1. Tło dwóch wieków
Tyrania łupiestwa
Okres 1560-1660 opisywany był jako czas "rewolucji militarnej", której najważniejszym przejawem był ogromny wzrost liczebności europejskich armii. W roku 1567 książę Alby pomaszerował tłumić powstanie w Niderlandach na czele silnej jak na owe czasy armii, złożonej z trzech tercios po 3 tysiące żołnierzy i 1600 kawalerzystów; kilka dekad później hiszpańska Armia Flandrii liczyła już kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy4. W najważniejszych bitwach francuskich wojen hugenockich w drugiej połowie XVI wieku udział wzięło po 10-15 tysięcy żołnierzy po każdej ze stron, natomiast w wojnie trzydziestoletniej nie były rzadkością starcia z udziałem trzydziestotysięcznych i liczniejszych armii francuskich, cesarskich czy szwedzkich.
W okresie szczytowego wysiłku zbrojnego w latach 1631-1632 Gustaw Adolf i Wallenstein dowodzili armiami znacznie przekraczającymi 100 tysięcy żołnierzy. W późniejszych fazach wojny trzydziestoletniej utrzymywanie tak licznych armii było niemożliwe, jednak mniej więcej po roku 1660 liczebność europejskich armii zaczęła dalej rosnąć. W roku 1643 pod Rocroi największa ówczesna potęga wojskowa - cesarska Hiszpania - została pobita przez ledwie 22-tysięczną armię francuską, już jednak trzydzieści lat później Ludwik XIV zmobilizował przeciwko Holendrom 120 tysięcy żołnierzy. Za jego panowania nawet w czasie pokoju armia francuska rzadko liczyła mniej niż 150 tysięcy ludzi, tylko niewiele mniejsza, bo około 140-tysięczna, była zaś w tych samych latach armia Habsburgów. W czasie wojny armie bywały o wiele większe - w czasie największego wysiłku w latach 1691-1693 armia francuska sięgnęła 400 tysięcy żołnierzy. W 1709 roku 80 tysięcy żołnierzy francuskich starło się pod Malplaquet ze 110-tysięczną armią sojuszniczą. Można dodawać kolejne liczby, dowiodą one jednakże tego, co uznaje się powszechnie: w latach 1560-1715 (z wyjątkiem okresu 1635-1660) liczebność europejskich armii wielokrotnie wzrosła.
Wraz ze wzrostem liczebności armii do gigantycznych rozmiarów rozrosły się także towarzyszące im impedimenta. W odróżnieniu od nielicznych dobrze zorganizowanych sił, które książę Alby powiódł do Niderlandów, europejskie armie pierwszej połowy XVII w. były wielkie i powolne. Przykładowej 30-tysięcznej armii towarzyszyła niekiedy liczniejsza o połowę gromada kobiet, dzieci, sług i markietanów; ten ociężały "ogon" armie musiały za sobą wlec, dokądkolwiek się udawały. W szeregach armii znajdowali się ludzie pozbawieni korzeni, dla których armia była domem, toteż bagaże, zwłaszcza oficerskie, osiągały niebotyczne rozmiary. W kampanii 1610 r. armii Maurycego Orańskiego towarzyszyły 942 wozy, z których 129 przewoziło sztab i jego bagaże; ponadto armii towarzyszyło drugie tyle pojazdów "nadliczbowych". Ogólnie biorąc w ówczesnych armiach średnio na każdych 15 żołnierzy przypadał jeden dwu- lub czterokonny wóz5. W szczególnych okolicznościach - gdy konieczne stawało się zapewnienie dłuższej samowystarczalności wojska, jak na przykład w czasie kampanii Maurycego w Brabancji w 1602 r. - liczba wozów rosła jeszcze bardziej. W czasie tejże kampanii 24-tysięcznym siłom Maurycego towarzyszyło aż 3 tysiące wozów6.
Furażer - rycina z Mes r?veries Maurycego Saskiego
(http://www.kronoskaf.com)
Coraz liczniejszej masie żołnierzy, kobiet, służby i koni należało zapewnić wyżywienie. Siły zbrojne każdego kraju składały się niemal wyłącznie z najemników. Armia winna była im jedynie żołd, który miał im wystarczyć do nabycia nie tylko jedzenia, ale także ubrania, oporządzenia i uzbrojenia (choć na to otrzymywali często zaliczkę od dowódcy kompanii); znany jest przynajmniej jeden przypadek, gdy żołd miał być także przeznaczony na zakup prochu. Jednakże nawet jeśli skarb przesłał pieniądze na czas, a oficerowie rozdzielili je uczciwie, system ten mógł w miarę sprawnie funkcjonować jedynie wówczas, gdy armia znajdowała się w gęsto zaludnionej okolicy. Organizowano regularny targ, pod nadzorem intendenta odpowiedzialnego (przed rządem, nie dowódcą armii) za organizowanie dostaw, utrzymywanie porządku na placu targowym oraz za regulację cen i kontrolę jakości produktów7. Handel między żołnierzami a ludnością zwykle prowadzony był dobrowolnie, o ile żywności było pod dostatkiem. W razie niedoborów zachodziła konieczność uniemożliwienia żołnierzom bogatszym wykupienia wszystkiego tylko na własny użytek8. Oczywiście wiadomo, że system ten podatny był na najróżniejsze nadużycia, szkodliwe niemal dla wszystkich jego uczestników. Mimo to jednakże w zasadzie zorganizowanie takiego systemu nie napotykało trudności, których nie można było przezwyciężyć.
Gdy jednak armia musiała działać z dala od miejsc stacjonowania, sytuacja stawała się zupełnie odmienna. Zorganizowanie targów to proces czasochłonny, nie można też było liczyć na dostawy ze strony okolicznych chłopów, o ile armia nie poruszała się powoli i z długimi postojami. Żądza zysku mogła skłonić większych kupców - a właściwie markietanów - do podążania za armią, lecz ich wozy jeszcze bardziej przedłużały armijny "ogon"9, a przewożone przez nie towary w końcu się wyczerpywały. Na przyjaznym terytorium możliwe było niekiedy posyłanie przodem komisarzy z zadaniem zorganizowania targu lub też dostaw z napotkanych miast. W bardzo nielicznych przypadkach, gdy armie poruszały się kilkukrotnie tymi samymi drogami, możliwe było zorganizowanie mniej lub bardziej stałych stacji, w których sprzedawano żołnierzom wszystko, czego było im trzeba10. Innym sposobem na zaopatrywanie armii w marszu był kwaterunek żołnierzy w domach mieszkańców miast i wiosek leżących na trasie przemarszu. Poza darmowym schronieniem i wiktem, od mieszkańców niekiedy oczekiwano dostarczenia innych niezbędnych rzeczy w zamian za zapłatę w gotówce. W praktyce oczywiście nie zawsze działało to tak idealnie; często zdarzało się, że żołnierze brali sobie żywność nie uszczuplając kiesy, a niekiedy zasilając ją jeszcze pieniędzmi swych gospodarzy.
Z drugiej strony żaden możliwy wówczas do zorganizowania system logistyczny nie był w stanie zaopatrywać armii działającej na terytorium nieprzyjaciela. W tamtych czasach zresztą nie uważano, by system taki był w ogóle konieczny. Od niepamiętnych czasów problem ten rozwiązywano poprzez pozwalanie żołnierzom na branie sobie wszystkiego, co potrzebne. Zasadą, nie wyjątkiem, był mniej lub bardziej zorganizowany rabunek. W początkach XVII w. jednakże nawet ten tradycyjny "system" przestał już wystarczać - wielkość armii wykluczała to. Wówczas jednakże nie prowadzono statystyk ani nie dysponowano strukturą administracyjną, która w przyszłości miała pomóc mierzyć się ze wzrostem liczebności wojska i zmienić rabunek w systematyczną eksploatację. Dlatego armie początku XVII w. były zapewne najgorzej zaopatrzonymi armiami w dziejach - stanowiły wędrowną bandę uzbrojonych rabusiów, ogołacających ze wszystkiego trasę przemarszu.
Skutki takiego stanu rzeczy były katastrofalne nawet z czysto wojskowego punktu widzenia. Dowódcy nie byli w stanie wyżywić swych żołnierzy i nie byli też w stanie ich kontrolować ani zapobiegać dezercjom. By przezwyciężyć te problemy, a także celem zapewnienia pewniejszych od choćby najdokładniejszego rabunku dostaw11, w ostatnich dekadach XVI w. dowódcy zaczęli dostrzegać konieczność wydawania żołnierzom najpotrzebniejszych rzeczy, w tym jedzenia, furażu, broni, a niekiedy i ubrania - przez armię. Działo się to za pośrednictwem zakontraktowanych markietanów, a poniesione w ten sposób przez armię koszta odejmowano od żołdu12. Pierwsze takie działania możemy zauważyć niemal w tym samym czasie w armiach dwóch największych ówczesnych potęg - Francji i Hiszpanii. Inicjatorami ich byli odpowiednio Sully - minister wojny Henryka IV - oraz Ambrosio Spinola13.
Niezależnie jednak od systemu zaopatrywania pierwszym warunkiem posiadania dobrze zaopatrzonej armii nieodmiennie były pieniądze. Jednakże w drugiej połowie XVI w. rozwój armii był znacznie szybszy od wzrostu możliwości finansowych utrzymujących je rządów. Nawet Imperium Hiszpańskie, najbogatsze z ówczesnych mocarstw, w latach 1557-1598 trzykrotnie bankrutowało pod ciężarem wydatków wojennych. W czasie wojny trzydziestoletniej żadne z większych państw europejskich (poza Holandią) nie było w stanie opłacić swych żołnierzy. Braki finansowe zmusiły do wprowadzenia systemu kontrybucji. Uważa się powszechnie, że jego twórcą był cesarski dowódca Wallenstein, choć z czasem przejęły go wszystkie strony konfliktu14. Zamiast domagać się od mieszkańców sprzedawania żywności za kwity skarbowe, Wallenstein żądał wysokich sum w gotówce, które to sumy trafiały nie do poszczególnych żołnierzy czy oddziałów, ale do kasy armijnej. Choć wiązał się z wymuszeniem, system kontrybucji miał dwie wyraźne zalety: po pierwsze, zapewniał regularne wypłacanie żołdu żołnierzom, po drugie, znacznie ograniczał rabunki dokonywane przez nich na własną rękę. W założeniu zatem miał zapewnić większy porządek, a więc był bardziej ludzki od panującej wcześniej dowolności. Praktyka jednak przyniosła tak straszne nadużycia, że zszokowani nimi Europejczycy starali się zapobiec ich powtórzeniu się jeszcze półtora wieku później.
Tyle jeśli chodzi o ówczesne systemy zaopatrywania armii. W ocenie ich wpływu na działania operacyjne uderza fakt, że armie, które nie posiadały mniej lub bardziej stałego oparcia w jakimś mieście, musiały nieprzerwanie pozostawać w ruchu. Niezależnie od przyjętej metody zaopatrywania - czy odgórnej "kontrybucji" a la Wallenstein czy też oddolnego rabunku - obecność licznych oddziałów wojska i towarzyszącej im chmary niezdyscyplinowanych osób prowadziła do szybkiego ogołocenia najbliższej okolicy z żywności. Sytuacja ta była szczególnie niekorzystna z powodu rozwoju fortyfikacji bastionowych, które w sposób skokowy zwiększyły przewagę obrony nad atakiem. Karol VIII mógł podbić Italię col gesso (z łatwością, dosł. "nie wypuszczając kredy z rąk"), lecz na przełomie XVI i XVII w. prawdziwa siła mocarstwa nie leżała już w armii polowej, ale w umocnionych miastach. Usiane nimi państwo mogło prowadzić wojnę nawet nie posiadając w ogóle żadnych liczących się wojsk polowych. W takich warunkach wojna składała się niemal wyłącznie z niekończącej się serii działań oblężniczych, a uderzenia w głąb terytorium przeciwnika często trafiały w próżnię.
Podczas wyboru twierdzy, która miała być oblężona (lub oblężenie której miało zostać przerwane), często najważniejszą rolę odgrywały względy zaopatrzeniowe. Przy istniejących wówczas możliwościach logistycznych ogołocone z żywności okolice twierdzy nie nadawały się zupełnie do działań armii polowej. Dobrym tego przykładem jest nieudana próba przerwania oblężenia Eindhoven w 1583 r.; przyczyną niepowodzenia nie były kłopoty z zaopatrywaniem 10 tysięcy żołnierzy podczas osiemdziesięciokilometrowego marszu ku twierdzy, ale niemożność ich wyżywienia pod murami miasta15. Długotrwałe oblężenie pozbawiało żywności całą okolicę niezależnie od jej zasobności, dlatego jego prowadzenie możliwe było tylko w szczególnych okolicznościach. Maurycy Orański podczas oblężenia Ostendy mógł liczyć na dostawy drogą morską, podobnie jednak zaopatrywana była oblegana twierdza, w wyniku czego oblężenie trwało rekordowe dwa lata.
Póki zatem możliwe było ogołacanie z żywności terenu na kolejnych obszarach, dowódcom łatwiej było działać w polu. Ponieważ armie nie były zaopatrywane z baz, a niejednokrotnie nawet nie oczekiwano ich finansowania przez państwa, w imieniu których walczyły, ich działań nie krępowała konieczność utrzymywania linii komunikacyjnych. System kontrybucji czynił armię Wallensteina niemalże samowystarczalną. Podobnie było z większością innych armii, w tym armią Gustawa Adolfa, która od roku 1631 pozyskiwała większość zaopatrzenia ze swej najbliższej okolicy przy użyciu metod niewiele różniących się od stosowanych przez inne armie. Nie licząc zatem kilku wyjątkowych przypadków, w XVII w. niemożliwe było odcięcie wrogiej armii manewrem od czegokolwiek, może poza dopływem nowych rekrutów. Niektóre operacje prowadzono właśnie w tym celu16. Wobec omówionych niżej ograniczeń armie kierowały się często swym żołądkiem, maszerując tam, gdzie spodziewano się znaleźć żywność, i zupełnie ignorowały łączność z tyłami, gdyż żadnych tyłów po prostu nie było17. Takie działania nie wymagały dużej szybkości marszu ani nawet wyznaczania jakiegokolwiek jego ostatecznego celu i kierunku.
Jednakże mimo braku jakichkolwiek krępujących linii komunikacyjnych, XVII-wieczne armie były poważnie ograniczone biegiem rzek. Nie wynikało to bynajmniej z problemów z ich forsowaniem, ale z faktu, że transport zaopatrzenia drogą wodną był o wiele łatwiejszy niż drogą lądową. Choć czynnik ten w równym stopniu ograniczał wszystkie armie, paradoksalnie sprawiał, że im lepiej dany dowódca organizował system zaopatrywania, tym bardziej stawał się zależny od przebiegu dróg wodnych. Wynikało to zarówno z ogromnych możliwości przewozowych statków w porównaniu z wozami konnymi oraz z faktu, iż statki nie generowały dodatkowego zapotrzebowania na zaopatrzenie. Jak obliczał jeden z czołowych inżynierów wojskowych, 100 łasztów mąki i 300 łasztów paszy dla koni można było przewieźć na pokładach ledwie dziewięciu statków, podczas gdy przewiezienie drogą lądową samej tylko mąki wymagałoby użycia aż 600 wozów18.
Spośród wszystkich dowódców tego okresu żaden nie umiał skuteczniej wykorzystywać dróg wodnych niż Maurycy Orański - z drugiej strony jednak było mu bardzo trudno działać bez nich. Dzięki szybkiemu przewożeniu parku artyleryjskiego ze wschodu na zachód i z powrotem wielkimi rzekami: Mozą, Renem, Lekiem i Waalem - Maurycy Orański wielokrotnie zaskakiwał Hiszpanów. Pojawiał się to we Flandrii, to w Geldrii, i uderzał na twierdze, zanim te zdołały przygotować się na oblężenie. Gdy jednakże oddalał się od systemu rzek, nie radził sobie. Najlepszym przykładem jest kampania 1602 r. , która przypadkowo była także jedną z bardzo nielicznych wówczas prób osiągnięcia zwycięstwa poprzez świadomy manewr operacyjny.
Po sforsowaniu Mozy Maurycy pragnął ruszyć w głąb Brabancji i omijając twierdze zmusić armię hiszpańską do bitwy, po której zamierzał skierować się na zachód do Flandrii. Ostatecznym celem kampanii było wyzwolenie obydwu prowincji z rąk hiszpańskich. W tym celu skoncentrowano liczną armię polową - 5422 kawalerii i 18 492 piechoty, trzynaście kartaun, siedemnaście półkartaun i pięć dział lekkich, z których tylko dwanaście półkartaun miało towarzyszyć armii w marszu, pozostałe zaś miano przewieźć drogą wodną. Armia miała wieźć ze sobą żywność na dziesięć dni - towarzyszyło jej 700 wozów wiozących 50 łasztów mąki; kolejne 50 łasztów przewożono drogą wodną. Pomimo tak solidnego przygotowania nie można było nawet myśleć o próbie zaopatrywania armii przez całą kampanię - wszystkie opisane wyżej środki miały wystarczyć tylko do chwili, gdy możliwe stanie się samodzielne koszenie zbóż i wypiek chleba.
Kampanię rozpoczęto jednakże zbyt wcześnie. 20 czerwca sforsowano Mozę; natychmiast okazało się, że w Brabancji zboża jeszcze nie dojrzały. Transportowane zaopatrzenie nie wystarczyło, na braki cierpiał zwłaszcza kontyngent angielski, którego żołnierze zmarnowali swoją część i musieli być żywieni z zapasów innych kontyngentów. Maurycy napisał zatem Stanom Generalnym, że nie widzi możliwości kontynuowania kampanii. Chciał jeszcze podjąć próbę zmuszenia Hiszpanów do przyjęcia bitwy, w razie niepowodzenia jednakże uważał za konieczny powrót nad Mozę. 27 czerwca, ledwie po tygodniu marszu, armia zatrzymała się. Przez następne trzy dni z wielkim wysiłkiem zajmowano się wypiekiem świeżego chleba i 2 lipca wznowiono marsz. Gdy po trzech dniach konieczny stał się kolejny postój celem wypieku, Maurycy Orański ostatecznie zadecydował, że zawróci nad Mozę, jeśli nie zdoła doprowadzić do bitwy pod St Truijen. 8 lipca armia znalazła się pod St Truijen, gdzie okazało się, że dostępnych jest tylko 16 z 50 łasztów mąki przewożonej na barkach. Wobec groźby głodu Maurycy zarządził odwrót. Z pozostałej mąki wypieczono chleb, po czym 10 lipca armia ruszyła w drogę powrotną. Już nazajutrz konieczny stał się postój z powodu nieznośnego upału. 12 lipca angielski kontyngent ponownie utracił cały chleb i musiał uzyskać pomoc od reszty armii. 19 lipca nad Mozą do armii dotarła duża dostawa chleba i sera. Maurycy zamierzał pomaszerować do Flandrii, jednakże zakazały mu tego kategorycznie Stany Generalne, których członkowie mieli dość bezowocnego manewrowania; Maurycy rozpoczął zatem oblężenie Grave19. Mówi się, że Hiszpania nie zdołała podbić Niderlandów Północnych, gdyż przepływało przez nie za dużo rzek. Z drugiej strony Holendrzy nie zdołali zająć Belgii, gdyż rzek płynęło tam zbyt mało.
Nawet jednak ci dowódcy, którzy nie martwili się zbytnio zaopatrzeniem, byli do pewnego stopnia zależni od rzek ze względu na ogromny ciężar ówczesnych dział. W armii Maurycego Orańskiego, który był także świetnym artylerzystą, najcięższymi działami były przewożone w częściach tzw. kartauny o wadze około 5,5 tony. Do transportu każdej z części trzeba było trzydzieści koni, których 20-30 procent rocznie padało z wyczerpania. Do transportu skromnego parku artyleryjskiego złożonego z sześciu półkartaun i 100 kul do każdego z nich potrzeba było 250 koni ciągnących same działa oraz licznych wozów wiozących kule, proch i najróżniejsze narzędzia i materiały20. Artyleria zwykle posuwała się dwukrotnie wolniej od reszty armii, co rodziło liczne problemy z porządkiem marszowym tak w natarciu, jak i w odwrocie. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego stanu rzeczy. Wśród tych, którzy starali się zmniejszyć ciężar dział, znajdował się kuzyn Maurycego Jan Orański, ale najwięcej na tym polu dokonał Gustaw Adolf, dla którego stało się to swego rodzaju obsesją. Król zrezygnował z superciężkiego działa murbräcker, kazał zmniejszyć grubość ścianek i długość luf, wprowadził także liczne działa lekkie, z których najsłynniejszym (jeśli nie najlepszym) było działo skórzane. Choć dzięki temu zmniejszono liczbę koni i wozów artyleryjskich niemal o połowę, nie uwolniło to jego armii od ograniczeń powodowanych przez małą mobilność artylerii. Jego reformy nie okazały się też trwałe; po jego śmierci ponownie zaczęto w Szwecji odlewać cięższe działa21.
Podsumowując, logistyka narzucała XVII-wiecznym dowódcom następujące zasady. Po pierwsze, by przeżyć, trzeba było pozostawać w ruchu. Po drugie, wybierając kierunek marszu, nie trzeba było się zbytnio martwić utrzymywaniem łączności z bazą. Po trzecie, duże znaczenie miało trzymanie się rzek, i o ile możliwe, opanowanie ich biegu. Wszystkie trzy zasady dobrze ilustrują kampanie Gustawa Adolfa, uważane za bardziej sensowne od większości pozostałych. Na podstawie jego operacji dowodzono najróżniejszych tez, od znaczenia stałych baz po zalety strategii pośredniej. W rzeczywistości jednak od samego momentu lądowania w Peenemünde w lipcu 1630 r. jego decyzje dyktowały względy logistyczne. Gdyby braki zaopatrzeniowe nie uniemożliwiły cesarskiemu dowódcy Contiemu skoncentrowania przeważających sił, samo lądowanie mogłoby okazać się niemożliwe. Choć armia króla liczyła tylko 10 tysięcy żołnierzy, nie można było ich wyżywić na zniszczonych wojną ziemiach pomorskich22. Z tego powodu Gustaw Adolf musiał maszerować, i czynił to bez wyraźnego celu, zajmując po drodze miasta i zostawiając w nich swe garnizony. W ten sposób stopniowo powiększał obszar, z którego mógł ściągać żywność, jednocześnie jednak sam się osłabiał, gdyż im więcej twierdz oblegał czy zdobywał, tym więcej musiał pozostawiać w nich lub pod nimi żołnierzy. Nie dziwi zatem, że dopiero wiosną następnego roku udało mu się zebrać wystarczająco liczną armię polową, by móc przystąpić do szerzej zakrojonych operacji.
Ogołociwszy Pomorze z żywności, zimą 1630-1631 r. Gustaw Adolf był zmuszony poszerzyć swą bazę jeszcze bardziej23. Ponieważ nawet jego zreformowana artyleria musiała być transportowana drogą wodną, miał jedynie dwie możliwości - marsz na południowy zachód celem dotarcia do Łaby lub też marsz na południe wzdłuż Odry. Po nieudanej próbie dotarcia do pierwszej z tych rzek król postanowił włączyć do swej bazy zaopatrzeniowej tereny Brandenburgii. Właśnie w tym czasie król powinien był udać się na pomoc Magdeburgowi, gdyż to jego obietnice skłoniły mieszczan do buntu przeciwko cesarzowi. Nie mógł jednak tego zrobić bez opanowania wpierw twierdzy Kostrzyn panującej nad spływem Warty i Odry oraz twierdzy Spandau u spływu Sprewy i Haweli. Otwarcie twierdz zależało od wyniku negocjacji z elektorem Jerzym Wilhelmem; zanim te zakończyły się powodzeniem, Magdeburg padł.
Minął już niemal rok od lądowania Gustawa Adolfa w Peenemünde; przez cały ten czas jego armia żywiła się tak jak wszystkie inne - kosztem kraju. 18 lipca król pisał z obozu w Werben do kanclerza Oxenstierny: często uwiadamialiśmy was o naszym położeniu - że my i nasza armia żyjemy w wielkiej nędzy, trudzie i nieporządku, wszyscy słudzy nas opuścili, i jesteśmy zmuszeni prowadzić wojnę rujnując i niszcząc naszych sąsiadów. Tak jest i w tej chwili, gdyż nie mamy nic dla żołnierzy poza tym, co są w stanie sami zagrabić (...). W innym liście pisał: mimo waszej, mości kanclerzu, obietnicy wysyłania nam miesięcznie 100 tysięcy talarów (...) armia nie otrzymała ani grosza przez ostatnich szesnaście tygodni (...) dla wyżywienia żołnierzy mamy jedynie tyle, ile zdołamy wycisnąć z miast, ale i tego jest mało. Nie można było powstrzymać konnych (...), którzy żyją po prostu z grabieży. W ten sposób wszystko popadło w ruinę, i w miastach, i wioskach nic nie można już znaleźć dla żołnierzy24. Był to najwyższy czas, by armia ponownie powiększyła swój "obszar bazowy". We wrześniu droga po temu stanęła otworem po błyskotliwym zwycięstwie pod Breitenfeld.
Pobiwszy Tilly'ego, Gustaw Adolf ponownie stanął przed wyborem spośród dwóch możliwości - mógł skierować się w górę Odry, co byłoby rozsądne ze względów strategicznych, gdyż na południowym wschodzie znajdowała się stolica przeciwnika - Wiedeń. Mógł także ruszyć w kierunku Renu. Ta druga droga obiecywała lepsze możliwości transportu artylerii25. Co więcej, maszerując na południowy zachód Szwedzi zamiast w słabo zaludnione góry Czech, kierowali się ku najbogatszym regionom Niemiec. Ostatecznie zatem logistyka ponownie przeważyła nad strategią. W listopadzie Szwedzi znaleźli się koło Moguncji, opanowawszy w ciągu trzech miesięcy większość środkowych Niemiec. Niezależnie od innych korzyści o słuszności podjętej decyzji świadczył lepszy stan fizyczny, a nawet sam wygląd szwedzkiej armii. W krótkim czasie zbieranina nędzarzy nękających Brandenburgię i Saksonię zmieniła się w bogate, dobrze umundurowane wojsko26. Oczywiście osiągnięto to dzięki wyciśnięciu czego się da z leżących na trasie przemarszu miast; w każdym z nich dodatkową kontrybucją obkładano katolickich księży i Żydów.
Zimę 1631/1632 armia spędziła w rejonie Würzburg-Frankfurt-Moguncja. W tym czasie Gustaw Adolf stał na czele już ponad 100 tysięcy żołnierzy. Przygotowując się do kolejnej kampanii miał nadzieję liczbę tę podwoić. Mimo że jego żołnierze mogli obecnie korzystać z zasobów połowy Niemiec, zdawano sobie sprawę, iż armię można będzie utrzymać tylko po opanowaniu nowych terenów. Po raz kolejny kierunek marszu dyktowała geografia. Szwedzi pomaszerowali na wschód wzdłuż Dunaju, sforsowali Lech, po czym przystąpili do ściągania kontrybucji z Bawarii. Zanim jednak skończyło się lato, zrozumiano, że nawet ogromne sumy ściągnięte z Norymbergi czy Augsburga nie wystarczą. By uniknąć rozpadu, armia musiała kontynuować swą "ucieczkę do przodu" wzdłuż Dunaju27. Marsz na Wiedeń został jednak wkrótce przerwany wiadomością, że Wallenstein wyruszył z Czech i wkroczył do Saksonii, zagrażając łączności Szwedów z Bałtykiem. Wykazując się rzadką wówczas troską - w końcu działał setki kilometrów od swej "bazy" - Gustaw Adolf opuścił Donauwörth i po serii marszów i kontrmarszów dotarł do Fürth pod Norymbergą, gdzie rozbił obóz. Armia pozostała tam przez następne dwa miesiące, w ciągu których król szwedzki i Wallenstein usiłowali wygłodzić się wzajemnie. Dowódca cesarski okazał się bardziej biegły w tego rodzaju działaniach. W połowie września Gustaw Adolf musiał wymaszerować, wszystko jedno dokąd. Wiele o siedemnastowiecznych sposobach zaopatrywania niech mówi fakt, iż oddziały Wallensteina, choć zdołały w końcu pokonać Szwedów pod Alte Feste, nie mogły iść za nimi z powodu głodu i chorób.
Wróciwszy nad Dunaj Gustaw Adolf wznowił swój marsz na wschód, w głąb Bawarii. W październiku ponownie groziło mu odcięcie od Szwecji, zabrał więc 20 tysięcy żołnierzy i pomaszerował na Naumburg celem zabezpieczenia przepraw przez Soławę. Jego wojska przebyły ponad 430 kilometrów w 27 dni. Spośród wszystkich przemarszów szwedzkiego króla tylko ten osiągał tempo zbliżone do napoleońskiego, a przecież odbywał się przez obszar wcześniej opanowany i obsadzony garnizonami.
Działania Gustawa Adolfa w Niemczech, 1630-1632
Gustaw Adolf zaskarbił sobie miejsce w annałach historii wojskowości przede wszystkim dzięki swoim innowacjom taktycznym i technicznym. Natomiast jego sztuka operacyjna - jeśli nie liczyć niemożliwych do zrealizowania rojeń o koncentrycznym marszu pięciu czy nawet siedmiu armii na Wiedeń28 - była raczej typowa dla jego epoki. Nie wykorzystywał względnie niskiej liczebności swych sił do swobodnego manewrowania, ale przeciwnie - potrzeba napełnienia żołądków żołnierzy i koni oraz brak systemu zaopatrywania zmuszały go do maszerowania tam, gdzie można było zdobyć żywność. Gustaw Adolf mógł zatem powtórzyć słowa jednego z późniejszych władców, iż armią dowodził nie on, ale żywność i końska pasza. W następnym pokoleniu jednakże podjęte zostały pierwsze próby uwolnienia sztuki operacyjnej od tej formy zależności od kwestii logistycznych.