Honza spotyka Hankę
Zbliżał się czas kolacji. Honza przekładał w szafie.
Szafa była duża, trzyskrzydłowa. Biała sklejka, lustro, przesuwne drzwi. Skandynawski design. Rzeczy Honzy zajmowały niewiele miejsca. Trzy starannie wyprasowane koszule wisiały w środkowej części. W koszykach na dole skarpety i slipy, poukładane według kolorów. Z lewej strony, na dwóch półkach, chociaż zmieściłyby się na jednej, kostki podkoszulków, spodni i swetrów. Na dolnej płaszcz zimowy, kamizelka, czapka, szalik, rękawiczki. W worku na śmieci, dla ochrony przed kurzem. W dolnej szufladzie kilka rzeczy z dawnego życia, trudnych do określenia jako pamiątki.
Od czasu do czasu zmieniał ułożenie na półkach. Lubił to. Przekładanie było ceremoniałem. Z mebli, do których się w życiu wprowadzał i od których się wyprowadzał, najlepiej pamiętał kastlik i wąską komódkę. Wszystko, co miał do dyspozycji w tak zwanym rodzinnym domu. Ciasnota, przyleganie, gniecenie się, żywe uczucie. Żalu. Meble były dla niego za małe, przypominały wyposażenie domu dla lalek. W sam raz dla chłopca, który żyje życie dla lalek.
Zamknął szafę, przysiadł na brzegu łóżka. Przez okno widok na mały park, za nim plac zabaw, skatepark. W ciepłe dni słyszał stukot deskorolek. Od czasu do czasu zderzenie ciała z rampą, ziemią, krzyk. Po zachodzie słońca weselejące lub odwrotnie, smutniejące wraz z rozrzedzaniem krwi alkoholem, rozmowy młodych. Czasami udawało się zrozumieć, czego nie znoszą, o czym marzą.
Dzisiaj na rampie kołysały się dwie dziewczyny. W czapkach z daszkami do tyłu. Zadziwiające, że to wciąż jest w modzie.
Honza podszedł do okna. Wydawało mu się, że jedna z dziewczyn patrzy na niego. Uśmiechnął się, podniósł dłoń. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jest zbyt daleko, dziewczyna patrzy na kogoś zupełnie innego. Grymas nad własną naiwnością. Stary, powinieneś się skupić na diecie i modlitwach. Nagle przypomniał sobie, że przecież nie zna żadnych modlitw. Poza tym modlitwy trzeba odmawiać. Wymawiać, zaklinać, mianować nimi rzeczywistość.
Kiedy myślał "modlitwa", przypominała mu się rozmowa z przeszłości. "Kim jestem?", zapytał kiedyś Dziadka, który naprawiał wybrzuszoną szufladę jego komódki. "Jesteś tym, kim sądzisz, że jesteś". "A ty?". "A co o mnie sądzisz?". "Jesteś moim dziadkiem?" "Jeżeli tak mnie nazwałeś". Honzie wydawało się wtedy, że powiedzieli sobie coś bardzo ważnego.
Upłynęło kilka lat, zanim zdrapał z rzeczywistości otaczającej konkubenta matki etykietkę Dziadek. Drapać musiał do krwi. Nie Dziadka, nie matki. Swojej.
Od tej pory wolał być ostrożny z modłami, nazywaniem i innymi aktami strzelistymi.
Zamknął szafę, wygładził kapę, wyszedł.
Na korytarzu spotkał jednego z opiekunów, który sprawdzał, czy opieszali mobilni dobrze się czują. A naprawdę, czy całe dziadostwo idzie na kolację, żeby nakarmienie wszystkich pierdzieli nie trwało zbyt długo. Odwzajemnili uśmiechy.
- Ale pan dzisiaj rozgadany - zażartował opiekun.
Honza zaczął się zastanawiać, kiedy tak właściwie przestał mówić. Nie w szkole, nie po śmierci matki, nie w domu dziecka. Mówił, kiedy zaczynał na poczcie. Mówił jeszcze, kiedy za szybko się ożenił, szybko rozwiódł.
Dzień dobry, dziękuję, do widzenia, do zobaczenia, żegnam. Zawsze mówił mało. Z czasem coraz mniej. Mniej, rzadziej, w końcu w ogóle i niewiele się zmieniło. Pracę wykonywał bez zarzutu. Przykładnością, punktualnością, nienagannym wykonywaniem obowiązków chciał sprawić, by niełatwo było go wyrzucić.
Potem doznał uczucia. Usłyszenia. Podczas rozmów słowa, których wysłuchał, wsiąkały od razu w głąb niego. Nie musiał czekać w trusim napięciu, aż dobrzmią, skończy się rozmowa, zdąży przemyśleć. Zrzucił balast bycia gotowym do odpowiedzi. Reagowania w sposób, który miałyby sens dla interlokutora. Wyrażania bez urażania. Zresztą nigdy nie było mu łatwo dobierać słowa. Pocił się, powoli składał zdania, w końcu mówił coś innego, niż chciał powiedzieć. Później rozpamiętywał.
Kiedy milczał, napotkani mówili więcej. Mościli się w ciszy. Otwierali. Jedni, ponieważ znaleźli w nim słuchacza, całą słuchownię, bez szmerów, zainteresowaną. Inni, ponieważ zdawało im się, że milczenie równa się dyskrecji, że mogą powierzyć Honzie swoje najskrytsze tajemnice. Afonia przeraża, ale także daje uczucie przyjemnej martwoty. Niejednemu, niejednej wydawało się, że kiedy wyznają niememu swoje przewinienia, uciszą swoją wstydliwą przeszłość. Dobiją ją.
Spotykał jeszcze innych, którym własne słowa w ciszy ciążyły. Odchodzili zgnębieni, zagubieni. Wypowiedzieli, a tu głusza. Wyznania bez odpowiedzi. Powrót do własnego odmętu.
Na kolację była žemlovka [1]. Smak dzieciństwa i prawdy. Kiedy zrozumiał, że Dziadek nie jest dziadkiem, a matka i Dziadek zrozumieli, że on zrozumiał, na obiad była žemlovka. Danie na specjalnie okazje. Połykał wtedy za gorące, za duże kawałki. Opróżnił talerz, odszedł od kuchennego stołu zaszyć się w swoim kącie z kastlikiem i komodą, ze swoim poparzonym gardłem.
Jadalnia Domu Spokojnej Starości była przyjemnym pomieszczeniem. Przestronna, dobrze oświetlona. Pastelowe kolory.
Honza zazwyczaj przychodził później. Lubił rolę spóźnialskiego. Unikał ciżby ciał, tłoku głów, chmury rąk nad szwedzkimi stołami.
Teraz zapach jedzenia reanimował zjełczałe wspomnienia.
Zderzenia widelców z nożami, talerzami, brzdęk o podłogę. Stukot szklanek o blat stolika. Szuranie nogami. Szelest papierowych serwetek. Okupacja zmysłów. Także wzroku, który wyhaczył prostokąt pleców. Damskich. Ładnych, lekko wykrzywionych starością. Ktoś siedział na jego miejscu.
Stolik był trzyosobowy, przy oknie. Siadywał przy nim Honza oraz pani z szóstego piętra, która nie przepadała za pogaduszkami przy posiłkach. Teraz naprzeciw niej siedziała kobieta. Stolik, chociaż otoczony trzema krzesłami, był za mały dla trojga. Prawa do miejsc w jadalni były jednak umowne. Czasem dochodziło do sporów o stół czy krzesło, ale stoliczkiem w kącie nikt się nie interesował.
Byłoby łatwiej, gdyby Honza mówił. Mógłby podejść, zapytać, przepraszam, co pani tutaj robi. Lub od razu jakoś ładnie, ale stanowczo opierdolić.
To musi być nowa, westchnął Honza. Niechętnie usiadł na pierwszym lepszym wolnym miejscu. Kobieta, z którą do tej pory dzielił stolik, posłała w jego stronę zakłopotany uśmiech. Obecność nowej męczyła ją. Nowa podjęła wysiłek wcielania się w siebie dla innych. Mówiła, chciała być miła.
Honza myślał o strategii na kolejny dzień. Przyjdzie wcześniej. Niech się te plecy nie przyzwyczajają do oparcia jego krzesła. Na razie obserwował ich ruchy. Podobały mu się.
Plecy podniosły się, obróciły. Nowa zauważyła Honzę, który zdążył już wytrzeszczyć oczy. Hana? Ktoś, kto zestarzał się na Hanę? Miała siostrę? Kuzynkę?
- Zaraz zwariuję. - Znajomy głos. - Nie, już zwariowałam. Powinnam była od razu udać się do szpitala zamkniętego.
Hanka podeszła bliżej, stanęła obok Honzy. Wpatrywała się. Uporczywie. Z nadzieją w oczach. Szukała szczegółu, który należałby do kogoś innego, obcego. Iskierki dla nadziei, że to nie Honza. W twarzy, na szyi, w klatce piersiowej, w dłoniach. W końcu odeszła zrezygnowana.
- Pan zna tę nową? - zapytał mężczyzna siedzący obok Honzy. - Niezła babka, taka energiczna.
Honza wzruszył ramionami, wstał od stolika, wyszedł.
Do nocy siedział z podkurczonymi nogami. Zmrok nieśpiesznie, ale gorliwie zalewał pokój. Skrywał jego ulubioną szafę, ściany, jego samego w szarzyźnie, później ciemności. Zza okna dochodził stukot deskorolek. Biba nastolatków. Śmiech, krzyki, pogróżki, prowokacje, w końcu bełkot. Pewnie z ust pachnących alkoholem, fast foodem. Ust, których wargi powoli pierzchły, żegnały stan upojenia, witały kaca. Położył się nad ranem. Resztki odgłosów przyjęły formę paplaniny. Lulanki sklejającej powieki monotonią nie spokoju, ale skrępowania. Obezwładnienia.