Żywiciel - Maciej Pawłucki

Reflow text when sidebars are open.
Jeremy popatrzył w lustro.
- Boże, co oni ze mną zrobili? - wyszeptał, gdy ujrzał swoje odbicie. Niewiele pamiętał z tego, co się wydarzyło, nim trafił do szpitala ani też w samym szpitalu. Dotykał twarzy, nie dowierzając. Malował się na niej strach. Jego oczy były nienaturalnie zapadnięte do wewnątrz, a czaszka dziwnie wydłużona. Nie to jednak przerażało go najbardziej, bowiem przez ułamek sekundy dostrzegł niewielki ruch pod skórą prawego policzka. Nie widział dokładnie, gdyż światło było zgaszone. W pokoju panował półmrok, nikłą poświatę dawała jedynie uliczna latarnia. Dotknął swej twarzy dłonią i oderwał ją nagle przerażony. Pod palcami poczuł ruch. To uczucie przywołało niemal żywe wspomnienia z taką łatwością, jakby ktoś odblokował mu w umyśle zapadkę. Raz jeszcze powoli podniósł rękę do policzka, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Jeremy oderwał się od lustra, wpatrując w drzwi. Natarczywe pukanie przeszło w łomotanie.
- Jery, Jeremy, wpuść nas. Wiemy, że jesteś w środku - rozległo się wołanie zza drzwi.
- Nikt nie zrobi ci krzywdy, chcemy tylko zobaczyć, czy nic ci nie jest, czy jesteś zdrowy! - Mężczyzna za drzwiami mówił spokojnym tonem.
- To oni, to oni! - powiedział do siebie Jery. - Przyszli dokończyć swoje dzieło, co robić? - zaczął panikować.
- Jery! - Głos stał się bardziej ostry.
- Otwieraj, do jasnej cholery, albo wyważymy drzwi! - Usłyszał szarpnięcie za klamkę. Nie potrzebował już więcej ani chwili do namysłu, szybkim krokiem przeszedł przez pokój do okna. Otworzył je i bez chwili zawahania wyskoczył. W tym momencie drzwi zostały wyważone, do mieszkania wpadło czterech uzbrojonych mężczyzn. Jeden z nich wychylił się przez okno w chwili, gdy Jeremy podnosił się ze sterty śmieci. Poderwał się do biegu, gdy padły strzały. Dwie kule utkwiły mu w plecach, rzucając go na kolana. Pomimo strasznego bólu zdołał się podnieść i poderwał do biegu. Tamci ruszyli w pogoń. Słyszał stukot butów biegnących za nim. Skręcił w ciemną uliczkę. Przewaga kilkunastu sekund dawała mu nadzieję na ucieczkę. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się i gdy upewnił się, że zgubił pogoń, zatrzymał się, by złapać oddech. Rany już go nie bolały, tylko piekły. W brudnym oknie starej fabryki ujrzał swoje odbicie. Jego twarz wrzała. Skóra na całej głowie poczerwieniała i spęczniała. Ruchy były bardzo szybkie. Odwrócił się i oparł plecami o ścianę. Oddychał spokojnie. Sięgnął pamięcią wstecz.
***
Jeremy wyszedł z gabinetu bardzo przygnębiony. Szedł przed siebie, patrząc niewidzącym wzrokiem. Gdy zatrzymał się przed domem, w uszach wciąż brzmiały mu słowa doktora Perkinsa: "Ma pan raka mózgu, panie Steward. Przykro mi, ale zostało panu niewiele ponad dwa miesiące życia...".
- Co za kutas, ani przez chwilę nie było mu przykro, mogę się założyć. A z jaką łatwością mówił o tym, ile mi zostało jeszcze życia, co za gnój. Gówno go to obchodziło, że niedługo zdechnę - wykrzykiwał w myślach kolejne przekleństwa.
***
Czyjś cień przemknął za rogiem fabryki. Jeremy przestraszył się, gorączkowo zaczął szukać wejścia do budynku. Nagle usłyszał biegnących w jego kierunku ludzi. W pośpiechu macał goły mur, szukając wejścia. W końcu natrafił na zimną płytę. Szybko obrócił głowę i zamarł. Byli już na początku uliczki. Oddali kilka niecelnych strzałów, na szczęście odległość była zbyt duża. Nacisnął klamkę i z całej siły pchnął drzwi. Te ustąpiły i wpadł do środka. Po ciemku drżącymi rękami zatrzasnął drzwi na zasuwę. Ścigający byli za drzwiami. Jeremy kucnął i pochylił się do ziemi, wstrzymując oddech.
- Hej! Co ty tu robisz?! - usłyszał zachrypły głos dochodzący z ciemności.