KRATESCYNIK
Urodził się w Tebach, był uczniem Diogenesa i, jak on, znał osobiście Aleksandra. Ojciec jego Askendas, bogacz, zostawił mu w spuściźnie dwieście talentów. Pewnego razu, siedząc na tragedii Eurypidesowej w teatrze, poczuł się natchniony na widok Telefosa, króla Myzji, wchodzącego na scenę w łachmanach żebraczych i trzymającego w ręku kobiałkę. Podniósł się tedy ze swego siedzenia i gromkim głosem obwieścił, że odda komukolwiek swe mienie i że odtąd wystarczy mu strój króla Telefosa. Tebańczycy poczęli śmiać się i uczynili zbiegowisko przed domem jego; on wszakże śmiał się z nich bardziej. Cisnął im przez okna pieniądze i sprzęty, zarzucił na grzbiet płachtę płócienną i sakwę - i poszedł w świat.
Przybywszy do Aten, wałęsał się po ulicach, a sypiał pod murami, pośród kup łajna. Wypełniał wszystko, co Diogenes czynić doradzał. Atoli beczka mistrza wydała mu się rzeczą zbyteczną. Albowiem, podług jego zapatrywania, człowiek nie jest ani ślimakiem, ani rakiem pustelnikiem. Siadywał goły na śmietnisku, gdzie zbierał kruszyny chleba, zgniłe oliwki, ości ryb suszonych i napełniał nimi swoją sakwę. Mówił, że sakwa jego to miasto wielkie i bogate, gdzie nie ma ani darmozjadów, ani wszetecznic, miasto dostarczające królowi swemu pod dostatkiem tymianku, czosnku, fig i chleba. Nosił tedy Krates tę ojczyznę swoją na plecach i żywił się nią.
Nie mieszał się wcale do spraw publicznych, nawet po to, by je wykpiwać. Nie bawiło go także urąganie królom. Wręcz nie pochwalał owego postępku Diogenesa, kiedy to mędrzec razu pewnego zawołał: "Ludzie, bywajcie tu!", a tym, którzy przyszli, wyłoił skórę kosturem, mówiąc: "Toć ludzi wołałem, a nie łajna!". Krates czuły był dla ludzi. O nic się nie troszczył. Rany nie były mu obce. Najbardziej żałował, że nie ma ciała dość gibkiego, by móc lizać miejsca obolałe, tak jak to psy czynią. Narzekał też na konieczność przyjmowania pokarmów stałych i picia wody. Mniemał bowiem, że człowiek powinien wystarczać sam sobie, odpychając wszelką pomoc z zewnątrz. On w każdym bądź razie nie szukał wody do mycia. Zadowalniał się po prostu drapaniem ciała o mur, gdy go brud swędzieć poczynał, zauważywszy, że osły robią to samo. Rzadko mówił o bogach i nie kłopotał się o nich zgoła; mało go to obchodziło, czy są, czy ich nie ma, ile że wiedział, iż nic mu zrobić nie mogą. Zresztą zarzucał im, że uczynili ludzi rozmyślnie nieszczęśliwymi, zwracając ich twarze ku niebu i pozbawiając ich tym samym właściwości przywiązanej do wszystkich czworonogów. Ponieważ bogowie postanowili - rozumował - że aby żyć, jeść trzeba, winni byli twarz człowieczą zwrócić ku ziemi, na której znajdują się korzonki. Nie można się przecież napaść powietrzem lub gwiazdami.
Życie nie było szczodre dla Kratesa. Oczy miał zakaprawione od żrącego pyłu, unoszącego się w całej Attyce. Jakaś nieznana choroba skórna pokryła ciało jego wrzodami. Skrobał się paznokciami, których nigdy nie obcinał, przekonawszy się, iż ciągnie z tego korzyść dubeltową, gdyż sprawiając sobie ulgę, zużywa równocześnie swe paznokcie. Jego długie włosy stały się podobne do gęstej pilśni, przeto rozczesał je tak na głowie, iżby go przed deszczem i skwarem zabezpieczały.
Gdy Aleksander przybył go zobaczyć, Krates nie powitał go trefnymi słowy, lecz uszanował na równi z innymi widzami, nie odróżniając wcale króla od ciżby. O królach bowiem sądu wyrobionego nie miał. Obchodzili go tyle, co bogowie. Ludzie jedynie go zajmowali i sposób pędzenia życia w możliwie największej prostocie. Z łajań Diogenesowych śmiał się do rozpuku, jak nie mniej z jego pretensji do naprawy obyczajów. Krates czuł, że stoi nieskończenie wyżej ponad troskami tak pospolitymi. Przekształcił maksymę wyrytą na frontonie świątyni delfickiej, mówiąc: "Żyj samym sobą". Myśl o poznaniu czegokolwiek wydawała mu się absurdalna. Badał jeno stosunek swego ciała do koniecznych potrzeb, starając się ustawicznie je zmniejszać. Diogenes kąsał jak psy, lecz Krates żył tak, jak psy żyją.
Miał ucznia, który nazywał się Metrokles. Był to młodzian bogaty, rodem z Maronei. Jego siostra, nadobna i szlachetna Hipparchia, zakochała się w Kratesie. Szalała pono za nim, aż wreszcie przybyła do Aten, by go odszukać. Rzecz na pozór niemożliwa, a jednak pewna. Nic jej nie odstraszyło: ani niechlujstwo cynika, ani nędza okropna, ani ohyda jego jawnego życia.
Przestrzegał ją, że żyje na sposób psów, wałęsając się po ulicach i wygrzebując kości na śmietnisku. Oznajmił jej, że nic z ich życia utajone nie będzie i że posiądzie ją publicznie, skoro mu tylko przyjdzie ochota, tak jak to psy z sukami czynią. Hipparchia przystała na wszystko. Rodzice usiłowali odwieść ją od tego kroku. Zagroziła im, że się zabije. Więc ulitowali się nad nią. Opuściła dom rodzicielski naga, z włosami rozpuszczonymi, okryta tylko starą płachtą. Przybyła do Aten i żyła tam z Kratesem, podobnie jak on ubrana. Mówią, że cynik miał z nią dziecko, któremu na imię było Pazykles, lecz nic pewnego w tym względzie nie wiemy.
Hipparchia podobno była dobra i miłosierna dla biednych; osobiście chorych pieściła; bez wstrętu lizała krwawe rany cierpiących, będąc przekonana, że są dla niej tym, czym owca dla owcy, pies dla psa. Gdy było zimno, Krates i Hipparchia sypiali przytuleni do nędzarzy, starając się ich ogrzewać ciepłem własnych ciał. Przychodzili im z cichą pomocą, jak to często między zwierzętami bywa. Wśród otoczenia swego nie przebierali nigdy. Wystarczało im, że to byli ludzie.
Oto wszystkie szczegóły, jakie doszły do nas o żonie Kratesa. Nie wiemy, kiedy ani jak umarła. Brat jej Metrokles uwielbiał cynika i naśladował go w swym życiu. Ale nie zaznawał spokoju, cierpiał bowiem na dokuczliwe wiatry, z tej przyczyny popadł w rozpacz i począł myśleć o śmierci. Skoro się Krates o jego nieszczęściu dowiedział, postanowił go pocieszyć. Najadł się tedy ziarnek słonecznika i poszedł go odwiedzić. Zapytał przyjaciela, czy to z powodu swych przypadłości oddał się melancholii, a ten odpowiedział, że dłużej podobnej hańby nie zniesie. Wtedy Krates, mając brzuch wzdęty ziarnkami słonecznika, puścił parę wiatrów w przytomności swego ucznia i upewnił go, że natura wszystkich na to cierpienie skazała. Skarcił go potem za wstyd przed ludźmi, dał siebie za przykład, pierdnął jeszcze kilka razy, wziął go za rękę i powiódł za sobą.
Przebywali obydwaj dłuższy czas razem, włócząc się po ulicach ateńskich. Hipparchia prawdopodobnie im towarzyszyła. Mało mówili do siebie. Nie wstydzili się niczego. Szukając pożywienia na śmietniskach, gmerali razem z psami, które zdawały się na nich spoglądać z szacunkiem. Można by sobie wyobrazić łacno, że gdy im głód dokuczył, bili się i kąsali o kęs jadła. Atoli życioryśnicy o niczym podobnym nie wspominają. Wiemy tylko, że Krates umarł w podeszłym wieku, skończywszy na tym, iż zamieszkał w porcie pirejskim pod dachem szopy, gdzie majtkowie składali skrzynie z towarami, że zaprzestał włóczęgi ulicznej w poszukiwaniu pożywienia, że nawet nie chciało mu się ruszyć w tym celu ręką i że pewnego razu znaleziono go zasuszonego z głodu.
KLODIAMATRONA WSZETECZNA
Ojcem jej był Appiusz Klaudiusz Pulcher, konsul. Już jako mała dziewczynka odróżniała się od rodzeństwa dziwnym blaskiem, tlejącym w jej oczach. Starsza siostra, Tercja, wyszła za mąż dosyć wcześnie; młodsza spełniała wszystkie jej zachcianki. Bracia jej, Appiusz i Kajusz, byli zazdrośni o żabki skórzane i wózeczki, z łupiny orzechowej sporządzone, które im dawano do zabawy; później o sestercje. Najmłodszy zaś Klodiusz, nadobniś i niewieściuch, trzymał się towarzystwa sióstr. Klodia namówiła je - a blask ów dziwny zapełgał w jej źrenicach - aby go ubrały w tunikę panieńską, czepczyk z siatki złotej, aby pierś mu przewiązały opaską miękką i zakwefiły welonem ognistoczerwonym. To uczyniwszy, zawiodły go do swych komnatek, iżby spał z nimi trzema. Klodia była jego wybranką, lecz posiadł także dziewictwo Tercji i najmłodszej.
Gdy miała lat osiemnaście, zmarło się jej ojcu. Zamieszkała w domu na górze palatyńskiej. Appiusz zarządzał włością, zaś Kajusz sposobił się do wzięcia udziału w życiu publicznym. Klodiusz, jak zawsze, słabiuchny i bezbrody, sypiał z siostrami. Zaczęły z nim cichaczem do łaźni chodzić. Dawały ćwierć asa tęgim niewolnikom, aby je nacierali, a potem go znów przyjmowały. Klodiusz był traktowany na równi z siostrami, i to w ich przytomności. Takie były uciechy tych panienek przed ich zamążpójściem.
Młodsza poślubiła Lukulla, który ją wywiózł do Azji, iż tam wojnę z Mitrydatem prowadził. Klodia pojęła za małżonka krewniaka Lukulla, niejakiego Metella, człeka poczciwego a ociężałego. W czasach zamieszek ustawicznych zachował on umysł spokojny i umiarkowany. Klodię mierziła jego prostacka gburowatość. Marzyła o Klodiuszu umiłowanym i o przyszłości jego. Właśnie wtedy znaczenie Cezara urosło niezmiernie; Klodia postanowiła je obalić. Przez Pomponiusza Attykusa poznała się z Cyceronem. Otoczenie jej było swawolne i rozwiązłe. W kompanii tej znalazłeś Licyniusza Kalwusa i młodego Kuriona, zwanego "dziewuszką", Sekstusa Klodiusza, który załatwiał jej posyłki, i Egnacjusza z koleżkami, Katulla Werończyka i Celiusza Rufusa, który się w niej na zabój rozmiłował. Opowiadano tam sobie sprośne ploteczki o Cezarze i Mamurze. A Metellus siedział ospale i nic nie mówił. Wkrótce potem zamianowano go prokonsulem. Wyjechał do Galii przedalpejskiej. Klodia została sama w Rzymie, z bratową swą Mucją.
Cycerona oczarowała do cna płomienistość jej wielkich oczu. Mniemał, iż uda mu się pozbyć małżonki swej Terencji i że Klodia porzuci Metella. Ale Terencja wszystko wykryła i zagroziła mężowi. Ten, tchórzem podszyty, musiał się wyrzec swego pożądania, a ponieważ Terencja nalegała, zerwał także stosunki z Klodiuszem.
Braciszek Klodii nie mitrężył czasu. Uprawiał on miłość z Pompeją Cezarową. W noc świętą Dobrej Bogini miały być tylko niewiasty w domu Cezara, któren pod ten czas piastował urząd pretora. Sama Pompeja miała złożyć ofiarę. Klodiusz przebrał się tak, jak siostry stroić go były zwykły, udając cytarzystkę, i wszedł do komnaty Pompei. Aliści pewna niewolnica poznała go. Matka Pompei narobiła gwałtu. Rzym zgorszył się tym postępkiem. Klodiusz, broniąc się, przysiągł, iż bawił wtedy w domu Cycerona. Atoli Terencja kazała mężowi zaprzeczyć i Cycero złożył świadectwo przeciwne.
Odtąd Klodiusz przepadł w opinii stronnictwa szlacheckiego. Siostra jego przekroczyła trzydziestkę. Namiętności jej wszakże nie ochłodły jeszcze, owszem, bardziej jurną się stała. Umyśliła, iż dobrze byłoby, gdyby Klodiusza jaki plebejusz za swego syna przysposobił, aby ten trybunem ludowym mógł zostać. Metellus, który był z Galii powrócił, odgadł jej zamiary i dworował z niej sobie. Podówczas Klodia, nie mogąc się zejść z Klodiuszem, dopuściła do miłości Katulla. Obecność męża wadziła ich amorom. Przeto uradzili się go pozbyć. Dnia pewnego, powracającemu z senatu, utrudzonemu Metellowi dała pić. I padł martwy w atrium. Teraz Klodia wolna już była. Co rychlej opuściła dom mężowski i zamknęła się z Klodiuszem na górze palatyńskiej. Siostra jej zbiegła od Lukulla i zamieszkała z nimi społem. Od nowa oddali się troistej miłości i podsycali swą zemstę.
Stawszy się plebejem, Klodiusz natychmiast dostąpił godności trybuna ludu. Pomimo powabu białogłowskiego, głos miał gromki, a mowa jego była ukąśliwa. Za jego to sprawą skazano Cycerona na banicję. On to dom onegoż, na jego oczach, spustoszyć z kretesem kazał i śmierć wszystkim przyjaciołom jego poprzysiągł. Cezar był naonczas prokonsulem w Galii, przeto nic wskórać nie mógł. Wszelako Cycero, w rok później, dzięki Pompejuszowi odzyskał wpływy i wyjednał sobie prawo powrotu. Wściekłość młodego trybuna nie miała granic. Napadł z furią na Milona, przyjaciela Cyceronowego, który właśnie o konsulat zabiegał. Zaczaiwszy się na ulicy w nocy, próbował go zabić, ale powalił tylko niewolników jego, niosących pochodnie. Wziętość Klodiusza u ludu poczynała słabnąć. Motłoch śpiewał przyśpiewki swawolne o Klodiuszu i Klodii. Cycero wyraźnie na nich wskazał w jednej z mów swoich; Klodia była w niej przedstawiona jako Medea i Klitajmestra. Gniew obojga rodzeństwa sięgnął kresu. Klodiusz postanowił podpalić dom Milona. Gdy to uczynić zamierzał, warta niewolników zabiła go w ciemności nocnej.
Wtedy Klodia popadła w rozpacz ostateczną. Brała i rzucała jednego kochanka po drugim. Gachami jej byli Katullus, potem Celiusz Rufus, potem Egnacjusz, którego kompanowie prowadzili ją do najpodlejszych szynków. Wszakże kochała tylko brata swego Klodiusza. Dla niego to otruła męża. Dla niego wdawała się z podpalaczami i oddawała się im. Gdy umarł, życie jej straciło treść wszelką. Była zawsze piękna, a krew jej nie ostygła jeszcze. Miała dom wiejski na drodze do Ostii i ogrody nad Tybrem i w Bajach. Tam się schroniła. Próbowała się rozerwać tańcami sprośnymi z niewiastami. Tego było jej mało. Umysł jej zaprzątał ustawnie obraz rozpasania z Klodiuszem, młodzieńcem bezbrodym i zniewieściałym. Przypomniała sobie, że kiedyś pojmali go piraci z Cylicji i wdzięcznym ciałem jego chuć swą nasycili. Przychodziła jej także na pamięć pewna karczma, gdzie z nim przesiadywała. Wejście do niej osmarowane było sadzami, a popijający tam mężczyźni cuchnęli srodze i mieli piersi włochate.
Znów ją skusiło życie rzymskie. Wróciła. Błądziła o przedświcie po placykach i wąskich pierzejach. Zuchwalstwo jej płomiennych źrenic jarzyło się jeszcze. Nic go zgasić nie zdołało, aczkolwiek wszystkiego próbowała, bo i w deszczu się włóczyła, i w błocie sypiała. I chodziła po łaźniach i piwnicach, kędy niewolnicy kosterstwem się zabawiali, i zaglądała do zadymionych izb, gdzie opijali się kucharze, i miała konszachty z woźnicami. Czyhała na przechodniów na gościńcach. Zginęła w pewną noc duszną, nad samym ranem. Los zemścił się na niej za jeden z dawnych nałogów. Oto jakiś robotnik folusznik zapłacił jej tej nocy ćwierć asa, ale potem zasadził się na nią na drodze i, chcąc jej odebrać zapłatę, udusił ją, trupa zaś jej z szeroko rozwartymi źrenicami wrzucił w mętne fale Tybru.
SZTUKA ŻYCIOPISARSKA
Wiedza historyczna nie mówi nic pewnego o jednostkach. W najlepszym razie odsłania nam tylko ich punkty styczności ze sprawami zbiorowymi. Podaje na przykład, że Napoleon był chory w czasie bitwy pod Waterloo; że niezwykłą ruchliwość umysłu Newtona należy przypisać bezwzględnej powściągliwości jego temperamentu; że Aleksander Wielki zabił Klitosa po pijanemu, albo że fistuła Ludwika XVI mogła wpływać na niektóre jego postanowienia. Pascal zastanawia się, co byłoby z tego wynikło, gdyby Kleopatra miała nos krótszy, a pęcherz Cromwella nie zawierał piasku. Wszystkie te cechy indywidualne przedstawiają wartość dla historyka tylko o tyle, o ile odcisnęły się na pewnych zdarzeniach dziejowych lub ich kolejność zmieniły, krótko mówiąc, o ile są ich przyczynami rzeczywistymi lub możliwymi. Roztrząsania tego rodzaju zostawmy uczonym.
Sztuka jest przeciwniczką pojęć ogólnych, opisuje indywidualność, zaciekawia się odrębnością zjawisk. Nie klasyfikuje, owszem, niszczy wszelką klasyfikację. Z pewnego punktu widzenia można by się zgodzić na to, że nasze pojęcia ogólne zbiegają się prawdopodobnie z ideami rozpowszechnionymi na Marsie. Przyznajemy, że trzy linie, przecinające się wzajemnie, zawsze i w całym wszechświecie utworzą trójkąt. Ale przypatrzcie się listkowi z drzewa, jego kapryśnemu unerwieniu, jego barwie, zmieniającej się zależnie od słońca i ciepła; nabrzmieniu, wywołanemu przez upadek kropli deszczowej, albo śladom żeru jakiegoś robaczka. Przyjrzyjcie się, jak liść ten ślimak swym śluzem posrebrzył, a jesień pierwszą pozłotką śmierci pokryła - i poszukajcie drugiego takiego samego liścia we wszystkich borach naszej ziemi, a ręczę wam, że nie znajdziecie! Toteż nie ma nauki o powłoce liścia, o włókienkach komórki, o krzywiznach żyłki, maniakalnych nałogach i wybrykach charakteru. Tymczasem takie właściwości, jak to, że ktoś miał nos garbaty, jedno oko wyżej położone od drugiego, ruchy ramion skrępowane; że o pewnej godzinie zwykł był jadać żołądek kapłona i wolał małmazję od Château Margaux - oto zjawiska niemające równych sobie na całym świecie.
????? ???Y??? mógł powiedzieć zarówno Sokrates, jak Tales. Ale Tales nie byłby się tak samo drapał po nodze, jak Sokrates przed wypiciem cykuty. Myśli wielkich mężów są wspólnym dziedzictwem ludzkości. Ich wyłączną własność natomiast stanowią jedynie ich śmiesznostki. Jeśli ukaże się kiedyś książka, opisująca człowieka wraz z wszystkimi jego zboczeniami, będzie ona dziełem sztuki, podobnym do drzeworytów japońskich, na których widzimy wiecznie ten sam okaz małej gąsienicy, przedstawiany w różnorodnych odmianach, jakim to stworzenie w różnych porach dnia ulega.
Historia milczy o takich rzeczach. W surowych zbiorach dokumentów dziejowych mało znajdziemy rysów osobliwszych lub cech oryginalnych. Zwłaszcza żywotopisarze starożytni okazali się w tej dziedzinie skąpi. Estymując li tylko życie publiczne i gramatykę, przekazali nam jeno mowy mężów sławnych i tytuły ksiąg. Na szczęście Arystofan sam nam tę uciechę sprawił i doniósł, że był łysy. Śmiało przypuścić można, iż gdyby płaski nos Sokrata nie był posłużył do porównań literackich i gdyby nałóg chodzenia boso nie stanowił części jego systemu filozoficznego, głoszącego wzgardę ciała - nie mielibyśmy po nim żadnych pamiątek, krom gawęd o moralności. Plotki Swetoniusza są tylko polemikami, nienawiścią ziejącymi. Dobry geniusz Plutarcha czynił zeń czasem artystę; wszelako pisarz ten nie pojął treści własnej sztuki. Wynalazł on metodę "paralel" i oparł się na niej, niepomny, że człowiek opisany ściśle, wraz ze wszystkimi szczegółami, nigdy do drugiego podobny nie będzie! W tym stanie rzeczy zmuszeni jesteśmy uciekać się do Ateneusza, Aulusa Gelliusa, scholiastów i Diogenesa z Laerty, który w swym mniemaniu napisał rodzaj historii filozofii.
Odczucie indywidualności rozwinęło się znacznie silniej w czasach nowożytnych. Dzieło Boswella byłoby wyborne, gdyby autor nie był uważał za stosowne przytaczać korespondencji Johnsona i nie czynił dygresji na temat jego książek. Żywoty osób znamienitych Aubreya już bardziej zadowolić nas mogą. Niewątpliwie Aubrey posiadał zmysł życiopisarski. Jaka szkoda, że styl tego świetnego antykwariusza nie stoi na wyżynie koncepcji dzieła. Książka jego byłaby po wieki wieków wdzięczną rozrywką umysłów wyższych. Aubrey bowiem nigdy nie czuje potrzeby ustalania związku między szczegółami osobistymi a pojęciami ogólnymi. Kontentował się tym, że inni przekazali potomności sławę interesujących go ludzi. Czytając życiorysy Aubreya, najczęściej nie wiadomo, o kim mowa: o matematyku, mężu stanu, poecie czy też zegarmistrzu? A przecież każda z tych postaci posiada swój rys odrębny, odróżniający ją na zawsze od tysiąca innych.
Malarz Hokusai spodziewał się osiągnąć ideał sztuki w sto dziesiątym roku życia. Twierdził, że wtedy dopiero każdy punkt, każda linia, pędzlem jego namalowana, żywa będzie. Przez "żywa" należy rozumieć "indywidualna". Na pozór trudno o coś podobniejszego, jak punkty i linie; cała geometria przecież zasadza się na prawidłach tego podobieństwa. Atoli doskonała sztuka Hokusaia dążyła do stworzenia możliwie największej różnicy między kształtami pozornie jednakowymi. Przyjąwszy to za zasadę, powiemy, że idealnym życioryśnikiem będzie ktoś, kto potrafi różnicować w nieskończoność charakterystykę dwóch filozofów, twórców tej samej prawie metafizyki. Z tej właśnie przyczyny Aubreyowi, zajmującemu się wyłącznie ludźmi, nie udaje się dopiąć właściwego celu. Nie umie on mianowicie dokonać w swym dziele tej cudownej przemiany, o której marzył Hokusai, a której treścią: podobieństwo w różnolitości. Trudno, nie żył lat sto dziesięć. Niemniej Aubrey to pisarz szacowny, zdający sobie wybornie sprawę z doniosłości swej księgi. "Przypominam sobie, pisze on w przedmowie do Antoniego Wooda, słowa jenerała Lamberta: that the best of men are but men at the best, czego różne przykłady znajdziesz w tym surowym i naprędce skleconym zbiorze. Toteż arkana te powinny ujrzeć światło dzienne najwcześniej za lat trzydzieści, to jest wtedy, gdy autor i postacie jego (na podobieństwo owocu nieszpułki) już do cna zgniją".
Rudymenta rzetelnej sztuki życiopisarskiej można jednak znaleźć i u poprzedników Aubreya. I tak Diogenes z Laerty donosi nam, że Arystoteles nosił na brzuchu mieszek skórzany, napełniony ciepłą oliwą, i że po jego śmierci znaleziono w domu mnóstwo waz glinianych. Co mędrzec robił z tym całym garncarstwem, o tym się nigdy nie dowiemy. Lecz tajemnica ta jest równie przyjemna, jak domysły, nad którymi Boswell zawiesza naszą ciekawość, jaki pożytek mógł ciągnąć Johnson, przechowując stale suche skórki pomarańczowe w kieszeniach swego ubrania? Pisząc w ten sposób o Arystotelesie, Diogenes z Laerty zbliża się już do wzniosłości niezrównanego Boswella. Ale podobnych przyjemności niewiele znajdujemy w jego dziele. Aubrey natomiast daje nam je w każdym niemal wierszu. Mówi o Miltonie, że "wymawiał literę r bardzo twardo". Spenser "był niskiego wzrostu, miał krótkie włosy, nosił malutki kołnierzyk i małe mankieciki". Barclay "mieszkał kiedyś w Anglii tempore R. Jacobi. Był to już podówczas człowiek stary, miał siwą brodę i kapelusz z pióropuszem, co oburzało niektóre osoby poważniejsze". Erazm "nie cierpiał ryb, acz urodził się w rybackim mieście". Co się tyczy Bacona, to "słudzy jego musieli stale chodzić w butach z hiszpańskiej skóry, albowiem zawsze w lot cielęcą zwęszył, a odór jej był mu niemiły". Doktor Fuller "miał głowę tak zaprzątniętą pracą, iż, przechadzając się i rozmyślając przed obiadem, zjadał chleb dwugroszowy, nic nie wiedząc o tym". W życiorysie sir Williama Davenanta czyni tę uwagę: "Byłem na jego pogrzebie, miał trumnę orzechową. Sir John Denham zapewnia, że była to najpiękniejsza trumna, jaką w życiu widział". O Benie Johnsonie tak pisze: "Słyszałem od JP. Lacy, aktora, że Ben Johnson zwykle nosił płaszcz podobny do woźnicowskiego, rozpruty pod pachami". Oto co go uderza w Williamie Prynne: "Jego metoda pracy była następująca: wkładał na głowę dużą szlafmycę pikowaną, która spadała mu niżej oczu i służyła za abażur, ochraniający wzrok przed światłem; co trzy godziny regularnie służący przynosił chleb i garniec alu, którym Prynne dowcip swój orzeźwiał; tak tedy pracował, żuł chleb i pił równocześnie, i to zajmowało go aż do późnej nocy; wtedy dopiero spożywał obfitą kolację". Hobbes "bardzo wyłysiał na starość; mimo to miał zwyczaj pracować w domu z gołą głową i twierdził, że nie odczuwa wcale zimna; skarżył się tylko na muchy, które obsiadały jego łysinę i które ciągle musiał spędzać". Aubrey nic nie mówi o Oceanie Johna Harringtona, opowiada natomiast, że autor tego dzieła "A° Dni 1660 był karany wieżą, potem zesłany do Portsey Castle. Jego pobyt w tych więzieniach (jako że był kawalerem wyższego dowcipu i krzepkiego przyrodzenia) stał się przyczyną prokatarktyczną gorączki czy też szaleństwa, pozbawionego wszakże groźniejszych objawów. Mówił on bowiem wcale do rzeczy, a towarzystwo jego było nader pocieszne. Ubrdał sobie jeno, że pot jego zmienia się w muchy, czasem zaś w pszczoły, ad cetera sobrius; pragnąc rzecz tę zbadać za pomocą doświadczenia, kazał sobie sporządzić z desek domeczek przenośny i umieścił go w ogrodzie JP. Harta, naprzeciw St. James's Park. Wystawiał tę budkę na słońce i siadał w niej z przodu; a gdy się trochę much albo pszczół w pułapce owej nazbierało, masakrował je lub wypędzał za pomocą lisiego ogona. Potem drzwiczki zamykał. Czynił ten eksperyment tylko w ciepłych porach roku. Niektórym owadom udawało się czasem ukryć w rozporach lub fałdach jego ubrania. Po jakim kwadransie, udręczona gorącem, wylatywała stamtąd jedna mucha, czasem dwie albo i więcej. Wtedy Harrington krzyczał: "A co? Widzicie teraz, że one ze mnie wychodzą?".
O Meritonie mówi nam Aubrey tylko tyle: "Jego prawdziwe nazwisko było Head. JP. Bovey znał go doskonale. Urodził się w r. ... Był bibliopolą w Little Britain. Przebywał między cyganami. Miał minę łotra i oczy drwiące. Posiadał kunszt zmieniania swej postaci. Zbankrutował dwa czy trzy razy. Zdaje się, że jął się księgarstwa dopiero pod koniec życia. Przeważnie na chleb zarabiał bazgraniną. Płacono mu 20 sh. za arkusz. Napisał dużo książek: The English Rogue, The Art of Wheadling etc. Utonął na pełnym morzu w drodze do Plymouth, około r. 1676. Miał wtedy lat niespełna pięćdziesiąt".
Wreszcie godzi się przytoczyć żywot Kartezjusza, pióra tegoż pisarza:
J PAN RENATUS DES CARTES.
"Nobilis Gallus, Perroni Dominus, summus Mathematicus et Philosophus, natus Turonum, pridie Calendas Aprilis 1596. Denatus Holmiae, Calendis Februarii, 1650. (Znalazłem ten nadpis na konterfekcie stworzonym przez C. V. Dalena). Jak przeżył czas młodości oraz dzięki jakiej metodzie stał się tak uczony - opowiada o tym światu w traktacie swoim p.n. O metodzie. Towarzystwo Jezusowe chełpi się, że zakon miał zaszczyt edukować go w swych murach. Mieszkał lat wiele w Egmont (koło Hagi), co uwidocznił w kilku księgach swoich. Był nadto mądry, aby mógł zawracać sobie głowę małżeństwem. Wszakże, jako mężczyzna, miał pragnienia i apetyty męskie. Tedy utrzymywał pewną piękną i dobrej kondycji kobietę. Kochał ją i miał z nią kilkoro dzieci (zdaje mi się, że dwoje czy troje). Dziwilibyśmy się chyba, gdyby owoc lędźwi takiego ojca nie odebrał starannego wychowania. Mądrość jego zdobyła rozgłos powszechny, toteż wszyscy uczeni odwiedzali go nader skwapliwie; wielu z nich prosiło, by raczył pokazać im instrumenty swoje (w owej bowiem epoce umiejętność matematyczna ściśle łączyła się ze znajomością narzędzi i, jak mówi Sr. H. S., z praktyką zręczności). Des Cartes wyciągał wtedy małą szufladkę spod stołu i pokazywał cyrkiel z jedną nóżką złamaną oraz arkusik papieru, zwinięty podwójnie, który mu służył za linię".
Aubrey, rzecz jasna, pisał to wszystko z pełną świadomością. Nie sądźcie, że nie doceniał idei filozoficznych Kartezjusza lub Hobbesa. Nie te rzeczy jednak najbardziej go interesowały. Owszem, mówi wyraźnie, że Descartes sam swoją metodę światu wyłożył; nie zapomina o tym, że Harvey odkrył cyrkulację krwi - ale woli zapisać, że mąż ten wielki przepędzał noce bezsenne na przechadzaniu się w koszuli, że miał złe pismo i że najtężsi medycy londyńscy nie byliby dali sześciu groszy za jego receptę. Aubrey uważa charakterystykę Franciszka Bacona za dostateczną, skoro w niej podaje, że miał oczy żywe, delikatne, barwy orzechowej i podobne do żmii.
Bądź co bądź Aubreyowi, jako artyście, daleko do Holbeina. Mimo wszystko nie umie on utrwalić po wsze czasy osobowości swego modelu, za pomocą jego rysów odrębnych, na tle podobieństwa do ideału. Obdarza on życiem oko, nos, nogę i grymasy twarzy osoby portretowanej; nie udaje mu się natomiast ożywić całej postaci. Stary Hokusai dobrze wiedział, że w tym celu należy indywidualizować rzeczy najbardziej ogólne. Aubrey nie miał tej przenikliwości. Książka Boswella, gdyby obejmowała treść całą w dziesięciu stronicach, byłaby zaiste tym dziełem sztuki, na które wciąż jeszcze czekamy. Oto np. rozsądek doktora Johnsona jest tam przedstawiony w szeregu najbezecniejszych komunałów, wypowiedzianych z arcypociesznym ferworem, który Boswellowi, jednemu bodaj na świecie, udało się tak wybornie odmalować. Niestety, ciężki ten katalog swą objętością przypomina dykcjonarze doktora Johnsona i łatwo mógłby kto pomyśleć, że to jest cała Scientia Johnsoniana wraz z indeksem. Boswell nie posiadał odwagi wyboru, właściwej prawdziwym estetom.
A sztuka życiopisarska właśnie na wyborze polega. Wierność nie jest obowiązkiem życioryśnika. Twórcze porządkowanie chaosu rysów ludzkich - oto obowiązek jego. Leibniz powiedział, że Bóg, stwarzając świat, wybrał rzeczy najlepsze spośród możliwych. Żywotopisarz, jako bóstwo niższego rzędu, winien spośród rzeczy możliwych wybierać jedyne. A nie powinien mylić się w swej sztuce bardziej, niż Bóg się w swej dobroci mylił. Trzeba przecież, aby instynkt obydwu tych twórców był nieomylny. Cierpliwi demiurgowie zebrali na pożytek życioryśnika myśli, ruchy twarzy i przypadki różnych ludzi. Praca ich znajduje się w kronikach, pamiętnikach, listach i w scholiach rozlicznych. Z tego tworzywa surowego biograf czyni sobie formę, do żadnej innej niepodobną. Najmniej winien się kusić o podobieństwo do kształtu stworzonego niegdyś przez bóstwo wyższe; chodzi tylko o to, aby ta forma, na równi z wszelką istnością, była jedyna we wszechświecie.
Niestety życiopisarze mniemali zazwyczaj, że są historykami. Tym sposobem pozbawili nas mnóstwa najcudowniejszych portretów. Przypuszczali, że tylko żywoty wielkich mężów obchodzić nas mogą. Atoli sztuce obcy jest taki pogląd. W oczach malarza portret mężczyzny nieznanego, namalowanego przez Cranacha, tyleż wart co wizerunek Erazma, tego samego mistrza. Nie dzięki nazwisku Erazma bowiem portret ten jest czymś w malarstwie niebywałym. Prawdziwa sztuka życiopisarska umie przywiązywać tę samą wagę do życia biednego aktorzyny, jaką przykłada do żywotu Szekspira.
Tylko nasz niższy instynkt pozwala nam zauważyć z pewną uciechą skrzywienie mostka w popiersiu Aleksandra lub kosmyk włosów, spadający na czoło Napoleona. Uśmiech Mony Lizy, o której zresztą nic nie wiemy (może to twarz mężczyzny?), jest bardziej tajemniczy. Ten czy ów grymas narysowany przez Hokusaia również nakłania do najgłębszych rozmyślań. Jeśli się zatem ktoś kiedyś pokusi o sztukę, w której celowali Boswell i Aubrey, niechże nie opisuje największego męża czasów swoich ze wszystkimi szczegółami, niech się nie mozoli nad charakterystyką najsławniejszych przedstawicieli przeszłości, lecz niechaj opowiada o jedynych, niemających równych sobie, żywotach ludzi i niech to czyni z jednakową troskliwością, nie zważając, czy bohaterowie jego opowieści są bogami, istotami pospolitymi, czy też zbrodniarzami.
LUKRECJUSZPOETA
Lukrecjusz pochodził z możnego rodu, który usunął się od zgiełku życia publicznego. Dni jego dzieciństwa minęły w cieniu czarnego przedsionka, w domu wysokim, wzniesionym na górze. Atrium było ponure, a niewolnicy niemi. Od dziecka otaczała go wzgarda polityki i nienawiść do ludzi. Rówieśnik jego, szlachetny Memmiusz, oddawał się w lesie wszystkim grom, w które Lukrecjusz bawić mu się kazał. Podziwiali więc razem zmarszczki na korze drzew, przyglądali się w skupieniu drżeniu liści, prześwietlonych słońcem, podobne bowiem były do zielonej, cieniutkiej tkaniny, nakrapianej złotymi cętkami. Przyglądali się często pręgowatym grzbietom odyńców, węszących ziemię leśną. Mijali brzęczące przędze pszczół i ruchliwe gromadki wędrownych mrówek. Dnia pewnego, przedarłszy się przez gęsty zagajnik, znaleźli się na polanie otoczonej starożytnymi dębami korkowymi, tak gęsto obok siebie rosnącymi, iż kolisko ich wydrążyło niejako w niebie studnię, której dno było jasnobłękitne. Odpoczynek w tym ostępie sprawiał rozkosz niewysłowioną. Leżącym na wznak chłopcom zdawało się, że płyną jakąś jasną drogą ku czystym przestrzeniom napowietrznym. Widok ten napełniał Lukrecjusza lubym wzruszeniem.
Wraz z Memmiuszem wrychle porzucił świątynię pogodnych dumań w boru i udał się do Rzymu, aby się tam w kunszcie krasomówstwa wykształcić. Stary szlachcic, który zarządzał dobrami rodzinnymi, oddał go w opiekę pewnemu nauczycielowi greckiemu i przykazał chłopcu, by nie pierwej wracał do domu, aż posiądzie sztukę gardzenia uczynkami ludzkimi. Lukrecjusz nigdy go już potem nie ujrzał. Samotny starzec umarł bowiem wkrótce w nienawiści do społecznej wrzawy. Ukończywszy nauki, powrócił Lukrecjusz do opustoszałego domu, do atrium ponurego i niemych niewolników. Z nim przybyła niewiasta barbarzyńska, rodem z Afryki, piękna a okrutna. Memmiusz zamieszkał w domu rodzicielskim. Lukrecjusz przyjrzał się z bliska krwawym walkom fakcji, swarom partyjnym i politycznemu przekupstwu. Poznał także miłość.
Pierwsze dni po powrocie płynęły jak w baśni czarodziejskiej. Niewiasta afrykańska muskała gęstą kędzierzą swych włosów opony wiszące na ścianach. Ciało jej w ustawnej lubieży wiło się na łożu. Ramionami, ustrojonymi w szmaragdy przezroczyste, lubiła pieścić dzbany, w których pieniło się wino. W dziwny sposób, jej tylko właściwy, potrząsała głową i podnosiła palec. Uśmiechy jej wypływały z jakiegoś źródła głębokiego i ciemnego jak rzeki afrykańskie. Miast prząść wełnę, szarpała ją cierpliwie na drobne paździorki, które dokoła niej latały.
Lukrecjusz pragnął żarliwie rozpłynąć się w tym ciele przeurodziwym. Nie mógł się dość napieścić jej piersi, jakby w metalu kowanych. Zamierał swymi ustami na jej wargach ciemnofiołkowych. Słowa miłosne, śród pocałunków szeptane, wywoływały na ich licach uśmiech i słabły w tej chwili. Wreszcie zerwali tę cienką a nieprzejrzystą zasłonę, która dzieli kochanka od kochanki. Wtedy żądza ich rozgorzała jeszcze straszliwiej i zapragnęła odmiany. Doszła w końcu do tej ostateczności, kiedy już tylko po samym li ciele się ślizgała, nie przenikając do wnętrzności. A potem miłość Afrykanki, jak zeschły liść, zwinęła się i umarła w jej sercu cudzoziemskim. Lukrecjusz rozpaczał, niemocen podołać miłości. Niewiasta stała się wyniosła, ponura i milcząca na podobieństwo atrium i niewolników. Lukrecjusz począł przesiadywać w książnicy.
Rozwinął tam dnia jednego zwój, na którym pewien skryba spisał traktat Epikura.
I wraz pojął zmienność rzeczy tego świata oraz bezowocność wznoszenia się ku ideom. Wszechświat wydał mu się podobny do wełnistych paździerzy, które swymi palcami Afrykanka po komnatach rozsiewała. Roje pszczelne, kolumny mrówek i ruchome tkaniny listne przedstawiły się teraz jego oczom jako skupienia zbiorowisk atomów. Także w ciele swym poczuł istnienie jakowegoś ludu niewidzialnego, niezgodnego i żądnego rozdziału. A spojrzenia wydały mu się subtelniejszymi promieniami światła, zaś postać pięknej cudzoziemki mozaiką przyjemną i barwną. I przekonał się, iż kres tej nieskończonej zmienności żałosny jest i marny. Życie atomów, zamieszkałych w tej samej krwi, a przecież walczących o władzę, w rozmyślaniach swych porównywał z krwawymi walkami fakcji rzymskich, ze zbrojnymi chmarami klientów i potwarców. I poznał, że rozkład, jaki śmierć daje, niczym innym nie jest, jak tylko wyzwoleniem z tej czeredy wrzaskliwej, gnającej na oślep i bez celu.
Otóż, kiedy już Lukrecjusz wykształcił się na tym zwoju papirusowym, na którym głoski greckie, na kształt atomów, wzajemnie się splatały, wyszedł do lasu przez ciemny przedsionek domu przodków swoich. I znów zobaczył pręgowate grzbiety odyńców, wiecznie nozdrzami ryjących w ziemi. Potem, przedarłszy się przez zagajnik, znalazł się nagle w owej świątyni leśnej, podobnej do studni o dnie niebieskim. Tam postanowił odpocząć.
Leżąc, jak ongi, na wznak, na posłaniu z trawy, rozmyślał o zawrotnym bezmiarze wszechświata, o kamieniach i roślinach, o zwierzętach i ludziach, rozmaitej maści ich ciałach, o różnorodności ich dzieł i żądz, o dziejach ich, o narodzinach, chorobach i śmierci. I w tej śmierci powszechnej i nieuniknionej ujrzał także osobną śmierć nadobnej Afrykanki - i zapłakał.
Wiedział on, że płacz jest wynikiem osobliwego ruchu gruczołków, umieszczonych pod powiekami, które poczynają działać wskutek przypływu atomów sercowych w chwili, gdy serce wzruszy się nagle widmem barwnych obrazów, odrywających się od powierzchni ciała umiłowanej niewiasty. Wiedział, że przyczyną miłości jest pęcznienie atomów, pragnących połączenia z innymi atomami. Wiedział, że smutek z powodu śmierci kochanki jest najgorszym ze złudzeń ziemskich, albowiem umarła uwalnia się od nieszczęść i cierpień, podczas gdy opłakujący ją ugina się pod brzemieniem trosk i oddaje się posępnym myślom o własnej śmierci. Wiedział także, że odchodząc stąd, nie pozostawiamy po sobie cienia, który by stojąc nad własnym zewłokiem, łzami go oblewał. Wiedział o tym wszystkim, wszelako, przeniknąwszy na wskroś smętek, miłość i śmierć, poznawszy, że są to czcze mary, jeśli na nie patrzeć z oddalenia samotnego - ustawnie płakał i nie oddalił od siebie ani pożądania miłości, ani lęku przed śmiercią.
Raz, wróciwszy z wędrówki swojej do mrocznego domu przodków, spostrzegł, że Afrykanka gotuje jakiś odwar w tyglu metalowym. Oto i ona w swym osamotnieniu rozmyślała o śmierci, a myśli jej dotarły do źródła jej tajemniczych uśmiechów. Lukrecjusz długo wpatrywał się w ten płyn, jeszcze wrzący, który z wolna klarował się i stawał się podobny niebu zielonemu i mętnemu. Wreszcie piękna Afrykanka potrząsnęła głową i podniosła do góry palec. Wtedy Lukrecjusz wypił ów dekokt. I natychmiast rozsądek jego ustąpił i zapomniał o wszystkich greckich słowach, wypisanych na papirusowym zwoju. I po raz pierwszy, postradawszy zmysły, poznał tajemnicę miłości, a w nocy, otruty jadowitym płynem, poznał tajemnicę śmierci.
EMPEDOKLESBÓG DOMNIEMANY
Nikt nie wie, jaki był jego początek ani w jaki sposób zstąpił na ziemię. Zjawił się nad złotymi brzegami Akragasu, w Agrygencie, pięknym mieście, niedługo po dniu owym, w którym król Kserkses rozkazał morze łańcuchami ćwiczyć. Wieść jeno niesie, że dziad jego, nikomu nieznany, zwał się Empedokles. Należy chyba przez to rozumieć, że jak na boga przystało, był swym własnym synem. Natomiast uczniowie jego podają, że zanim otoczon chwałą począł przebiegać wsie sycylijskie, już pierwej na ziemi naszej czworaki żywot pędził, a to pod postacią rośliny, ryby, ptaka i dzieweczki młodej. Nosił płaszcz szkarłatny, na który z głowy obręczą złotą ozdobionej spływały włosy w bujnych puklach; nogi obuwał w sandały spiżowe, a w ręku trzymał girlandy z wełny i liścia wawrzynowego splecione.
Dotknięciem rąk uzdrawiał chorych i z wozu triumfalnego, z głową ku niebu wzniesioną, wygłaszał uroczyście wiersze na modłę homerycką tworzone. Mnoga rzesza ludu szła śladem stóp jego i na klęczkach słuchała tych poematów. Pod czystym nieba błękitem, rozpostartym nad łanami zbóż, zbierali się dookoła Empedoklesa ze wszech stron pątujący ludzie, z rękoma pełnymi ofiar. A on im, z podziwu oniemiałym, śpiewał o sklepieniu niebieskim, pięknie z kryształu sporządzonym, i o masie ognistej, przez nas słońcem zwanej, i o miłości, która, na podobieństwo kuli ogromnej, wszystko w sobie mieści.
Wszelkie istoty - prawił - są jeno cząstkami oderwanymi od onej kuli, którą jest miłość, a do której nienawiść cichaczem wpełzała. To zaś, co my zowiemy miłością, jest żądzą rozpłynięcia się i stopienia w jedno, jako było na początku, w łonie owego boga kulistego, dziś nienawiścią rozdartym. I przepowiadał przyjście dnia takiego, w którym ta kula przedziwna od nowa się wezdmie; a stanie się to, mówił, po wszystkich dusz przemianach. Albowiem świat ten jest dziełem nienawiści, zaś jego zatrata dziełem miłości będzie. Takie to pieśni śpiewał Empedokles, przez miasta i sioła śród dźwięku cymbałów idąc, a spiżowe sandały roboty lakońskiej pobrzękiwały na nogach jego. Tymczasem gardziel Etny rzygała nieustannie słupami czarnego dymu, rzucającego cień na całą ziemię sycylijską.
Podobien do króla niebieskiego, odziewał się Empedokles purpurą, a przepasywał szarfą złotą, podczas gdy pitagorejczycy chadzali w nędznych tunikach lnianych i w papirusowym obuwiu. Mówiono, że umiał bielma z oczu zdejmować, puchliny usuwać i ból z członków wyciągać; błagano go często, by odpędził deszcz lub huragan; zażegnywał burze nad pagórami wiszące; z Selinuntu wygnał złą gorączkę, rozkazawszy dwom rzekom przelać się do łożyska trzeciej, za co mieszkańcy tego grodu wielbili go potem, wznieśli mu przybytek i wybili na jego pamiątkę medale, na których był wyobrażony wizerunek Apolla po jednej, zaś Empedoklesa po drugiej stronie.
Inni znów utrzymują, że był wieszczkiem przez magów perskich kształconym, że znał sekrety nekromantów i posiadał wiedzę o ziołach odurzających zmysły. Pewnego razu, gdy biesiadował u Anchitosa, człowiek niektóry, chory na umyśle, wpadł do komnaty z mieczem dobytym. Empedokles powstał, wzniósł ręce do góry i począł śpiewać wiersze Homera o napoju zwanym nepenthes, który posiada siłę niecierpiętliwości. I wraz moc napoju owego zawładnęła szaleńcem, że stanął jak wryty i, miecz wyciągnięty w powietrzu trzymając, zapomniał o wszystkim, jak gdyby wypił truciznę słodką, zmieszaną w czaszy z pieniącym się winem.
Chorzy wędrowali do niego z miast odległych i otoczon był ciżbą liczną nędzarzy. Także i niewiasty przyłączały się do orszaku jego, całując skraj kosztownego płaszcza. Wśród nich była niejaka Panthea, szlachcianka agrygencka. Panienka ta miała być poświęcona Artemidzie, atoli opuściła zimny posąg bogini, bowiem wolała ofiarować dziewictwo swe Empedoklesowi. Nikt ze śmiertelnych nie widział oznak ich miłości, albowiem Empedokles zachował nieczułość właściwą bogom. Słowa swoje układał li tylko w miarach epickich, a mówił narzeczem jońskim, aczkolwiek lud i wierni jego posługiwali się doryckim. Wszystkie ruchy wykonywał z kapłańskiem namaszczeniem. Do ludzi zbliżał się jedynie wtedy, kiedy miał ich błogosławić lub uzdrawiać. Większą część dnia spędzał w milczeniu. Rzesza nigdy nie widziała go podczas snu. Objawiał się jej tylko w majestacie swoim.
Panthea nosiła szaty z cieniuchnej wełny, dzierganej złotem. Włosy trefiła podług mody agrygenckich bogaczek, żywot niefrasobliwy wiodących. Piersi podwiązywała czerwoną przepaską, a podeszwy jej sandałów napojone były wonnościami. Była piękna i smukła, a ciało jej kusiło swą barwą. Nie można twierdzić stanowczo, że Empedokles był w niej zakochany, to pewne, że okazywał jej litość. Stało się w tych czasach, że wiatry azjatyckie rozpłodziły mór na polach sycylijskich. Mnogo ludzi dotknęły czarne palce tej klęski. Na pastwiskach leżały pokotem ścierwa zwierząt, zduszonych zarazą. Co krok widać było zdechłe owce, jakby odarte z runa, ze sterczącemi bokami i pyskami rozdziawionymi. Panthea także zachorzała na tę słabość. Dnia pewnego padła u stóp Empedoklesa i wyzionęła ducha. Stojący obok podnieśli z ziemi jej ciało stężałe, okąpali je we winie i namaścili wonnymi olejkami. A potem rozwiązali czerwoną przepaskę, ściskającą jej młode piersi, pocięli ją na kawałki i zawiązali nimi jej usta otwarte i oczy zaszłe bielmem, iżby się w nich już nigdy światłość nie odbiła.
Aliści Empedokles spojrzał na nią i, zdjąwszy złotą obręcz z czoła swego, włożył na jej głowę. Zaś na jej piersiach położył prorocką girlandę z liścia wawrzynowego. Zaśpiewał nieznane strofy o wędrówce dusz i po trzykroć rozkazał jej, aby wstała i szła. A lud oniemiał z trwogi wielkiej. A na trzecie zaklęcie Panthea opuściła królestwo cieni, ciało jej ocuciło się i wstała z martwych, cała skrępowana powijakami pogrzebowymi. I poznał lud wonczas, iż Empedokles jest wskrześcą umarłych.
Pyzianakt, rodzic Panthei, przybył oddać hołd nowemu bogu. We włości swej kazał ustawić stoły pod drzewami i złożyć na nich na cześć jego libację. Po obu bokach Empedoklesa stanęli niewolnicy Pyzianaktowi, dzierżąc w ręku wielkie łuczywa. Heroldowie, jak to bywa w czasie misteriów, nakazali uroczystą ciszę. Nagle, podczas trzeciego czuwania, wszystkie pochodnie pogasły i mrok gęsty ogarnął chwalców nowego boga. I dał się słyszeć jakiś głos potężny, wołający: "Empedoklesie!". A gdy od nowa jasność nastała, nie znaleziono Empedoklesa między zebranymi. I nikt go już potem ze śmiertelnych nie widział.
Pewien niewolnik struchlały zeznał, że ujrzał błyskawicę krwawą, która przeszyła ciemności i zgasła na wierzchołku Etny. Gromadka wiernych wdarła się na jałowe stoki góry, stojącej w posępnej pożodze jutrzni. Gardziel wulkanu miotała płomiennymi snopami. Na porowatym otoku zakrzepłej lawy, okalającym czeluść ognistą, znaleziono jeno strawiony ogniem sandał spiżowy.
PETRONIUSZROMANSISTA
W czasach, kiedy żył Petroniusz, igracze, przybrani w zielone szatki, popisywali się swymi uczonymi świnkami, umiejącymi przez płonące obręcze przeskakiwać; brodaci odźwierni w tunikach koloru wiśniowego, siedząc na progach domów, ozdobionych swawolnymi mozaikami, łuskali groch w srebrnych panwiach; wyzwoleńcy z kabzami nabitymi sestercjami ubiegali się o urzędy miejskie na prowincji; pieśniarze wyśpiewywali biesiadnikom na wety poematy epickie, a ludzie mówili językiem naszpikowanym słowami zapożyczonymi z gwary więziennej lub kwiecistymi a napuszonymi naleciałościami azjatyckimi.
Śród takiego to wykwintu upłynęło jego dzieciństwo. Suknię z wełny tyryjskiej dzień jeden tylko nosił, a potem wyrzucał. Naczynia srebrne, co spadły ze stołów, zamiatano w atrium razem z ogryzkami. Biesiady składały się z potraw subtelnych i osobliwych, a przemyślni kuchmistrzowie wciąż zmieniali architekturę dań. Nikt się nie dziwił, rozłupując jajko, gdy wewnątrz znalazł figojadkę, nikt nie wahał się przekroić posążku na modłę rzeźby Praksytelesa ulepionego z wątrobianego pasztetu. Gipsowe czopy amfor były misternie złocone, a w szkatułkach z indyjskiej słoniokości mieściły się mocne pachnidła, dla bankietników przeznaczone. Akwamanile, w różny sposób podziurawione, napełnione były barwioną wodą, która przez owe otwory na stół tryskając, przyjemny dawała widok. Na tęczystych szklenicach wyobrażone były dziwnostraszne rzeczy. Ucha niektórych urn za najlżejszym dotknięciem pękały, a z rozwartego tułowia sypało się sztucznie malowane kwiecie. W złotych klateczkach świergotały ptaki afrykańskie o szkarłatnych policzkach. Za kratami zwierzyńców darły się egipskie małpy o psich mordach, a w sadzawkach, kosztownie cembrowanych, pluskały zwinne ryby o łusce błyszczącej i lazurowych oczach.
Takim zbytkiem otoczony, Petroniusz mniemał, że nawet powietrze, którym oddychał, nasycone jest wonnościami dla sprawiania rozkoszy jego powonieniu. Gdy doszedł do wieku młodzieńczego i pierwszą brodę ostrzyżoną w skrzyneczce ozdobnej zamknął, począł rozglądać się w krąg. Pewien niewolnik imieniem Syrus, który przedtem służył w cyrku, pokazywał mu rzeczy nieznane. Petroniusz był śniady, wzrostu nikczemnego i zezooki. Rodem szlachetnym się nie szczycił. Miał grube ręce rzemieślnika, ale umysł oświecony. Dla tej to przyczyny pewno lubował się w pracowitym obrabianiu słów i spisywaniu ich. A słowa te niczym nie były podobne do tego, co wyobrażali dawni poeci, albowiem usiłowały naśladować otoczenie księgopisa. Znacznie później dopiero opanowała go głupia chętka klecenia wierszy.
Petroniusz przypatrywał się sumiennie i poznał życie barbarzyńskich gladiatorów i fanfaronów ulicznych; filutów, patrzących z ukosa i czyhających na sposobność zwędzenia jarzyny lub połcia mięsa; dzieci z włoskami trefionymi, towarzyszących senatorom w ich przechadzkach; staruchów gadatliwych, rozprawiających o sprawach miejskich na rogach ulic; rozwiązłych sługusów i dziewek, które się dochrapały pieniędzy; handlarzy owoców i oberżystów; mizernych rymobajów i chytrych pokojówek; fałszywych kapłanek i wojaków-obieżyświatów. Poznał to życie, nie odrywał od niego świdrowatych oczu i z przedziwną dokładnością podchwytywał jego obyczaje i kabały. Syrus prowadzał go do łaźni niewolników, do alków niewiastek fryjerstwem się parających i do nor podziemnych, gdzie figuranci cyrkowi ćwiczyli się w fechtach drewnianymi palcatami. U bram miasta, pośród grobów, opowiadał mu gadki snute z ust do ust o ludziach skórę swą zmieniających, które posłyszał od Murzynów, Syryjczyków, szynkarzy i żołnierzy, wartujących pod krzyżowymi męczadłami.
Mając lat około trzydziestu, Petroniusz, oczarowany rozmaitością tych obrazów, począł opisywać dzieje niewolników, wagusów i hulaków. Rozpoznał ich obyczaje śród rosnącej wciąż zbytkowności, a myśli ich i gwarę od gładkich rozmów, prowadzonych podczas bankietów, odróżnił. W samotności, siedząc przy stole z wonnego drzewa cedrowego, malował na pergaminie końcem swej trzciny przygody owego ludu nieznanego. W komnacie, do której światło wpadało przez wysokie okna, pod barwnym stropem taflowanym, wyobraźnia jego przedstawiała sobie kopcące pochodnie gospód, pocieszne burdy nocne, młyńce wywijane drewnianymi świecznikami, rygle rozbijane siekierami ceklarzy, zatłuszczone szaty, pełne robactwa - lub rozindyczonych prokuratorów wysepek, strofujących zgraję biedaków, w plugawe łachmany odzianych.
Mówią, że gdy ukończył szesnastą dzieła swego księgę, przywołał Syrusa, aby mu rzecz całą przeczytać, a niewolnik pono pokładał się od śmiechu i klaskał w dłonie z wielkiej uciechy. Wtedy to powstał w ich głowach zamiar urzeczywistnienia wszystkich przygód, w księdze Petroniuszowej opisanych. Tacyt mylnie podaje, że Petroniusz był wyrocznią gustu na dworze Nerona i że zawistny Tygellinus posłał mu wyrok śmierci. Nieprawdą jest także, że umarł w marmurowej wannie i w omdleniu przedzgonnym szeptał jakieś wierszyki rozpustne. Uciekł on z Syrusem dnia pewnego i dokonał żywota na włóczędze z miejsca na miejsce.
Jego postać szpetna ułatwiła mu przebranie. Petroniusz i Syrus nosili na przemian wór skórzany z manatkami i mieniem. Sypiali pod gołym niebem, pod kopczykami, na których sterczały krzyże. Nocą przypatrywali się smętnemu pełganiu lampeczek grobowych. Jedli chleb kwaśny i zgniłe śliwki. Nie wiadomo, czy nie trudnili się kradzieżą. Byli to czarodziejami wędrownymi, to jarczmarcznymi skomorochami lub też kompanami drabów wojskowych. Petroniusz, z chwilą gdy począł żyć wedle powieści swoich, oduczył się zupełnie kunsztu pisarskiego. Przyjaźnili się z różnymi łotrzykami i miłowali ich, a ci, żegnając się z nimi przed bramami municypiów, obdzierali ich do ostatniego asa. Uprawiali niewstydliwe swawole z gladiatorami zbiegłymi. Trudnili się balwierstwem i łaziebnictwem. Przez wiele miesięcy żywili się jeno bochnami chleba z grobów kradzionymi. Petroniusz zatrważał przechodniów bielmem swych oczu i śniadością lica, które to znamiona nadawały mu wygląd okrutnika. Pewnego wieczora gdzieś się zawieruszył. Syrus mniemał, że znajdzie go w brudnej izdebce rozczochranej gamratki. Tymczasem jakiś pijany rabuś wbił mu szeroki nóż w szyję, tarzając się z nim na płycie samotnego grobowca, gdzieś w szczerym polu.
SUFRAHGEOMANTA
Powieść o Aladynie mylnie podaje, że czarnoksiężnik afrykański padł trupem, jadem piekielnym otruty, i że czarny, stężały zewłok jego psom i kotom na pożarcie wyrzucono. Prawdą jest tylko, że brat jego dał się oszukać tym pozorom i, przywdziawszy szatę świętej Fatimy, umarł zasztyletowany. To pewne wszakże, że Moghrabi Sufrah (takie bowiem było miano owego czarownika) zasnął jeno pod wpływem blekotu potężnego, po czym opuścił komnatę ogromną, wychodząc przez jedno z dwudziestu czterech okien, podczas gdy Aladyn trzymał czule w objęciach księżniczkę umiłowaną.
Zaledwie stanął na ziemi, opuściwszy się wcale wygodnie po złotej rynnie, którą ściekała woda z głównego tarasu, już ci znikł kędyś pałac, a Sufrah znalazł się raptem sam pośród piaszczystej pustyni. Nie miał przy sobie ani jednej butelczyny owego wina afrykańskiego, po które był poszedł do lochu z rozkazu obłudnej księżniczki. W rozpaczy okrutnej pogrążon, usiadł w spiece słonecznej, a wiedząc dobrze, że okalające go morze piasku gorącego nie ma granic, owinął głowę połą płaszcza i postanowił śmierci oczekiwać.
Nie miał już żadnego talizmanu, nie miał wonności, aby kadzenie uczynić. Nie miał także tańczącej różdżki, która by mu wskazała źródła podziemne, iżby pragnienie ugasił. Noc nadchodziła błękitna i skwarna, ukoiła ona wszakże nieco zapalenie źrenic jego. Wtedy przyszło mu na myśl, zali nie byłoby dobrze nakreślić na piachu jaką figurę geomancką i zapytać, czy przeznaczona mu jest śmierć w tym pustkowiu? Nakreślił tedy palcami cztery wielkie linie, zawarte między punktami stojącymi pod wezwaniem Ognia, Wody, Ziemi i Powietrza po lewicy, zaś pod wezwaniem Południa, Wschodu, Zachodu i Północy po prawicy. A na końcu tych linii zebrał punkty parzyste i nieparzyste, aby z nich utworzyć pierwszą figurę. Ku swej radości niepomiernej postrzegł, że tym sposobem otrzymał znak Wyższej Fortuny, z czego wywnioskował, że uniknie obieży. Pierwsza bowiem figura miała się znaleźć w pierwszym domu astrologicznym, który jest domem pytającego. Zaś w domu, który się zowie "Sercem Nieba", ujrzał kszałt Wyższej Fortuny, co oznaczało, że mu się w życiu powiedzie i że się chwałą okryje. Aliści w ósmym domu astrologicznym, który jest domem Śmierci, ukazała się figura Czerwieni, krew oznajmująca lub ogień, co jest przepowiednią złowrogą. Narysowawszy wszystkie kształty dwunastu domów, wyprowadził z nich dwóch świadków, a spośród nich wybrał jednego sędzię, aby się utwierdzić w rzetelności kalkułu. Figura sędziego była znamieniem Kaźni, z czego poznał, że na drodze do sławy stoi jakoweś niebezpieczeństwo w miejscu sekretnym i zamknionym.
Upewniwszy się, że nie czeka go śmierć natychmiastowa, Sufrah pogrążył się w rozmyślaniu. Nie marzył nawet o odzyskaniu lampy czarnoksięskiej, która cudownym sposobem przeniosła się drogą powietrzną do Chin środkowych. Atoli przypomniał sobie, że nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym, kto był prawowitym właścicielem talizmanu i odwiecznym panem skarbca bogatego oraz wirydarza, kosztowne owoce rodzącego. I oto wtóry kształt geomancki, według głosek abecadła odczytany, utworzył charaktery S. L. M. N., które wraz na piasku napisał, zaś dom dziesiąty orzekł, iż należą one do króla. Sufrah domyślił się łacno, że owa lampa czarodziejska była częścią skarbca króla Salomona. Wtedy począł się pilnie przyglądać wszystkim znakom, a Głowa Smocza wskazała mu to, czego szukał. Była bowiem złączona przez Spójnik z figurą Młodzianka, zagrzebane bogactwa oznaczającą, i z figurą Kaźni, określającą położenie sklepień zamkniętych.
Plasnął w ręce uradowany Sufrah, albowiem znak gwiaździarski oznajmił jeszcze, że ciało Salomonowe pogrzebano w tejże ziemi afrykańskiej i że króla włożono do grobu wraz z jego sygnetem, który noszącemu go nieśmiertelność ziemską daje. Zrozumiał tedy, że Salomon musi spać kędyś pod ziemią snem głębokim od niezliczonych lat. Z rozradowanym sercem czekał niecierpliwie na jutrzni nadejście. We mgle zarannej ujrzał przechodzącą tamtędy zgraję opryszków Badawiego, którzy ulitowali się jego niedoli i, ubłagani, dali mu woreczek daktyli oraz bukłak wodą napełniony.
Wyruszył w drogę ku miejscu tyle upragnionemu. Była to okolica jałowa i kamienista między czterema łysymi górami, wznoszącymi się stromo, jak ręce wyciągnięte, ku czterem rogom nieba. Tam nakreślił koło i wymówił zaklęcie. Zadrżała ziemia, otworzyła się, a w czeluści ukazała się płyta marmurowa z antabą brązową. Sufrah ujął ją i wymówił po trzykroć imię Salomona. I wraz marmur podniósł się, a Sufrah po wąskich schodach zszedł do podziemia.
Dwa psy ogniste wyskoczyły z kryjówek po obu stronach korytarza, i tchnęły płomieniami, które się w powietrzu skrzyżowały. Ale Sufrah wyrzekł słowa magiczne i psy, warcząc, odstąpiły. Potem znalazł drzwi żelazne, co się pod jego dotknięciem same otworzyły. Stanął w krużganku, wykutym w porfirze. Siedmioramienne świeczniki paliły się tu wiecznym światłem. W głębi krużganku ukazała się sala czworogranna, której ściany z jaspisu były. Pośrodku złoty trójnóg siał blask oślepiający. A na łożu, z jednej bryły diamentu kunsztownie wyrzezanym, które się zdawało masą zakrzepłego ognia, leżała postać starca z siwą brodą i koroną na czole. Koło króla spoczywało zeschłe ciało niewiasty bardzo urodziwej. Ręce jej wyciągały się jeszcze, by dotknąć rąk jego, ale ciepło pocałunków już było zgasło. A na zwisającej ręce króla Salomona ujrzał Sufrah błyszczący sygnet wielki.
Na klęczkach przyczołgał się do łoża i, ująwszy pomarszczoną rękę, ściągnął z niej pierścień.
I natychmiast wypełniła się mglista przepowiednia geomancka. Skończył się sen nieśmiertelny króla Salomona. W okamgnieniu ciało jego rozsypało się i zamieniło w garść białych i gładkich kosteczek, które czułe ręce mumii niewieściej jeszcze zdawały się chronić. Ale i Sufrah, powalony mocą figury Czerwieni, zawartej w Domu Śmierci, wypluł z różową posoką wszystką krew żywota swego i pogrążył się w śnie ziemskiej nieśmiertelności. Z pierścieniem królewskim na palcu legł obok łoża diamentowego, zabezpieczywszy swe ciało od zepsucia na bezlik lat, w podziemiu tajemniczym, które wyczytał był z figury Kaźni. I zawarła się brama żelazna w krużganku porfirowym, a psy ogniem ziejące poczęły stróżować nad geomantą nieśmiertelnym.
SEPTYMACZAROWNICA
Septyma żyła w niewoli, w słonecznym Hadrumecie, grodzie afrykańskim. I matka jej Amoena niewolnicą była, i onejże matka była niewolnicą, a wszystkie one tajemniczą urodę miały i wszystkie bogowie piekielni obdarowali wiedzą o dekoktach miłosnych i śmierciodajnych. Gród hadrumecki był biały, jeno dom, w którym mieszkała Septyma, błyskotał w słońcu różowo. Piach nadbrzeża pstrzył się mnogością muszelek, które ciepłe morze hojnie rozrzuca od ziemi egipskiej aż po miejsce, kędy Nil siedmiousty w siedm naczyń różnofarbnych się przelewa. W domu nadbrzeżnym, gdzie mieszkała Septyma, słychać było głuchy szum srebrnopiennych fal śródziemnomorskich. U jego stóp rozczapierzał się wachlarz błękitnych, migotliwych, ruchomych pasm, mglejących na krańcu widnokręgu. Septyma pozłacała dłonie swoje i barwiła końce palców. Wargi jej pachniały mirrą, a namaszczone powieki lśniły się przyjemnie. Tak chadzała po drogach przedmiejskich, niosąc do domu sług kosz pełen podpłomyków.
I stało się, że Septyma pokochała się w Sekstylu, w synu Dionizji, młodzieńcu wolnym. Wszakże nie godzi się odbierać wzajemności tym, co poznały gusła podziemne; są bowiem służebniczkami wroga miłości, który się Anteros zowie. Jako Eros kieruje mruganiem oczu i bełty zacina, tako Anteros odwraca spojrzenia i przytępia strzał ostrość. Jest to bóg dobroczynny, a przebywa śród zmarłych. A serce jego nie tak okrutne, jak Erosowe. Jest on także szafarzem napoju sprawiającego zapomnienie, który to napój nepenthes się zowie. Wie on, że miłość najgorsza jest spośród wszystkich boleści ziemskich, przeto ma ją w nienawiści i leczy z niej dusze. Atoli nie ma on takowej mocy nad Erosem, iżby go mógł z serca, w którym ten zamieszkał, wygnać. Może zdobyć jeno władzę nad sercem drugim. I tylko tym trybem bój z Erosem wiedzie. Dla tej to przyczyny Sekstyl nie mógł odpłacić Septymie miłością. Bowiem w tym samym czasie, kiedy Eros zapalił swą pochodnię w łonie wtajemniczonej czarowniczki, rozgniewany tym Anteros zawładnął sercem młodzieńca, którego ona miłować pragnęła.
Septyma poznała moc Anterosa po spuszczonych powiekach Sekstyla. I oto, gdy śrzeżoga wieczorna nasyciła się szkarłatem, wyszła na drogę wiodącą z Hadrumetu do morza. Cichy to był gościniec. Krom kochanków pijących daktylowe wino pośród pięknie wygładzonych grobowców mało kto tamtędy chodził. Gdy Septyma szła, wonny wiatr płynął od wschodu, a księżyc, na nowiu jeszcze będący, mdło świecił ponad cmentarzem, kędy w kamiennych grobach spoczywały zabalsamowane zwłoki zmarłych Hadrumetańczyków. Tam także spała snem wiecznym Phoinissa, siostra Septymy. I ona niewolnicą była. Umarła w szesnastej życia wiośnie, wprzód nim się który z młodzieńców zdołał wonią oddechu jej napoić. Grób Phoinissy był wąski jak jej ciało. Z obu stron głaz uciskał jej piersi podwiązane opaskami, zaś tuż nad czołem zimna płyta przylegała do jej pustych oczu. Z poczerniałych ust ulatniała się jeszcze para wonności, którymi ją namaszczono. Na rączce błyszczał pierścień z zielonkawego złota, zdobny w dwa mętne rubiny. W śnie wiekuistym, śnie bezpłodnym pogrążona, marzyła o rzeczach, których nie miała poznać.
W białości dziewiczej nowiu układła się Septyma pod ciasnym grobem siostrzyczki, na ziemi miłosiernej. Przylgnęła twarzą do wieńca rzezanego w kamieniu i zapłakała. A potem przybliżyła swe usta do otworu, przez który wlewano libacje, i tak poczęła lamentować:
O siostro, siostro, porzuć sen, abyś mnie słuchała. Zgasła oto lampeczka oświecająca pierwsze godziny śmierci. Barwna szklana ampułka, którą daliśmy tobie, już ci z rąk wypadła. I przerwała się także nić naszyjnika, a złote ziarnka rozsypały się po twej szyi. Wszystko, co nasze, twoim już nie jest, bowiem posiadł cię ten, który krogulca na głowie nosi. Wysłuchaj mnie, bowiem dana ci jest moc zaniesienia słów moich. Idźże tedy do wiadomej ci komnaty i błagaj Anterosa. I błagaj boginię Hathor. I błagaj tego, którego zewłok rozćwiartowany morze w szkatule aż do Byblos zaniosło. O siostro, ulituj boleści nieznanej tobie. Przez siedmię gwiazd wieszczków chaldejskich zaklinam ciebie. Przez moce piekielne, czczone w Kartaginie, przez Iao, Abriao, Salbaala i Bathbaala zaklinam ciebie, wysłuchaj inkantacji mojej. Spraw, aby Sekstyl, syn Dionizji, zgorzał z miłości do mnie, Septymy, córki Amoeny, naszej wspólnej matki. Niechaj tym ogniem płonie w nocy; niechaj mnie szuka koło grobu twego, o Phoinisso! Albo zaprowadź nas oboje do krainy ciemności wszechmocnej. Proś Anterosa, by zmroził nasze tchnienia, a jeśli odmówi, niechaj je Eros zapali. O wonna nieboszczyco, przyjmij głosu mego libację. Achrammachalala!
Na okrzyk ten ocuciła się dzieweczka, spowita w czechło śmiertelne, i wstąpiła do podziemności, a zęby jej były odsłonięte.
Zdjęta wstydem Septyma pobiegła między sarkofagi. Aż do drugich kurów pozostała w obecności zmarłych, wpatrzona w księżyc pierzchliwy, nadstawiając gardło ukąszeniom słonego wiatru morskiego. A gdy ją upieściły pierwsze złocenia zaranne, wstała i wróciła do Hadrumetu, a długa jej koszula niebieska powiewała na wietrze.
Tymczasem sztywna Phoinissa błądziła po okręgach piekielnych. A ten, który nosi krogulca na głowie, nie przyjął jej błagania. I nie usłuchała jej bogini Hathor, nieruchomo leżąca w skrzyni malowanej. Anterosa zaś znaleźć nie mogła, bowiem na ziemi nie zaznała pożądania w swem sercu. Atoli serce to, acz zwarzone, poczuło litość, jaką umarli dla żywych żywią. Przeto w noc drugą, o godzinie, o której zmarli powstają, aby spełniać inkantacje, udała się do Hadrumetu, a nogi miała związane.
Sekstyl spał spokojnie, jeno pierś jego falowała miarowo, poruszana cichymi snu westchnieniami. Twarz miał obróconą ku podzielonej na romby powale. I usiadła na łożu jego zmarła Phoinissa, cała owinięta wonnymi opaskami. A nie miała ona wcale ani mózgu, ani trzew. Jeno zeschłe serce umieszczono na powrót w jej łonie. I tejże samej chwili Eros stoczył bój z Anterosem i zawładnął sercem zabalsamowanym Phoinissy. I wraz poczęła pożądać ciała Sekstyla i zapragnęła, aby leżało między nią a siostrą jej Septymą w domu ciemności.
Malowanymi usty dotknęła warg Sekstylowych i uleciało z nich życie na kształt bańki powietrznej. Potem udała się do izby czeladnej, gdzie spała Septyma. Ujęła ją za rękę i powiodła za sobą. A pocałunek Phoinissy i uścisk Phoinissy sprawiły, iż tejże samej nocy, i niemal jednocześnie, pomarli Sekstyl i Septyma. Ten był koniec posępny walki Erosa z Anterosem. A moce piekielne pozwoliły wejść pospołu niewolnicy i młodzieńcowi wolnemu.
Ciało Sekstyla złożono na cmentarzu hadrumeckim, między czarownicą Septymą a siostrą jej, panienką Phoinissą. Tekst inkantacji, wyryty na blaszce ołowianej, zwiniętej i przebitej gwoździem, wsunęła Septyma przez otwór libacyjny do grobu swej siostry.
Tytuły oryginałów
Vies imaginaires, La croisade des enfants, Le livre de Monelle, Mimes
Przejrzał i teksty przekładów uzupełnił
Jan Gondowicz
(wg edycji: Marcel Schwob, ?uvres, red. Alexandre Gefen, Bernard Gauthier,
Les Belles Lettres, Paris 2002)
Projekt okładki i stron tytułowych
Fajne Chłopaki
Portret Marcela Schwoba na skrzydle
Félix Vallotton (1898)
Redaktor prowadzący
Kamil Piwowarski
Korekta
Katarzyna Bury-Słabicka
Małgorzata Denys
Jadwiga Piller
Księgarnia internetowa www.piw.pl
Polub PIW na Facebooku!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
? Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016
? Copyright for the Polish translation of Vies imaginaires by Anna Schiller
? Copyright for the Polish translation of L'ombrelle de Tanagra and Le miroir, l'aiguille, le pavot (from Mimes) and the Password by Jan Gondowicz
Tekst Jana Gondowicza Archiwariusz po raz pierwszy opublikowały (w krótszej wersji) "Nowe Książki" (2014, nr 12)
Dystrybucja:
Dictum sp. z o.o.
ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa
tel. 22 663 98 13
e-mail: biuro@dictum.pl
Państwowy Instytut Wydawniczy Sp. z o.o., Warszawa 2016
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
e-mail: piw@piw.pl www.piw.pl
Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-64822-78-0
Książka wydana pod patronatem Instytutu Francuskiego w Polsce.
Skład wersji elektronicznej:
konwersja.virtualo.pl
HEROSTRATPODPALACZ
Miasto Efez, w którym Herostrat się narodził, rozciągało się, wraz z dwoma portami rzecznymi, wzdłuż Kaystru, aż po nadbrzeże Panormu, skąd widać było mglistą linię Samos, silnie zarysowaną na morzu. Gród ten obfitował w złoto i tkaniny, w róże i wełnę, odkąd mieszkańcom jego udało się nad brzegami Meandru pobić na głowę Magnezyjczyków razem z ich psami bojowymi oraz niewolnikami, co w bitwie rohatynami miotali, odkąd zwłaszcza wspaniały Milet zniszczyli doszczętnie Persowie. Było to miasto na wskroś zniewieściałe. W świątyni Afrodyty-Hetery ucztowano z kurtyzanami. Efezanie nosili przezroczyste tuniki amorgińskie, szaty z lnu, przędzonego na kołowrotkach, fiołkowe, purpurowe lub szafranowe, sarapidy barwy żółtych jabłek, białe lub różowe, tkaniny egipskie koloru hiacyntowego, lśniące jak ogień, a mieniące się jak morze, wreszcie perskie tuniki plisowane calasiris, gęste, lecz lekkie, szkarłatne, a przetykane ziarnkami złota tyglowego.
Pomiędzy górą Prion a wysoką i stromą skałą nadmorską widać było nad samym brzegiem Kaystru wzniesioną świątynię bogini Artemis. Budowano ją przez lat sto dwadzieścia. Surowe malowidła zdobiły jej komnaty wnętrzne o powałach z drzewa hebanowego i cyprysowego sporządzonych. Ciężkie kolumny, podpierające je, powleczone były minią. Komnata samej bogini była niewielka i kształtu obłego. Pośrodku wznosił się kamień o właściwościach cudotwornych, stożkowaty, czarny, lśniący i nakrapiany księżycowym złotem. Wyobrażał on boginię Artemis. Trójkątny ołtarz wykuty był również z czarnego kamienia. Inne stoły miały czarne płyty z wydrążonymi foremnymi otworami, iżby przez nie krew ofiar spływać mogła. Na ścianach wisiały szerokie ostrza stalowe, oprawne w złote rękojeści. Służyły do otwierania gardeł. Pięknie wygładzona podłoga zasłana była przepaskami zbroczonymi krwią. A w czarnym, posępnym, wielkim głazie wyrzezane były dwa cycki, sztywne i spiczaste. Tak wyglądała Artemis Efeska. Boskość jej tonęła w mrokach grobów egipskich, a cześć jej oddawano wedle obrządków perskich. Skarbiec jej zamknięty był w skrzyni, mającej kształt zielonego ula i drzwi w formie ostrosłupa, na których jeżyły się spiżowe gwoździe. Tam, śród pierścieni, monet i rubinów, leżał rękopis Heraklita, głoszącego królestwo ognia. Sam mędrzec złożył to pismo u stóp piramidy podczas budowy świątyni.
Matka Herostrata była niewiastą popędliwą i pyszną. Nie wiadomo wcale natomiast, kto zacz był ojcem jego. On sam twierdził potem, że go Ogień spłodził. Ciało jego było napiętnowane znamieniem w kształcie półksiężyca, który zdawał się świecić podczas torturowej kaźni. Niewiasty obecne przy jego narodzeniu orzekły, iż był poświęcony Artemidzie. Z usposobienia był złośnikiem, a trwał uporczywie w prawictwie. Twarz miał porytą ciemnymi bruzdami, a skórę czarniawą. Od dziecka lubił przebywać na stromej skale nieopodal Artemizjonu, skąd przypatrywał się procesjom ofiarnym. Z powodu braku wiadomości o jego pochodzeniu nie mógł zostać kapłanem bogini, której mniemał się być poświęconym. Zbór kapłański musiał mu po kilkakroć zabraniać wstępu do naosu, schwytawszy go na tym, jak usiłował uchylić ciężkiej i kosztownej opony, która zasłaniała posąg Artemidy. Stąd powziął nienawiść i zaprzysiągł zgwałcić kiedyś tajemnicę ową.
Imię Herostrates wydawało mu się czymś zgoła niezwykłym, zarówno jak własna osoba, którą wyżej ponad ludzkość całą stawiał. Pożądał sławy. Nasamprzód przyłączył się do mędrców, wykładających naukę Heraklitową. Ci wszakże nie znali jej części sekretnej, ponieważ zamknięta była w skarbcu piramidalnym Artemidy. Herostrat domyślał się jeno, co zawierała. Był zatwardziały w pogardzie otaczających go bogactw, jego wstręt do miłostek kurtyzańskich nie miał granic. Myślano, że swą czystość zachowuje dla bogini.
Atoli Artemis nie miała nad nim litości. Wydał się niebezpieczny Geruzji, mającej pieczę nad świątynią. Przeto satrapa pozwolił, aby go wydalono na przedmieścia. Zamieszkał tedy na stokach Koressos, w jaskini wydrążonej przez starożytnych. Tam ukryty, przyglądał się w nocy świętym lampom Artemizjonu. Niektórzy przypuszczają, że Persowie wtajemniczeni odwiedzali go w tej pieczarze. Atoli jest rzeczą prawdopodobniejszą, że przeznaczenie jego objawiło mu się nagle.
Sam w istocie zeznał na mękach, że w okamgnieniu pojął, co znaczą słowa Heraklitowe: "Droga z wysoka" i dlaczego to mędrzec nauczał, że najlepsza dusza posiada najwyższą suchość i największą płomienność. Oświadczył, że jego dusza, podług tej prawdy, jest najdoskonalsza, i że to właśnie głosić zamierzał. Innych pobudek swego czynu nie podał, krom żądzy sławy i tej uciechy, jaką sprawia imię rozgłośne. Mówił jeszcze, że królestwo jego byłoby absolutne, bowiem nikt nie znał ojca jego, że Herostrat byłby wziął koronę z rąk Herostrata, że jest synem dzieła swego, zaś dzieło jego jest treścią świata, że wreszcie mógł był zjednoczyć w swej osobie własności króla, mędrca i boga, i tym sposobem stać się człowiekiem wyjątkowym.
Roku 356, w nocy 21 lipca, gdy księżyc jeszcze nie wzeszedł na niebie, a żądza Herostrata osiągnęła moc niespożytą, postanowił zgwałcić komnatę tajemniczą Artemidy. Skalną półką, wykutą w górze, na której przebywał, dotarł do brzegu Kaystru, w końcu stanął na schodach wiodących do świątyni. Straże kapłańskie spały snem głębokim nad lampami świętymi. Herostrat porwał jedną z lamp owych i wtargnął do naosu.
Ostry zapach oliwy nardowej unosił się w komnacie. Hebanowa powała lśniła się czarnym blaskiem. Obłą przestrzeń dzieliła opona utkana z purpury i złotych nici, za którą ukryta była bogini. Herostrat, dysząc chucią, zerwał zasłonę. Jego lampa oświetliła nagle stożek potworny z wyrzezanymi sztywnymi cyckami. Herostrat chwycił je oburącz i ucałował pożądliwie kamień boski. Potem obszedł go i ujrzał piramidalny ul zielony, w którym mieścił się skarbiec. Porwał za klucze spiżowe i odpieczętował drzwi skarbczyka. Zanurzył ręce w klejnotach dziewiczych. Ale zabrał tylko zwój papirusowy, na którym Heraklit spisał swoje wiersze. Przy świetle lampy odczytał je i oto zrozumiał wszystko.
A potem począł krzyczeć: "Ogień! Ogień!".
Przyciągnął zasłonę Artemidy ku sobie i przytknął knot jarzący do fałdów opony. Tkanina zrazu paliła się wolno, wkrótce jednak, wskutek pary oliwnej, którą była nasycona, niebieskawy płomień wzniósł się aż ku hebanowemu taflowaniu. I pożar począł się odbijać na gładkiej powierzchni potwornego stożka.
Ogień wił się dokoła głowic kolumnowych, pełzał wzdłuż sklepienia. Blaszki złote, poświęcone możnej Artemidzie, spadały, jedna po drugiej z dźwiękiem metalicznym ze zwieszeń na płyty pawimentu. Aż snop płomienisty wytrysnął na dachu i oświetlił urwisko. Płaty miedziane ugięły się. A wtedy Herostrat wyprężył się i jął krzyczeć swe imię śród nocy głębokiej.
Artemizjon był teraz podobny do masy ognistej żarzącej się w ciemności. Straże pojmały zbrodnia. Zawarto mu kneblem usta, iżby przestał krzyczeć swe imię. Związano go i strącono do lochu, gdzie siedział aż do ugaszenia pożaru.
Artakserkses natychmiast kazał wziąć go na męki. Nie chciał wyznać nic więcej ponad to, o czym już była mowa. Dwanaście miast jońskich zabroniło pod karą śmierci przekazywać jego imię wiekom potomnym. Dzięki szeptaniom jedynie doszło ono aż do nas. Tej samej nocy, kiedy Herostrat podpalił świątynię efeską, przyszedł na świat Aleksander, król macedoński.