MARTWA NATURA
Potemmówiło się, że wszystko stało się z powodu jego swoistej ułomności:przyglądania się światu ze zbyt bliskiej odległości, skutkiem czegownioski jakie wyciągał, z braku właściwej perspektywy, zaburzone byłynadmiernym subiektywizmem, a oceny błędne, więc i prognozy takbłędne, iż każdy, kto chciałby na nich cokolwiek budować, skazywałsię na fiasko. Jako naiwny entuzjasta pełen niezachwianej wiary wswoje ponętne fantasmagorie, udzielające się w miejsce rozczarowanychwyznawców (jednakże nie do końca przekonanych o jego destrukcyjności,gdyż wielu swoje upadki wiązało raczej z własną niedyspozycją lubniełaskawym działaniem losu) zdobywał natychmiast nowychzafascynowanych jego niezwykłymi umiejętnościami, bezceremonialnądobrocią i altruizmem, choć ten niejednemu wydawał się podejrzany.Właśnie wyjaśniał, co prawda, że jest to pejzaż zimowy, sam jednak wskrytości ducha wcale o tym nie był przekonany Owszem, pewna surowośćmodelunku tu i ówdzie zaznaczona przebijającym spod cienkorozprowadzonej farby splotem lnianego, grubo tkanego gruzełkowategopłótna i monochromatyczna tonacja w jednym tylko miejscu, w prawymdolnym rogu tuż przy bocznej krawędzi krosna złamana bijącym jakbyzza obrazu silnym jaskrawym światłem, a w rzeczywistościwytryskującym z rozwarstwienia błękitnawej szarości olśniewającejmuldy farby i bieli cynkowej, która pojawiła się tam wskutekprzypadku - autorytatywnie już zatwierdzonego, jako przemyślanai niezawodnie arbitralna decyzja. Kiedy większość postrzega ten obrazjako zimowy pejzaż, należy tę wersję przyjąć i uwiarygodnić, bowiemnie jest ważne, co sobie sam zamierzył ani nawet to, jak się to jemuwydaje w efekcie; ważne jest to, czym owo dzieło jawi się innymoczom. Gdyby chociaż malował je z myślą o nich, widzach, mógłby ichsądowi naprawdę zaufać, może nawet uznać i przyjąć za własny, rzeczjednak w tym, że malował je dla swojej satysfakcji, choć bynajmniejnie dla zaspokojenia mizerii własnej pychy gotowej zawszezadośćuczynić próżności. Ledwie położył pierwszą plamę, a nawet nietyle ją położył, co zamarkował tam, gdzie przeczuł właściwe dla niejmiejsce, już wiedział, że to, co w niedalekiej przyszłości nazwanezostanie Pejzażemzimowymlub Pejzażemzimą,nie jest nim, ale zasłoną, błękitnawoszarą chustą lub woalemukrywającym coś bardziej martwego niż skostniały na mrozie zimowywidok niskiego nieba lub pokrytej śniegiem bezbrzeżnie smutnejnieogarniętej okiem równiny i bardziej ślepego niż zastygłe ze zgrozyoko, a nawet bardziej martwego niż trup. Całą swoją sztukę traktowałjako zasłonę właśnie, jako ukrywające istotę danej rzeczyzawoalowanie kryjące go, niewydające na łup ciekawskich oczu. Owązasłoną był nigdy nieustający proces powiększania jakiegoścharakterystycznego fragmentu ciała lub przedmiotu aż do zatraceniawłaściwej im formy, czy też odrzucenia ich kłamliwej zewnętrzności;odsłaniał w ten sposób istotę rzeczy, która jednakowoż była dlainnych skryta za grubą, nieprzenikalną kurtyną. Tak właśnie siębronił, nie wystawiając na łup swoich emocji, wrażliwości i uczuć.Postępował jak bezduszny manipulator właśnie dlatego, że nie byłbezduszny. Pogardzał przyziemnością filistrów całym swoim wolnymczystym duchem, i otoczony ludźmi był niedostępnym artystą zamkniętymw kokonie swego sekretu jak w wieży z kości słoniowej. Na ogółuchodził za człowieka życzliwego, łagodnego i chętnie biorącegoudział w życiu społecznym. W istocie jego sztuka skutecznieodgradzała go od reszty świata, choć tylko dla niego było jasne, żenie można zbliżyć się z kimś, kto żyje jako niewidzialny; można się znim, co najwyżej boleśnie zderzyć. Niekiedy, ale tylko wśródprzyjaciół, lansuje tezę, że tak czy inaczej w sztuce chodzi ozatarcie różnicy między dwiema rzeczywistościami - faktyczną ipozorną lub też przesunięcie tej ostatniej do pierwszej i tym samymodebranie jej atrybutów imitacji, fałszywki, czegoś lipnego i naniby: 'Jeżeli ten gliniany dzbanek i tkwiące w nim pędzleistnieją naprawdę w swej trójwymiarowej przestrzeni a także w danymim wymiarze czasu, to przecież także ich przedstawienie na płótnietakże jest faktem, choć sprowadzonym do dwóch wymiarów przestrzeni,ale że nie wyzutym z czasu, zatem, panowie, właściwie o pozornościczego tutaj się mówi? Czy przypadkiem nie chodzi tu bardziej o jedenz teologicznych argumentów na istnienie Boga i negację stwórczychmocy człowieka niż szukanie zgodności między dwoma aktami twórczymi -exnihiloi exmateria,a więc coś z czegoś już istniejącego, by przyjąć za własnąArystotelesowską myśl o materialnej przyczynie wszystkiego?'.Było rzeczą zupełnie oczywistą i na miejscu, że w takiej sytuacjimusiało paść pytanie o jego stosunek do stworzenia świata przez Boga,o to, czy w nie wierzy? 'Nie - odparł natychmiast. -Nie wierzę, ale z tego właśnie powodu muszę w nie uwierzyć izaakceptować'. Kobieta, która go o to zapytała, siedziała podoknem na niskim stołku. Jej szare oczy skierowane na niego, ogarniałyjednak całe wnętrze. Miała na sobie gruby długi sweter i fałdzistąszeroką spódnicę, która teraz zebrana z boków tworzyła wełnistą pręgęmiędzy lekko podciągniętymi do góry udami. 'Ach -powiedziała - dobrze wiesz, że nie musisz'. 'Wcaleo tym nie wiem, gdybym wiedział... Ale to i tak by niczego niezmieniło. Absolutnie niczego. Rzeczy pozostałyby niezmiennie naswoich miejscach, a sprawy toczyłyby się wedle swoich porządków poto, aby anulować ową niezmienność rzeczy, skruszyć je i odesłać doniebytu wszystkich przestarzałych lub choćby tylko niemodnych form.Wiara więc to tylko puste echo czegoś, czego w żaden sposób niepotrafimy odtworzyć w pamięci, mimo przekonania, iż to w niejwłaśnie, gdzieś na miejscu styku komórek nerwowych, w synapsach,tkwią jej pierwotne źródła'. 'I coraz to z obrazu naobraz powiększasz w nieskończoność fragment fragmentu, upatrując wtym jakąś dla siebie szansę?' Zaskoczyła go, sprowadzając całąistotę rzeczy do jakiejś jego subiektywnej, omalże organicznej,potrzeby, ale też zmusiła do refleksji, czy faktycznie jest tak jakto przed chwilą wyłożył, czy też inaczej, skoro uważa, iż każdy jegoobraz jest czymś w rodzaju kurtyny, woalu ukrywającego prawdę lubmoże na odwrót - jakimś niewidzialnym czynnikiem stale inieustępliwie rozrzedzającym jej strukturę, aby w końcu odsłonić owąprawdę? Ale jaką prawdę? czego prawdę? czyją prawdę? Tę jedną, jedynąprawdę, która jest niepodzielną całością bezimienia i miana.Uśmiechem uchylił się od odpowiedzi, kobieta zaś rozumiejąc, żezapytała o coś, na co nie ma, bo być nie może, odpowiedzi, zwinniepodniosła się z miejsca, a zwitek grubej tkaniny leżący wierzchemmiędzy jej udami rozwinął się i opadł, fałdy spódnicy rozbiegłszy sięwokół ukrytej osi, zafalowały i na moment znieruchomiały, aby znówfalować w rytm kroków zbliżającej się do malarza modelki, którapodawała mu rękę, mówiąc przy tym: 'Cokolwiek chciałampowiedzieć czy wyjaśnić i tak sprowadza się do tej zasadniczej uwagi,że świat przedstawiony jest niczym innym jak projekcją martwej jużnatury. Zatem nie jestem pewna, czy pod tą martwotą, żeby nie wiemjak nieskończenie ją powiększać i tym samym docierać do jej corazgłębszych warstw, kryje się owa tajemnica istnienia, a tym samymtakże jego stwórcy. No, ale skoro o tym się tak mówi, jeśli się cośtakiego jawi jako problem, może nie mam racji i upatrując w tymsymptomy śmieszności, sama się ośmieszam'. Jej ręka byłachłodna i sucha jak stepowy wiatr. Na ogół krytycy postrzegali gojako kontynuatora fauwizmu,choć już zmodyfikowanego, okiełznanego i ujętego w karby woli ikonieczności, a nie przygodności, której hołdowali ekspresjoniścibezforemnej abstrakcji. Wszyscy owi mędrcy jednak zainteresowaniwyłącznie tym, co zewnętrzne i powierzchniowe, mylili się w swychocenach, intuicjach i przekonaniach - przynajmniej w jegoprzypadku. Nie miał jednak o to do nich pretensji, przeciwnie,przyjmował ich opinie sineire et studioz godną podziwu wytrwałością, zupełnie jakby zamierzał się z nimiliczyć lub z nich korzystać. Oni też to wiedzieli, lecz rozumiejąc,że jego uprzejmość jest maską skrywającą obojętność zarówno napozytywną, jak i negatywną krytykę, która go ani ziębi, ani grzeje naszlaku, którym podąża w sobie tylko znanym lub przynajmniejprzeczuwanym kierunku i celu, tym bardziej lgnęli do niego pełninaiwnej nadziei, iż zdarzy się cud i któremuś z nich ulegnie,wyjawiając coś, co tylko on może wiedzieć, a co jest sekretną zasadąjego sztuki. Że jednak dzisiejszy czas nie sprzyja cudom ani nie jestna nie specjalnie wrażliwy, nie wydarzyło się nic, co jakimś cudemmogłoby się wpisać w cudowność malarskiej epifanii. Jego pozbawionetytułów obrazy krytyka, przygodni recenzenci i szeroka publicznośćszczodrze obdarowywali jednak mniej lub bardziej celnymi nazwami,których nie akceptował, ale przyjmował do wiadomości, jak większośćżyciowych faktów, na które po prostu nie miał wpływu, dalej robiącswoje nieustępliwie, z uporem i cierpliwie. Aż do owego wieczoru, gdyz bolesną jaskrawością uświadomił sobie, że jakkolwiek długo by siępasował z robotą, bynajmniej nie posuwa się do przodu, lecz tkwi wtym samym, co zawsze miejscu i, co więcej, cel, który sobie niegdyśwyznaczył to chimera, dziwaczny potwór zrodzony z pragnienia dojściatam, gdzie dojść nie można i rozgorączkowanej, stale usłużniemamiącej wyobraźni. I że sam staje się chimerą, bytem złożonym znieprzystających do siebie elementów. Nieprawdziwym jak jego, pożalsię Boże, sztuka. Kiedy goście, żartując i poklepując go przyjaźniejak swój swego, poszli sobie wreszcie, przepełniony migotliwościąwrażeń niemających wiele wspólnego z wizytantami, którzy jedynie gozmęczyli, prowokując do kolejnych quipro quo,wrażeń, których natury nie rozumiał, choć wydawało mu się, żewytryskują z jednego odległego miejsca w czasie, nagle dostrzegłprzed sobą szansę,furtkę do czegoś o wiele większego, niż mógł to sobie wyobrazić.Otworzył tę furtkę, mimo że od razu pojął, iż to, na co się waży, toherezja, i że czeka go los apostaty. Wydał się na ten los w pełniświadomy swojej bezbronności, wiary w ideę odszczepieństwa. Za oknemzimowe niebo osunęło się nisko i drobinami zwarło z ziemią. Byłodokładnie jak na jego ostatnim obrazie - zimno i duszno tak, żenie dawało się już dłużej oddychać. Zresztą, nie było takiejkonieczności.
DROGAOCALONYCH
Odtąd,jeśli dobrze pamiętam, trwa niekończąca się wędrówka wzdłuż wąskiejlinii horyzontu, starożytną drogą, chętnie wpisywaną w rzymskirodowód, ale w rzeczywistości niemającą z nim nic wspólnego, choćby ztego tylko powodu, że wiedzie znikąd donikąd, a jedynym celem jejwytyczenia i zbudowania było biec równolegle z widnokręgiem i tymsamym w pewnym sensie unieruchomienie go, aby komu się tylko zamarzy- spośród zagubionych na tej bezkresnej równinie - mógłiść tą drogą i w głębi serca być przekonanym, że pokonał iluzję wciążodsuwającej się widzialnej, ale nierealnej granicy świata; ta chociażwciąż się uobecnia po lewej lub prawej ręce, wiadomo że to nic, jaktylko widziadło, fantom, powidok. Na początku była nas całkiemnielicha gromadka uciekinierów, ale jak nie chciałem wtedy, tak iteraz nie chcę nic wiedzieć o tym, co się stało, że zostało nas tylkotroje: dwie kobiety i ja - dawniej inteligent, obecnie człowiekdrogi, z której raczej już nie zejdę, muszę niestrudzenie iść i iśćwciąż przed siebie, oddalając się od zmrożonej zaspy, posępnychsiwych jodeł i łoskotu przewalających się nad głową szkarłatnychobłoków. Nocami kobiety trzymają się razem, ale ledwie zaczynaświtać, rozdzielają się, szukając każda dla siebie legowiska, bopodobnie jak ja przesypiają dni snem bez snów, wyjałowionym zewspomnień, wiary i nadziei. Nie rozmawiamy za wiele: nie ma o czym, anawet jeżeliby się coś znalazło, to doświadczenie uczy - kiedymasz coś do powiedzenia, myśl jak dobrze byłoby to powiedzieć, myślącjednocześnie, że być może jest to coś, co zostało już dawno pomyślanei wypowiedziane, więc stosowniej milczeć i trzymać się tej drogi podstopami. To, że nie rozmawiamy wiele, znaczy o wiele więcej niżoznacza, bo cokolwiek by rzec, nie ufamy sobie, a nic tak nie zdradzaczłowieka jak rozmowa: kim jesteś, skąd, jakie masz zamiary i takdalej; nawet się nie obejrzysz, człowieku, a jużeś w rowie, obrany donaga i z poderżniętym gardłem. Poza tym, cokolwiek by rzec, naszelosy przy wszystkich różnicach podobne do siebie jak to, co mamy nasobie i co wynieśliśmy z Kraju Zaspy, prostacka okryjbida:wymiętolona czapka uszanka, kufajka ściągnięta w pasie powrózkiem,sukienne sołdackie spodnie i walonki - pożal się ŚwiętyKryspinie - sto razy łatane, zszywane i podklejane jak niesmołą, to żywicą, obwijane paskami znaleźnego brezentu lub dartym zdrzew łykiem, które jednakowoż niosą nas jeszcze do przodu. Do brzegunowego dnia. Kim są moje współtowarzyszki drogi, nie wiem i nie chcęwiedzieć, one zaś nie tylko, że nie interesują się mną, ale równieżmiędzy sobą zachowują należyty dystans: widać zbiegły z różnych zonZaspy, nie mają więc powodu, by się zbliżyć ze sobą więcej niżpozwala konieczność i norma szlaku. To, gdzie się urodziłem, w jakimśrodowisku wzrastałem, szkoły i uniwersytety, do którychuczęszczałem, i pozycja wynikła z dobrych zbiegów okolicznościosiągnięta w moim dawnym życiu należą tak bardzo do innego świata, żedziś niewyobrażalnego. W tej chwili jestem mniej niż nikim, bozbiegiem wyjętym spod prawa i z jego mocy ściganym; nie wolnoudzielić mi gościny, podać kubka wody czy kromki chleba, dać kamieńpod głowę bym spał jak człowiek, bo wedle przepisu nie jestem jużczłowiekiem, a tylko zbiegiem w ucieczce, dopóki nie dopadnie mnieobława, dopóki nie zostanę ujęty lub, co bardziej prawdopodobne,zabity w jakikolwiek bądź sposób. Nie taję, iż kiedy rozmyślam oswojej sytuacji, takie rozwiązanie wydaje mi się najlepsze i w pewnymsensie sprawiedliwe, a nawet godne. Nie to, że spieszno mi doumierania czy garnę się do śmierci, ale jak każdy ci-devantw odpowiedniej rubryce kwestionariusza ujmowany jako bicz,'bywszijintielligientnyj człowiek,byłyinteligentny (tj. należący do sfery inteligenckiej) człowiek',wskutek splotu fatalnych dlań okoliczności wyzuty z wszelkichatrybutów owej sfery i strącony na samo dno gnijącej ludzkiejmierzwy, gotów jestem za cenę nawet własnego życia i tak niewartegojuż nawet zaśniedziałego tynfa bodaj raz jeszcze wyrwać się na świeżepowietrze i mając przed sobą nigdy niewyczerpywalną przestrzeń iśćnadal naprzód i naprzód do kresu danego sobie czasu. A kiedy się jużna to zdecydowałem, bo: dość udręki zniewolenia; dość życia bezżycia; lepsza śmierć niż gnicie w gnoju, wtedy okazało się, że niejestem osamotniony w swych pragnieniach i skłonności do gniewu ibuntu. Instynkt samostanowienianie został we mnie wypalony ani nie skruszał w mrozach, lodzie iśniegu. I oto zebrała się nas całkiem sporawa gromada ludzi wolnych,dla których ciało ważne jest o tyle, o ile utrzymuje w gotowości dopożaru płomień ducha. Ach, ledwie spłynęły śniegi, poluzowała wiecznazmarzlina, tajga wchłonęła w siebie torfiarzy, którzy dopiero co jakoludzie leśni pokotem kładli całe wiorsty świerków, jodeł i modrzewizerwanych siłą niewielkich krępych syberyjskich mierzynów na brzegtej lub innej rzeki; ułożone w sągi, częściej jednak ciśnięte bylejak, wyczekiwały chwili, gdy głuche nadranne tąpnięcia rozbiegającesię wzdłuż rzeki, dając znak iż uwalnia się ona spod lodu, otworzą imperspektywę dalekiego spływu. Jeżeli drwal, bywało, ginął barując sięz borem tajgi, to w każdym wypadku była to śmierć prawdziwie męska,honorowa; życie szło za życie w równorzędnej partnerskiej walce,życie człowieka za życie drzewa. Ale śmierć torfiarza tonącego wbłocie, w brei torfowiska, odzierała człowieka z tej resztkigodności, jaką przecież w sobie mimo wszystko hołubił. Wielu więcwybierało ucieczkę, niezmiennie w polu ostrzału; niektórzy bardziejludzcy strażnicy, rozumiejący życie i jego pokręcone sprawy,wychodzili naprzeciw wariactwu wolności i mało chętnie kładli kresludzkiej męce, upokorzeniu i wstydowi jednym celnym strzałem w plecylub potylicę. Ledwo przebrzmiewało owo wilgotne tutaj kląśnięciewystrzału (bo sucho i krótko karabin odzywa się tylko na stepie, a ito wyłącznie albo pełnią wściekłego lata, albo zimą w zmrożonym naszkło powietrzu) już słyszało się uparte jazgotliwe brzęczenie iwidziało formujący się nad zabitym szarawy obłok krwiożerczychbagiennych komarów, bąków i much trupojadek. Chociaż byliśmy grupą,czuło się wyraźnie, że nic nas nie łączy ze sobą i przy najbliższejsposobności rozbiegniemy się, aby być od siebie jak najdalej, bogrupa to przede wszystkim łatwy do namierzenia ciemny ruchomy cel,szczególnie na tle surowej bieli śniegu czy to w dzień, czy nocą,człowiek zaś pojedynczy jest prawie niewidzialny, jak gdyby na swąłysą pałę nadział czapkę niewidkę. Fakt pozostaje faktem - owielkich ucieczkach nigdy tutaj nie słyszano, a te mniejsze są takmałe, że nieistotne, więc, mimo iż uciekinierów obejmuje rygorzbiegawyzuwający ich z wszelkich ludzkich praw, łącznie z prawem do życia,to przecież nikt za nimi aż tak nie goni. Po prostu leci w światiskrówka i tyle: jeśli masz pecha, to albo cię capną po drodze, albodogoni kulka i tyle. Opowieści o tym, jak to zbiegłych katorżnikówrozszarpały niedźwiedzie, zagryzły wilki lub dopadł straszliwy cartajgi, Śnieżny Tygrys, to nic innego jak pospolite gadki kupokrzepieniu serc, zawsze bowiem piękniej i poniekąd sprawiedliwiejginie się od kłów i pazurów niż z zaciekłości państwa i jegofunkcjonariuszy. Nie taję, że od chwili, gdy tylko zaświtało mi wgłowie, że mogę ocaleć, w najdrobniejszych szczegółach rozważałemtysięczne warianty ucieczki, badając swój, współtowarzyszy niedoli iprzede wszystkim obozowych strażników charaktery pod względem ich dlamnie przydatności lub szkodliwości, rozpatrując najlepszą ku temuprzedsięwzięciu porę roku, a następnie czas dnia i nocy i ostateczniewychodziło mi niezmiennie, że jeśli chcę przeżyć, muszę uciekać sam,zimą i tuż przed świtaniem, kiedy zwyżkowi i zonowi z psami sąnajbardziej znużeni, ospali, a często też pijani, choć w takim staniebywają najmniej przewidywalni, a najbardziej zajadli. Z nichwszystkich najdzikszy stopień zbydlęcenia osiągnął psiarz Musor,lato-zima w długim do ziemi kożuchu i wełnianej czerwonej czapce znausznikami, z samopowtarzalnym wielostrzałowym sztucerem kałaszem itrzema ledwo dającymi mu posłuch potężnymi owczarkami niemieckimi,który, kiedy tylko miał nockę, a dla szczególnych swych zasług miewałją siedem razy na tydzień, wiadomo było, że wraz ze swymi pieskaminie przepuści żadnemu państwowemu zbrodniarzowi, jeżeli tylko się natakiego natknie, że zaś zawsze jakiś nie wytrzymywał i opuszczałbarak, nieodmiennie dopadały go psy albo kula. Eh, wy tam - ty:życie, i ty: siostro jego rodzona, śmierci łaskawa! Skłamałbym podle,mówiąc, żem się do niej umizgiwał, ale nie minąłbym się daleko zprawdą, wyznając, że niekiedy mało brakowało abym się albo wystawiłna strzał, albo sam skończył ze sobą jak tylu innych w Zaspiemocniejszych ode mnie, wytrwalszych i dzielniejszych. Znaleźć się tuna tej drodze przecinającej równinę! Równinę nieograniczonąnieprzebytym lasem, torfowiskami ni bagnem, oznaczało dla mniewolność ograniczoną jedynie niebem nad głową i płaszczem ziemskim podstopami. Ledwo sprzyjającej bezksiężycowej nocy wychynąłem spozazaspy, okazało się, że tkwię w samym środku grupy podobnych do mniestraceńców, z których omal każdy, by pominąć tych powiązanychwspólnotą kryminalnych interesów, pragnął samodzielnie przedzieraćsię ku swemu marzeniu i nadziei. Zatem zrazu potężna gromada rozpadłasię na mniejsze, więc kiedy tylko górny wicher rozerwał przesłonyciężkich atramentowych chmur, dozwalając wylać się księżycowemuświatłu, okazało się, że idę na czele kilkuosobowej męskiej kompanii- wielu w okrągłych okularkach na posiniałych nosach,szarozielonkawych szynelach z pagonami lub bez, ale z rękami wprzepastnych kieszeniach wypchanych machorką, sucharami i kawałkamisuszonego, ale już solidnie spleśniałego sztokfisza. Bił więc od nasnielichy rybi, bez niczyjej obrazy, istnie babski fetor. Szedłem naprzedzie gromady, niosąc wysoko czerwony zszargany sztandar, co możebyło dziwaczne, lecz ostatecznie nie tak szalone jak faktprzypisywania mi zabójstwa budzącego grozę Musora, znalezionego zpoderżniętym gardłem na przykuchennym śmietniku, za którym, obok napółuschniętej sosny leżały równie martwe niemieckie owczarki; rzeczjasna nie miałem nic wspólnego z tą zbrodnią, choć jak wszyscy wskrytości ducha cieszyłem się, że tak się stało, bo niewykluczone, żekiedyś sam ubiłbym psiarza jak wściekłego psa. Że zaś stało się to namoment przed naszą ucieczką z Zaspy, więc oszczędziliśmy sobieuciążliwości przesłuchań, a zapewne i tortur, że zaś wielu z nas jużdręczono, nie chcielibyśmy doświadczać ich ponownie, tym bardziej żezapewne gdzieś tam w świecie odpowiedzialne służby na pewno spędzałyczas, rozwijając i wysubtelniając metody śledcze, bo w tej, jakkażdej innej dziedzinie życia postęp opiera się na regule stałejzmiennej,zatem co jeszcze dzisiaj rano uchodziło za ostatni krzyk mody wsferze (na przykład) tortur, w południe okazuje się zupełnie passéi absolutnie démodé,owych zmian jednak na własnej skórze lepiej nie doświadczać. A jednakja - biczi to bynajmniej nie samozwańczy, lecz z natury i sądowego rejestru,zmuszony zostałem przyjąć na swoje barki brzemię bohaterstwa. Było miz tym niewygodnie, ale że odmowa przyjęcia owej honorowej funkcji itak nic by nie zmieniła, postanowiłem nosić ją z godnością podłopoczącą mi nad głową czerwoną chorągwią, godłem duchowej odnowy,oczyszczenia się i odrodzenia w ogniu kary za niewinność, w którą polatach resocjalizacji zresztą przestałem wierzyć. W mojej grupiewszyscy byliśmy dawnym inteligentami, specjalistami wnajprzeróżniejszych dziedzinach wiedzy uniwersyteckiej, humanistamicałą gębą, oblatanymi w historii sztuki i literatury, zdarzali sięsubtelni, ekscentryczni i egocentryczni znawcy poezji Shelleya iJohna Donna, wykwintni tłumacze Puszkina na tunguski, Norwida zaś natamilski i, oczywiście, pendżabski, nie mówiąc już o specjalistach odherezji czwartego wieku potrafiących na wyrywki cytować KodeksJustynianaworyginale i przekładzie na grekę i dowolny, wedle życzenia, językwraz z komentarzami, ale też znawcach filozofii gotyckiej, tudzieżKanta, Hegla i uczonego monadologaLeibniza. Z tego też powodu zanim znużeni zapadaliśmy w sen,tworzyliśmy wielki krąg dyskusyjny, ożywiając go pomniejszymistaroświeckimi kółkami zainteresowań i radując się, że jednak mimowszystko wciąż (jak się wydaje) nie przestaliśmy być inteligentami!Mankamentem było, że nie wolno nam było palić ogniska: w nocyzdradzałby nas blask płomieni lub niechby tylko żaru, w dzień słupdymu, a przecież wiedzieliśmy, iż mało co, jak żywy ogień, ożywia isprzyja dyskusji, szczególnie, gdy jej celem jest nawiązanie doutraconej przeszłości, odnalezienie w niej jakichś utraconych wątkówniegdyś będących ponoć całymżyciem.Niestety, mimo że wszystko szło tak dobrze, kiedy o brzaskuukładaliśmy się do snu, okazywało się, że znowu ktoś spośród nas ubyłi chociaż w głębi ducha niejednego musiało to cieszyć, przecieżnapawało też niepokojem: komu z brzega? Ludzie ginęli niepostrzeżeniei w niewytłumaczalny racjonalnie sposób, ginęli bez śladu,zostawiając nam swój skromny dobytek: suchary, skręty z wonnych ziółtajgi z domieszką ostro cuchnącego tytoniu z ogarków biełomorówwobrywku 'Prawdy', ostry jak brzytwa nóż wyklepany zkawałka ramy żelaznego łóżka lub podkówki żołnierskiego buta, kawałekrzemienia lub atramentowego ołówka, a pewnego razu ktoś pozostawiłfotografię ślicznej dziewczyny - czarnulki o łagodnymspojrzeniu ciemnych oczu i mimo delikatnego uśmiechu z cieniem smutkuw kącikach warg. Aż oto zdarzyło się, że któregoś wieczoru, kiedymiało się okazać, że już zostałem sam, nagle ni stąd, ni zowąd, alepo prawdzie z gęstniejącego od mrozu powietrza wyłoniły się jakbynigdy nic dwie kobiety niby razem, a w istocie zupełnie oddzielnie.Wciąż nie mogłem pozbyć się podejrzenia, że wszyscy ginęli tajemnicząśmiercią z rąk fachowców z wytrwale ścigającej nas niewidzialnejspecgrupypaństwowych zabójców. Dodam, że nawet najbardziej uciążliwa obecnośćmężczyzn jest niczym wobec towarzystwa kobiet w tak zuchwałym iryzykownym przedsięwzięciu jak ucieczka z zesłania na końcu świata.Gdybyż jeszcze wskutek splotu okoliczności znalazła się u mego bokutylko jedna kobieta, w miarę fizycznie sprawna niewiasta, jakoś bymto przebolał, ale dwie - mimo że wyraźnie trzymające wobecsiebie dystans - miałem za nieusuwalne zagrożenie, tym bardziejże gdzieś głęboko poza zdrowym rozsądkiem kołatała się nadernieprzyjemna myśl, że wbrew pozorom to właśnie one są owym ścigającympo całym kraju zbiegów dwuosobowym komandem spec-zabójcóww służbie ludu. Miałem się więc przed nimi na baczności, mimo żestarały się jak najmniej pojawiać w polu mojego widzenia, niemniejjednak już sama świadomość ich gdzieś obok mnie istnienia wystarczałabym nie mógł wyluzować się choć na chwilę, uspokoić, odpocząć izebrać myśli: co dalej?, bo przecież cokolwiek by rzec, uciekałem naoślep, nie będąc wcale pewny, czy oddalam się od miejsca zsyłki, czyraczej przeciwnie, wędruję do niej z powrotem po osobliwej spirali,której istotę stanowi czas,ten sam, co tkwiąc w sprężynie zegarka w niedługim czasie możedoprowadzić delikwenta przed JarojeOko-surowe oko naszego Iwana Groźnego. Właśnie ujrzałem obie przykucniętena wprost mnie, ale w odległości plus minus dwóch sążni z haczykiem,z ramionami położonymi na rozsuniętych szeroko udach i sczepionymimiędzy nimi dłońmi w grubych futrzanych łapawicach; bystre czarneoczy lśniące jak wypolerowane kamyki, mimo że osadzone w ukośnychłódkach powiek tkwiły w nich jako wypukłe idealnie okrągłe soczewkiskupiające w sobie nie obrazy widzialnego świata, ale światło nawettak rozproszone i przymglone jak to wypełniające ów zapoznawczyporanek; wymizerowane twarze miały kobiety płaskie, szerokie, zkulkami króciutkich nosów, a naturalnie śniadą cerę pokrywałyceglaste rozlane wykwity jakby trawiącej je gorączki i krańcowegozmęczenia. Kiedy spostrzegły, że nie śpię, obserwując je, jedna znich, ta znajdująca się nieco z tyłu i skosem w bok za swojątowarzyszką, błyskawicznie sięgnąwszy za siebie wydobyła obrzyna itrzymając jednym ruchem uwolniony z rękawicy palec na cynglu,oczekiwała, co zrobię? Ja zaś przygotowany na najgorsze,przypomniałem sobie drwiącą odwagę małego Walona czy może Flamanda,więc twarzą zwrócony ku kobietom powoli podciągnąłem do brzuchakolana, po czym ukląkłem, prawie jednocześnie z przyklęku dźwigającsię do góry, aby stojąc już w lekkim rozkroku, bez żenady sięgnąć dorozporka i skierować w stronę uzbrojonej kobiety rdzawą parującąstrugę. Odpowiedziały mi gardłowym śmiechem. W odróżnieniu ode mnieobydwie były dobrze uzbrojone: obrzyn, niemiecki samopowtarzalnyWalther, bagnet i nóż myśliwski; wszystko to pokazały mi, abym niemiał złudzeń: w razie czego potrafią się tym wszystkim posłużyć, aleto, że je olałem, one zaś przyjęły śmiechem jak prawdziwiedoświadczone i znające życie kobiety, jakoś pozwoliło nam nawiązać iutrzymać kontakt bez jakichś niestosownych poufałości, ale teżniepotrzebnych ceregieli. Nie zbliżaliśmy się ze sobą, ale i nietraciliśmy siebie z oczu, jako że póki co byliśmy sobie potrzebni iużyteczni, aczkolwiek bez owego przymusu zżerającego wszelkiemiędzyludzkie porozumienie ani tym bardziej seksualnego napięcia,które rozładowane w tak ekstremalnej jak nasza sytuacji nieodzowniemiałoby tragiczny finał. Poza wszystkim jednak liczyłem, że nieobcaim była moja legenda pogromcy Musora i chorążego CzerwonegoSztandaru, cokolwiek bowiem rzec, wciąż byliśmy, jesteśmy i będziemynieodrodnymi dziećmi tej samej tysiącletniej Wielkiej Niedźwiedzicy.Zresztą, czyż nie wiedziałem tego samego, co one, że wystarczynajmniejszy fałszywy gest lub krok z mojej strony, a już po mnie,znikam bez cienia jak ci, co przez jakiś czas byli pod moją komendą?Z drugiej jednak strony, choć uzbrojone, na swój sposób byłybezbronne, bo wylęknione, jakby dopiero przy mnie zdały sobie sprawęz szaleństwa czynu, na który się ważyły i który zrealizowały. Toteż,gdy tylko nadarzyła się okazja, a póki co nie było ich za wiele,przyglądaliśmy się sobie w zamyśleniu i (przynajmniej ja) czemuśzawstydzeni. To wszystko jednak nie uwalniało żadnego z nas odostrożności, choć ze zrozumiałych względów postępujące zaufanieniedostrzegalnie zbliżało nas, pozwalając mieć nadzieję, że w razieczego w dobrze pojętym własnym interesie będziemy bronić jednościnaszej trójcy. Ale i zaufanie i wynikające z niego wszelkiekonieczności, bynajmniej nie były niczym nieograniczone, wprostprzeciwnie miały przynajmniej dwie mocno zakreślone granice: żadnychosobistych zwierzeń i żadnych świadczonych sobie usług, bo przecieżnie uprzejmości. A do tego: nic wspólnego poza drogą pod stopami,niebem nad głową i naciągniętym łukiem horyzontu przed oczyma, czylio prawdziwej wspólnocie nie ma mowy, bo być nie może. Że jednak odpewnego czasu zaczynało brakować nam jedzenia, jako jedyny wśród nasmężczyzna poczułem nieprzepartą odpowiedzialność za naszą mimowszystko wspólnotę, poświęcając część przeznaczonego na sen iodpoczynek czasu na ostrożne, najpierw krótkie, a potem coraz dłuższewyprawy łowieckie, przynosząc z nich już to wiewiórkę, jużmłodziutkiego zajączka lub pardwę albo kaczkę; sprawione,pozostawiałem na kawałku lodu jak na półmisku i odchodziłem, abyzagrzebany w śnieżnej jamie spać aż do liliowego zmierzchu, kiedy tobudził mię zapach pieczystego z szorstkim okruchem skamieniałegokomiśniaka. To nic, że była w tym ostentacja, skoro służyła na codzień zachowaniu ładu i porządku, a tym samym tworzeniu się norm, bezktórych już choćby tylko myśl o przyszłości wydaje się absurdalna i wżaden sposób nie do zrealizowania, szczególnie w tak niewielkim jaknasze porozumieniu. Tymczasem zima, mimo że trzymała się jeszczekrzepko, wyraźnie łagodniała; zimny suchy szafir nieba z dnia nadzień coraz bardziej mętniał, rozbielając się i rozwlekająccieniutkimi pasemkami, aby te - splątane i na koniec spilśnionew podwieszony nisko szarobury wojłok, nagle pękały i rozrywały siępod gwałtownymi uderzeniami górnego wichru, i przeistoczone w potężnezwałowiska chmur pędzących z południowego wschodu na północ ipółnocny zachód nawilżały powietrze, sypiąc mokrym lepkim śniegiem ipozwalając, by pozostawiane przez nas i zwierzęta ślady wypełniałysię wodą. I oto jednego z takich dni, gdy żeby wypocząć przednastępną nocą marszu trzeba już było szukać sobie miejsca w pustychjamach jeszcze suchej zmarzliny lub ostatecznie pod zmierzwionymi,gęsto nawisłymi gałęziami świerka, pod cienką warstwą lodu imiałkiego granulowanego śnieżku, kobiety odkryły starodawną drogę,zbrużdżony kamienisty szlak biegnący tak idealnie równolegle dowidnokręgu, że sam się nim stawał. Wzruszeni, odczuwaliśmyprzepływające między nami dobre fluidy, zwiastuny jeśli nieszczęścia, to przynajmniej dobrodziejstwa losu, którego obietnicależała u naszych stóp. Kobiety płakały, ja zaś miałem wrażenie naglezogromniałego mi w piersi serca, gotowego jak ptak wyrwać się zklatki na swobodę. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z naturyodkrycia, jeszcześmy nic nie wiedzieli o tej drodze, jej mocy, celu iprzeznaczeniu, ale już samo to, że była to właśnie droga,szlak wytyczony, wyprofilowany i zbudowany przez ludzi mającychpodobne do naszych aspiracje i zamiary, pozwalało mieć nadziejęniezależnie od tego, że obecny jej stan i wygląd kazał myśleć z żalemo losach jej użytkowników, a ogólnie źle o historii stworzenia, zatemtakże naszej trójcy. Wpatrując się w widoczne gdzieniegdzie pod lodemhieroglify spękanych i pokruszonych kamieni, w zmierzwioną plątaninęwydobywających się spod nich korzeni traw, białawych niczymchroniczne robactwo, długich, cienkich rozłóg chwastów i dawno temuuschłym, ale wciąż widocznym na poboczach drogi owocowym drzewom, wmętnawym wspomnieniu dostrzegałem siebie sprzed kilkunastu latwolnego jeszcze od tego człowieka, którym jestem dzisiaj. Ledwoustąpiły mrozy i ciepły wiejący z południa wiatr roztopił śniegi,ziemia zaś obeschła pod słońcem, ujawnione dwie równolegle wyrżniętegłęboko kołami wozów koleiny doprowadzały obserwatora do wniosku, iżruch odbywał się tu jednokierunkowo, z biegiem słońca lub pod jegobieg, nigdzie bowiem na poboczach nie dały się dostrzec ślady pozatokach, na których wozy toczące się na wschód, zjeżdżając, dawałyby(z jakiegoś powodu) pierwszeństwo przejazdu tym podążającym nazachód. Nocą, w lunicznym blasku, stawała się droga białokamiennymdnem rozlewnej, krasowej rzeki, nie tylko rybnej, ale przedewszystkim spławnej, po grzbiecie której musiały śmigać wąskiekozackie czółna, płynąć łodzie Czukczów obciągnięte reniferzą skórą,ciężko nieść się tratwy i potężne żaglowo-wiosłowe szkuty o jednymmaszcie, ślizgać barkasy i śliczne lekkie jak wodny pył jolki ojasnych kolorowych żaglach. Z nadejściem świtu rzeka wraz zewszystkimi atrybutami znikała nie wiedzieć jak ani gdzie,pozostawiając nam do użytku swoje podbicie, kamienny starożytnyszlak, wytrawione w opoce i utwardzone odwiecznym trwaniem echowidnokręgu. Droga wywiodła nas o wiele dalej niż moglibyśmy dojść,wędrując na przestrzał świata; oczywiście to nie jej pomysłodawcy irealizatorzy ponosili odpowiedzialność za jej degradację, ale czas,który poeta tak słusznie określa skaźcąrzeczy.Jednakowoż owa zniszczona droga nie przestała być sobą, a nawet stałasię wcieleniem i symbolem wszystkich innych, jakie tylko są na ziemi.Snułem takie myśli z nadmiaru czasu, bo najpierw przestałem śnić, apotem miast spać - czuwałem, lękając się o swoje życie, bo mimobraku widomych oznak jakiejś szczególnej wobec mnie niechęci czywrogości kobiet, sama ich obojętność jawiła się jako nienawistna iwroga. Nadal jednak byliśmy osobno razem. Znów, zupełnie jak w Zaspieodczuwałem zależność od przymusów; uwiązłem i tkwiłem w pętliniewidzialnej, acz dotkliwie przykrej przemocy: co prawda nie bałemsię jak dawniej strzału w tył głowy, ale nawet czegoś gorszego, czegojednak nie potrafiłem określić ani nazwać. Znaleziony kawałek szkła zrozbitej butelki, mimo słabego jeszcze, mętnego, wczesnowiosennegosłońca, pozwalał rozniecać ogień - ciepło, światłorozpraszające nocne ciemności i lęki, możliwość przyrządzenia sobieprostej, ale gorącej strawy (dane jej receptury pozwolę sobiezachować jako sekret przydrożnej kuchni). Jakkolwiek było to prawieniemożliwe, to jednak kobiety oddaliły jeszcze bardziej i ode mnie iod siebie. W miarę przybierania wiosny, wyczerpywały się moje siły iwygasała chęć przeżycia drogi, słabł imperatyw dobrnięcia do jakiegośostatecznego punktu na ziemi, miejsca, gdzie chciałoby się być aż dokońca. W miarę jak noce stawały się coraz krótsze, dni zaś wydłużającsię, jaśniały, darząc ciepłem i pachnącym ziołami pól i lasów, corazczęściej odczuwałem potrzebę dłuższego, a prawdę mówiąc niekończącegosię wypoczynku. Doszło wreszcie do tego, że przesypiałem już nietylko całe dni, jak zwykle, ale i noce, tym samym częściowoprzywracając i odnawiając naturalne fazy działania i spoczynku, jawyi snu, życia i pozornej śmierci. Szedłem w końcu już całymi dniami,ale w drogę nie wyruszałem od razu, czekałem, aby wyschła rosa lubpodniosła się mgła, ale jeżeli padało, nie ruszałem się z miejsca,lecz roznieciwszy ogień, rozmyślałem, układając od nowa wedle znanegotylko sobie porządku i wagi sekwencje mojego życia, próbując dociecprzyczyn wydarzeń już z samego założenia niemogących mi sięprzydarzyć, że zaś wciąż ich nie rozumiałem, postanowiłem je wprzyszłości spisać, bo choć byłem już tylko biczem,wciąż uparcie twierdziłem, że jedynie co napisane przetrwa dłużej niżnasza droga; wierzyłem w pismo, nie będąc pewny, czy po tylu latachzachowałem jeszcze zdolność stawiania liter. Tak to, idąc, pisałem,nie pisząc, formułując swoje myśli i oblekając je w najbardziejstosowną dla ich wyrażenia formę już czułem się autorem swojej, bytak rzec, przeszłości, listu wysyłanego w najodleglejszą przyszłość.Jeśli coś mię niepokoiło, to nagle stwierdzony fakt, że zgubiłem? żezaginęły? gdzieś moje towarzyszki. Ów dzień pachniał mocnomacierzanką i miętą, na zboczach jarów jaskrawo żółciły się w ostrymsłońcu żarnowce, śniegiem drobnych białych płatków prószyłyprzekwitające już nad nimi krzewy tarnin i samosiewnych trześni, jazaś półleżąc w bujnej trawie, oparty plecami o pień brzozy, spodprzymrużonych powiek bezmyślnie wpatrywałem się w bezmiar czystegonieba - ciemnoszafirowego pośrodku czaszy, blednącego w miarę,gdy wzrok powoli osuwał się po wklęsłości niebieskiej hemisfery kuwidnokręgowi, nad którym nieboskłon stawał się biały farbkową bieląprania. Nie spałem ani nawet nie drzemałem, ale też nie byłemcałkowicie świadom swojej obecności w czasie i miejscu, znajdując sięw stanie zawieszenia między czymś? rzeczywistym a nierzeczywistym,czymś doskonale mi znanym i zarazem aż do bólu i lęku nieznanym, ioto w tym osobliwym stanie pojąłem, że w trakcie mojej ucieczki całyczas byłem sam, że obok mnie nigdy nie było ani mężczyzn, ani tymbardziej kobiet, a już jeśli, to tylko ich cienie zrodzone ze strachui samotności, i niewiary, że mnie - urodzonemu pechowcowi -udać się może coś tak zupełnie nieracjonalnego jak nadzieja. Jestemczłowiekiem, dla którego nadzieja jest obelgą jak śmierć dla życia.Obydwie - nadzieja i śmierć - upokarzają mnie do głębimego człowieczeństwa. Tak było już wtedy, zanim trafiłem do Zaspy, ina zesłaniu, i tak jest dzisiaj, gdy pochylony nad stołem zapisujęswoim drobniutkim pismem stroniczki cieniutkiego papieru, pismemulotnym a niezniszczalnym jak cienie moich towarzyszek niedoli -Nadziei i Śmierci.
marzec2006
w serii kwadrat ukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017", "2020"- antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo"Made in Roland"
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Życiezastępcze"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
JarosławJakubowski"Ciemna Dolina", "Wojna"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
Michał Trusewicz "Przednówki"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"