Żywioły - Alex Kava, Erica Spindler

-
Proszę czekać

 

Rozdział pierwszy   Zatoka Meksykańska Pensacola, Floryda

Maggie O'Dell, agentka FBI, wbiła wzrok w helikopter. Stała tak blisko, że czuła wibracje silnika, mimo że pracował na wolnych obrotach. Od delikatnego wirowania łopat robiło się jej niedobrze, choć ich szum zagłuszały podmuchy wiatru. Maggie przyglądała się, jak załoga metodycznie kończy sprawdzanie urządzeń pokładowych, i nadal nie mogła uwierzyć, że zgodziła się lecieć.

Minął rok od ostatniej wyprawy helikopterem, a wtedy poprzysięgła sobie, że nigdy więcej nie wejdzie na pokład. Jednak znów tu była, gotowa do lotu, ubrana w czerwono-pomarańczowy kombinezon lotniczy, pieszczotliwie nazywany przez straż wybrzeża "mustangiem". Kombinezony zaprojektowano tak, żeby w razie wodowania utrzymały człowieka na powierzchni, a poza tym były ognioodporne. Została też wyposażona w kask z systemem wewnętrznej komunikacji radiowej, co stanowiło niewątpliwy postęp - poprzednim razem nie pozwolili jej się z nimi porozumieć.

Zerknęła na partnera, R.J. Tully'ego. Stał trzydzieści metrów od lądowiska, tak by nie dotarł do niego podmuch, gdy helikopter oderwie się od ziemi. Uśmiechnął się do niej nieszczerze i pokazał uniesione kciuki. Maggie nie mogła się pozbyć wrażenia, że prześladuje ją pech. Doszła do wniosku, że powinna była zaproponować Tully'emu grę w kamień-nożyce-papier albo rzut monetą, bez względu na to, jak dziecinnie by to zabrzmiało. Tyle że wcześniej leciała z tą załogą i właśnie dlatego ją wybrano.

Nakazała sobie w duchu nie myśleć o pogodzie. Ze względu na silne zachmurzenie wydawało się, że dzień ma się ku końcowi, choć ledwie minęło południe. Zastanawiała się, czy kropla, która spadła jej na twarz, to zapowiedź zaledwie deszczu i czy rozpęta się ulewa.

Na morzu zaginęła rodzina pani senator Stanów Zjednoczonych. Raymond Kunze, usłużny wobec wszystkich polityków, z jakimi miał do czynienia, natychmiast polecił podległym mu agentom, Maggie i Tully'emu, żeby zabawili się w tropicieli. Rzecz jasna, inaczej ujął to w rozmowie z nimi, ale Maggie i Tully tak właśnie to odebrali. Już od dwóch lat Kunze wysyłał ich w różne dziwne misje i za każdym razem, gdy Maggie żywiła nadzieję, że rządy twardej ręki wreszcie się zakończyły, wynajdywał im nowe zadanie.

Ze względu na silny sztorm, zorganizowanie wyprawy ratunkowej stało się bardzo pilne. Maggie i Tully ledwo zdołali opuścić Waszyngton przed pogodową zawieruchą, jednak nie udało im się uciec przed frontem atmosferycznym. Gigantyczny układ burzowy przesuwał się znad Środkowego Zachodu w kierunku przewężenia na Florydzie i ku Wschodniemu Wybrzeżu.

Tu, na Florydzie, żywioł dopiero zapowiadał nadejście, wysyłając czarne cumulonimbusy. Padało przez całą drogę z lotniska na wybrzeże. Przewidywano, że w ciągu najbliższych dwóch dni na każdy metr kwadratowy spadnie od czterdziestu do pięćdziesięciu litrów deszczu. Na razie nie było najgorzej, choć w oddali rozległ się grzmot, który ostrzegał, że spokój nie potrwa długo. W tym samym momencie pilot, komandor porucznik Wilson, gestem pokazał Maggie, żeby weszła na pokład, po czym zniknął we wnętrzu maszyny.

Liz Bailey, ratowniczka, i Pete Kesnick, mechanik pokładowy, czekali na nią przy drzwiach kabiny. Wcześniej Bailey zdążyła dyskretnie wcisnąć Maggie dwie ziołowe kapsułki, zapobiegające mdłościom. Poprzednim razem też tak zrobiła, chociaż nawet się nie znały. Kto by się spodziewał, że to się stanie rytuałem, pomyślała Maggie i przełknęła lekarstwo bez popijania, po czym włożyła kask i wdrapała się do śmigłowca.

 

Wstęp

Deb Carlin

Ivan, Dennis, Katrina, Sandy - oto burze warte tego, by nadać im imiona. Zabójcze burze.

Pewnego dnia Erica, Alex, J.T. i ja przystąpiłyśmy do burzy mózgów, aby znaleźć sposób na kontynuację Cieni nocy. Pisarki miały świadomość, że potrzebują wspólnego mianownika, scalającego ich opowieści. Do głowy przychodziły im rozmaite pomysły, ale na żaden nie potrafiły się zdecydować. Chyba pora wyjaśnić, w czym rzecz, w końcu nie wszyscy czytali Cienie nocy i niekoniecznie muszą wiedzieć, że trzy autorki bestsellerów postanowiły wydać wspólny tom. Szczerze mówiąc, siłą sprawczą była pewna zagorzała czytelniczka i wielbicielka twórczości pisarek, która polubiła ich wszystkie książki i dręczyła autorki tak długo, aż osiągnęła cel.

Jeśli jeszcze ktoś się nie domyślił, to zdradzę, że ja byłam ową zagorzałą czytelniczką. Zaproponowałam wsparcie organizacyjne i wydawnicze przy publikacji tomu składającego się z trzech opowieści pióra moich trzech ukochanych pisarek. Naturalnie, ostrzegano mnie, że sprzęgnięcie sił uznanych autorek i skłonienie ich do wspólnej pracy może okazać się trudnym przedsięwzięciem, zwłaszcza że wszystkie panie to silne osobowości (do tego grona zaliczam również siebie).

W Cieniach nocy zabójca podróżuje z Nowego Orleanu do Nashville, a potem do Omahy. Każda z pisarek skoncentrowała się na swojej bohaterce, mieście i historii, ale sprawca zbrodni był ten sam. Książka cieszyła się dużym powodzeniem, a jej polskie wydanie ukazało się błyskawicznie. Odniesiony sukces niewątpliwie sprawia satysfakcję, ale i kusi, by go powtórzyć. Podczas pierwszej telekonferencji na temat nowego, wspólnego tomu jedna z nas napomknęła o zbliżającej się porze huraganów. Na własnej skórze doświadczyłyśmy katastrofalnych burz, począwszy od wichur, tornad i powodzi, skończywszy na zawiejach i zamieciach śnieżnych. Innymi słowy, wiemy, że jeden układ burzowy może poczynić szkody na rozległym terytorium.

Zadałyśmy sobie pytanie, co by było, gdyby wspólnym elementem trzech opowiadań uczynić potężny układ burzowy, rozciągający się od Środkowego Zachodu przez północną Florydę po Wschodnie Wybrzeże. Warto pamiętać, że rozmawiałyśmy o tym w lipcu 2012 roku, zanim huragan Sandy poczynił ogromne spustoszenia w ogromnej część kraju, przynosząc grad, śnieg, a także powodzie i niszczycielskie wiatry. Wykorzystując burzę jako tło akcji, każda z autorek mogła opisać wydarzenia, w których uczestniczyła wykreowana przez nią bohaterka. W wymienianych między nami e-mailach Erica zaczęła nazywać nasz projekt Żywioły i wkrótce nie wyobrażałyśmy sobie innego tytułu.

Cienie nocy to była krótka powieść w trzech częściach. Natomiast na Żywioły składają się trzy krótkie opowieści, których tłem, ale nie tematem, jest śmiertelnie groźna burza. Bohaterki, powołane do życia przez autorki, zmagają się nie tylko z nieprzyjazną aurą, ale przede wszystkim uczestniczą w dramatycznych wydarzeniach. Powstała bardzo interesująca, trzymająca w napięciu książka. Żywię przekonanie, że czytelnicy, podobnie jak ja, nie będą mogli oderwać się od lektury.

 

Rockford, Illinois Poniedziałek, 7 października 2013 roku 7.40

- Czy ktoś jeszcze zauważył, że to cholerny koniec świata?

Detektyw Mary Catherine Riggio z wydziału zabójstw, która kucała obok denatki, podniosła wzrok. Wieszczem okazał Nick Sorenstein, jeden ze speców od identyfikacji i ich własny prorok zagłady. Dzisiejszy koniec świata nadchodził ze względu na globalne ocieplenie.

- Dla niej na pewno - odparła.

Mniej więcej godzinę wcześniej amator biegania zauważył częściowo zanurzoną w wodzie dziewczynę. Aby ją "uratować", jak twierdził, wyciągnął ją i odwrócił, a następnie zwymiotował.

- Śledzisz prognozy pogody, Riggio? Jesteś świadoma, że znowu nadciąga jakaś "dziwaczna" burza? - Sorenstein zrobił palcami znaki cudzysłowu.

- Tak, zauważyłam. Najpierw jest zimno, potem gorąco, potem znowu zimno. Zupełnie nie wiem, czy powinnam włożyć czarną kurtkę czy może czarną kurtkę.

Ani trochę nie rozbawiła Sorensteina.

- Nie patrzysz dalej niż na czubek własnego nosa - orzekł z dezaprobatą.

- Nieprawda. - Wskazała okrąg wokół ofiary. - Powiedziałabym, że teraz widzę na jakieś trzy metry.

- Pora się przebudzić. Jeśli w dalszym ciągu będziemy ignorowali matkę naturę, skończymy jak dinozaury, czyli wyginiemy.

Jackson, jeden z techników kryminalistycznych, wybuchnął śmiechem, po czym zapytał:

- Sorenstein, nie wziąłeś dzisiaj proszków?

- Daj spokój, człowieku. Nie zamierzam skończyć jak tyranozaur. Trzeba się przystosować. Przystosujesz się albo zginiesz. - Jackson znów się roześmiał, na co Sorenstein zmarszczył brwi i dodał: - Lepiej się zamknij i pstrykaj te swoje fotki.

Jackson wycelował w niego nikona i zrobił zdjęcie.

- To dzieła sztuki, kolego - powiedział.

M.C. zignorowała te złośliwości, aby skupić uwagę na młodej kobiecie. Jej długie brązowe włosy były mokre i skołtunione, twarz podrapana i brudna od błota, a oczy otwarte. Na ciele nie widniały żadne widoczne obrażenia.

Po chwili przybyła Kitt Lundgren, partnerka, mentorka i najlepsza przyjaciółka M.C. W przeszłości razem wyszły z niejednej opresji.

- Co się stało Sorensteinowi? - Kitt przykucnęła obok M.C.

- Albo mamy koniec świata, albo nie wziął dziś proszków.

Kitt uśmiechnęła się szeroko.

- Znam Sorensteina i widziałam prognozę pogody, więc myślę, że obie te możliwości są jednakowo prawdopodobne. - Wskazała na ofiarę. - Co tu się stało?

- Ktoś tędy biegł i znalazł ją twarzą w wodzie. Pewnie nieźle się napruła, wylądowała w rzece i...

- ...koniec pieśni - dokończyła Kitt. - Jak myślisz, narkotyki czy alkohol?

- Toksykologia to wykaże.

- Witam, panie detektyw - odezwał się za nimi Frances Roselli, główny patolog w biurze koronera i, zdaniem M.C., geniusz w swoim fachu.

- Dzieńdoberek - odparła Kitt. - Wszyscy już tu są.

Frances naciągnął rękawiczki.

- Któraś z was oglądała dziś prognozę pogody? - zapytał.

- I ty, Roselli? - M.C. zrobiła zbolałą minę.

- Jim Cantore już zwiał do Madison w Wisconsin - poinformował.

- Nasi wielbiciele sera na północy pewnie są w strefie zero - powiedziała Kitt.

- Moim zdaniem, tu mamy strefę zero - zauważyła kąśliwie M.C. - Możemy wreszcie zabrać się do pracy?

Frances ukląkł obok nich.

- Jesteś dzisiaj rano okropnie zgryźliwa, pani detektyw. Mogę ci jakoś pomóc?

- Brak mi cierpliwości do tego biadolenia o końcu świata. Pora wziąć się do roboty.

- Zgadzam się w stu procentach. - Frances odkaszlnął. - Czy ta młoda dama ma imię i nazwisko?

- Whitney Bello. Dwadzieścia trzy lata, studentka Rock Valley. W portfelu były dokumenty i dwadzieścia dolarów.

Frances skinął głową.

- Zostawcie mnie na kilka minut z panią Bello, zobaczę, co ma do powiedzenia.

M.C. i Kitt wstały. Ścieżka zdrowia biegła po wschodniej stronie rzeki Rock i dalej lawirowała przez miasto. Miejsce, w którym znaleziono zwłoki, znajdowało się za Ice House, siedzibą IceHogs, miejscowej drużyny hokeja.

Parking był niemal pusty, stał na nim jeden samochód, niewielka sportowa terenówka. Ruszyły w tamtym kierunku.

- Odkąd to ględzenie Sorensteina tak cię irytuje? - spytała Kitt.

M.C. odetchnęła głęboko. Mogła bez trudu zbyć to pytanie, ale Lundgren za dobrze ją znała.

- Wczoraj wieczorem Erik znów mi się oświadczył - odparła szczerze.

- A ty się nie zgodziłaś.

To nie było ani pytanie, ani osąd, jednak M.C. tak to potraktowała.

- Jest za wcześnie, nie jestem gotowa - oświadczyła.

- Minęły trzy lata - zauważyła Kitt.

- Dziękuję, że liczysz.

- Po prostu mam oczy szeroko otwarte, partnerko. - Kitt spojrzała na nią uważnie. - Myślę, że Dan chciałby, abyś była szczęśliwa, a ściślej, żebyście oboje byli szczęśliwi.

- Nie zamierzam o tym rozmawiać - skwitowała M.C.

Na szczęście Kitt nie ciągnęła tematu i w milczeniu dotarły do auta, mocno zużytego forda escape. Na przedniej szybie widniała naklejka parkingowa Rock Valley College. M.C. zajrzała przez okno od strony kierowcy. Samochód niewątpliwie należał do kobiety. W środku róż aż bił po oczach, pełno tam było ubrań i butów. M.C. dostrzegła otwarty plecak, książki, papiery i notatniki, a także kilka papierowych kubków po kawie na wynos i matę do jogi. Na kanapie z tyłu widać było sporo jasnych psich kłaków.

- To samochód naszej ofiary - powiedziała.

Kitt pokiwała głową.

- Jeśli denatka mieszkała sama, psina będzie pilnie potrzebowała wycieczki do najbliższego drzewka.

M.C. obeszła samochód i rozejrzała się dookoła, ale po psie nie było śladu.

- Pewnie to narkotyki - orzekła. - Tutaj spotkała się z dilerem, kupiła działkę i zrobiła z niej użytek.

- Może trafił się jej zły towar?

- W takim razie będziemy miały inny problem.

Wróciły do patologa. Porządkowi szykowali się do transportu zwłok do kostnicy, ale Frances gestem nakazał im zaczekać.

- Proszę się przyjrzeć, moje panie. - Odsunął mankiet kurtki ofiary. Na przegubie miała zegarek, jeden z tych krzykliwych modnych dodatków, uwielbianych przez młode kobiety. Tarcza była roztrzaskana, a wskazówki zatrzymały się za osiemnaście pierwsza. - Oto czas zgonu.

- Jaka szkoda, że wszystkie ofiary nas tak nie rozpieszczają - zauważyła Kitt.

- Dłonie też są interesujące. - Frances ostrożnie poruszył najpierw prawą, potem lewą ręką Bello.

Opuszki były otarte, pod paznokciami utkwiła gleba i kawałki roślin. Najwyraźniej usiłowała wydostać się z rzeki.

- To znaczy, że była żywa, kiedy wpadła do wody - domyśliła się Kitt - i próbowała się ratować.

- Otóż to.

M.C. zmarszczyła brwi. Brzeg nie był stromy i nie pokrywał go ani śnieg, ani lód, nawet nie wydawał się śliski. Rosła na nim świeża miękka trawa.

- Co jej przeszkodziło?

- Pewnie była pijana. - Frances odsunął się od zwłok i skinął ręką na porządkowych, aby robili swoje. - To smutne, ale wciąż dochodzi do podobnych wypadków.

- Może ktoś jej pomógł? - zasugerowała M.C.

- Wpaść do wody czy w niej pozostać? - spytała Kitt.

- Jedno albo drugie bądź jedno i drugie.

- Jak sądzisz, Frances? - Kitt popatrzyła na patologa.

- Jest to możliwe, ale niezbyt prawdopodobne - ocenił.

- Skontaktujesz się z nami jak najszybciej?

- Jak zawsze. Chociaż z powodu pogody może to potrwać trochę dłużej.

- Już się wykręcasz? - M.C. uśmiechnęła się do patologa.

- Nie sposób pokonać matki natury, pani detektyw - odparł ze śmiechem Frances. - Chociaż gdyby ktoś próbował, to na pewno ty.