Udział w konkursach miss wiele mnie nauczył - nie tylko, jak chodzić po scenie, jak się zaprezentować i jak dobrze wyglądać. Przede wszystkim dał mi p

Udział w konkursach miss wiele mnie nauczył - nie tylko, jak chodzić po scenie, jak się zaprezentować i jak dobrze wyglądać. Przede wszystkim dał mi pewność siebie i wiarę we własne siły. Wiem też, że udawanie kogoś innego niż osoba, którą się jest, to droga donikąd, bo tym, co masz najcenniejszego, jesteś ty sama.

Pozostanie sobą jest dużo ważniejsze niż realizowanie oczekiwań innych i przejmowanie się każdą krytyką. Jeśli się nie poddasz i będziesz ciężko pracować na sukces, to prędzej czy później uda ci się osiągnąć swój cel. Jest to o tyle ważne, że może się okazać, że podczas konkursu zostaniesz zauważona nie tylko przez jury, ale także przez producentów filmowych lub muzycznych. Bardzo często ludzie z branży obserwują występy uczestniczek. W moim przypadku wystarczyło, że na widowni podczas jednego z moich występów w konkursie Supermodel International w Bangkoku siedziała ekipa producencka z Bollywood. Zobaczyli mój występ w konkursie talentów i postanowili nawiązać ze mną kontakt. Podeszli do mnie podczas afterparty, żeby pogratulować występu i dostania się do finałowej piątki. Usłyszałam wtedy również, że właśnie przymierzają się do kręcenia filmu w Bollywood i chcieliby powierzyć mi w nim rolę. „No jasne — pomyślałam wtedy. — Ilu to ludzi wręczało mi wizytówki, snując bajeranckie opowieści”. To przecież stały element takich imprez i niespecjalnie jest się czym podniecać. Większość finalistek konkursów miss słyszy setki takich opowieści, w których obiecywane są złote góry. Również tym razem podeszłam do tego bez większych oczekiwań i szybko zapomniałam o tej propozycji.

Jakie jednak było moje zdziwienie, kiedy po kilku tygodniach od powrotu z Tajlandii producenci filmowi rzeczywiście się do mnie odezwali. Wysłali mi scenopis filmu z prośbą o przeczytanie i podjęcie decyzji, czy byłabym zainteresowana zagraniem głównej roli kobiecej. Co więcej, reżyser filmu koniecznie chciał zobaczyć przez Skype’a, jak wyglądam, jak mówię, i przekonać się, czy potwierdzą się zdania producentów, że nadaję się do wybranej roli. Oczywiście byłam zainteresowana rolą i z chęcią podjęłam telekonferencyjną rozmowę z reżyserem. Tu od razu pierwsza niespodzianka: reżyser zapytał, czy byłam kiedyś w Afganistanie, czy znam tamtejsze klimaty i czy dam sobie radę, grając dziewczynę… z tego właśnie kraju. A ja o Afganistanie nie miałam najmniejszego pojęcia. I co tu odpowiedzieć? Przyznać się do kompletnej ignorancji w tym temacie i pozwolić, żeby szansa zagrania głównej roli w bollywoodzkim filmie przeszła mi koło nosa? Nie ma takiej opcji. Powiedzieć, że jest się światowej klasy ekspertką od Afganistanu? Przecież kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później wyjdzie na jaw, że ściemniam. Wtedy przypomniałam sobie słynne powiedzenie Charlesa Bronsona, z którego później uczyniłam swoje życiowe motto: „Jeśli ktoś oferuje ci niesamowitą możliwość, a ty nie jesteś pewien, czy sobie poradzisz, powiedz »tak«! Później nauczysz się, jak to się robi!”. Więc długo się nie zastanawiając, odpowiedziałam, że przecież jestem zawodową aktorką, wiele też wiem o kulturze Bliskiego Wschodu i jestem pewna, że świetnie poradzę sobie z takim aktorskim wyzwaniem. „Dobrze —odpowiedział reżyser. — Proszę zatem o nagranie sceny z fragmentem scenariusza i przesłanie tego wideo”. Co było robić? Przeczytałam wszystko, co udało mi się znaleźć o Afganistanie, obejrzałam kilka filmów, po czym… nagrałam telefonem komórkowym wskazaną scenkę i ten materiał wysłałam e-mailem do Bollywood. Musiało się spodobać, bo kilka tygodni później leciałam już do Delhi na zdjęcia próbne!

Siedząc w samolocie, pomyślałam sobie, że nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to i tak właśnie przeżywam fantastyczną przygodę. Lecę na miesiąc do Indii na koszt producentów filmu! Już samo to jest wspaniałym przeżyciem, a co dopiero, kiedy rzeczywiście uda się zdobyć rolę. Wtedy pomyślałam sobie, co by było, gdybym wówczas, w tej skype’owej rozmowie z reżyserem filmu, się poddała. Gdybym, jak pewnie większość osób, stchórzyła i uległa podszeptowi niskiego poczucia własnej wartości mówiącemu: „Przecież to się nie może udać!”. Gdzie bym była, gdybym uwierzyła fotografowi z mojej pierwszej fotograficznej sesji, który uprzedzał mnie, że nie mogę liczyć na żadną karierę? Gdybym uwierzyła tym wszystkim ludziom, którzy kręcili się wokół ze swoim typowym tekstem: „Jesteś za niska”? Nie wiem, ale na pewno nie siedziałabym w samolocie do Indii.

Nie poddałam się na żadnym z etapów, nawet kiedy się okazało, że pozyskanie wizy jest właściwie niemożliwe. W ambasadzie powiedziano mi wprost, że w Indiach jest wystarczająco dużo aktorów, więc po co tam jeszcze ja? Usłyszałam, że nie mam dużych szans na otrzymanie wizy. Nie przekonywał ani podpisany wstępny kontrakt, ani też moja niezłomna postawa, że i tak tam polecę. Co zrobiłam? Niby nic wielkiego: przesiedziałam na korytarzu ambasady bite pięć tygodni, codziennie dobijając się do drzwi z prośbą o wydanie wizy. Dzień w dzień po kilka godzin. Dawno tam pewnie nie widzieli tak zdesperowanej wariatki! Konsul miał już dosyć mojego widoku, więc za wszelką cenę usiłowano się mnie pozbyć. Wymyślali kompletnie absurdalne rzeczy: a to załatwianie dodatkowych kwitków, a to wysyłanie mnie na drugi koniec miasta po jakieś nieistotne papiery.

A ja z uporem maniaczki robiłam wszystko, co mi kazali. Przynosiłam po kolei każdy głupi kwitek i im dłużej tam przychodziłam, tym bardziej się orientowali, że mnie po prostu nie da się zbyć. Byłam tak uparta, że w końcu udało mi się tę wizę wychodzić. Wydaje mi się, że przyznali mi ją tylko dlatego, żebym wreszcie dała im spokój. Z jednej strony, nie chcieli uwierzyć, że taka młoda dziewczyna jedzie do Indii kręcić film, z drugiej strony, chcieli się mnie pozbyć. Ja jednak nie zamierzałam się poddać i walczyłam do ostatniego dnia. I w końcu, z duszą na ramieniu, odebrałam wizę dosłownie dzień przed wylotem.

Na szczęście im więcej musiałam zebrać dokumentów, im więcej informacji o moim pobycie przedstawić w ambasadzie, tym więcej szczegółów tego pobytu poznawałam. A im większą wiedzę miałam na temat tego, gdzie i po co lecę, z jakimi ludźmi będę pracować i co się będzie ze mną działo, tym mniejsza stawała się obawa przed samotną, pierwszą w życiu wyprawą do Indii. Już tyle wiedziałam, tyle dokumentów poświadczało tę wiedzę, że lecąc tam sama, w ogóle nie czułam strachu, że może mi się tam przydarzyć coś przykrego. I chyba również moi rodzice — po wielu doświadczeniach z moimi samotnymi zagranicznymi wyjazdami — zrozumieli już, że tak czy siak nie odpuszczę tych Indii, i też specjalnie nie protestowali. Wiedzieli, że wiara w to, że marzenia można zrealizować, nie pozwoli mi na to, aby się poddać czy zrezygnować. Nawet za cenę podjęcia ryzyka.


* Artykuł stanowi fragment książki pt. „Za kulisami Bollywood” Natalia Janoszek http://ebookpoint.pl/ksiazki/zakubo.htm (Wydawnictwo Editio 2016).

zakubo