W początkach roku 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem
san-stefańskim, wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny,
warszawscy kupcy tudzież inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego
Przedmieścia niemniej gorąco interesowała się przyszłością
galanteryjnego sklepu pod firmą J. Mincel i S. Wokulski.

W renomowanej jadłodajni, gdzie na wieczorną przekąskę zbierali się
właściciele składów bielizny i składów win, fabrykanci powozów
i kapeluszy, poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych
funduszów i posiadacze kamienic bez zajęcia, równie dużo mówiono
o uzbrojeniach Anglii, jak o firmie J. Mincel i S. Wokulski. Zatopieni
w kłębach dymu cygar i pochyleni nad butelkami z ciemnego szkła,
obywatele tej dzielnicy jedni zakładali się o wygranę lub przegranę
Anglii, drudzy o bankructwo Wokulskiego; jedni nazywali geniuszem
Bismarcka, drudzy - awanturnikiem Wokulskiego; jedni krytykowali
postępowanie prezydenta MacMahona, inni twierdzili, że Wokulski jest
zdecydowanym wariatem, jeżeli nie czymś gorszym...

Pan Deklewski, fabrykant powozów, który majątek i stanowisko
zawdzięczał wytrwałej pracy w jednym fachu, tudzież radca
Węgrowicz, który od dwudziestu lat był członkiem - opiekunem
jednego i tego samego Towarzystwa Dobroczynności, znali S. Wokulskiego
najdawniej i najgłośniej przepowiadali mu ruinę. - Na ruinie
bowiem i niewypłacalności - mówił pan Deklewski - musi skończyć
człowiek, który nie pilnuje się jednego fachu i nie umie uszanować
darów łaskawej fortuny. - Zaś radca Węgrowicz po każdej również
głębokiej sentencji swego przyjaciela dodawał:

- Wariat! wariat!... Awanturnik!... Józiu, przynieś no jeszcze piwa. A
która to butelka?

- Szósta, panie radco. Służę piorunem!... - odpowiadał Józio.

- Już szósta?... Jak ten czas leci!... Wariat! Wariat! - mruczał
radca Węgrowicz.

Dla osób posilających się w tej co radca jadłodajni, dla jej
właściciela, subiektów i chłopców przyczyny klęsk mających paść
na S. Wokulskiego i jego sklep galanteryjny były tak jasne jak gazowe
płomyki oświetlające zakład. Przyczyny te tkwiły w niespokojnym
charakterze, w awanturniczym życiu, zresztą w najświeższym postępku
człowieka, który mając w ręku pewny kawałek chleba i możność
uczęszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracji, dobrowolnie
wyrzekł się restauracji, sklep zostawił na Opatrzności boskiej,
a sam z całą gotówką odziedziczoną po żonie pojechał na turecką
wojnę robić majątek.

- A może go i zrobi... Dostawy dla wojska to gruby interes - wtrącił
pan Szprot, ajent handlowy, który bywał tu rzadkim gościem.

- Nic nie zrobi - odparł pan Deklewski - a tymczasem porządny sklep
diabli wezmą. Na dostawach bogacą się tylko Żydzi i Niemcy; nasi do
tego nie mają głowy.

- A może Wokulski ma głowę?

- Wariat! wariat!... - mruknął radca. - Podaj no, Józiu, piwa. Która
to?...

- Siódma buteleczka, panie radco. Służę piorunem!

- Już siódma?... Jak ten czas leci, jak ten czas leci...

Ajent handlowy, który z obowiązków stanowiska potrzebował mieć o
kupcach wiadomości wszechstronne i wyczerpujące, przeniósł swoją
butelkę i szklankę do stołu radcy i topiąc słodkie wejrzenie w jego
załzawionych oczach, spytał zniżonym głosem:

- Przepraszam, ale... dlaczego pan radca nazywa Wokulskiego
wariatem?... Może mogę służyć cygarkiem... Ja trochę znam
Wokulskiego. Zawsze wydawał mi się człowiekiem skrytym i dumnym. W
kupcu skrytość jest wielką zaletą, duma wadą. Ale żeby Wokulski
zdradzał skłonności do wariacji, tegom nie spostrzegł.

Radca przyjął cygaro bez szczególnych oznak wdzięczności. Jego
rumiana twarz, otoczona pękami siwych włosów nad czołem, na brodzie
i na policzkach, była w tej chwili podobna do krwawnika oprawionego
w srebro.

- Nazywam go - odparł, powoli ogryzając i zapalając
cygaro - nazywam go wariatem, gdyż go znam lat... Zaczekaj
pan... Piętnaście...siedmnaście... ośmnaście... Było to w roku
1860... Jadaliśmy wtedy u Hopfera. Znałeś pan Hopfera?...

- Phi!...

- Otóż Wokulski był wtedy u Hopfera subiektem i miał już ze
dwadzieścia parę lat.

- W handlu win i delikatesów?

- Tak. I jak dziś Józio, tak on wówczas podawał mi piwo, zrazy
nelsońskie...

- I z tej branży przerzucił się do galanterii? - wtrącił ajent.

- Zaczekaj pan - przerwał radca. - Przerzucił się, ale nie do
galanterii, tylko do Szkoły Przygotowawczej, a potem do Szkoły
Głównej, rozumie pan?... Zachciało mu się być uczonym!...

Ajent począł chwiać głową w sposób oznaczający zdziwienie.

- Istna heca - rzekł. - I skąd mu to przyszło?

- No skąd! Zwyczajnie - stosunki z Akademią Medyczną, ze Szkołą
Sztuk Pięknych... Wtedy wszystkim paliło się we łbach, a on nie
chciał być gorszym od innych. W dzień służył gościom przy bufecie
i prowadził rachunki, a w nocy uczył się...

- Licha musiała to być usługa.

- Taka jak innych - odparł radca, niechętnie machając ręką.-Tylko
że przy posłudze był, bestia, niemiły; na najniewinniejsze słówko
marszczył się jak zbój... Rozumie się, używaliśmy na nim, co
wlazło, a on najgorzej gniewał się, jeżeli nazwał go kto "panem
konsyliarzem". Raz tak zwymyślał gościa, że mało obaj nie porwali
się za czuby.

- Naturalnie, handel cierpiał na tym...

- Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszła się wieść, że subiekt
Hopfera chce wstąpić do Szkoły Przygotowawczej, tłumy zaczęły tam
przychodzić na śniadanie. Osobliwie roiła się studenteria.

- I poszedł też do Szkoły Przygotowawczej?

- Poszedł i nawet zdał egzamin do Szkoły Głównej. No, ale co pan
powiesz - ciągnął radca uderzając ajenta w kolano - że zamiast
wytrwać przy nauce do końca, niespełna w rok rzucił szkołę...

- Cóż robił?

- Otóż, co... Gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy,
i sam w rezultacie oparł się aż gdzieś koło Irkucka.

- Heca, panie! - westchnął ajent handlowy.

- Nie koniec na tym... W roku 1870 wrócił do Warszawy z niewielkim
fundusikiem. Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając
handle korzenne, których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy
protekcji swego dzisiejszego dysponenta, Rzeckiego, wkręcił się do
sklepu Minclowej, która akurat została wdową, i - w rok potem ożenił
się z babą grubo starszą od niego.

- To nie było głupie - wtrącił ajent.

- Zapewne. Jednym zamachem zdobył sobie byt i warsztat, na którym
mógł spokojnie pracować do końca życia. Ale też miał on krzyż
Pański z babą!

- One to umieją...

- Jeszcze jak! - prawił radca. - Patrz pan jednakże, co to znaczy
szczęście. Półtora roku temu baba objadła się czegoś i umarła,
a Wokulski po czteroletniej katordze został wolny jak ptaszek,
z zasobnym sklepem i trzydziestu tysiącami rubli w gotowiźnie, na
którą pracowały dwa pokolenia Minclów.

- Ma szczęście.

- Miał - poprawił radca - ale go nie uszanował. Inny na jego miejscu
ożeniłby się z jaką uczciwą panienką i żyłby w dostatkach;
bo co to, panie, dziś znaczy sklep z reputacją i w doskonałym
punkcie!... Ten jednak, wariat, rzucił wszystko i pojechał robić
interesa na wojnie. Milionów mu się zachciało czy kiego diabła!

- Może je będzie miał - odezwał się ajent.

- Ehe! - żachnął się radca. - Daj no, Józiu, piwa. Myślisz pan,
że w Turcji znajdzie jeszcze bogatszą babę aniżeli nieboszczka
Minclowa?.. Józiu!...

- Służę piorunem!... Jedzie ósma...

- Ósma? - powtórzył radca - to być nie może. Zaraz... Przedtem
była szósta, potem siódma... - mruczał zasłaniając twarz dłonią.-
Może być, że ósma. Jak ten czas leci!...

Mimo posępne wróżby ludzi trzeźwo patrzących na rzeczy sklep
galanteryjny pod firmą J. Mincel i S. Wokulski nie tylko nie upadał,
ale nawet robił dobre interesa. Publiczność, zaciekawiona pogłoskami
o bankructwie, coraz liczniej odwiedzała magazyn, od chwili zaś kiedy
Wokulski opuścił Warszawę, zaczęli zgłaszać się po towary kupcy
rosyjscy. Zamówienia mnożyły się, kredyt za granicą istniał, weksle
były płacone regularnie, a sklep roił się gośćmi, którym ledwo
mogli wydołać trzej subiekci: jeden mizerny blondyn, wyglądający,
jakby co godzinę umierał na suchoty, drugi szatyn z brodą filozofa
a ruchami księcia i trzeci elegant, który nosił zabójcze dla płci
pięknej wąsiki, pachnąc przy tym jak laboratorium chemiczne.

Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech
subiektów, ani .nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłaby
go od upadku, gdyby nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy,
przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki.

Pan Ignacy od dwudziestu pięciu lat mieszkał w pokoiku przy sklepie. W
ciągu tego czasu sklep zmieniał właścicieli i podłogę, szafy i
szyby w oknach, zakres swojej działalności i subiektów; ale pokój
pana Rzeckiego pozostał zawsze taki sam. Było w nim to samo smutne
okno, wychodzące na to samo podwórze, z tą samą kratą, na której
szczeblach zwieszała się być może ćwierćwiekowa pajęczyna,
a z pewnością ćwierćwiekowa firanka, niegdyś zielona, obecnie
wypłowiała z tęsknoty za słońcem.

Pod oknem stał ten sam czarny stół obity suknem, także niegdyś
zielonym, dziś tylko poplamionym. Na nim wielki czarny kałamarz wraz
z wielką czarną piaseczniczką, przymocowaną do tej samej podstawki
- para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, których już
nikt nie palił, i stalowe szczypce, którymi już nikt nie obcinał
knotów. Żelazne łóżko z bardzo cienkim materacem, nad nim nigdy nie
używana dubeltówka, pod nim pudło z gitarą, przypominające dziecinną
trumienkę, wąska kanapka obita skórą, dwa krzesła również skórą
obite, duża blaszana miednica i mała szafa ciemnowiśniowej barwy
stanowiły umeblowanie pokoju, który ze względu na swoją długość
i mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli
do mieszkania.

Równie jak pokój, nie zmieniły się od ćwierć wieku zwyczaje pana
Ignacego.

Rano budził się zawsze o szóstej; przez chwilę słuchał, czy idzie
leżący na krześle zegarek, i spoglądał na skazówki, które tworzyły
jedną linię prostą. Chciał wstać spokojnie, bez awantur; ale że
chłodne nogi i nieco zesztywniałe ręce nie okazywały się dość
uległymi jego woli, więc zrywał się nagle, wyskakiwał na środek
pokoju i rzuciwszy na łóżko szlafmycę, biegł pod piec do wielkiej
miednicy, w której mył się od stóp do głów, rżąc i parskając
jak wiekowy rumak szlachetnej krwi, któremu przypomniał się wyścig.

Podczas obrządku wycierania się kosmatymi ręcznikami z upodobaniem
patrzył na swoje chude łydki i zarośnięte piersi mrucząc:

"No, przecie nabieram ciała".

W tym samym czasie zeskakiwał z kanapki jego stary pudel Ir z wybitym
okiem i mocno otrząsnąwszy się, zapewne z resztek snu, skrobał do
drzwi, za którymi rozlegało się pracowite dmuchanie w samowar. Pan
Rzecki, wciąż ubierając się z pośpiechem, wypuszczał psa, mówił
dzień dobry służącemu, wydobywał z szafy imbryk, mylił się przy
zapinaniu mankietów, biegł na podwórze zobaczyć stan pogody, parzył
się gorącą herbatą, czesał się nie patrząc w lustro i o wpół
do siódmej był gotów.

Obejrzawszy się, czy ma krawat na szyi, a zegarek i portmonetkę w
kieszeniach, pan Ignacy wydobywał ze stolika wielki klucz i, trochę
zgarbiony, uroczyście otwierał tylne drzwi sklepu obite żelazną
blachą. Wchodzili tam obaj ze służącym, zapalali parę płomyków
gazu i podczas gdy służący zamiatał podłogę, pan Ignacy odczytywał
przez binokle ze swego notatnika rozkład zajęć na dzień dzisiejszy.

"Oddać w banku osiemset rubli, aha... Do Lublina wysłać trzy albumy,
tuzin portmonetek... Właśnie!... Do Wiednia przekaz na tysiąc
dwieście guldenów... Z kolei odebrać transport... Zmonitować
rymarza za nieodesłanie walizek... Bagatela!... Napisać list do
Stasia... Bagatela..."

Skończywszy czytać zapalał jeszcze kilka płomieni i przy ich blasku
robił przegląd towarów w gablotkach i szafach.

"Spinki, szpilki, portmonety... dobrze... Rękawiczki, wachlarze,
krawaty... tak jest... Laski, parasole, sakwojaże... A tu - albumy,
neseserki... Szafirowy wczoraj sprzedano, naturalnie!... Lichtarze,
kałamarze, przyciski... Porcelana... Ciekawym, dlaczego ten
wazon odwrócili?...Z pewnością... Nie, nie uszkodzony... Lalki
z włosami, teatr, karuzel...Trzeba na jutro postawić w oknie
karuzel, bo już fontanna spowszedniała. Bagatela!... Ósma
dochodzi... Założyłbym się, że Klejn będzie pierwszy a Mraczewski
ostatni. Naturalnie... Poznał się z jakąś guwernantką i już jej
kupił neseser na rachunek i z rabatem... Rozumie się...Byle nie zaczął
kupować bez rabatu i bez rachunku..."

Tak mruczał i chodził po sklepie, przygarbiony, z rękoma w kieszeniach,
a za nim jego pudel. Pan od czasu do czasu zatrzymywał się i oglądał
jakiś przedmiot, pies przysiadał na podłodze i skrobał tylną nogą
gęste kudły, a rzędem ustawione w szafie lalki, małe, średnie i
duże, brunetki i blondynki, przypatrywały się im martwymi oczami.

Drzwi od sieni skrzypnęły i ukazał się pan Klejn, mizerny subiekt,
ze smutnym uśmiechem na posiniałych ustach.

- A co, byłem pewny, że pan przyjdziesz pierwszy. Dzień dobry- rzekł
pan Ignacy. - Paweł! gaś światło i otwieraj sklep.

Służący wbiegł ciężkim kłusem i zakręcił gaz. Po chwili rozległo
się zgrzytanie ryglów, szczękanie sztab i do sklepu wszedł dzień,
jedyny gość, który nigdy nie zawodzi kupca. Rzecki usiadł przy
kantorku pod oknem. Klejn stanął na zwykłym miejscu przy porcelanie.

- Pryncypał jeszcze nie wraca, nie miał pan listu? - spytał Klejn.

- Spodziewam się go w połowie marca, najdalej za miesiąc.

- Jeżeli go nie zatrzyma nowa wojna.

- Staś... Pan Wokulski - poprawił się Rzecki - pisze mi, że wojny
nie będzie.

- Kursa jednak spadają, a przed chwilą czytałem, że flota angielska
wpłynęła na Dardanele.

-To nic, wojny nie będzie. Zresztą - westchnął pan Ignacy - co nas
obchodzi wojna, w której nie przyjmie udziału Bonaparte.

- Bonapartowie skończyli już karierę.

- Doprawdy?... - uśmiechnął się ironicznie pan Ignacy. - A na czyjąż
korzyść MacMahon z Ducrotem układali w styczniu zamach stanu?... Wierz
mi, panie Klejn, bonapartyzm to potęga!...

- Jest większa od niej.

- Jaka? - oburzył się pan. Ignacy. - Może republika z Gambettą?... -
Może Bismarck?..

- Socjalizm... - szepnął mizerny subiekt kryjąc się za porcelanę.

Pan Ignacy mocniej zasadził binokle i podniósł się na swym
fotelu, jakby pragnąc jednym zamachem obalić nową teorię, która
przeciwstawiała się jego poglądom; lecz poplątało mu szyki wejście
drugiego subiekta z brodą.

- A, moje uszanowanie panu Lisieckiemu! - zwrócił się do przybyłego. -
Zimny dzień mamy, prawda? Która też godzina w mieście, bo mój zegarek
musi się spieszyć. Jeszcze chyba nie ma kwadransa na dziewiątą?..

- Także koncept!... Pański zegarek zawsze spieszy się z rana, a późni
wieczorem - odparł cierpko Lisiecki ocierając szronem pokryte wąsy.

- Założę się, żeś pan był wczoraj na preferansie.

- Ma się wiedzieć. Cóż pan myślisz, że mi na całą dobę wystarczy
widok waszych galanterii i pańskiej siwizny?

- No, mój panie, wolę być trochę szpakowatym aniżeli łysym -
oburzył się pan Ignacy.

- Koncept!... - syknął pan Lisiecki. - Moja łysina, jeżeli ją kto
dojrzy, jest smutnym dziedzictwem rodu, ale pańska siwizna i gderliwy
charakter są owocami starości, którą... chciałbym szanować.

Do sklepu wszedł pierwszy gość: kobieta ubrana w salopę i chustkę na
głowie, żądająca mosiężnej spluwaczki... Pan Ignacy bardzo nisko
ukłonił się jej i ofiarował krzesło, a pan Lisiecki zniknął za
szafami i wróciwszy po chwili doręczył interesantce ruchem pełnym
godności żądany przedmiot. Potem zapisał cenę spluwaczki na kartce,
podał ją przez ramię Rzeckiemu i poszedł za gablotkę z miną
bankiera, który złożył na cel dobroczynny kilka tysięcy rubli.

Spór o siwiznę i łysinę był zażegnany.

Dopiero około dziewiątej wszedł, a raczej wpadł do sklepu pan
Mraczewski, piękny, dwudziestoletni blondynek, z oczyma jak gwiazdy,
z ustami jak korale, z wąsikami jak zatrute sztylety. Wbiegł ciągnąc
za sobą od progu smugę woni, i zawołał:

- Słowo honoru daję, że już musi być wpół do
dziesiątej. Letkiewicz jestem, gałgan jestem, no - podły jestem,
ale cóż zrobię, kiedy matka mi zachorowała i musiałem szukać
doktora. Byłem u sześciu...

- Czy u tych, którym dajesz pan neseserki? - spytał Lisiecki.

- Neseserki?... Nie. Nasz doktor nie przyjąłby nawet szpilki. Zacny
człowiek... Prawda, panie Rzecki, że już jest wpół do
dziesiątej? Stanął mi zegarek.

- Dochodzi dzie-wią-ta... - odparł ze szczególnym naciskiem pan Ignacy.

- Dopiero dziewiąta?... No, kto by myślał! A tak projektowałem sobie,
że dziś przyjdę do sklepu pierwszy, wcześniej od pana Klejna...

- Ażeby wyjść przed ósmą - wtrącił pan Lisiecki.

Mraczewski utkwił w nim błękitne oczy, w których malowało się
najwyższe zdumienie.

- Pan skąd wie?... - odparł. - No, słowo honoru daję, że ten
człowiek ma zmysł proroczy! Właśnie dziś, słowo honoru... muszę
być na mieście przed siódmą, choćbym umarł, choćbym... miał
podać się do dymisji...

- Niech pan od tego zacznie - wybuchnął Rzecki - a będzie pan
wolny przed jedenastą, nawet w tej chwili, panie Mraczewski. Pan
powinieneś być hrabią, nie kupcem, i dziwię się, że pan od razu
nie wstąpił do tamtego fachu, przy którym zawsze ma się czas, panie
Mraczewski. Naturalnie!

- No, i pan w jego wieku latałeś za spódniczkami - odezwał się
Lisiecki. - Co tu bawić się w morały.

- Nigdy nie latałem! - krzyknął Rzecki uderzając pięścią w
kantorek.

- Przynajmniej raz wygadał się, że całe życie jest niedołęgą
- mruknął Lisiecki do Klejna, który uśmiechał się, podnosząc
jednocześnie brwi bardzo wysoko.

Do sklepu wszedł drugi gość i zażądał kaloszy. Naprzeciw niego
wysunął się Mraczewski.

- Kaloszyków żąda szanowny pan? Który numerek, jeżeli wolno
spytać? Ach, szanowny pan zapewne nie pamięta! Nie każdy ma czas
myśleć o numerze swoich kaloszy, to należy do nas. Szanowny pan raczy
zająć miejsce na taburecie. Paweł! przynieś ręcznik, zdejm panu
kalosze i wytrzyj obuwie...

Wbiegł Paweł ze ścierką i rzucił się do nóg przybyłemu.

- Ależ, panie, ależ przepraszam!... - tłomaczył się odurzony gość.

- Bardzo prosimy - mówił prędko Mraczewski - to nasz obowiązek. Zdaje
mi się, że te będą dobre - ciągnął, podając parę sczepionych
nitką kaloszy. - Doskonałe, pysznie wyglądają; szanowny pan ma tak
normalną nogę, że niepodobna mylić się co do numeru. Szanowny pan
życzy sobie zapewne literki; jakie mają być literki?...

- L. P. - mruknął gość, czując, że tonie w bystrym potoku wymowy
grzecznego subiekta.

- Panie Lisiecki, panie Klejn, przybijcie z łaski swojej
literki. Szanowny pan każe zawinąć dawne kalosze? Paweł! wytrzyj
kalosze i okręć w bibułę. A może szanowny pan nie życzy sobie
dźwigać zbytecznego ciężaru? Paweł! rzuć kalosze do paki... Należy
się dwa ruble kopiejek pięćdziesiąt... Kaloszy z literkami nikt
szanownemu panu nie zamieni, a to przykra rzecz znaleźć w miejsce nowych
artykułów dziurawe graty... Dwa ruble pięćdziesiąt kopiejek do kasy
z tą karteczką. Panie kasjerze, pięćdziesiąt kopiejek reszty dla
szanownego pana...

Nim gość oprzytomniał, ubrano go w kalosze, wydano resztę i wśród
niskich ukłonów odprowadzono do drzwi. Interesant stał przez chwilę na
ulicy, bezmyślnie patrząc w szybę, spoza której Mraczewski darzył
go słodkim uśmiechem i ognistymi spojrzeniami. Wreszcie machnął
ręką i poszedł dalej, może myśląc, że w innym sklepie kalosze
bez literek kosztowałyby go dziesięć złotych.

Pan Ignacy zwrócił się do Lisieckiego i kiwał głową w sposób
oznaczający podziw i zadowolenie. Mraczewski dostrzegł ten ruch kątem
oka i podbiegłszy do Lisieckiego, rzekł półgłosem:

- Niech no pan patrzy, czy nasz stary nie jest podobny z profilu do
Napoleona III? Nos... wąs... hiszpanka...

- Do Napoleona, kiedy chorował na kamień - odparł Lisiecki.

Na ten dowcip pan Ignacy skrzywił się z niesmakiem. Swoją drogą
Mraczewski dostał urlop przed siódmą wieczór, a w parę dni później
w prywatnym katalogu Rzeckiego otrzymał notatkę:

"Był na Hugonotach w ósmym rzędzie krzeseł z niejaką Matyldą???."

Na pociechę mógłby sobie powiedzieć, że w tym samym katalogu równie
posiadają notatki dwaj inni. jego koledzy, a także inkasent, posłańcy,
nawet - służący Paweł. Skąd Rzecki znał podobne szczegóły z
życia swych współpracowników? Jest to tajemnica, z którą przed
nikim się nie zwierzał.

Około pierwszej w południe pan Ignacy, zdawszy kasę Lisieckiemu,
któremu pomimo ciągłych sporów ufał najbardziej, wymykał się
do swego pokoiku, ażeby zjeść obiad przyniesiony z restauracji;
Współcześnie z nim wychodził Klejn i wracał do sklepu o drugiej;
potem obaj z Rzeckim zostawali w sklepie, a Lisiecki i Mraczewski szli
na obiad. O trzeciej znowu wszyscy byli na miejscu.

O ósmej wieczór zamykano sklep; subiekci rozchodzili się i zostawał
tylko Rzecki. Robił dzienny rachunek, sprawdzał kasę, układał
plan czynności na jutro i przypominał sobie: czy zrobiono wszystko,
co wypadało na dziś. Każdą zaniedbaną sprawę opłacał długą
bezsennością i smętnymi marzeniami na temat ruiny sklepu, stanowczego
upadku Napoleonidów i tego, że wszystkie nadzieje, jakie miał w życiu,
były tylko głupstwem.

"Nic nie będzie! Giniemy bez ratunku!" - wzdychał przewracając się
na twardej pościeli.

Jeżeli dzień udał się dobrze, pan Ignacy był kontent. Wówczas
przed snem czytał historię konsulatu i cesarstwa albo wycinki z
gazet opisujących wojnę włoską z roku 1859, albo też, co trafiało
się rzadziej, wydobywał spod łóżka gitarę i grał na niej Marsza
Rakoczego przyśpiewując wątpliwej wartości tenorem.

Potem śniły mu się obszerne węgierskie równiny, granatowe i białe
linie wojsk, przysłoniętych chmurą dymu... Nazajutrz miewał posępny
humor i skarżył się na ból głowy.

Do przyjemniejszych dni należała u niego niedziela; wówczas bowiem
obmyślał i wykonywał plany wystaw okiennych na cały tydzień.

W jego pojęciu okna nie tylko streszczały zasoby sklepu, ale jeszcze
powinny były zwracać uwagę przechodniów bądź najmodniejszym towarem,
bądź pięknym ułożeniem, bądź figlem. Prawe okno przeznaczone dla
galanterii zbytkownych mieściło zwykle jakiś brąz, porcelanową wazę,
całą zastawę buduarowego stolika, dokoła których ustawiały się
albumy, lichtarze, portmonety, wachlarze, w towarzystwie lasek, parasoli
i niezliczonej ilości drobnych a eleganckich przedmiotów. W lewym znowu
oknie, napełnionym okazami krawatów, rękawiczek, kaloszy i perfum,
miejsce środkowe zajmowały zabawki, najczęściej poruszające się.

Niekiedy, podczas tych samotnych zajęć, w starym subiekcie budziło
się dziecko. Wydobywał wtedy i ustawiał na stole wszystkie mechaniczne
cacka. Był tam niedźwiedź wdrapujący się na słup, był piejący
kogut, mysz, która biegała, pociąg, który toczył się po szynach,
cyrkowy pajac, który cwałował na koniu, dźwigając drugiego pajaca,
i kilka par, które tańczyły walca przy dźwiękach niewyraźnej
muzyki. Wszystkie te figury pan Ignacy nakręcał i jednocześnie
puszczał w ruch. A gdy kogut zaczął piać łopocząc sztywnymi
skrzydłami, gdy tańczyły martwe pary, co chwilę potykając się i
zatrzymując, gdy ołowiani pasażerowie pociągu, jadącego bez celu,
zaczęli przypatrywać mu się ze zdziwieniem i gdy cały ten świat
lalek, przy drgającym świetle gazu, nabrał jakiegoś fantastycznego
życia, stary subiekt podparłszy się łokciami śmiał się cicho
i mruczał:

- Hi! hi! hi! dokąd wy jedziecie, podróżni?... Dlaczego narażasz kark,
akrobato?... Co wam po uściskach, tancerze?... Wykręcą się sprężyny
i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!...a wam,
gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!...

Po takich i tym podobnych monologach szybko składał zabawki i
rozdrażniony chodził go pustym sklepie, a za nim jego brudny pies.

"Głupstwo handel... głupstwo polityka... głupstwo podróż do
Turcji... głupstwo całe życie, którego początku nie pamiętamy,
a końca nie znamy... Gdzież prawda?.. "

Ponieważ tego rodzaju zdania wypowiadał niekiedy głośno i publicznie,
więc uważano go za bzika, a poważne damy, mające córki na wydaniu,
nieraz mówiły:

- Oto do czego prowadzi mężczyznę starokawalerstwo!

Z domu pan Ignacy wychodził rzadko i na krótko i zwykle kręcił
się po ulicach, na których mieszkali jego koledzy albo oficjaliści
sklepu. Wówczas jego ciemnozielona algierka lub tabaczkowy surdut,
popielate spodnie z czarnym lampasem i wypłowiały cylinder, nade
wszystko zaś jego nieśmiałe zachowanie się zwracały powszechną
uwagę. Pan Ignacy wiedział to i coraz bardziej zniechęcał się do
spacerów. Wolał przy święcie kłaść się na łóżku i całymi
godzinami patrzeć w swoje zakratowane okno, za którym widać było szary
mur sąsiedniego domu, ozdobiony jednym jedynym, również zakratowanym
oknem, gdzie czasami stał garnczek masła albo wisiały zwłoki zająca.

Lecz im mniej wychodził, tym częściej marzył o jakiejś dalekiej
podróży na wieś lub za granicę. Coraz częściej spotykał we snach
zielone pola i ciemne bory, po których błąkałby się, przypominając
sobie młode czasy. Powoli zbudziła się w nim głucha tęsknota do tych
krajobrazów, więc postanowił, natychmiast po powrocie Wokulskiego,
wyjechać gdzieś na całe lato.

- Choć raz przed śmiercią, ale na kilka miesięcy - mówił kolegom,
którzy nie wiadomo dlaczego uśmiechali się z tych projektów.

Dobrowolnie odcięty od natury i ludzi, utopiony w wartkim, ale ciasnym
wirze sklepowych interesów, czuł coraz mocniej potrzebę wymiany
myśli. A ponieważ jednym nie ufał, inni go nie chcieli słuchać,
a Wokulskiego nie było, więc rozmawiał sam z sobą i - w największym
sekrecie pisywał pamiętnik.

"...Ze smutkiem od kilku lat uważam, że na świecie jest coraz mniej
dobrych subiektów i rozumnych polityków, bo wszyscy stosują się
do mody. Skromny subiekt co kwartał ubiera się w spodnie nowego
fasonu, w coraz dziwniejszy kapelusz i coraz inaczej wykładany
kołnierzyk. Podobnież dzisiejsi politycy co kwartał zmieniają
wiarę: onegdaj wierzyli w Bismarcka, wczoraj w Gambettę, a dziś w
Beaconsfielda, który niedawno był Żydkiem.

Już widać zapomniano, że w sklepie nie można stroić się w modne
kołnierzyki, tylko je sprzedawać, bo w przeciwnym razie gościom
zabraknie towaru, a sklepowi gości. Zaś polityki nie należy opierać
na szczęśliwych osobach, tylko na wielkich dynastiach. Metternich był
taki sławny jak Bismarck, a Palmerston sławniejszy od Beaconsfielda i -
któż dziś o nich pamięta? Tymczasem ród Bonapartych trząsł Europą
za Napoleona I, potem za Napoleona III, a i dzisiaj, choć niektórzy
nazywają go bankrutem, wpływa na losy Francji przez wierne swoje sługi,
MacMahona i Ducrota.

Zobaczycie, co jeszcze zrobi Napoleonek IV, który po cichu uczy się
sztuki wojennej u Anglików! Ale o to mniejsza. W tej bowiem pisaninie
chcę mówić nie o Bonapartych, ale o sobie, ażeby wiedziano, jakim
sposobem tworzyli się dobrzy subiekci i choć nie uczeni, ale rozsądni
politycy. Do takiego interesu nie trzeba akademii, lecz przykładu -
w domu i w sklepie.

Ojciec mój był za młodu żołnierzem, a na starość woźnym w Komisji
Spraw Wewnętrznych. Trzymał się prosto jak sztaba, miał nieduże
faworyty i wąs do góry; szyję okręcał czarną chustką i nosił
srebrny kolczyk w uchu.

Mieszkaliśmy na Starym Mieście z ciotką, która urzędnikom prała
i łatała bieliznę. Mieliśmy na czwartym piętrze dwa pokoiki, gdzie
niewiele było dostatków, ale dużo radości, przynajmniej dla mnie. W
naszej izdebce najokazalszym sprzętem był stół, na którym ojciec
powróciwszy z biura kleił koperty; u ciotki zaś pierwsze miejsce
zajmowała balia. Pamiętam, że w pogodne dnie puszczałem na ulicy
latawce, a w razie słoty wydmuchiwałem w izbie bańki mydlane.

Na ścianach u ciotki wisieli sami święci; ale jakkolwiek było
ich sporo, nie dorównali jednak liczbą Napoleonom, którymi ojciec
przyozdabiał swój pokój. Był tam jeden Napoleon w Egipcie, drugi
pod Wagram, trzeci pod Austerlitz, czwarty pod Moskwą, piąty w
dniu koronacji, szósty w apoteozie. Gdy zaś ciotka, zgorszona tyloma
świeckimi obrazami, zawiesiła na ścianie mosiężny krucyfiks, ojciec,
ażeby - jak mówił - nie obrazić Napoleona, kupił sobie jego brązowe
popiersie i także umieścił je nad łóżkiem.

- Zobaczysz, niedowiarku - lamentowała nieraz ciotka - że za te sztuki
będą cię pławić w smole.

- I!... Nie da mi cesarz zrobić krzywdy - odpowiadał ojciec.

Często przychodzili do nas dawni koledzy ojca: pan Domański, także
woźny, ale z Komisji Skarbu, i pan Raczek, który na Dunaju miał stragan
z zieleniną. Prości to byli ludzie (nawet pan Domański trochę lubił
anyżówkę), ale roztropni politycy. Wszyscy, nie wyłączając ciotki,
twierdzili jak najbardziej stanowczo, że choć Napoleon I umarł w
niewoli, ród Bonapartych jeszcze wypłynie. Po pierwszym Napoleonie
znajdzie się jakiś drugi, a gdyby i ten źle skończył, przyjdzie
następny, dopóki jeden po drugim nie uporządkują świata.

- Trzeba być zawsze gotowym na pierwszy odgłos! - mówił mój ojciec.

- Bo nie wiecie dnia ani godziny - dodawał pan Domański.

A pan Raczek, trzymając fajkę w ustach, na znak potwierdzenia pluł
aż do pokoju ciotki.

- Napluj mi acan w balię, to ci dam!... - wołała ciotka.

- Może jejmość i dasz, ale ja nie wezmę - mruknął pan Raczek
plując w stronę komina.

- U... cóż to za chamy te całe grenadierzyska! - gniewała się ciotka.

- Jejmości zawsze smakowali ułani. Wiem, wiem...

Później pan Raczek ożenił się z moją ciotką...

...Chcąc, ażebym zupełnie był gotów, gdy wybije godzina
sprawiedliwości, ojciec sam pracował nad moją edukacją.

Nauczył mię czytać, pisać, kleić koperty, ale nade wszystko
- musztrować się. Do musztry zapędzał mnie w bardzo wczesnym
dzieciństwie, kiedy mi jeszcze zza pleców wyglądała koszula. Dobrze
to pamiętam, gdyż ojciec komenderując: "Pół obrotu na prawo!" albo
"Lewe ramię naprzód - marsz!...", ciągnął mnie w odpowiednim kierunku
za ogon tego ubrania.

Była to najdokładniej prowadzona nauka.

Nieraz w nocy budził mnie ojciec krzykiem: "Do broni!...", musztrował
pomimo wymyślań i łez ciotki i kończył zdaniem:

- Ignaś! zawsze bądź gotów, wisusie, bo nie wiemy dnia
ani godziny... Pamiętaj, że Bonapartów Bóg zesłał, ażeby
zrobili porządek na świecie, a dopóty nie będzie porządku ani
sprawiedliwości, dopóki nie wypełni się testament cesarza.

Nie mogę powiedzieć, ażeby niezachwianą wiarę mego ojca w Bonapartych
i sprawiedliwość podzielali dwaj jego koledzy. Nieraz pan Raczek,
kiedy mu dokuczył ból w nodze, klnąc i stękając mówił:

- E! wiesz, stary, że już za długo czekamy na nowego Napoleona. Ja
siwieć zaczynam i coraz gorzej podupadam, a jego jak nie było, tak i
nie ma. Niedługo porobią się z nas dziady pod kościół, a Napoleon
po to chyba przyjdzie, ażeby z nami śpiewać godzinki.

- Znajdzie młodych.

- Co za młodych! Lepsi z nich przed nami poszli w ziemię, a najmłodsi
- diabła warci. Już są między nimi i tacy, co o Napoleonie nie
słyszeli.

- Mój słyszał i zapamięta - odparł ojciec mrugając okiem w moją
stronę.

Pan Domański jeszcze bardziej upadał na duchu.

- Świat idzie do gorszego - mówił trzęsąc głową. - Wikt coraz
droższy, za kwaterę zabraliby ci całą pensję, a nawet co się
tyczy anyżówki, i w tym jest szachrajstwo. Dawniej rozweseliłeś się
kieliszkiem, dziś po szklance jesteś taki czczy, jakbyś się napił
wody. Sam Napoleon nie doczekałby się sprawiedliwości!

A na to odpowiedział ojciec:

- Będzie sprawiedliwość, choćby i Napoleona nie stało. Ale i Napoleon
się znajdzie.

- Nie wierzę -- mruknął pan Raczek.

- A jak się znajdzie, to co?.. - spytał ojciec.

- Nie doczekamy tego.

- Ja doczekam - odparł ojciec - a Ignaś doczeka jeszcze lepiej.

Już wówczas zdania mego ojca głęboko wyrzynały mi się w pamięci,
ale dopiero późniejsze wypadki nadały im cudowny, nieomal proroczy
charakter.

Około roku 1840 ojciec zaczął niedomagać. Czasami po parę dni nie
wychodził do biura, a wreszcie na dobre legł w łóżku.

Pan Raczek odwiedzał go co dzień, a raz patrząc na jego chude ręce
i wyżółkłe policzki szepnął:

- Hej! stary, już my chyba nie doczekamy się Napoleona!

Na co ojciec spokojnie odparł:

- Ja tam nie umrę, dopóki o nim nie usłyszę.

Pan Raczek pokiwał głową, a ciotka łzy otarła myśląc, że ojciec
bredzi. Jak tu myśleć inaczej, jeżeli śmierć już kołatała do
drzwi, a ojciec jeszcze wyglądał Napoleona...

Było już z nim bardzo źle, nawet przyjął ostatnie sakramenta, kiedy,
w parę dni później wbiegł do nas pan Raczek dziwnie wzburzony i
stojąc na środku izby, zawołał:

- A wiesz, stary, że znalazł się Napoleon?...

- Gdzie? - krzyknęła ciotka.

- Jużci, we Francji.

Ojciec zerwał się, lecz znowu upadł na poduszki. Tylko wyciągnął
do mnie rękę i patrząc wzrokiem, którego nie zapomnę, wyszeptał:

- Pamiętaj!... Wszystko pamiętaj...

Z tym umarł.

W późniejszym życiu przekonałem się, jak proroczymi były
poglądy ojca. Wszyscy widzieliśmy drugą gwiazdę napoleońską,
która obudziła Włochy i Węgry; a chociaż spadła pod Sedanem, nie
wierzę w jej ostateczne zagaśnięcie. Co mi tam Bismarck, Gambetta
albo Beaconsfield! Niesprawiedliwość dopóty będzie władać światem,
dopóki nowy Napoleon nie urośnie.

W parę miesięcy po śmierci ojca pan Raczek i pan Domański wraz z
ciotką Zuzanną zebrali się na radę: co ze mną począć? Pan Domański
chciał mnie zabrać do swoich biur i powoli wypromować na urzędnika;
ciotka zalecała rzemiosło, a pan Raczek zieleniarstwo. Lecz gdy zapytano
mnie: do czego mam ochotę? odpowiedziałem, że do sklepu.

- Kto wie, czy to nie będzie najlepsze - zauważył pan Raczek. -
A do jakiegoż byś chciał kupca?

- Do tego na Podwalu, co ma we drzwiach pałasz, a w oknie kozaka.

- Wiem - wtrąciła ciotka. - On chce do Mincla.

- Można spróbować - rzekł pan Domański. - Wszyscy przecież znamy
Mincla.

Pan Raczek na znak zgody plunął aż w komin.

- Boże miłosierny - jęknęła ciotka - ten drab już chyba na
mnie pluć zacznie, kiedy brata nie stało... Oj! nieszczęśliwa ja
sierota!...

- Wielka rzecz! - odezwał się pan Raczek. - Wyjdź jejmość za mąż,
to nie będziesz sierotą.

- A gdzież ja znajdę takiego głupiego, co by mnie wziął?

- Phi! może i ja bym się ożenił z jejmością, bo nie ma mnie kto
smarować - mruknął pan Raczek, ciężko schylając się do ziemi,
ażeby wypukać popiół z fajki. Ciotka rozpłakała się, a wtedy
odezwał się pan Domański:

- Po co robić duże ceregiele. Jejmość nie masz opieki, on nie ma
gospodyni; pobierzcie się i przygarnijcie Ignasia, a będziecie nawet
mieli dziecko. I jeszcze tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwaterę,
a wy tylko odzież.

- Hę?... - spytał pan Raczek patrząc na ciotkę.

- No, oddajcie pierwej chłopca do terminu, a potem... może się odważę
- odparła ciotka. - Zawsze miałam przeczucie, że marnie skończę...

- To i jazda do Mincla! - rzekł pan Raczek podnosząc się z
krzesełka. - Tylko jejmość nie zrób mi zawodu! - dodał grożąc
ciotce pięścią.

Wyszli z Panem Domańskim i może w półtorej godziny wrócili obaj
mocno zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychał, a pan Domański z
trudnością trzymał się na nogach, podobno z tego, że nasze schody
były bardzo niewygodne.

- Cóż?... - spytała ciotka.

- Nowego Napoleona wsadzili do prochowni! - odpowiedział pan Domański.

- Nie do prochowni, tylko do fortecy. A-u... A-u... - dodał pan Raczek
i rzucił czapkę na stół.

- Ale z chłopcem co?

- Jutro ma przyjść do Mincla z odzieniem i bielizną - odrzekł pan
Domański. - Nie do fortecy A-u... A-u... tylko do Ham-ham czy Cham... bo
nawet nie wiem...

- Zwariowaliście, pijaki! - krzyknęła ciotka chwytając pana Raczka
za ramię.

- Tylko bez poufałości! - oburzył się pan Raczek. - Po ślubie
będzie poufałość, teraz... Ma przyjść do Mincla jutro z bielizną
i odzieniem... Nieszczęsny Napoleonie!...

Ciotka wypchnęła za drzwi pana Raczka, potem pana Domańskiego i
wyrzuciła za nimi czapkę.

- Precz mi stąd, pijaki!

    Wiwat Napoleon! - zawołał pan Raczek, a pan Domański zaczął
    śpiewać:

Przechodniu, gdy w tę stronę zwrócisz swoje oko, Przybliż się i
rozważaj ten napis głęboko...  Przybliż się i rozważaj ten napis
głęboko.

Głos jego stopniowo cichnął, jakby zagłębiając się w studni,
potem umilkł na schodach, lecz znowu doleciał nas z ulicy. Po chwili
zrobił się tam jakiś hałas, a gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem,
że pana Raczka policjant prowadził do ratusza.

Takie to wypadki poprzedziły moje wejście do zawodu kupieckiego.

Sklep Mincla znałem od dawna, ponieważ ojciec wysyłał mnie do niego po
papier, a ciotka po mydło. Zawsze biegłem tam z radosną ciekawością,
ażeby napatrzeć się wiszącym za szybami zabawkom. O ile pamiętam,
był tam w oknie duży kozak, który sam przez się skakał i machał
rękoma, a we drzwiach - bęben, pałasz i skórzany koń z prawdziwym
ogonem.

Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy
nie mogłem dojrzeć z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz,
kawę i liście bobkowe szło się na lewo do stołu, za którym stały
ogromne szafy, od sklepienia do podłogi napełnione szufladami. Papier
zaś, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo,
gdzie były szafy z szybami, a po mydło i krochmal szło się w głąb
sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak drewnianych.

Nawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy
naładowanych gorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która
w zimie paliła się cały dzień, sieć pełna korków do butelek,
wreszcie wypchany krokodylek, długi może na półtora łokcia.

Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i
kosmykiem siwych włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on
pod oknem na fotelu obitym skórą, ubrany w niebieski barchanowy kaftan,
biały fartuch i takąż szlafmycę. Przed nim na stole leżała wielka
księga, w której notował dochód, a tuż nad jego głową wisiał pęk
dyscyplin, przeznaczonych głównie na sprzedaż. Starzec odbierał
pieniądze, zdawał gościom resztę, pisał w księdze, niekiedy
drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad
biegiem handlu w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów
ulicznych, od czasu do czasu pociągał za sznurek skaczącego w
oknie kozaka i on wreszcie, co mi się najmniej podobało, za rozmaite
przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin.

Mówię : nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej :
ja tudzież dwaj synowcy starego - Franc i Jan Minclowie.

Czujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi
doświadczyłem zaraz na trzeci dzień po wejściu do sklepu.

Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy
rodzynków. Widząc, że jedno ziarno upadło na kontuar (stary
miał w tej chwili oczy zamknięte), podniosłem je nieznacznie i
zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która wcisnęła się
mi między zęby, gdy uczułem na plecach coś jakby mocne dotknięcie
rozpalonego żelaza.

- A, szelma! - wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z
sytuacji, przeciągnął po mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od
wierzchu głowy do podłogi.

Zwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć
do ust niczego w sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla
mnie smak pieprzu.

Urządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę
na pęku, wpisał rodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł
ciągnąć za sznurek kozaka. Patrząc na jego półuśmiechniętą twarz
i przymrużone oczy, prawie nie mogłem uwierzyć, że ten jowialny
staruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz spostrzegłem,
że ów kozak widziany z wnętrza sklepu wydaje się mniej zabawnym niż
od ulicy.

Sklep nasz był kolonialno - galanteryjno - mydlarski. Towary kolonialne
wydawał gościom Franc Mincel, młodzieniec trzydziestokilkoletni,
z rudą głową i zaspaną fizjognomią. Ten najczęściej dostawał
dyscypliną od stryja, gdyż palił fajkę, późno wchodził za
kontuar, wymykał się z domu po nocach, a nade wszystko niedbale ważył
towar. Młodszy zaś, Jan Mincel, który zawiadywał galanterią i obok
niezgrabnych ruchów odznaczał się łagodnością, był znowu bity za
wykradanie kolorowego papieru i pisywanie na nim listów do panien.

Tylko August Katz, pracujący przy mydle, nie ulegał żadnym surowcowym
upomnieniom. Mizerny ten człeczyna odznaczał się niezwykłą
punktualnością. Najraniej przychodził do roboty, krajał mydło i
ważył krochmal jak automat; jadł, co mu podano, w najciemniejszym
kącie sklepu, prawie wstydząc się tego, że doświadcza ludzkich
potrzeb. O dziesiątej wieczorem gdzieś znikał.

W tym otoczeniu upłynęło mi ośm lat, z których każdy dzień
był podobny do wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu
do innych kropli jesiennego deszczu. Wstawałem rano o piątej, myłem
się i zamiatałem sklep. O szóstej otwierałem główne drzwi tudzież
okiennicę. W tej chwili, gdzieś z ulicy zjawiał się August Katz,
zdejmował surdut, kładł fartuch i milcząc stawał między beczką
mydła szarego a kolumną ułożoną z cegiełek mydła żółtego. Potem
drzwiami od podwórka wbiegał stary Mincel mrucząc: Morgen!, poprawiał
szlafmycę, dobywał z szuflady księgę, wciskał się w fotel i parę
razy ciągnął za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywał się Jan
Mincel i ucałowawszy stryja w rękę, stawał za swoim kontuarem,
na którym podczas lata łapał muchy, a w zimie kreślił palcem albo
pięścią jakieś figury.

Franca zwykle sprowadzano do sklepu. Wchodził z oczyma zaspanymi,
ziewający, obojętnie całował stryja w ramię i przez cały dzień
skrobał się w głowę w sposób, który mógł oznaczać wielką
senność lub wielkie zmartwienie. Prawie nie było ranka, ażeby stryj
patrząc na jego manewry nie wykrzywiał mu się i nie pytał:

- No,.. a gdzie, ty szelma, latała?

Tymczasem na ulicy budził się szmer i za szybami sklepu coraz częściej
przesuwali się przechodnie. To służąca, to drwal, jejmość w
kapturze, to chłopak od szewca, to jegomość w rogatywce szli w jedną i
drugą stronę jak figury w ruchomej panoramie. Środkiem ulicy toczyły
się wozy, beczki, bryczki - tam i na powrót... Coraz więcej ludzi,
coraz więcej wozów, aż nareszcie utworzył się jeden wielki potok
uliczny, z którego co chwilę ktoś wpadał do nas za sprawunkiem.

- Pieprzu za trojaka...

- Proszę funt kawy...

- Niech pan da ryżu...

- Pół funta mydła...

- Za grosz liści bobkowych...

Stopniowo sklep zapełniał się po największej części służącymi i
ubogo odzianymi jejmościami. Wtedy Franc Mincel krzywił się najwięcej:
otwierał i zamykał szuflady, obwijał towar w tutki z szarej bibuły,
wbiegał na drabinkę, znowu zwijał, robiąc to wszystko z żałosną
miną człowieka, któremu nie pozwalają ziewnąć. W końcu zbierało
się takie mnóstwo interesantów, że i Jan Mincel, i ja musieliśmy
pomagać Francowi w sprzedaży.

Stary wciąż pisał i zdawał resztę, od czasu do czasu dotykając
palcami swojej białej szlafmycy, której niebieski kutasik zwieszał
mu się nad okiem. Czasem szarpnął kozaka, a niekiedy z szybkością
błyskawicy zdejmował dyscyplinę i ćwiknął nią którego ze swych
synowców. Nader rzadko mogłem zrozumieć: o co mu chodzi? synowcy
bowiem niechętnie objaśniali mi przyczyny jego popędliwości.

Około ósmej napływ interesantów zmniejszał się. Wtedy w głębi
sklepu ukazywała się gruba służąca z koszem bułek i kubkami (Franc
odwracał się do niej tyłem), a za nią - matka naszego pryncypała,
chuda staruszka w żółtej sukni, w ogromnym czepcu na głowie, z
dzbankiem kawy w rękach. Ustawiwszy na stole swoje naczynie, staruszka
odzywała się schrypniętym głosem:

Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig...

I zaczynała rozlewać kawę w białe fajansowe kubki.

Wówczas zbliżał się do niej stary Mincel i całował ją w rękę
mówiąc :

- Gut Morgen, meine Mutter!

Za co dostawał kubek kawy z trzema bułkami.

Potem przychodził Franc Mincel, Jan Mincel, August Katz, a na końcu
ja. Każdy całował staruszkę w suchą rękę, porysowaną niebieskimi
żyłami, każdy mówił:

- Gut Morgen, Grossmutter!

I otrzymywał należny mu kubek tudzież trzy bułki.

A gdyśmy z pośpiechem wypili naszą kawę, służąca zabierała pusty
kosz i zamazane kubki, staruszka swój dzbanek i obie znikały.

Za oknem wciąż toczyły się wozy i płynął w obie strony potok
ludzki, z którego co chwila odrywał się ktoś i wchodził do sklepu.

- Proszę krochmalu...

- Dać migdałów za dziesiątkę...

- Lukrecji za grosz...

- Szarego mydła...

Około południa zmniejszał się ruch za kontuarem towarów kolonialnych,
a za to coraz częściej zjawiali się interesanci po stronie prawej
sklepu, u Jana. Tu kupowano talerze, szklanki, żelazka, młynki, lalki,
a niekiedy duże parasole, szafirowe lub pąsowe. Nabywcy, kobiety i
mężczyźni, byli dobrze ubrani, rozsiadali się na krzesłach i kazali
sobie pokazywać mnóstwo przedmiotów targując się i żądając coraz
to nowych.

Pamiętam, że kiedy po lewej stronie sklepu męczyłem się bieganiną i
zawijaniem towarów, po prawej - największe strapienie robiła mi myśl:
czego ten a ten gość chce naprawdę i - czy co kupi? W rezultacie jednak
i tutaj dużo się sprzedawało; nawet dzienny dochód z galanterii był
kilka razy większy aniżeli z towarów kolonialnych i mydła.

Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około
południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

Sag mir - powiedz mi: was is das? co jest to? Das is Schublade - to
jest szublada. Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt - to jest
cynamon. Do czego potrzebuje się cynamon? Do zupe, do legumine potrzebuje
się cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie
mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na
globus - tu leży Indii. Daj mnie za dziesiątkę cynamon... O, du
Spitzbub!... jak tobie dam dziesięć raz dyscyplin, ty będziesz
wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon...

W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię
każdego towaru. Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi
jeszcze zadania rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy
w interesach naszego sklepu.

Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go
z najdrobniejszych przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie
potrzebował okurzać dzięki swoim niedzielnym wykładom buchalterii,
jeografii i towaroznawstwa.

Powoli, w ciągu paru lat, tak przywykliśmy do siebie, że stary Mincel
nie mógł obejść się beze mnie, a ja nawet jego dyscypliny począłem
uważać za coś, co należało do familijnych stosunków. Pamiętam,
że nie mogłem utulić się z żalu, gdy raz zepsułem kosztowny samowar,
a stary Mincel zamiast chwytać za dyscyplinę - odezwał się:

- Co ty zrobila, Ignac?... Co ty zrobila!...

Wolałbym dostać cięgi wszystkimi dyscyplinami aniżeli znowu kiedy
usłyszeć ten drżący głos i zobaczyć wylęknione spojrzenie
pryncypała.

Obiady w dzień powszedni jadaliśmy w sklepie, naprzód dwaj młodzi
Minclowie i August Katz, a następnie ja z pryncypałem. W czasie
święta wszyscy zbieraliśmy się na górze i zasiadaliśmy do
jednego stołu. Na każdą Wigilię Bożego Narodzenia Mincel dawał
nam podarunki, a jego matka w największym sekrecie urządzała nam
(i swemu synowi) choinkę. Wreszcie w pierwszym dniu miesiąca wszyscy
dostawaliśmy pensję (ja brałem 10 złotych.) Przy tej okazji każdy
musiał wylegitymować się z porobionych oszczędności: ja, Katz, dwaj
synowcy i służba. Nierobienie oszczędności, a raczej nieodkładanie
co dzień choćby kilku groszy, było w oczach Mincla takim występkiem
jak kradzież. Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru
subiektów i kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął,
że nic sobie nie oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był
ostatnim ich pobytu. Nie pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po
rękach, nawet upadanie do nóg. Stary nie ruszył się z fotelu, nie
patrzył na petentów, tylko wskazując palcem drzwi wymawiał jeden
wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczędności stała się już
u niego chorobliwym dziwactwem.

Dobry ten człowiek miał jedną wadę, oto - nienawidził Napoleona. Sam
nigdy o nim nie wspominał, lecz na dźwięk nazwiska Bonapartego
dostawał jakby ataku wścieklizny; siniał na twarzy, pluł i
wrzeszczał: szelma! szpitzbub! rozbójnik!...

Usłyszawszy pierwszy raz tak szkaradne wymysły nieomal straciłem
przytomność. Chciałem coś hardego powiedzieć staremu i uciec do pana
Raczka, który już ożenił się z moją ciotką. Nagle dostrzegłem,
że Jan Mincel zasłoniwszy usta dłonią coś mruczy i robi miny do
Katza. Wytężam słuch i - oto co mówi Jan:

- Baje stary, baje! Napoleon był chwat, choćby za to samo, że wygnał
hyclów Szwabów. Nieprawda, Katz?

A August Katz zmrużył oczy i dalej krajał mydło.

Osłupiałem ze zdziwienia, lecz w tej chwili bardzo polubiłem
Jana Mincla i Augusta Katza. Z czasem przekonałem się, że w naszym
małym sklepie istnieją aż dwa wielkie stronnictwa, z których jedno,
składające się ze starego Mincla i jego matki, bardzo lubiło Niemców,
a drugie, złożone z młodych Minclów i Katza, nienawidziło ich. O
ile pamiętam, ja tylko byłem neutralny.

W roku 1846 doszły nas wieści o ucieczce Ludwika Napoleona z
więzienia. Rok ten był dla mnie ważny, gdyż zostałem subiektem,
a nasz pryncypał, stary Jan Mincel, zakończył życie z powodów
dosyć dziwnych.

W roku tym handel w naszym sklepie nieco osłabnął już to z racji
ogólnych niepokojów, już z tej, że pryncypał za często i za głośno
wymyślał na Ludwika Napoleona. Ludzie poczęli zniechęcać się do nas,
a nawet ktoś (może Katz?...) wybił nam jednego dnia szybę w oknie.

Otóż wypadek ten, zamiast całkiem odstręczyć publiczność, zwabił
ją do sklepu i przez tydzień mieliśmy tak duże obroty jak nigdy;
aż zazdrościli nam sąsiedzi. Po tygodniu jednakże sztuczny ruch na
nowo osłabnął i znowu były w sklepie pustki.

Pewnego wieczora w czasie nieobecności pryncypała, co już stanowiło
fakt niezwykły, wpadł nam drugi kamień do sklepu. Przestraszeni
Minclowie pobiegli na górę i szukali stryja, Katz poleciał na ulicę
szukać sprawcy zniszczenia, a wtem ukazało się dwu policjantów
ciągnących...Proszę zgadnąć kogo?... Ani mniej, ani więcej - tylko
naszego pryncypała oskarżając go, że to on wybił szybę teraz,
a zapewne i poprzednio...

Na próżno staruszek wypierał się: nie tylko bowiem widziano jego
zamach, ale jeszcze znaleziono przy nim kamień... Poszedł też nieborak
do ratusza.

Sprawa po wielu. tłumaczeniach i wyjaśnieniach naturalnie zatarła
się; ale stary od tej chwili zupełnie stracił humor i począł
chudnąć. Pewnego zaś dnia usiadłszy na swym fotelu pod oknem już
nie podniósł się z niego. Umarł oparty brodą na księdze handlowej,
trzymając w ręce sznurek, którym poruszał kozaka.

Przez kilka lat po śmierci stryja synowcy prowadzili wspólnie sklep na
Podwalu i dopiero około 1850 roku podzielili się w ten sposób, że
Franc został na miejscu z towarami kolonialnymi, a Jan z galanterią
i mydłem przeniósł się na Krakowskie, do lokalu, który zajmujemy
obecnie. W kilka lat później Jan ożenił się z piękną Małgorzatą
Pfeifer, ona zaś (niech spoczywa w spokoju) zostawszy wdową oddała
rękę swoją Stasiowi Wokulskiemu, który tym sposobem odziedziczył
interes prowadzony przez dwa pokolenia Minclów.

Matka naszego pryncypała żyła jeszcze długi czas; kiedy w roku
1853 wróciłem z zagranicy, zastałem ją w najlepszym zdrowiu. Zawsze
schodziła rano do sklepu i zawsze mówiła:

- Gut Morgen, meine Kinder! De, Kaffee ist schon fertig...

Tylko głos jej z roku na rok przyciszał się, dopóki wreszcie nie
umilknął na wieki.

Za moich czasów pryncypał był ojcem i nauczycielem swoich praktykantów
i najczujniejszym sługą sklepu; jego matka lub żona były gospodyniami,
a wszyscy członkowie rodziny pracownikami. Dziś pryncypał bierze tylko
dochody z handlu, najczęściej nie zna go i najwięcej troszczy się
o to, ażeby jego dzieci nie zostały kupcami. Nie mówię tu o Stasiu
Wokulskim, który ma szersze zamiary, tylko myślę w ogólności, że
kupiec powinien siedzieć w sklepie i wyrabiać sobie ludzi, jeżeli
chce mieć porządnych.

Słychać, że Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów
na nieprzewidziane wydatki. Więc i Austria zbroi się, a Staś tymczasem
pisze mi; że - nie będzie wojny. Ponieważ nie był nigdy fanfaronem,
więc chyba musi być bardzo wtajemniczony w politykę; a w takim razie
siedzi w Bułgarii nie przez miłość dla handlu...

Ciekawym, co on zrobi! Ciekawym!...

Jest niedziela, szkaradny dzień marcowy; zbliża się południe,
lecz ulice Warszawy są prawie puste. Ludzie nie wychodzą z domów
albo kryją się w bramach, albo skuleni uciekają przed siekącym
ich deszczem i śniegiem. Prawie nie słychać turkotu dorożek, gdyż
dorożki stoją. Dorożkarze opuściwszy kozioł wchodzą pod budy swoich
powozów, a zmoczone deszczem i zasypane śniegiem konie wyglądają tak,
jakby pragnęły schować się pod dyszel i nakryć własnymi uszami.

Pomimo, a może z powodu tak brzydkiego czasu pan Ignacy, siedząc w swoim
zakratowanym pokoju jest bardzo wesół. Interesa sklepowe idą wybornie,
wystawa w oknach na przyszły tydzień już ułożona, a nade wszystko
- lada dzień ma powrócić Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komuś
rachunki i ciężar kierowania sklepem, najdalej zaś za dwa miesiące
wyjedzie sobie na wakacje. Po dwudziestu pięciu latach pracy - i jeszcze
jakiej! - należy, mu się ten wypoczynek. Będzie rozmyślał tylko o
polityce, będzie chodził, będzie biegał i skakał po polach i lasach,
będzie świstał, a nawet śpiewał jak za młodu. Gdyby nie te bóle
reumatyczne, które zresztą na wsi ustąpią...

Więc choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak
gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa
spod łóżka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna
śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze Witana rzewnym słowików pieniem;
W zielonym gaju, ponad strumieniem, Kwitną prześliczne dwie róże.

Czarowne te dźwięki budzą śpiącego na kanapie pudla, który
poczyna przypatrywać się jedynym okiem swemu panu. Dźwięki te
robią więcej, gdyż wywołują na podwórzu jakiś ogromny cień,
który staje w zakratowanym oknie i usiłuje zajrzeć do wnętrza izby,
czym zwraca na siebie uwagę pana Ignacego.

"Tak, to musi być Paweł" - myśli pan Ignacy.

Ale Ir jest innego zdania; zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem
wącha drzwi, jakby czuł kogoś obcego.

Słychać szmer w sieniach. Jakaś ręka poszukuje klamki, nareszcie
otwierają się drzwi i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro
upstrzone śniegiem i kroplami deszczu.

- Kto to? - pyta się pan Ignacy i na twarz występują mu silne
rumieńce.

- Jużeś o mnie zapomniał, stary?... - cicho i powoli odpowiada gość.

Pan Ignacy miesza się coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, które mu
spadają, potem wydobywa spod łóżka trumienkowate pudło, śpiesznie
chowa gitarę i toż samo pudełko wraz z gitarą kładzie na swoim
łóżku.

Tymczasem gość zdjął wielkie futro i baranią czapkę, a jednooki
Ir obwąchawszy go poczyna kręcić ogonem, łasić się i z radosnym
skomleniem przypadać mu do nóg.

Pan Ignacy zbliża się do gościa wzruszony i zgarbiony więcej niż
kiedykolwiek.

- Zdaje mi się... - mówi zacierając ręce - zdaje mi się, że mam
przyjemność...

Potem gościa prowadzi do okna mrugając powiekami.

- Staś... jak mi Bóg miły!...

Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a
nareszcie oparłszy na jego ostrzyżonej głowie swoją dłoń wykonywa
nią taki ruch, jakby mu chciał maść wetrzeć w okolicę ciemienia.

- Cha! cha! cha!... - śmieje się pan Ignacy. - Staś we własnej
osobie... Staś z wojny!... Cóż to, dopiero teraz przypomniałeś
sobie, że masz sklep i przyjaciół? - dodaje, mocno uderzając go w
łopatkę. - Niech mię diabli wezmą, jeżeli nie jesteś podobny do
żołnierza albo marynarza, ale nigdy do kupca... Przez osiem miesięcy
nie był w sklepie!... Co za pierś... co za łeb...

Gość także się śmiał. Objął Ignacego za szyję i po kilka razy
gorąco ucałował go w oba policzki, które stary subiekt kolejno
nadstawiał mu, nie oddając jednak pocałunków.

- No i cóż słychać, stary, u ciebie? - odezwał się gość. -
Wychudłeś, pobladłeś...

- Owszem, trochę nabieram ciała.

- Posiwiałeś... Jakże się masz?

- Wybornie. I w sklepie jest nieźle, trochę zwiększyły nam się
obroty. W styczniu i lutym mieliśmy targu za dwadzieścia pięć
tysięcy rubli!... Staś kochany!... Ośm miesięcy nie było go w
domu... Bagatela... Może siądziesz?

- Rozumie się - odpowiedział gość siadając na kanapie, na której
wnet umieścił się Ir i oparł mu głowę na kolanach.

Pan Ignacy przysunął sobie krzesło.-

- Może co zjesz? Mam szynkę i trochę kawioru.

- Owszem.

- Może co wypijesz? Mam butelkę niezłego węgrzyna, ale tylko jeden
cały kieliszek.

- Będę pił szklanką - odparł gość.

Pan Ignacy zaczął dreptać po pokoju, kolejno otwierając szafę,
kuferek i stolik.

Wydobył wino i schował je na powrót, potem rozłożył na stole szynkę
i kilka bułek. Ręce i powieki drżały mu i sporo czasu upłynęło,
nim o tyle się uspokoił, że zgromadził na jeden punkt poprzednio
wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek wina przywrócił mu silnie zachwianą
równowagę moralną.

Wokulski tymczasem jadł.

- No, cóż nowego? - rzekł spokojniejszym tonem pan Ignacy, trącając
gościa w kolano.

- Domyślam się, że ci chodzi o politykę - odparł Wokulski. -
Będzie pokój.

- A po cóż zbroi się Austria?

- Zbroi się za sześćdziesiąt milionów guldenów ?... Chce zabrać
Bośnię i Hercegowinę.

Ignacemu rozszerzyły się źrenice.

-Austria chce zabrać?... - powtórzył. - Za co ?

-Za co? - uśmiechnął się Wokulski. - Za to, że Turcja nie może
jej tego zabronić.

- A cóż Anglia?

- Anglia także dostanie kompensatę.

- Na koszt Turcji?

- Rozumie się. Zawsze słabi ponoszą koszta zatargów między silnymi.

- A sprawiedliwość? - zawołał Ignacy.

- Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi
giną. Inaczej świat stałby się domem inwalidów, co dopiero byłoby
niesprawiedliwością.

Ignacy posunął się z krzesłem.

- I ty to mówisz, Stasiu?... Na serio, bez żartów ?

Wokulski zwrócił na niego spokojne wejrzenie.

- Ja mówię - odparł. - Cóż w tym dziwnego ? Czyliż to samo prawo
nie stosuje się do mnie, do ciebie, do nas wszystkich ?... Za dużo
płakałem nad sobą, ażebym się miał rozczulać nad Turcją.

Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł.

- No, a jakże tobie poszło? - zapytał Rzecki już zwykłym tonem.

Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz
kanapy.

- Pamiętasz - rzekł - ile wziąłem pieniędzy, gdym stąd wyjeżdżał
?

- Trzydzieści tysięcy rubli, całą gotówkę.

- A jak ci się zdaje: ile przywiozłem ?

- Pięćdzie... ze czterdzieści tysięcy... Zgadłem?... - pytał Rzecki,
niepewnie patrząc na niego.

Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.

- Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w
złocie - rzekł dobitnie. - A ponieważ kazałem zakupić banknoty,
które po zawarciu pokoju sprzedam, więc będę miał przeszło trzysta
tysięcy rubli...

Rzecki pochylił się ku niemu i otworzył usta.

- Nie bój się - ciągnął Wokulski. - Grosz ten zarobiłem uczciwie,
nawet ciężko, bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał
bogatego wspólnika i że kontentowałem się cztery i pięć razy
mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój kapitał ciągle wzrastający
był w ciągłym ruchu. - No - dodał po chwili - miałem też szalone
szczęście... Jak gracz, któremu dziesięć razy z rzędu wychodzi ten
sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiąc stawiałem cały
majątek, a co dzień życie.

- I tylko po to jeździłeś tam? - zapytał Ignacy.

Wokulski drwiąco spojrzał na niego.

- Czy chciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem?...

- Narażać się dla majątku, gdy się ma spokojny kawałek chleba!... -
mruknął pan Ignacy, kiwając głową i podnosząc brwi.

Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy.

- Ten spokojny chleb - mówił zaciskając pięści - dławił mnie i
dusił przez lat sześć!... Czy już nie pamiętasz, ile razy na dzień
przypominano mi dwa pokolenia Minclów albo anielską dobroć mojej
żony? Czy był kto z dalszych i bliższych znajomych, wyjąwszy ciebie,
który by mnie nie dręczył słowem; ruchem, a choćby spojrzeniem? Ileż
to razy mówiono o mnie i prawie do mnie, że karmię się z fartucha
żony, że wszystko zawdzięczam pracy Minclów, a nic, ale to nic -
własnej energii, choć przecie ja podźwignąłem ten kramik, zdwoiłem
jego dochody...

Mincle i zawsze Mincle!... Dziś niech mnie porównają z Minclami. Sam
jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa
pokolenia Minclów przez pół wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył
pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się
pocić w swoich sklepikach i szlafmycach. Teraz już wiem, ilu jestem
wart Minclów, i jak mi Bóg miły, dla podobnego rezultatu drugi raz
powtórzyłbym moją grę! Wolę obawiać się bankructwa i śmierci
aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol, albo
padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrywać się
w waterklozety...

- Zawsze ten sam! - szepnął Ignacy.

Wokulski ochłonął. Oparł się na ramieniu Ignacego i zaglądając
mu w oczy rzekł łagodnie:

- Nie gniewasz się, stary ?.

- Czego? Alboż nie wiem, że wilk nie będzie pilnował
baranów...Naturalnie...

- Cóż u was słychać? - powiedz mi.

- Akurat tyle, co pisałem ci w raportach. Interesa dobrze idą, towarów
przybyło, a jeszcze więcej zamówień. Trzeba jednego subiekta.

- Weźmiemy dwu, sklep rozszerzymy, będzie wspaniały.

- Bagatela!

Wokulski spojrzał na niego z boku i uśmiechnął się widząc, że
stary odzyskuje dobry humor.

- Ale co w mieście słychać? W sklepie, dopóki ty w nim jesteś,
musi być dobrze.

- W mieście...

- Z dawnych kundmanów nie ubył kto? - przerwał mu Wokulski, coraz
szybciej chodząc po pokoju.

- Nikt! Przybyli nowi.

- A... a...

Wokulski stanął jakby wahając się. Nalał znowu szklankę wina i
wypił duszkiem.

- A Łęcki kupuje u nas?...

- Częściej bierze na rachunek.

- Więc bierze... - Tu Wokulski odetchnął. - Jakże on stoi ?

- Zdaje się, że to skończony bankrut i bodaj że w tym roku zlicytują
mu nareszcie kamienicę.

Wokulski pochylił się nad kanapą i zaczął bawić się z Irem.

- Proszę cię... A panna Łęcka nie wyszła za mąż ?

- Nie.

- A nie wychodzi ?...

- Bardzo wątpię. Kto dziś ożeni się z panną mającą wielkie
wymagania, a żadnego posagu? Zestarzeje się, choć ładna. Naturalnie...

Wokulski wyprostował się i przeciągnął. Jego surowa twarz nabrała
dziwnie rzewnego wyrazu.

- Mój kochany stary! - mówił biorąc Ignacego za rękę - mój poczciwy
stary przyjacielu! Ty nawet nie domyślasz się, jakim ja szczęśliwy,
że cię widzę, i jeszcze w tym pokoju. Pamiętasz, ilem ja tu spędził
wieczorów i nocy... jak mnie karmiłeś... jak oddawałeś mi co lepsze
odzienie... Pamiętasz ?...

Rzecki uważnie spojrzał na niego i pomyślał, że wino musi być dobre,
skoro aż tak rozwiązało usta Wokulskiemu.

Wokulski usiadł na kanapie i oparłszy głowę o ścianę mówił jakby
do siebie :

- Nie masz pojęcia, co ja wycierpiałem, oddalony od wszystkich,
niepewny, czy już kogo zobaczę, tak strasznie samotny. Bo widzisz,
najgorszą samotnością nie jest ta, która otacza człowieka, ale
ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie wyniósł ani cieplejszego
spojrzenia, ani serdecznego słówka, ani nawet iskry nadziei...

Pan Ignacy poruszył się na krześle z zamiarem protestu.

- Pozwól sobie przypomnieć - odezwał się - że z początku pisywałem
listy bardzo życzliwe, owszem, może nawet za sentymentalne. Zraziły
mnie dopiero twoje krótkie odpowiedzi.

- Alboż ja do ciebie mam żal ?...

- Tym mniej możesz go mieć do innych pracowników, którzy nie znają
cię tak jak ja.

Wokulski ocknął się.

- Ależ ja do żadnego z nich nie mam pretensji. Może - odrobinę -
do ciebie, żeś tak mało pisał o... mieście... W dodatku bardzo
często ginął "Kurier" na poczcie, robiły się luki w wiadomościach
a wtedy męczyły mnie najgorsze przeczucia.

- Z jakiej racji? Wszakże u nas nie było wojny - odparł ze zdziwieniem
pan Ignacy.

- Ach, tak!... Nawet dobrze bawiliście się. Pamiętam, w grudniu
mieliście świetne żywe obrazy. Kto to w nich występował ?...

- No, ja na takie głupstwa nie chodzę.

- To prawda. A ja tego dnia dałbym - bodaj - dziesięć tysięcy rubli,
ażeby je zobaczyć. Głupstwo jeszcze większe!... Czy nie tak ?...

- Zapewne - chociaż dużo tu tłumaczy samotność, nudy...

- A może tęsknota - przerwał Wokulski. - Zjadała mi ona każdą
chwilę wolną od pracy, każdą godzinę odpoczynku. Nalej mi wina,
Ignacy.

Wypił, zaczął znowu chodzić po pokoju i mówić przyciszonym głosem :

- Pierwszy raz spadło to na mnie w czasie przeprawy przez Dunaj
trwającej od wieczora do nocy. Płynąłem sam i Cygan przewoźnik. Nie
mogąc rozmawiać, przypatrywałem się okolicy. Były w tym miejscu
piaszczyste brzegi jak u nas. I drzewa podobne do naszych wierzb,
wzgórza porośnięte leszczyną i kępy lasów sosnowych. Przez
chwilę zdawało mi się, że jestem w kraju i że nim noc zapadnie,
znowu was zobaczę. Noc zapadła, ale jednocześnie zniknęły mi z
oczu brzegi. Byłem sam na ogromnej smudze wody, w której odbijały
się nikłe gwiazdy.

Wówczas przyszło mi na myśl, że tak daleko jestem od domu, że
dziś ostatnim między mną i wami łącznikiem są tylko te gwiazdy,
że w tej chwili u was może nikt nie patrzy na nie, nikt o mnie nie
pamięta, nikt!... Uczułem jakby wewnętrzne rozdarcie i wtedy dopiero
przekonałem się, jak głęboką mam ranę w duszy.

- Prawda, że nigdy nie interesowały mnie gwiazdy - szepnął pan Ignacy.

- Od tego dnia uległem dziwnej chorobie - mówił Wokulski. -
Dopóki rozpisywałem listy, robiłem rachunki, odbierałem towary,
rozsyłałem moich ajentów, dopókim bodaj dźwigał i wyładowywał
zepsute wozy albo czuwał nad skradającym się grabieżcą, miałem
względny spokój. Ale gdym oderwał się od interesów, a nawet gdym
na chwilę złożył pióro, czułem ból, jakby mi - czy ty rozumiesz,
Ignacy ? - jakby mi ziarno piasku wpadło do serca. Bywało, chodzę,
jem, rozmawiam, myślę przytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy,
nawet śmieję się i jestem wesół, a mimo to czuję jakieś tępe
ukłucie, jakiś drobny niepokój, jakąś nieskończenie małą obawę.

Ten stan chroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność
rozdmuchiwała w burzę. Drzewo znajomej formy, jakiś obdarty
pagórek, kolor obłoku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego
zresztą powodu budził we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od
ludzi. Szukałem ustroni tak pustej, gdzie bym mógł upaść na ziemię
i nie podsłuchany przez nikogo, wyć z bólu jak pies.

Czasami w tej ucieczce przed samym sobą doganiała mnie noc. Wtedy
spoza krzaków, zwalonych pni i rozpadlin wychodziły naprzeciw mnie
jakieś szare cienie i smutnie kiwały głowami o wybladłych oczach. A
wszystkie szelesty liści, daleki turkot wozów, szmery wód zlewały
się w jeden głos żałosny, który mnie pytał: "Przechodniu nasz,
ach! co się z tobą stało?..."

Ach, co się ze mną stało...

- Nic nie rozumiem - przerwał Ignacy. - Cóż to za szał ?

- Co?... Tęsknota.

- Za czym ?

Wokulski drgnął.

- Za czym? No... za wszystkim... za krajem...

- Dlaczegożeś nie wracał ?

- A cóż by mi dał powrót ?... Zresztą - nie mogłem.

- Nie mogłeś? - powtórzył Ignacy.

- Nie mogłem... i basta! Nie miałem po co wracać - odparł
niecierpliwie Wokulski. - Umrzeć tu czy tam, wszystko jedno... Daj mi
wina - zakończył nagle, wyciągając rękę.

Rzecki spojrzał w jego rozgorączkowaną twarz i odsunął butelkę.

- Daj pokój - rzekł - już i tak jesteś rozdrażniony...

- Dlatego chcę pić...

- Dlatego nie powinieneś pić - przerwał Ignacy. - Za wiele
mówisz... może więcej, aniżelibyś chciał - dodał z naciskiem.

Wokulski cofnął się. Zastanowił się i odparł potrząsając głową:

- Mylisz się.

- Zaraz ci dowiodę - odpowiedział Ignacy przyciszonym głosem. -
Ty nie jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy...

- Zapewne - rzekł Wokulski po namyśle.

- Bo i na co trzysta tysięcy rubli tobie, któremu wystarczało tysiąc
na rok ?...

- To prawda.

Rzecki zbliżył swoje usta do jego ucha.

- Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tych nie przywiozłeś dla siebie...

- Kto wie, czyś nie zgadł.

- Zgaduję więcej, aniżeli myślisz...

Wokulski nagle roześmiał się.

- Aha, więc tak sądzisz? - zawołał. - Upewniam cię, że nic nie
wiesz, stary marzycielu.

- Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak
wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?...

Wokulski wciąż się śmiał.

- Masz rację, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale -
już zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A
teraz, ażeby ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam - za
pomyślność moich zamiarów.

Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł:

- Za pomyślność wielkich zamiarów...

- Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych.

- Niech i tak będzie - mówił Ignacy. - Jestem tak stary, że mi
wygodniej nic nie wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę
tylko jednej rzeczy - pięknej śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie
czas, zawiadomisz mnie...

- Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem.

- Już byłem i nieszczęśliwie... - rzekł Ignacy.

- Z wdową przed siedmioma laty ?

- Przed piętnastoma.

- Znowu swoje - roześmiał się Wokulski. - Zawsze ten sam!

- I tyś ten sam. Za pomyślność twoich zamiarów... Jakiekolwiek są,
wiem jedno, że muszą być godne ciebie. A teraz - milczę...

To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek rzucił na
ziemię. Szkło rozbiło się z brzękiem, który obudził Ira.

- Chodźmy do sklepu - rzekł Ignacy. - Bywają rozmowy, po których
dobrze jest mówić o interesach.

Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nich mokry
śnieg. Rzecki otworzył drzwi sklepu i zapalił kilka lamp.

- Co za towary! - zawołał Wokulski. - Chyba wszystko nowe ?

- Prawie. Chcesz zobaczyć ?... Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę...

- Później... Daj mi księgę.

- Dochodów ?

- Nie, dłużników.

Rzecki otworzył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski
usiadł i rzuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko.

- Sto czterdzieści rubli - mówił czytając. - No, to wcale niedużo...

- Któż to? - zapytał Ignacy. -- A... Łęcki...

- Panna Łęcka ma także otwarty kredyt... bardzo dobrze - ciągnął
Wokulski zbliżywszy twarz do księgi, jakby w niej pismu było
niewyraźne. - A... a... Onegdaj wzięła portmonetkę... Trzy ruble
?... to chyba za drogo...

- Wcale nie - wtrącił Ignacy. - Portmonetka doskonała, sam ją
wybierałem.

- Z którychże to ? - spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę.

- Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka.

- Musiała jednak dużo między nimi przerzucić... Jest podobno
wymagająca...

- Wcale nie przerzucała, dlaczego miałaby przerzucać ? - odparł
Ignacy. - Obejrzała tę...

- Tę?..

- A chciała wziąć tę...

- Ach, tę... - szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.

- Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście...

- Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób.

- Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.

- Ta bardzo mi się podoba. Wiesz... ja ją wezmę, bo moja już na nic.:.

- Czekaj, znajdę ci lepszą - zawołał Rzecki.

- Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się przyda.

- Spinki masz ?... Krawat, kalosze, parasol...

- Daj mi parasol, no... i krawat. Sam wybierz. Będę dziś jedynym
gościem i w dodatku zapłacę gotówką.

- Bardzo dobry zwyczaj - odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat
z szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiechem Wokulskiemu. -
Po strąceniu rabatu - dodał - jako handlujący, zapłacisz siedem
rubli. Pyszny parasol... Bagatela...

- To już wróćmy do ciebie - rzekł Wokulski.

- Nie obejrzysz sklepu? - spytał Ignacy.

- Ach, co mnie to ob...

- Nie obchodzi cię twój własny sklep, taki piękny sklep ?... -
zdziwił się Ignacy.

- Gdzież znowu, czy możesz przypuszczać... Ale jestem trochę
zmęczony.

- Słusznie - odparł Rzecki. - Co racja, to racja. Więc idźmy.

Pozakręcał lampy i przepuściwszy Wokulskiego zamknął sklep. W sieni
znowu spotkał ich mokry śnieg i Paweł, niosący obiad.

Pan Tomasz Łęcki z jedyną córką Izabelą i kuzynką panną
Florentyną nie mieszkał we własnej kamienicy, lecz wynajmował lokal,
złożony z ośmiu pokojów, w stronie Alei Ujazdowskiej. Miał tam salon
o trzech oknach, gabinet własny, gabinet córki, sypialnią dla siebie,
sypialnią dla córki, pokój stołowy, pokój dla panny Florentyny i
garderobę, nie licząc kuchni i mieszkania dla służby, składającej
się ze starego kamerdynera Mikołaja, jego żony, która była kucharką,
i panny służącej, Anusi.

Mieszkanie posiadało wielkie zalety. Było suche, ciepłe,
obszerne, widne. Miało marmurowe schody, gaz, dzwonki elektryczne i
wodociągi. Każdy pokój w miarę potrzeby łączył się z innymi
lub tworzył zamkniętą w sobie całość. Sprzętów wreszcie miało
liczbę dostateczną, ani za mało, ani za wiele, a każdy odznaczał się
raczej wygodną prostotą aniżeli skaczącymi do oczu ozdobami. Kredens
budził w widzu uczucie pewności, że z niego nie zginą srebra; łóżko
przywodziło na myśl bezpieczny spoczynek dobrze zasłużonych; stół
można było obciążyć, na krześle usiąść bez obawy załamania się,
na fotelu marzyć.

Kto tu wszedł, miał swobodę ruchu; nie potrzebował lękać się,
że mu coś zastąpi drogę lub że on coś zepsuje. Czekając na
gospodarza nie nudził się, otaczały go bowiem rzeczy, które warto
było oglądać. Zarazem widok przedmiotów, wyrobionych nie wczoraj
i mogących służyć kilku pokoleniom, nastrajał go na jakiś ton
uroczysty.

Na tym poważnym tle dobrze zarysowywali się jego mieszkańcy.

Pan Tomasz Łęcki był to sześćdziesięciokilkoletni człowiek,
niewysoki, pełnej tuszy, krwisty. Nosił nieduże wąsy białe i do
góry podczesane włosy, tej samej barwy. Miał siwe, rozumne oczy,
postawę wyprostowaną, chodził ostro. Na ulicy ustępowano mu z drogi -
a ludzie prości mówili: oto musi być pan z panów.

Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi
senatorów. Ojciec jego jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu
krocie. Później jednak część majątku pochłonęły zdarzenia
polityczne, resztę - podróże po Europie i wysokie stosunki. Pan Tomasz
bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, następnie na
wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego
córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać
tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla
przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę.

Od paru lat pan Tomasz nie ruszał się z Warszawy, za mało mając już
pieniędzy, ażeby błyszczeć na dworach. Za to jego mieszkanie stało
się ogniskiem eleganckiego świata i było nim aż do czasu rozejścia
się pogłosek, że pan Tomasz postradał nie tylko swój majątek,
ale nawet posag panny Izabeli.

Pierwsi cofnęli się epuzerowie, za nimi damy mające brzydkie
córki, z pozostałą zaś resztą zerwał sam pan Tomasz i ograniczył
swoje znajomości wyłącznie do stosunków z familią. Lecz gdy i tu
zauważył zniżenie się uczuciowej temperatury, zupełnie wycofał
się z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu szanownych osób, jako
właściciel domu w Warszawie, wpisał się do Resursy Kupieckiej. Chciano
go tam zrobić prezesem, ale nie zgodził się.

Tylko jego córka bywała u sędziwej hrabiny Karolowej i paru jej
przyjaciółek, co znowu dało początek pogłosce, że pan Tomasz jeszcze
posiada majątek i że zerwał z towarzystwem w części przez dziwactwo,
w części dla poznania rzeczywistych przyjaciół i wybrania córce
męża, który by ją kochał dla niej samej, nie dla posagu.

Więc znowu dokoła panny Łęckiej począł zbierać się tłum
wielbicieli, a na stoliku w jej salonie stosy biletów wizytowych. Gości
jednak nie przyjmowano, co zresztą między nimi nie wywołało zbyt
wielkiego oburzenia, ponieważ rozeszła się trzecia z kolei pogłoska,
że Łęckiemu licytują kamienicę.

Tym razem w towarzystwie powstał zamęt. Jedni twierdzili, że pan Tomasz
jest zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiąc, że zataił
majątek, aby zapewnić szczęście jedynaczce. Kandydaci do małżeństwa
i ich rodziny znaleźli się w dręczącej niepewności. Ażeby więc nic
nie ryzykować i nic nie stracić, składali hołdy pannie Izabeli nie
angażując się zbytecznie i po cichu rzucali w jej domu swoje karty,
prosząc Boga, ażeby ich czasem nie zaproszono przed wyklarowaniem
się sytuacji.

O rewizytach ze strony pana Tomasza nie było mowy. Usprawiedliwiano go
ekscentrycznością i smutkiem po Wiktorze Emanuelu.

Tymczasem pan Tomasz w dzień spacerował po Alejach, a wieczorem
grywał w wista w resursie. Fizjognomia jego była zawsze tak spokojna,
a postawa tak dumna, że wielbiciele jego córki zupełnie potracili
głowy. Rozważniejsi czekali, ale śmielsi poczęli znowu darzyć
ją powłóczystymi spojrzeniami, cichym westchnieniem lub drżącym
uściskiem ręki, na co panna odpowiadała lodowatą, a niekiedy
pogardliwą obojętnością.

Panna Izabela była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było
oryginalne i doskonałe. Wzrost więcej niż średni, bardzo kształtna
figura, bujne włosy blond z odcieniem popielatym, nosek prosty, usta
trochę odchylone, zęby perłowe, ręce i stopy modelowe. Szczególne
wrażenie robiły jej oczy, niekiedy ciemne i rozmarzone, niekiedy pełne
iskier wesołości, czasem jasnoniebieskie i zimne jak lód.

Uderzająca była gra jej fizjognomii. Kiedy mówiła, mówiły
jej usta, brwi, nozdrza, ręce, cała postawa, a nade wszystko
oczy, którymi zdawało się, że chce przelać swoją duszę w
słuchacza. Kiedy słuchała, zdawało się, że chce wypić duszę z
opowiadającego. Jej oczy umiały tulić, pieścić, płakać bez łez,
palić i mrozić. Niekiedy można było myśleć, że rozmarzona otoczy
kogoś rękoma i oprze mu głowę na ramieniu; lecz gdy szczęśliwy
topniał z rozkoszy, nagle wykonywała jakiś ruch, który mówił,
że schwycić jej niepodobna, gdyż albo wymknie się, albo odepchnie,
albo po prostu każe lokajowi wyprowadzić wielbiciela za drzwi...

Ciekawym zjawiskiem była dusza panny Izabeli.

Gdyby ją kto szczerze zapytał: czym jest świat, a czym ona sama
? niezawodnie odpowiedziałaby, że świat jest zaczarowanym ogrodem,
napełnionym czarodziejskimi zamkami, a ona - boginią czy nimfą
uwięzioną w formy cielesne.

Panna Izabela od kolebki żyła w świecie pięknym i nie tylko
nadludzkim, ale - nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się
w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych i wyściełanych hebanach
lub palisandrach, piła z kryształów, jadała ze sreber i porcelany
kosztownej jak złoto.

Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna, pełna
łagodnego światła, żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia,
gdyż nieraz przez całe miesiące kładła się spać o ósmej rano, a
jadała obiad o drugiej po północy. Nie istniały różnice położeń
jeograficznych, gdyż w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy Londynie
znajdowali się ci sami ludzie, te same obyczaje, te same sprzęty,
a nawet te same potrawy: zupy z wodorostów Oceanu Spokojnego, ostrygi
z Morza Północnego, ryby z Atlantyku albo z Morza Śródziemnego,
zwierzyna ze wszystkich krajów, owoce ze wszystkich części świata. Dla
niej nie istniała nawet siła ciężkości, gdyż krzesła jej podsuwano,
talerze podawano, ją samą na ulicy wieziono, na schody wprowadzano,
na góry wnoszono.

Woalka chroniła ją od wiatru, kareta od deszczu, sobole od zimna,
parasolka i rękawiczki od słońca. I tak żyła z dnia na dzień,
z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, wyższa nad ludzi, a nawet
nad prawa natury. Dwa razy spotkała ją straszna burza, raz w Alpach,
drugi - na Morzu Śródziemnym. Truchleli najodważniejsi, ale panna
Izabela ze śmiechem przysłuchiwała się łoskotowi druzgotanych
skał i trzeszczeniu okrętu, ani przypuszczając możliwości
niebezpieczeństwa. Natura urządziła dla niej piękne widowisko z
piorunów, kamieni i morskiego odmętu, jak w innym czasie pokazała
jej księżyc nad Jeziorem Genewskim albo nad wodospadem Renu rozdarła
chmury, które zakrywały słońce. To samo przecie robią co dzień
maszyniści teatrów i nawet w zdenerwowanych damach nie wywołują obawy.

Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko
rzeźbione drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami,
ten świat miał swoją specjalną ludność. Właściwymi jego
mieszkańcami były księżniczki i książęta, hrabianki i hrabiowie
tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci. Znajdowały się
tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze gospodarzy
domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych obyczajów
i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy stole,
oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też
biskupi, wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność
zabezpieczała świat od nieporządków społecznych i trzęsienia
ziemi, a nareszcie dzieci, małe cherubiny, zesłane z nieba po to,
ażeby starsi mogli urządzać kinderbale.

Wśród stałej ludności zaczarowanego świata ukazywał się od czasu
do czasu zwykły śmiertelnik, który na skrzydłach reputacji potrafił
wzbić się aż do szczytów Olimpu. Zwykle bywał nim jakiś inżynier,
który łączył oceany albo wiercił czy też budował Alpy. Był
jakiś kapitan, który w walce z dzikimi stracił swoją kompanię, a sam
okryty ranami ocalał dzięki miłości murzyńskiej księżniczki. Był
podróżnik, który podobno odkrył nową część świata, rozbił się z
okrętem na bezludnej wyspie i bodaj czy nie kosztował ludzkiego mięsa.

Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci,
którzy w sztambuchach hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać
się bez nadziei i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód
w gazetach, a następnie w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym
papierze.

Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się
wygalonowani lokaje, damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący
wyższych posad kuzyni, cała ta ludność obchodziła wieczne święto.

Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano
się w magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie
obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam
zobaczyć inny sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i
pracują, ale za to wciąż gadają sami do siebie- gdzie niewierność
kobiet staje się źródłem wielkich katastrof i gdzie kochanek,
zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień zmartwychwstaje
w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do
siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z
teatru znowu zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i
gorące napoje, najęci artyści śpiewali, młode mężatki słuchały
opowiadań porąbanego kapitana o murzyńskiej księżniczce, panny
rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykładali
inżynierom swoje poglądy na inżynierią, a damy w średnim wieku
półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika,
który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta
jadły, żołądki trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych
serc i marzeniach głów niezawrotnych. A potem - rozjeżdżano się,
ażeby w śnie rzeczywistym nabrać sił do snu życia.

Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat - zwyczajny.

O jego istnieniu wiedziała panna Izabela i nawet lubiła mu się
przypatrywać z okna karety, wagonu albo z własnego mieszkania. W
takich ramach i z takiej odległości wydawał on się jej malowniczym i
nawet sympatycznym. Widywała rolników powoli orzących ziemię - duże
fury ciągnione przez chudą szkapę - roznosicieli owoców i jarzyn -
starca, który tłukł kamienie na szosie - posłańców idących gdzieś
z pośpiechem - ładne i natrętne kwiaciarki - rodzinę złożoną z
ojca, bardzo otyłej matki i czworga dzieci, parami trzymających się za
ręce - eleganta niższej sfery, który jechał dorożką i rozpierał
się w sposób bardzo zabawny - czasem pogrzeb. I mówiła sobie, że
tamten świat, choć niższy, jest ładny; jest nawet ładniejszy od
obrazów rodzajowych, gdyż porusza się i zmienia co chwilę.

I jeszcze wiedziała panna Izabela, że jak w oranżeriach rosną kwiaty,
a w winnicach winogrona, tak w tamtym, niższym świecie wyrastają
rzeczy jej potrzebne. Stamtąd pochodzi jej wierny Mikołaj i Anusia, tam
robią rzeźbione fotele, porcelanę, kryształy i firanki, tam rodzą
się froterzy, tapicerowie, ogrodnicy i panny szyjące suknie. Będąc
raz w magazynie kazała zaprowadzić się do szwalni i bardzo ciekawym
wydał się jej widok kilkudziesięciu pracownic, które krajały;
fastrygowały i układały na formach fałdy ubrań. Była pewna, że
robi im to wielką przyjemność, ponieważ te panny, które brały jej
miarę albo przymierzały suknie, były zawsze uśmiechnięte i bardzo
zainteresowane tym, ażeby strój leżał na niej dobrze.

I jeszcze wiedziała panna Izabela, że na tamtym, zwyczajnym świecie
trafiają się ludzie nieszczęśliwi. Więc każdemu ubogiemu, o ile
spotkał ją, kazała dawać po kilka złotych ; raz spotkawszy mizerną
matkę z bladym jak wosk dzieckiem przy piersi oddała jej bransoletę,
a brudne, żebrzące dzieci obdarzała cukierkami i całowała z pobożnym
uczuciem. Zdawało się jej, że w którymś z tych biedaków, a może
w każdym, jest utajony Chrystus, który zastąpił jej drogę, ażeby
dać okazję do spełnienia dobrego czynu.

W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce
życzliwe. Przychodziły jej na myśl słowa Pisma Świętego: "W pocie
czoła pracować będziesz." Widocznie popełnili oni jakiś ciężki
grzech, skoro skazano ich na pracę; ależ tacy jak ona aniołowie nie
mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której największą
pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu.

Raz tylko niższy świat zrobił na niej potężne wrażenie.

Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z
góry, w okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła
otchłań wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i
usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała
piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami -
potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic - wielkie
rusztowania, które same toczyły się po szynach - strumienie rozpalonego
do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi,
o ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim - krwawa łuna, warczenie
kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów,
a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi.

Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do
beznadziejnej otchłani Wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny mogące
zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych
olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała,
i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed którą gięli się
marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.

- To są straszni ludzie, papo... - szepnęła do ojca.

Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię.

- Ale kobietom oni nic złego nie zrobią ?

- Tak, nawet oni - odpowiedział pan Tomasz.

W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła
się tylko o kobiety. Więc szybko dodała:

- A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego...

Ale pan Tomasz uśmiechnął się i potrząsnął głową. W owym czasie
dużo mówiono o zbliżającym się końcu starego świata, a pan Tomasz
głęboko odczuwał to, z wielkimi trudnościami wydobywając pieniądze
od swoich pełnomocników.

Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z
religijną czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta,
i zdawało się jej, że dziś znalazła ilustrację do Nieboskiej
komedii. Odtąd często marzyła o zmroku, że na górze kąpiącej
się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki, stoją Okopy
Św. Trójcy, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było obozowisko
zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do szturmu i
zburzyć jej piękny świat.

Teraz dopiero zrozumiała, jak gorąco kocha tę swoją duchową
ojczyznç, gdzie kryształowe pająki zastępują słońce, dywany -
ziemię, posągi i kolumny - drzewa. Tę drugą ojczyznę, która ogarnia
arystokrację wszystkich narodów, wykwintność wszystkich czasów i
najpiękniejsze zdobycze cywilizacji.

I to wszystko miałoby runąć, umrzeć albo rozpierzchnąć
się!... Rycerska młodzież, która śpiewa z takim uczuciem, tańczy
z wdziękiem, pojedynkuje się z uśmiechem albo skacze na środku
jeziora w wodę za zgubionym kwiatkiem ?... Mają zginąć te ukochane
przyjaciółki, które okrywały ją tyloma pieszczotami albo siedząc
u jej nóg opowiadały jej tyle drobnych tajemnic, albo oddalone od niej
pisywały takie długie, bardzo długie listy, w których tkliwe uczucia
mieszały się z nader wątpliwą ortografią ?

A ta dobra służba, która ze swymi panami postępuje tak, jakby
zaprzysięgała im dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo? A
te modystki, które zawsze witają ją z uśmiechem i tak pamiętają
o najdrobniejszym szczególe jej tualety, tak dokładnie wiedzą o jej
triumfach ? A te piękne konie, którym jaskółka mogłaby zazdrościć
lotu, a te psy mądre i przywiązane jak ludzie, a te ogrody, gdzie
ręka ludzka powznosiła pagórki, wylewała strumienie, modelowała
drzewa ?... I to wszystko miałoby kiedyś zniknąć ?...

Od tych rozmyślań przybył pannie Izabeli na twarz nowy wyraz łagodnego
smutku, który ją robił jeszcze piękniejszą. Mówiono, że już
zupełnie dojrzała.

Rozumiejąc, że wielki świat jest wyższym światem, panna Izabela
dowiedziała się powoli, że do tych wyżyn wzbić się można i
stale na nich przebywać tylko za pomocą dwóch skrzydeł : urodzenia i
majątku. Urodzenie zaś i majątek są przywiązane do pewnych wybranych
familii, jak kwiat i owoc pomarańczy do pomarańczowego drzewa. Bardzo
też jest możliwym, że dobry Bóg widząc dwie dusze z pięknymi
nazwiskami, połączone węzłem sakramentu, pomnaża ich dochody i zsyła
im na wychowanie aniołka, który w dalszym ciągu podtrzymuje sławę
rodów swoimi cnotami, dobrym ułożeniem i pięknością. Stąd wynika
obowiązek oględnego zawierania małżeństw, na czym najlepiej znają
się stare damy i sędziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobór nazwisk
i majątków. Miłość bowiem, nie ta szalona, o jakiej marzą poeci,
ale prawdziwie chrześcijańska, zjawia się dopiero po sakramencie i
najzupełniej wystarcza, ażeby żona umiała pięknie prezentować się
w domu, a mąż z powagą asystować jej w świecie.

Tak było dawniej i było dobrze, według zgodnej opinii wszystkich
matron. Dziś zapomniano o tym i jest źle : mnożą się mezalianse i
upadają wielkie rodziny.

" I nie ma szczęścia w małżeństwach" - dodawała po cichu panna
Izabela, której młode mężatki opowiedziały niejeden sekret domowy.

Dzięki nawet tym opowiadaniom nabrała dużego wstrętu do małżeństwa
i lekkiej wzgardy dla mężczyzn.

Mąż w szlafroku, który ziewa przy żonie, całuje ją mając pełne
usta dymu z cygar, często odzywa się: "A dajże mi spokój" , albo po
prostu : "Głupia jesteś!..." - ten mąż, który robi hałasy w domu za
nowy kapelusz, a za domem wydaje pieniądze na ekwipaże dla aktorek -
to wcale nieciekawe stworzenie : Co najgorsze, że każdy z nich przed
ślubem był gorącym wielbicielem, mizerniał nie widząc długo swej
pani, rumienił się, kiedy ją spotkał, a nawet niejeden obiecywał
zastrzelić się z miłości.

Toteż mając lat ośmnaście, panna Izabela tyranizowała mężczyzn
chłodem. Kiedy Wiktor Emanuel raz pocałował ją w rękę, uprosiła
ojca, że tego samego dnia wyjechali z Rzymu. W Paryżu oświadczył się
jej pewien bogaty hrabia francuski, odpowiedziała mu, że jest Polką
i za cudzoziemca nie wyjdzie. Podolskiego magnata odepchnęła zdaniem,
że odda swoją rękę tylko temu, kogo pokocha, a na co się jeszcze
nie zanosi, a oświadczyny jakiegoś amerykańskiego milionera zbyła
wybuchem śmiechu.

Takie postępowanie na kilka lat wytworzyło dokoła panny
pustkę. Podziwiano ją i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie
chciał narażać się na szyderczą odmowę.

Po przejściu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiała,
że małżeństwo trzeba przyjąć takim, jakie jest. Była już
zdecydowana wyjść za mąż, pod tym wszakże warunkiem, aby przyszły
towarzysz - podobał się jej, miał piękne nazwisko i odpowiedni
majątek. Rzeczywiście, trafiali się jej ludzie piękni, majętni i
utytułowani; na nieszczęście jednak, żaden nie łączył w sobie
wszystkich trzech warunków, więc - znowu upłynęło kilka lat.

Nagle rozeszły się wieści o złym stanie interesów pana Tomasza i
- z całego legionu konkurentów - zostało pannie Izabeli tylko dwu
poważnych : pewien baron i pewien marszałek, bogaci, ale starzy.

Teraz spostrzegła panna Izabela, że w wielkim świecie usuwa
jej się grunt pod nogami, więc zdecydowała się obniżyć skalę
wymagań. Ale że baron i marszałek, pomimo swoich majątków budzili w
niej niepokonaną odrazę, więc odkładała stanowczą decyzję z dnia
na dzień. Tymczasem pan Tomasz zerwał z towarzystwem. Marszałek nie
mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na wieś, strapiony baron
za granicę i - panna Izabela pozostała kompletnie samą. Wprawdzie
wiedziała, że każdy z nich wróci na pierwsze zawołanie, ale -
którego tu wybrać ?... jak przytłumić wstręt ?... Nade wszystko zaś,
czy podobna robić z siebie taką ofiarę mając niejaką pewność,
że kiedyś odzyska majątek, i wiedząc, że wówczas znowu będzie
mogła wybierać. Tym razem już wybierze, poznawszy, jak ciężko jej
żyć poza towarzystwem salonów...

Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała jej wyjście za mąż dla
stanowiska. Oto panna Izabela nigdy. nie była zakochaną. Przyczyniał
się do tego jej chłodny temperament, wiara, że małżeństwo
obejdzie się bez poetycznych dodatków, nareszcie miłość idealna,
najdziwniejsza, o jakiej słyszano.

Raz zobaczyła w pewnej galerii rzeźb posąg Apollina, który na niej
zrobił tak silne wrażenie, że kupiła piękną jego kopię i ustawiła
w swoim gabinecie. Przypatrywała mu się całymi godzinami, myślała
o nim i... kto wie, ile pocałunków ogrzało ręce i nogi marmurowego
bóstwa ?... I stał się cud: pieszczony przez kochającą kobietę
głaz ożył. A kiedy pewnej nocy zapłakana usnęła, nieśmiertelny
zstąpił ze swego piedestału i przyszedł do niej w laurowym wieńcu
na głowie, jaśniejący mistycznym blaskiem.

Siadł na krawędzi jej łóżka, długo patrzył na nią oczyma, z
których przeglądała wieczność, a potem objął ją w potężnym
uścisku i pocałunkami białych ust ocierał łzy i chłodził jej
gorączkę.

Odtąd nawiedzał ją coraz częściej i omdlewającej w jego objęciach
szeptał on, bóg światła, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas
nie wypowiedziano w śmiertelnym języku. A przez miłość dla niej
sprawił jeszcze większy cud, gdyż w swym boskim obliczu kolejno
ukazywał jej wypiększone rysy tych ludzi, którzy kiedykolwiek zrobili
na niej wrażenie.

Raz był podobnym do odmłodzonego jenerała-bohatera, który wygrał
bitwę i z wyżyn swego siodła patrzył na śmierć kilku tysięcy
walecznych. Drugi raz przypominał twarzą najsławniejszego tenora,
któremu kobiety rzucały kwiaty pod nogi, a mężczyźni wyprzęgali
konie z powozu. Inny raz był wesołym i pięknym księciem krwi jednego
z najstarszych domów panujących ; inny raz dzielnym strażakiem, który
za wydobycie trzech osób z płomieni na piątym piętrze dostał legię
honorową ; inny raz był wielkim rysownikiem, który przytłaczał
świat bogactwem swojej fantazji, a inny raz weneckim gondolierem albo
cyrkowym atletą nadzwyczajnej urody i siły.

Każdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzątał tajemne myśli panny
Izabeli, każdemu poświęcała najcichsze westchnienia rozumiejąc,
że dla tych czy innych powodów kochać go nie może, i - każdy z nich
za sprawą bóstwa ukazywał się w jego postaci, w półrzeczywistych
marzeniach. A od tych widzeń oczy panny Izabeli przybrały nowy wyraz-
jakiegoś nadziemskiego zamyślenia. Niekiedy spoglądały one gdzieś
ponad ludzi i poza świat; a gdy jeszcze jej popielate włosy na czole
ułożyły się tak dziwnie, jakby je rozwiał tajemniczy podmuch,
patrzącym zdawało się, że widzą anioła albo świętą.

Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczył pannę Izabelę
Wokulski. Odtąd serce jego nie zaznało spokoju.

Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwał z towarzystwem i na znak
swoich rewolucyjnych usposobień zapisał się do Resursy Kupieckiej. Tam
z pomiatanymi niegdyś garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami
grywał w wista, głosząc na prawo i na lewo, że arystokracja nie
powinna zasklepiać się w wyłączności, ale przodować oświeconemu
mieszczaństwu, a przez nie narodowi. Za co wywzajemniając się,
dumni dziś garbarze, szczotkarze i dystylatorzy raczyli przyznawać,
że pan Tomasz jest jedynym arystokratą, który pojął swe obowiązki
względem kraju i spełnia je sumiennie. Mogli byli dodać: spełnia co
dzień od dziewiątej wieczór do północy.

I kiedy w ten sposób pan Tomasz dźwigał jarzmo stanowiska, panna
Izabela trawiła się w samotności i ciszy swego pięknego lokalu. Nieraz
Mikołaj już twardo drzemał w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie
uszy watą, na dobre spała, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie
zapukał, odpędzany przez wspomnienia. Wtedy zrywała się z łóżka
i odziana w lekki szlafroczek całymi godzinami chodziła po salonie,
gdzie dywan głuszył jej kroki i tylko tyle było światła, ile go
rzucały dwie skąpe latarnie uliczne.

Chodziła, a w ogromnym pokoju tłoczyły się jej smutne myśli i
widziadła osób, które tu kiedyś bywały. Tu drzemie stara księżna;
tu dwie hrabiny informują się u prałata: czy można dziecko ochrzcić
wodą różaną? Tu rój młodzieży zwraca ku niej tęskne spojrzenia
albo udanym chłodem usiłuje podniecić w niej ciekawość; a tam
girlanda panien, które pieszczą ją wzrokiem, podziwiają albo
jej zazdroszczą. Pełno świateł, szelestów, rozmów, których
większa część, jak motyle około kwiatów, krążyły około jej
piękności. Gdzie ona się znalazła, tam obok niej wszystko bladło;
inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni niewolnikami.

I to wszystko przeszło!... I dziś w tym salonie - chłodno; ciemno
i pusto... Jest tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze
zasnuwa szarą siecią te miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i skąd
szczęście uciekło. Już uciekło!... Panna Izabela wyłamywała sobie
palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej było nawet
w pustce i w nocy.

Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem - hrabiny Karolowej, która kiedy
wezbrał jej zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na
kanapie, prawiła wśród westchnień :

- Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów
nie do darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny
kaprys króla - trochę liberalnego i zresztą bardzo zadłużonego. Na
takie stosunki trzeba mieć więcej - nie powiem: taktu, ale -
doświadczenia - ciągnęła hrabina, skromnie spuszczając powieki. -
Ale wypuścić czy - jeżeli chcesz - odrzucić hrabiego Saint-Auguste,
to już daruj!.. Człowiek młody, majętny, bardzo dobrze, i jeszcze z
taką karierą!... Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji do Ojca
świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej
rodziny, no - a hrabia Chambord nazywa go cher cousin... Ach, Boże!

- Myślę, ciociu, że martwić się tym już za późno - wtrąciła
panna Izabela.

- Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają
cię ciosy, które ukoić może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz,
że ojciec stracił wszystko, nawet resztę twego posagu ?

- Cóż ja na to poradzę ?

- A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś - mówiła hrabina z
naciskiem. - Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem, no - ale... Gdyby
nasze obowiązki były do spełnienia łatwe, nie istniałaby
zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam broni mieć na dnie duszy
jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile ? Na koniec,
mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego
męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią,
mówią o niej, składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż
jest mniej wymagający od męża w średnim wieku...

- Ach, ciociu...

- Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie
musisz patrzeć serio. Nie można przecie dla jakiejś idiosynkrazji
poświęcić bytu ojca, a choćby Flory i waszej służby. Wreszcie
pomyśl, ile ty, przy twym szlachetnym serduszku, mogłabyś zrobić
dobrego rozporządzając znacznym majątkiem.

- Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba,
ale niańki, która by mu ocierała usta.

- Nie upieram się przy marszałku, więc baron...

- Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy
na rękach.

Hrabina podniosła się z kanapy.

- Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatką, to należy do pani
Meliton. Zwracam tylko uwagę, że nad ojcem wisi katastrofa.

- Mamy przecie kamienicę.

- Którą sprzedają najdalej po św. Janie, tak że nawet twoja suma
spadnie.

- Jak to - dom, który kosztował sto tysięcy, sprzedadzą za
sześćdziesiąt ?...

- Bo on niewart więcej, bo ojciec za dużo wydał. Wiem to od
budowniczego, który oglądał go z polecenia Krzeszowskiej.

- Więc w ostateczności mamy serwis... srebra... - wybuchnęła panna
Izabela załamując ręce.

Hrabina ucałowała ją kilkakrotnie.

- Drogie, kochane dziecko - mówiła łkając - że też właśnie ja
muszę tak ranić ci serce!... Słuchaj więc... Ojciec ma jeszcze długi
wekslowe, jakieś parę tysięcy rubli. Otóż te długi... uważasz... te
długi ktoś skupił... kilka dni temu, w końcu marca. Domyślamy się,
że to zrobiła Krzeszowska...

- Cóż za nikczemność! - szepnęła panna Izabela. - Ale mniejsza o
nią... Na pokrycie paru tysięcy rubli wystarczy mój serwis i srebra.

- Są one warte bez porównania więcej, ale - kto dziś kupi rzeczy
tak kosztowne ?

- W każdym razie spróbuję - mówiła rozgorączkowana panna Izabela. --
Poproszę panią Meliton, ona mi to ułatwi...

- Zastanów się jednak, czy nie szkoda tak pięknych pamiątek.

Panna Izabela roześmiała się.

- Ach, ciociu... Więc mam wahać się pomiędzy sprzedaniem siebie
i serwisu ?... Bo na to, ażeby zabierano nam meble, nigdy nie
pozwolę... Ach, ta Krzeszowska... to wykupywanie weksli... co za ohyda!

- No, może to jeszcze nie ona.

- Więc chyba znalazł się jakiś nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej.

- Może to ciotka Honorata - uspokajała ją hrabina - czy ja wiem ? Może
chce dopomóc Tomaszowi, ale zawieszając nad nim groźbę. Lecz bądź
zdrowa, moje kochane dziecię, adieu...

Na tym skończyła się rozmowa w języku polskim, gęsto ozdobionym
francuszczyzną, co robiło go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej
wysypką.

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście
między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się
jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare:
wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

Jest około piątej po południu. Panna Izabela siedzi w swoim gabinecie
i czyta najnowszą powieść Zoli: Une page d'amour. Czyta bez uwagi, co
chwilę podnosi oczy, spogląda w okno i półświadomie formułuje sąd,
że gałązki drzew są czarne, a niebo szare. Znowu czyta, spogląda
po gabinecie i półświadomie myśli, że jej meble kryte błękitną
materią i jej niebieski szlafroczek mają jakiś szary odcień i że
festony białej firanki są podobne do wielkich sopli śniegu. Potem
zapomina, o czym myślała w tej chwili, i pyta się w duchu: "O czym
ja myślałam?... Ach, prawda, o kweście wielkotygodniowej..." I nagle
czuje ochotę przejechania się karetą, a jednocześnie czuje żal
do nieba, że jest takie szare, że złotawe żyłki na nim są tak
wąskie... Dręczy ją jakiś cichy niepokój, jakieś oczekiwanie, ale
nie jest pewna, na co czeka: czy na to, ażeby chmury się rozdarły,
czy na to, ażeby wszedł lokaj i wręczył jej list zapraszający na
wielkotygodniową kwestę? Już taki krótki czas, a jej nie proszą.

Znowu czyta powieść, ten rozdział, kiedy podczas gwiaździstej nocy
p. Rambaud naprawiał zepsutą lalkę małej Joasi, Helena tonęła we
łzach bezprzedmiotowego żalu, a opat Jouve radził, ażeby wyszła za
mąż. Panna Izabela odczuwa ten żal i kto wie, czy gdyby w tej chwili
ukazały się na niebie gwiazdy, zamiast chmur, czy nie rozpłakałaby
się tak jak Helena. Wszak to już ledwo parę dni do kwesty, a jej
jeszcze nie proszą. Że zaproszą, o tym wie, ale dlaczego zwłóczą?...

"Te kobiety, które zdają się tak gorąco szukać Boga, bywają niekiedy
nieszczęśliwymi istotami, których serce wzburzyła namiętność. Idą
do kościoła, ażeby tam wielbić mężczyznę" - mówi opat Jouve.

"Poczciwy opat, jak on chciał uspokoić tę biedną Helenę!" - myśli
panna Izabela i nagle odrzuca książkę. Opat Jouve przypomniał jej,
że już od dwu miesięcy haftuje pas do kościelnego dzwonka i że go
jeszcze nie skończyła. Podnosi się z fotelu i przysuwa do okna stolik
z tamburkiem, z pudełkiem różnokolorowych jedwabiów, z kolorowym
deseniem ; rozwija pas i zaczyna gorliwie wyszywać na nim róże i
krzyże. Pod wpływem pracy w sercu budzi się otucha. Kto tak jak ona
służy kościołowi, nie może być zapomnianym przy wielkotygodniowej
kweście. Wybiera jedwabie, nawłóczy igły i szyje wciąż. Oko jej
przebiega od wzoru do haftu, ręka spada z góry na dół, wznosi się
z dołu do góry ale w myśli zaczyna rodzić się pytanie, dotyczące
kostiumu na groby i toalety na Wielkanoc. Pytanie to wkrótce zapełnia
jej całą uwagę, zasłania oczy i zatrzymuje rękę. Suknia, kapelusz,
okrywka i parasolka, wszystko musi być nowe, a tu tak niewiele czasu
i nie tylko nic nie zamówione, ale nawet nie wybrane...

Tu przypomina sobie, że jej serwis i srebra już znajdują się
u jubilera, że już trafia się jakiś nabywca i że dziś lub jutro
będą sprzedane. Panna Izabela czuje ściśnięcie serca za serwisem
i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na myśl o kweście i nowej
toalecie. Może mieć bardzo piękną, ale jaką?...

Odsuwa tamburek i ze stolika, na którym leżą Szekspir, Dante, album
europejskich znakomitości tudzież kilka pism, bierze "Le Moniteur
de la Mode" i zaczyna go przeglądać z największą uwagą. Oto jest
toaleta obiadowa; oto ubiory wiosenne dla panienek, panien, mężatek,
młodych mężatek i ich matek! oto suknie wizytowe, ceremonialne,
spacerowe; sześć nowych form kapeluszy, z dziesięć materiałów,
kilkadziesiąt barw... Co tu wybrać, o Boże?... Niepodobna wybierać
bez naradzenia się z panną Florentyną i z magazynierką...

Panna Izabela z niechęcią odrzuca monitora mody i siada na szezlongu
w postaci półleżącej. Ręce splecione jak do modlitwy opiera na
poręczy, głowę na rękach i patrzy w niebo rozmarzonymi oczyma. Kwesta
wielkotygodniowa, nowa toaleta, chmury na niebie - wszystko miesza się
w jej wyobraźni na tle żalu za serwisem i lekkiego uczucia wstydu,
że go sprzedaje.

"Ach, wszystko jedno!" - mówi sobie i znowu pragnie, ażeby chmury
rozdarły się choć na chwilę. Ale chmury zgęszczają się, a w jej
sercu wzmaga się żal, wstyd i niepokój. Spojrzenie jej pada na stolik
stojący tuż obok szezlonga i na książkę do nabożeństwa oprawną
w kość słoniową. Panna Izabela bierze do rąk książkę i powoli,
kartka za kartką, wyszukuje w niej modlitwy: Acte de résignation,
a znalazłszy zaczyna czytać:

"Que votre nom soit béni á jamais, bien qui avez voulu m'éprouver
par cette peine."W miarę jak czyta, szare niebo wyjaśnia się, a przy
ostatnich słowach..."et d'attendre en paix votre divin secours..." chmury
pękają, ukazuje się kawałek czystego błękitu, gabinet panny Izabeli
napełnia się światłem, a jej dusza spokojem. Teraz jest pewna, że
modły jej zostały wysłuchane, że będzie miała najpiękniejszą
tualetę i najlepszy kościół do kwesty.

W tej chwili delikatnie otwierają się drzwi gabinetu; staje w nich
panna Florentyna, wysoka, czarno ubrana, nieśmiała, trzyma w dwu
palcach list i mówi cicho:

- Od pani Karolowej.

- Ach, w sprawie kwesty - odpowiada panna Izabela z czarującym
uśmiechem. - Cały dzień nie zaglądałaś do mnie, Florciu.

- Nie chcę ci przeszkadzać.

- W nudzeniu się?... - pyta panna Izabela. - Kto wie, czy nie byłoby
nam weselej nudzić się w jednym pokoju.

- List... - mówi nieśmiała osoba w czarnej sukni, wyciągając rękę
do Izabeli.

- Znam jego treść - przerywa panna Izabela. - Posiedź trochę u mnie
i jeżeli nie zrobi ci subiekcji, przeczytaj ten list.

Panna Florentyna siada nieśmiało na fotelu, delikatnie bierze z biurka
nożyk i z największą ostrożnością przecina kopertę. Kładzie
na biurku nożyk, potem kopertę, rozwija papier i cichym, melodyjnym
głosem czyta list pisany po francusku:

"Droga Belu! wybacz, że odzywam się w sprawie, którą tylko ty i twój
ojciec macie prawo rozstrzygać. Wiem, drogie dziecię, że pozbywasz się
twego serwisu i sreber, sama mi zresztą o tym mówiłaś. Wiem też,
że znalazł się nabywca, który ofiarowuje wam pięć tysięcy rubli,
moim zdaniem za mało, choć w tych czasach trudno spodziewać się
więcej. Po rozmowie jednak, jaką miałam w tej materii z Krzeszowską,
zaczynam lękać się, ażeby piękne te pamiątki nie przeszły w
niewłaściwe ręce.

Chciałabym temu zapobiec, proponuję ci więc, jeżeli zgodzisz
się, trzy tysiące rubli pożyczki na zastaw wspomnianego serwisu
i sreber. Sądzę, że dziś wygodniej będzie im u mnie, gdy ojciec
twój znajduje się w takich kłopotach. Odebrać je będziesz mogła,
kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci nawet bez zwracania pożyczki.

Nie narzucam się, tylko proponuję. Rozważ, jak ci będzie wygodniej,
a nade wszystko pomyśl o następstwach.

O ile cię znam, byłabyś boleśnie dotkniętą usłyszawszy kiedyś,
że nasze rodzinne pamiątki zdobią stół jakiego bankiera albo należą
do wyprawy jego córki.

Zasyłam ci tysiące pocałunków,

Joanna

P.S. Wyobraź sobie, co za szczęście spotkało moją ochronkę. Będąc
wczoraj w sklepie tego sławnego Wokulskiego przymówiłam się o
mały datek dla sierot. Liczyłam na jakie kilkanaście rubli, a on,
czy uwierzysz, ofiarował mi tysiąc, wyraźnie: tysiąc rubli, i
jeszcze powiedział, że na moje ręce nie śmiałby złożyć mniejszej
sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym
demokratką."



Panna Florentyna skończywszy list nie śmiała oderwać od niego
oczu. Wreszcie odważyła się i spojrzała: panna Izabela siedziała
na szezlongu blada, z zaciśniętymi rękami.

- Cóż ty na to, Florciu? - spytała po chwili.

- Myślę - odparła cicho zapytana - że pani Karolowa na początku
listu najtrafniej osądziła swoje stanowisko w tej sprawie.

- Co za upokorzenie! - szepnęła panna Izabela, nerwowo bijąc ręką
w szezlong.

- Upokorzeniem jest proponować komuś trzy tysiące rubli na zastaw
sreber, i to wówczas, gdy obcy ofiarowują pięć tysięcy... Innego
nie widzę.

- Jak ona nas traktuje... My chyba naprawdę jesteśmy zrujnowani...

- Ależ, Belciu!... - przerwała ożywiając się panna Florentyna. -
Właśnie ten cierpki list dowodzi, że nie jesteście zrujnowani. Ciotka
lubi być cierpką, ale umie oszczędzać nieszczęście. Gdyby
wam groziła ruina, znaleźlibyście w niej tkliwą i delikatną
pocieszycielkę.

- Dziękuję za to.

- I nie potrzebujesz obawiać się tego. Jutro wpłynie nam
pięć tysięcy rubli, za które można prowadzić dom przez pół
roku... choćby przez kwartał. Za parę miesięcy...

- Zlicytują nam kamienicę...

- Prosta forma, i nic więcej. Owszem, możecie zyskać, podczas gdy
dzisiaj kamienica jest tylko ciężarem. No, a po ciotce Hortensji
dostaniesz ze sto tysięcy rubli. Zresztą - dodała po chwili panna
Florentyna podnosząc brwi - ja sama nie jestem pewna, czy i ojciec nie
ma jeszcze majątku. Wszyscy są tego zdania...

Panna Izabela wychyliła się z szezlonga i ujęła rękę panny
Florentyny.

- Florciu - rzekła zniżając głos - komu ty to mówisz?... Więc
naprawdę uważasz mnie tylko za pannę na wydaniu, która nic nie widzi
i niczego nie pojmuje?... Myślisz, że nie wiem - domówiła jeszcze
ciszej - że już miesiąc, jak pieniądze na utrzymanie domu pożyczasz
od Mikołaja...

- Może właśnie ojciec chce tego...

- Czy i tego chce, ażebyś mu co rano podkładała kilka rubli do
pugilaresu?

Panna Florentyna spojrzała jej w oczy i poruszyła głową.

- Za dużo wiesz - odparła - ale nie wszystko. Już od dwu tygodni,
może od dziesięciu dni widzę, że ojciec miewa po kilkanaście rubli...

- Więc zaciąga długi...

- Nie. Ojciec nigdy nie zaciąga długów w mieście. Każdy wierzyciel
przychodzi z pożyczką do domu i w gabinecie ojca dostaje kwit albo
procent. Nie znasz go pod tym względem.

- Więc skądże teraz ma pieniądze?

- Nie wiem. Widzę, że ma, i słyszę, że zawsze je miał.

- Po cóż w takim razie zezwala na sprzedaż sreber? - pytała
natarczywie panna Izabela.

- Może chce zirytować rodzinę.

- A kto wykupił jego weksle?

Panna Florentyna zrobiła rękoma ruch, oznaczający rezygnację.

- Nie wykupiła ich Krzeszowska - rzekła - to wiem na pewno. - Więc -
albo ciotka Hortensja, albo...

- Albo?...

- Albo sam ojciec. Czy nie wiesz, ile rzeczy robi ojciec, ażeby
zaniepokoić rodzinę, a potem śmiać się...

- Za cóż chciałby mnie, nas niepokoić?

- Myślę, że ty jesteś spokojna. Córka powinna nieograniczenie
ufać ojcu.

- Ach, tak!... - szepnęła panna Izabela zamyślając się.

Czarno ubrana kuzynka z wolna podniosła się z fotelu i cicho wyszła.

Panna Izabela znowu poczęła patrzeć na swój pokój, który wydał jej
się popielatym, na czarne gałązki, które chwiały się za oknem, na
parę wróbli świergoczących może o budowie gniazda, na niebo, które
stało się jednolicie szarym, bez żadnej jaśniejszej prążki. W
jej pamięci znowu odżyła sprawa kwesty i nowej toalety, ale obie
wydały się jej tak małymi, tak prawie śmiesznymi, że myśląc o
nich nieznacznie wzruszyła ramionami.

Dręczyły ją inne pytania: czyby nie oddać serwisu hrabinie Karolowej
- i - skąd ojciec ma pieniądze? Jeżeli miał je dawniej, dlaczego
pozwolił na zaciąganie długów u Mikołaja?... A jeżeli nie miał,
z jakiego źródła czerpie je dziś?... Jeżeli ona odda serwis i srebra
ciotce, może stracić okazję do korzystnego pozbycia się ich, a jeżeli
sprzeda za pięć tysięcy, pamiątki te naprawdę mogą dostać się
w niewłaściwe ręce, jak pisała hrabina.

Nagle przerwał się ten bieg myśli: bystre jej ucho usłyszało w
dalszych pokojach szmer. Było to męskie stąpanie, miarowe, spokojne. W
salonie stłumił je nieco dywan, w pokoju jadalnym wzmocniło się,
w jej sypialni przycichło, jakby ktoś szedł na palcach.

- Proszę, papo - odezwała się panna Izabela usłyszawszy pukanie do
swych drzwi.

Wszedł pan Tomasz. Ona podniosła się z szezlonga, ale ojciec nie
pozwolił na to. Objął ją w ramiona, ucałował w głowę i zanim
usiadł przy niej, rzucił okiem w duże lustro na ścianie. Zobaczył
tam swoją piękną twarz, siwe wąsy, swój ciemny żakiet bez zarzutu,
gładkie spodnie, jakby dopiero co wyszły od krawca, i uznał, że
wszystko jest dobrze.

- Słyszę - rzekł do córki uśmiechając się - że panienka odbiera
korespondencje, które jej psują humor.

- Ach, papo, gdybyś wiedział, jakim tonem przemawia ciotka...

- Zapewne tonem osoby chorej na nerwy. Za to nie możesz mieć do
niej żalu.

- Gdyby tylko żal. Ja boję się, że ona ma rację i że nasze srebra
mogą naprawdę znaleźć się na jakim bankierskim stole.

Przytuliła głowę do ramienia ojca. Pan Tomasz spojrzał niechcący w
lusterko na stoliku i przyznał w duchu, że oboje w tej chwili tworzą
bardzo piękną grupę. Szczególniej dobrze odbijała obawa rozlana na
twarzy córki od jego spokoju. Uśmiechnął się.

- Bankierskie stoły... - powtórzył. - Srebra naszych przodków
bywały już na stołach Tatarów, Kozaków, zbuntowanych chłopów,
i nie tylko nam to nie uchybiało, ale nawet przynosiło zaszczyt. Kto
walczy, naraża się na straty.

- Tracili przez wojnę i na wojnie - wtrąciła panna Izabela.

- A dziś nie ma wojny?... Zmieniła się tylko broń: zamiast kosą
albo jataganem walczą rublem. Joasia dobrze to rozumiała sprzedając
nie serwis - ale rodzinny majątek, albo rozbierając na wybudowanie
spichlerza ruiny zamku.

- Więc jesteśmy zwyciężeni... - szepnęła panna Izabela.

- Nie, dziecko - odparł pan Tomasz prostując się. - My dopiero
zaczniemy triumfować i bodaj czy nie tego boi się moja siostra i
jej koteria. Oni tak głęboko zasnęli, że razi ich każdy objaw
żywotności, każdy mój śmielszy krok - dodał jakby do siebie.

- Twój, papo?

-Tak. Myśleli, że poproszę ich o pomoc. Sama Joasia chętnie zrobiłaby
mnie swoim plenipotentem. Ja natomiast podziękowałem im za emeryturę
i zbliżyłem się do mieszczaństwa. Zyskałem u tych ludzi powagę,
która zaczyna trwożyć nasze sfery. Myśleli, że zejdę na drugi plan,
a widzą, że mogę wysunąć się na pierwszy.

-Ty, papo?

- Ja. Dotychczas milczałem nie mając odpowiednich wykonawców. Dziś
znalazłem takiego, który zrozumiał moje idee, i zacznę działać.

- Któż to jest? - spytała panna Izabela, ze zdumieniem patrząc
na ojca.

- Niejaki Wokulski, kupiec, żelazny człowiek. Przy jego pomocy
zorganizuję nasze mieszczaństwo, stworzę towarzystwo do handlu ze
Wschodem, tym sposobem dźwignę przemysł...

- Ty, papo?

- I wówczas zobaczymy, kto wysunie się naprzód, choćby przy możliwych
wyborach do rady miejskiej...

Panna Izabela słuchała z szeroko otwartymi oczyma.

- Czy ten człowiek - szepnęła - o którym mówisz, papo, nie jest
jakim aferzystą, awanturnikiem?...

- Nie znasz go więc? - spytał pan Tomasz. On jednak jest jednym z
naszych dostawców.

- Sklep znam, bardzo ładny - mówiła panna Izabela zamyślając
się. - Jest tam stary subiekt, który wygląda trochę na dziwaka,
ale nadzwyczajnie uprzejmy... Ach, zdaje mi się, że kilka dni temu
poznałam i właściciela... Wygląda na gbura...

- Wokulski gbur?... - zdziwił się pan Tomasz. - Jest on wprawdzie
trochę sztywny, ale bardzo grzeczny.

Panna Izabela wstrząsnęła głową.

- Niemiły człowiek - odpowiedziała z ożywieniem. - Teraz
przypominam go sobie... Będąc we wtorek w sklepie zapytałam go o
cenę wachlarza... Trzeba było widzieć, jak spojrzał na mnie!... Nie
odpowiedział nic, tylko wyciągnął swoją ogromną czerwoną rękę
do subiekta (nawet dość eleganckiego chłopca) i mruknął głosem,
w którym czuć było gniew: panie Morawski czy Mraczewski (bo nie
pamiętam), pani zapytuje o cenę wachlarza. A... nieciekawego znalazł
papo wspólnika!... - śmiała się panna Izabela.

- Szalonej energii człowiek, żelazny człowiek - odparł pan Tomasz. -
Oni tacy. Poznasz ich, bo myślę urządzić w domu parę zebrań. Wszyscy
oryginalni, ale ten oryginalniejszy od innych.

- Papa tych panów chce przyjmować?...

- Muszę naradzać się z niektórymi. A co do naszych - dodał patrząc
w oczy córce - zapewniam cię, że gdy usłyszą, kto u mnie bywa,
ani jednego nie zabraknie w salonie.

W tej chwili weszła panna Florentyna zapraszając na obiad. Pan Tomasz
podał rękę córce i przeszli we troje do jadalnego pokoju, gdzie
już znajdowała się waza tudzież Mikołaj odziany we frak i wielki
biały krawat.

- Śmieję się z Belci - rzekł pan Tomasz do kuzynki, która nalewała
rosół z wazy. - Wyobraź sobie, Floro, że Wokulski zrobił na niej
wrażenie gbura. Czy ty go znasz?

- Któż by dziś nie znał Wokulskiego - odpowiedziała panna Florentyna
podając Mikołajowi talerz dla pana. - No, elegancki on nie jest, ale -
robi wrażenie...

- Pnia z czerwonymi rękoma - wtrąciła ze śmiechem panna Izabela.

- On mi przypomina Trostiego, pamiętasz, Belu, tego pułkownika
strzelców w Paryżu - odpowiedział pan Tomasz.

- A mnie posąg triumfującego gladiatora - melodyjnym głosem dodała
panna Florentyna. - Pamiętasz, Belu, we Florencji, tego z podniesionym
mieczem? Twarz surowa, nawet dzika, ale piękna.

- A czerwone ręce?... - zapytała panna Izabela.

- Odmroził je na Syberii - wtrąciła panna Florentyna z akcentem.

- Cóż on tam robił?

- Pokutował za uniesienia młodości - rzekł pan Tomasz. - Można mu
to przebaczyć.

- Ach, więc jest i bohaterem!...

- I milionerem - dodała panna Florentyna.

- I milionerem? - powtórzyła panna Izabela. - Zaczynam wierzyć,
że papo zrobił dobry wybór przyjmując go na wspólnika. Chociaż...

- Chociaż?... - spytał ojciec.

- Co powie świat na tę spółkę?

- Kto ma siłę w rękach, ma świat u nóg.

Właśnie Mikołaj obniósł polędwicę, gdy w przedpokoju
zadzwoniono. Stary służący wyszedł i po chwili wrócił z listem na
srebrnej, a może platerowanej tacy.

- Od pani hrabiny - rzekł.

- Do ciebie, Belu - dodał pan; Tomasz biorąc list do ręki. - Pozwolisz,
że cię zastąpię w połknięciu tej nowej pigułki.

Otworzył list, zaczął go czytać i ze śmiechem podał pannie Izabeli.

- Oto - zawołał - cała Joasia jest w tym liście. Nerwy, zawsze
nerwy!...

Panna Izabela odsunęła talerz i z niepokojem przebiegła papier
oczyma. Lecz stopniowo twarz jej wypogodziła się.

Słuchaj, Florciu - rzekła - bo to ciekawe.



"Droga Belu! - pisze ciotka. - Zapomnij, aniołku, o moim poprzednim
liście. W rezultacie twój serwis nic mnie nie obchodzi i znajdziemy
inny, gdy będziesz szła za mąż. Ale chodzi mi, ażebyś koniecznie
kwestowała tylko ze mną, i właśnie o tym miałam zamiar pisać
poprzednio, nie o serwisie. Biedne moje nerwy! jeżeli nie chcesz ich
do reszty rozstroić, musisz zgodzić się na moją prośbę.

Grób w naszym kościele będzie cudowny. Mój poczciwy Wokulski
daje fontannę, sztuczne ptaszki śpiewające, pozytywkę, która
będzie grała same poważne kawałki, i mnóstwo dywanów. Hozer
dostarcza kwiatów, a amatorowie urządzają koncert na organ, skrzypce,
wiolonczelę i głosy. Jestem zachwycona, ale gdyby mi wśród tych cudów
zabrakło ciebie, rozchorowałabym się. A więc tak?... Ściskam cię
i całuję po tysiąc razy, kochająca ciotka,

Joanna

Post scriptum. Jutro jedziemy do magazynu zamówić dla ciebie kostium
wiosenny. Umarłabym, gdybyś go nie przyjęła."

Panna Izabela była rozpromieniona. List ten spełniał wszystkie jej
nadzieje.

- Wokulski jest nieporównany! - rzekł śmiejąc się pan Tomasz. -
Szturmem zdobył Joasię, która nie tylko nie będzie mi wymawiała
wspólnika, lecz nawet gotowa o niego walczyć ze mną.

Mikołaj podał kurczęta.

- Musi to jednakże być genialny człowiek - zauważyła panna
Florentyna.

- Wokulski?... no, nie - mówił pan Tomasz. - Jest to człowiek szalonej
energii, ale co się tyczy daru kombinowania, nie powiem, ażeby posiadał
go w wysokim stopniu.

- Zdaje mi się, że składa tego dowody.

- Wszystko to są dowody tylko energii - odpowiedział pan Tomasz. - Dar
kombinacji, genialny umysł poznaje się w innych rzeczach, choćby... w
grze. Ja z nim dosyć często grywam w pikietę, gdzie koniecznie trzeba
kombinować. Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu
rubli, a wygrałem około siedemdziesięciu, chociaż - nie mam pretensji
do geniuszu! - dodał skromnie.

Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec. Pobladła i chwyciwszy się za
czoło szepnęła:

- A!... a!...

Ojciec i panna Florentyna zerwali się z krzeseł.

- Co ci jest, Belu?... - spytał zatrwożony pan Tomasz.

- Nic - odpowiedziała wstając od stołu - migrena. Od godziny czułam,
że będę ją mieć... To nic, papo...

Pocałowała ojca w rękę i wyszła do swego pokoju.

- Nagła migrena powinna by przejść zaraz - rzekł pan Tomasz. - Pójdź
do niej, Florciu. Ja na chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się
z kilkoma osobami, ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią,
kochana Florciu, proszę cię o to - mówił pan Tomasz ze spokojną
fizjognomią człowieka, bez którego poleceń albo prośby nie może
być dobrze na świecie.

- Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię porządek - odpowiedziała
panna Florentyna, dla której ład w domu był sprawą ważniejszą od
czyjejkolwiek migreny.

Już mrok ogarnął ziemię... Panna Izabela jest znowu sama w swoim
gabinecie; upadła na szezlong i obu rękami zasłoniła oczy. Spod
kaskady tkanin spływających aż na podłogę wysunął się jej
wąski pantofelek i kawałek pończoszki, ale tego nikt nie widzi
ani ona o tym nie myśli. W tej chwili jej duszę znowu targa gniew,
żal i wstyd. Ciotka ją przeprosiła, ona sama będzie kwestować przy
najładniejszym grobie i będzie miała najpiękniejszy kostium; lecz
mimo to - jest nieszczęśliwą... Doznaje takich uczuć, jak gdyby
wszedłszy do pełnego salonu ujrzała nagle na swym nowym kostiumie
ogromną tłustą plamę obrzydłej formy i koloru, jakby suknię
wytarzano gdzieś na kuchennych schodach. Myśl o tym jest dla niej tak
wstrętną, że ślina napływa jej do ust.

Co za straszne położenie!... Już miesiąc zadłużają się u swego
lokaja, a od dziesięciu dni jej ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa
pieniądze w karty... Wygrać można; panowie wygrywają tysiące, ale
nie na opędzenie pierwszych potrzeb, i przecież - nie od kupców. Ach,
gdyby można, upadłaby ojcu do nóg i błagała go, ażeby nie grywał
z tymi ludźmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich stan majątkowy jest
tak ciężki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniądze za swój serwis,
sama wręczy ojcu paręset rubli prosząc, ażeby je przegrał do tego
pana Wokulskiego, ażeby wynagrodził go hojniej, niż ona wynagrodzi
Mikołaja za zaciągnięte długi.

Ale czyż jej wypada zrobić to, a nawet mówić o tym ojcu?...

"Wokulski?... Wokulski?... - szepce panna Izabela. - Któż to jest
ten Wokulski, który dziś tak nagle ukazał się jej od razu z kilku
stron, pod rozmaitymi postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotką,
z ojcem?..."

I otóż zdaje się jej, że już od kilku tygodni coś słyszała o tym
człowieku. Jakiś kupiec niedawno ofiarował parę tysięcy rubli na
dobroczynność, ale nie była pewna, czy to był handlujący strojami
damskimi, czy futrami. Potem mówiono, że także jakiś kupiec podczas
wojny bułgarskiej dorobił się wielkiego majątku, tylko nie uważała,
czy dorobił się szewc, u którego ona bierze buciki, czy jej fryzjer? I
dopiero teraz, przypomina sobie, że ten kupiec, który dał pieniądze
na dobroczynność, i ten, który zyskał duży majątek, są jedną
osobą, że to właśnie jest ów Wokulski, który do jej ojca przegrywa
w karty, a którego jej ciotka, znana z dumy hrabina Karolowa, nazywa:
"mój poczciwy Wokulski!..."

W tej chwili przypomina sobie nawet fizjognomię tego człowieka,
który w sklepie nie chciał z nią mówić, tylko cofnąwszy się za
ogromne japońskie wazony przypatrywał się jej posępnie. Jak on na
nią patrzył...

Jednego dnia weszła z panną Florentyną na czekoladę do cukierni,
przez figle. Usiadły przy oknie, za którym zebrało się kilkoro
obdartych dzieci. Dzieci spoglądały na nią, na czekoladę i na ciastka
z ciekawością i łakomstwem głodnych zwierzątek, a ten kupiec -
tak samo na nią patrzył.

Lekki dreszcz przebiegł pannę Izabelę. I to ma być wspólnik jej
ojca?... Do czego ten wspólnik?... Skąd jej ojcu przyszło do głowy
zawiązywać jakieś towarzystwa handlowe, tworzyć jakieś rozległe
plany, o których nigdy dawniej nie marzył?... Chce przy pomocy
mieszczaństwa wysunąć się na czoło arystokracji; chce zostać
wybranym do rady miejskiej, której nie było i nie ma?...

Ależ ten Wokulski to naprawdę jakiś aferzysta, może
oszust, który potrzebuje głośnego nazwiska na szyld do swoich
przedsiębiorstw. Bywały takie wypadki. Ileż to pięknych nazwisk
szlachty niemieckiej i węgierskiej unurzało się w operacjach
handlowych, których ona nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie więcej.

Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których
blask wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna
i zwoje firanki. Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą
powoli zasłania gęsty obłok.

"Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?..." -
zapytała się panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w
życiu okolice i - marzyć.

Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną
miejscowość. Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierścienia,
utworzonego z lasów i zielonych gór, a jej powóz znajduje się na
krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. Czy on zjeżdża? bo ani
zbliża się do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stał w
miejscu. Ale zjeżdża: widać to po wizerunku słońca, które odbija
się w lakierowanym skrzydle powozu i, drgając, z wolna posuwa się w
tył. Zresztą słychać turkot... To turkot dorożki na ulicy?... Nie,
to turkoczą machiny pracujące gdzieś w głębi owego pierścienia
gór i lasów. Widać tam nawet, na dole, jakby jezioro czarnych dymów
i białych par, ujęte w ramę zieloności.

Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z
uwagą ogląda sobie paznogcie, od czasu do czasu rzucając okiem na
krajobraz. Powóz ciągle stoi na krawędzi pierścienia niby bez ruchu,
a tylko wizerunek słońca, odbitego w lakierowanym skrzydle, wolno
posuwa się ku tyłowi. Ten pozorny spoczynek czy też utajony ruch w
wysokim stopniu drażni pannę Izabelę. "Czy my jedziemy, czy stoimy?" -
pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widział; ogląda
swoje piękne paznogcie i czasami rzuca okiem na okolicę...

Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych
dymów i białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma
krótko ostrzyżone włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego,
pułkownika strzelców (a może gladiatora z Florencji?), i ogromne
czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną koszulę z rękawami
zawiniętymi wyżej łokcia; w lewej ręce, tuż przy piersi, trzyma
karty ułożone w wachlarz, w prawej, którą podniósł nad głowę,
trzyma jedną kartę, widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód
siedzenia powozu. Reszty postaci nie widać spośród dymu.

"Co on robi, ojcze?" - pyta się zalękniona panna Izabela.

"Gra ze mną w pikietę" - odpowiada ojciec, również trzymając w
rękach karty.

"Ależ to straszny człowiek, papo!"

"Nawet tacy nie robią nic złego kobietom" - odpowiada pan Tomasz.

Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że człowiek w koszuli patrzy
na nią jakimś szczególnym wzrokiem, ciągle trzymając kartę nad
głową. Dym i para, kotłujące w dolinie, chwilami zasłaniają
jego rozpiętą koszulę i surowe oblicze; tonie wśród nich - nie
ma go. Tylko spoza dymu widać blady połysk jego oczów, a nad dymem
obnażoną do łokcia rękę i - kartę.

"Co znaczy ta karta, papo?.." - zapytuje ojca.

Ale ojciec spokojnie patrzy we własne karty i nie odpowiada nic, jakby
jej nie widział.

"Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?..."

Ale choć powóz drży i słońce odbite w skrzydle posuwa się ku
tyłowi, ciągle u stopni widać jezioro dymu, a w nim zanurzonego
człowieka, jego rękę nad głową i - kartę.

Pannę Izabelę ogarnia nerwowy niepokój, skupia wszystkie wspomnienia,
wszystkie myśli, ażeby odgadnąć: co znaczy karta, którą trzyma
ten człowiek?..

Czy to są pieniądze, które przegrał do ojca w pikietę? Chyba
nie. Może ofiara, jaką złożył Towarzystwu Dobroczynności? I
to nie. Może tysiąc rubli, które dał jej ciotce na ochronę,
a może to jest kwit na fontannę, ptaszki i dywany do ubrania grobu
Pańskiego?... Także nie; to wszystko nie niepokoiłoby jej.

Stopniowo pannę Izabelę napełnia wielka bojaźń. Może to są weksle
jej ojca, które ktoś niedawno wykupił?... W takim razie wziąwszy
pieniądze za srebra i serwis spłaci ten dług najpierw i uwolni się od
podobnego wierzyciela. Ale człowiek pogrążony w dymie wciąż patrzy
jej w oczy i karty nie rzuca. Więc może... Ach!...

Panna Izabela zrywa się z szezlonga, potrąca w ciemności o taburet
i drżącymi rękoma dzwoni. Dzwoni drugi raz, nie odpowiada nikt,
więc wybiega do przedpokoju i we drzwiach spotyka pannę Florentynę,
która chwyta ją za rękę i mówi ze zdziwieniem:

- Co tobie, Belciu?...

Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia pannę Izabelę. Uśmiecha się.

- Weź, Florciu, lampę do mego pokoju. Papo jest?

- Przed chwilą wyjechał.

- A Mikołaj?

- Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię
głowa? - pyta panna Florentyna.

- Nie - śmieje się panna Izabela - tylko zdrzemnęłam się i tak mi
się coś majaczyło.

Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej
gabinetu. Panna Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed
światłem i mówi:

- Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber
obcemu. Mogą naprawdę dostać się Bóg wie w jakie ręce. Siądź
zaraz, jeżeliś łaskawa, przy moim biurku i napisz do ciotki,
że.. przyjmuję jej propozycję. Niech nam pożyczy trzy tysiące rubli
i niech weźmie serwis i srebra.

Panna Florentyna patrzy na nią z najwyższym zdumieniem, wreszcie
odpowiada:

- To jest niemożliwe, Belciu.

- Dlaczego?..-

- Przed kwadransem otrzymałam list od pani Meliton, że srebra i serwis
już kupione.

- Już?... Kto je kupił? - woła panna Izabela chwytając kuzynkę
za ręce.

Panna Florentyna jest zmieszana.

- Podobno jakiś kupiec z Rosji... - mówi, lecz czuć, że mówi
nieprawdę.

- Ty coś wiesz, Florciu!... Proszę cię, powiedz!... - błaga ją
panna Izabela. Jej oczy napełniają się łzami.

-Zresztą tobie powiem, tylko nie zdradź tajemnicy przed ojcem prosi
kuzynka.

- Więc kto?... No, kto kupił?...

- Wokulski - odpowiada panna Florentyna.

Pannie Izabeli w jednej chwili obeschły oczy nabierając przy tym barwy
stalowej. Odpycha z gniewem ręce kuzynki, przechodzi tam i na powrót
swój gabinet, wreszcie siada na foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie
jest już przestraszoną i zdenerwowaną pięknością, ale wielką damą,
która ma zamiar kogoś ze służby osądzić, a może wydalić.

- Powiedz mi, kuzynko - mówi pięknym kontraltowym głosem - co to za
śmieszny spisek knujecie przeciwko mnie?

- Ja?... spisek? powtarza panna Florentyna przyciskając rękoma
piersi. -- Nie rozumiem cię, Belu...

- Tak. Ty, pani Meliton i ten... zabawny bohater... Wokulski...

- Ja i Wokulski?... - powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie
jej jest tak szczere, że wątpić nie można.

- Przypuśćmy, że nie spiskujesz - ciągnie dalej panna Izabela -
ale coś wiesz...

- O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w którym kupujemy, zrobił
majątek na wojnie...

- A o tym, że wciąga papę do spółki handlowej, nie słyszałaś?...

Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły się bardzo dużymi.

- Ojca twego wciąga do spółki?... - rzekła wzruszając ramionami. -
Do jakiejże spółki może go wciągnąć?...

I w tej chwili przestrasza się własnych słów...

Panna Izabela nie mogła wątpić o jej niewinności; znowu parę razy
przeszła się po gabinecie z ruchami zamkniętej lwicy i nagle zapytała:

- Powiedzże mi przynajmniej: co sądzisz o tym człowieku?

- Ja o Wokulskim?... Nic o nim nie sądzę, wyjąwszy chyba to, że
szuka rozgłosu i stosunków.

- Więc dla rozgłosu ofiarował tysiąc rubli na ochronę?

- Z pewnością. Dał przecie dwa razy tyle na dobroczynność.

- A dlaczego kupił mój serwis i srebra?

- Zapewne dlatego, ażeby je z zyskiem sprzedać - odpowiedziała panna
Florentyna. - W Anglii za podobne rzeczy dobrze płacą.

- A dlaczego... wykupił weksle papy?

- Skąd wiesz, że to on? W tym nie miałby żadnego interesu.

- Nic nie wiem - pochwyciła gorączkowo panna Izabela - ale wszystko
przeczuwam, wszystko rozumiem... Ten człowiek chce zbliżyć się
do nas...

- Już się przecie poznał z ojcem - wtrąciła panna Florentyna

- Więc do mnie chce się zbliżyć!... - zawołała panna Izabela z
wybuchem. - Poznałam to po...

Wstyd jej było dodać: "po jego spojrzeniu".

- Czy nie uprzedzasz się, Belciu?...

- Nie. To, czego doznaję w tej chwili, nie jest uprzedzeniem, ale
raczej jasnowidzeniem. Nawet nie domyślasz się, jak ja dawno znam tego
człowieka, a raczej - od jak dawna on mnie prześladuje. Teraz dopiero
przypominam sobie, że przed rokiem nie było przedstawienia w teatrze,
nie było koncertu, odczytu, na których bym go nie spotykała, i dopiero
dziś ta... bezmyślna figura wydaje mi się straszną...

Panna Florentyna aż cofnęła się z fotelikiem, szepcząc:

- Więc przypuszczasz, żeby się ośmielił...

- Zagustować we mnie?... - przerwała ze śmiechem panna Izabela. -
Tego nawet nie myślałabym mu bronić. Nie jestem ani tak naiwna, ani
tak fałszywie skromna, ażeby nie wiedzieć, że się podobam... mój
Boże! nawet służbie... Kiedyś gniewało mnie to jak żebranina, która
zastępuje nam drogę na ulicach, dzwoni do mieszkań albo pisuje listy z
prośbą o wsparcie. Ale dziś - tylko zrozumiałam lepiej słowa Zbawcy:
"Komu wiele dano, od tego wiele żądać będą."

- Zresztą - dodała wzruszając ramionami - mężczyźni w tak
bezceremonialny sposób zaszczycają nas swoim uwielbieniem, że nie
tylko już nie dziwię się ich nadskakiwaniu albo impertynenckim
spojrzeniom, ale temu, gdy jest inaczej. Jeżeli w salonie spotkam
człowieka, który mi nie mówi o swej sympatii i cierpieniach albo
nie milczy posępnie w sposób zdradzający jeszcze większą sympatię
i cierpienia, albo nie okazuje mi lodowatej obojętności, co ma być
oznaką najwyższej sympatii i cierpień, wtedy - czuję, że mi czegoś
brak, jak gdybym zapomniała wachlarza albo chusteczki... O, ja ich
znam! tych wszystkich donżuanów, poetów, filozofów, bohaterów,
te wszystkie tkliwe, bezinteresowne, złamane, rozmarzone albo silne
dusze:.. Znam całą tę maskaradę i zapewniam cię, że dobrze się
nią bawię. Cha! cha! cha!... jacy oni śmieszni...

- Nie rozumiem cię, Belciu... - wtrąciła panna Florentyna rozkładając
ręce.

- Nie rozumiesz?... Więc chyba nie jesteś kobietą.

Panna Florentyna zrobiła gest przeczący, a następnie powątpiewający.

- Posłuchaj - przerwała panna Izabela. - Od roku już straciliśmy
stanowisko w świecie. Nie zaprzeczaj, bo tak jest, wszyscy o tym
wiemy. Dziś jesteśmy zrujnowani...

- Przesadzasz...

- Ach, Floro, nie pocieszaj mnie, nie kłam!... Czyżeś nie słyszała
przy obiedzie, że nawet tych kilkanaście rubli, które ma obecnie mój
ojciec, są wygrane w karty od...

Panna Izabela mówiąc to drżała na całym ciele. Oczy jej błyszczały,
na twarzy miała wypieki.

- Otóż w takiej chwili przychodzi ten... kupiec, nabywa nasze weksle,
nasz serwis, opętuje mego ojca i ciotkę, czyli - ze wszystkich
stron otacza mnie sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie
smutny wielbiciel, to nie konkurent, którego można odrzucić,
to... zdobywca!...

On nie wzdycha, ale zakrada się do łask ciotki, ręce i nogi oplątuje
ojcu, a mnie chce porwać gwałtem, jeżeli nie zmusić do tego, ażebym
mu się sama oddała... Czy rozumiesz tę wyrafinowaną nikczemność?

Panna Florentyna przestraszyła się.

- W takim razie masz bardzo prosty sposób. Powiedz...

- Komu i co?... Czy ciotce, która gotowa popierać tego pana, ażeby
mnie zmusić do oddania ręki marszałkowi?... Czy może mam powiedzieć
ojcu, przerazić go i przyśpieszyć katastrofę? Jedno tylko zrobię:
nie pozwolę ojcu, ażeby zaciągał się do jakichkolwiek spółek,
choćbym miała włóczyć mu się u nóg, choćbym miała... zabronić
mu tego w imieniu zmarłej matki...

m. Panna Florentyna patrzy na nią z zachwytem...

- Doprawdy, Belciu - rzekła - przesadzasz. Z twoją energią i taką
genialną domyślnością...

- Nic znasz tych ludzi, a ja widziałam ich przy pracy. W ich rękach
stalowe szyny zwijają się jak wstążki. To straszni ludzie. Oni dla
swoich celów umieją poruszyć wszystkie siły ziemskie, jakich my
nawet nie znamy. Oni potrafią łamać, usidlać, płaszczyć się,
wszystko ryzykować, nawet - cierpliwie czekać...

- Mówisz na podstawie czytanych romansów.

- Mówiç na mocy moich przeczuć, które ostrzegają... wołają,
że ten człowiek po to jeździł na wojnę, ażeby mnie zdobyć. I
ledwie wrócił, już mnie ze wszystkich stron obsacza... Ale niech się
strzeże!... Chce mnie kupić? dobrze, niech kupuje!... przekona się,
że jestem bardzo droga... Chce mnie złapać w sieci?... Dobrze, niech je
rozsnuwa... ale ja mu się wymknę, choćby - w objęcia marszałka... O
Boże! nawet nie domyślałam się, jak głęboką jest przepaść,
w którą spadamy, dopóki nie zobaczyłam takiego dna. Z salonów
Kwirynału do sklepu... To już nawet nie upadek, to hańba...

Siadła na szezlongu i utuliwszy głowę rękoma szlochała.

Serwis i srebra familii Łęckich były już sprzedane i nawet jubiler
odniósł pany Tomaszowi pieniądze, strąciwszy dla siebie sto
kilkadziesiąt rubli składowego i za pośrednictwo. Mimo to hrabina
Karolowa nie przestała kochać panny Izabeli; owszem - jej energia i
poświęcenie, okazane przy sprzedaży pamiątek, zbudziły w sercu starej
damy nowe źródło uczuć rodzinnych. Nie tylko uprosiła pannę Izabelę
o przyjęcie pięknego kostiumu, nie tylko co dzień bywała u niej
albo ją wzywała do siebie, ale jeszcze (co było dowodem niesłychanej
łaski) na całą Wielką Środę ofiarowała jej swój powóz.

- Przejedź się, aniołku, po mieście - mówiła hrabina całując
siostrzenicę - i pozałatwiaj drobne sprawunki. Tylko pamiętaj, żebyś
mi za to w czasie kwesty wyglądała ślicznie... Tak ślicznie, jak to
tylko ty potrafisz!... Proszę cię...

Panna Izabela nie odpowiedziała nic, ale jej spojrzenie i rumieniec
kazały domyślać się, że z całą gotowością spełni wolę ciotki.

W Wielką Środę, punkt o jedenastej rano, panna Izabela już
siedziała w otwartym powozie wraz ze swoją nieodstępną towarzyszką,
panną Florentyną. Po Alei chodziły wiosenne powiewy roznosząc tę
szczególną, surową woń, która poprzedza pękanie liści na drzewach
i ukazanie się pierwiosnków; szare trawniki nabrały zielonego odcienia;
słońce grzało tak mocno, że panie otworzyły parasolki.

- Śliczny dzień - westchnęła panna Izabela patrząc na niebo,
gdzieniegdzie poplamione białymi obłokami.

- Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? - spytał lokaj zatrzasnąwszy
drzwiczki powozu.

- Do sklepu Wokulskiego - Z nerwowym pośpiechem odpowiedziała panna
Izabela.

Lokaj skoczył na kozioł i spasione gniade konie ruszyły uroczystym
kłusem parskając i wyrzucając łbami.

- Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? - zapytała trochę zdziwiona panna
Florentyna.

- Chcę sobie kupić paryskie rękawiczki, kilka flakonów perfum...

- To samo dostaniemy gdzie indziej.

- Chcę tam - odpowiedziała sucho panna Izabela.

Od paru dni męczył ją osobliwy niepokój, jakiego już raz doznała
w życiu. Będąc przed laty za granicą w ogrodzie aklimatyzacyjnym,
zobaczyła w jednej z klatek ogromnego tygrysa, który spał oparty o
kratę w taki sposób, że mu część głowy i jedno ucho wysunęło
się na zewnątrz.

Widząc to panna Izabela uczuła nieprzepartą chęć pochwycenia
tygrysa za ucho. Zapach klatki napełniał ją wstrętem, potężne
łapy zwierzęcia nieopisaną trwogą, lecz mimo to czuła, że - musi
tygrysa przynajmniej dotknąć w ucho.

Dziwny ten pociąg wydał się jej samej niebezpiecznym i nawet
śmiesznym. Przemogła się więc i poszła dalej; lecz po paru minutach
wróciła. Znowu cofnęła się, przejrzała inne klatki, starała się
o czym innym myśleć. Na próżno. Wróciła się i choć tygrys już
nie spał, tylko mrucząc lizał swoje straszliwe łapy, panna Izabela
podbiegła do klatki, wsunęła rękę i - drżąca i blada - dotknęła
tygrysiego ucha.

W chwilę później wstydziła się swego szaleństwa, lecz zarazem
czuła to gorzkie zadowolenie znane ludziom, którzy usłuchają w
ważnej sprawie głosu instynktu.

Dziś zbudziło się w niej podobnego rodzaju pragnienie.

Gardziła Wokulskim, serce jej zamierało na samo przypuszczenie, że
ten człowiek mógł zapłacić za srebra więcej, niż były warte,
a mimo to czuła nieprzeparty pociąg - wejść do sklepu, spojrzeć
w oczy Wokulskiemu i zapłacić mu za parę drobiazgów tymi właśnie
pieniędzmi, które pochodziły od niego. Strach ją zdejmował na myśl
spotkania, lecz niewytłumaczony instynkt popychał.

Na Krakowskim już z daleka zobaczyła szyld z napisem: J. Mincel i
S. Wokulski, a o jeden dom bliżej nowy, jeszcze nie wykończony sklep o
pięciu oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujących przy
nim rzemieślników i robotników jedni od wewnątrz wycierali szyby,
drudzy złocili i malowali drzwi i futryny, inni umocowywali przed oknami
ogromne mosiężne bariery.

- Cóż to za sklep budują? - spytała panny Florentyny.

- Chyba dla Wokulskiego, bo słyszałam, że wziął obszerniejszy lokal.

"Dla mnie ten sklep!"- pomyślała panna Izabela szarpiąc rękawiczki.

Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom
wysiąść. Lecz gdy następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu
Wokulskiego, panna Izabela tak osłabła, że nogi zachwiały się pod
nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i uciec stąd; wnet
jednak opanowała się i z podniesioną głową weszła.

Pan Rzecki już stał na środku sklepu i zacierając ręce, witał ją
niskimi ukłonami. W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę,
okrągłymi i pełnymi godności ruchami prezentował brązowe kandelabry
jakiejś damie, która siedziała na krześle. Mizerny Klejn wybierał
laski młodzieńcowi, który na widok panny Izabeli szybko uzbroił
się w binokle - a pachnący heliotropem Mraczewski palił wzrokiem i
sztyletował wąsikami dwie rumiane panienki, które towarzyszyły damie
i oglądały toaletowe cacka.

Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski schylony nad
rachunkami.

Gdy panna Izabela weszła, młodzieniec oglądający laski poprawił
kołnierzyk na szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki
urwał w połowie swój okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale
zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama słuchająca jego wykładu
ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep zaległa
cisza, którą dopiero panna Izabela przerwała odezwawszy się pięknym
kontraltem:

- Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?...

- Panie Mraczewski!... - pochwycił pan Ignacy.

Mraczewski już stał przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wiśnia,
pachnący jak kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny.

- Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.

- Numerek pięć i pół - odparł Mraczewski i już trzymał pudełko,
które mu nieco drżało w rękach pod wpływem spojrzenia panny Izabeli.

- Otóż nie... - przerwała panna ze śmiechem. - Pięć i trzy
czwarte... Już pan zapomniał!...

- Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak
rozkazuje pani pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że
niebawem znowu zaszczyci nas pani swoją obecnością. Bo rękawiczki
pięć i trzy czwarte - dodał z lekkim westchnieniem, podsuwając jej
kilka innych pudełek - stanowczo zsuną się z rączek...

- Geniusz! - cicho szepnął pan Ignacy mrugając na Lisieckiego, który
pogardliwie ruszył ustami.

Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie panny
do toaletki z oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu
wybierać laski i - rzeczy w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko
rozgorączkowany Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał
szuflady i wydobywał coraz nowe pudełka tłumacząc pannie Izabeli po
polsku i po francusku, że nie może nosić innych rękawiczek, tylko
pięć i pół, ani używać innych perfum, tylko oryginalnych Atkinsona,
ani ozdabiać swego stolika innymi drobiazgami, jak paryskimi.

Wokulski pochylił się nad kantorkiem tak, że żyły nabrzmiały mu
na czole i - wciąż rachował w myśli:

" 29 a 36 - to 65, a 15 to 80, a 78 - to... to..."

Tu urwał i spod oka spojrzał w stronę panny Izabeli rozmawiającej z
Mraczewskim. Oboje stali zwróceni do niego profilem; dostrzegł więc
pałający wzrok subiekta przykuty do panny Izabeli, na co ona w sposób
demonstracyjny odpowiadała uśmiechem i spojrzeniami łagodnej zachęty

" 29 a 36 - to 65, a 15..." - liczył w myśli Wokulski, lecz nagle pióro
prysło mu w ręku. Nie podnosząc głowy wydobył nową stalówkę
z szuflady, a jednocześnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku
wypadło mu pytanie:

" I ja mam niby to ją kochać?... Głupstwo! Przez rok cierpiałem na
jakąś chorobę mózgową, a zdawało mi się, że jestem zakochany...29
a 36... 29 a 36... Nigdym nie przypuszczał, ażeby mogła mi być
tak dalece obojętną... Jak ona patrzy na tego osła... No, jest to
widocznie osoba, która kokietuje nawet subiektów, a czy tego samego
nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz czuję spokój... o
Boże... A tak go bardzo pragnąłem..."

Do sklepu weszło jeszcze parę osób, do których niechętnie zwrócił
się Mraczewski, powoli wiążąc paczki.

Panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego i wskazując w jego stronę
parasolką rzekła dobitnie:

- Floro, bądź łaskawa zapłacić temu panu. Wracamy do domu.

- Kasa jest tu - odezwał się Rzecki podbiegając do panny
Florentyny. Wziął od niej pieniądze i oboje cofnęli się w głąb
sklepu.

Panna Izabela z wolna podsunęła się tuż do kantorka, za którym
siedział Wokulski. Była bardzo blada. Zdawało się, że widok tego
człowieka wywiera na nią wpływ magnetyczny.

- Czy mówię z panem Wokulskim?

Wokulski powstał z krzesła i odparł obojętnie:

- Jestem do usług.

- Wszakże to pan kupił nasz serwis i srebra? - mówiła zdławionym
głosem.

- Ja, pani.

Teraz panna Izabela zawahała się. Po chwili jednak słaby rumieniec
wrócił jej na twarz. Ciągnęła dalej:

- Zapewne pan sprzeda te przedmioty?

- W tym celu je kupiłem.

Rumieniec panny Izabeli wzmocnił się.

- Przyszły nabywca w Warszawie mieszka? - pytała dalej.

- Rzeczy tych nie sprzedam tutaj, lecz za granicą. Tam... dadzą mi
wyższą cenę - dodał spostrzegłszy w jej oczach zapytanie.

- Pan spodziewa się dużo zyskać?

- Dlatego, ażeby zyskać, kupiłem.

- Czy i dlatego mój ojciec nie wie, że srebra te są w pańskim ręku? -
rzekła ironicznie.

Wokulskiemu drgnęły usta.

- Serwis i srebra nabyłem od jubilera. Sekretu z tego nie robię. Osób
trzecich do sprawy nie mieszam, ponieważ to nie jest w zwyczajach
handlowych.

Pomimo tak szorstkich odpowiedzi panna Izabela odetchnęła. Nawet oczy
jej nieco pociemniały i straciły połysk nienawiści.

- A gdyby mój ojciec namyśliwszy się chciał odkupić te przedmioty,
za jaką cenę odstąpiłby je pan teraz?

- Za jaką kupiłem. Rozumie się z doliczeniem procentu w
stosunku... sześć... do ośmiu od sta rocznie...

- I wyrzekłby się pan spodziewanego zysku?... Dlaczegóż to?.. -
przerwała mu z pośpiechem.

- Dlatego, proszę pani, że handel opiera się nie na zyskach
spodziewanych, ale na ciągłym obrocie gotówki.

- Żegnam pana i... dziękuję za wyjaśnienia - rzekła panna Izabela
widząc, że jej towarzyszka już kończy rachunki.

Wokulski ukłonił się i znowu usiadł do swej księgi.

Gdy lokaj zabrał paczki i panie zajęły miejsca w powozie, panna
Florentyna odezwała się tonem wyrzutu:

- Mówiłaś z tym człowiekiem, Belu?...

- Tak i nie żałuję tego. On wszystko skłamał, ale...

- Co znaczy to: a l e?... - z niepokojem zapytała panna Florentyna.

- Nie pytaj mnie. Nic do mnie nie mów, jeżeli nie chcesz, ażebym
rozpłakała się na ulicy...

A po chwili dodała po francusku:

- Zresztą, może zrobiłam źle przyjeżdżając tutaj, ale... wszystko
mi jedno!...

- Myślę, Belciu - rzekła, z powagą sznurując usta, jej towarzyszka -
że należałoby pomówić o tym z ojcem albo z ciotką.

- Chcesz powiedzieć - przerwała panna Izabela - że muszę pomówić
z marszałkiem albo z baronem? Na to zawsze będzie czas; dziś nie mam
jeszcze odwagi.

Przerwała się rozmowa. Panie milcząc wróciły do domu; panna Izabela
cały dzień była rozdrażniona.

Po wyjściu panny Izabeli ze sklepu Wokulski wziął się znowu do
rachunków i bez błędu zsumował dwie duże kolumny cyfr. W połowie
trzeciej zatrzymał się i dziwił się temu spokojowi, jaki zapanował w
jego duszy. Po całorocznej gorączce i tęsknocie przerywanej wybuchami
szału skąd naraz ta obojętność? Gdyby można było jakiegoś
człowieka nagle przerzucić z balowej sali do lasu albo z dusznego
więzienia na chłodne obszerne pole, nie doznałby innych wrażeń ani
głębszego zdumienia.

"Widocznie przez rok ulegałem częściowemu obłąkaniu" - myślał
Wokulski. - Nie było niebezpieczeństwa, nie było ofiary, której
nie poniósłbym dla tej osoby, i ledwiem ją zobaczył, już nic mnie
nie obchodzi.

A jak ona rozmawiała ze mną. Ile tam było pogardy dla marnego
kupca..." Zapłać temu panu!..." Paradne są te wielkie damy; próżniak,
szuler, nawet złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre
towarzystwo, choćby fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja
swej matki. Ale kupiec - jest pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi;
gnijcie sobie w spokoju!"

Znowu dodał jedną kolumnę nie uważając nawet, co się dzieje
w sklepie.

"Skąd ona wie - myślał dalej - że ja kupiłem serwis i srebra?... A
jak wybadywała, czym nie zapłacił więcej niż warte! Z przyjemnością
ofiarowałbym im ten pamiątkowy drobiazg. Winienem jej dozgonną
wdzięczność, bo gdyby nie szał dla niej, nie dorobiłbym się majątku
i spleśniałbym za kantorkiem. A teraz może mi smutno będzie bez tych
żalów, rozpaczy i nadziei... Głupie życie!... Po ziemi gonimy marę,
którą każdy nosi we własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie,
poznajemy, że to był obłęd... No, nigdy bym nie przypuszczał, że
mogą istnieć tak cudowne kuracje. Przed godziną byłem pełen trucizny,
a w tej chwili jestem tak spokojny i - jakiś pusty, jakby uciekła ze
mnie dusza i wnętrzności, a została tylko skóra i odzież. Co ja
teraz będę robił? czym będę żył?... Chyba pojadę na wystawę do
Paryża, a potem w Alpy..."

W tej chwili zbliżył się do niego na palcach Rzecki i szepnął:

- Pyszny jest ten Mraczewski, co? Jak on umie rozmawiać z kobietami!

- Jak fryzjerczyk, którego uzuchwalono - odpowiedział Wokulski nie
odrywając oczu od księgi.

- Nasze klientki zrobiły go takim - odpowiedział stary subiekt, lecz
widząc, że przeszkadza pryncypałowi, cofnął się. Wokulski znowu
wpadł w zadumę. Nieznacznie spojrzał na Mraczewskiego i dopiero
w tej chwili zauważył, że młody człowiek ma coś szczególnego
w fizjognomii.

" Tak - myślał - on jest bezczelnie głupi i zapewne dlatego podoba
się kobietom."

Śmiać mu się chciało i ze spojrzeń panny Izabeli, wysyłanych pod
adresem pięknego młodzieńca, i z własnych przywidzeń, które dziś
tak nagle go opuściły.

Wtem drgnął; usłyszał imię panny Izabeli i spostrzegł, że w
sklepie nie ma nikogo z gości.

- No, ale dzisiaj toś się pan nie ukrywał ze swoimi amorami - mówił
ze smutnym uśmiechem Klejn do Mraczewskiego.

- Ale bo jak ona na mnie patrzyła, to ach!... - westchnął Mraczewski,
jedną rękę kładąc na piersi, drugą podkręcając wąsika. - Jestem
pewny - mówił - że za parę dni otrzymam wonny bilecik. Potem -
pierwsza schadzka, potem: " dla pana łamię zasady, w jakich mnie
wychowano ", a potem: " czy nie gardzisz mną?" Chwila wcześniej
jest bardzo rozkoszną, ale w chwilę później człowiek jest tak
zakłopotany...

- Co pan blagujesz! - przerwał mu Lisiecki. - Znamy przecie pańskie
konkiety: nazywają się Matyldami, którym pan imponujesz porcją
pieczeni i kuflem piwa.

- Matyldy są na co dzień, damy na święta. Ale Iza będzie największym
świętem. Słowo honoru daję, że nie znam kobiety, która by na mnie
tak piekielne robiła wrażenie... No, ale bo też i ona lgnie do mnie!

Trzasnęły drzwi i do sklepu wszedł jegomość szpakowaty; zażądał
breloku do zegarka, a krzyczał i stukał laską tak mocno, jakby miał
zamiar kupić całą japońszczyznę.

Wokulski słuchał przechwałek Mraczewskiego bez ruchu. Doświadczał
wrażenia, jakby mu na głowę i na piersi spadały ciężary.

- W rezultacie nic mnie to nie obchodzi - szepnął.

Po szpakowatym jegomości weszła do sklepu dama żądająca parasola,
później pan w średnim wieku chcący nabyć kapelusz, potem młody
człowiek żądający cygarnicy, nareszcie trzy panny, z których jedna
kazała podać sobie rękawiczki Szolca, ale koniecznie Szolca, bo innych
nie używa.

Wokulski złożył księgę, z wolna podniósł się z fotelu i
sięgnąwszy po kapelusz stojący na kantorku skierował się ku
drzwiom. Czuł brak oddechu i jakby rozsadzanie czaszki.

Pan Ignacy zabiegł mu drogę.

- Wychodzisz?... Może zajrzysz do tamtego sklepu - rzekł.

- Nigdzie nie zajrzę, jestem zmęczony - odpowiedział Wokulski nie
patrząc mu w oczy.

Gdy wyszedł, Lisiecki trącił Rzeckiego w ramię.

- Coś stary jakby. zaczynał robić bokami - szepnął.

- No - odparł pan Ignacy - puszczenie w ruch takiego interesu jak
moskiewski to nie chy-chy. Rozumie się.

- Po cóż się w to wdaje?

- Po to, żeby miał nam z czego pensje podwyższać - surowo
odpowiedział pan Ignacy.

- A niechże sobie zakłada sto nowych interesów, nawet w Irkucku, byle
tak co roku podwyższał - rzekł Lisiecki. - Ja z nim się o to spierać
nie będę. Ale swoją drogą uważam, że jest diabelnie zmieniony,
osobliwie dzisiaj. Żydzi, panie, Żydzi - dodał - jak zwąchają jego
projekta, dadzą mu łupnia.

- Co tam Żydzi...

- Żydzi, mówię, Zydzi!... Wszystkich trzymają za łeb i nie pozwolą,
ażeby im bruździł jakiś Wokulski, nie Żyd ani nawet meches.

- Wokulski zwiąże się ze szlachtą - odpowiedział Ignacy - a i tam
są kapitały.

- Kto wie, co gorsze: Żyd czy szlachcic - wtrącił mimochodem Klejn
i podniósł brwi w sposób bardzo żałosny.
