I. Wczesna młodość w Bostonie
I
WCZESNA MŁODOŚĆ
W BOSTONIE
Twyford1, w siedzibie biskupa St Asaph, 1771
Drogi synu,
Zawsze znajdowałem przyjemność w znajdowaniu różnych szczegółów z życia
moich przodków. Pamiętasz może, jak przepytywałem nielicznych
pozostałych krewnych, kiedy byliśmy w Anglii, oraz podróż, jaką podjąłem
w tym celu. Przypuszczam, że i dla ciebie byłoby rzeczą miłą poznać
okoliczności mojego życia, z których wiele jest ci nie znanych. Toteż z góry rozsmakowując się w całotygodniowym nieprzerwanym odpoczynku w obecnym moim wiejskim ustroniu, zasiadam, aby okoliczności te spisać dla
ciebie. Mam zresztą po temu i inne powody. Wyzwoliwszy się z nędzy i zapoznania, w jakich się urodziłem i wychowałem, i zdobywszy pewne
wpływy i niejaką reputację w świecie, przepędziłem życie pod dość
szczęśliwą gwiazdą, czyniąc należyty użytek z powodzenia, które
zawdzięczam błogosławieństwu bożemu. Toteż potomność może chcieć poznać
środki, jakimi się posługiwałem, i zastosować w swoim własnym życiu,
gdyby nadawały się do naśladowania.
Owa pomyślność, gdy zastanawiałem się nad nią, skłaniała mnie czasem do
mówienia, że gdyby mi dany był wybór, nie miałbym nic przeciw
powtórzeniu mojego życia od samego początku, prosząc jedynie o przywilej, z którego korzystają pisarze przy drugim wydaniu, aby
poprawić pewne błędy pierwszego. Mógłbym w ten sposób, obok poprawienia
błędów, zmienić też i pewne niefortunne przypadki i zdarzenia na inne,
bardziej przyjazne. Gdyby jednak tego mi odmówiono, mimo wszystko
przyjąłbym dar. Skoro wszakże takiego powtórzenia spodziewać się nie
można, rzeczą najbliższą ponownemu przeżyciu swego życia wydaje się być
odtworzenie wspomnień i utrwalenie ich drogą przelania na papier.
Dzięki temu będę mógł również pofolgować naturalnej u starców skłonności
mówienia o sobie samym i o tym, co zdziałałem w przeszłości. A pofolguję
sobie nie nudząc innych, którzy mogliby przez szacunek dla wieku
poczuwać się do obowiązku słuchania mych opowieści. Albowiem to, co
piszę, można według woli przeczytać lub też nie. Wreszcie (lepiej od
razu przyznać się, skoro mym zaprzeczeniom nikt by nie uwierzył)
zaspokoję w ten sposób także i moją próżność. Ilekroć bowiem słyszałem
lub czytałem na wstępie słowa: "Bez żadnej próżności rzec mogę" itd.,
zaraz potem następowała jakaś próżna opowieść. Większość ludzi nie lubi
próżności u innych, choćby sami chętnie jej hołdowali. Ja jednak jestem
dla niej wyrozumiały, gdyż sądzę, że często przynosi pożytek zarówno
człowiekowi próżnemu, jak i tym, którzy są w kręgu jego działania. Stąd
w wielu wypadkach nie byłoby zbytnią niedorzecznością, gdyby człowiek
dziękował Bogu za swoją próżność obok innych przymiotów życia.
Kiedy zaś mówię o dziękowaniu Bogu, pragnę z całą pokorą przyznać, że
wszelką szczęśliwość w moim dotychczasowym życiu zawdzięczam Jego
życzliwej opatrzności, która użyczała mi środków spożytkowanych przeze
mnie i zapewniała im pomyślne wyniki. Wierząc w to mam nadzieję, chociaż
nie przeświadczenie, że ta sama dobroć nadal będzie czuwać nade mną i darzyć mnie szczęśliwością lub pozwoli znosić ciosy fortuny, które i mnie, tak jak innym, mogą się przytrafić. Albowiem bieg moich przyszłych
losów znany jest tylko Temu, który mocen jest błogosławić nawet naszym
cierpieniom.
Notatki, jakie jeden z mych stryjów (podobnie rozmiłowany w zbieraniu
rodzinnych szczegółów) kiedyś mi zawierzył, dostarczyły mi różnych
wiadomości o naszych przodkach. Z notatek tych dowiedziałem się, że
rodzina nasza mieszkała w tej samej wiosce Ecton, w hrabstwie
Northampton, co najmniej przez trzysta lat, a może i dłużej (kto wie,
czy nie od czasów, kiedy nazwa Franklin, oznaczająca dotąd ludzi
określonej warstwy2, przyjęła się jako ich nazwisko, gdy
jednocześnie i inni w całym królestwie obierali sobie nazwiska).
Przodkowie nasi gospodarzyli na własnej trzydziestoakrowej posiadłości,
dopomagając sobie kowalstwem. Kuźnia przechodziła zawsze na najstarszego
syna i zwyczaj ten trwał z pokolenia na pokolenie. Tak było jeszcze za
czasów mego stryja i ojca oraz najstarszych ich synów. Przeglądając
rejestry kościelne w Ecton, odnalazłem szczegóły dotyczące narodzin,
ślubów i pogrzebów począwszy od roku 1555, wcześniejszych bowiem
rejestrów w parafii nie prowadzono. Wynikało z rejestrów, że byłem od
pięciu pokoleń najmłodszym synem najmłodszego syna. Dziadek mój, Thomas,
urodzony w 1598, mieszkał w Ecton aż do późnej starości, kiedy to, nie
mogąc już pracować, przeniósł się do swego syna Johna, farbiarza w Banbury, w hrabstwie Oxford. U tegoż Johna ojciec mój był czeladnikiem.
Nim został wyzwolony, dziadek umarł. W roku 1758 widziałem jego grób.
Najstarszy syn dziadka, Thomas, mieszkał na gospodarce w Ecton i pozostawił ją w spadku jedynemu dziecku, córce, która wraz z mężem,
niejakim Fisherem z, Wellingborough, sprzedała dom i ziemię panu Isted,
właścicielowi sąsiednich dóbr. Dziadek miał czterech synów. Byli to:
Thomas, John, Beniamin i Josiah. Napiszę ci o nich na podstawie moich
notatek, a jeśli te nie zaginą, znajdziesz tam później znacznie więcej
szczegółów.
Thomas miał być kowalem, ale będąc zmyślny i zdolny, a zachęcany do nauk
(jak wszyscy moi bracia) przez pana Palmera, największego podówczas
właściciela dóbr w całej parafii, wyszkolił się na pisarza i doszedł do
znaczenia w hrabstwie; był główną sprężyną wielu przedsięwzięć
publicznych hrabstwa i miasta Northampton oraz własnej wioski i cieszył
się szczególną opieką lorda Halifaxa. Umarł 6 stycznia 1702, równo na
cztery lata przed moim urodzeniem. Z tego, co mówili nam starzy ludzie w Ecton, swoim życiem i charakterem tak bardzo mnie przypominał, że gdyby
umarł tego samego dnia, można by uwierzyć w wędrówkę dusz.
John został farbiarzem wełny, a Beniamin farbiarzem jedwabiu pracując
jako czeladnik w Londynie. Był bardzo przemyślnym człowiekiem, a pamiętam go dobrze, gdyż odwiedził mego ojca w Bostonie, kiedy byłem
chłopcem, a mieszkał z nami przez parę lat. Dożył późnego wieku. Jego
wnuk, Samuel Franklin, mieszka teraz w Bostonie. Beniamin pozostawił
dwie księgi rękopisów swoich własnych poezji, pisanych przy różnych
okazjach, a dedykowanych krewnym i przyjaciołom. Wynalazł własny sposób
pisania skrótami, którego i mnie nauczył. Nie posługiwałem się jednak
nigdy tą metodą i dziś jej nie pamiętam. Po tym stryju otrzymałem imię,
gdyż ogromnie lubili się z moim ojcem. Stryj był bardzo pobożny, pilnie
chodził na kazania najlepszych kaznodziei, spisując je swoim systemem,
toteż z czasem zgromadził wiele tomów. Zajmował się bardzo polityką,
może aż za bardzo jak na jego stan. Niedawno wpadł mi w ręce w Londynie
zgromadzony przez niego zbiór wszystkich ważniejszych broszur
omawiających sprawy publiczne od 1641 do 1717 roku. Z numeracji wynika,
że część broszur przepadła, ale zachowało się osiem foliałów i dwadzieścia cztery zeszyty in quarto i w ósemce. Trafiły one do rąk
pewnego antykwariusza, który znając mnie, gdyż czasami kupowałem od
niego, przyniósł je do mnie. Stryj musiał je pozostawić w Londynie przed
swoim wyjazdem do Ameryki, a więc ponad pięćdziesiąt lat temu. Na
marginesach jest wiele jego notatek.
Nasza skromna rodzina wcześnie przyjęła protestantyzm i nie wyrzekła się
go za panowania królowej Marii3, chociaż ich gorliwe występowanie
przeciw papiestwu naraziło ich na kłopoty i niebezpieczeństwa. Mieli w swym posiadaniu Biblię anglikańską, którą dla bezpiecznego ukrycia
przechowywano umocowaną do deski pod dużym stołkiem. Kiedy mój
prapradziad czytał Biblię rodzinie, odwracał stołek i trzymał go tak na
kolanach przewracając jedynie karty księgi. Jedno z dzieci stało przy
drzwiach na straży, aby dać znać o zbliżaniu się urzędnika sądu
duchownego. Wówczas stołek stawiano na ziemi, a dla niepoznaki ktoś na
nim siadał. Opowieść tę słyszałem od stryja Beniamina. Rodzina pozostała
wierna Kościołowi Anglikańskiemu aż do końca rządów Karola II, kiedy
paru duchownych, usuniętych za nonkonformizm, urządzało zebrania w hrabstwie Northampton. Wówczas to przystąpili do nich Beniamin i Josiah,
reszta zaś rodziny pozostała przy Kościele Episkopalnym.
Mój ojciec, Josiah, ożenił się młodo i wraz z żoną i trojgiem dzieci
wyjechał do Nowej Anglii około roku 1682. W kraju zebrania
nonkonformistów zostały zakazane przez prawo i często je zakłócano, co
skłoniło kilku poważnych znajomych ojca do przesiedlenia się tutaj.
Wyjeżdżając namówili ojca, aby im towarzyszył, gdyż spodziewali się, że
cieszyć się tu będą swobodą religijną. Z tej samej żony miał jeszcze
czworo dzieci, a z drugiej żony - dziesięcioro, razem więc siedemnaście.
Pamiętam z nich trzynaścioro, zasiadające razem przy stole ojca, później
wszystkie dorosły, pożeniły się i powychodziły za mąż. Byłem najmłodszym
synem i najmłodszym, prócz dwojga, dzieckiem. Urodziłem się w Bostonie,
w Nowej Anglii. Moją matką, a drugą żoną ojca, była Abiah Folger, córka
Piotra Folgera, jednego z pierwszych osadników w Nowej Anglii, o którym
z szacunkiem wspomina Cotton Mather4 w swojej historii
kościelnej naszego kraju, zatytułowanej Magnalia Christi Americana,
pisząc, że był to "nabożny i uczony Anglik". Słyszałem, że Piotr Folger
zajmował się okazyjnie pisarstwem, ale tylko jedna jego rzecz; była
drukowana. Widziałem ten utwór przed wielu laty. Pisany był w roku 1675
domorosłym wierszem owych czasów. Nawoływał do wolności sumienia i występował w obronie baptystów, kwakrów i członków innych, również
prześladowanych sekt. Owym prześladowaniom przypisywał z Indianami i inne klęski, jakie spadły na kraj, nazywając je karą bożą za ohydny
grzech nietolerancji i nawołując do uchylenia nielitościwych praw.
Całość wydawała mi się pisana z dużą uczciwością i prawdziwie męską
swobodą. Pamiętam sześć linijek oktawy, choć pierwszych dwu zapomniałem;
z ich sensu można było wyrozumieć, że jego krytyka płynie z dobrej woli
i dlatego nie chciał zatajać swojego autorstwa.
Bo paszkwil rzecz to dla mnie niska (powiada on),
Wstrętny mi oszczerstw styl.
Z Sherburne to ślę, swego nazwiska
Nie będę także krył.
Nie miej za złe, boś druha zyskał:
Jest nim Peter Folgier.
Moi starsi bracia poszli wszyscy na czeladników do różnych zawodów. Mnie
zaś, gdy miałem lat osiem, umieszczono w szkole parafialnej, gdyż ojciec
chciał poświęcić mnie, jako dziesięcinę swego męskiego potomstwa,
służbie Kościoła. W tym zamiarze utrwaliło go zdanie wszystkich
przyjaciół, że na pewno będę się dobrze uczył, a także moja gorliwość do
nauki czytania (którą przyswoić sobie musiałem bardzo wcześnie, jako że
nie pamiętam czasu, kiedy nie umiałem czytać). Stryj Beniamin również
pochwalał tę myśl i przyrzekł nawet ofiarować mi swoje księgi kazań, pod
warunkiem, jak sądzę, że nauczę się czytać jego skróty pisarskie. Do
szkoły parafialnej chodziłem wszelako tylko niecały rok, choć z ucznia
średniego zdążyłem wybić się na prymusa klasy i przeniesiono mnie o jedną klasę wyżej, abym przez resztę roku uczył się wraz z nią. Ojciec
mój jednak odstąpił od pierwotnego zamiaru w obawie przed wydatkami na
studia uniwersyteckie, którym nie mógłby sprostać mając liczną rodzinę.
Liczył się także z tym, że wielu wykształconych ludzi ma później bardzo
nędzne dochody. Takie przynajmniej względy podał swym przyjaciołom, gdy
postanowił zabrać mnie ze szkoły parafialnej i posłać do szkoły, gdzie
uczono pisania i arytmetyki, którą prowadził w bardzo umiejętny sposób
głośny podówczas i dobry nauczyciel, George Brownell. Pod jego
kierunkiem szybko nauczyłem się umiejętności pisania, ale w arytmetyce
nie robiłem żadnych postępów. Mając lat dziesięć wróciłem do domu, aby
pomagać ojcu w fabrykacji mydła i świec. Przedsiębiorstwo to założył
ojciec po przyjeździe do Nowej Anglii, gdy przekonał się, że z farbiarstwa nie zdoła utrzymać rodziny. Zajmowałem się więc przycinaniem
knotów, napełnianiem form, w których odlewano świece, uprzątaniem
warsztatu, bieganiem na posyłki itd.
Nie lubiłem tego zajęcia, natomiast pociągało mnie bardzo morze, ale
ojciec był moim zamiarom przeciwny. Ponieważ jednak mieszkaliśmy nad
wodą, nauczyłem się szybko pływać i prowadzić łodzie, toteż ilekroć
wypływaliśmy ze znajomymi chłopcami, zwykle siadałem przy sterze,
zwłaszcza w wypadku trudności. W takich razach stawałem się zazwyczaj
przywódcą i czasami wpędzałem chłopców w tarapaty, czego dam jeden
przykład, gdyż świadczy o wcześnie budzącym się poczuciu spraw ogólnych,
co prawda źle wówczas pokierowanym.
Do stawu nad groblą młyńską przylegało słone bagnisko, na którego
skraju, przy wysokiej wodzie, zatrzymywaliśmy się, by łowić piskorze.
Deptaliśmy tam tak często, że z czasem brzeg przemienił się w błoto.
Zaproponowałem więc zbudowanie nadbrzeża, na którym można będzie
bezpiecznie stać, i wskazałem moim towarzyszom duży stos kamieni,
przeznaczonych na budowę nowego domu w pobliżu topieli, a bardzo
odpowiednich dla naszego celu. Pewnego wieczoru, gdy robotnicy odeszli,
zebrałem gromadę chłopaków i pracując gorliwie jak mrówki, dźwigając
czasem po dwóch albo trzech jeden kamień, przenieśliśmy je wszystkie i wybudowaliśmy małe nadbrzeże. Nazajutrz rano przyszli robotnicy,
zdziwili się brakiem kamieni i znaleźli je wreszcie w naszej budowie.
Zaczęto szukać sprawców; wykryto nas i oskarżono przed rodzicami.
Otrzymaliśmy mocne cięgi od ojców i chociaż usiłowałem dowodzić pożytku
naszej budowy, mój ojciec przekonał mnie, że nic nie może być użyteczne,
co nie jest uczciwe.
Myślę, że chciałbyś dowiedzieć się czegoś o jego osobie i charakterze.
Był doskonale zbudowany, średniego wzrostu, ale bardzo silny i krzepki.
Posiadał bystry umysł, pięknie rysował, nabrał trochę umiejętności w muzyce, a że miał czysty i przyjemny głos, więc kiedy śpiewał psalmy,
towarzysząc sobie na skrzypcach, co robił czasami wieczorem, po
ukończeniu pracy, bardzo było miło go słuchać. Obdarzony był także
wielkim zmysłem do mechaniki i umiał w razie potrzeby posługiwać się
narzędziami innych rzemiosł. Ale największa jego zaleta polegała na
trafnej ocenie i rozumnych sądach w sprawach zarówno prywatnych, jak i publicznych. Tymi ostatnimi bezpośrednio nigdy się nie zajmował, gdyż
liczna rodzina, którą musiał utrzymywać, i skromne dochody nie pozwalały
mu odrywać się od zawodu. Pamiętam jednak częste odwiedziny wybitnych
osobistości, przychodzących dla zasięgnięcia jego rady w sprawach miasta
lub parafii, do której należał. Wszyscy okazywali wielki szacunek dla
jego sądów i rad. Także i prywatne osoby chętnie zasięgały jego zdania w swoich sprawach, ilekroć miały jakieś trudności, a nieraz wybierano go
na rozjemcę w sporach. Ojciec lubił, gdy przy jego stole zasiadał ktoś z rozumnych przyjaciół czy sąsiadów, prowadził z nimi częste rozmowy i zawsze starał się wybrać jakiś ciekawy lub użyteczny temat, aby zaprawić
umysły słuchających dyskusji dzieci. Tym sposobem kierował naszą uwagę
na to, co dobre, słuszne i roztropne w postępowaniu życiowym. Wcale albo
też prawie wcale nie mówiono o potrawach przychodzących na stół, czy
były smaczne, czy nie, dobrze lub źle przyrządzone, zwyczajne albo
niezwykłe o tej porze roku, lepsze czy gorsze od innych podobnych.
Wychowany zostałem w tak zupełnej obojętności na te rzeczy, iż nigdy nie
zwracałem uwagi na stojące przede mną jedzenie; po dziś dzień w godzinę
po obiedzie trudno mi powiedzieć, co było na obiad. Stanowiło to dla
mnie dużą wygodę w podróżach, podczas gdy towarzysze moi nieraz mocno
cierpieli z powodu braku potraw odpowiednich dla ich wydelikaconych
smaków i apetytów.
Moja matka również była świetnej budowy i sama wykarmiła swoich
dziesięcioro dzieci. Nie pamiętam, by którekolwiek z rodziców
kiedykolwiek chorowało, z wyjątkiem ich ostatnich, śmiertelnych chorób.
Ojciec umarł mając lat osiemdziesiąt dziewięć, matka zaś osiemdziesiąt
pięć. Leżą pogrzebani razem w Bostonie, a na ich grobie umieściłem
marmurową tablicę z takim napisem:
JOSIAH FRANKLIN
i
ABIAH,
jego żona,
spoczywają tutaj.
Przeżyli szczęśliwie w związku małżeńskim pięćdziesiąt pięć lat. Bez
majątku ani stanowiska płatnego, nieustanną pracą i przemysłem, z błogosławieństwem bożym, utrzymywali dostatnio liczną rodzinę i zacnie
wychowali trzynaścioro dzieci i siedmioro wnuków. Niech cię ich losy,
przechodniu, zachęcą do pracowitości w zawodzie i ufania woli
Opatrzności. Pobożnemu i roztropnemu ojcu, cnotliwej i szlachetnej matce
najmłodszy ich syn z czcią synowską dla ich pamięci umieścił ten kamień.
J. F. ur. 1655, zm. 1744, lat 89.
A. F. ur. 1667, zm. 1752, lat 85.
Odbiegam ciągle od mej opowieści, z czego wniosek, że się starzeję.
Dawniej pisałem bardziej systematycznie. Ale człowiek nie ubiera się dla
małej kompanii jak na publiczny bal. Może zresztą tylko przez
niedbalstwo.
Wracam do rzeczy. W przedsiębiorstwie ojca pracowałem dwa lata, czyli do
czasu, gdy miałem lat dwanaście. Że zaś mój brat John, który specjalnie
kształcił się do zawodu, opuścił ojca, ożenił się i osiadł na swoim w Rhode Island, wszystko przemawiało za tym, że miałem zająć jego miejsce
i objąć fabrykację mydła i świec. Lecz moja niechęć do tego zawodu
trwała nadal i ojciec obawiał się, że jeśli nie znajdzie bardziej mi
odpowiadającego, wyrwę się i puszczę na morze, jak ku jego wielkiemu
zmartwieniu syn jego Josiah uczynił. Toteż ojciec zabierał mnie od czasu
do czasu na przechadzkę, abym przyjrzał się pracy stolarzy, murarzy,
tokarzy, kotlarzy itd., gdyż chciał stąd wywnioskować o moich
skłonnościach i związać mnie z jakimś zawodem na lądzie. Zawsze odtąd z wielką przyjemnością oglądałem dobrych rzemieślników przy pracy. A pożytek z owych przechadzek wyniosłem też znaczny, gdyż nauczyłem się
wykonywać sam różne drobne prace w domu, gdy odpowiedniego rzemieślnika
nie było pod ręką. Nauczyłem się także budować dla moich doświadczeń
niewielkie machiny, gdy jeszcze chęć była świeża, by doświadczenie
wykonać. Wreszcie ojciec wybrał zawód nożownika i posłał mnie na naukę
do mego stryjecznego brata Samuela, który do zawodu tego kształcił się w Londynie. Samuel wszakże oczekiwał za moją naukę wynagrodzenia, co nie
podobało się ojcu, zabrał mnie więc na powrót do domu.
II. Początki w zawodzie drukarza
II
POCZĄTKI W ZAWODZIE DRUKARZA
Od dziecka lubiłem czytać i wszystkie drobne pieniądze, jakie tylko
miałem, wydawałem na książki. Rozmiłowałem się w Wędrówce pielgrzyma i moim pierwszym zbiorem były dzieła Johna Bunyana w oddzielnych tomikach.
Później sprzedałem je, aby móc kupić Bibliotekę Historyczną R. Burtona;
składała się z czterdziestu czy pięćdziesięciu tanich książeczek
sprzedawanych przez wędrownych kramarzy. Książki mego ojca były to
głównie dyskursy teologiczne. Przeczytałem z nich większość, a później
często żałowałem, że w okresie gdy odczuwałem taki głód wiedzy, nie
trafiłem na bardziej odpowiednie książki; wszak nie miałem zamiaru
zostać duchownym. Skwapliwie natomiast rozczytywałem się w Żywotach
Plutarcha i do dziś lekturę tę uważam za wielki dla siebie pożytek. Była
tam również książka Daniela Defoe, zatytułowana Szkic o projektach, oraz
książka dra Mathera pod tytułem Szkic o czynieniu dobrze; obie wywarły
wpływ na moje myślenie, a przez to i na niektóre doniosłe zdarzenia w moim późniejszym życiu.
Owo zamiłowanie do książek sprawiło, że ojciec postanowił wreszcie
uczynić ze mnie drukarza, choć miał już w tym zawodzie jednego syna,
Jamesa. W roku 1717 brat mój James powrócił z Anglii z prasą drukarską i czcionkami, aby założyć drukarnię w Bostonie. Wolałem to znacznie
bardziej niż zawód ojca, ale wciąż pociągało mnie morze. Chcąc zapobiec,
by pociąg ten nie wywołał niepożądanych skutków, ojciec chciał czym
prędzej związać mnie z bratem. Jakiś czas opierałem się, ale w końcu
uległem i mając zaledwie dwanaście lat podpisałem umowę czeladniczą.
Miałem pracować jako czeladnik aż do ukończenia dwudziestu jeden lat i dopiero w ostatnim roku obiecano mi codzienne wynagrodzenie. W krótkim
czasie poczyniłem wielkie postępy w zawodzie i stałem się bardzo
przydatny bratu. Uzyskałem teraz dostęp do lepszych książek. Znajomość z uczniami księgarskimi pozwalała mi czasem pożyczyć tomik, który pilnie i szybko zwracałem. Nieraz przesiadywałem w swoim pokoju czytając do
późnej nocy, kiedy książkę pożyczyłem wieczorem, a zwrócić miałem już
wczesnym rankiem, gdyż bałem się, by jej nie zgubić lub by znajomy o nią
się nie upominał.
Po niejakim czasie zwrócił na mnie uwagę pewien inteligentny kupiec
Matthew Adams, który miał piękny księgozbiór, a często bywał w naszej
drukarni. Zaprosił mnie do siebie i chętnie pożyczał wszelkie książki,
jakie pragnąłem przeczytać. Nabrałem teraz upodobania do poezji i zacząłem pisać krótkie poematy. Brat mój, myśląc, że przyniesie to
zyski, zachęcał mnie i namawiał do układania okolicznościowych ballad.
Jedna, pod tytułem Tragedia w latarni morskiej, opisywała zatonięcie
kapitana Worthilake'a i jego dwóch córek, druga była pieśnią żeglarską o ujęciu pirata Teacha (inaczej Czarnobrodego). Były to nędzne utwory, w stylu ballad z Grub Street5. Po wydrukowaniu ich brat wysłał
mnie na miasto, aby je sprzedawać. Pierwsza ballada rozeszła się
znakomicie, gdyż omawiała niedawne i głośne zdarzenia. Pochlebiło to
mojej próżności. Ale ojciec zniechęcił mnie, ośmieszając utwory i twierdząc, że wierszokleci są zwykle żebrakami. Tak więc udało mi się
nie zostać poetą, i to zapewne bardzo złym poetą. Natomiast pisanie
prozą uprawiałem w życiu często i stało się ono głównym czynnikiem w moim rozwoju i posuwaniu się naprzód. Toteż opowiem teraz, w jaki sposób
nabrałem pewnych po temu zdolności.
W mieście był jeszcze jeden oczytany chłopak, nazwiskiem John Collins,
którego dobrze znałem. Prowadziliśmy czasem dysputy, z czego byliśmy
bardzo zadowoleni, a każdy usiłował pognębić drugiego. Takie dysputy,
mówiąc nawiasem, mogą stać się bardzo złym nawykiem, czyniąc ludzi
bardzo przykrymi w towarzystwie z powodu ducha sprzeciwu, okazywanego
przy każdej okazji; utrudnia to i psuje rozmowę, a ponadto wywołuje
niechęć, a nawet wrogość tam, gdzie można oczekiwać przyjaźni. Nabrałem
tej skłonności czytając książki ojca zawierające dysputy o religii.
Później przekonałem się, że ludzie rozumni rzadko hołdują temu
zwyczajowi, z wyjątkiem prawników, profesorów i różnych ludzi
wychowanych w Edynburgu.
Kiedyś między Collinsem a mną wynikł spór o to, czy stosownym jest
kształcenie w naukach płci żeńskiej i czy jest ona do nauk zdolna.
Zdaniem Collinsa było to niestosowne, a kobiety z samej swej natury
uważał za niezdolne do wszelkich nauk. Ja wyrażałem pogląd przeciwny,
może trochę z chęci dysputy. Mój przeciwnik był bardziej wymowny, w pogotowiu miał pełno słów i chwilami, jak mi się zdawało, pokonywał mnie
bardziej swoją wymową niż siłą argumentów. Rozstaliśmy się nie
przekonawszy jeden drugiego i przez jakiś czas nie mieliśmy się spotkać.
Toteż zasiadłem, by spisać moje racje, które następnie przesłałem
Collinsowi. Odpowiedział mi, a ja znów replikowałem. Wymieniliśmy po
trzy czy cztery listy, gdy ojciec trafił przypadkiem na nie i przeczytał. Nie wchodząc w istotę sprawy, zaczął mówić o moim stylu.
Zwrócił uwagę, że choć góruję nad przeciwnikiem prawidłową pisownią i przestankowaniem (co zawdzięczałem pracy w drukarni), daleko mi do
wytworności w ujęciu oraz brak mi metody i jasności wyrazu, o czym
przekonał mnie na licznych przykładach. Uznałem słuszność tych uwag i odtąd zważałem pilnie na sposób pisania starając się go jak najbardziej
poprawić.
W tym czasie wpadł mi w ręce przygodny rocznik
"Spectatora"6. Był to rocznik trzeci. Nigdy przedtem żadnego
nie widziałem. Kupiłem go, przeczytałem wielekroć i byłem zachwycony.
Uznałem, że styl jest świetny, i chciałem naśladować go w miarę
możności. W tym celu wybrałem niektóre artykuły, wynotowałem pokrótce
sens każdego zdania, odłożyłem wszystko na kilka dni, a potem, nie
zaglądając do książki, usiłowałem odtworzyć artykuły omawiając szeroko
wynotowany sens zdań i dobierając starannie odpowiednie słowa. Następnie
porównałem mojego "Spectatora" z oryginałem i poprawiłem błędy przez
siebie popełnione. Przekonałem się jednak, że brak mi zasobu słów oraz
wprawy w przypominaniu ich sobie i użytkowaniu. A zdawało mi się
uprzednio, że jej nabyłem, skoro układałem wiersze. Albowiem w poezji
ciągle potrzebne są słowa o tym samym znaczeniu, ale różnej długości,
zależnie od rytmiki lub wymagań rymu. Jeśli więc miałem w przyszłości
uprawiać poezję, musiałbym stale korzystać z wielorakich słów i tę
wielorakość opanować i utrwalić w swoim umyśle. Wybrałem więc pewną
ilość powiastek prozą i przerobiłem na wiersze. Później zaś, gdy już
wypadł mi z pamięci pierwotny tekst, przerobiłem wiersze z powrotem na
prozę. Czasem znów wprowadzałem zamęt do wynotowanych skrótów zdań, a po
kilku tygodniach porządkowałem je na nowo, by następnie przystąpić do
kreślenia zdań pełnych i spisania całego artykułu. Miało to na celu
zdobycie metody w porządkowaniu myśli. Porównując później moją pracę z oryginałem, wykrywałem wiele błędów, które poprawiałem. Czasem jednak
mogłem Z przyjemnością stwierdzić, że w drobnych szczegółach udało mi
się język czy też metodę rozumowania ulepszyć. Utwierdziło mnie to w nadziei, że z czasem mógłbym się stać niezłym pisarzem, czego
niezmiernie pragnąłem. Wszystkie te ćwiczenia, podobnie jak lekturę,
odbywałem wieczorem, po pracy, lub wczesnym rankiem, przed jej
rozpoczęciem albo też w niedzielę, gdy udawało mi się zostać w drukarni
samemu i uniknąć pójścia na nabożeństwo, czego ojciec wymagał ode mnie,
kiedy byłem w domu, i co uważałem nadal za swój obowiązek, jakkolwiek
twierdziłem, że brak czasu nie pozwala mi na jego spełnienie.
Gdy miałem szesnaście lat, trafiłem na książkę, pisaną przez niejakiego
Tryona, zalecającą odżywianie się tylko warzywami. Postanowiłem trzymać
się tego. Mój brat nie był jeszcze żonaty i nie prowadził domu, ale
stołował się z czeladnikami u pewnej rodziny. Moja odmowa jedzenia mięsa
spowodowała niejakie kłopoty i często wyśmiewano mnie za dziwactwo.
Zapoznałem się ze wskazówkami Tryona, jak przyrządzać niektóre potrawy,
na przykład gotowane kartofle czy ryż, robione naprędce budynie i jeszcze parę innych, po czym zaproponowałem bratu, że będę sam się
troszczył o swoje wyżywienie, jeśli da mi co tydzień połowę pieniędzy
wpłacanych za moje utrzymanie. Zgodził się natychmiast, a ja przekonałem
się wkrótce, że mogę Z tego oszczędzić połowę. Miałem w ten sposób
dodatkowe fundusze na kupno książek. Ale była i inna korzyść. Gdy mój
brat z resztą czeladników szedł na posiłki, zostawałem w drukarni sam i szybko spożywałem lekkie jedzenie, złożone często z biskwita czy kromki
chleba, garści rodzynek lub kawałka ciasta oraz szklanki wody. Resztę
zaś czasu, aż do ich powrotu, miałem na naukę, w której czyniłem tym
większe postępy, że powściągliwość w jedzeniu i piciu dawała mi znaczną
jasność myślenia i szybką pojętność.
Teraz więc, pomny na wstyd wywołany nieznajomością działań liczbowych,
których dwukrotnie nie zdołałem nauczyć się w szkole, sięgnąłem po
podręcznik arytmetyki Cockera i z wielką łatwością przeszedłem cały
kurs. Przeczytałem także książki Sellera i Shermy'ego o żeglarstwie, z których zapoznałem się nieco z geometrią, choć nigdy nie zaszedłem
daleko w tej gałęzi wiedzy. W tym czasie przeczytałem również Locke'a Rozważanie dotyczące rozumu ludzkiego oraz Sztukę myślenia panów z Port Royal.7
Gdy pracowałem nad udoskonaleniem języka, wpadła mi w ręce gramatyka
angielska (zdaje się Greenwooda). Na końcu były dwa krótkie szkice o retoryce i logice. Ten ostatni kończył się przykładem dyskusji metodą
Sokratesa8. Wkrótce potem kupiłem Pamiętne dzieła Sokratesa
Ksenofonta, gdzie było dużo przykładów tej samej metody. Byłem nią
zachwycony i szybko przyswoiłem ją sobie, przyjmując skromny system
pytań i wątpliwości zamiast argumentacji, przeczenia i pozytywnych tez.
Ponieważ zaś właśnie wtedy na skutek czytania Collinsa i Shaftesbury'ego
zacząłem wątpić o różnych punktach naszej doktryny religijnej,
znalazłem, że owa metoda jest dla mnie najlepsza, a bardzo kłopotliwa
dla tych, przeciw którym jej używałem. Zasmakowawszy uprawiałem ją
bezustannie i nabrałem wielkiej umiejętności w doprowadzaniu ludzi,
nawet wybitnej wiedzy, do wyznań, których następstw nie przewidywali.
Wplątywałem ich w gąszcz trudności, z których nie mogli się wydobyć, i osiągałem zwycięstwa nie zawsze zasłużone przeze mnie ani przez sprawę,
której broniłem. Przez kilka lat trzymałem się tej metody, lecz później
stopniowo jej poniechałem, zachowując tylko zwyczaj wyrażania się z umiarkowanym niedowierzaniem. Nigdy, ilekroć twierdziłem coś, co mogło
być kwestionowane, nie używałem słów z pewnością, bez wątpienia czy
innych, które nadają poglądom ton kategoryczny. Mówiłem raczej, że zdaje
mi się lub mam wrażenie, iż jest tak a tak, przypuszczam lub skłonny
jestem myśleć tak a tak dla tych a tych powodów albo też wyobrażam
sobie, że jest tak a tak, czy jeśli się nie mylę, jest tak a tak.
Zwyczaj takiego mówienia bardzo mi się przydawał, jak sądzę, ilekroć
miałem wpajać swoje poglądy i skłaniać ludzi do podejmowania kroków,
których urzeczywistnienie było moim zadaniem. Głównym celem wszelkiej
rozmowy jest udzielenie lub otrzymanie wiadomości, pozyskanie sobie lub
przekonanie kogoś, toteż chciałbym, aby ludzie rozsądni i o szlachetnych
intencjach nie osłabiali swojej zdolności czynienia dobrze przez pewny
siebie i kategoryczny sposób bycia, który zawsze prawie zniechęca i wywołuje opór, przekreślając cele, dla których obdarzeni zostaliśmy
mową: pozyskiwania innych lub udzielania czy też przyjmowania
informacji. Jeśli bowiem chcecie kogoś poinformować, kategoryczny i dogmatyczny sposób wypowiadania się może wywołać sprzeciw i uniemożliwić
życzliwą uwagę. Jeśli zaś chcecie zaczerpnąć informacji i wiedzę własną
pogłębić z pomocą wiedzy innych, a jednocześnie będziecie stanowczo
obstawać przy swoich obecnych poglądach, ludzie rozumni a skromni,
którzy nie lubią sporów, zapewne pozostawią was w spokoju razem z waszymi błędami. W ten sposób rzadko kiedy możecie liczyć na pozyskanie
swoich słuchaczy albo też przekonanie tychże, czyje współdziałanie jest
wam potrzebne. Pope słusznie mówi:
Tak ucz ludzi, jak gdybyś nie uczył ich wcale,
Lecz przypominał rzeczy znane doskonale.
po czym zaleca nam:
Mówić trzeba, choć pewnie, na pozór nieśmiało.
A ze zdaniem tym mógłby połączyć to, które połączył, jak sądzę, mniej
słusznie z innym:
Bo brak skromności z braku rozsądku wypływa.
Jeśli zaś ktoś zapyta, dlaczego mniej słusznie, powtórzę mu słowa:
Nie ma wytłumaczenia, gdy mowa chełpliwa,
Bo brak skromności z braku rozsądku wypływa.
A czyż brak rozsądku (jeśli ktoś jest tak nieszczęśliwy, że mu go brak)
nie jest usprawiedliwianiem się z braku skromności? I czy nie lepiej
byłoby powiedzieć:
Jedno jest tłumaczenie, gdy mowa chełpliwa:
Że brak skromności z braku rozsądku wypływa.
O tym jednak rozstrzygać powinni ludzie bardziej kompetentni.
W roku 1720 czy 1721 mój brat zaczął drukować gazetę. Była to druga
gazeta w Ameryce, a nazywała się "New England Courant". Jedyną
istniejącą dotąd była "Boston News-Letter". Pamiętam, jak niektórzy z jego przyjaciół chcieli go odwieść od tego twierdząc, że przedsięwzięcie
nie uda się, gdyż jedna gazeta wystarczy dla Ameryki. W chwili obecnej
(1771) mamy ich co najmniej dwadzieścia pięć. Brat jednak trwał przy
swoim. Po złożeniu czcionek i wydrukowaniu arkuszy szedłem na miasto i roznosiłem gazetę abonentom.
Wśród przyjaciół brata byli ludzie zdolni, którzy zabawiali się pisaniem
krótkich artykułów dla gazety, ta zaś zdobywała sobie coraz większe
wzięcie. Panowie ci nieraz nas odwiedzali. Słuchając ich rozmów i dowiadując się o uznaniu, jakie spotykało ich artykuły, sam zapragnąłem
także spróbować pióra. Ponieważ jednak byłem jeszcze chłopcem i przypuszczałem, że brat nie chciałby moich rzeczy drukować w gazecie
wiedząc, kto to pisał, postanowiłem ukryć swoje autorstwo. Napisałem
artykuł anonimowy i wetknąłem go w nocy pod drzwi drukarni. Brat znalazł
go rankiem i pokazał swoim piszącym przyjaciołom, gdy jak zwykle
przyszli go odwiedzić. Ci przeczytali artykuł w mojej obecności, i ku
mojemu wielkiemu rozradowaniu spotkał się z ich uznaniem. Próbowali
odgadnąć autora i wymieniali ludzi znanych u nas z wiedzy i rozumu.
Obecnie sądzę, że miałem po prostu szczęście u moich sędziów, a być może
nie byli oni w rzeczywistości tak dobrymi sędziami, jak mi się zdawało.
W każdym razie tak mnie to zachęciło, że napisałem i podrzuciłem tą samą
drogą w drukarni jeszcze sporo innych artykułów, które również znalazły
uznanie. Dochowałem tajemnicy, aż mój zapas pomysłowości mocno się
wyczerpał, po czym sekret zdradziłem. Znajomi brata zaczęli mnie wtedy
dość wysoko cenić, i to w sposób, który niezbyt mu się podobał, gdyż
uważał, zapewne słusznie, że mogę stać się zbyt próżny. Kto wie, czy nie
był to jeden z powodów, dla których w tym czasie zaczęły się między nami
rozdźwięki. Brat uważał się przede wszystkim za mego majstra, we mnie
zaś widział czeladnika i oczekiwał takich samych usług jak od
pozostałych. Ja zaś uważałem, że wymaga zbyt wiele i jako brat powinien
być bardziej wyrozumiały. Nasze spory wytaczaliśmy często przed ojcem.
Przypuszczam, że albo musiałem mieć przeważnie rację, albo też lepiej
broniłem swojej sprawy, gdyż sąd wypadał zazwyczaj na moją korzyść. Ale
brat był porywczy i często mnie bił, co brałem sobie bardzo do serca.
Czeladnictwo zdawało mi się bardzo nużące i wciąż szukałem okazji, aby
je skrócić. Okazja nadarzyła się wreszcie, i to
nieoczekiwanie.9
Jakiś artykuł w naszej gazecie na polityczny temat, którego już dziś nie
pamiętam, uznano za obraźliwy dla Zgromadzenia prowincji10. Z nakazu przewodniczącego brata zatrzymano, przesłuchano i osadzono na
miesiąc w więzieniu. Zapewne dlatego, że nie chciał ujawnić autora. Mnie
również zatrzymano i przesłuchano. Chociaż jednak nic nie powiedziałem,
udzielono mi nagany, po czym uwolniono w przekonaniu, jak sądzę, że jako
czeladnik miałem obowiązek dochować tajemnic majstra.
W czasie pobytu brata w areszcie, co mimo naszych osobistych rozdźwięków
odczułem dotkliwie, zarządzałem gazetą. Pozwoliłem sobie na wydrukowanie
różnych przycinków pod adresem władz, co mój brat przyjął bardzo
życzliwie, podczas gdy inni potępili mnie jako młodego geniusza, który
został oszczercą i szydercą. Zwolnienie mego brata połączone było z rozkazem Izby (nader dziwacznym), że "James Franklin nie ma odtąd prawa
drukować gazety zwanej "New England Courant"".
W drukami odbyła się narada z przyjaciółmi brata, co teraz należy robić.
Niektórzy proponowali obejście rozkazów przez zmianę nazwy gazety. Ale
mój brat zwrócił uwagę na różne ujemne strony takiego załatwienia sprawy
i wreszcie postanowiono, że najlepiej będzie drukować w przyszłości
pismo pod nazwiskiem Beniamina Franklina. Chcąc zaś uniknąć orzeczenia
Izby, że brat drukuje gazetę posługując się swoim czeladnikiem,
postanowiono, by zwrócił mi umowę czeladniczą, opatrzywszy ją przedtem
klauzulą zwolnienia, tak by w razie potrzeby można ją było okazać. Aby
zapewnić bratu moje usługi, miałem podpisać nową umowę na pozostały
okres czasu i ta miała być przechowana sekretnie. Plan był niedołężny,
ale został natychmiast wprowadzony w życie i gazeta jeszcze przez wiele
miesięcy wychodziła pod moim imieniem.
Wreszcie jednak wynikły między bratem a mną nowe rozdźwięki. Wtedy
postanowiłem powołać się na moje zwolnienie licząc, że brat nie odważy
się ujawnić nowej czeladniczej umowy. Takie wykorzystanie położenia było
z mojej strony rzeczą niezbyt uczciwą i uważam to za jeden z pierwszych
błędów życiowych. Nieuczciwość jednakże mało mi ciążyła, gdy czułem
jeszcze cięgi, jakie w uniesieniu wymierzył mi brat, skądinąd zresztą
człowiek łagodnego usposobienia. Kto wie - może sprowokowałem go zbyt
zuchwałą postawą.
Gdy brat przekonał się, że go naprawdę opuszczam, postarał się, abym nie
dostał pracy w żadnej innej miejscowej drukami. Obszedł wszystkie,
rozmówił się z majstrami i żaden z nich nie chciał mnie zatrudnić.
Pomyślałem wtedy, że najlepiej będzie udać się do Nowego Jorku,
najbliższego miasta, gdzie były drukarnie. Do wyjazdu z Bostonu
skłaniało mnie też przeświadczenie, że się naraziłem poniekąd partii
rządzącej, a sądząc z samowoli Izby w sprawie brata uważałem, że gdybym
został, mógłbym łatwo znaleźć się w opałach. Tym bardziej że wskutek
moich dość jawnych dysput o religii różni poczciwcy ze zgrozą zaczęli
wskazywać mnie sobie jako niewierzącego czy też ateistę. Postanowienie
moje było niewzruszone. Ale ojciec brał teraz stronę brata i rozumiałem,
że jeśli dokonam otwartej próby, spotkam się z ich przeciwdziałaniem. W tych warunkach mój przyjaciel Collins ofiarował się mi dopomóc. Ułożył
się z kapitanem małego nowojorskiego kutra co do mego przejazdu,
powiedziawszy mu, że mam kłopoty z dziewczyną złego prowadzenia i obarczoną dzieckiem, której przyjaciele chcą zmusić mnie do małżeństwa,
i dlatego muszę wyjechać po kryjomu. Sprzedałem więc część książek dla
zdobycia pieniędzy, w sekrecie wsiadłem na statek, a że mieliśmy wiatr
pomyślny, po trzech dniach znalazłem się w Nowym Jorku, blisko trzysta
mil od domu. Stanąłem tam jako chłopiec siedemnastoletni, bez
najmniejszych rekomendacji, nie znając nikogo w mieście i nie mając
prawie grosza w kieszeni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Mała wioska niedaleko Winchester w Hampshire w południowej Anglii. Tutaj znajdowała się wiejska siedziba biskupa St. Asaph, dr Jonathana Shipleya, "dobrego biskupa", jak mawiał o nim dr Franklin. [wróć]
2. Wolni właściciele, klasa tuż poniżej szlachty. [wróć]
3. Maria I, królowa Anglii (1553-1558). [wróć]
4. Cotton Mather (1663-1728) - duchowny, obrońca zasad kalwinizmu, niezwykle płodny pisarz. Ojciec jego, Increase, był najwybitniejszym przedstawicielem rodu, który odgrywał dominującą rolę w życiu religijnym a częściowo i politycznym kolonii Massachusetts. [wróć]
5. Ulica w Londynie (obecnie Milton Street), zamieszkiwana wówczas przez pisarzy pośledniejszego gatunku, jest do dziś synonimem grafomanii. [wróć]
6. Codzienne londyńskie czasopismo, zawierające satyryczne eseje na tematy społeczne, wydawane przez Addisona i Steele'a w latach 1711-1712. "Spectator" i jego poprzednik, "Tatler" (1709), wyznaczyły początek literatury periodycznej. [wróć]
7. Znane stowarzyszenie uczonych i pobożnych ludzi zamieszkujących opactwo Port Royal pod Paryżem, którzy publikowali uczone dzieła z dziedziny religii. [wróć]
8. Sokrates zbijał argumenty swoich przeciwników podczas dyskusji, zadając pytania tak umiejętnie opracowane, że odpowiedzi oponenta potwierdzały jego stanowisko lub pokazywały błąd adwersarza. [wróć]
9. Myślę, że szorstki i despotyczny sposób, w jaki brat mnie traktował, był jednym z powodów wstrętu, który miałem przez całe życie dla wszelkiej formy tyranii. (przyp. aut.). [wróć]
10. Mowa tu o Zgromadzeniu Przedstawicielskim, jakie istniało w każdej prowincji lub kolonii. Nazywane ono tu jest także Izbą. [wróć]