Żywioły (Tom 2). Ogień, który ich spala - Brittainy C. Cherry

-
Proszę czekać

PROLOG

Alyssa

Chłopak w czerwonej bluzie gapił się na mnie, stojąc w kolejce do kasy.

Często go widywałam, wliczając w to ten poniedziałkowy poranek. Codziennie spędzał czas z kumplami w uliczce za sklepem spożywczym, w którym pracowałam. Spotykałam ich, kiedy szef kazał mi wynieść i wyrzucić pudła.

Chłopak w czerwonej bluzie codziennie przychodził tam ze swoimi kolegami. Hałasowali, palili i przeklinali. On wyróżniał się, ponieważ był cichy, podczas gdy inni śmiali się i dokazywali. On wydawał się niemy, jakby myślami znajdował się gdzieś daleko, w innym miejscu. Kąciki jego ust bardzo rzadko się unosiły, przez co zastanawiałam się, czy w ogóle wiedział, co to uśmiech. Może był osobą, która tylko egzystowała, zamiast żyć.

Czasami nasze spojrzenia się krzyżowały i nie potrafiłam odwrócić głowy.

Trudno mi było patrzeć w te karmelowe tęczówki, ponieważ wydawały się smutniejsze, niż powinny być oczy jakiejkolwiek osoby w jego wieku. Pod nimi widniały mocne, wyraźne cienie, a w kącikach oczu zmarszczki; mimo to jednak był przystojny. Nawet zmęczony, wciąż wyglądał atrakcyjnie. Nikt nie powinien wyglądać na tak wyczerpanego i cudownego zarazem. Byłam niemal pewna, że mimo młodego wieku wycierpiał tyle, ile niektórzy przez całe życie. Po samej jego postawie mogłam powiedzieć, że stoczył więcej osobistych bitew niż większość ludzi stąpających po ziemi: był zgarbiony, nigdy się nie prostował.

Choć nie wszystko było w nim smutne.

Ciemne, półdługie włosy zawsze miał idealnie ułożone. Zawsze. Czasami wyciągał niewielki grzebień i je czesał, jakby był jakimś amantem z lat pięćdziesiątych. Zawsze też nosił podobne stroje: biały lub czarny gładki T-shirt i czasami czerwoną bluzę. Dżinsy zakładał niezmiennie czarne, podobnie jak buty zawiązane białymi sznurówkami. Nie wiedziałam dlaczego, ale pomimo tego, że jego stroje były proste, przyprawiały mnie o gęsią skórkę.

Zwracałam też uwagę na jego ręce. Nieustannie pstrykał zapalniczką. Zastanawiałam się, czy był w ogóle świadomy tego nawyku. Wydawało się, jakby płomień zapalniczki był częścią jego osoby.

Znudzona mina, zmęczone oczy, idealna fryzura i zapalniczka w dłoni.

Jakie imię pasowałoby do kogoś takiego?

Może Hunter. Brzmiało łobuzersko - a zakładałam, że był łobuzem. A może Gus. Amant Gus. Gus lowelas. Albo Mickey - ponieważ brzmi słodko, więc byłoby przeciwieństwem jego aparycji, a lubiłam przeciwieństwa.

Teraz jednak jego imię nie miało znaczenia.

Liczyło się tylko to, że stał przede mną. Jego mina wyrażała teraz więcej niż wtedy, gdy widywałam go w alejce za sklepem. Miał zaczerwienioną twarz, a palce drżały mu nerwowo, kiedy czekał w kolejce do mojej kasy. Z jego oczu biło silne zakłopotanie, gdy wielokrotnie przeciągał kartą żywnościową przez terminal. Za każdym razem pojawiała się odmowa autoryzacji. Brak środków. Chłopak z każdym powtórzeniem stawał się coraz bardziej ponury. Brak środków. Przygryzł dolną wargę.

- Bez sensu - mamrotał do siebie.

- Mogę spróbować na kasie. Czasami terminale się zacinają - podsunęłam z uśmiechem, ale nie odwzajemnił go. Na jego twarzy gościł chłód. Gniewnie marszczył brwi; mimo to podał mi kartę. Przesunęłam nią przez czytnik w kasie i skrzywiłam się. Brak środków.

- Komunikat mówi, że na karcie nie ma pieniędzy.

- Dziękuję, Miss Oczywistości - mruknął.

Chamstwo.

- Gówno prawda - prychnął i odetchnął głęboko. - Wczoraj przelano nam na nią kasę.

"Nam"? To nie twoja sprawa, Alysso.

- Może spróbujemy z inną kartą?

- Gdybym miał inną, chyba bym spróbował, nie?! - warknął, przez co się wzdrygnęłam. Hunter. Musiał mieć na imię Hunter. Złośliwy łobuz Hunter. A może Travis. Czytałam kiedyś książkę, w której bohater imieniem Travis był okropnym łobuzem. Travis był tak zły, że musiałam zamknąć książkę, by się jednocześnie nie zaczerwienić i nie krzyknąć.

Wziął wdech, spojrzał na tworzącą się za nim kolejkę, po czym popatrzył mi w oczy.

- Przepraszam. Nie chciałem podnosić głosu.

- Nic się nie stało - odparłam.

- Nie. Stało się. Przepraszam. Mógłbym zostawić tu na chwilę te pierdoły? Muszę zadzwonić do matki.

- Tak, pewnie. Zawieszę zamówienie, po czym wznowię je, gdy wszystko się wyjaśni. Spokojnie.

Prawie się uśmiechnął, a ja nieomal się zatraciłam. Nie sądziłam, żeby wiedział, jak to się robi. Być może było to tylko drgnienie warg, ale gdy kąciki jego ust nieznacznie się uniosły, chłopak wydał się jeszcze bardziej przystojny. Wiedziałam, że nieczęsto to robił.

Odszedł na bok i wybrał numer do matki, a ja usilnie starałam się nie podsłuchiwać. Zaczęłam obsługiwać kolejnego klienta, lecz mimo to moje ciekawskie uszy wychwytywały jego słowa.

- Mamuś, mówię tylko, że czuję się jak jakiś kretyn. Przeciągałem kartę przez terminal, wciąż odrzucał transakcję.

- Znam PIN. Wprowadziłem go.

- Używałaś wczoraj karty? - zapytał. - Na co? Co kupiłaś?

Odsunął telefon od ucha, chociaż matka dalej mówiła, po czym przewrócił oczami, nim przytknął go z powrotem.

- Jak to kupiłaś trzydzieści dwie puszki Coca-Coli?! - krzyknął. - Co, u diabła, masz zamiar zrobić z trzydziestoma dwiema puszkami coli? - Wszyscy obecni w sklepie obrócili się w jego stronę, a on spojrzał mi w oczy. Zauważyłam, że na jego twarz powrócił wstyd. Uśmiechnęłam się. Chłopak się skrzywił. Był przy tym nieziemsko przystojny. Powoli odwrócił się do mnie plecami i powiedział do telefonu: - Co niby będziemy jeść przez cały kolejny miesiąc?

- Tak, dostanę jutro wypłatę, ale to nie wystarczy na... Nie. Nie chcę znów prosić Kellana o pożyczkę... Mamuś, nie przerywaj. Posłuchaj. Muszę zapłacić czynsz. Nie ma mowy, by wystarczyło mi na... - Chwila ciszy. - Mamo, zamknij się na chwilę, okej?! Wydałaś kasę na jedzenie na Coca-Colę!

Nastąpiła krótka przerwa, podczas której gniewnie gestykulował.

- Nie! Nie, nie obchodzi mnie, czy to była dietetyczna cola, czy Coca-Cola Zero! - Westchnął i przeczesał włosy palcami. Na chwilę odłożył telefon na podłogę, zamknął oczy i wziął kilka głębszych wdechów. Podniósł komórkę. - W porządku. Coś wymyślę. Nie przejmuj się, dobrze? Coś wykombinuję. Muszę kończyć. Nie, nie jestem zły, mamuś. Tak, na pewno. Rozłączam się. Tak, wiem. W porządku. Nie jestem zły, tak? Przepraszam, że krzyknąłem. Przepraszam. Nie jestem zły. - Mówił najciszej jak potrafił, ale nie mogłam przestać podsłuchiwać. - Przepraszam.

Kiedy ponownie się do mnie odwrócił, kończyłam obsługiwać ostatniego klienta z kolejki. Chłopak wzruszył lewym ramieniem i podszedł, pocierając kark.

- Chyba nie uda mi się dzisiaj zapłacić za te rzeczy. Przepraszam. Mogę odłożyć je na półki. Przepraszam. Przykro mi. - Wciąż się kajał.

Ścisnęło mnie w dołku.

- Nic nie szkodzi. Naprawdę. Poradzę sobie. I tak już kończę pracę. Odłożę to.

Ponownie się skrzywił. Chciałam, by przestał to robić.

- Dobra. Sorry.

Chciałam również, by przestał przepraszać.

Po jego wyjściu spojrzałam na zostawione przez niego rzeczy. Serce mi się krajało, gdy przeglądałam siatki. Rachunek za całość wynosił jedenaście dolarów, a nawet na to nie było go stać. Makaron, płatki śniadaniowe, mleko, masło orzechowe, chleb... Rzeczy, nad kupnem których nigdy się nie wahałam.

Człowiek nie uświadamia sobie, jak ma dobrze, póki nie zobaczy krzywdy drugiego.

- Hej! - krzyknęłam, biegnąc za nim przez parking. - Hej! Zapomniałeś!

Odwrócił się powoli i zdezorientowany zmrużył oczy.

- Siatki - wyjaśniłam, podając mu je. - Zapomniałeś siatek.

- Możesz wylecieć z pracy.

- Co?

- Za kradzież - powiedział.

Zawahałam się, zdumiona, dlaczego pierwszą jego myślą było to, że mogłabym podwędzić to jedzenie.

- Nie ukradłam tego. Zapłaciłam.

W jego oczach odmalowało się oszołomienie.

- Dlaczego to zrobiłaś? Nawet mnie nie znasz.

- Wiem, że troszczysz się o mamę.

Ucisnął nasadę nosa i pokręcił głową.

- Oddam ci.

- Nie, nie musisz. - Zapewniłam. - To drobiazg.

Przygryzł dolną wargę i otarł oczy.

- Oddam ci. Ale... dziękuję. Dziękuję ci... ekhm... - Spuścił wzrok na moją pierś i przez chwilę czułam lekki dyskomfort, póki nie zdałam sobie sprawy, że próbował odczytać moje imię z identyfikatora. - Dziękuję, Alysso.

- Proszę. - Odwrócił się i ponownie ruszył w swoją stronę. - A ty?! - zawołałam za nim, czkając przy tym z nerwów z dwa... góra piętnaście razy.

- Co ja? - zapytał, nie zatrzymując się i nie obracając twarzą do mnie.

- Jak masz na imię?

Hunter?

Gus?

Travis?

Mickey?!

Na pewno nie miał na imię Mickey.

- Logan - powiedział.

Odszedł, nie oglądając się za siebie. Przygryzłam brzeg kołnierzyka koszuli. To mój paskudny nawyk, za który dostawałam bury od mamy, ale nie było jej teraz przy mnie, a w moim brzuchu roiło się od maleńkich motyli.

Logan.

Wyglądał na Logana, jeśli mocniej się nad tym zastanowić.

***

Kilka dni później wrócił, by oddać mi pieniądze. Zaczął też pojawiać się co tydzień, aby kupić chleb, czasem makaron czy paczkę gum do żucia. Zawsze stawał w kolejce do mojej kasy. Po którymś razie zaczęłam z nim rozmawiać podczas obsługiwania. Okazało się, że jego przyrodni brat spotyka się z moją siostrą, a właściwie są ze sobą chyba od zawsze. W którymś momencie prawie się uśmiechnął, innym razem, mogłabym przysiąc, że nawet się roześmiał. Zaprzyjaźniliśmy się, zaczynając od prostej wymiany zdań i przechodząc do rozmów na poważniejsze tematy.

Kiedy wychodziłam z pracy, siedział na krawężniku na parkingu, czekając na mnie; wtedy mogliśmy rozmawiać nieco dłużej.

Opaliliśmy się, przesiadując w gorących promieniach słońca. Każdego wieczoru rozstawaliśmy się pod lśniącymi gwiazdami.

Poznałam przyjaciela w kolejce do kasy w sklepie spożywczym.

Moje życie nigdy potem nie było już takie samo.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Logan

Dwa lata, siedem dziewczyn, dwóch chłopaków, dziewięć zerwań i całą wielką przyjaźń później.

Obejrzałem program dokumentalny o cieście.

Dwie godziny swojego życia spędziłem przed maleńkim telewizorem, oglądając wypożyczoną produkcję o historii ciasta. Okazało się, że było znane już w starożytnym Egipcie. Pierwszy przepis udokumentowali Rzymianie; było to kruche ciasto z żytniej mąki, z dodatkiem miodu i koziego sera. Brzmiało obrzydliwie, ale pod koniec programu zapragnąłem spróbować tego cholerstwa.

Nie przepadałem za ciastami, wolałem torty, lecz w tamtej chwili byłem w stanie myśleć jedynie o chrupkiej skorupce.

Miałem również wszystkie potrzebne składniki, mogłem więc udać się na górę do naszego mieszkania i je upiec. Na przeszkodzie stała mi tylko Shay, moja najnowsza była dziewczyna, z którą spędziłem ostatnie dwie godziny, wysyłając jej mylące sygnały.

Byłem kiepski w rozstaniach. Przeważnie pisałem proste: "Nie wyszło, przepraszam" albo załatwiałem to w czasie pięciosekundowej rozmowy telefonicznej. W tym przypadku nie mogłem tego zrobić, ponieważ Alyssa powiedziała mi, że zerwanie przez komórkę to najgorsze, co mogę zrobić drugiej osobie.

Spotkałem się więc z Shay. Okropny pomysł.

Shay, Shay, Shay. Żałowałem, że tamtej nocy poczułem potrzebę uprawiania z nią seksu - co też zrobiliśmy. Trzykrotnie. Po tym, jak z nią zerwałem. Ale teraz było już kilka minut po pierwszej w nocy...

A ona nie chciała odejść.

I nie chciała też przestać gadać.

Siąpił zimny deszcz, gdy tak staliśmy przed moim domem. Chciałem wrócić do środka i odpocząć. Czy to aż tak wiele? Zapalić skręta, obejrzeć nowy program, upiec jakieś ciasto.

Chciałem być sam. Pragnąłem tego najbardziej na świecie.

Odezwała się moja komórka, na ekranie zobaczyłem, że to SMS od Alyssy.

Alyssa: Spełniłeś dzisiaj dobry uczynek?

Uśmiechnąłem się do siebie, wiedząc, że miała na myśli zerwanie z Shay.

Ja: Tak.

Przyglądałem się trzem kropkom na ekranie telefonu, czekając na odpowiedź.

Alyssa: Chyba z nią nie spałeś, co?

Więcej kropek.

Alyssa: O Boże, spałeś z nią, prawda?

Jeszcze więcej kropek.

Alyssa: Mylące sygnały!

Mimowolnie się zaśmiałem, ponieważ znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny. Byliśmy z Alyssą przyjaciółmi od przeszło dwóch lat, a przy tym całkowicie się od siebie różniliśmy. Jej starsza siostra była w związku z moim bratem Kellanem. Z początku byliśmy przekonani, że nic nas nie łączy. Ona siedziała w kościelnej ławce, podczas gdy ja paliłem trawkę za rogiem. Ona wierzyła w Boga, a ja tańczyłem z demonami. Ją czekała przyszłość, podczas gdy ja zdawałem się tkwić w przeszłości.

Łączyło nas jednak coś, przez co nasza przyjaźń miała sens. Jej matka ledwie ją tolerowała, moja mnie nienawidziła. Jej ojciec był palantem, mój natomiast - wcielonym diabłem.

Odkąd zdaliśmy sobie sprawę z łączących nas drobiazgów, spędzaliśmy wspólnie coraz więcej czasu, co dzień zbliżając się do siebie.

Była moją przyjaciółką, najciekawszym punktem moich gównianych dni.

Ja: Raz z nią spałem.

Alyssa: Dwa.

Ja: Tak, dwa.

Alyssa: Trzy razy, Logan?! O boziu!

- Z kim piszesz? - jęknęła Shay, przez co oderwałem uwagę od telefonu. - Co może być w tej chwili ważniejsze od naszej rozmowy?

- Alyssa - odparłem stanowczo.

- O rany. Poważnie? Nie może się tobą nacieszyć, co? - narzekała Shay. Nie było to nic nowego; każda dziewczyna, z którą umawiałem się przez ostatnie dwa lata, była na maksa zazdrosna o Alyssę i naszą przyjaźń. - Założę się, że ją posuwasz.

- Tak, posuwam - powiedziałem. To było pierwsze kłamstwo. Alyssa nie była łatwa, a nawet gdyby była, nie byłaby łatwa dla mnie. Miała swoje wymagania, standardy, których nie spełniałem. Ponadto ja również miałem wymagania, jeśli chodziło o jej potencjalnych chłopaków, i nie każdy mógł im sprostać. Zasługiwała na wszystko, co najlepsze, a większość ludzi w miasteczku True Falls w stanie Wisconsin miała do zaoferowania jedynie marne ochłapy.

- Założę się, że zrywasz ze mną przez nią.

- Tak, zgadza się. - To było drugie kłamstwo. Sam podejmowałem decyzje, lecz Alyssa, bez względu na wszystko, mnie wspierała. Zawsze przedstawiała mi swój punkt widzenia i mówiła wprost, kiedy źle postępowałem. Czasami była boleśnie dosadna.

- Ale wiesz, że nigdy tak naprawdę z tobą nie będzie. Pochodzi z dobrego domu, a ty jesteś zwykłym śmieciem! - załkała Shay.

- Masz rację. - To była pierwsza prawda.

Alyssa była dobra, a ja nigdy nie będę mógł nazwać jej swoją dziewczyną. Chociaż czasami przyglądałem się jej nieokiełznanym jasnym lokom i zastanawiałem się, jakby to było ją tulić i powoli smakować jej usta. W innym świecie może byłbym dla niej odpowiedni. Może, gdybym od dziecka nie był skrzywiony i wiódł poukładane życie, byłoby to możliwe. Gdybym studiował i miał przed sobą karierę, coś, czym mógłbym się pochwalić, mógłbym zaprosić ją na randkę, zabrać do jakiejś eleganckiej restauracji i pozwolić, by zamówiła, cokolwiek zechce, ponieważ pieniądze nie stanowiłyby dla mnie problemu.

Mógłbym wtedy powiedzieć, że w jej niebieskich oczach nieustannie tli się wesołość, nawet gdy się krzywi, i że uwielbiam, jak przygryza brzeg kołnierzyka, gdy jest znudzona lub przestraszona.

Mógłbym być wart jej miłości, a i ona pozwoliłaby mi się kochać.

Ale to wszystko było dostępne w innym świecie, a ja tkwiłem tu i teraz, gdzie Alyssa była moją przyjaciółką.

I tak miałem szczęście.

- Mówiłeś, że mnie kochasz! - kwiliła Shay, a łzy spływały jej po policzkach.

Jak długo już ryczy? Była prawdziwą profesjonalistką. Robiła to na zawołanie.

Przyglądałem się jej twarzy, wkładając ręce do kieszeni. Szlag by to trafił. Źle wyglądała. Wciąż była na haju, a makijaż całkowicie jej się rozmazał.

- Nie mówiłem tego, Shay.

- A właśnie, że mówiłeś! I to nie raz! - przysięgała.

- Ściemniasz. - Przeszukałem własną pamięć w poszukiwaniu chwil, kiedy mogło mi się to wymsknąć, ale wiedziałem, że nic takiego nie zrobiłem. Nie kochałem jej. Ledwie ją lubiłem. Potarłem skroń. Shay naprawdę powinna wsiąść do samochodu i odjechać jak najdalej stąd.

- Nie jestem głupia, Logan! Wiem, co mówiłeś! - W jej słowach brzmiało przekonanie, że ją kocham. Co, jak cała ta sytuacja, było dość smutne. - Powiedziałeś to dzisiejszej nocy! Pamiętasz? Powiedziałeś, że pieprzysz, bo cholernie mnie kochasz.

Dzisiejszej nocy?

O kurde.

- Shay, mówiłem, że cholernie kocham cię pieprzyć, a nie, że cię pieprzę, bo cię kocham.

- To to samo.

- Wcale nie, możesz mi wierzyć.

Zamachnęła się na mnie torebką, a ja pozwoliłem się uderzyć. Szczerze mówiąc, zasłużyłem. Ponownie się zamachnęła, więc znów dostałem. Za trzecim razem złapałem za tę torebkę i szarpnąłem, pociągając ją w swoją stronę wraz z właścicielką. Złapałem Shay za plecy, a ona wygięła się pod wpływem mojego dotyku. Przycisnąłem ją do siebie. Oddychała ciężko, łzy wciąż spływały jej po policzkach.

- Nie płacz - szepnąłem, wykorzystując mój urok osobisty, by nakłonić ją do odjazdu. - Jesteś zbyt piękna, by płakać.

- A ty jesteś strasznym dupkiem, Logan.

- I właśnie dlatego nie powinnaś ze mną być.

- Zerwaliśmy trzy godziny temu, a ty już stałeś się zupełnie inną osobą.

- Zabawne - mruknąłem - bo kiedy ostatnio sprawdzałem, to ty nie byłaś sobą, gdy pieprzyłaś się z Nickiem.

- Och, daj już temu spokój. To był błąd. Nie uprawialiśmy seksu. Przez ostatnie sześć miesięcy byłeś jedynym, z którym spałam.

- Eee, ale spotykaliśmy się od ośmiu...

- A co ty jesteś, profesor matematyki? To i tak nie ma znaczenia.

W ciągu ostatnich dwóch lat to z nią byłem najdłużej. Wcześniej spotykałem się z dziewczynami najwyżej przez miesiąc, ale z Shay wytrzymałem osiem i dwa dni. Nie wiedziałem dokładnie dlaczego, może przez to, że jej życie było wierną kopią mojego. Jej matka była niezrównoważona, a ojciec siedział w pace. Nie miała na kim polegać, matka wyrzuciła z domu jej siostrę, ponieważ ta zaszła w ciążę z jakimś kretynem.

Może przez jakiś czas mój mrok cieszył się jej mrokiem. To miałoby sens. Ale z upływem czasu zdałem sobie sprawę, że właśnie przez te podobieństwa nie mogliśmy być razem. Oboje byliśmy zbyt popieprzeni. Związek z Shay przypominał patrzenie w lustro i oglądanie w nim własnych blizn.

- Shay, skończmy to już. Jestem zmęczony.

- Dobra. Zapomniałam. Jesteś Panem Idealnym. Ludzie popełniają błędy, Logan - powiedziała.

- Zabawiałaś się z moim kumplem, Shay.

- Dokładnie tyle zrobiłam: zabawiałam się! I to tylko dlatego, że mnie zdradziłeś.

- Nie wiem nawet, jak na to odpowiedzieć, ponieważ nigdy ci tego nie zrobiłem.

- Może nie seksualnie, ale emocjonalnie, Logan. Nigdy nie byłeś we mnie zakochany. A to wszystko wina Alyssy. To przez nią nigdy się do mnie nie zbliżyłeś. Jest taką tępą dzi...

Zakryłem jej usta, powstrzymując potok słów.

- Nie mów tego. - Zabrałem rękę, a Shay pozostała cicho. - Od początku wiedziałaś, kim jestem. To twoja wina, bo myślałaś, że zdołasz mnie zmienić.

- Nigdy z nikim nie będziesz szczęśliwy, prawda? Ponieważ jesteś zapatrzony w dziewczynę, której nigdy nie będziesz miał. Skończysz w samotności, zgorzkniały i zrozpaczony. Dopiero wtedy zrozumiesz, co miałeś ze mną!

- Możesz już jechać? - Westchnąłem, ocierając twarz. Winiłem za to Alyssę.

"Zerwij z nią osobiście, Lo. Tak robią prawdziwi mężczyźni. Nie można zrywać z kimś przez telefon".

Czasami miała koszmarne pomysły.

Shay nie przestawała zawodzić.

Boże, te łzy.

Nie radziłem sobie ze łzami.

Po kilku pociągnięciach nosem Shay spojrzała pod nogi. Kiedy uniosła głowę, zobaczyłem w jej oczach iskrę determinacji.

- Chyba powinniśmy się rozstać.

Udałem zdziwionego.

- Rozstać? - Przecież już to zrobiliśmy!

- Czuję się tak, jakbyśmy nie zmierzali w tę samą stronę.

- Dobrze - powiedziałem.

Dotknęła palcami moich ust, by mnie uciszyć, choć właściwie nic nie mówiłem.

- Nie rozklejaj się. Przepraszam, Logan, ale i tak by się nam nie ułożyło.

Parsknąłem w duchu, bo zachowywała się tak, jakby to rozstanie nastąpiło z jej inicjatywy. Odsunąłem się i położyłem sobie rękę na karku.

- Masz rację. Jesteś dla mnie za dobra.

Dlaczego wciąż tu jesteś?

Znów się do mnie zbliżyła i przesunęła palcami po moich wargach.

- Znajdziesz sobie kogoś. Jestem o tym przekonana. To znaczy, pewnie będzie wyglądała jak małpa, ale dasz radę. - Podeszła do samochodu, otworzyła drzwi i wsiadła. Gdy odjechała, coś ścisnęło mnie w dołku i poczułem żal. Pobiegłem za nią w ulewnym deszczu, wykrzykując jej imię.

- Shay! Shay! - Machałem rękoma w ciemności; minąłem przynajmniej pięć przecznic, nim dogoniłem jej auto na czerwonym świetle. Zastukałem w szybę po stronie kierowcy, na co krzyknęła przerażona.

- Logan! Co ty, u licha, wyprawiasz?! - pisnęła, odsuwając szybę. Jej zdezorientowanie przerodziło się w pełen zadowolenia uśmiech, ale zmrużyła oczy. - Chcesz, żebym do ciebie wróciła, prawda? Wiedziałam.

- Po... - wysapałem. Nie byłem sportowcem, w tej dziedzinie zdecydowanie lepszy był mój brat. Próbując złapać oddech, przytrzymałem się krawędzi szyby. - Po... trzebuję...

- Czego potrzebujesz? Co, kochanie? Czego ci trzeba? - zapytała, dotykając z czułością mojego policzka.

- Ciasta.

Odsunęła się, zmieszana.

- Czego?

- Ciasta. Składników, które kupiliśmy wcześniej. Są w twoim aucie.

- Jaja sobie ze mnie robisz?! - krzyknęła. - Goniłeś taki kawał za jakimiś składnikami na ciasto?!

Uniosłem brwi.

- No tak.

Sięgnęła na tylne siedzenie, porwała siatkę i uderzyła mnie nią w pierś.

- Jesteś niemożliwy! Masz te swoje głupie składniki!

Uśmiechnąłem się.

- Dzięki.

Ruszyła. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, gdy usłyszałem:

- Wisisz mi dwie dychy za kozi ser!

W chwili, w której wszedłem do mieszkania, wyciągnąłem telefon i napisałem wiadomość.

Ja: Następnym razem zerwę z dziewczyną przez SMS-a.

Alyssa: Aż tak źle?

Ja: Okropnie.

Alyssa: Żal mi jej. Naprawdę cię lubiła.

Ja: Zdradzała mnie!

Alyssa: A i tak przeleciałeś ją dziś trzy razy.

Ja: Po czyjej jesteś stronie?

Kropki.

Alyssa: Jest potworem! Cieszę się, że zniknie z twojego życia. Nikt nie zasługuje na taką psychopatkę. Jest obleśna. Mam nadzieję, że przez resztę życia będzie przypadkowo następować na klocki LEGO.

Właśnie takiej odpowiedzi było mi trzeba.

Alyssa: Kocham Cię, przyjacielu.

Czytając jej słowa, starałem się zignorować ucisk w piersi. "Kocham cię". Nigdy nikomu tego nie powiedziałem, nawet mamie czy Kellanowi, ale czasami, kiedy Alyssa Marie Walters mówiła, że mnie kocha, żałowałem, że nie mogę odpowiedzieć tym samym.

Bo ja jej nie kochałem.

Ledwie ją lubiłem.

Przynajmniej raz dziennie powtarzałem sobie to kłamstwo, by uchronić się przed zranieniem. Większość ludzi uważała, że miłość jest nagrodą, ale ja wiedziałem lepiej. Widziałem, jak długo matka kochała ojca, a i tak nie wynikało z tego nic dobrego. Miłość nie była błogosławieństwem, lecz przekleństwem, a kiedy raz wpuściło się ją do serca, pozostawiała po sobie wypalone ślady.

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

PROLOG

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

O AUTORCE

Reklama

Karta redakcyjna