Recenzje:
Prof. Leon Barszczewski to jeden z najwybitniejszych polskich naukowców przełomu XIX i XX wieku. Urodzony na terenach dzisiejszego Podlasia znaczną część życia spędził w Azji Środkowej, gdzie jako pułkownik armii carskiej, jednocześnie geolog, archeolog, glacjolog, eksplorował tereny obecnego Uzbekistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu i Afganistanu. Liczne wyprawy podejmowane byty przede wszystkim w celu wytyczania nowych tras i szlaków dla rosyjskiego wojska, profesor wykorzystywał je również do badania miejscowej fauny i flory, zasobów naturalnych, wreszcie kultury i zwyczajów mieszkańców tych terenów. Owocem wypraw było m.in. odkrycie starożytnego miasta Afrasiab, na miejscu którego znajduje się dziś Samarkanda, przede wszystkim jednak stworzenie bogatej dokumentacji dotyczącej odwiedzanych obszarów w postaci notatek, dzienników i zdjęć. Mimo niewątpliwych zasług, jakie miał prof. Barszczewski dla rozwoju nauki, historia milczy na jego temat. Pamięć o nim kultywuje więc prawnuk uczonego, Igor Strojecki. Do prelekcji i wystaw poświęconych słynnemu przodkowi w ostatnim czasie dołączył biografię. Na kartach "Utraconego świata" Strojecki opisuje okoliczności wcielenia Leona Barszczewskiego do armii rosyjskiej, przybliża jego naukowe dokonania w Azji, życie rodzinne i przeprowadzkę do Siedlec. Całość okrasza fragmentami z dzienników profesora, opisującymi np. zwyczaje ludów poznanych w czasie peregrynacji, a przede wszystkim zdjęciami ilustrującymi azjatyckie krajobrazy i mieszkańców kontynentu. Tak skonstruowana biografia nie jest li tylko zbiorem suchych faktów i dat z życia uczonego, ale powieścią przygodową, której główny bohater - dociekliwy, ciekawy świata badacz - przemierza nieznane wcześniej Europejczykom tereny i poznaje świat i ludzi, których już nie ma.

Magazyn Literacki Książki MO; 2017-05-31


Mam przed sobą  książkę niezwykłą, która bez wątpienia ma dwóch bohaterów. Pierwszy – to jej Autor: Igor Strojecki, drugi – to jego pradziad, Leon Barszczewski.
 
Igor Strojecki  dokonał rzeczy mozolnej, drobiazgowej i trudnej – odnalazł i zebrał spuściznę  swego sławnego ( a dziś -  niestety – zapomnianego) przodka, z niezwykłą starannością  ją uporządkował, opracował i opublikował w postaci książki pod znamiennym tytułem „Utracony świat”!
 
Życiem i tym, co osiągnął oraz pozostawił po sobie Leon Barszczewski można by obdzielić  kilka osób! Jako oficer armii carskiej ( pamiętajmy, że mowa o czasach, gdy Polska jest pod zaborami) przeniesiony zostaje  do Turkiestanu, gdzie pozostaje    21 lat (1876-97)z pasją oddając się poznawaniu i eksploracji  rozległych i w większości jeszcze niezbadanych terenów Azji Środkowej; Pamir, Ałtaj, Buchara, Samarkanda,  Turkiestan , ale i Afganistan, Chiny i Mongolia – przemierzył je w trakcie  kilkudziesięciu ekspedycji wzdłuż i wszerz. W wielu z tych miejsc był pierwszym Europejczykiem, który pojawił się w zagubionych pośród  dzikich, majestatycznych gór kiszłakach ( wioskach). [W jednej  z nich napotka  chatkę buddyjskiego kapłana, który widzi człowieka pierwszy raz  od… pięćdziesięciu lat!] Wykonując polecenia wojskowe bada możliwość górskiego przejścia  między Afganistanem i Indiami. Penetrując  azjatyckie góry wielokrotnie  korygował dotychczasowe mapy, nanosił nowe drogi, badał górskie jeziora i źródła, przede wszystkim jednak oddając się największej pasji swego życia – odkrywaniu i badaniu środkowoazjatyckich lodowców. Leon Barszczewski jest  ich pierwszym  pozaeuropejskim badaczem i najwybitniejszym dziewiętnastowiecznym  znawcą.
 
Z kolejnych wypraw  przywozi okazy flory i fauny (czosnek Barszczewskiego, który rozkwita na wiosnę białym kobiercem pośród leśnego runa nosi nazwę na cześć jego odkrywcy), równolegle z geograficznymi prowadzi też  badania geologiczne i   archeologiczne.  Zbiór jego  wykopalisk z okolic Samarkandy w XIX wieku uznawany był  za największą prywatną kolekcję starożytności regionu Azji Środkowej, którą jeszcze za życia przekazał  nieodpłatnie do Muzeum Historii Samarkandy.
 
 Łatwiej byłoby napisać, czym się  Barszczewski nie zajmował, bo interesowało go absolutnie wszystko! Na jednej ze stron książki aż jedenaście(!)  linijek zajmuje wyliczenie tego, co Barszczewski odkrył w samym tylko okręgu Samarkandy; złoża  rudy żelaza i ołowiu, srebro i węgiel kamienny, turkusy i kryształy górskie, złoto i wiele, wiele, wiele innych.
 
Barszczewski biegle władał  rosyjskim, turkmeńskim, tadżyckim, arabskim i uzbeckim, poznał też lokalne języki i ich narzecza, co pozwoliło mu  nawiązywać bliższe  relacje z półdzikimi ludami azjatyckiego świata na końcu ówczesnej cywilizacji.
 
Leon Barszczewski to nie tylko podróżnik i badacz,  ale przede wszystkim piękny człowiek. Jako pierwszy bodaj Europejczyk  zwraca uwagę i jest pełen współczucia dla trudnego położenia muzułmańskich kobiet, ze swych oszczędności pomaga  polskiej diasporze ( byli zesłańcy, po zsyłce osiedleni w Turkiestanie) doposażyć kościół katolicki.  W swych wędrówkach nigdy nie pozostaje obojętny na los potrzebującego człowieka i gdy zachodzi taka potrzeba, przerywa pracę badawczą i leczy mieszkańców wysokogórskich wiosek dzieląc się z nimi chininą i tym, co akurat posiada.  Sam zresztą w swych Dziennikach (nielicznych, które ocalały) tak o sobie pisał bez cienia kokieterii: „Wiele razy wychodziłem cało z opresji, ale mój stosunek do mieszkańców był zawsze serdeczny, starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół”.  Chyba największym z nich był Tadżyk Jakub, który oddał Barszczewskiemu 19 lat swego życia  jako jego niestrudzony przewodnik i wierny towarzysz wszystkich ekspedycji. Tak po latach wspominał swego pana: „Nigdy nie dał mi odczuć swej wyższości,  (jego) skromność wprawiała mnie w zdumienie. Tylko człowiek prawdziwie  wielki mógł być tak prostym, skromnym, uprzejmym, a jednocześnie ujmującym”.
 
Na okładce książki  czytam, że Leon Barszczewski to  bohater londonowski, to polski Indiana Jones. Trafne porównania! Ja dodałabym  jeszcze: człowiek renesansu – niepospolity umysł o niewiarygodnie szerokich horyzontach, a przy tym  pracowity i  niezłomny.
 
Na koniec należy jeszcze wspomnieć , że poza  rozlicznymi  zainteresowaniami i poza miłością  do lodowców, wielką pasją Leona Barszczewskiego była fotografia. Książkę ubogacają jego liczne  zdjęcia, które  dają wyobrażenie i przedsmak tego, jak przepotężną i groźną, ale i bajecznie piękną  częścią  naszego globu jest Azja Środkowa.  Jego spuścizna  fotograficzna, mimo że w większości zaginęła  w zawierusze dwóch wojen światowych, stanowi dziś unikalny dokument  życia codziennego i społecznego mieszkańców Azji  Centralnej w XIX wieku. Dwadzieścia jeden lat spędzonych  na środkowoazjatyckich ziemiach zaowocowało tysiącami  klisz ilustrujących piękno  gór, dolin, rzek, lodowców. Do dziś dotrwało ich zaledwie kilkaset. Podobnie z jego szkicami, notatkami i dziennikami – świata, który Barszczewskiego fascynował i który dokumentował,  już nie ma, stąd tytuł – „Utracony świat” – zatrzymany jedynie na kliszach w kolorze sepii.
 
„Utracony świat. Leona Barszczewskiego podróże po XIX wiecznej Azji Środkowej” nie jest lekturą łatwą, polecam ją jednak miłośnikom biografii ludzi niezwykłych i przez szacunek dla  benedyktyńskiej pracy jej Autora – Igora Strojeckiego.
 
Na koniec raz jeszcze oddam głos Leonowi Barszczewskiemu. Niech jego słowa  staną się dla nas u progu nowego 2017 roku przyczynkiem do refleksji: „Wszystko można pokonać na świecie dobrym słowem i serdeczną prostotą, nie zaś dumą i pychą”.

http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2017-01-08


Eksplorator

Postać carskiego oficera i badacza Azji Środkowej Leona Barszczewskiego jest podręcznikowym przykładem, kim jest eksplorator: to poszukiwacz, odkrywca, naukowiec. Pozostaje po nim materiał źródłowy, który służył innym do pogłębienia wiedzy o każdej dziedzinie życia na nieznanych ziemiach. Nieprzecenioną zasługą kapitana Barszczewskiego, stacjonującego ponad dwadzieścia lat w Samar-kandzie, było podjęcie badań terenowych obejmujących hydrologię, geologię, etnografię, botanikę, zoologię, glacjologię. Dla Europejczyków Góry Samarkandzkie, lodowce Pamiru czy dzikie pogranicze afgań-skie były z jednej strony fascynujące ze względu na historyczną przeszłość (Barszczewski odkrył m.in. ruiny starych osad), ale jeszcze bardziej interesujące rządy i wywiady Rosji czy Anglii, poszukujące lądowej drogi do Indii, przez wrogie pustkowia gór Tienszan. Wysyłany tam przez armię Barszczewski miał znaleźć szlak, który umożliwiłby carowi ekspansję.
Lata spędzone na wielomiesięcznych wyprawach przyniosły ogromny materiał, który Barszczewski opisał, wystawił w formie artefaktów w samarkandzkim muzeum, w formie fotografii ukazał odchodzący w przeszłość świat tamtych krain. Książka zawiera dziesiątki tych fotografii, choć ich liczba nie jest walorem publikacji: warto było umieścić ich mniej, ale większych. Praca oparta na skumulowanym, ale jakościowo nierównym materiale pamiętnikarskim zachęca do lektury, ale i tu nadmiar wiadomości nie pozwala właściwie ocenić postaci. Barszczewski i jego dorobek bez wątpienia zasługują na (popularno) naukowe opracowanie, prezentujące zakres jego badań i odkryć oraz ich znaczenia dla nauki. Czytelnik tymczasem zyskuje szereg drobiazgowych wspomnień, często konfabulacji, powtórzeń i niewielkiej wartości przedruków z ówczesnej prasy. Co i tak nie przesłania ludzkiego wymiaru badacza godnego przywrócenia naszej pamięci.

Tygodnik Angora Ł. AZIK; 2017-01-08


"Dziewiętnaście lat obracałem się między nimi i nie mogę znaleźć ani jednego przykładu ich rzekomej zwierzęcości, o czym tak chętnie piszą rozmaici podróżnicy" - stwierdził Leon Barszczewski. Jeżeli w XIX wieku ktoś tak pisze o mieszkańcach Azji Środkowej, to znaczy, że trzeba go czytać. A jeżeli do tego jeszcze robi zdjęcia, to okazuje się, że mamy w ręku skarb.

KONTYNENTY


W czasie i przestrzeni podróżujemy, sięgając po "Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej" Igora Strojeckiego. To historia niezwykłego człowieka, zatrzymana w obrazach oraz opisach wypraw. Barszczewski uchwycił w kadrze chwile grozy, ale także utrwalił majestat lodowców i potęgę gór. Jednak najważniejsi zawsze byli dla niego ludzie... 

Dziennik Łódzki Marek Niedzwiecki; 2016-12-07


Aleksander Czekanowski, Jan Czerski, Benedykt Dybowski, Karol Bohdanowicz, Wiktor Godlewski, Bronisław Grąbczewski – to chyba najbardziej znani Polacy, badacze w XIX w. Syberii, Azji Środkowej i innych regionów azjatyckiej części Imperium Rosyjskiego. Było ich, oczywiście, wielu więcej. Zesłańców po powstaniach Listopadowym i Styczniowym, oficerów carskiej armii, rzadziej tych, którzy dobrowolnie wyjechali tam do pracy. Należał do nich również, trochę zapomniany w minionym stuleciu, chociaż ma obszerną notę m.in. w Wikipedii, Leon Barszczewski (1849-1910). Rosyjski oficer, Polak i katolik, który dosłużył się stopnia podpułkownika. Badacz i fotograf, na potrzeby wojska, najpierw terenów i dróg prowadzących z ówczesnego Turkiestanu, przez Afganistan, w kierunku Indii. A następnie, również w cywilnych celach poznawczych, wielu obszarów Azji Środkowej, zwłaszcza gór i lodowców. Jako topograf, geolog, etnograf, przyrodnik – w każdej z tych dziedzin formalnie amator, ale ze znakomitymi rezultatami. Potwierdzonymi członkostwem lub przynajmniej uznaniem towarzystw naukowych. Złotymi medalami uzyskanymi na wystawach fotograficznych w Paryżu i Warszawie. Nazwanie jego imieniem jednego z lodowców w Górach Hisarskich oraz jednej z odkrytych przez niego roślin itp.
 
A obecnie w „Bezdrożach” ukazała się poświęcona mu obszerna i bogato ilustrowana jego zdjęciami książka napisana, po 30 latach badań i zbierania materiałów, przez jego prawnuka. Książka, podkreślę to od razu, szalenie ciekawa. Przybliżająca współczesnemu czytelnikowi nadal mało, lub praktycznie nieznane miejsca. Miejscowości często już nieistniejące. Poza, oczywiście, dużymi miastami, jak Buchara, Samarkanda, Szachrisabs czy Taszkient oraz kilkoma w innych regionach dawnej Rosji. I ich stan oraz życie, zwyczaje itp. ludzi żyjących tam w końcu XIX i na przełomie XX wieku.

Dla mnie książka ta okazała się tym bardziej interesująca, że pół wieku temu odbyłem w tamtych stronach podróż dziennikarską częściowo śladami jednego z największych europejskich reporterów pierwszych trzech dekad XX wieku, Egona Erwina Kischa i jego książki „Asien gründlich verëndert” – „Azja odmieniona”. Poznając także niektóre miejscowości i miejsca, w których żył, lub po których podróżował Leon Barszczewski. I utrwalając ich zmieniony obraz w kilka dziesięcioleci później.

Książka o nim i jego dokonaniach, którą omawiam, składa się z 31 rozdziałów, wstępu i suplementu. Opisuje życie, podróże i badania Leona Barszczewskiego w jego porządku chronologicznym. Z niezliczonymi, szalenie ciekawymi historiami i momentami. Oparta została ona na źródłach. Na ile okazało się to możliwe, gdyż spuścizna, w tym własne relacje tego podróżnika, uległa rozproszeniu oraz częściowemu zniszczeniu w trakcie pierwszej, a zwłaszcza w Warszawie drugiej – i tuż po niej – wojen światowych.

Z jego oryginalnych relacji z podróży i innych tekstów, w języku polskim zachował się większy chyba tylko jeden. Będąc Polakiem i katolikiem, co nie ułatwiało mu kariery w carskiej armii, z żoną i dziećmi rozmawiał po polsku. Ale już z dobrym pisaniem w ojczystym języku miał problemy, co sam przyznawał. Sporo o nim pisali natomiast inni, co autor książki pieczołowicie wykorzystał. Przede wszystkim oparł się jednak na wspomnieniach jego córki, Jadwigi Barszczewskiej – Michałowskiej spisanych pod koniec jej życia.

Co ma swoje plusy, gdyż zawierają one mnóstwo szczegółów także z życia rodzinnego porucznika, później kapitana, w Samarkandzie i innych miejscowościach Azji Środkowej. Równocześnie jednak nie brak w nich historii nieprawdopodobnych, wręcz fantastycznych. Ojciec miał bowiem zwyczaj po powrocie, z niekiedy wielomiesięcznych wypraw, opowiadać o nich, wówczas kilkuletnim dzieciom. W sposób jednak, o czym pisze autor książki, możliwy do zrozumienia przez nie.

Z uproszczeniami, ciekawostkami, ubarwieniami. Wspomnienia córki spisywane po wielu latach mogły więc utrwalić wiele faktów tak, jak je odbierała jako mała dziewczynka. A równocześnie „wygładzać” i idealizować postać oraz osiągnięcia ojca. Nie trudno zwrócić uwagę na takie, mało realne sceny i wydarzenia. Sam autor książki zresztą w kilku przypadkach wyraża wątpliwości, czy mogły one wydarzyć się w rzeczywistości. Nie zawsze chyba jednak dostrzegł niektóre wewnętrzne sprzeczności.

W dziesiątkach miejsc relacji i opisie sytuacji znajdujących się w tej książce, podkreślany jest serdeczny i przyjacielski stosunek Leona Barszczewskiego do tubylców o różnym pochodzeniu etnicznym, kulturze, językach i narzeczach w których mówili. O łatwości z jaką nawiązywał z nimi kontakt – także dzięki poznaniu z czasem kilku miejscowych języków. Oraz uznania, a także przyjaźni – padają nawet słowa o jego uwielbieniu, z jakimi spotykał się z ich strony.

M.in. dzięki leczeniu – chociaż nie był przecież lekarzem – chorych np. na febrę, czy opatrywaniu rannych. I przytaczane fakty jego znakomitych stosunków z miejscową ludnością, podkreślane przez innych europejskich – bo byli wśród nich nie tylko Rosjanie, ale m.in. Francuzi – uczestników wypraw badawczych, w których Leon Barszczewski uczestniczył, lub nimi kierował. Równocześnie jednak w wielu cytowanych jego wypowiedziach aż się roi o „półdzikich ludziach”, czy wręcz narodach, z którymi styka się.

Czy wyrażanych opinii o nich: „jacy oni są dwulicowi, interesowni, w przypadku trudnej sytuacji gotowi zdradzić cię, aby ratować własną skórę…”. Tych sprzeczności autor albo nie zauważa, albo przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Nie brak też informacji co najmniej mało prawdopodobnych, zawartych we wspomnieniach córki oficera – podróżnika, poza tymi, co do których wątpliwości ma sam autor, również innych, nie zauważonych przez niego.

Np. w relacji z kilkutygodniowej rodzinnej podróży m.in. na wielbłądach przez pustynię do Aszchabadu, przeczytać można, że 9-letnia wówczas Jadzia, późniejsza autorka wspomnień, nie tylko świetnie jeździła konno, ale i posługiwała się bronią palną. Zaś jej ojciec władał, (oprócz rosyjskiego, polskiego, francuskiego i niemieckiego), także kilkoma językami egzotycznymi: turkmeńskim, sartowskim, tadżyckim, uzbeckim i… arabskim.

Co do pierwszych czterech, jest to bardzo prawdopodobne, chociaż w opisach konkretnych sytuacji podkreślane jest, iż w rozmowach z tubylcami, korzystał z pomocy zaufanego tłumacza. Ale skąd w tym zestawie wziął się arabski? Przecież w Azji Środkowej nie był on, i nadal nie jest używany. Może poza Koranem, ale recytowanym głównie na pamięć, często bez rozumienia treści Świętej Księgi. A rzekomo po arabsku mieli do niego zwracać się… gruzińscy powstańcy w górach Kaukazu.

Być może w uszach dziewczynki gruziński brzmiał tak samo niezrozumiale jak arabski? Tego rodzaju wątpliwych, czy raczej niewątpliwie wymyślonych, lub źle zapamiętanych, zwłaszcza przez główną autorkę wspomnień, opisów i informacji jest w książce więcej. Dotyczą one również nieścisłości w niektórych odsyłaczach. Przeważnie dosyć dokładnie wyjaśniających, kim był wspominany człowiek, gdzie znajduje się oraz jaką jest miejscowość, rzeka lub inny obiekt na opisywanej trasie podróży. W paru jednak, i to ważnych przypadkach, zaskakujących zwłaszcza niedopowiedzeniami.

Tak np. w odsyłaczu do Tamerlana (Timura Chromego), jest tylko informacja o jego zasługach, także dla sztuki i nauki oraz o zdobyczach. Ale ani słowa o tym, że był on jednym z najkrwawszych władców w dziejach. Do Lhasy, że to „miasto na Wyżynie Tybetańskiej, obecnie w południowo – zachodnich Chinach…”, z pominięciem tak ważnego faktu, że jest ono przede wszystkim stolicą Tybetu. Fatalne są również – ale to już wina wydawcy – opisy, szczególnie całostronicowych zdjęć.

Maleńkimi czcionkami, wzdłuż grzbietowej krawędzi. Trudne nie tylko do przeczytania, ale i ich otwarcia. Są to jednak w sumie drobne mankamenty. Natomiast opisy życia, wypraw, spotkań z tubylcami i innymi badaczami oraz osiągnięć jej bohatera, bardzo ciekawe. Zapowiada je zresztą autor w swoim wstępie pisząc:

„Losy, podróże i przygody Leona Barszczewskiego dziś mogą wydać się zupełnie nierealne. Bo też świata, który obserwował i dokumentował, już nie ma – został na zawsze utracony. Jego ślad trwa jedynie na niezwykłych fotografiach i szklanych negatywach. Podróżnik jawi się współczesnym jako tajemniczy pionier przemierzający nieznane lądy, bohater wyjęty z na poły fantastycznych powieści. Barszczewski bez wątpienia był pionierem – to on był zapewne pierwszym Europejczykiem, jakiego ujrzeli mieszkańcy niejednej wioski leżącej wśród azjatyckich szczytów i lodowców.

Ten obcy tiura z dalekiego kraju szybko zyskiwał ich zaufanie i sympatię dzięki swej otwartości, szczerości i szacunkowi, jakim darzył spotykanych ludzi. Nie bez znaczenia był fakt, że poznał lokalne języki i ich narzecza. Znajomość różnych rzemiosł i sztuki leczenia, posiadane środki medyczne, choć bardzo podstawowe (jak chinina), i zwyczajne „nadprzyrodzone zdolności”, a czasem nawet umiejętności kuglarskie powodowały, że w oczach tubylców stawał się kimś dysponującym niemal cudowną mocą…”.

Przytoczone wyżej przykłady i wątpliwości trochę zaciemniają ten jasny obraz. Ale z ogromnym zainteresowaniem i uwagą czytałem kolejne rozdziały opowieści o życiu oraz działalności tego oficera, podróżnika i badacza. Nawet, jeżeli czasami zżymałem się trochę na mało prawdopodobne, czy wręcz niemożliwe sceny, sytuacje bądź fakty, przedstawiane przez autora. Chyba nie zawsze z dostateczną dawką krytycyzmu w stosunku do źródeł, z których korzystał. Zwłaszcza dziecięcych wspomnień córki podróżnika.

Na szczęście również i innych źródeł. Wynagradzało mi to jednak mnóstwo fascynujących opowieści i relacji oraz ilustrujących wiele z nich zdjęć sprzed ponad wieku. Od opisów i informacji w jakie sposób Leon Barszczewski trafił na ponad 20-letnią służbę w tamten region Imperium Rosyjskiego. Poprzez relację z pierwszej i wielu następnych wypraw. Także wywiadowczych, do których trzeba zaliczyć m.in. badanie przez niego dróg do Afganistanu opisane w postaci częściowego przedruku jego tajnego raportu wojskowego. Czy o „przyjaciołach domu” w Samarkandzie: psie Aracie i wężu Zydze.

Nawet fantazje Jadzi o uzdrowieniu przez Leona Barszczewskiego „królowej gór i lodowców”. O oswobodzeniu przez niego przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. A następnie, prawdopodobnie za to, podstępne uwięzienie carskiego oficera i niemal cudowne jego ocalenie. Przykłady można mnożyć. Zatrzymam się na chwilę przy opisie odkrycia przez niego na wzgórzu Afrasiab, wówczas w pobliżu Samarkandy, obecnie w tym mieście, niedaleko zresztą jego najsłynniejszego zabytku – zespołu Registanu, ruin i skarbów jej poprzedniczki, starożytnej Marakandy.

Mam bowiem podstawy, aby zakwestionować podawane jako bezsporny fakt, odkrycie tego miejsca właśnie przez niego. Podczas mojego pierwszego tam pobytu pół wieku temu, trafiłem bowiem na to wzgórze gruntownie badane wówczas przez ekspedycję archeologiczną Uzbeckiej Akademii Nauk. Miałem zresztą wówczas sporo szczęścia, gdyż w mojej obecności odkopano gliniany garnek ze skarbem srebrnych monet sogdyjskich z IX w. n.e. Ekspedycją tą kierował, trochę na odległość, gdyż z Taszkientu przyjeżdżał tylko raz na kilka tygodni, wybitny badacz i odkrywca starożytnych osad w Azji Centralnej, prof. Szyszkin.

Na miejscu zaś jego zastępca, Michaił Fiodorow. Jak mi się przedstawił, gdy dowiedział się kim jestem, prawnuk Aleksandra Koczanowskiego, polskiego zesłańca po powstaniu 1863 r. Opowiedział mi wówczas o największym odkryciu w trakcie prac w 1966 r.: przed islamskich fresków z VII w. n.e. A także o prowadzonych na tym wzgórzu wcześniej pracach wykopaliskowych. Po raz pierwszy w 1874 r., a więc 11 lat wcześniej, niż rzekomo odkrył je Leon Barszczewski.

Odkopano wówczas ślady cytadeli z okresu przed najazdem (329 r. p.n.e.) wojsk Aleksandra Macedońskiego. Następnie niewielkie wykopaliska prowadzono w latach 1885 – mogły to być wykopki polskiego badacza, chociaż nie wymienił jego nazwiska – oraz w roku 1904. A kolejne, już systematyczne, prace badawcze w latach 1905-1931. Prof. Szyszkin nie przepadał podobno za dziennikarzami, był też zresztą chyba trochę zmęczony, gdyż był to wrzesień – okres zbioru bawełny, gdy w mieście niewiele spraw można było załatwić.

Kto mógł, nawet jak nie chciał, musiał jechać pomagać kołchoźnikom i sowchoźnikom w jej zbiorach. Gdy więc zadzwoniłem do niego do hotelu „Registan” – mieszkałem w innym, „Samarkand” sieci Intourist, znacznie lepszym, bo pozwalała mi na to śmieszna na ówczesne polskie warunki cena – początkowo nie godził się na spotkanie i rozmowę ze mną. Ale na wiadomość, że jestem polskim dziennikarzem, przystał na „15-minutową wizytę”. I… przegadaliśmy w jego nad wyraz skromnym hotelowym pokoju ponad 5 godzin.

Po czym obdarowany zostałem publikacjami profesora z jego dedykacjami. On też mówił mi, że Afrasiab był już wcześniej częściowo badany w ciągu niemal stu lat, m.in. przez ekspedycję francuską jeszcze w czasach carskich. O tym, że wśród badaczy tego miejsca był również Polak, nie było jednak mowy. Być może nawet o tym nie wiedział, lub nie kojarzył rosyjskiego oficera z polskością. Trudno również wykluczyć, że do tego stopnia zapomniano o badaniach Leona Barszczewskiego na wzgórzu Afrasjab, albo nie uznawano ich za istotne.

Ja o nich dowiedziałem się dopiero z tej książki. A przecież część odkopanych wówczas przez niego starożytnych skarbów trafiła, sprzedana Francuzom przez odkrywcę, nawet do paryskiego Museé National des Arts Asiatiques Guimet. O tym też można przeczytać w niej. Pamiętam, że mój reportaż „Tajemnice Wzgórza Afrasjab” opublikowany w cyklu relacji z Uzbekistanu, spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Gdy po raz kolejny byłem w Samarkandzie kilka lat temu, zastałem miejsce wykopalisk nakryte budynkiem muzeum. Zaś w jego ekspozycji wiele odkrytych na wzgórzu skarbów.

M.in. chyba tych samych monet sogdyjskich, które widziałem zaraz po ich odkopaniu w 1966 r. Teraz, w trakcie lektury książki o polskim badaczu, z dużą ciekawością oglądałem zamieszczone w niej stare fotografie zabytkowych budowli Azji Środkowej. Miałem bowiem okazję nie tylko obejrzeć wiele z nich w ich obecnym stanie. Ale również sfotografować je, już w kolorze. Nie wiedząc, że robię to nierzadko z tego samego miejsca lub perspektywy, co fotograf przed ponad wiekiem.

Ale wróćmy do tekstu tej książki. Część zawartych w niej opisów i relacji powstała także na podstawie napisanych przez innych. M.in. bardzo obszernej relacji „Uroczystości weselne w Bucharze Wschodniej” (w książce zajmuje ona prawie 35 stron), napisanej przez Witolda Barszczewskiego (1867-1926), stryjecznego brata Leona i ojca znakomitej aktorki Elżbiety Barszczewskiej, na podstawie notatek oraz opowiadań podróżnika. I opublikowanej w 1902 r. w piśmie „Naokoło Świata”.

Podobnie wykorzystana została, jako częściowy przedruk korespondencji polskiego podróżnika z prof. Władimirem Lipskim, z którym odbył on jedną z wypraw badawczych oraz dziennik Leona Barszczewskiego z tej wyprawy, które stały się podstawą jej opisu. Takie, niezwykle interesujące historie – a przytaczam tylko niewielką ich część, dominują w tej książce. Naprawdę wartej przeczytania. Nie tylko dlatego, że przywraca z zapomnienia postać wybitnego polskiego podróżnika i badacza Azji Środkowej. Ale przede wszystkim dotyczy przeszłości ciągle mało znanego u nas, chociaż zasługuje on na to, regionu świata.

Globtroter CEZARY RUDZIŃSKI; 2016-12-08


Fotografie Leona Barszczewskiego są cennym źródłem informacji Azji Centralnej, choć w ostatnim czasie trochę zapomniane. Pan Barszczewski to nie tylko fotograf, ale też badacz i podróżnik. W dzisiejszym Kazachstanie odnalazł bogate pokłady rud żelaza i złoża granitu. W górach Andak odkrył żyły złota, malachity, turkusy, rudy miedzi i żelaza.To także odkrywca starożytnego miasta Samarkandy, założył tam Muzeum Historyczne.

Uczestniczył w czterech ekspedycjach naukowych, ale najbardziej podobały mi się jego fotografie ukazujące ubiory i aktualnie panującą modę zamożnych członków społeczności Samarkandy. Ludzie ci ubrani w eleganckie czapy, uszyte z luksusowych tkanin jedwabnych, wyglądali w nich bardzo dostojnie. Książka ukazuje takie właśnie zdjęcia, zarówno kobiet jak i mężczyzn, tych bogatych i tych całkiem biednych, są też np. kobiety z zasłoniętymi twarzami. Barszczewski oprócz tego, że był fotografem i podróżnikiem, odkrywcą, był także oficerem Turkieństańskiego Batalionu Liniowego. Jako miłośnik przyrody marzył, aby odwiedzić odległe kresy Rosji.
We wszystko to włożył niemało sił, pracy oraz pieniędzy, a posiadał przecież żonę i pięcioro dzieci. Autor książki Igor Strojecki to zapalony pisarz o Leonie Barszczewskim. Napisał wiele artykułów, o słynnym fotografie, katalogów, a także jest autorem wystaw poświęconych swoim przodkom, bowiem Pan Leon był jego pradziadkiem. Jego motto brzmi: „Być może jeszcze nie narodził się ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.
 
Spuścizna fotograficzna Leona Barszczewskiego jest dziś cennym dokumentem dla mieszkańców Azji Środkowej XIX wieku.
Fotograf uchwyciwszy na zdjęciach szczegóły, ukazujące typy ubiorów i ich zdobienia przybliżył dzisiejszemu czytelnikowi odległe w czasie i inne kulturowe społeczeństwa, które zachwycają wielu podróżników i badaczy.
 
Jeśli choć trochę jesteś zainteresowany Drogi Czytelniku, to zajrzyj do tej książki i poczytaj o ciekawej historii Leona Barszczewskiego i o losach jego rodziny.

Zachęcam do lektury.

DobreRecenzje.pl Dorota; 2016-12-07


Historia niezwykłego człowieka, zatrzymana w obrazach oraz opisach wypraw i życiowych zmagań. Biografia Leona Barszczewskiego, XIX-wiecznego badacza Azji Środkowej, którego dokonania wciąż czekają na odkrycie.

Czytelniku, trzymasz w rękach książkę o naprawdę nieprzeciętnym człowieku. Jej bohaterem jest zafascynowany Azją fotograf i podróżnik, który na szklanych płytach negatywów utrwalił niepowtarzalne widoki krajobrazów i miast Azji Środkowej, zwłaszcza Samarkandy. To dzięki niemu możemy spojrzeć na twarze rdzennych mieszkańców dalekich zakątków Azji sprzed ponad stu lat.

Leon Barszczewski uchwycił w kadrze obiektywu chwile grozy podczas górskich wypraw, utrwalił piękno i majestat lodowców oraz potęgę gór. Jednak najważniejsi byli dla niego ludzie – z jego fotografii spoglądają na nas bekowie i wieśniacy, biedacy i bogacze, tancerze i obłąkani, a nawet muzułmańskie kobiety odsłaniające twarze. Dla wielu z nich Barszczewski był pierwszym spotkanym Europejczykiem. Te jedyne w swoim rodzaju obrazy przenoszą nas w świat zagubiony i nieznany, nieomal baśniowy…

Książka jest swoistym zwierciadłem duszy Leona Barszczewskiego i jego życiowej drogi. Odsłania przed nami wrażliwego artystę i upartego człowieka, jego myśli, pasje i działania. Nieistniejący już świat został odtworzony na podstawie notatek samego fotografa, artykułów publikowanych w prasie oraz wspomnień jego córki, Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej.

Publikacja jest owocem przeszło trzydziestoletnich badań genealogicznych Igora Strojeckiego oraz fascynacji postacią i dokonaniami jego pradziadka – podróżnika i fotografa Leona Barszczewskiego.

na 1 miejscu


Zdjęcia wykonane przez tego słynnego fotografa Samarkandy, przechowywane na szklanych płytkach w tak egzotycznych i niedostępnych miejscach jak lodowce Pamiru, wciąż robią wrażenie magiczne. Ale co to był za ciekawy człowiek! Leon Barszczewski jako członek armii carskiej stacjonował w Samarkandzie, skąd wyprawiał się badawczo i fotograficznie w zakątki tak ciekawe i nieznane, że nawet w XXI w. egzotyczne. Fotografował oczywiście krajobrazy, ale i ludzi. Interesowały go egzotyczne obrzędy i codzienność tamtejszych ludów, do których nie dotarły jeszcze żadne europejskie "nowinki". Leon Barszczewski jest pradziadkiem autora książki.

przewodnik-katolicki.pl


Utracony świat - historia Leona Barszczewskiego, XIX-wiecznego badacza Azji Środkowej! 

Nakładem Wydawnictwa Bezdroża ukazała się niezwykła książka, która jest owocem przeszło trzydziestoletnich badań genealogicznych Igora Strojeckiego oraz fascynacji postacią i dokonaniami jego pradziadka — podróżnika i fotografa Leona Barszczewskiego. 

Bohaterem opowieści jest zafascynowany Azją fotograf i podróżnik, który na szklanych płytach negatywów utrwalił niepowtarzalne widoki krajobrazów i miast Azji Środkowej, zwłaszcza Samarkandy. To dzięki niemu możemy spojrzeć na twarze rdzennych mieszkańców dalekich zakątków Azji sprzed ponad stu lat. Książka zawiera ponad trzysta oryginalnych fotografii sprzed ponad stu lat! 

Leon Barszczewski uchwycił w kadrze obiektywu chwile grozy podczas górskich wypraw, utrwalił piękno i majestat lodowców oraz potęgę gór. Jednak najważniejsi byli dla niego ludzie — z jego fotografii spoglądają na nas bekowie i wieśniacy, biedacy i bogacze, tancerze i obłąkani, a nawet muzułmańskie kobiety odsłaniające twarze. Dla wielu z nich Barszczewski był pierwszym spotkanym Europejczykiem. Te jedyne w swoim rodzaju obrazy przenoszą nas w świat zagubiony i nieznany, nieomal baśniowy…

Nieistniejący już świat autor odtworzył na podstawie notatek samego podróżnika, artykułów publikowanych w prasie oraz wspomnień jego córki, Jadwigi Barszczewskiej-Michałowskiej. Przenieś się do świata, którego już nie ma, zobacz go oczami odkrywcy, fotografa i podróżnika!

...dłuższe obcowanie z półdzikimi mieszkańcami nauczyło mnie wielu rzeczy. Jak fałszywie i źle sądzimy tych biedaków. Najczęściej sami jesteśmy przyczyną nieporozumień, jakie wynikają pomiędzy nami i nimi. Niejednokrotnie sam, zdawało się, byłem w położeniu bez wyjścia wśród tych półdzikich ludów, gdzie byle drobiazg mógł pociągnąć za sobą utratę życia. A przecież zawsze dawałem sobie radę, co zawdzięczam temu, że stosunek mój do mieszkańców był zawsze serdeczny, że starałem się wniknąć w ich życie, zwyczaje i obrzędy, wierzenia i przesądy. Zjednałem sobie wśród nich wielu prawdziwych przyjaciół. Dziewiętnaście lat obracałem się między nimi i nie mogę znaleźć ani jednego przykładu ich rzekomej zwierzęcości, o czym tak chętnie piszą rozmaici podróżnicy.
L. Barszczewski

Igor Strojecki — pasjonat genealogii, publicysta, varsavianista. Z zapałem przywraca pamięć o swoich niezwykłych przodkach, m.in. aktorce Elżbiecie Barszczewskiej, psychologu i wynalazcy Julianie Ochorowiczu oraz pradziadku Leonie Barszczewskim. Jest autorem licznych artykułów o słynnym fotografie Samarkandy, katalogów towarzyszących wystawom oraz obszernego hasła do słownika biograficznego. Jest także autorem i inicjatorem wielu wystaw poświęconych wyżej wspomnianym przodkom, prezentowanych w muzeach i instytucjach kultury w całej Polsce. Często wygłasza prelekcje i udziela wywiadów na temat dokonań swojej rodziny oraz wartości badań genealogicznych. Aktywnie uczestniczy w imprezach kulturalnych, takich jak Noc Muzeów czy Festiwal Nauki. Za swoją społeczną działalność uhonorowany nagrodami (m.in. w roku 2012 otrzymał nagrodę Ludomira Benedyktowicza, a w 2014 “Złoty Liść” Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Retro im. M. Fogga).

Motto Igora Strojeckiego brzmi: “Być może nie narodził się jeszcze ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.

dlaLejdis.pl


Mamy w domu już jedną książkę o tym niesamowitym podróżniku. Leon Barszczewski przez dziewiętnaście lat przemierzał Azję, zapisując w kadrze obiektywu to, co widział. Dzięki niemu możemy dziś zobaczyć, jak pod koniec XIX wieku wyglądały azjatyckie miasta i prowincje. Barszczewski spenetrował dorzecze Amu-darii, przemierzył Tien-szan, Góry Hisarskie i lodowce Pamiru. Badał zwyczaje i wierzenia rdzennej ludności, nawiązał wiele serdecznych przyjaźni i obalił panujące ówcześnie przekonanie, że tereny te zamieszkują „dzicy”.

wokolfaktu.pl Katarzyna Stańczyk; 2016-10-09