Czy można przestać ufać własnej pamięci? I czy da się odnaleźć drogę do siebie, gdy rzeczywistość zaczyna wymykać się spod kontroli? I czy odważyłbyś się/odważyła się otworzyć tajemniczą kopertę, w której list...mówi o przyszłości? "Błękitne koperty" to powieść obyczajowa, która sięga głębiej niż zwykła historia. Wraz z Wydawnictwem Novae Res przygotowaliśmy dla Ciebie wywiad z Martą Jednachowską, autorką książki. Czytaj dalej!  

W swojej najnowszej powieści Błękitne koperty, wydanej nakładem wydawnictwa Novae Res, Marta Jednachowska zabiera czytelników w pełną emocji opowieść o lęku, nadziei i odzyskiwaniu siebie. Autorka, która rozwija swoją twórczość zarówno samodzielnie, jak i w duecie z Jolantą Kosowską, opowiada o inspiracjach stojących za książką, symbolice tajemniczych listów oraz o swojej literackiej drodze. 

 

Wywiad z Martą Jednachowską

 

„Błękitne koperty” poruszają temat lęku, psychoterapii i zaufania do własnej pamięci. Co sprawiło, że postanowiła Pani opowiedzieć właśnie taką historię?

Marta Jednachowska: Uważam, że tematy poruszane w powieści „Błękitne koperty” są niezwykle ważne. Główną bohaterkę, Łucję, poznajemy w chwili, gdy nie ufa już ani własnym zmysłom, ani swoim osądom. Na kolejnych stronach odkrywamy jej historię i stopniowo rozumiemy, co doprowadziło ją do choroby. Zależało mi na pokazaniu procesu, który może prowadzić do tak poważnego kryzysu, ale także drogi powrotu do równowagi.

 

Tajemnicze listy są osią całej powieści. Skąd narodził się pomysł na błękitne koperty i czy od początku wiedziała Pani, dokąd zaprowadzą bohaterkę?

MJ: Słowa napisane na papierze, zaadresowane i wysłane, od zawsze wydawały mi się czymś wyjątkowym i bardzo osobistym. Sama mam w szufladzie kilka kopert, które zachowałam z dzieciństwa. A co, gdyby pójść o krok dalej i sprawić, by listy stały się jeszcze bardziej niezwykłe? Właśnie ta myśl była dla mnie główną inspiracją. Łucja, bohaterka powieści „Błękitne koperty”, co roku, w dniu swoich urodzin, otrzymuje listy od nieznanego nadawcy. Każdy z nich przepowiada przyszłość. Te przesyłki miały dla mnie przede wszystkim znaczenie symboliczne. Kiedy czytelnik pozna całą historię, zrozumie, jak ogromną rolę odgrywają w życiu Łucji.

 

Zwierzęta nie potrafią mówić, a mimo to świetnie komunikują emocje. Czy obcowanie z nimi zmieniło sposób, w jaki patrzy Pani na ludzi i opisuje ich w swoich powieściach?

MJ: W dużej mierze tak. To prawda, że zwierzęta bardzo wyraźnie pokazują nam swoje emocje, ale ta relacja działa w obie strony. Przy zwierzętach nie da się udawać, bezbłędnie wyczuwają każdy fałsz. Wymagają od nas szczerości, na którą sami czasami nie jesteśmy gotowi. Potrafią też zmusić nas do skonfrontowania się z tym, co próbujemy przed sobą ukryć. Dzięki temu możemy świeżym okiem spojrzeć na nas samych, a jednocześnie uważniej przyglądać się ludziom wokół nas. Takie szczere, wnikliwe i odrobinę krytyczne spojrzenie pomaga mi tworzyć bohaterów i przenosić ich na karty powieści.

 

Debiutowała Pani wspólnie z mamą, Jolantą Kosowską, a dziś pisze także samodzielnie. Czego nauczyła Panią ta wspólna literacka droga i co zmieniło się w Pani sposobie tworzenia?

MJ: Każda kolejna powieść, zarówno ta pisana samodzielnie, jak i tworzona w duecie,  jest dla mnie niezwykłą przygodą oraz szansą na dalszy rozwój. Wspólna praca z Jolantą Kosowską wzbogaca mój warsztat i daje nam obu mnóstwo radości. Bardzo cenię każdą radę mojej współautorki i zawsze mogę liczyć na jej literackie wsparcie. Samodzielne pisanie to zupełnie inny rodzaj pracy. Uczy większej odpowiedzialności za każdy element historii, a z każdą kolejną stroną pozwala mi coraz lepiej szlifować warsztat. Nie mogę się doczekać następnych powieści pisanych w duecie, jak i samodzielnie.

 

Gdyby mogła Pani zostawić czytelnikom jedno przesłanie po lekturze „Błękitnych kopert”, jakie by ono było?

MJ: Nikt nie może nam pomóc, jeśli sami nie zrobimy pierwszego kroku. „Błękitne koperty” to powieść o zagubieniu siebie i utracie kontaktu z tym, co prawdziwe. To jednak również historia o nadziei, która pozwala wierzyć w lepsze jutro, oraz o sile potrzebnej do tego, by odnaleźć i odzyskać samą siebie.

 

Poznaj bliżej ebook "Błękitne Koperty"
 

Okładka - Błękitne koperty - Marta Jednachowska

(ebook)

28.79 zł 35.99 zł (-20%)

(26,85 zł najniższa cena z 30 dni)

Komu ufasz bardziej: własnemu umysłowi czy swoim bliskim? Co roku, w dniu swoich urodzin, Łucja otrzymuje tajemnicze listy. Zawsze wyglądają podobnie mają błękitną kopertę, złote zdobienia i tego samego nadawcę. Anonimową przyjaciółkę, która zdaje się wiedzieć o życiu kobiety więcej, niż ona sama, a do tego opisuje rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły. Przez lata Łucja trzyma tę korespondencję w sekrecie, ale w końcu dzieli się tajemnicą ze swoim narzeczonym, Przemkiem. Właśnie wtedy wszystko zaczyna się psuć. Pudło z kopertami nieoczekiwanie znika, a ukochany informuje ją, że nigdy tak naprawdę nie istniało. Łucję nękają niepokojące halucynacje, przez co zaczyna wątpić, czy to, czego przez lata doświadczała, wydarzyło się naprawdę. Tylko terapia może pomóc jej znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Czy błękitne koperty były jedynie wytworem jej wyobraźni? A może komuś bardzo zależy, by uwierzyła, że traci rozum?

 

Przeczytaj fragment ebooka "Błękitne Koperty"

"– Co pa­nią do mnie spro­wa­dza?

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Dwa fo­te­le, sto­lik na kawę i pu­deł­ko chu­s­te­czek, biur­ko z kom­pu­te­rem sta­cjo­nar­nym, tur­ku­so­we ścia­ny i duża dra­ce­na w ką­cie. Pod ścia­ną sta­ro­świec­ki gra­mo­fon przy­kry­ty de­li­kat­ną war­stwą ku­rzu. Duże okno, przez któ­re po­kój wy­da­wał się więk­szy i po­god­niej­szy. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ga­bi­net psy­cho­te­ra­peu­tycz­ny, któ­ry ma stwa­rzać miłą at­mos­fe­rę, a w rze­czy­wi­sto­ści jest taki, jak każ­dy inny. Prze­sad­nie przy­tul­ny, da­ją­cy złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­kój dla świ­rów, jak by to po­wie­dział mój oj­ciec, ale ja daw­no prze­sta­łam in­te­re­so­wać się jego zda­niem.

Psy­cho­te­ra­peut­ka Mag­da­le­na Sar­niak usia­dła na fo­te­lu na­prze­ciw­ko mnie. Uśmie­cha­ła się do mnie de­li­kat­nie. Była w śred­nim wie­ku i mia­ła ła­god­ną twarz. Gdy­bym spo­tka­ła ją w in­nych oko­licz­no­ściach, po­my­śla­ła­bym, że robi miłe wra­że­nie. Te­raz wy­da­wa­ła mi się obca i nie­przy­stęp­na, a uśmiech tyl­ko do­kła­dał jej sztucz­no­ści. Taki za­wo­do­wy, wy­stu­dio­wa­ny uśmiech.

– To skom­pli­ko­wa­ne… – za­wie­si­łam głos.

Za­brzmia­ło głu­pio i in­fan­tyl­nie. Pew­nie więk­szość jej klien­tów tak wła­śnie za­czy­na­ła mó­wić o swo­im pro­ble­mie. Wszy­scy lu­dzie za­kła­da­ją, że są uni­ka­to­wi, je­dy­ni w swo­im ro­dza­ju, wy­jąt­ko­wi, a ich trud­no­ści nie­po­wta­rzal­ne. Tak na­praw­dę wszy­scy wal­czą z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi, z któ­ry­mi nie po­tra­fi­my so­bie po­ra­dzić. Je­ste­śmy nud­ni i tak samo za­gu­bie­ni. Może nie ra­dzi­my so­bie z na­szą zwy­czaj­no­ścią i to jest nasz głów­ny pro­blem?

Ko­bie­ta nie po­spie­sza­ła mnie. Mia­ła na ko­la­nach lap­to­pa, na któ­rym za­pi­sa­ła moje dane i pew­nie chcia­ła ro­bić no­tat­ki. Nowy Mac­Bo­ok w ja­sno­tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na­wet jej sprzęt wy­da­wał się pa­so­wać do tego wy­re­ży­se­ro­wa­ne­go wnę­trza. Za­wie­si­łam wzrok na sto­li­ku, któ­ry nas od­dzie­lał. Le­ża­ło na nim pu­deł­ko chu­s­te­czek i sta­ła do­nicz­ka z su­ku­len­tem. Gru­bo­szo­wa­ty był lek­ko przy­wię­dły, a to ro­śli­na, któ­rą trud­no usu­szyć. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się przed się­gnię­ciem do to­reb­ki i wy­cią­gnię­ciem z niej bu­tel­ki z wodą, żeby pod­lać umie­ra­ją­cą ro­śli­nę. Opa­ko­wa­nie chu­s­te­czek było dość jed­no­znacz­ne. Ja nie czu­łam się bez­sil­nym płacz­kiem i nie chcia­łam być tak trak­to­wa­na.

– Moje pro­ble­my ja­kiś czas temu za­czę­ły mnie przy­tła­czać – spró­bo­wa­łam mó­wić da­lej.

Od­wró­ci­łam wzrok od pu­deł­ka z chu­s­tecz­ka­mi i prze­nio­słam go na ko­bie­tę. Je­śli chcia­łam otrzy­mać po­moc, to mu­sia­łam się zmu­sić do dal­sze­go mó­wie­nia.

– Po­zor­nie wszyst­ko w moim ży­ciu jest do­brze. Je­stem zdro­wą, mło­dą oso­bą. Z za­wo­du je­stem gra­fi­kiem. Pra­cu­ję w do­brym wy­daw­nic­twie. Zaj­mu­ję się ilu­stro­wa­niem ksią­żek dzie­cię­cych i lu­bię to, co ro­bię. Mam ko­cha­ją­ce­go na­rze­czo­ne­go, z któ­rym miesz­kam – wy­li­cza­łam. – Nie mamy pro­ble­mów fi­nan­so­wych. Po­win­nam być za­do­wo­lo­na z ży­cia. Po­mi­mo to wszyst­ko za­czę­ło się wa­lić.

Zro­bi­łam ko­lej­ną prze­rwę, ale psy­cho­te­ra­peut­ka na­dal się nie od­zy­wa­ła. Za­no­to­wa­ła coś w kom­pu­te­rze i po­now­nie utkwi­ła we mnie wzrok. Uśmie­cha­ła się lek­ko. Mia­ła mło­dą twarz. Sta­now­czo za mło­dą jak na swój wiek. Zmarszcz­ki na szyi zdra­dza­ły, że mia­ła oko­ło czter­dzie­stu, może pięć­dzie­się­ciu lat. Na­gle przy­szło mi na myśl, że pew­nie nie ta­kich świ­rów jak ja go­ścił ten po­kry­ty żół­tym ko­cem fo­tel, na któ­rym sie­dzia­łam. Pew­nie na nich wszyst­kich pa­trzy­ła tak samo. Z lek­kim uśmie­chem, po­zor­nie życz­li­wie, ale jed­nak oce­nia­ją­co.

– Mój psy­chia­tra stwier­dził u mnie za­bu­rze­nia lę­ko­we z na­pa­da­mi pa­ni­ki i ha­lu­cy­na­cja­mi. Od roku je­stem na le­kach prze­ciw­de­pre­syj­nych. Bio­rę ser­tra­li­nę, w daw­ce pięć­dzie­się­ciu mi­li­gra­mów na dobę. Do­dat­ko­wo od pew­ne­go cza­su uczęsz­czam na psy­cho­te­ra­pię. Jest pani moją dru­gą te­ra­peut­ką. Z po­przed­nią spo­ty­ka­łam się przez kil­ka ty­go­dni. Nie­ste­ty, na ra­zie nie wi­dzę żad­nych efek­tów le­cze­nia far­ma­ko­lo­gicz­ne­go i psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne­go – wy­du­si­łam z sie­bie na jed­nym od­de­chu. Mó­wie­nie su­chych fak­tów przy­szło mi ła­twiej. Były rze­czo­we i po­zba­wio­ne emo­cji. Mo­głam je wy­re­cy­to­wać bez an­ga­żo­wa­nia się.

– Zwol­nij­my i za­cznij­my od po­cząt­ku… – prze­rwa­ła mi psy­cho­te­ra­peut­ka. Głos Mag­da­le­ny Sar­niak brzmiał cie­pło. Po­my­śla­łam, że ide­al­nie pa­su­je do wy­stro­ju ga­bi­ne­tu. – Chcę pa­nią do­brze zro­zu­mieć. Mó­wi­ła pani o za­bu­rze­niach lę­ko­wych. Ja­kie ma pani ob­ja­wy? Co do­kład­nie pani przez to ro­zu­mie?

– Cza­sa­mi czu­ję się, jak­bym mia­ła umrzeć. Moje ser­ce ko­ła­cze, jest mi go­rą­co, nie mogę zła­pać głę­bo­kie­go od­de­chu, pocą mi się dło­nie. Od­dy­cham płyt­ko i szyb­ko. Rzad­ko uda­je mi się wziąć więk­szy haust po­wie­trza, tak jak­bym była pod wodą i tyl­ko na chwi­lę wy­nu­rza­ła się na po­wierzch­nię. Cza­sa­mi chce mi się wy­mio­to­wać albo mu­szę szyb­ko po­biec do to­a­le­ty.

– W ja­kich sy­tu­acjach tak się dzie­je?

– Trud­no mi do­kład­nie po­wie­dzieć. To są bar­dzo róż­ne sy­tu­acje. Bywa, że są to stre­su­ją­ce wy­da­rze­nia w pra­cy. Cza­sa­mi w cza­sie co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Zda­rza się, że w środ­ku nocy wy­ry­wam się ze snu z ta­ki­mi ob­ja­wa­mi. Bu­dzę się zla­na po­tem, z szyb­kim bi­ciem ser­ca, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton albo wy­śni­ła naj­strasz­niej­szy kosz­mar, ale go nie pa­mię­tam. Czu­ję lęk, kie­dy za dłu­go je­stem sama w domu albo wręcz prze­ciw­nie, kie­dy je­stem oto­czo­na przez ob­cych lu­dzi. W tłu­mie na­ra­sta we mnie nie­po­kój, dla­te­go za­czę­łam omi­jać za­tło­czo­ne miej­sca. Nie chcę się ośmie­szyć, je­śli na­gle nie będę mo­gła zła­pać tchu. Kie­dy ota­cza mnie tłum ob­cych, to czu­ję, jak­by każ­da oso­ba chcia­ła się na mnie rzu­cić, za­ata­ko­wać mnie i zro­bić mi krzyw­dę – mó­wi­łam po­wo­li i wy­raź­nie. Chcia­łam, żeby tam­ta mo­gła mnie zro­zu­mieć. – Od­czu­wam też lęk zwią­za­ny z mo­imi oma­ma­mi… – za­wie­si­łam na chwi­lę głos.

Ko­bie­ta mil­cza­ła. Po­my­śla­łam, że nie usły­sza­ła tego, co po­wie­dzia­łam.

– Dużo jest trud­nych sy­tu­acji, w któ­rych boję się, że stra­cę nad sobą kon­tro­lę. Pró­bu­ję uni­kać rze­czy, któ­re mogą mnie prze­ro­snąć. To robi się trud­ne. Nie moż­na omi­jać więk­szo­ści co­dzien­nych sy­tu­acji. Przez to czu­ję się co­raz bar­dziej przy­tło­czo­na – do­koń­czy­łam ci­szej.

– Co to są za ha­lu­cy­na­cje?

Jed­nak usły­sza­ła.

– Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że dzie­ją się rze­czy, któ­re nie mają miej­sca – po­wie­dzia­łam oględ­nie.

(...)

Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li za­czę­łam się otwie­rać przed tą obcą ko­bie­tą. Za­czę­łam czuć do niej odro­bi­nę sym­pa­tii. Opo­wia­da­łam jej o mo­jej ro­dzi­nie, na­rze­czo­nym, przy­ja­cio­łach, z któ­ry­mi w więk­szo­ści nie mia­łam cza­su utrzy­my­wać kon­tak­tu, przez co na­sze wie­lo­let­nie zna­jo­mo­ści po­szły w za­po­mnie­nie. Psy­cho­te­ra­peut­ka sta­wia­ła mnó­stwo py­tań, na któ­re nie za­wsze od­po­wia­da­łam. Nie na­ci­ska­ła mnie. Da­wa­ła mi czas i prze­strzeń. Sta­no­wi­ło to miłą od­mia­nę w po­rów­na­niu z moją po­przed­nią te­ra­pią. Sama nie wiem, kie­dy znik­nę­ło wra­że­nie, że je­stem oce­nia­na. W koń­cu roz­ga­da­łam się tak bar­dzo, że nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mi­nę­ło pra­wie całe spo­tka­nie. Za­le­d­wie mu­snę­ły­śmy mój wła­ści­wy pro­blem. Czu­łam, że chcę da­lej roz­ma­wiać z tą ko­bie­tą. Umó­wi­ły­śmy się, że będę przy­cho­dzić w każ­dy po­nie­dzia­łek o sie­dem­na­stej.

By­łam w za­ska­ku­ją­co do­brym hu­mo­rze, kie­dy wy­szłam z ga­bi­ne­tu. Czu­łam się le­piej. Chy­ba po­trze­bo­wa­łam się wy­ga­dać. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że w koń­cu tra­fi­łam do od­po­wied­nie­go miej­sca.

Szyb­ko wy­ję­łam z to­reb­ki te­le­fon. Na czas spo­tka­nia go wy­ci­szy­łam. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się, żeby nie się­gnąć po ko­mór­kę, gdy w trak­cie te­ra­pii po­czu­łam wi­bra­cje. W cią­gu pięć­dzie­się­ciu mi­nut Prze­mek za­dzwo­nił do mnie trzy razy.

– Cześć, ko­cha­nie – rzu­ci­łam lek­ko.

– Gdzie ty je­steś?

Od­dy­chał gło­śno do te­le­fo­nu. Był zde­ner­wo­wa­ny. By­wał cza­sa­mi na­do­pie­kuń­czy. To było ko­cha­ne, że tak się o mnie trosz­czył, ale cza­sa­mi prze­sa­dzał. Nie by­łam już ma­łym dziec­kiem. To, że przez chwi­lę nie od­bie­ra­łam te­le­fo­nu, nie ozna­cza­ło, że od razu sta­ło się coś złe­go.

– Za­raz wra­cam do domu – za­pew­ni­łam go.

– A cze­mu cię jesz­cze w nim nie ma? Wy­szłaś z pra­cy dwie go­dzi­ny temu. Na­wet w cza­sie go­dzin szczy­tu dro­ga do domu nie zaj­mu­je aż tyle cza­su. Daw­no po­win­naś być na miej­scu.

– Po­szłam jesz­cze na kawę z ko­le­żan­ką z pra­cy – skła­ma­łam. – Mia­ły­śmy dużo do ob­ga­da­nia. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że za­czy­nam te­raz ilu­stro­wać ko­lej­ną książ­kę. Ha­nia ma na to wła­sny po­mysł, chcia­ła mi o nim opo­wie­dzieć. To dość duży pro­jekt, chce to zro­bić jak naj­le­piej…

– Nie uwa­żasz, że po­win­naś mnie o tym po­wia­do­mić? – prze­rwał mi. – Nie po­my­śla­łaś, że w two­im sta­nie mogę się za­nie­po­ko­ić, kie­dy nie po­ja­wiasz się w domu o tej po­rze co zwy­kle i nie od­bie­rasz te­le­fo­nu?

– Prze­cież nie sta­ło się nic złe­go, za chwil­kę będę – uspo­ka­ja­łam go. – Prze­pra­szam, nie po­my­śla­łam, że mo­żesz się o mnie mar­twić.

– Na przy­szłość in­for­muj mnie o ta­kich rze­czach! – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie. – Wy­cho­dzę na si­łow­nię, nie bę­dzie mnie w miesz­ka­niu. Tak bar­dzo zde­ner­wo­wa­łem się, że coś ci się sta­ło, że mu­szę roz­ła­do­wać emo­cje.

– Do­brze, ko­cha­nie, nie ma spra­wy. Kie­dy wró­cisz?

– Kie­dy skoń­czę tre­ning – rzu­cił krót­ko i się roz­łą­czył."
/ fragment

 

O Autorce

Marta Jednachowska to polska pisarka powieści obyczajowych. Zadebiutowała w 2023 roku powieścią "Spotkamy się we śnie", którą napisała wspólnymi siłami z Jolantą Kosowską - prywatnie swoją mamą. Panie mają także na koncie dwie części świątecznej powieści "Kalendarz Adwentowy". Pierwszą książką wydaną solo przez Martę był "Toskański ślub", a w 2026 roku dorobek pisarski powiększył się także o "Błękitne Koperty". Powieści Marty wyróżniają się nietypowymi pomysłami na fabułę oraz poruszeniem tematów takich jak manipulacja, zmierzenie się z trudnymi relacjami z bliskimi, problemy rodzinne. Prywatnie Marta kocha zwierzęta, zwłaszcza konie - z zawodu jest lekarzem weterynarii. 

 

Za wywiad dziękujemy wydawnictwu Novae Res. Ebooki i audiobooki Marty Jednachowskiej znajdziecie w księgarni Ebookpoint!