Recenzje:
Na samym początku recenzji kolejnego przewodnika z serii Bezdroża Wydawnictwa Helion pragnę uspokoić Czytelników: korekta w „Rowertourze" ma się znakomicie, a użyte w tytule słowo „kolaż" ma niewiele wspólnego z „kolarzem", chociaż... czy aby na pewno?

Jak doskonale Państwo pamiętają, całkiem niedawno, a dokładniej w numerze sierpniowym „Rowertouru", w recenzji pt. „Starcie tytanów" opisywałem dwa przewodniki, w tym jeden Bezdroży, który obejmował zasięgiem Górny Śląsk, Jurę oraz Podbeskidzie. Tak więc, gdy podczas ostatniej wizyty w mojej ulubionej poznańskiej księgarni turystycznej sprzedawca, na prośbę o zaprezentowanie nowości dla cyklistów, wręczył mi przewodnik Heliona z Jurą w nazwie, odruchowo żachnąłem się i odmówiłem, uprzejmie przypominając, że tenże już miałem w rękach, a nawet go recenzowałem. Niestety, z nas dwóch to mnie skleroza dopadła pierwszego: owszem, recenzowałem, ale tamten, o łudząco podobnej okładce (cóż, prawo serii...) został wydany w ubiegłym roku, a tegoroczna nowość została zawężona do samej Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

I bardzo dobrze się stało. Porównuję krok po kroku obydwa wydawnictwa i widzę, że jednak warto skupić się na mniejszym obszarze i opisać go dokładniej. Nie znaczy to, że pierwsze wydawnictwo z wymienionych jest złe, ale jednak dystans z Częstochowy do Bielska-Białej jest spory i 20 tras, rozrzuconych na takiej powierzchni, wymusza kompromisy i pozostawia białe plamy na mapie. Zupełnie inaczej mapka zbiorcza 20 tras wygląda w tegorocznym przewodniku: oplatają one gęstą siecią Wyżynę Krakowsko--Częstochowską, dając w zasadzie nieograniczoną możliwość układania własnych wariantów niczym z klocków.

Warto także podkreślić, że wszystkie trasy są dobrze skomunikowane, to znaczy ich przebieg nawiązuje do umiejscowienia na przykład stacji kolejowych czy parkingów. To bardzo ważne przy planowaniu rowerowych wypadów.

Nowy przewodnik Bezdroży zawiera wszystkie pozytywne cechy poprzednich pozycji: zbiorczą mapkę na drugiej stronie okładki, stosunkowo czytelne, a więc nieprze-ładowane zbędną treścią mapy (choć ciągle dużo brakuje im do miana topograficznych, a te warto wziąć ze sobą dodatkowo), bogate opisy krajoznawcze z wytłuszczonymi najważniejszymi atrakcjami oraz parametry tras w formie profili wysokościowych oraz „liczniczków". Trudno mieć zastrzeżenia do zdjęć: są ładne, kolorowe i przedstawiają autentyczne atrakcje na trasach. Akcentuję ten problem dlatego, że zazwyczaj rażą mnie w przewodnikach pretensjonalne fotki z rowerzystami, kupowane na internetowych „stockach", pasujące do tras na przykład w słonecznej Kalifornii, ale niekoniecznie przystające do krajobrazów naszej strefy klimatycznej.

Osobny akapit należy się „dymkom spożywczo-noclegowym". Otóż każdemu opisowi trasy towarzyszą, podane w niezwykle skrótowej, ale bardzo komunikatywnej formie, adresy najbliższych knajpek oraz noclegów. Oczywiście tego typu informacje są dostępne w internecie, ale po co zużywać baterię w smartfonie oraz limit transferu danych

Wisienką na torcie niechaj będzie indeks wybranych miejscowości i atrakcji przyrodniczych - to cecha, która, według mnie, odróżnia tzw. porządny przewodnik od folderu promocyjnego, jakich wiele oferują lokalne samorządy, stowarzyszenia, nadleśnictwa itd.

Ech, Jura, w której toczyło się wiele wartkich akcji książek mojego dzieciństwa i młodości, tajemnicza, pełna nieoczekiwanych form skalnych, zapierających dech w piersiach krajobrazów oraz... duchów, wciąż czekająca na odkrycie wielu swych tajemnic... Warto tam wracać

rowertour.pl Andrzej Kaleniewicz; 2015-10-01