Przeszłość KAMILA
Prawa Murphy'ego dotyczą mnie jak chyba nikogo innego. Jeśli chleb spada na podłogę, to na stronę posmarowaną masłem. Jeśli wreszcie mam szansę się wyspać, budzę się przed piątą. Jak dzisiaj. Pierwsza wolna sobota od dwóch miesięcy, a ja już od kilku godzin przewracam się z boku na bok. Na dodatek John pracuje, a samej nie chce mi się nic robić. Dużo czasu, żeby się zastanawiać. Zbyt dużo.
Gdy przyjeżdżałam do Waszyngtonu siedem miesięcy temu, byłam na prochach. Miałam za sobą trzytygodniowy pobyt w psychiatryku. Niby nie tak długo, ale wolałabym nie chwalić się tym w CV, jeśli uda mi się skończyć studia i będę starać się o poważną pracę. Nikt normalny nie próbuje popełnić samobójstwa tylko dlatego, że jakiś dupek (no dobra, to był mój chłopak przez trzy lata) postanawia odejść do innej. Na podcięcie żył nie zdecydowałam się od razu. Stopniowo przestałam chodzić na uczelnię, spotykać się ze znajomymi, nawet odzywać się do rodziców. Na siostrę w ogóle nie reagowałam. Iza mówiła później, że gdy próbowała ze mną rozmawiać, w moich oczach była pustka. Lubi używać takich wyrażeń. Po maturze wybiera się na polonistykę, a teraz w sekrecie pisze opowiadania. W sekrecie przed wszystkimi, tylko nie przede mną. Nie znam się, ale uważam, że w jej pisaniu jest jakaś magia.
W każdym razie któregoś dnia po prostu nie wstałam z łóżka i nie wychodziłam z niego przez tydzień, jeśli nie liczyć wizyt w toalecie. Nawet przejście kilku kroków było wysiłkiem, z którym wolałam się nie mierzyć. Łatwiejsze wydawało się sięgnięcie po żyletkę. Trochę na początku bolało, ale myśl, że wszystko się kończy, była krzepiąca. Obudziłam się na oddziale. Faszerowali mnie lekami i to stłumiło depresję. Dojście do względnej normalności zajęło dużo dłużej. Ważniejsze niż prochy okazały się sesje terapeutyczne. Anię, psycholożkę, poznałam w wariatkowie. Jest młoda, jeszcze niespaczona, podchodzi do pracy idealistycznie. Nawet ja, mając tak zaburzoną percepcję, zdawałam sobie z tego sprawę. Gdy opuściłam szpital, nadal się z nią umawiałam. Po dwóch miesiącach zasugerowała, że dobrze zrobiłaby mi zmiana otoczenia. Czemu nie - pomyślałam - i tak przecież choroba zapewniła mi roczny urlop zdrowotny na uczelni. Stany! Dla studentki anglistyki taka opcja była kusząca. Iza doradziła, jak postępować. Koleżanka mamy ze szkoły średniej wyszła za Amerykanina i od wielu lat mieszka pod Waszyngtonem. Ją należało poprosić o zaproszenie. Rodzice nie wydawali się przekonani, ale wykrzesałam z siebie tyle entuzjazmu, że zdecydowali się mnie wesprzeć, również finansowo. Mama skontaktowała się z Iloną i za chwilę miałam zaproszenie. Z wizą nie było problemów. Pomógł mi fakt, że studiuję anglistykę i konsulowi się podobało, że rozmawiam po angielsku.
Ostatniej nocy przed wyjazdem mama kazała mi przysiąc, że choćby nie wiem co nie targnę się na życie. Oczywiście zrobiłam, jak chciała, chociaż trochę mnie to śmieszyło. Osoby zamierzające popełnić samobójstwo mają gdzieś przysięgi. Cała rodzina odwiozła mnie na lotnisko. Gdy przekraczałam bramkę, machałam im z uśmiechem.
Znajomi rodziców pomogli znaleźć niedrogi pokój. Pracy musiałam szukać sama. Na myśl, że będę chodzić po knajpach, rozmawiać z menedżerami i przedstawiać własne zalety jako potencjalna kelnerka, wrócił strach, który w Polsce udawało mi się stłamsić. Przez dwa dni zwiedzałam Waszyngton, udawałam zachwyt nad Kapitolem, Białym Domem czy National Gallery of Art, ale gardło miałam ściśnięte, ręce mi drżały i niemal nie jadłam, pomimo że nadal łykałam tabletki.
W dniu, który wyznaczyłam na rozpoczęcie poszukiwań, prawie nie wstałam. Leżałam od piątej rano (zawsze piąta!), wpatrując się w sufit. Lepiej zostać w łóżku, odpocząć - w końcu przez te dwa dni stale byłam na nogach - i zająć się chodzeniem po restauracjach jutro. Jakimś cudem, gdy córka właścicieli o jedenastej zapukała i powiedziała przez drzwi, że jeśli nadal chcę zabrać się z nią do centrum, powinnam już się budzić, odkrzyknęłam, że za chwilę będę gotowa. To naprawdę musiał być cud, boska interwencja, inaczej nie umiem tego wytłumaczyć, ale wyskoczyłam z wyrka, wzięłam prysznic, nałożyłam makijaż i uśmiechnęłam się do lustra. Uśmiech, choć sztuczny, sprawił, że poczułam się lepiej. Zostawiłam go już na twarzy prawie na cały dzień, aż rozbolały mnie szczęki. Justine wyrzuciła mnie przed jakąś knajpą i życzyła powodzenia. Gdy mówiłam "thank you!", słyszałam w swoim głosie tyle energii, że prawie uwierzyłam, iż mam ją w sobie. Z rozpędu przekroczyłam próg, wyszczerzyłam się do hostessy i zapytałam o menedżera. Był w biurze. Niezwykle miły facet z byłej Jugosławii, nie pamiętam już - Chorwat czy Serb, wiem tylko, że rozmowa okazała się naprawdę przyjemna. Nie potrzebował kelnerki, ale polecił niedawno otwarte francuskie bistro, które prowadził jego przyjaciel. Już w trakcie konwersacji z Ivo czułam się jak na haju. Potrafię działać, załatwiać swoje sprawy. Poszłam pod wskazany adres. Właściciel powiedział, że mogę rozpocząć pracę już następnego dnia. Nie wiem, czy był w desperacji, bo nikt inny się nie zgłaszał, czy zrobiłam dobre wrażenie, ale oczywiście uwierzyłam w drugi wariant. Zademonstrowałam nawet swój francuski. Uczyłam się w liceum i nie określiłabym swojego poziomu jako zbyt wysokiego, ale Pierre mnie pochwalił.
Euforia wzbierała do momentu rozpoczęcia pracy. Później ustąpiła miejsca zmęczeniu. Bieganie do kuchni i z powrotem na wysokich obcasach, rozmawianie z klientami o bzdetach, przyjmowanie pieniędzy i pamiętanie o wszystkim okazało się trudniejsze, niż mi się wydawało. Miałam trudności z koordynacją, ale tylko raz wylałam sok na elegancką bluzkę jakiejś starszej pani. Nie wiedziałam, jak przepraszać, ale klientka zapewniła, że nie szkodzi i przyniesie mi rachunek z pralni. Pod koniec dnia padałam na twarz. Gdy w domu spojrzałam na kostki u nóg, były tak spuchnięte, że się przeraziłam. Ogarnęły mnie wątpliwości. Czy nie porwałam się na zadanie ponad siły? Wcale już nie chciałam wylegiwać się w łóżku, ale może lepiej wrócić do Polski. To trochę upokarzające, rodzice jednak zrozumieją. Przeliczyłam napiwki. Sto dwadzieścia dolarów! Dokonałam szybkiej kalkulacji. Za pokój płaciłam czterysta dolców na miesiąc. Jeść mogłam w moim bistro. Reszta pieniędzy dla mnie. Jeśli wytrwam, przyjadę do domu ze sporą ilością gotówki. To dodało mi siły.
Powoli się przyzwyczajałam. Zmęczenie nie było już tak wszechogarniające. Zaczynałam nawet odczuwać przyjemność, rozmawiając z klientami. Amerykanie są zabawni. Tyle komplementów. A to, że jestem taka miła, a to, że mój angielski jest wspaniały, a to, że akcent mam uroczy, a to, że robię świetną sałatkę Cezar (podejrzewam, że mieszam składniki za każdym razem inaczej, ale i tak są tacy, którzy twierdzą, że jestem najlepsza). Niektórzy pytali, czy jestem wolna po pracy, ale kręciłam głową, czasem wymyślałam historyjkę o zostawionym w Polsce narzeczonym. Nie byłam gotowa na facetów.
Wszystko się zmieniło, gdy przyszedł John. Miał w sobie jakiś urok, świeżość - nie jestem pewna, czy to dobre określenia - coś, co mnie do niego pociągnęło. Wydawał się inny niż poznani dotąd mężczyźni - chociaż nie umiałabym określić, na czym ta inność polegała. Sam jego wzrok sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Patrzyłam na jego duże, silne ręce i zastanawiałam się, jakby to było poczuć je na swoim ciele. Od samego myślenia brakowało mi tchu. To było coś całkowicie nieoczekiwanego - nigdy, nawet gdy miałam chłopaka - nie snułam podobnych fantazji. Pieszczoty i późniejszy seks z moim byłym wydawały mi się czymś obojętnym. Do tego stopnia obojętnym, że uważałam się za zimną erotycznie.
Kiedy John się dowiedział, że jestem z Polski, ucieszył się jak dziecko. On też ma polskie korzenie. Jego dziadkowie ze strony mamy byli Polakami. Znał kilka słów, powiedział je z akcentem, który mnie rozśmieszył, a jednocześnie wywołał dreszcz podniecenia. Wszystko, co robił, wszystko, co mówił, działało na mnie jak silny narkotyk. Nadal tak jest.
John wracał, zawsze prosił, żeby posadzić go przy moim stoliku. Dopiero za piątym razem zaproponował drinka. Poszliśmy do baru, on gładził moje palce, podnosił je do ust, całował wnętrze dłoni. Chciał, żebym mówiła o sobie, więc już tego pierwszego wieczoru powierzyłam mu najwstydliwsze sekrety. Zrobiłabym wszystko, żeby tylko był ze mną, żeby nie przerywał dotyku. Krótko po północy pojechaliśmy do niego. W taksówce całowaliśmy się jak dwójka napalonych małolatów. Nawet na schodach nie trzymaliśmy rąk z dala od siebie. Oddałam mu się z mieszanką radości i grozy. Czułam bezustanne upojenie, ale alkohol nie miał z tym nic wspólnego. Tej nocy cztery razy przeżyłam orgazm. Ja, która do tej pory nie miałam pojęcia, co to słowo oznacza.
Gdy wychodziłam, jeszcze spał. Cały dzień rozpamiętywałam naszą noc, ponownie przeżywałam bliskość. Jednocześnie narastał lęk. Niejednokrotnie przecież słyszałam, że mężczyźni tracą zainteresowanie, jeśli dostaną to, czego chcą. Może Johnowi też tylko o to chodziło? Zaliczył kolejną łatwą laskę, i tyle. Pomyślałam, że nie dam rady tego znieść. Wpadnę w czarną dziurę, dużo głębszą niż poprzednio. Żadne tabletki nie pomogą. Nie dotrzymam przysięgi złożonej matce. Skutecznie skończę ze sobą. Nie, budził się we mnie bunt. Nie skończę. To tylko wrażenie. Jestem w stanie to znieść. Jestem w stanie znieść dużo więcej. Problem w tym, że nie byłam pewna.
Cały dzień pracowałam na autopilocie. John przyszedł, kiedy kończyłam zmianę. Pamiętał, o której.
Przychodzi zawsze, chyba że akurat jest w pracy. Nasza relacja jest nie tylko erotyczna. Kocham go. Wie o mnie wszystko, lecz ja też znam go lepiej niż ktokolwiek inny. Ma trzydzieści cztery lata, jest sporo starszy, ale prawdopodobnie dlatego tak dojrzały, taki mądry. Jest chirurgiem. Samo to wprawia mnie w osłupienie. Nie dałabym rady operować, zemdlałabym, grzebiąc w czyichś wnętrznościach. On natomiast przeprowadza skomplikowane operacje i potrafi opowiadać o tym z pasją. Chciałabym odnosić się tak do swojej przyszłej pracy, a nawet jeszcze nie zdecydowałam, co chcę robić, gdy skończę studia. John ma zdanie na każdy temat; możemy godzinami dyskutować o Faulknerze czy O'Neill'u. Politycznie ma określone poglądy. Nie przepada za Bushem i republikanami, zdecydowanie bliżej mu do demokratów. Mnie też nazwa podoba się bardziej, ale to wszystko. Tata kiedyś powiedział, że obie partie amerykańskie to jeden szajs, a reszta polega na mamieniu wyborców. Ostrożnie powtórzyłam tę opinię, zaznaczając, że nie jest moja, ale John niespodziewanie się z nią zgodził. Dodał jednak, że dopóki nie ma trzeciej siły, która naprawdę zmiecie dotychczasową hipokryzję, on będzie opowiadał się za demokratami. Oburzał się na zaściankowość dziennikarzy i obywateli, którzy potępiali Clintona za aferę z Monicą Lewinsky. Prezydent, nie prezydent - miał prawo do życia prywatnego, a innym od tego wara. Zasadniczo mam podobny pogląd, ale interesowało mnie zdanie Johna na temat wierności małżeńskiej. Wzruszył ramionami i powiedział, że to bardzo indywidualna kwestia i zależy od umowy między małżonkami. Jeśli chcą, mogą nawet żyć we wstrzemięźliwości seksualnej, jeśli natomiast mają ochotę na inne konfiguracje, wszystko jest dopuszczalne. Nie doprecyzował, co rozumie przez wszystko, ale i tak wiem, że jego poglądy są zdecydowanie bardziej liberalne niż moje. Nie miałam odwagi zapytać, czy sypia z innymi kobietami. Nie zniosłabym odpowiedzi twierdzącej. Czasem wydaje mi się, że on też mnie kocha, nigdy jednak tego nie powiedział. Potrzebuję słów.
Za dwa miesiące powinnam wrócić do Polski. Gdy o tym myślę, zaczynam się trząść. Nie mam pigułek, które by to złagodziły, skończyły mi się trzy miesiące temu. Mogłabym postarać się o receptę, może nawet John by mi ją załatwił, ale nie chcę. Funkcjonuję bez leków i jestem z tego dumna. Odsuwam strach. Nie jestem pewna, ile znaczę dla Johna, ale to mężczyzna zdolny do miłości. Matkę z pewnością kocha. Wychowała go sama, ojciec zginął w Wietnamie, gdy John był jeszcze niemowlęciem. Ma na imię Vivien (polscy dziadkowie Johna uwielbiali Vivien Leigh), jest pediatrą i to ona zaraziła syna miłością do medycyny. John odwiedza ją co najmniej raz w tygodniu. Pokazywał mi jej zdjęcia. Nadal jest piękna. To po niej odziedziczył czarne gęste włosy i duże ciemne oczy.
Patrzę na zegarek. Ósma. Dość. Nie chcę wylegiwać się w łóżku. Nie jestem tą samą osobą, którą byłam przed próbą samobójczą. Pozbierałam się. Czuję się uzależniona od Johna, ale to miłość. Normalna miłość. Ja też jestem normalna i zdrowa. Podnoszę się. Czas na drobne przyjemności. Rozkoszuję się świeżo zmieloną kawą, a potem prysznicem. Przeglądam się w lustrze. Nie jest źle, ale włosy zbyt mi urosły i końcówki zaczęły się rozdwajać. Postanawiam iść do fryzjera.
Amerykańscy fryzjerzy nie są tani, a mam wrażenie, że zakład, który odwiedzam, nawet na tutejsze warunki jest kosztowny. Efekt jednak jest oszałamiający. Barbara, jak przedstawiła mi się fryzjerka, ma lekką rękę i świetne wyczucie. Nie skróciła mi mocno włosów, ale umiejętnie podcieniowała, nadając fryzurze nowy kształt. Mimo dodatkowego niemałego kosztu dałam się namówić na pasemka, które rozświetlają nieco przyszarzały blond. Nawet moja twarz wydaje się inna, jakby ładniejsza, subtelniejsza. Uśmiecham się do Barbary i zostawiam hojny napiwek.
Do domu wracam spacerem. Jestem świadoma męskich spojrzeń, sprawiają mi przyjemność. Co chwila podnoszę dłonie do głowy, przeczesuję palcami włosy. Wyobrażam sobie zachwyt w oczach Johna, jego ręce bawiące się moimi lokami. Pragnę. Teraz. Zaraz. Natychmiast. Wyciągam komórkę, wybieram numer. Piętnaście sygnałów i telefon się rozłącza. John z pewnością jest zajęty pacjentami, może nawet przeprowadza operację. Przepływa przeze mnie fala rozczarowania.
W mieszkaniu padam na łóżko. Powoli, bardzo powoli, coś się we mnie budzi. Zaczynam walczyć. To, ile jestem warta, nie zależy tylko od Johna. Cokolwiek się stanie, moje życie jest ważne. Relacje z innymi są istotne, ale mogą się zmieniać. Mam na nie wpływ. To moje słowa. Sama doszłam do takich wniosków na którejś sesji z Anią.
Ponownie sięgam po telefon. Relacje damsko-męskie to tylko część życia. Mam rodziców, mam siostrę, mam przyjaciół. Dzwonię do Izy. Odkąd przyleciałam do Stanów, rzadko się kontaktujemy. Uznaję, że okazjonalna rozmowa z mamą załatwia całą rodzinę. Siostrę zaniedbuję, a przecież początkowo słała mi SMS-y. Odpowiadałam mniej więcej na co drugi. Odbiera natychmiast. Opowiadam jej o moich gospodarzach, o pracy, innych kelnerach, klientach (między innymi o starszej pani, która dotrzymała obietnicy i przyniosła rachunek z pralni), o Waszyngtonie. Gadam dużo, nie wspominam tylko o Johnie, nawet gdy Iza pyta, czy kogoś poznałam. Mówię, że na razie wolę zajmować się sobą niż jakimiś głupimi facetami. Iza się śmieje, ale odwdzięcza się historią o nowo poznanym chłopaku. Prawdziwe ciacho, starszy od niej, student informatyki. Wciągam się, czuję, jakbym siedziała z nią na kanapie, jakbyśmy chichrały i czesały sobie nawzajem włosy. Właśnie, włosy. Mówię o nowej fryzurze, a ona prosi, żebym wysłała fotkę. Obiecuję, że zrobię to, gdy tylko skończymy gadać.
Wyciągam trójnóg i kładę na nim cyfrowy aparat, prezent od taty. Wiem, że mocno się wykosztował, ale chciał, żebym dokumentowała pobyt. Ustawiam samowyzwalacz i biegiem przemieszczam się na drugi koniec pokoju. Zastygam ze zwykłą miną do zdjęcia, uśmiechem odsłaniającym zęby, nawet mówię "cheese". Za każdym razem sama czuję, że to idiotyzm. Gdy jednak podłączam aparat do laptopa, jestem zadowolona z efektu. Jak zazwyczaj zresztą. Daleko mi do piękności, ale na fotografiach wychodzę nieźle. Piszę krótki e-mail: "Chciałaś, to masz" - i wysyłam zdjęcie do Izy.
Przy okazji oglądam inne fotki ze Stanów. Większość jest z moich spacerów z Johnem. John, zawsze John. Znów dopada mnie tęsknota, znów prawie zwala mnie z nóg. Zanim spróbuję się wygrzebać, odzywa się moja komórka. Przestaję oddychać. Żeby to był John! Chwytam telefon i widzę jego imię na wyświetlaczu. Kolana miękną, wszystkie mięśnie robią się słabe.
- Hello, darling.
Nigdy tak do mnie nie powiedział. Honey, baby, to tak. Darling musi znaczyć więcej. Nie potrafię nie robić sobie nadziei. Rozmawiam z nim jednak jakby nigdy nic, opowiadam o wizycie u fryzjera, próbuję nawet być dowcipna.
- Chcę cię zobaczyć. Uwielbiam twoje włosy. Chcę je owinąć wokół palców. Przyjedź do mnie.
Jestem na każde zawołanie, ale muszę się upewnić.
- Do szpitala?
- Tak.
- To strasznie daleko. Długo mi zajmie.
- Zamów taksówkę. Zapłacę. Kiedy będziesz na miejscu, wyślij mi SMS.
Wszystko robię zgodnie z instrukcją. Jeszcze zanim zapłacę kierowcy, piszę do Johna. "Siódme piętro, pokój ósmy. Czekam, skarbie" - przychodzi odpowiedź.
Siódme piętro - już się przyzwyczaiłam i nazewnictwo amerykańskie wcale nie wydaje mi się dziwne. Zaczynają od pierwszego - i dobrze. Parter tylko komplikuje. Gdy wychodzę z windy, zauważam kobietę w białym fartuchu. Obrzuca mnie ostrym spojrzeniem. Pewnie mi się wydaje. Nieważne. Ważne jest tylko, że za chwilę zobaczę Johna, za chwilę zamknie mnie w ramionach.
Otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. Powitalny pocałunek sprawia, że przestaję nad sobą panować. Jestem pijana Johnem; jego widokiem, zapachem, dotykiem. Na sofie odsuwa mnie na odległość ramienia, przygląda mi się uważnie.
- I co myślisz? - udaje mi się wydukać.
- Piękna - szepcze.
Oplata palce moimi włosami, zbliża je do ust. Zamykam oczy. Pozwalam jego dłoniom gładzić szyję, zsuwać się niżej. Gdy zaczynają rozpinać zamek moich dżinsów, przemyka mi przez głowę, że to nie powinno się zdarzyć w tym pokoju, na lekarskiej kozetce. Nie wiem nawet, czy John zamknął drzwi na zasuwę. Mimo to nie protestuję, wibruję pod jego dotykiem, przyjmuję go z radością.
- John - mówię, gdy jest już po wszystkim. - Chyba nie powinniśmy tutaj...
- Cicho, maleńka, cicho.
Znów mnie całuje i wszystkie skrupuły znikają. Ubieramy się, ale siedzimy blisko. Wyciąga sto dolarów z portfela, wsuwa mi za stanik.
- Co robisz? - szepczę.
To idiotyczne, ale czuję podniecenie.
- Za taksówkę.
Przez chwilę bawi się moją piersią. Nie potrafię wykrztusić słowa. Dopiero gdy przesuwa dłoń na szyję, mówię drżącym głosem:
- To za dużo.
- Nieważne. Kiedyś postawisz mi drinka. - Całuje mnie lekko w kącik ust i dodaje: - Wiesz, chciałbym, żebyśmy jutro po twojej pracy odwiedzili moją mamę.
Nie wierzę własnym uszom. Proponuje, żebym poznała jego matkę. To musi być poważne. Uśmiecham się.
- Bardzo chętnie.
- Chcę, żeby wiedziała, że jesteś dla mnie kimś niezwykłym. Że cię kocham.
Znów brakuje mi tchu.
- Co powiedziałeś?
- Kocham cię - powtarza.
- Ja też cię...
Nie kończę, bo przerywa mi pukanie do drzwi.
- Proszę - mówi John.
Nie odsuwa się ode mnie. To ja przesiadam się na drugi koniec kozetki. Jakieś konwenanse nadal we mnie tkwią. W pokoju pojawia się ta sama kobieta, którą mijałam w korytarzu. Spuszczam oczy.
- John - mówi. - Jesteś potrzebny w sali numer pięć. Tętno pani Jones zanika.
John zrywa się na równe nogi. W progu odwraca się do mnie.
- Jutro po pracy przyjeżdżam po ciebie. Bye, darling.
Już wiem, że sobie nie wmawiam. Kocha mnie. Myślę o biednej pani Jones, której zanika tętno. Muszę zapytać o nią Johna. Mam nadzieję, że jej pomoże. Jeśli nie on, to kto?
Gdy drzwi windy otwierają się na parterze (więc jednak nie do końca odzwyczaiłam się od polskiego nazewnictwa), czeka przed nimi kobieta o ostrym spojrzeniu. W tym momencie zdaję sobie sprawę z jej atrakcyjności. Jest średniego wzrostu, bardzo szczupła, ale biust ma duży. Dekolt wyeksponowany.
- Jeśli wydaje ci się, że jesteś jedyną, która pieprzy się z nim na tej kozetce, bardzo się mylisz - rzuca mi w twarz.