Facebook
    ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

    Już nikogo nie słychać (ebook)(audiobook)(audiobook)

    Wydawnictwo:
    Czwarta Strona
    Wydawnictwo:
    Czwarta Strona
    Ocena:
    Bądź pierwszym, który oceni tę książkę
    Stron:
    512
    Druk:
    oprawa miękka
    2w1 w pakiecie:
    ePub
    Mobi

    Książka

    39,90 zł 24%
    30,40 zł

    Dodaj do koszyka

    Ebook

    31,91 zł 20%
    25,53 zł

    Dodaj do koszyka lub Kup na prezent Kup 1-kliknięciem

    Przenieś na półkę

    Do przechowalni

    Do przechowalni

    Retro kryminał z najwyższej półki

    Już nikogo nie słychać to fantastyczna powieść kryminalna z wciągającą fabułą, umiejętnym myleniem tropów, znakomitym humorem i nieoczekiwanym zakończeniem. Książka stanowi kolejny dowód na wyjątkowy talent literacki Ryszarda Ćwirleja. Akcja powieści rozgrywa się w Poznaniu, w listopadzie 1926 roku. Do miasta ma przyjechać Józef Piłsudski. Nad bezpieczeństwem Marszałka czuwać będzie komisarz Antoni Fischer. Jednak napięta po przewrocie majowym atmosfera w kraju, narastające nastroje antysemickie oraz ciągle ścierający się bolszewicy i narodowcy nie ułatwiają komisarzowi zadania. Na domiar złego w mieście dochodzi do zbrodni. Młody praktykant znajduje ciało zastrzelonego właściciela zakładu pogrzebowego, Alojzego Kaczmarkiewicza. Jego siostrzeniec Anastazy Olkiewicz, zasłużony w czasie wojny bolszewickiej przodownik policji, za punkt honoru stawia sobie złapanie zabójcy. Niedługo potem, w podobny sposób, ginie działacz partii narodowej, mecenas Olgierd Witecki. Fischer nie ma ani chwili do stracenia, jak najszybciej musi znaleźć groźnego zabójcę.

    (…) Jak na listopad było całkiem ciepło. Adolf Paterek, siedemnastoletni praktykant w zakładziepogrzebowym Charon przy ulicy Wielkie Garbary 25, stał przed bocznym wejściem do firmy od strony ulicy Woźnej, paląc skręconego przed chwilą papierosa. Palił, bo nie miał nic lepszego do roboty. Od kwadransa bowiem powinien już być w środku zakładu, tymczasem brama prowadząca na podwórze wciąż była zamknięta. Pewnie szef zaspał, więc zaraz zejdzie z góry ze swojego mieszkania, gderając jak zwykle, pogoni go do roboty. Miał dzisiaj zajmować się przygotowaniem pięknej dębowej trumny dla poważnego klienta, świętej pamięci kupca kolonialnego Antoniego Boniewskiego, który zszedł był dwa dni temu, dostawszy się pod koła rozpędzonej dorożki. Ludzie mówili, że sam był sobie winien, bo wracał do domu gospody przy Półwiejskiej tak pijany, że ledwie mógł utrzymać się na nogach. Podobno zdarzało mu się pijać codziennie, więc zdaniem tych, którzy dobrze znali życie, jego ziemska wędrówka musiała się prędzej czy później tak zakończyć. Powiadali też, że jego młodej, trzydziestoletniej żonie taki obrót spraw był całkiem na rękę, bo po co jej zapijaczony, stary pryk, jak wokół tyle młodego kwiatu. Tym bardziej, że jako wdowa nie miała powodów do narzekań.W końcu cały majątek męża przypadł jej ichjedynej córce. Trzeba przyznać, że umiała to docenić. Okazała mężowi należny szacuneki wdzięczność, zachowując się nader godniei zamawiając dobrym zakładzie pogrzebowym porządną trumnę z dębowej deski, nie ze zwykłej sośniny, co natychmiast zauważyły wszystkie sąsiadki tak skore do obmawiania, gdyby tylko nadarzył się ku obmowom pretekst (…)

    Fragment książki

    Zamknij

    Wybierz metodę płatności