigo, a potem ruszyliśmy do buriackiego Arszanu, a ekipa Zofii pojechała dalej na zachód, minęła Buriację i przedzierała się przez Tuwę.
I kiedy my płynęliśmy przez Bajkał kutrem, a wysokie fale były problemem wynajętego przez nas kapitana, oni wiosłowali sami, walcząc z progami i “białą wodą”, gdzie każdy błąd mógł kosztować życie.

Ale kiedy czytam, jak Zofia z przyjaciółmi rozbija obóz na brzegu rzeki, jak palą ognisko, przygotowują złowione ryby a potem patrzą w rozgwieżdżone niebo, to mam przed oczami moje wieczory i wszystkie moje “kostiory” nad brzegiem Bajkału…
Podobnie znajomo wyglądają opisy syberyjskich, drewnianych wsi, zaniedbanych, ale z obowiązkowo misternie rzeźbionymi obramowaniami okien.
I podobnie pijani Buriaci…
I podobne wrażenia z podróży koleją transsyberyjską…

Nieprawdopodobną przyjemność sprawiła mi ta lektura.

Polecam ją także:

- wszystkim tym, którzy nie potrafią spędzać wakacji pod parasolem na leżaku
- ciekawym opisów pierwotnej, nieskażonej przyrody, gdzie spotkanie niedźwiedzia nie jest niczym niezwykłym
- tym, którzy chcą wiedzieć, jak żyją Rosjanie i inni obywatele Rosji na krańcach imperium i jak zmienił się kraj (czy w ogóle się zmienił) od czasów sowieckich
- Oczywiście także tym, którzy kiedykolwiek otarli się o Syberię (nieważne jaką jej część), a szczególnie tym, którzy zawędrowali tam z plecakiem
- wszystkim przeszłym i przyszłym pasażerom kolei transsyberyjskiej

Książka „Syberyjski sen” nosi podtytuł: opowieść bezdrożna. Wydana została przez wydawnictwo Bezdroża. Jej autorka, Zofia Piłasiewicz relacjonuje w niej swoje dwukrotne spływy rzekami syberyjskiej republiki Tuwy (w 2003 i 2005 roku).

Na koniec wyjaśnienie dotyczące głównego zdjęcia: drzewa obwieszanego wstążeczkami. Podobne drzewa opisuje także Zofia Piłasiewicz w „Syberyjskim śnie”. Spotkać je można w Buriacji. To „święte drzewa”, szarfy oznaczają modlitwy. Pierwotna religią Buriatów, jak widać do dzisiaj popularną, jest szamanizm. To szamani zawieszają te szarfy-modlitwy.
blogi.dziennikzachodni.pl Anna Ładuniuk, 2014-04-21

Cząstki przyciągania. Jak budować niestandardowe kampanie reklamowe

Natalia Hatalska ekspert w dziedzinie alternatywnych form komunikacji i blogerka, prowadząca blog o tematyce marketingowej hatalska.com, oddaje w nasze ręce potężnych rozmiarów album „Cząstki przyciągania. Jak budować niestandardowe kampanie reklamowe.”

To 200 stron i ponad 150 przykładów nietypowych, polskich akcji marketingowych, które szokują, zachwycają, wywołują uśmiech, ale przede wszystkim są warte zapamiętania i docenienia. Hatalska w pierwszej, dość krótkiej części wprowadzającej prezentuje teorię rozprzestrzeniania się wartościowej reklamy niestandardowej niczym wirusa, który szybko opanowuje organizmy wywołując epidemię społeczną. Następnie opowiada jakimi cechami powinna charakteryzować się kampania aby stać się takim właśnie reklamowym wirusem. Dalej jest już tylko ogromna dawka przykładów i inspiracji.

Kampanie nie są prezentowane w porządku chronologicznym, ale przyporządkowane hasłom.

Autorka podzieliła je według siedmiu słów – kluczy, które stanowią podstawę niestandardowych kampanii. To właśnie tytułowe cząstki przyciągania, którymi są: zaangażowanie, bliskość, użyteczność, emocje, kontekst, czas i zaskoczenie. W każdym dziale znajduje się kilkadziesiąt przykładów na to jak różnorodnie można rozumieć i realizować te poszczególne elementy. Każdy z nich jest dobrze zobrazowany oraz posiada opis, w którym zawarta jest idea kampanii, nazwa marki, dla której była realizowana kampania, nazwa agencji prowadzącej całą akcję oraz rok jej przeprowadzenia. Mimo, że opisy w niektórych miejscach są zbyt krótkie, przez co gdy się chce lepiej zrozumieć daną kampanię trzeba przeszukiwać internet, to jednak zebranie tak wielu kreatywnych i pomysłowych kampanii reklamowych w jednym miejscu jest warte słów uznania. Autorka wyróżniła także kilka kampanii odnośnikiem „warte uwagi”, choć moim zdaniem lepiej nie kierować się tym kluczem. Mimo, że album jest obszerny całość czyta i przegląda się szybko, dlatego dobrze stworzyć swoją, subiektywną listę kampanii wartych uwagi, będących inspiracją dla działań każdego kreatywnego umysłu.

Na końcu autorka zawarła krótki słowniczek tłumaczący trudne pojęcia żargonu reklamowego i marketingowego.

Całość wydana przez OnePress w dużym formacie, na dobrym papierze, w formie eleganckiego albumu, który powinien znaleźć się na półce każdego fana marketingu i reklamy, jak również tych, którzy w życiu poszukują nietypowych i oryginalnych rozwiązań.
POLSKA Justyna Bakalarska, 2014-05-05

Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny

Krzysztof Samborski – dziennikarz i zapalony motocyklista, jak sam o sobie pisze: „już nie turysta, ale jeszcze nie podróżnik” – zabiera nas w podróż rzadko uczęszczanymi drogami Azji Centralnej.

Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, czy zachodnie Chiny to miejsca mało popularne wśród turystów. Aby dostać się z jednej wioski do drugiej nierzadko pokonać trzeba setki kilometrów bezkresnych stepów, przejścia graniczne otwierane są czasem zaledwie kilka razy w tygodniu, a jeśli w ciągu dnia spotka się na swojej drodze więcej niż dwa pojazdy, można już mówić o tłoku na trasie. To kraina, w której czas płynie inaczej, a jej mieszkańcy, chociaż ostatni raz widzieli cię kilka lat temu, witają cię z otwartymi ramionami niczym serdecznego przyjaciela. Kraina, którą być może nie każdy miałby odwagę odwiedzić, ale o której z pewnością warto poczytać.

Dla Samborskiego nie jest to bynajmniej podróż w nieznane – raczej podążanie do tego samego, znanego już celu nieco innymi trasami, niezmiennie na ukochanym motocyklu. Za najlepsze podsumowanie „Zjadłem Marco Polo” niech posłużą zawarte we wstępie słowa samego autora: „Można by sądzić, że dziś nie ma już czego odkrywać. Co mogłoby być wyczynem na miarę podróży Herodota, Ibn Batuty, Magellana, Shackletona czy Livingstone’a? (…) Zapraszam do innego podróżowania. Do wędrówki dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje »ja«, zrozumieć to, co ważne, i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie”. I to właśnie atmosfera, w pełni oddająca sens tych słów, jest najmocniejszą stroną tej książki. Jazda przez górskie przełęcze, spanie pod gołym niebem, zajadanie się lokalnymi przysmakami, niespieszne kontemplowanie krajobrazu… Spotykani po drodze ludzie najczęściej żyją bardzo skromnie, wielu z nich spędziło całe życie w jednym miejscu i niejednokrotnie musiało zmierzyć się ze śmiercią najbliższych. A mimo to bez wahania można określić ich mianem szczęśliwych. A Samborski uczy się od nich tego poczucia szczęścia.

Książka obfituje w zaskakujące, często komiczne szczegóły, takie jak scenki, w których Samborski dogaduje się z pogranicznikami, czy historia pewnego Amerykanina, który na afgańskim odludziu… postanowił otworzyć niewielki hotelik. Dodatkowo Samborski chętnie sięga po notatki Bronisława Grąbczewskiego, polskiego dziewiętnastowiecznego podróżnika i badacza Azji Środkowej, który eksplorował te same tereny. Zamieszczenie w książce cytatów z jego dziennika to naprawdę świetny pomysł, pozwalający na porównanie, jak na przestrzeni ponad stu lat zmienił się sposób podróżowania.

Choć w ogólnym rozrachunku książkę czyta się z przyjemnością, trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że powstała ona z bardzo luźnych notatek, które nie do końca udało się połączyć w zgrabną całość. Tekst bywa nieco chaotyczny: niektóre wątki Samborski rozwija aż nadmiernie, podczas gdy inne „zbywa” zaledwie kilkoma zdaniami – zupełnie jakby nie mógł się zdecydować, czy pisze dla kompletnego laika, czy jednak dla czytelnika obeznanego już nieco z opisywaną przez niego krainą. Również liczba fotografii, najczęściej zajmujących całe strony, przyprawia czasem o ból głowy – tekst przetykany jest zdjęciami tak gęsto, że dość łatwo jest zgubić wątek. Nie można jednak odmówić im urody i z pewnością stanowią ważne dopełnienie całości, chociaż książka nie ucierpiałaby wcale, gdyby było ich nieco mniej.

Krzysztof Samborski ma to ogromne szczęście, że odnalazł już swoje miejsce na ziemi. A książka „Zjadłem Marco Polo” jest całkiem udaną próbą przybliżenia go czytelnikom.
mojeopinie.pl Marysia Kabat, 2014-04-02

Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina

Jeżeli „Mołdawianie w kosmos nie lietajut biez wina” (wydawnictwo Bezdroża, 2014), miałoby mieć jakieś hasło przewodnie, to byłoby nim prawdopodobnie: „tu przecież nic nie ma”. Słowa powracające przez całą książkę, jak mantra powtarzane przez przyjezdnych, przejezdnych i samych mieszkańców. Ale czy aby na pewno? Przecież mamy przed sobą pełne 242 strony!

Mołdawia. Czyli nie Macedonia, ani tym bardziej nie Mongolia. Napis na półce, który za każdym razem mijamy, kiedy szukamy w supermarkecie wina. Absurdalna ojczyzna Bachusa, dziś trochę zapomniana przez bogów, winna ziemia obiecana, którą zjeździć można „marszrutką”. Judyta Sierakowska pisze o niej: kraj wina, mamałygi, słoneczników, tabaki i jednonerkowców (bo często, żeby mieć za co żyć, ludzie sprzedają własne organy).

Książka Sierakowskiej jest głównie o Gagauzji, czyli najbiedniejszym obszarze na południu Mołdawii. Autorka opisuje swój wyjazd do Komratu epizodami, poświęcając każdej z „przygód” po kilka stron, przez co tworzy właściwie nie spójny obraz, a chaotyczny kalejdoskop mołdawskich zwyczajów i zachowań. Ale taka właśnie wydaje się Gagauzja – wielki kocioł, do którego wrzucono szczątki tradycji rozmącone przez komunę, biedę, miłość do wina, dumę z języka, którego nie ma i wreszcie niesamowitą gościnność, tak bardzo kontrastującą z obcością współczesnej Europy. Tym samym „Mołdawianie...” to opowieść o kraju, który ciągle nie potrafi się jednoznacznie zdefiniować i określić oraz o jego mieszkańcach, szukających własnego miejsca w tym absurdalnym świecie, gdzie wszystko zagryza się chlebem i popija winem. I może dlatego właśnie, książka Sierakowskiej to również opowieść o tym trunku (który polewany jest nawet dzieciakom), bo wino jest w Gagauzji ważne, a Mołdawianie są z niego dumni przynajmniej tak bardzo, jak Polacy ze swoich wieszczów narodowych. Jest więc trochę o produkcji wina, trochę o tym jak się je w Komracie i okolicach chleje (bo przy tych ilościach na pewno już nie pije) i trochę o winnych festiwalach.

W sumie wina jest tam tyle, że książka mogłaby być jedną bełkotliwą, pijacką historyjką, ale zamiast tego, Judyta Sierakowska serwuje nam pisaną z przymrużeniem oka opowieść o kraju, gdzie czas się zatrzymał, a wszyscy tęsknią trochę za nie wiadomo czym. Autorka świetnie lawiruje pomiędzy tematami, przez co kolejne „rozdzialiki” nie nudzą, chociaż zdaje się, że wraz z numeracją stron rośnie też i poziom absurdu. Sierakowska nie jest „stuprocentową turystką” i nie patrzy na Komrat z zewnątrz, ale staje się prawie częścią rodziny Pana Sławka i Ludy, dzięki czemu opisuje prostą, mołdawską, domową codzienność, kontrastując ją z tradycją i kulturą Polski. To też stanowi ogromną zaletę książki, która przybliża czytelnika nie do abstrakcyjnego obrazu kraju „na pokaz”, ale do życia jego mieszkańców. Przekonajcie się!
monoloco.pl Anna Wyszyńska, 2014-05-04

Mistrz sprzedaży. Wydanie 3 poszerzone

Ze sprzedażą jest jak ze sportem. Albo będziesz amatorem, zadowalającym się słabymi lub średnimi wynikami, albo przerzucić się na zawodowstwo i zaczniesz intensywny, regularny trening.

Jak tego dokonać? Warto zacząć od lektury książek autorstwa sprzedawców, którzy odnieśli sukces w swoim fachu. Na pewno zalicza się do nich Arkadiusz Bednarski. W „Mistrzu Sprzedaży” dzieli się on własnym, wieloletnim doświadczeniem. Najpierw jako sprzedawcy, potem trenera i mentora tysięcy osób, chcących doskonalić kwalifikacje i wspinać się coraz wyżej w dyscyplinie zwanej „sprzedażą”.

Nie będę wnikał w szczegóły, żeby recenzja nie rozrosła się do rozmiarów kilkustronicowej rozprawki, np. o skutecznym przeprowadzeniu rozmowy telefonicznej czy etapach sprzedaży. Techniki i porady znajdziesz czytelniku w „Mistrzu Sprzedaży”. To, na co chciałbym zwrócić uwagę to dwie kwestie.

Pierwsza, podręcznik napisany jest w przystępny, treściwy sposób. Druga, jest szczerym świadectwem o tym, że skuteczna sprzedaż nie powstaje po dotknięciu magicznej różdżki czy pogłaskaniu tej czy innej mądrej książki. To ciężka i systematyczna praca, jak w sporcie, przynosząca satysfakcję i rezultaty. Jeżeli tylko tego chcesz i wejdziesz na tą drogę.
Z życia książek Przemek Opłocki, 2014-04-29
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL