Recenzje:
Krzysztof Samborski zabiera nas w podróż do Azji Centralnej, która jest celem jego wypraw od kilkunastu lat. Podróż przez bezkresne stepy, poznawanie ludzi tu zamieszkujących, ich historie, życie. Autor odbywa ta podróże oczywiście na swoim ukochanym motocyklu. Aby pokazać jak zmieniły się formy podróżowania zamieszcza w swojej książce fragmenty dziennika Bronisława Grąbczewskiego, który w dziewiętnastym wieku odbył podobną podróż. Jednak jego wyprawa miała znamiona odkrywania, a autor był po prostu na wyprawie w znane miejsca. Jednak nie znaczy to, że niczego nie odkrył w czasie tych wojaży. Spotkani po drodze tubylcy żyją w większości skromnie, radząc sobie jak mogą z nieprzyjazną pogodą i trudnymi warunkami. Jednak są szczęśliwi, szczęściem ludzi, którzy wiedzą, że to co mają, to i tak więcej niż niektórzy mogą mieć przez całe życie. Autor usiłuje poczuć to ich szczęście, przenieść je na siebie. Książka pełna anegdot śmiesznych i smutnych. Ciekawie napisana, skłania czytelnika do marzeń o wielkich podróżach, o poznawaniu innych kultur.

http://krotkoacztresciwie.blogspot.com Ande; 2015-10-13


Czy mieliście okazję zobaczyć Azję Centralną? Teraz możecie ją poznać patrząc oczami Krzysztofa Samborskiego. Człowieka, którego pasją są dalekie podróże i ciekawość otaczającego świata. Wyruszcie wraz z autorem do Kirgistanu, Tadżykistanu, Chin i Afganistanu, czyli do miejsc, które niestety z biegiem lat się mocno zmieniają i być może niedługo ich uroda i klimat przeminie. Może zarazicie się miłością do podróżowania oraz do samej Azji Centralnej i kolejne wakacje postanowicie spędzić właśnie tam.

Do literatury podróżniczej nie trzeba mnie zachęcać, gdyż lubię ten gatunek literacki. W książce „Zjadłem Marco Polo” z dużą siłą uderza już sam wstęp. Autor doskonale przedstawił to, co dzieje się wraz z rozwojem cywilizacji i pogonią za lepszą pracą, zakupem mieszkania czy samochodu. Ludzie zatracają się w błędnym kole codziennych obowiązków i związanej z nimi rutyny gubiąc gdzieś po drodze coś, co jest równie cenne, czyli właśnie ciekawość. Nie wystarczy obejrzeć świat w telewizorze, trzeba go poczuć i do tego zachęca ta publikacja. Do zwiedzania, ale nie luksusowych hoteli z basenem, w których nie poznamy klimatu odwiedzanego kraju, lecz mało uczęszczanych ścieżek i miejsc takich, które zapamiętamy na całe życie i pozostaną w naszym sercu.

Krzysztof Samborski znany jest z tego, że swoje podróże odbywa motocyklem i tak tym razem częściowo wyglądała jego wyprawa. Od ponad dwudziestu lat jego miłość do Azji Centralnej nie blaknie i stara się on przekazać ją innym. Wyprawa rozpoczyna się od Kirgistanu. Poznajemy Kordaj, w którym uzyskanie zgody na przejście przez granicę to prawdziwa przeprawa. Następnie Biszkek pachnący potrawą beszbarmak zwaną pięcioma palcami oraz piękne, czyste jezioro Issyk Kul o błękitnej wodzie niczym z bajki, otoczone szczytami Tien-Szanu. Podróż usiana jest przeplatającymi się ciekawymi informacjami dotyczącymi potraw, opisami niezwykłych wartych odwiedzenia chociaż mało uczęszczanych miejsc oraz przede wszystkim ich mieszkańców. Ludzi, którzy pomimo wszechobecnej biedy są bardzo gościnni, ufni i uśmiechnięci. W mojej pamięci pozostanie także opis rozgwieżdżonego nieba wśród górskich szczytów wypełnionego spadającymi gwiazdami.

Kolejnym punktem wyprawy jest Tadżykistan, którego cechą charakterystyczną są trudne przejścia graniczne znajdujące się w górach i jeszcze większa bieda. Jest to jedno z najbiedniejszych państw poradzieckich. Sąsiaduje z Afganistanem i Chinami. W tych rozdziałach została wyjaśniona między innymi symbolika tytułu, której nie będę jednak zdradzała, abyście mogli ją odkryć sami. Dowiadujemy się też o jeziorze smoczym i innych miejscach na tym terenie, które warto zobaczyć.

Dalej trafiamy do Chin, gdzie występuje nieustanna pogoń za zyskiem bez względu na poniesione koszty. Państwa znanego z olbrzymich fabryk i taniej siły roboczej. W tym miejscu pomimo panującego komunizmu za wszystko się płaci, nawet karę za posiadanie więcej niż jednego dziecka. To rejon pełen kontrastów. Z jednej strony nowoczesność, z drugiej zaś bogata tradycja.

Ostatnim etapem jest Afganistan, o którym z pewnością każdy słyszał od negatywnej strony: zamachy, przemyt. Jest to najbiedniejsze państwo w Azji, ale poza tym najbardziej uderza brak opieki medycznej, co jest też przyczyną bardzo dużej umieralności. Autor ukazuje ludzi przyjaznych, pomocnych i zaprzeczających naszym wyobrażeniom.

Książka została wydana na bardzo dobrym gatunkowo papierze, co ma jeszcze większe znaczenie przy dużej liczbie niezwykłych zdjęć działających na wyobraźnię i utrwalających przekazywane informacje. Do tego plastyczne, sugestywne opisy i mnóstwo ciekawostek stanowiących w ogólnym rozrachunku jedną spójną całość. Z każdej strony płyną emocje i przelana na papier zostaje pasja Krzysztofa Samborskiego do wypraw w mało znane okolice Azji Środkowej.

„Zjadłem Marco Polo” to warta uwagi książka zarówno ze względu na treść, jak i piękne zdjęcia ludzi i otoczenia. Zachęca do podróżowania ukazując równocześnie, że do tego celu nie jest potrzebny duży budżet, a bardziej chęci i przede wszystkim rozbudzenie ciekawości świata, którą zagłuszamy rutyną dnia codziennego. Autor to wnikliwy obserwator, który poza pięknem prezentuje też zaobserwowane problemy dotyczące zarówno regionów jakie odwiedza, ale także związanych z samą podróżą. Książka dedykowana jest Robertowi – Iziemu, który zginął w wypadku, ale tak jak autor był zafascynowany Azją Centralną i motocyklami.

http://wyczytane-ksiazki.blogspot.com/ 2015-01-28


Chiński syndrom



Państwo Środka. Żaden chyba kraj na świecie nie budzi takiej fascynacji i zarazem lęku. Nigdzie indziej pragnienie zrozumienia odmiennej kultury nie łączy się z próbami dostosowania jej do zachodnich standardów. Warto poczytać, jak w chińskiej rzeczywistości radzą sobie podróżnicy, biznesmeni, awanturnicy.(...)



(...) O ile więc ktoś nie zamierza testować swojej determinacji, tylko poznawać Chiny, lepiej skierować się na prowincję. Tam wciąż można doświadczyć  tradycyjnej kultury i obyczajowości. Tak jak to zrobił Krzysztof Samborski, autor relacji (i pięknych zdjęć) 

z motocyklowej wyprawy po Azji – „Zjadłem Marco Polo” (Bezdroża). Ciekawy fragment poświęcony jest Sinkiangowi, ojczyźnie Ujgurów, dziś regionowi autonomicznemu (tylko z nazwy). To poligon etnicznej unifikacji. Jedno z tych rzadko odwiedzanych przez turystów miejsc, w których zmiana i nowoczesność są jednocześnie opresją oraz zagrożeniem. (...)

Voyage 2014-11-18


Kirgistan, Tadżykistan, Chiny, Afganistan. Kraje nie do końca poznane. Tajemnicze. Podróżowanie przez nie trochę przeraża. Jednak szalę przeważa fascynacja. Do tej pory niewiele wiedziałam na temat dwóch pierwszych. Od niedawna są niepodległymi państwami. Wcześniej były częścią ZSRR. O Chinach już przeczytałam wiele, natomiast Afganistan kojarzył mi się negatywnie. Z Bin Ladenem, terroryzmem. Tysiące kilometrów. Wiele obszarów bezludnych. Jednak dzięki tej pozycji ujrzałam te kraje z innej perspektywy. Wsłuchując się w opowieści ich mieszkańców...

Każde z odwiedzanych miejsc zaskakuje. Kulturą, legendami, historią, religią. Zachwyca także każdorazowo różnorodność dzikich krajobrazów. Stepy, pustynie, jeziora, przełęcze i pokryte śniegiem szczyty gór. Trochę z początku dziwi także fakt, że ludzie tam żyjący mimo biedy są szczęśliwi. Zawsze uśmiechnięci i gotowi podzielić się z przybyszami wszystkim co mają. Wyciszeni i mający czas na oczekiwanie losu. Często nie rozumieją pośpiechu przybyłych, wyznając maksymę "Inshallah" (jeśli Bóg pozwoli). Od czasu do czasu wspominają dawne "lepsze" czasy, ale potrafią się cieszyć z tego co posiadają.

Państwa Azji Centralnej to miejsca, które jeszcze zachowały wiele z dawnych lat. Mimo, że powoli wkracza tam cywilizacja, jednak jeszcze można tam się natknąć na krainy, gdzie życie płynie dawnym rytmem. I właśnie przez takie ziemie podróżuje autor. Kieruje się ku miejscom mniej znanym, rzadziej odwiedzanym przez turystów. Szlakom, gdzie przez wiele kilometrów nie spotyka się żywej duszy.

Więc podróżowałam wraz z nim i jego towarzyszami iveco. Może nie jest to idealny samochód do jazdy takimi trasami, ale dowiózł nas do celu i z powrotem. Najwięcej kilometrów tras przejechaliśmy jednak na motocyklach. Nie nowoczesnych, ale tych starych, które łatwiej samemu naprawić w razie awarii. A warunki ukształtowania terenu i pogoda wcale nie sprzyjały w podróży. Były wrogie, nieokiełznane, nieprzewidywalne. Jakby chciały sprawdzić wytrzymałość fizyczność, pomysłowość i chart ducha uczestników tych wypraw.

Krzysztof Samborski przeplata tu opowieści z wielu swoich ekspedycji, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich 20 lat. Przytacza także fragmenty książek, wypowiedzi innych znanych podróżników (Ryszarda Kapuścińskiego, Marco Polo, Bronisława Grąbczewskiego, Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, Rebiji Kadir). Mimo, że autor był tam już wielokrotnie to nadal odczuwa nieopisane pragnienie powrotu w tamte rejony po więcej. Aby móc ponownie spełnić swoje marzenia.

Pozycja zadziwiająca, bardzo wnikliwa i szczegółowa. Bogata w ciekawe obserwacje i w ekstremalne doświadczenia. Egzotyka miejsc podsycała moją ekscytację. Bije z niej pasja i entuzjazmem. Dzięki niej poznałam inne oblicze tych ziem. Nie cofnę się przed nazwaniem jej unikalną. Bardzo lubię książki z wieloma interesującymi dygresjami, a tu ich nie brakuje.

Lektura przeniosła mnie do innego świata. Chwilami wręcz nierealnego. Jakby baśniowego. Odniosłam wrażenie jakbym odbyła podróż w czasie i przestrzeni. Dawno już nie doznałam jednocześnie tak wielu różnych emocji. Strach, radość, niedowierzanie, oniemienie. Ponadto mnóstwo informacji o geografii, historii, społeczeństwie, kulturze. Muszę przyznać, że udało się tu autorowi oddać niezwykłe oblicze tych terenów z ogromnym uczuciem.

Bardzo długie, męczące wyprawy. Jednak przepełnione niesamowitymi przygodami. To dzięki tej książce pragnę także odbyć tą podróż. Zobaczyć na własne oczy opisywane tu miejsca. Wdychać zapachy, poczuć smaki. Dostrzec piękno, wielokolorowość tamtejszej fauny i flory. Połknęłam ją. Nie byłam w stanie przerwać tej lektury w trakcie czytania. Miłość i fascynacja autora tymi miejscami także i mnie się udzieliła. Niezapomniana przygoda...

hugekultura.blogspot.com 2014-10-24


Marzenie o Azji



Afganistan i Chiny – kraje przewijające często w telewizyjnych czy prasowych newsach, karmiących nas wiedzą podszytą przede wszystkim politycznym kontekstem, dotyczącym albo komunistycznego reżimu albo religijnego ekstremizmu. Z kolei Kirgistan i Tadżykistan brzmią zupełnie egzotycznie i jedyne skojarzenia, jakie wywołują, to pokłosie upadku Związku Radzieckiego i sfera rozrastających się wpływów podsycającej swój mocarstwowy apetyt Rosji. Wszystko razem podszyte jakimś europejskim lękiem przed niebezpieczeństwem, nieprzewidywalnością, brakiem respektowania rozumianych zachodnio wartości i praw. Stąd każdej relacji z tamtego regionu świata warto się przyjrzeć z zainteresowaniem.



„Zjadłem Marco Polo” jest zapisem motocyklowych podróży do tej części Azji, odbytych przez jego autora. Nie jest to jednak poradnik o tym, jak zwiedzać świat na motocyklu, dzięki temu książka może zyskać szersze grono czytelników - także tych, którzy nie podróżują na dwóch kołach. Narracja prowadzona w pierwszej osobie określa sposób opisu - bliska perspektywa spostrzegania oraz ważkość szczegółów i drobiazgów. Krzysztof Samborski nakreśla historyczne tło i obecne polityczne czy społeczne uwarunkowania, ale nie służy mu to prowadzenia analiz na pozbawionym emocji poziomie ogólności. Wszystko odnosi się do tego, co zostało spotkane w czasie odbytej drogi, do sytuacji miniętych czy poznanych bliżej ludzi, do statusu odwiedzonych miejsc. I dlatego jednym z największych walorów tej książki jest jej osobisty wydźwięk. Nieco szorstka, męska opowieść nie stroni od przedstawiania rodzących się w podróży odczuć i wewnętrznych przeżyć. To nie jest tylko opis świata zewnętrznego, często tak bardzo odmiennego od polskich realiów, ale także uczuć i refleksji, jakie ten świat wywołuje w przybyszu z daleka. Ujmujące jest to, że ta odmienność, inność, spotyka się tu z dużym szacunkiem. Skromność warunków życia, a niekiedy wręcz bieda, czasami trudny do zrozumienia światopogląd i obyczajowość miejscowych społeczności, są opisywane bez cienia europocentrycznej wyższości. Autor momentami prowokacyjnie za pomocą tego kontrastu kwestionuje nasz styl życia, zdominowany przez konsumpcję i lęk o pieniądz. I nie trudno się z nim zgodzić, gdy na przykład telewizorowi przeciwstawia możliwość patrzenia w rozgwieżdżone azjatyckie niebo. Niejednokrotnie pada tu pytanie o istotę szczęścia, z zawahaniem, czy to na pewno nasza jego definicja jest jedyna i właściwa. Autor wyraźnie pyta: kto powiedział, że nasze priorytety są lepsze?



Inną kwestią podejmowaną pobocznie w książce jest sprawa sięgania po własne marzenia, znajdywanie w sobie odwagi do podejmowania ryzyka ich realizacji. Ta lektura powstała dzięki przekuciu snutych fantazji w realne cele do osiągnięcia. Podróże odbyte przez autora może nie zawsze były do końca bezpieczne, czasami bywały brawurowe, ale jednak wyjście poza sferę komfortu wynikającego z przewidywalnej polskiej rzeczywistości pozwoliło na poznanie intrygującego fragmentu świata i przeżycie opisanych przygód. Krzysztof Samborski pisze wprost: „Marzenia same się nie spełniają. Trzeba marzyć, pragnienia zamieniać w plany i je realizować. Każdego dnia.” Sam stanowi znakomity przykład determinacji w dążeniu do tego, co dla niego ważne i wartościowe.



Na koniec należy obowiązkowo wspomnieć o formie książki. Dobrej jakości kredowy papier, mapki i mnogość zdjęć znacząco uprzyjemniają lekturę.

Papierowe Myśli Robert Czyżewski


Chiński syndrom

Państwo środka. Żaden chyba kraj na świecie nie budzi takiej fascynacji i zarazem lęku; nigdzie indziej pragnienie zrozumienia odmiennej kultury nie łączy się z próbami dostosowania jej do zachodnich standardów. Warto poczytać, jak w chińskiej rzeczywistości radzą sobie podróżnicy biznesmeni awanturnicy.

Poznawanie Chin przypomina przebijanie się przez pancerz języka, nie całkiem zrozumiałych obyczajów, trudnej historii, ogromu narodu czy przestrzeni.

Zdumienie i bezradność wobec tego żywiołu staje się udziałem wszystkich - zarówno polskiego studenta, jak i niemieckiej gospodyni domowej. Jacek Adamus, autor „Państwa Środka od środka" (Wydawnictwo Dolnośląskie), który spędził rok na tamtejszej uczelni, do kulturowych różnic podchodzi bez specjalnej atencji. Bardziej niż zwyczaje uwodzi go kuchnia (im ostrzejsza, tym lepiej), a o swoich doświadczeniach pisze bez politycznej poprawności, za to ze szczerym zdziwieniem. Z kolei Miriam Collee jest wobec chińskiej rzeczywistości na swój sposób wyrozumiała. Jej książka „W Chinach jedzą księżyc" (Pascal) to zgodnie z podtytułem - „przezabawna historia Europejki w Szanghaju".

Autorka z humorem opowiada, jak zaskakujące mogą być dla człowieka z Zachodu nawet najprostsze sprawy: wynajmowanie mieszkania, nawiązywanie znajomości, łapanie taksówki czy zatrudnianie pomocy domowej.

Te przygody są niczym w porównaniu do realiów opisanych przez Tash Aw w powieści „Pięć okien z widokiem na Szanghaj" (Muza). Losy pięciorga bohaterów - gotowych na wiele, a czasami na wszystko, by przezwyciężyć przeszłość - nie napawają optymizmem. Azjatycki sukces smakuje w ich wydaniu gorzko, a właściwie prowadzi od katastrofy do klęski.

Pozostaje mieć nadzieję, że zasada „Spełnienie obietnic jest zawsze tuż poza zasięgiem ręki" nie dotyczy w Szanghaju każdego.

O ile więc ktoś nie zamierza testować swojej determinacji, tylko poznawać Chiny, lepiej skierować się na prowincję. Tam wciąż można doświadczyć tradycyjnej kultury i obyczajowości. Tak jak to zrobił Krzysztof Samborski, autor relacji (i pięknych zdjęć) z motocyklowej wyprawy po Azji - „Zjadłem Marco Polo" (Bezdroża). Ciekawy fragment poświęcony jest Sinkiangowi, ojczyźnie Ujgurów, dziś regionowi autonomicznemu (tylko z nazwy). To poligon etnicznej unifikacji. Jedno z tych rzadko odwiedzanych przez turystów miejsc, w których zmiana i nowoczesność są jednocześnie opresją oraz zagrożeniem.

Codzienne życie odległych prowincji i zapadłych wiosek to wersja Chin najbliższa sercu Anny Jaklewicz. Autorka książki „Niebo w kolorze indygo" (Bezdroża) wybrała ją celowo i świadomie, wiedziona przeświadczeniem, że właśnie świat etnicznych mniejszości - z całym bogactwem obyczajów i strojów - jest prawdziwie wart dalekiej podróży. I może wbrew pozorom taka rzeczywistość - wiejska, leżąca na marginesie wyścigu do cywilizacyjnej przemiany i zanurzona w przeszłości - jest w Chinach bardziej niezwykła niż świat powstającego imperium.

Voyage PAULINA STOLAREK-MARAT 10/2014


Azja od dawna rozpala moją wyobraźnię, ale ponieważ brakuje mi odwagi do realnego wyruszenia w tak egzotyczne dla mnie zakątki, moje podróże nie wykraczają poza literaturę. Z ogromnym entuzjazmem ruszyłam więc w drogę z Krzysztofem Samborskim, by przemierzyć Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan oraz Chiny.

Autor Zjadłem Marco Polo nie nazywa siebie ani turystą - na to miano nie pozwala dwudziestoletni bagaż podróżniczych doświadczeń, ani podróżnikiem, choć niespokojna dusza nie pozwala mu osiąść na stałe w jednym miejscu. Krzysztof Samborski połączył więc pasję podróżowania z miłością do Azji Środkowej i zajmuje się organizacją wyjazdów motocyklowych do wspomnianych w książce krajów. Sam również podróżuje na motorze, rzadziej samochodem, wybierając rzadko uczęszczane drogi, na których czeka nieznane...

Zjadłem Marco Polo jest zapisem jego podróży po bezdrożach Kirgistanu, Afganistanu, Tadżykistanu oraz Chin, pełnym zachwycających krajobrazów, rzadziej - spotkań z ludźmi i miejscową kulturą. Trochę brakowało mi tego aspektu, większość interakcji z miejscowymi ograniczała się do wymiany zdań z pogranicznikami. Samborski bardziej niż na ludziach skupia się na byciu w drodze; kilometry uciekające spod opon napełniają go energią. Motocyklista swoje doświadczenia porównuje do tych spisanych przez klasyków, Ryszarda Kapuścińskiego oraz Bronisława Grąbczewskiego

Choć w sieci spotkałam recenzje pełne zachwytów, mnie taka podróż pozostawiła z uczuciem sporego niedosytu i szybko uleciała z mojej pamięci. Zjadłem Marco Polo w moim odczuciu jest książką na wskroś męską - zwięzłą, konkretną i pozbawioną emocji, w miłość Samborskiego do Azji Środkowej pozostaje mi więc wierzyć na słowo. Jest to idealna pozycja dla tych, którzy tak jak autor podróżują na własną rękę - trasy zostały szczegółowo przedstawione, a mapki krajów zdecydowanie ułatwiają umiejscowienie autora w przestrzeni oraz zaplanowanie własnego wyjazdu.

Piękna okładka oraz wspaniałe zdjęcia wewnątrz publikacji niech będą zachętą, aby sięgnąć po książkę, a potem ruszyć przed siebie i odkryć to, co do tej pory pozostawało tylko w sferze naszych marzeń.

poczytajka.blogspot.com Iwona Poczytajka, 2014-08-10


Krzysztof Samborski zabiera nas w podróż do Azji Centralnej; która jest jego miłością i celem wypraw od ponad 20 lat. Pokazuje Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan i Chiny takimi, jakimi je poznał i jakie go urzekły. Dzikie i autentyczne. Warto sięgnąć po tę książkę. Usiąść wygodnie w fotelu i w wyobraźni podążyć szlakiem azjatyckiego stepu, dalej na wschód, w stronę niedostępnych gór, w odwiedziny do serdecznych ludzi, którzy tam mieszkają.

Przegląd książki 31/2014


Jak sklasyfikować Krzysztofa Samborskiego, autora podróżniczej książki "Zjadłem Marco Polo"? On sam o sobie mówi, że nie czuje się podróżnikiem, ale nie jest też turystą i zaraz dodaje , że jest typem szwendacza - obieżyświata, którego zachwyca Azja środkowa. Jeździ tam zresztą od 20 lat i choć poznał niemal wszystkie drogi ( w tamtejszych realiach termin mocno naciągany!) wiodące przez odludne i bezludne tereny, wciąż szuka dróg nowych, "nieprzejechanych, najlepiej nieistniejących na mapie".

„Zjadłem Marco Polo” to zwięzły zapis samochodowo – motocyklowego wypadu do Kirgistanu, Tadżykistanu, Chin i Afganistanu. Samborski udowadnia, że dla smakowania urody świata nie potrzeba „wypasionych” aut i zestawu waliz! Jedzie trzynastoletnią półciężarówką Iveco , z której przesiada się na równie wiekowy motocykl pieszczotliwie zwany babcią. W bagażach ma niezbędne części zapasowe i wszystkiego po trzy: 3 pary skarpetek, tyleż samo kompletów bielizny, butów i spodni. I ciekawość świata – bez limitu!


W realiach krajów, które przemierza, orientuje się Samborski znakomicie. Znakomicie też łączy narrację drogi z historycznymi faktami. Te drugie są zawsze bolesne, te pierwsze – urzekające. Samborski opisuje historie ludzi, których spotkał, a którzy nierzadko stali się jego dobrymi znajomymi. Często podkreśla ogromną gościnność ludów zamieszkujących centralną Azję, u których panuje przedziwna prawidłowość: im większa bieda, tym większa bezinteresowna gościnność.

„Zjadłem Marco Polo” to męska literatura – zwięzła i precyzyjna, a przecież niewolna od elementów lirycznych i humoru. Polecam zwłaszcza te ustępy, które opisują spotkania z pogranicznikami pilnującymi umownych granic, „gdzie diabeł mówi dobranoc” , a którzy zawsze spragnieni są w równym stopniu…łapówek jak i kontaktu z przybyszami z nieznanego świata. Ironicznych, a przecież ciepłych opisów „negocjacji” na „posterunkach” nie można opowiedzieć, to TRZEBA przeczytać i poczuć!J

Książka zachwyciła mnie licznymi ( to rzadkość!), pysznej urody zdjęciami. Wysokogórskie kotliny, pustynie i płaskowyże bez początku i bez końca, wysokie pasma górskie zamknięte w kolejnych fotografiach dają jedynie mgliste pojęcie o niewyobrażalnych przestrzeniach azjatyckiego kontynentu ( np. chińska pustynia Takla Makan ma wielkość… Polski!).

Jak już wspomniałam, książka jest zapisem podróży ( „szwendania się”) przez cztery kraje Azji środkowej: Tadżykistan, Kirgistan, Chiny i Afganistan. Mnie najbardziej wzruszyła podróż ostatnia, do Afganistanu. To kraj, w którym co piąte dziecko nie dożywa piątego roku życia, gdzie panuje bieda niewyobrażalna dla Europejczyka, ale to tam – z podpatrywania tego, jak żyją ludzie i co ma dla nich istotną wartość, rodzą się pod piórem Autora refleksje, które każdy czytelnik – myślę – winien przemyśleć, przetrawić. Samborski pisze: „Jeśli ktoś chce gdzieś pojechać, to wychodzi na drogę i czeka, aż pojawi się jakiś pojazd. Czasem dwa, trzy dni, czasem 20 minut”. I konkluduje: „To tu właśnie zrozumiałem, że wprawdzie my mamy zegarki, ale oni mają czas!”.

Gdzie powinna stanąć kołyska w pamirskim domostwie

Jak długa ( i dlaczego) winna być broda tadżyckich mężczyzn

Dlaczego na chińskiej pustyni wolno lać benzynę do aut, a do motocykli już nie

I wreszcie: czym jest tytułowy zjedzony przez Autora Marco Polo

Chcecie wiedzieć Ja już wiem. A wy – przeczytajcie!: )

http://mumagstravellers.blogspot.com/ www.mumagstravellers.blogspot.com (2014-06-09)


Co miał na myśli autor nadając tytuł „Zjadłem Marco Polo”? Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, to nawiązanie do wyprawy do Chin, a także odkrycie czegoś nowego – jak w przypadku znanego podróżnika. Ku mojemu zdziwieniu „Marco Polo” faktyczne Krzysztof Samborski zjadł, a co to było? Nie powiem, dowiedzcie się sami sięgając do książki.

Krzysztof jest pasjonatem motocyklów. Czynnie bierze udział w dalekich wyprawach swoją maszyną. Jego oczkiem w głowie są rejony Azji, a dokładniej: Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan i Chiny. Książka jest właśnie o tych Państwach, gdzie Krzysztofowi zdarza się do nich nie raz wracać. Ta książka jest relacją z podróży odbytej przez Azję Centralną. Nie zapomnę jak zaczęłam czytać wstęp i jak autor „owinął mnie sobie wokoło palca”. Byłam, pisząc kolokwialnie kupiona. Opisał sam wstęp w taki sposób, że koniecznie chciałam jak najszybciej przeczytać całą książkę.

Dla osób, które nie odwiedziły miejsc opisywanych przez Krzysztofa może być chwilowo trudniej w zrozumieniu emocji towarzyszących autorowi, gdyż opisał wszystko bardzo dokładnie, wymienia miejscowości i historie z nimi powiązane. Opisuje tradycję w odwiedzanych wioskach, czy miastach. Pisze o tym czym się zachwycał, co go szokowało, a także przedstawia realia – nawet te smutne i trudne nam europejczykom do zrozumienia. Mijanie granic to nie raz paperologiczne wyzwanie lub zabawne doświadczenie – gdy nie przedstawia się do końca całej prawdy celnikom, a nieco ubarwia własną postać.

Autor przekazuje czytelnikowi ogrom wiedzy merytorycznej, poprzez częste podróże do tych samych miejsc opisuje je na wszystkie sposoby, by jak najtrafniej je odzwierciedlić. Przeczytacie tu bardzo wiele o człowieku. Jacy są miejscowi w opisywanych krajach. Ile jest różnic kulturowych, ile religii i pięknych krajobrazów, którymi przeplatana jest treść książki.

„Zjadłem Marco Polo” to książka o pasji podróżniczej, o odkrywaniu Azji. Dowiemy się tu, że warto czasem wyruszyć poza granice Europy i posmakować innego świata. Niekoniecznie będzie to wyprawa, która kojarzy się z niebezpieczeństwem, nieznajomością języka i strachem. Azja jest dla każdego – tak wywnioskowałam po przeczytaniu książki, która jest pewnego rodzaju przesłaniem.

kirzenska.wordpress.com Katarzyna Irzeńska, 2014-05-24


Zaschło mi w gardle. Od pyłu, kurzu i piachu, który wzbija swoim motocyklem Samborski jadąc przez bezdroża Kirgistanu, Tadżykistanu, Afganistanu i Chin. Cieszę się, że nie jedzie samotnie…

Ma z kim porozmawiać, może dzielić się wrażeniami z podróży. Mimo wszystko chce ponieść wspomnienia podróży do szerszego grona – do Was, Czytelnicy. Choć możecie pomyśleć – czym są słowa, w sytuacji gdy widoków górskich dolin, przełęczy nie da się opisać – to Krzysztof Samborski zdołał pomyśleć i o tym – okrasił książkę barwnymi fotografiami. Każda z nich obrazuje inną drogę, przygodę, człowieka. Z każdą z nich związana jest inna historia.

Gdy wziąłem po raz pierwszy książkę do ręki, a sięgałem do niej później wiele razy, przeraziłem się. Samborski zjadł Marco Polo! Co kto lubi, myślę sobie, oryginalnie jest jeść „specjały” rodem z XIV wieku. Jednak relacja z podróży odkrywa tajemnicę, jaką autor zawarł w tytule. Dziś śmiało mogę powiedzieć: smacznego i na zdrowie!

Lubicie czytać Kapuścińskiego? Polubicie książkę Samborskiego. Z dwóch powodów. Po pierwsze, przez odwołania do książki Kirgiz schodzi z konia. Po drugie – za przekraczanie granicy. Krzysztof Samborski, co zrozumiałe, przekracza wiele granic lądowych. Na każdej z nich – nowa przygoda, nowi pogranicznicy, dla których wspólna jest jedna waluta, która ułatwia komunikację. A propos – bariera językowa z miejscową ludnością to też nie problem dla Samborskiego, który ze swoim motocyklem na azjatyckim płaskowyżu jest na tyle egzotyczny, że nikt nie wymaga znajomości obowiązującego języka. Ostatnia granica, najbardziej interesująca i niespodziewana, jest ta, która pozwala otrząsnąć się ze stereotypów i spojrzeć na mieszkańców Azji nie tylko przez pryzmat terroryzmu, kałasznikowów czy Al-Kaidy. Książka mogłaby być zatytułowana równie dobrze Granice i oddawałaby tę samą wartość.

Czy można stwierdzić, że ta książka jest intymna? Z całą pewnością można tak powiedzieć o podróży, która staje się rytuałem zjednoczenia człowieka z dzikością i nieprzewidywalnością Azji. Sama lektura dostarcza jednak intymnych wspomnień, chwil refleksji, nad którymi pochylić się warto dłużej, choćby z szacunku dla autora.

Zjadłem Marco Polo pokazuje, że warto realizować swoje marzenia, choć nieraz są tak nieosiągalne jak zdobycie K2 zimną. A granice? Dobrze, że książkę, jak każdy paszport, można otworzyć wiele razy.

Peron4.pl Tomasz Siniew, 2014-04-07


Autor książki „Zjadłem Marco Polo” zabiera nas w podróż do czterech krajów Azji Centralnej – Kirgistanu, Tadżykistanu, Afganistanu oraz Chin. Podróż przez bezdroża i pustkowia będzie niezwykła, ponieważ są to dzikie tereny, nieznane większości podróżników, którzy przemierzają wyznaczone i opisane w przewodnikach trasy.

We wstępnie Krzysztof Samborski, podaje definicję oraz pokazuje różnice między podróżnikiem a turystą. Bardzo mi się spodobała, dlatego z chęcią przytoczę fragment książki: „(…) w naszej rzeczywistości nie ma miejsca dla podróżników, zostało tylko miejsce dla turystów. Podróżnika przyjmuje się pod swój dach z wielu powodów: z ciekawości, z gościnności, z życzliwości; turystę tylko z jednego: ze względu na jego pieniądze. Turysta zwiedza świat z przewodnikiem w ręce i w przewodniku szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania: jak tam dotrzeć? Co zobaczyć? Podróż jest trudniejsza i bardziej nieprzewidywalna niż zwiedzanie. Jest chodzeniem po ścieżkach w poszukiwaniu własnej drogi. Nie czuję się podróżnikiem, ale nie jestem też turystą. Jestem typem szwendacza-obserwatora, którego zachwyca świat Azji Środkowej”.

Azja Centralna jest celem i miłością Krzysztofa od ponad 20 lat. Dziennikarz i podróżnik postanowił zmienić swoje dotychczasowe życie i od paru lat organizuje wyjazdy motocyklowe do Afganistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu oraz Chin. Jednak uczestnicy wypraw nie wybierają utartych szlaków, ale często podróżują poza nimi, aby poznać i zobaczyć prawdziwe oblicze azjatyckiego stepu.

Razem z autorem przemierzamy cztery państwa, odwiedzamy miejscowych gospodarzy i mieszkańców jurt, którzy częstują nas kumysem i ajranem, poznajemy życie bez dostępu do elektryczności, z dala od zgiełku dużych miast. Tu czas płynie wolniej, można się zatrzymać i rozpocząć wędrówkę dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, zrozumieć, co jest najważniejsze i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie.

Mnie ta podróż zachwyciła i urzekła. Jako samotny podróżnik nie zdecydowałabym się na taką wyprawę, ale w większym gronie chętnie odwiedziłabym Kirgistan lub Tadżykistan. Powodem jest przede wszystkim brak cywilizacji poza głównymi ośrodkami miejskimi oraz natura i wszechobecne góry. Czytelnik książki „Zjadłem Marco Polo” ma możliwość obejrzenia niesamowitych zdjęć, które zapierają dech w piersiach. Pustkowia, góry, mapy, ale także mieszkańcy najczęściej przewijają się na dołączonych fotografiach.

Czy warto przeczytać książkę? Zdecydowanie tak! Nie tylko dlatego, że to kolejna ciekawa książka podróżnicza (mimo, że tak jest :)), to przede wszystkim dlatego, że autor ma inny, niż spotykamy przeze mnie dotychczas, punkt widzenia. Historie, które przedstawia są tak odległe, że czasami wręcz trudne do uwierzenia. A może dlatego tak jest, ponieważ trudno mi uwierzyć w fakt, że świat taki, jak w tej książce jeszcze gdzieś istnieje?

podrozniczo.pl Marta, 2014-03-12


Krzysztof Samborski w swej książce „Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny" zabiera nas w podróż do Azji Centralnej, która jest jego miłością i celem wypraw od ponad dwudziestu lat. Pokazuje nam tytułowe krainy takimi, jakimi je poznał i jakie go urzekły. Dzikie i autentyczne. Warto z tą książką usiąść wygodnie w fotelu i podążyć szlakiem azjatyckiego stepu, dalej na wschód, w stronę niedostępnych gór, w odwiedziny do serdecznych ludzi, którzy tam mieszkają. Kto wie Może autor zachęci nas do wyruszenia we własną podróż do Azji - śladami Marco Polo...

POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2014-05-12


Zanim wybrałam się w niezwykłą i pouczającą podróż z Krzysztofem Samborskim o państwach Azji Centralnej wiedziałam naprawdę niewiele. Podejrzewam, że tak jak wielu Afganistan kojarzył mi się wyłącznie z wojną, agresją i cierpieniem. Chiny? Chiny to komunizm, ryż, fabryka tandety i kary za posiadanie więcej niż jednego dziecka. Kirgistanu i Tadżykistanu zaś, wstyd się może przyznać, ale nie potrafiłabym pewnie wskazać nawet palcem na mapie. Dzięki książce Samborskiego rozjaśniło mi się trochę w głowie, znak zapytania, jaki pojawiał się w moich myślach na wspomnienie nazw wyżej wymienionych państw, już się nie pojawia. Co nieco już bowiem wiem.

„Zjadłem Marco Polo" to książka człowieka, który sam o sobie mówi „już nie turysta, ale jeszcze nie podróżnik". Krzysztof Samborski Azję Centralną przemierza od dwudziestu lat, najczęściej motocyklem, rzadziej samochodem, wybierając boczne, mało uczęszczane trasy, docierając do miejsc najmniej „dotkniętych" cywilizacją a przez to i najbardziej autentycznych, poznając ludzi, którzy, jak mówi, mają czas, choć to my mamy zegarki. Pasję i zauroczenie autora światem, który przedstawia czytelnikowi, czuć w każdym zdaniu. To nie jest podręcznik do geografii, zbieranina suchych faktów, to książka pełna życia, emocji i spełniających się marzeń. I wiecie co? Samborski naprawdę zjadł Marco Polo, to nie żaden dziwny żart, ani tajemnicza przenośnia.

Choć to książka o motocykliście i jego motocyklowych wyprawach mało w niej rozwodzenia się nad samymi motocyklami i technicznych sprawozdań z trasy. Dla mnie to dobrze, nieszczególnie mnie to bowiem interesuje, nie bardzo się na tym znam i za motocyklami właściwie nie przepadam. Autor stworzył książkę, która może zaciekawić nie tylko miłośników motocykli, ale i każdego innego człowieka. W „Zjadłem Marco Polo" znajdziemy opisy azjatyckich krajobrazów, w tym zwłaszcza monumentalnych, pięknych gór, charakterystykę azjatyckich miejscowości, w tym głównie niewielkich wiosek i co najciekawsze - opisy spotkań z miejscowymi ludźmi, zazwyczaj biednymi, ale niesłychanie gościnnymi i wydaje się, że mimo wszystko szczęśliwymi. Samborski starał się przedstawić czytelnikowi Azję z nieco innej strony, niż czynią to typowe przewodniki. Ze strony, z której sam ją poznał – dzikiej i trochę zapomnianej.

Książka składa się z czterech części. Każda poświęcona jest innemu państwu: Kirgistanowi, Tadżykistanowi, Afganistanowi i Chinom. Sięgnęłam po tę pozycję głównie z powodu dwóch pierwszych, o których miałam nadzieję czegokolwiek się w końcu dowiedzieć i podejrzewałam, że to fragmenty właśnie im poświęcone najmocniej mnie zaciekawią. Stało się jednak zupełnie na odwrót. Kirgistan i Tadżykistan przedstawiony przez Samborskiego w ogóle mnie nie ujął, z wielkim zainteresowaniem zaczytywałam się natomiast w części poświęconej Afganistanowi i Chinom. To jednak bardzo indywidualna kwestia, każdego może w tej książce zainteresować coś innego. Historie podróży autora do wyżej wspomnianych miejsc przeplatane są pięknymi fotografiami, przy których niejednokrotnie dłuższą chwilę potrafiłam się zatrzymać. Niektóre z obrazów zapierają mi dech w piersiach za każdym razem, kiedy na nie zerkam.

Samborski pisze, że chciał tą książką uświadomić ludziom fakt, że nie potrzeba wielkich pieniędzy, aby spełniać swoje marzenia o dalekich podróżach. Wystarczy ogrom chęci i trochę odwagi. Jeśli szukacie motywacji do wyrwania się z rutyny i ruszenia w świat, śmiało - sięgnijcie po tę książkę, a nuż wam pomoże. Jeżeli nie poszukujecie bodźca do działania, a jedynie ciekawych opowieści z drugiego końca świata, to również mogę wam książkę Samborskiego z czystym sumieniem polecić.

Sztukater.pl Keengah


Krzysztof Samborski – dziennikarz i zapalony motocyklista, jak sam o sobie pisze: „już nie turysta, ale jeszcze nie podróżnik” – zabiera nas w podróż rzadko uczęszczanymi drogami Azji Centralnej.

Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, czy zachodnie Chiny to miejsca mało popularne wśród turystów. Aby dostać się z jednej wioski do drugiej nierzadko pokonać trzeba setki kilometrów bezkresnych stepów, przejścia graniczne otwierane są czasem zaledwie kilka razy w tygodniu, a jeśli w ciągu dnia spotka się na swojej drodze więcej niż dwa pojazdy, można już mówić o tłoku na trasie. To kraina, w której czas płynie inaczej, a jej mieszkańcy, chociaż ostatni raz widzieli cię kilka lat temu, witają cię z otwartymi ramionami niczym serdecznego przyjaciela. Kraina, którą być może nie każdy miałby odwagę odwiedzić, ale o której z pewnością warto poczytać.

Dla Samborskiego nie jest to bynajmniej podróż w nieznane – raczej podążanie do tego samego, znanego już celu nieco innymi trasami, niezmiennie na ukochanym motocyklu. Za najlepsze podsumowanie „Zjadłem Marco Polo” niech posłużą zawarte we wstępie słowa samego autora: „Można by sądzić, że dziś nie ma już czego odkrywać. Co mogłoby być wyczynem na miarę podróży Herodota, Ibn Batuty, Magellana, Shackletona czy Livingstone’a? (…) Zapraszam do innego podróżowania. Do wędrówki dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje »ja«, zrozumieć to, co ważne, i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie”. I to właśnie atmosfera, w pełni oddająca sens tych słów, jest najmocniejszą stroną tej książki. Jazda przez górskie przełęcze, spanie pod gołym niebem, zajadanie się lokalnymi przysmakami, niespieszne kontemplowanie krajobrazu… Spotykani po drodze ludzie najczęściej żyją bardzo skromnie, wielu z nich spędziło całe życie w jednym miejscu i niejednokrotnie musiało zmierzyć się ze śmiercią najbliższych. A mimo to bez wahania można określić ich mianem szczęśliwych. A Samborski uczy się od nich tego poczucia szczęścia.

Książka obfituje w zaskakujące, często komiczne szczegóły, takie jak scenki, w których Samborski dogaduje się z pogranicznikami, czy historia pewnego Amerykanina, który na afgańskim odludziu… postanowił otworzyć niewielki hotelik. Dodatkowo Samborski chętnie sięga po notatki Bronisława Grąbczewskiego, polskiego dziewiętnastowiecznego podróżnika i badacza Azji Środkowej, który eksplorował te same tereny. Zamieszczenie w książce cytatów z jego dziennika to naprawdę świetny pomysł, pozwalający na porównanie, jak na przestrzeni ponad stu lat zmienił się sposób podróżowania.

Choć w ogólnym rozrachunku książkę czyta się z przyjemnością, trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że powstała ona z bardzo luźnych notatek, które nie do końca udało się połączyć w zgrabną całość. Tekst bywa nieco chaotyczny: niektóre wątki Samborski rozwija aż nadmiernie, podczas gdy inne „zbywa” zaledwie kilkoma zdaniami – zupełnie jakby nie mógł się zdecydować, czy pisze dla kompletnego laika, czy jednak dla czytelnika obeznanego już nieco z opisywaną przez niego krainą. Również liczba fotografii, najczęściej zajmujących całe strony, przyprawia czasem o ból głowy – tekst przetykany jest zdjęciami tak gęsto, że dość łatwo jest zgubić wątek. Nie można jednak odmówić im urody i z pewnością stanowią ważne dopełnienie całości, chociaż książka nie ucierpiałaby wcale, gdyby było ich nieco mniej.

Krzysztof Samborski ma to ogromne szczęście, że odnalazł już swoje miejsce na ziemi. A książka „Zjadłem Marco Polo” jest całkiem udaną próbą przybliżenia go czytelnikom.

mojeopinie.pl Marysia Kabat, 2014-04-02


"Dziś prawdziwych nomadów już nie ma": Zjadłem Marco Polo

O światach opisanych przez Krzysztofa Samborskiego nie wiemy wiele. Znajdą się nawet osoby, którym nazwy odwiedzanych państw czy regionów nic nie powiedzą. Jak sam autor – podróżujący motocyklista - nakreśla: "Przypisuję sobie spore zasługi w popularyzacji zmotoryzowanej turystyki w Pamirze i Kirgizji. Przed 10 laty był to kierunek zupełnie nieznany naszym rodakom, teraz co roku widzę tu polskie tablice rejestracyjne. Także wielu obcokrajowców podróżujących po tym regionie kojarzy mój nick." [1] Aby nie być gołosłownym, przedstawia czytelnikom Tadżykistan, Afganistan, Kirgistan i Chiny w taki sposób, by zasiać nutkę żalu, że jeszcze tych miejsc się nie odwiedziło.

Kraje wymienione w podtytule kuszą fanów literatury podróżniczej. Nie są one najczęściej opisywane. A przynajmniej mnie nie było dane często na książki o tych państwach trafić. Może jednak zastanawiać, dlaczego… pojawiają się tutaj Chiny? Skoro padają słowa: "Nie lubimy GPS-ów z wgranymi trackami, które prowadzą człowieka krok w krok po śladach poprzedników. Wolimy wytyczać własne ścieżki." [2], skąd pomysł na wjazd do kraju, który wśród podróżników jest bardziej popularny od niejednego azjatyckiego państwa? Otóż nie jest to dobre myślenie. Bowiem Sambor odwiedza regiony, które są trudno dostępne. Pozostaje wierny swojej maksymie i odkrywa przed czytelnikiem miejsca, o których mało kto wie. "Chiny nie kojarzą nam się z islamem, a Sinkiang jest muzułmański. Nieprzygotowani przybysze z Europy przyjeżdżają do Kaszgaru ze swoimi chińskimi stereotypami, wypatrując pagód, rowerów na ulicach, pól ryżowych i skośnookich ludzi w śmiesznych kapeluszach. Zamiast tego widzą meczety, samochody i elektryczne skutery, pola pszenicy i Ujgurów w dopach, czapkach bardzo podobnych do tych, które nosi się w Uzbekistanie." [3] Przyznaję, że i ja złapałam się na stereotypowym myśleniu. Tym milsze było moje zaskoczenie, gdy przewracałam kolejne strony.

Krzysztof Samborski to zapalony motocyklista. Od lat podróżuje po swych ulubionych regionach. "Zjadłem Marco Polo" nie jest wspomnieniem z jednej przebytej trasy. To zebrane historie - spisane tak, jak autor je zapamiętał. Mijający czas nie dodaje jednak obiektywizmu. Ale tym lepiej. Można łatwo zarazić się tą fascynacją.

"Wielu zapewne rozczarowało się, czytając tę książkę, bo liczyło, że będzie bardziej motocyklowa." [4] Autor jednak zapomniał, że nie tylko zapaleni motocykliści lubią czytać taką literaturę. Dzięki temu, że techniczna strona wyprawy jest minimalna, książka jest bardziej dostępna dla pozostałych czytelników. Zaglądając na strony tego tytułu, zostaniecie postawieni pomiędzy wieloma spotkaniami na szlaku. Spotkaniami bardzo sympatycznymi i tymi trudniejszymi, które są zwiastunem kłopotów. Ale nie tylko.

Dzięki Krzysztofowi Samborskiemu poznacie środowisko i przekonania mieszkańców Azji Centralnej. Wraz z nim i jego przyjaciółmi odwiedzicie miejsca, w których każdy przyjezdny budzi niemałą sensację. Ale także możecie oddać się przemyśleniom na temat współczesności i życia w różnych rejonach świata. "Pieniądze psują ludzi. Nasze polskie domy, otwarte kiedyś na przybyszów, coraz częściej zaczynają przypominać te z Europy Zachodniej. Gdy mam problem z motocyklem w Niemczech, nawet nie przyjdzie mi do głowy, by szukać pomocy u jakiegoś Bauera. W Kirgizji czy Tadżykistanie nie muszę się ani chwili zastanawiać, gdzie szukać wsparcia, bo ktoś oferujący gościnę, jedzenie i pomoc pojawia się zanim zdążę pomyśleć." [5]

Sambor próbuje uchwycić piękno mijanych krajobrazów i zastaną teraźniejszość w obiektywie aparatu. "Zdjęcia z północy Europy zapierają dech w piersiach, ale jestem pewien, że za 30 lat będzie można tam zrobić takie same fotografie. Za to Azja Centralna nie będzie już taka sama." [6] "Zjadłem Marco Polo" – jak każda publikacja Bezdroży z tej kategorii – to zbiór cudownych zdjęć. Zdumiewające - jedno słowo, które nie do końca wyrazi efekt zetknięcia z nimi. "Zdumiewające! Tylko tyle? A może aż tyle?" [7]

Ale to wszystko, to tylko preludium, bowiem autor – pisząc tę książkę – zebrał już spisane wcześniej informacje, by przedstawić te najsmakowitsze fragmenty. By porównać i zadumać się jeszcze bardziej. Zatem jest to książka dla tych, którzy cenią sobie taką zawartość. "Wieczorem zaglądam do wspomnień Grąbczewskiego." [8] A także do książek Kapuścińskiego czy Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej. I jednocześnie przedstawia przeszłe dzieje, które rozgrywały się na odwiedzanych terenach. Obrazuje jak wiele mieszkańcy przeszli, jak bardzo zagmatwane są ich losy, jak wielka różnorodność jest pomiędzy ludami zamieszkującymi terytorium tego samego państwa. Ukazuje jednocześnie, jak mocno te światy różnią się od dobrze nam znanych realiów. Ale kto tu jest wygranym, a kto przegranym? "Wprawdzie my mamy zegarki, ale to oni mają czas" [9]

Sambor wielokrotnie zastanawia się nad poczuciem szczęścia wśród mijanych ludzi. Są bardzo biedni. Żyją w środowisku, które nie jest dla nich przyjazne. Ale jednocześnie potrafią udzielić niejednej lekcji człowiekowi Zachodu. "W jurcie pojawiamy się ubłoceni, ale szczęśliwi. Gospodyni z uśmiechem pełnym złotych zębów zaprasza na posiłek. Zawsze dopytuje się, czy będę za rok. Widziałem, jak rosną jej dzieci, odwiedzałem ich ze swoją rodziną. Mógłbym nie być?" [10] Nie mając prawie nic, przyjmą przyjezdnego jak swego, dziwiąc się jednocześnie, jaka siła przywiała go w te zapomniane rejony. "Wielu ludzi w Azji Środkowej jest głęboko przekonanych, że turyści są opłacani z jakiegoś tajemniczego specjalnego funduszu, który dotuje wakacje w takich odległych krajach jak ich ojczyzna. Nie mogą zrozumieć, dlaczego człowiek woli przejechać pół świata, by zobaczyć, jak żyją, zamiast leżeć nad Morzem Czarnym." [11]

Krzysztof Samborski wraz z przyjaciółmi niejednokrotnie trafia na problemy. Pokazuje, że z niejednej opresji można wyjść cało. Czy też raczej nogą po drugiej strony granicy. "To Azja, nothing is easy, everything is possibile, nic nie jest łatwe, wszystko jest możliwe" [12] Całość spisana jest bardzo przystępnie. Ja jednak czułam potrzebę wydzielania sobie fragmentów tej książki. Jest ona naładowana historią, fragmentami innej twórczości i niejednokrotnie daje kopa do własnych przemyśleń. A to wszystko bardzo spowalnia czytanie. Mimo wszystko jest pozycją wartą uwagi. Nie jest po prostu zbiorem wspomnień i myśli pojawiających się u każdego z nas, gdy odwiedza się nowe, nieznane jeszcze rejony. To kompendium wiedzy na temat nie-do-końca-odkrytego. Kompendium, które jest w stanie przewartościować nasze myślenie. Kompendium, które każda osoba zafascynowana podróżami i odkrywaniem nowego powinna mieć na swojej prywatnej półce.

A skąd pomysł na tytuł? Tego już Wam nie powiem. Zajrzyjcie. Przeczytajcie. Przekonajcie się sami.


"Naprawdę niepotrzebne są duże pieniądze, by spełniać marzenia. Najpierw jednak trzeba je mieć, a na swej drodze wciąż spotykam ludzi bez marzeń." [13]

swiatwslowachiobrazach.blogspot.com 2014-05-04


Myślałem, że tytuł książki to oczywisty żart, jakaś przenośnia, ale Krzysztof Samborski naprawdę zjadł Marco Polo. Warto przeczytać chociażby po to, żeby dowiedzieć się jak smakował.

Afganistan, Tadżykistan, Kirgistan i Chiny – wielu miałoby pewnie problem, żeby wskazać te państwa na mapie, jeszcze więcej, żeby wymienić ich stolice. A coś więcej? W Afganie wojna, gdzieś tam w okolicy powinny się piętrzyć jakieś siedmiotysięczniki, a ogólnie to na pewno bieda aż piszczy. Dla większości z nas Azja Środkowa jest efemeryczną stertą kamieni. Dla Krzysztofa Samborskiego, który motocyklem przemierzył te tereny nie raz, to podróżniczy chleb powszedni.

Książka Sambora nie jest co prawda reportażem, ale autor zdradza pewne ciągoty w kierunku tego gatunku. Sam definiuje siebie jako już nie turystę- jeszcze nie podróżnika i opisywana książka też zdaje się być zawieszona między tymi dwoma światami. Z jednej strony mamy sporo odniesień do historii, ukłonów w stronę pionierów przemierzających szlaki Azji Środkowej. Z drugiej, „Zjadłem Marco Polo” dostarcza solidną dawkę dobrej literatury podróżniczej, historii o kolejnych awariach i negocjacjach z pogranicznikami, trudach podróży i niesamowitych krajobrazach. W książce brakuje pogłębionych opisów ludzi spotkanych w drodze. Samborski nie jest reporterem, podróżuje, kiedy dostanie urlop w pracy. Ale to dzięki temu jego książka może stać się inspiracją dla zwykłego czytelnika, który sięga po „Zjadłem…” po ośmiogodzinnej pracy za biurkiem.

Literatura podróżnicza przeszła długą drogę i książka Samborskiego prezentuje najnowsze stadium ewolucji tego gatunku. Nie ma w niej dłużyzn i opisów krajobrazów charakterystycznych dla podróżników początku XX wieku. Nie jest to też typowy zapis z dziennika: wstałem, ogoliłem się a potem na dołku urwałem chłodnicę. Taki styl pisania można było zobaczyć jeszcze na początku lat 90, kiedy wyprawy, bez GPSu, Google Maps i jakiegokolwiek rozpoznania trasy, ciągle zachowywały swój pionierski charakter. Współczesna literatura podróżnicza ma za zadanie inspirować, „Zjadłem Marco Polo” robi to świetnie.

Zanim przeczytałem książkę Sambora chodziła mi po głowie sprzedaż mojego turystycznego motocykla i przesiadka na wygodniejszy środek transportu („może kamper-van?”). Jednak po przeczytaniu jej w jeden wieczór śmieję się z tych myśli; „motocykl to nie jest idealny pojazd dla chcących poznawać świat, ale najlepszy, jaki znam” – to słowa autora. To nie oznacza, że po „Zjadłem Marco Polo” powinni sięgnąć motocyklowi globtrotterzy w kryzysie. Nieważne czy stopem, rowerem, czy rozpadającym się busem, autor przekonuje, że warto się ruszyć i spróbować czegoś nieoczywistego.

magiel.waw.pl 2014-03-25


Miłością życia Krzysztofa Samborskiego jest Azja Centralna. Od ponad dwóch dekad podróżuje po Kirgistanie, Tadżykistanie, Afganistanie i Chinach. Urzekły go dzikie i autentyczne krajobrazy, ludzie i ich surowe życie. Opisując swoje przeżycia i przygody, autor zachęca do wyruszenia we własną podróż śladami Marco Polo.

FOCUS 2014-04-01


Gdy brałam do ręki przepięknie wydaną książkę, byłam pewna, że "zjem Marco Polo" w całości. Niestety, rozczarowałam się.

Książka "Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan. Afganistan. Chiny" Krzysztofa Samborskiego prezentuje się niezwykle obiecująco. Piękna okładka ukazuje afgańską dziewczynkę. W tle widnieją górskie szczyty i droga prowadząca w nieznane. Przeglądając pobieżne karty książki można zauważyć, że znaczną ich część zajmują fotografie. Barwne zdjęcia krajobrazów, ludzi i zwierząt czterech tytułowych państw: Kirgistanu, Tadżykistanu, Afganistanu oraz Chin. I wreszcie zapowiedź autora: dzieło jest owocem dwudziestu lat podróży w mało znane, często dzikie i niebezpieczne zakątki świata.

Gdy więc brałam do ręki przepięknie wydaną książkę, byłam pewna, że również "zjem Marco Polo" w całości. Niestety, rozczarowałam się. Autor miesza w swoim dziele wszystkiego po trochu. Jakby do końca sam nie wiedział, co może w tego typu książce zamieścić. Mamy zatem liczne opisy dróg (ich przebudowy, sposobów pokonywania, oceny o stanie szlaków komunikacyjnych w danym kraju), fragmenty o awariach motocykli, garść suchych faktów – a to o historii danego państwa, a to o pewnych górach (m.in. informacje, ilu Polaków je zdobyło), ciut o polityce, biedzie, religiach, ludności itd.

Chwilami odnosiłam wrażenie, jakby Samborski, pisząc tekst sklejał ze sobą fragmenty jakiejś encyklopedii. Przerażająco nudne i zupełnie niestrawne! Czy po dwudziestu latach podróży, nie można skupić się na własnych przeżyciach i opowiedzieć wszystkiego po swojemu? Bez rzucania datami, liczbami i nazwiskami? Zrobić to zwyczajnie… ciekawiej?

W "Posłowiu” autor pisze: Wielu zapewne rozczarowało się, czytając tę książkę, bo liczyło, że będzie bardziej "motocyklowa". Akurat pod tym względem się nie rozczarowałam. O wspomnianych awariach, "nawijaniu kolejnych kilometrów na koła", przebywaniu trudnych dróg i rwących rzek, a także opisów dróg (typu: w prawo prowadzi do… jadąc w lewo dojedziemy do… za górą znajduje się…) jest tutaj dość dużo… Jak dla mnie, średnio interesującej się motoryzacją - zbyt dużo.

W książkach tego typu (podróżniczych?) można zauważyć też pewną, lekko irytującą, a po części zabawną tendencję. Ważnym elementem relacji obieżyświatów jest ich umiejętność inteligentnego, fantazyjnego i odważnego wykaraskania się z różnego rodzaju tarapatów. Głównie tych, związanych z żołnierzami, służbami granicznymi i policjantami. U Samborskiego również znajdziemy liczne opisy wyprowadzania w pole panów w mundurach (czyżby w myśl powiedzenia "Polak potrafi"?).

Oczywiście w książce Samborskiego są elementy, które mnie naprawdę urzekły. Po pierwsze – jak wspomniałam na początku – wspaniała sfera edytorska, pełna ciekawych zdjęć. Po drugie – opisy spotkań z kolejnymi ludźmi; ukazywanie ich mentalności i sposobu myślenia, często zupełnie innych niż nasze. Samborski sugestywnie opisuje upływ czasu i jego wpływ na (wraz z kolejnymi podróżami) coraz większe grono znajomych. Jednocześnie często podkreśla, jak Azjaci potrafią się tym czasem delektować. Cierpliwie znosząc koleje losu, zgodnie z ich powiedzeniem Inshallah, czyli "Jak Bóg da".

Interesujące wydają się też swoiste porównania odwiedzanych miejsc – takich, jakimi kiedyś były z ich dzisiejszym wyglądem. Samborski dokonuje tego dzięki cytatom z innych podróżników, którzy opisywali te same góry, skrawki dróg, miejscowości, przełęcze, które on sam widział. Pisze, co się zmieniło, a co pozostało takie, jak dawniej. W pewien sposób łączy przeszłość i teraźniejszość.

U Samborskiego często pojawiają się również portrety ludzi - obrazy ich życiowych historii, trosk i radości. Autor ukazuje m.in. nieśmiałą, dojrzewającą Erkinai, gościnnego i uprzejmego Kachibeka czy naiwnego i bardzo pobożnego Jerome. Z pewnego rodzaju szacunkiem pisze i o mieszkańcach "wyklętych ziem" (nierzadko politycznie niedookreślonych). Ludzi nierzadko prześladowanych przez władze i dopominających się o swoje prawa. Tak jak przy wątku chińsko-ujgurskiego Sinkiangu i Pamirze.

Mam wobec "Zjadłem Marco Polo…” mieszane uczucia. Na pewno nie jest to pozycja, która powaliła mnie na kolana. Jednocześnie nie uważam jej za książkę do końca nieudaną. Niewykluczone, że ktoś po jej przeczytaniu, rzuci wszystko i pojedzie szlakiem Samborskiego w poszukiwaniu przygód. Oby mniej awaryjnym środkiem transportu...

kulturaonline.pl Sabina Kowalczyk, 2014-02-25


Krzysztof Samborski od kilkunastu lat jeździ do Azji Centralnej, w dużej mierze przemieszczając się motocyklem. W swej książce zabiera nas w podróż po Kirgistanie, Tadżykistanie, Afganistanie i Chinach. Zajrzymy w gościnne progi serdecznych ludzi spotkanych po drodze, przemierzymy bezkresne stepy, zobaczymy majestatyczne góry i wciąż dzikie przestrzenie.

podroze.pl 2014-03-01


Dwadzieścia lat włóczęgi po Azji Centralnej? To nie może obyć się bez skutków ubocznych! I bardzo dobrze, bo są nimi te osobiste opowieści z Kirgistanu, Tadżykistanu, Afganistanu, Chin. Polecamy! I książkę, i kierunek.

national-geographic.pl 2014-03-01


Autor wybrał sobie do podróżowania mało znany zakątek świata. Azja Centralna, którą opisywali Marco Polo i Ibn Battuta, a potem choćby kapitan Grąbczewski, agent rosyjskiego wywiadu, stała się wieloletnią, życiową i świadomą destynacją. Tadżykistan, Kirgistan, zachodnie Chiny, Afganistan to cele, z którymi autor identyfikuje się od dwudziestu lat. Jest to zarazem podróżowanie ekstremalne, bo na motocyklu. Przywołując słowa arabskiego kupca Ibn Battuty, autor potwierdza, że „podróże początkowo odbierają nam mowę, a później nie pozwalają przestać mówić".

Bogato ilustrowany zbiór czterech obszernych reportaży prowadzi czytelnika przez bezdroża, stepy i góry nieznanych przez przeciętnego Polaka krain i ludów. Pokaleczonych przez historię i politykę, porzuconych przez współczesność. Obserwacje, ugruntowane przez lata obecności w tym miejscu, wnoszą nie tylko wiedzę o tej części świata, ale przynoszą istotną wiedzę o człowieku i jego naturze.

Szczególnie ciekawy reportaż poświęcony jest kilku podróżom przez Korytarz Wachański, wąski 220-kilo-metrowy pasek afgańskiego terytorium, który niegdyś, gdy stały naprzeciw siebie imperia brytyjskie i rosyjskie, był strefą niczyją, buforową. Na północy Pamir, na południu Hindukusz są celem doświadczonych globtroterów chcących posmakować włóczęgi w Afganistanie. „Jemy, milcząc, relacjonuje autor spotkanie w Sarhadzie, wiosce na pograniczu z Kirgistanem. Kachibek siedzi obok, także bez słowa. Azjaci potrafią godzinami siedzieć, obserwując każdy nasz ruch. Starają się zrozumieć, skąd i po co przybywamy, odgadnąć przeznaczenie należących do nas przedmiotów. Mają cierpliwość, którą my zatraciliśmy. Tu właśnie zrozumiałem, że wprawdzie my mamy zegarki, ale to oni mają czas. Należymy do różnych światów".

Głęboko osobista, mądra i zmuszająca Czytelnika do momentu refleksji. Może właśnie po to istnieje literatura podróżnicza?

Tygodnik Angora Ł. Azik, 2014-02-23


Recenzję dedykuję wszystkim turystom zamkniętym w egipskich, tureckich czy też tunezyjskich enklawach, którzy łapiąc natarczywe promienie słoneczne i popijając kolorowe drinki z palemkami rozmyślają, ile „lajków” dostaną za opublikowanie na Facebooku zdjęć z egzotycznych wakacji.

Są na świecie jeszcze takie miejsca, w których ludzie żyją prawdziwie. Ich szczęścia nie odmierzają dobra doczesne, ale obowiązki życia codziennego. Pogawędka z sąsiadem, bezczynne siedzenie przed domem i obserwowanie rzeczywistości, przyjęcie obcego człowieka pod swój dach i ugoszczenie go w ramach zasady „czym chata bogata” – takie rzeczy już się prawie nie zdarzają w świecie zachodniego dobrobytu, gdzie każdy ukrywa się przed brudną rzeczywistością za bramą pilnie strzeżonego osiedla, do którego nie dostanie się żaden bezdomny poszukujący odpadków w śmietniku.

Nieskalane konsumpcjonizmem zakątki świata, których dziewicza przyroda przyprawia o bezdech, a życzliwość mieszkańców wydaje się być czymś niespotykanym, opisuje w „Zjadłem Marco Polo” Krzysztof Samborski. Już pierwsze obcowanie z książką zachwyca pięknymi zdjęciami, które chciałoby się oglądać w nieskończoność. Samborski na swoim motocyklu przemierza Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan i Chiny. Smakuje kirgiskiego ajranu i baraniego oka, w Kazachstanie podaje się za policjanta, żeby wymigać się od płacenia mandatów i łapówek, a na swojej drodze spotyka przedziwne osobistości – Szwajcarów, którzy podróż przez Azję traktują jako terapię i próbują naprawić relacje między sobą, Niemca podróżującego na rowerze, który nie wie dokąd jedzie, ale szuka sensu życia oraz innych wariatów, którzy zmysły postradali podczas samotnej, pieszej wędrówki.

Opisywane przez Samborskiego miejsca należą do świata, którego spokój można bardzo szybko zburzyć. Wystarczy na bezkresnych, tadżyckich terenach wybudować nowoczesne hotele, fabryki i restauracje McDonald ’s, które pozornie podniosą standard życia, ale też bezpowrotnie zmienią życie mieszkańców Azji Centralnej. Jest to świat, który za parę lat może przestać istnieć, dlatego każdy jego zakątek trzeba chłonąć jak najmocniej i jak najszybciej.

To jedna z takich książek, po przeczytaniu której człowiek niespokojnie krąży po mieszkaniu, rozedrgany sprawdza stan swoich oszczędności na koncie i zastanawia się czy jutro nie złożyć wypowiedzenia w pracy. To książka o spełnianiu marzeń i mimo, iż wydaje się to strasznie banalne, to pozostawia ona w człowieku niesamowitą nadzieję na wybudzenie się z letargu dnia powszedniego i podążanie za swoją wrodzoną ciekawością.

Opętani Czytaniem Marta Kosicka


„Można by sądzić – pisze autor we wstępie do tej książki – że dziś nie ma już czego odkrywać. Co mogłoby być wyczynem na miarę podróży Herodota, Ibn Battuty, Magellana, Shackletona czy Livingstone'a?

Przeleciano dookoła globu samolotem i balonem, objechano na rowerze, byli i tacy, którzy go obiegli. Przepłynięto oceany w kajakach, zdobyto najwyższe szczyty Himalajów i największe głębiny oceanów. Cóż pozostało? Ekstrema? Ośmiotysięczniki zimą, bez tlenu, kajaki na Antarktydzie, maratony polarne, wspinaczka tyłem z zamkniętymi oczyma? Po co? W pogoni za sławą? Za pieniędzmi? Jakie motywacje towarzyszą dzisiejszym podróżnikom?"
I zaprasza do innego podróżowania. „Do wędrówki dla siebie: przez życie, aby odnaleźć swoje „ja", zrozumieć to, co ważne, i przywrócić rzeczom właściwe znaczenie. Zapraszam do podróży, która choć nie przyniesie gotowych odpowiedzi, to pomoże oswoić świat i poszerzyć horyzonty." I dzieli się wrażeniami z podróży po najdzikszych, trudno dostępnych zakątkach Azji, prawdziwych tamtejszych „końcach świata". Które poznaje od lat już niemal dwudziestu. Zwłaszcza najbardziej ulubione: Kirgistan, Tadżykistan, Chiny, Afganistan. A zna je, zwłaszcza ten pierwszy oraz drogi Pamiru, doskonale.
Pisząc: „Na pewno przejechałem większość dróg istniejących w Kirgizji", dalej zaś: „Znam niemal wszystkie trasy w Pamirze, choć nie każdą jechałem". Podróżuje głównie motocyklami, czasami samochodami. Organizuje też motorowe wyprawy w tamte strony dla rodaków i pasjonatów podróży motocyklowych z innych krajów. Książka ta jest, w przypadku trzech pierwszych wymienionych krajów, relacją z ostatniej po nich podróży. Ale z wieloma wtrętami nawiązującymi do wcześniejszych, nawet pierwszych przed wielu laty oraz miejscowości w których niegdyś był i do ludzi których poznał.
W przypadku Afganistanu natomiast jest to opis pierwszej do niego podróży w 2009 roku, z nawiązaniem jednak do następnej w 2010 roku. W niewielki i bezpieczny („Nigdy nie było tu wojny, nigdy nie było talibów") północno – wschodni region tego kraju położony między Pamirem i Karakorum oraz po północnej stronie Hindukuszu. Autora interesują przede wszystkim krajobrazy tych miejsc, zwłaszcza potężne i malownicze góry. A także ludzie, ich niezwykła różnorodność – tylko w 5-milionowej Kirgizji żyje, jak pisze, 154 narodowości i grup etnicznych – oraz skomplikowane losy oraz konflikty między nimi.
Zupełnie zdaje się go natomiast nie interesować to, co w nowe miejsca przyciąga większość turystów i podróżników: zabytki. W całej książce znalazłem na ten temat zaledwie kilka wzmianek, że coś takiego tam w ogóle istnieje. W Kaszgarze ( Sinkiang w Chinach), niegdyś ważnym punkcie na Wielkim Jedwabnym Szlaku. O kamiennej twierdzy w Taszkurganie, tamże, zamieszkanym głównie przez Tadżyków. I o buddyjskich zabytkach w jaskiniach w górach Tien-szan. A przecież nawet w tych dzikich i większości odludnych miejscach, które autor odwiedził, jest ich przecież w wiele więcej.
Natomiast przekazywania czytelnikowi wiedza na temat dziejów opisywanych stron, zamieszkujących je ludzi oraz kształtowania się granic państwowych jest imponująca.
Nie mówiąc już o współczesnych realiach. W przypadku przeszłości autor sięgał również do relacji innych polskich podróżników. Przede wszystkim kilkakrotnie cytowanego Bronisława Grąbczewskiego, polskiego kapitana, później generała w służbie carskiej, którego zadaniem znakomicie wypełnionym (w latach 1885-1890) było „psucie krwi" Anglikom na tamtym, bezpańskim wówczas obszarze między Indiami i terenami kontrolowanymi przez Rosję. M.in. wywołał on w Afganistanie rewoltę przy pomocy wygnanego z kraju brata emira.
Korzystał także z relacji Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej z wyprawy w Pamir w 1929 r. i innych książek. Współczesne, opisywane przez niego realia republik proradzieckich, to bieda, nierzadko wręcz nędza, korupcja, „specyfika" odpraw granicznych. Nostalgia społeczeństw za minionymi czasami radzieckimi ze względu na pracę i zabezpieczenie socjalne, chociaż na niskim poziomie. I niebywała, wielokrotnie przytaczana gościnność także bardzo biednych tubylców, nie oczekujących w zamian rewanżu. A historia ich nie rozpieszczała.

Kto np. w Polsce wie, że podczas antyrosyjskiego buntu Kirgizów w 1916 roku i prób ich ucieczki przed represjami do Chin przez przełęcz Bedel na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. zginęło od kul, bądź zamarzło, około 100 tys. ludzi? Czy o podobnej liczbie ofiar wśród Pamirców – kto w ogóle wie o istnieniu takiej narodowości? – w latach 1992-1997, na progu kształtowania się tadżyckiej państwowości. Ciekawe są informacje o narodach czy grupach etnicznych podzielonych przez granice. Np. na dwu brzegach rzeki Pandży mieszkają, obecnie część w Afganistanie, część w Tadżykistanie, ludzie mówiący tym samym unikalnym językiem wachańskim. Z tymi z południa nie sposób porozumieć się w żadnym europejskim języku. Ci z północy mówią też po rosyjsku.
Równocześnie tamte strony często zmieniają się w niespotykanym tempie. Bezdroża czy trudne do przebycia kamieniste trakty zastępują wstęgi asfaltu budowane przez Chińczyków nie tylko na ich terytorium. Zachodzą zmiany technologiczne i mentalne. „Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy – opisuje autor sytuację w jednej z miejscowości w tadżyckim Górskim Badachszanie – robiłem miejscowym sporo fotografii. Gdy przyjeżdżam teraz, miejscowi wyjmują komórki i robią mi zdjęcia". Równocześnie jednak „Wiek XXI już tu dotarł, ale XX jeszcze nie. W tadżyckim Wachanie w kieracie wciąż drepczą powiązane ze sobą osiołki młócące kopytami zboże, w polu używa się sierpów, a krowy ciągną drewniany pług."
Mimo iż są to relacje z kilku krajów i sytuacja w miejscach, w których był autor, różni się między sobą, to ma jednak wiele cech wspólnych. Czyta się o tym znakomicie. Podobnie jak opisy gór, czy liczne ciekawostki. Np. o Polaku, który w 1995 roku wniósł na najwyższy szczyt Kirgistanu, liczący ponad 7 tysięcy m n.p.m. Pik Lenina rower, na którym z niego zjechał. O małżeństwie Haliny i Stanisława Bujakowskich z Druskiennik, którzy, jako pierwsi Polacy, wybrali się do Sinkiangu na motocyklu w 19-miesięczną podróż poślubną. O miejscach, z których do najbliższych rosnących drzew jest w linii prostej co najmniej 300 km.
Czy o kiszłaku (osadzie) Szajmak w Tadżykistanie z której do Afganistany jest podobnie mierząc, kilka kilometrów. Do Chin 20, do Pakistanu 40, a do Indii niespełna 200. Ale żeby dostać się do któregokolwiek z tych krajów trzeba by odbyć bardzo długą podróż, o wizach nawet nie wspominając. Podobnie jak z afgańskiego Sarhadu: „... w linii prostej do Chin jest stąd około 100 kilometrów. Ale jadąc do Taszkurganu – tadżyckiego powiatu autonomicznego w zachodnich Chinach, zgodnie z przepisami, trzeba by pokonać prawie 1500 kilometrów."
Zresztą żeby wjechać do Afganistanu autor musiał „pofatygować się" do sąsiedniego przejścia granicznego, bo sytuację w pobliżu wybranego tamtejsi pogranicznicy uznali za niebezpieczną. Drobiazg: ponad 500 km i dwa dni jazdy! Nie brak i innych ciekawych informacji. Np. o pustyni Takla Makan w Chinach, drugiej po Saharze największej na świecie, którą, jako nie do przebycia, omijały niegdyś karawany. Ale autor przejechał ją z południa na północ motorem asfaltową drogą tankując przy niej paliwo. Bo... pod piaskami odkryto duże złoża ropy i gazu. Czy o górach Kulun, o których mało kto u nas słyszał, a są one najwyższymi po Himalajach i Karakorum na naszym globie.
Wspomnę jeszcze o Jeziorze Sareskim, które powstało w 1911 roku, gdy na kirgiską rzekę Aksnu spadło podczas trzęsienia ziemi, zagradzając ją, ponad 6 miliardów ton skał. Grzebiąc około 300 mieszkańców i tworząc 600 metrowy zawal – obecnie największą na świecie tamę na rzece. Dziś to jezioro położone na wysokości 3,3 tys. m n.p.m. zawiera już ponad 16 bilionów litrów wody. Tama jednak przecieka, wypływa z niego rzeka. Strach myśleć co wydarzy się, jak tama ta puści, chociażby podczas kolejnego trzęsienia ziemi, i takie masy wody runą w dół.
To tylko przykładowe ciekawostki, o których można przeczytać w tej książce. Po dalsze odsyłam już bezpośrednio do niej. Uważam jednak, że warto wyjaśnić, co znaczy ten jej oryginalny tytuł. Otóż żyje w Pamirze gatunek owiec nazywany Marco Polo. I autor jadł ich mięso. Natomiast z wielkim weneckim podróżnikiem sprzed blisko 8 wieków miał tyle wspólnego, że przejechał mały fragment szlaku w Korytarzu Wachańskim w Afganistanie, który i on zapewne przebył. Warto tę książkę przeczytać i obejrzeć wiele zamieszczonych w niej kolorowych zdjęć oraz mapy terenów po których autor podróżował.

kurier365.pl Cezary Rudziński, 2014-02-06


"Zdjęcia z północy Europy zapierają dech w piersiach, ale jestem pewien, że za 30 lat będzie tam można zrobić takie same fotografie. Za to Azja Centralna nie będzie już taka sama. I nie chodzi o to, że cywilizacja zaasfaltuje wspaniałe szutrówki, bo wiem, że nie zdoła przekształcić całych gór. Zmienią się jednak mieszkający w nich ludzie, a to oni, jeszcze bardziej niż rzucająca na kolana natura, sprawiają, że właśnie ta część Niebieskiej Planety jest dla mnie najpiękniejsza."

Krzysztof Samborski - dziennikarz i podróżnik w "Zjadłem Marco Polo" zabiera nas w podróż po Azji Centralnej, którą obdarzył miłością wielką i wierną. Co roku przemierza tysiące kilometrów po drogach sobie już bardzo dobrze znanych oraz zapuszczając się w zupełnie nowe dla siebie rewiry tej części świata.

Co jest w tym krajobrazie, tych ludziach, pustce, przestrzeni, że Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, czy Chiny każdego roku przyzywają go niezmiennie tą samą melodią? I co to za melodia?

Na pewno nie jest to "syreni śpiew" na bezkresach wodzący na pokuszenie i ciągnący ku zgubie, chociaż i prawdziwe tragedie w tej historii są. To raczej jakieś nieznane i uzależniające drganie niewidzialnych strun powodujące, że kilometry znikające pod kołami motocykla prowadzą Autora niezmiennie ku prawdziwemu szczęściu i spełnieniu.

"Świat można odkrywać na wiele sposobów. Ale by zacząć to robić, trzeba być go ciekawym. To ciekawość wygania człowieka z domu, sprzed telewizora, sadza na rower, motocykl, za kierownicę samochodu i każe patrzyć i odkrywać. Ciekawość tkwi w każdym, ale często jest stłamszona przez codzienne obowiązki.(...) Napisałem tę książkę, aby obudzić Waszą ciekawość świata. I by wytłumaczyć się przed bliskimi ze swojej."

monoloco.pl Joanna Frukacz, 2014-01-16


"Zjadłem Marco Polo" Krzysztofa to wydany przez Bezdroża zbiór relacji z podróży po Azji Centralnej, będącej od ponad 20 lat obiektem fascynacji i celem motocyklowych wypraw autora. Przemierzając Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan i Chiny, autor pokazuje te miejsca takimi, jakimi je postrzega - jako dzikie, autentyczne i warte zobaczenia.

motocykl-online.pl 2014-02-01