ROZDZIAŁ IPrzetrwać
1942
– Do Auschwitz – powiedział niemiecki oficer, patrząc na czternastoletnią dziewczynkę.
Stała nieruchomo – ta nazwa nic jej nie mówiła. Gdziekolwiek ją wywiozą, z pewnością będzie lepiej niż tutaj.
1939
W powietrzu jeszcze unosił się zapach krwi sąsiadki leżącej na progu wejścia do kamienicy Binsztajna, w której Helenka mieszkała od kilku zaledwie tygodni. Nadal słyszała bulgoczący w gardle trzynastoletniej Jadzi ni to oddech, ni to krzyk. Przed oczami ciągle miała wypięty zad radzieckiego żołnierza gwałcącego jej koleżankę. Ta usiłowała wydostać się z obmierzłej pułapki, wierzgając nogami i bijąc zaciśniętymi piąstkami na oślep. Poirytowany gwałciciel sięgnął po nóż włożony za pas i poderżnął jej gardło, by spokojnie skończyć, co zaczął. Helence wydawało się, że dudnienie w skroniach nigdy nie ustanie, chciała stamtąd wybiec. Nie myślała o tym, że na zewnątrz jest mnóstwo podobnych mężczyzn. Jedyna droga ucieczki prowadziła przez drzwi, w których umierała Jadzia, przywalona rozluźniającym się już cielskiem cuchnącego żołnierza – dziewczynka przeskoczyła nad nimi i popędziła przez podwórze za domem do ulicy Kościuszki. Biegła długo. Każde wciągnięcie powietrza w płuca paliło ją i zdawało się rozsadzać klatkę piersiową. Minęła świętego Aleksandra, przecięła park, potem był mostek nad Czarną Hańczą, a gdy zalew został już w tyle za nią, skręciła na łąki. Biegła jeszcze kawałek między spalonymi kikutami drzew, aż wreszcie upadła na piaszczystą drogę. Nawet nie płakała – usiłowała nadać wydarzeniom ostatnich dni jakiś logiczny ciąg. Jej oddech wyrównywał się, serce jednak nadal tłukło jak szalone. Rozejrzała się wokół – dwa tygodnie temu po nalocie niemieckich samolotów ten las płonął. Och, jak on płakał! Płonące drzewa syczały, jęczały, wołały do ludzi o zlitowanie. Ciągle słyszy ten dźwięk, który jest jak szloch starego człowieka – aż kłuje coś między żebrami. Stały wtedy z Jadzią na granicy miasta i płakały razem z tym lasem. Myślały, że już nic gorszego nie może się wydarzyć. Biedna Jadzia...
Pogorzelisko gdzieniegdzie nadal się tliło – upały wrześniowe nie pozwalały naturze zbyt szybko poskromić żywiołu. Helenka siedziała otępiała, mając nadzieję na obudzenie się z koszmaru. Koszmar ten nie kończył się, a obrazy zgwałconej i zamordowanej Jadzi zaczęły przeplatać się z obrazami matki i Antka, którzy wychodzili co rano z ich domu. Helena podniosła się i zaczęła rozglądać, jakby chciała wypatrzyć trzyletniego braciszka idącego za rękę z mamą. Czy są teraz w domu? Przed południem czerwonoarmiści maszerowali przez miasto... a potem... rozbiegli się niczym wściekłe psy wypuszczone z klatek. Rozbijali szyby żydowskich sklepików, brali wszystko, co tylko chcieli, głównie alkohol – resztę rozrzucali wokół. Potem pijani wchodzili do domów. Wchodzili?! Wdzierali się, wyważając drzwi. Początkowo do ich klatki schodowej nie wszedł żaden krasnoarmiejec, a mimo to obie z Jadźką zwabione hałasem pobiegły zobaczyć, co się dzieje. Pojawiły się w drzwiach wyjściowych niemal równocześnie. Niemal. Przechodzący sołdat spojrzał na jej przyjaciółkę, uderzył w twarz tak mocno, że aż upadła. Myśli znów nie dawały spokoju Helence... mama i Antek! Wstała, spojrzała w kierunku miasta, lecz stamtąd docierały odgłosy strzałów. Zawróciła w pole, potem znów był las – przedzierała się między drzewami, unikając głównej drogi, szła do Szczepek. Myślała o Jadzi, ale tak naprawdę jej myśli były tylko jednym powtarzającym się zdaniem: "Ja żyję! Ja żyję! Ja żyję!". Dotarła po paru godzinach zakurzona. Jej sukienka była porwana przez leśny gąszcz. Matka i Antek byli w domu! Była też ciotka Dudzicha. Dopiero teraz jej ciało zdołało zapłakać. Obecność najbliższych pozwoliła jej na słabość. Płakała długo wtulona w ciotkę, nie mogąc się uspokoić. Matka zaprowadziła Antka do izby przylegającej do kuchni, pościeliła mu na przyjemnie chłodnym zapiecku. Potem kobiety nalały do balii gorącej wody i octu, a następnie kazały Helence się wykąpać. To była chwila, w której niespełna dwunastoletnia dziewczynka zrozumiała, że właśnie przestała być dzieckiem. Spojrzała w oczy matki i powiedziała silnym głosem:
– Jadźkę zgwałcili i zabili. Ja uciekła. – Weszła do balii i kawałkiem płótna zmywała z siebie kurz pól i pajęczyny puszczy. Myślała o tym, że obleśny Sowiet zgwałcił jej duszę, że woda z octem tego nie zmyje, że żadnemu mężczyźnie nie pozwoli się dotknąć, że nigdy nie wyjdzie za mąż. Wtedy znów zapytała matkę o ojca. Ta odpowiedziała zniecierpliwiona:
– A co jej teraz do ojca?! Był, polazł i radzim sobie bez niego. Na co on potrzebny?
– Sama widzi, co te chłopy potrafią narobić! Wojnę tylko rozpętać, ludzi w polu mordować, dziewczynom godność odebrać. Daj, dziecko, spokój! – dodała Dudzicha.
– Żeby go tylko krasnoarmiejcy nie zabili... – zmartwiła się Helena, jakby nie słyszała obu kobiet. Równocześnie nie przyjmowała do wiadomości, że kimkolwiek był jej ojciec, to przecież musiał być mężczyzną. Miała nadzieję, że kiedyś go rozpozna w tłumie, że on ją przytuli, a potem pomoże urządzić się w wielkim mieście.
Moja Babcia Helena – córka Bronisławy i Jana Nieszczerzewiczów – urodziła się w pierwszy dzień wiosny, 22 marca 1928 roku w Szczepkach, maleńkiej wiosce rzuconej między polami a lasem, w połowie drogi z Suwałk do Augustowa. Krótko po drugiej wojnie światowej, wraz z matką i rodzeństwem, przeprowadziła się do Suwałk. Już bez ojca, bo ten zaginął w czasie wojny. Parę lat później poślubiła młodego mężczyznę, z którym znała się od jakiegoś czasu. Z tego związku narodziła się Barbara, moja mama. Ich mała rodzina przeniosła się do młodej Gdyni. Tam żyli długo i szczęśliwie, nieczęsto wspominali przeżycia z lat 1939–1945. Podróżowali od czasu do czasu – to do Berlina, to na Suwalszczyznę; lubili jeździć na grzyby; hodowali lisy na fermie na obrzeżach miasta; kochali swoje wnuki, ale faworyzowali najstarszą z nich – mnie. Dziadek nauczył mnie liczyć, zanim poznałam litery, obliczać procenty rosnące na lokacie w banku PKO i grać w szachy. To on wysłał mnie do liceum handlowego, bo tylko zawód handlowca jest zawsze na czasie. Zabierał mnie na wspaniałe przejażdżki "w świat" swoim fiatem 125p. Piekł pyszne drożdżówki z serem. Kochałam go bardzo. Babcia zabierała mnie na spacery, podczas których tłumaczyła, że trzeba być dobrym i uczciwym człowiekiem, że dziewczynka musi zachowywać się jak dama, że kobieta musi się dużo uczyć: pokończyć szkoły, być piękną i elegancką, by sobie poradzić w życiu. Kupiła mi pierwszą kredkę do oczu. Gotowała moje ulubione dania (wszystkie, które gotowała, były ulubione). Kochałam ją bardzo.
Życie mojej ukochanej Babci było sielanką, opowieścią o wędrówce, i nawet przez chwilę nie podejrzewałam, że mogłoby być jedną wielką mistyfikacją. Nie miałam przecież powodów czegokolwiek podejrzewać. Dziś zadaję sobie jedno pytanie: czyżby?
Jej matka najmowała się u Karczewskich i Danowskich, u których pracowała ciężko w polu. Helena, od kiedy sięgała pamięcią, musiała pomagać przy krowach. Mieszkały, razem z Antkiem, w małym domku pod lasem, za gospodarstwem Danowskich. Helenka nieraz, kiedy prowadziła krowy na pastwisko, a potem je doiła, marzyła, aby opuścić to miejsce. Uczyła się więc pilnie w szkółce u Myszkowskich, żeby pójść w świat i poradzić sobie w czymkolwiek, co będzie odległe od pasania krów. Mogłaby – jak pani Myszkowska – uczyć czytania i liczenia, ale nie na wsi – może w Suwałkach albo w Augustowie. Albo jeszcze dalej. Wuj Jan, matki brat, znalazł pracę w Łodzi. Opowiadał, że to wielkie miasto pełne fabryk. Widziała na mapie, że Polska jest taka duża, ma tyle miast, gdzie można by zamieszkać i żyć inaczej niż jej matka. Ach, aby tak wyjechać gdzieś, gdzie nikt już więcej nie nazwie jej znajdą, gdzie nikt nie wytknie jej, że nie zna własnego ojca. Nie wierzyła matce, że ojciec nawet nie wie o jej istnieniu. Na pewno czuje, że ona istnieje – bo jak można nie czuć, że komuś dało się życie.
Matka machnęła ręką, patrząc na znów zamyśloną córkę. "Tylko jej dumania w głowie. Nikt jej dziś nie sponiewierał, to już jutro może wziąć się do roboty. Nie ma co czasu marnować na rozmyślania, z których chleba i tak nie będzie! Ech! A już była w Suwałkach... Gdyby nie te ruskie, to pewnie i by tam została, a to lepiej i dla dziewczyny, i dla mnie" – myślała.
To stary Binsztajn zwrócił uwagę na Helenkę, jak uczyła Antka liczyć. Siedzieli wtedy z krową przy drodze, a obok w trawie leżały jakieś zapisane kartki od Myszkowskich. Zaproponował więc matce dziewczyny, że zabierze ją ze sobą, by układała towar w sklepie. "Kto go tam wie, może myślał, że ona bystra, to i zaraz za ladą pomoże" – rozmyślała matka Helenki.
Życie dziewczynki wyglądało teraz jak przed Binsztajnem – jej obowiązkiem było wydoić jedyną Dudzichową krowę i krowy Danowskich, a potem wyprowadzić je na pastwisko. A tam mogła leżeć w trawie, łapiąc ciepłe, choć już jesienne promienie słońca. Gdy słuchała rytmu ziemi pachnącej obumierającymi powoli roślinami, wpatrzona w przesuwające się po niebie obłoki i samoloty niemieckie, usiłowała zrozumieć świat. Matka jej powiedziała, że gdy wtedy, w niedzielę siedemnastego, wybrała się z Antkiem do kościoła, to krasnoarmiejcy szli drogą do Szczebry – tacy byli przerażający, ich kroki na bruku dudniły złowieszczo. Helenka słyszała je w myślach, a brzmiały tak samo, jak podczas przemarszu w Suwałkach. Widziała unoszący się wokół kurz, czuła dreszcze strachu, przypominając sobie Jadzię. Nie była pewna, kto jest wrogiem, a kto... jeszcze większym wrogiem. Wkrótce potem jednak ludzie jadący z Suwałk do stolicy opowiadali, że napaść niemiecko-sowiecka się skończyła. Podobno jest atak hitlerowskich Niemiec na Polskę i na Związek Radziecki, podobno Sowieci nie są już wrogami Polaków. Obie nacje walczą ramię w ramię przeciwko faszystowskiemu najeźdźcy. Wszystko zmieniało się tak szybko, a ona niewiele z tego pojmowała. W czwartej klasie – w której była przed wojną – niewiele uczyli o współczesnych rządach mocarstw wiecznie zagrażających Polsce.
Ksiądz proboszcz ze Szczebry, spotkawszy ją raz na drodze, zaprosił na plebanię. Mówił, że Myszkowska razem z nim uczy tam dzieciaki. Kiedyś Hela unikała wzroku księdza proboszcza, czuła naganę w każdym jego spojrzeniu rzucanym bękartowi. Jednak teraz miała wrażenie, że wojna to wszystko zmieniła, a inne rzeczy stały się ważniejsze. Pewnego dnia więc, jak tylko przywiązała krowy do palików, ruszyła przez pola. W połowie drogi spotkała Staśka od Walusiów siedzącego na kamieniu i przeżuwającego źdźbło.
– Stasiek, a ty do księdza Wincentego nie chodzisz na lekcje?
Stasiek popatrzył na nią spod czapki, uśmiechnął się i odpowiedział pytaniem na pytanie:
– To ty, Hela, nie wiesz, że ksiądz Wincenty musiał się wynieść z kościoła? Ruskie kino dla siebie w niem zrobili.
– Kino? W kościele? Toż tak nie można!
– Ano nie można! I jeszcze konie tam trzymają, stajnie za ołtarzem mają.
Hela przysiadła na kamieniu, głowę spuściła i oddała się rozmyślaniom. Do Szczebry więc nie miała po co iść, bo Sowietów więcej spotkać nie chciała. Stasiek wyjaśnił jej, że do rzeki urzędują Niemcy, a za rzeką – Armia Czerwona. Ksiądz Wincenty zamieszkał u Korytkowskich, boby go czerwonoarmiści zesłali bóg wie dokąd za to, że jest wykształcony i mówi po niemiecku. I dodał, że u niego w domu ksiądz msze odprawia. A do tego Stasiek jakoś zapomniał, że kiedyś mówił o niej "bękarcica". Odchodząc, uśmiechnęła się do niego. Bardzo go to zdziwiło – nigdy wcześniej nie obdarzyła Staśka tym swoim uśmiechem, który udawał, że nie słyszy okrutnych przezwisk.
Wracała przez łąkę i podejmowała w swoim naiwnym rozumku nowe postanowienia – przecież coś z życiem trzeba zrobić. Może by tak na złość ruskim poduczyć się jeszcze co nieco, jeśli oni edukowanych nie lubią. Dotrze do proboszcza, albo do pani Myszkowskiej, poprosi o nauczenie jej jeszcze kilku rzeczy. Może nawet jakieś książki jej pożyczą. A potem zniknie stąd. Na zawsze.
W listopadzie 2012 roku – po kilkutygodniowej korespondencji e-mailowej – drżącymi z podniecenia rękoma otworzyłam kopertę przesłaną mi przez Urząd Gminy w Nowince, by w środku znaleźć metrykę urodzenia Heleny sporządzoną w 1950 roku na podstawie postanowienia sądu grodzkiego (odtworzenie dokumentów zaginionych w czasie wojny). W rubryce "ojciec" widniał tylko beznamiętny ciąg myślników. Z drugiej strony odpisu aktu urodzenia wpisano:
"Wzmianki dodatkowe: Na podstawie art. 80 Prawa o aktach stanu cywilnego wpisuje się imię ojca "Jan" i "Nieszczerzewicz" jako nazwisko ojca. Nowinka, 5 marca 1962 r. Podpis nieczytelny".
Dopisano to dwanaście lat później? Dlaczego?
Zaskoczenie moje było ogromne. Zatem drzewo genealogiczne, które rysowałam przy stole u niej w pokoju, którego gałęziom ona nadawała imiona i nazwiska moich przodków, nie do końca było poprawne? Nazwisk swoich dziadków nie pamiętała w ogóle...
Czy tak bardzo wstydziła się swojego pochodzenia? Czy raczej tego, że go za bardzo nie znała? Czy doświadczenia małej dziewczynki były na tyle nieprzyjemne, że zdecydowała się ukryć tę informację ("hańbę") przed wszystkimi, nawet przed najbliższą rodziną?
Usiadłam przy stole w kuchni. Jesienne słońce ślicznym, pomarańczowym światłem rozlało się na obrusie i na dokumentach rozłożonych przeze mnie. Wypiłam kawę, nie odrywając wzroku od urzędowego druku. Zadzwoniłam do mamy.
– Nie uwierzysz... – zaczęłam trochę niepewnie – przyszedł ten akt z Nowinki.
– No i co tam znalazłaś, czego nie wiedziałaś wcześniej? – zapytała, wyraźnie nie podzielając mojego zapału śledczego.
– Babci ojciec jest nieznany... – Po drugiej stronie panowała cisza. Dodałam więc: – Żaden prawdziwy Jan chyba nie istniał... – Cisza się przeciągała. Aż wreszcie córka Heleny odezwała się głosem tak spokojnym i swobodnym, że prawie oszukała moją czujność.
– No widzisz. To ci dopiero niespodzianka – i zaraz dorzuciła jeszcze jedno zdanie, które potwierdziło moje wcześniejsze podejrzenia...
Na stole znów parowała brukwiowa, w domu unosił się jej słodkawo-mdławy zapach. Tylko to zostało do jedzenia po ostatniej wizycie niemieckich żołnierzy w gospodarstwie Danowskich. Zabrali krowy, konie, kury, zbiory zboża, jabłek. Gdy ludzie we wsi złorzeczyli Niemcom, Helenka zapytała Dudzichę, czy ta wolałaby zginąć z poderżniętym gardłem. Ciotka na moment zamyśliła się nad słowami dziewczynki. Lecz to nie słowa miały najsilniejsze działanie – postawa Heli była zupełnie inna niż wszystkich wokół. Ona w nieszczęściu pocieszała się, że zawsze mogło być znacznie gorzej. Za każdym razem wierzyła, że uniknęła prawdziwej tragedii. Nieszczęścia przyjmowała z przejęciem, ale szybko się z nich otrząsała. Potem słońce znów wschodziło w pełnej glorii.
Usiadła obok marudzącego Antka. Z zapałem zaczęła jeść zupę, a nieliczne kawałki brukwi powoli rozcierała językiem o podniebienie. To była jej ulubiona zabawa przy jedzeniu. Wgryzać się powoli, poczuć świadomie smak i zapach ciepłej potrawy rozpływającej się w ustach, rozmyślać nad różnicą konsystencji pomiędzy jednym warzywem a drugim.
– Jedzże, Antoś. Lepsza brukiew jak głodowanie. Się wojna skończy, zrobię dla ciebie kartaczy. A teraz niech zapamięta ten smak jako najcudowniejszy, bo mógłby nic nie dostać jeść.
Helenka starała się wierzyć jak wszyscy, że ta wojna to kwestia kilku tygodni, najwyżej miesięcy. Ludzie byli przekonani, że na święta to na pewno będzie pokój.
Po paru dniach we wsi szeptano, kto zdołał parę kur schować, kto akurat przypadkowo krowę wyprowadził do lasu na spacer, a u kogo worek mąki zapodział się pod pierzyną. Przeżyją, bo na wsi zawsze coś się znajdzie do jedzenia – nie w polu, to przecież w lesie. No, a w lesie dość niespodziewane dary natury znajdowali. Nieraz Helenka, kiedy wybierała się na grzyby, najpierw obchodziła wszystkie domy i dostawała od każdego co nieco dla chłopców z lasu. Tam zostawiała zawiniątka zaraz za polaną z trzema dębami, między gęstymi paprociami, które rosły wokół jaćwieskiego kurhanu.
W nim ciała walecznych wojów, którzy ponad sześćset lat wcześniej w tej samej puszczy toczyli walki z Krzyżakami o swoją niezależność. A jeszcze wcześniej najeżdżali ich książęta polscy, ale najazdy krzyżackie zmusiły Jaćwingów i Polaków do sprzymierzenia się. Współcześni partyzanci nie pamiętali o młodych mężczyznach umierających tu dla tej samej sprawy. Jedni i drudzy wierzyli, że właśnie ich walka przyniesie zwycięstwo. Młodzi mężczyźni idący do boju od zawsze mieli ginąć, bo ich gatunek został obdarzony nadmierną ilością agresywnego testosteronu. Ileż to razy dziewczyny, takie jak Helena, kobiety, jak jej matka, w ciągu wieków stawały oko w oko ze śmiercią, aby wspierać ojców, mężów, synów, braci, kochanków. Dla kobiet wygrana miała gorzki smak. Zawsze któregoś mężczyzny zabrakło po skończonej – a częściej tylko na jakiś czas uciszonej – bitwie. Zamyślone, wypatrujące paproci, świerku, głazu szły z tobołkiem, w którym było jedzenie, wiadomości, papierosy. Mężczyźni byli im czasem nawet wdzięczni. Na swój sposób. One, czując, jak bardzo są potrzebne, wracały do domów, szykowały posiłki i modliły się do swoich bogów i bogiń.
Każdy smutek trwał tyle, ile potrzeba było na zebranie sił do dalszego działania. Helenka bała się Sowietów, powinna była bać się też Niemców, ale – jak do tej pory – jedyne zło, jakie uczynili, to zabranie zbiorów i zwierząt we wszystkich gospodarstwach. A i to niedokładnie. Trudno ich się bać. Poza tym Niemcy byli postawniejsi i mieli piękne, zadbane mundury – zawsze czyści i odprasowani. Ruskie za to, jak ostatnie łachudry. Wiecznie pijani łazili po wioskach, a ludzie gadali, że którąś zgwałcili, kogoś zabili czy podpalili czyjąś stodołę. Niemcy wprawdzie samym swoim chłodnym spojrzeniem siali postrach, ale Helenie wydawało się, że to taki sposób na mieszkańców okupowanego kraju, że żołnierze muszą mieć okrutne spojrzenia, bo inaczej wojna nie miałaby znaczenia – nie byłaby wojną. Sowieci, których widywała, zawsze zaczepiali przechodzące kobiety, a Niemcy mijali je obojętnie. Obserwowała zderzenie dwóch kultur na ziemiach, które były jej domem. Zdołała wypatrzyć wiele różnic. Bacznie porównywała mężczyzn, którzy wzięli ich niczym kowal podkowę – między młot a kowadło. Zastanawiała się, u kogo wolałaby być w niewoli, rozmyślała nad sensem wojny i celem najeźdźców.
W efekcie swych przemyśleń w niedzielę poszła na mszę potajemnie odprawianą w domu Walusiów, ale nie na modlitwie jej zależało. Gdy ksiądz proboszcz ją zobaczył, uśmiechnął się do niej. Nigdy wcześniej nie był tak przyjazny. Odwzajemniła więc uśmiech radośnie. Po skończonej mszy odczekała, aż większość sąsiadów wyjdzie, i zbliżyła się do kapłana. Wyłuszczyła mu trochę nieśmiało, z czym przyszła. Ten pokiwał głową ze zrozumieniem i mruknął bardziej do siebie niż do niej, że rzeczywiście dobrze jest znać język wroga.
Dziewczynka spotykała się z księdzem niedaleko domu, pod lasem za osadą Sachalin – jak mówiono w okolicy na cztery chaty parobków. Tam opisywał jej stworzenie świata po niemiecku, a gdy chłody stały się już nieznośne, przychodziła do Walusiów lub do Korytkowskich – zawsze gdzieś znaleźli miejsce dla uczniów i ich nauczycieli. Często widywała różne dzieci to z księdzem, to z Myszkowską – choćby kuzynostwo, Sabinkę i Gienka z jego rówieśnicą Bronią, którzy zawsze razem się uczyli. Każde spotkanie rozpoczynali modlitwą i przysięgą, że nikomu nie zdradzą tajemnicy o swojej nauce. Stasiek powiedział, że za to można nawet zginąć.
Im bliżej było Bożego Narodzenia, tym słabsza była ich wiara w rychły koniec wojny. Właściwie im bardziej zbliżało się Boże Narodzenie, tym mniej o nim mówiono. Okrutne mrozy trzydziestostopniowe i wysokie zaspy śniegu uniemożliwiały wędrówki po okolicy. Nawet do lasu na polanę nikt dzieci nie posyłał, tym bardziej że coraz częściej stamtąd dawało się słyszeć strzały. Helena spędzała popołudnia u ciotki Dudzichy i uczyła się tkać na krośnie. Tkała małe makatki, które potem pruła, bo nie było zbyt wiele sznurka. Święta przeszłyby niezauważenie, gdyby nie fakt, że Niemcy w samą wigilię zabili kilku partyzantów w pobliskich Raczkach – co nieco zburzyło wizerunek cywilizowanych żołnierzy w wyobrażeniach Helenki. By swój świat jakoś pogodzić z rzeczywistym, postanowiła wierzyć, że był to przypadkowy incydent. Ktoś przecież musi zginąć na wojnie.
1940–1942
Po pierwszych roztopach Binsztajn jechał swoją bryczką w kierunku Augustowa. Ujrzenie dawno niewidzianej twarzy w czasie, w którym nie było wiadomo, czy się ją jeszcze kiedykolwiek zobaczy, było ważnym wydarzeniem. Binsztajn zatrzymał się, zobaczywszy Helenę z matką. Stary Żyd miał łzy w oczach, głaszcząc Helę po głowie. Żal mu było tego dziecka, które było mądre i w handlu by sobie dobrze poradziło. Opowiedział kobietom o rządach Trzeciej Rzeszy w Sudauen – tak zmieniono nazwę Suwałk. Usłyszał od rabina z Sejn, że Żydów będą wyrzucać i że lepiej samemu wynieść się, zanim oni do tego zmuszą.
Synagoga sejneńska już im została odebrana, Niemcy zrobili w niej remizę strażacką. Pocieszał się sam myślą, że może remiza lepsza niż wcześniejsze carskie koszary u Chrystusa Króla. Teraz Binsztajn wybrał się nad Rospudę pohandlować z ruskimi – miał dla nich niemieckie granaty.
Gdy następnego dnia wracał, zjechał z głównej drogi pod sam Sachalin. Zapukał do drzwi domu, w którym z dwójką dzieci żyła kobieta przez wszystkich we wsi nazywana Nieszczerzewiczówną. Dał im pięć kilogramów mąki i kilka wędzonych ryb. I – jak przed wojną – poprosił matkę, by ta dała Helenę do pomocy w sklepie, bo on już taki stary i zmęczony, żadnych dzieci nie ma. Poza tym krasnoarmiejców przepędzono z Suwałk, więc spokój jest względny, dziewczyna trochę u niego zarobi, a jak będzie wyjeżdżał z rodziną, to przywiezie ją do Szczepek. Matka długo nie myślała – zawsze to jeden kłopot mniej, a może Binsztajn jeszcze od czasu do czasu da dzieciakowi towaru do domu. Helenka też była szczęśliwa, ponieważ znów dostała szansę wyrwania się ze wsi, na którą nie zamierzała wracać. Jej radość nieznacznie osłabła, gdy Binsztajnowa bryczka zatrzymała się w suwalskim sztetlu przed progiem, w którym zginęła Jadźka. Wspomnienie krwi strugą płynącej po kamiennych stopniach było przykre, choć... wydawało się jakby nie było wspomnieniem Heleny. Zdawało się, że ten obraz pojawił się w jej głowie podczas słuchania czyjejś opowieści. "Jakie to dziwne... – pomyślała. – Przecież tu byłam i sama to widziałam, ale nie czuję tamtego strachu. Tylko smutek i żal za Jadzią". Binsztajn zauważył jej wahanie i powiedział:
– Nie można żyć przeszłością. Trzeba iść do przodu, z minionego tylko czerpiąc lekcje. Kamień zmarłemu położyć i wrócić do świata żywych.
– Ale ja nie zapomnę tego nigdy. Jadzia była dobrą dziewczynką.
– Dobrych ludzi Bóg chce mieć u siebie. A tobie nigdy nie wolno zapomnieć tego obrazu, bo o niezapomnienie chodzi w tym wszystkim i o umiejętność życia z każdym doświadczeniem. Nawet najbardziej przykrym. Pamiętać musisz, żeby opowiedzieć wnukom, aby opowiedziały swoim wnukom. Nikomu nie wolno zapomnieć takiego zła.
– No to jeszcze wy komu innemu musicie opowiedzieć, bo ja dzieci mieć nie będę, to i tym bardziej wnuków.
Binsztajn tylko się uśmiechnął i wszedł do budynku. Wewnątrz pachniało cynamonem i goździkami. Przy stole siedziała Róża Binsztajnowa i cerowała łokieć koszuli. Podniosła głowę, pozdrowiła Helenę bez zdziwienia, jakby na nią czekała. Helena usiadła obok i przyglądała się igle w sprawnych dłoniach Róży. Potem przesunęła wzrok na rozerwany lekko bok swojej sukienki.
– Dziś pomożesz w sklepie ogarnąć, a jutro mogę cię nauczyć cerować – powiedziała Róża, nie przerywając swojej pracy.
Rozpromieniona dziewczynka wstała i pobiegła do sklepu, aby pomóc rozłożyć towar. Stary Binsztajn poklepał Helę po ramieniu i otworzył drzwi, żeby wpuścić pierwszych klientów. Żydowskie i polskie kobiety kupowały kaszę gryczaną i czosnek, rozprawiały o tkaninach w sklepie bławatnym u Minca, o swoich synach, o zwiększającej się liczbie niemieckich żołnierzy w Suwałkach. Jednego wojna nie zdołała zmienić – kobiety nadal mówiły bez przerwy i na wszystkie tematy.
Do sklepu weszli dwaj niemieccy oficerowie, poprosili tylko o cukierki prawoślazowe. Binsztajn, zanim ich obsłużył, łamał się w ukłonach, nie patrząc im w oczy. Oficerowie zapytali, czy Binsztajn nie żałuje, że remiza strażacka powstała w bożnicy i nie ma gdzie chodzić na modły. Ten odparł, że w tych trudnych czasach nie mógłby sobie pozwolić na zamykanie interesu zbyt często, więc rozmowy z Bogiem przeprowadza na bieżąco, tu za ladą. Niemcy zaśmiali się i wyszli.
– Wydają się przyjaźni, prawda? – zapytała Helena, oczekując potwierdzenia swoich przypuszczeń. Binsztajn spojrzał na nią z troską.
– Dziecko drogie, różne rzeczy ludzie opowiadają. A ten ich Hitler jeszcze przed wojną mówił, że należy oczyścić świat z Żydów. Nie wiem, jakie są ich zamiary, ale jeśli chcą nas stąd przepędzić, to chyba nie najlepsze?
– Ale chronią nas przed ruskimi. – Hela nie dawała za wygraną. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że większości ludzi ze sztetla nigdy już nie spotka właśnie przez Niemców. Ci ludzie wyjechali krótko po przejęciu przez nich miasta. Uparci Żydzi, którzy wierzyli w łaskę – a może chcieli być posłuszni woli Bożej – ciągle zwlekali z wyjazdem. Tu osiedlili się ich przodkowie, tu urodziły się ich dzieci i tu żyli w zgodzie z Polakami.
– Jeden wróg i drugi wróg. Dopóki wojna się nie skończy, trzeba być czujnym, przed wszystkimi głowę chylić, żeby cię oszczędzili – powiedział Binsztajn ściszonym głosem.
– Tak dobrze po niemiecku mówicie. Pouczylibyście mnie, żeby i ja mogła godnie tę głowę chylić?
– Sprytna jesteś, Helka. Ty przetrwasz nie tylko tę wojnę, ale i wszystkie inne ciężkie chwile.
Róża nauczyła Helenę cerować, brat Binsztajna – ten co miał zakład krawiecki przy Kościuszki – za każde przyniesione zakupy pokazywał, jak zrobić wykroje różnych strojów, potem nauczył ją zszywać kawałki materiału na wysłużonym, żeliwnym singerze. A stary Binsztajn uczył Helę niemieckiego i rachunków.
Niestety, zbył długo zwlekał z decyzją opuszczenia rodzinnego domu – pewnego dnia wszystkim kazano ostatecznie się spakować. Dziewczyny nie było w domu, dostarczała zakupy. Gdy weszła w ulicę Synagogi, natychmiast zauważyła wielkie ciężarówki pod byłą bożnicą. Przemknęła do pierwszego z brzegu wejścia opustoszałej już kamienicy. Przyglądając się wszystkiemu przez szparę w niedomkniętych drzwiach, Helena była świadkiem kolejnego dramatu przy tej ulicy. Niemcy popychali jej chlebodawców kolbami karabinów, wyzywali ich od żydowskich świń i kazali wchodzić na ciężarówkę. Zanim Binsztajn zniknął za płachtą brezentu, odwrócił się i spojrzał Helenie w oczy – jakby od początku wiedział, że ona tam się chowała. Był przeraźliwie blady i smutny. Róża potknęła się i upadła na chodnik, nieszczęśliwie raniąc kolano – wzrok Heleny przyciągnęła krew spływająca jej po nodze. Dziewczynka myślała jak dziecko, którym przecież nadal była wbrew wszystkiemu: "żeby tylko strzępki rajstop nie zaschły na strupie, bo będzie bolało przy odrywaniu...". Uciekła w głąb budynku, pobiegła przez podwórze na ulicę Kościuszki, żeby tam jeszcze popatrzeć na odjeżdżający konwój. Bała się na razie wrócić do domu Binsztajnów. Przyszła dopiero późną nocą i zastała bałagan, jakiego Sowieci, szukający tylko wódki i dziewcząt, by nie zostawili. Meble były poprzewracane, wszystkie przedmioty porozrzucane, podłogi zerwane, szyby w oknach wybite. W zdemolowanym sklepie ani jeden produkt nie nadawał się do sprzedania. Zaczęła dłońmi zgarniać z podłogi rozsypaną mąkę, pakowała ją do poszewki na poduszkę. Potem pozbierała każde ziarnko kaszy. Herbata rozsypana była na ladzie, więc łatwo było wsypać ją do puszki.
Tak bardzo nie chciała wracać do Szczepek, ale wszystko wskazywało na to, że nie ma innego wyjścia. Próbując zebrać rozbiegane myśli, zdecydowała spakować zebrane jedzenie do bryczki i wrócić do swoich. Poszła sprawdzić na podwórze, czy koń się uchował. Leżał zastrzelony.
Samotna dziewczynka przysnęła skulona w rogu zniszczonej kuchni. Mieszkała wiele tygodni i wiele miesięcy w ruinie po Binsztajnach, starając się powoli przywrócić jej wnętrzom poprzedni wygląd. Wierzyła, że odtworzenie choć po części dawnego ustawienia mebli stworzy świat poza wojną, poza samotnością w przeraźliwie pustych pomieszczeniach. Wierzyła też, że przetrwa ten szalony okres dzięki nieopisanemu szczęściu, jakie jej towarzyszyło – mieszkała przecież w bajecznie zaopatrzonym magazynie Binsztajna i jadła to, co znalazła w sklepie. Na dodatek za domem była ziemianka pełna zapasów – po kilkunastu próbach udało jej się wreszcie odsunąć z klapy w ziemi śmierdzące końskie ścierwo pełne much i dzikunów. Słyszała różne hałasy z ulicy – raz były to strzały, raz śmiechy mężczyzn, to znów jednosylabowe komendy niemieckich żołnierzy, przecinające powietrze ostrymi dźwiękami. Słyszała biegnących ludzi, usiłujących uniknąć łapanki, zostawiała wtedy niedomknięte drzwi sklepu – ale tylko raz młody chłopak skorzystał z tej nieoczekiwanej okazji. Wbiegł za ladę, przykucnął i starał się zapanować nad oddechem. Niemal odczytywała jego myśli, uciszające serce i świszczący dźwięk płuc, które wydawały się echem odbijać od półek sklepowych. Nie zauważył Heleny obserwującej go przez szczelinę między zawiasami drzwi na zaplecze. Dziewczyna była z tego powodu zadowolona – nie chciała, by ktokolwiek wiedział o jej kryjówce, zwłaszcza mężczyzna. Czasem siadała pod oknem bez szyby, aby posłuchać przechodzących ludzi i zapomnieć o nieprzyjemnym ssaniu w żołądku, które stawało się coraz bardziej nieznośne, od czasu gdy zjadła ostatni słoik kwaszonych ogórków. Przechodnie mówili o codziennych troskach i o pogodzie, omawiali zakupy, które mieli zrobić na targu, nikt nie wspominał o okupacyjnych okropieństwach. Dlatego po pewnym czasie odważyła się na nocną wyprawę na rynek, gdzie wcześniej tego dnia było targowisko. Może komuś poturlał się jakiś ziemniak i leżał niedostrzeżony, a może ktoś wyrzucił nadgniłą kapustę.
Okazało się, że nie ona jedyna miała taki pomysł – ludzie snuli się po bruku niczym zjawy, nie zauważając współtowarzyszy głodu. Co chwilę ktoś się schylał i oglądał znalezisko niezbyt dokładnie, po czym chował je do kosza lub worka. Każdy odpadek mógł przydać się do stworzenia jakiegokolwiek posiłku. Znalazła jedną, nie tak bardzo nadpsutą cebulę, dwa zgniłe buraki i kawałek selera, od którego odpędziła nie bez trudu chudego szczura. Bez obrzydzenia, energicznym gestem schowała swoje skarby do starej torebki, która została jej po Róży Binsztajnowej. Przychodziła tak dwa razy w tygodniu i zawsze znajdowała coś, co ciągle nadawało się do zapełnienia pustki w żołądku. Delikatnie rozgarniając ręką górę gnijących odpadów, rozrzewniona wspomniała brukiew. I wtedy doznała olśnienia – przecież na to targowisko przyjeżdżali ludzie z okolicznych wsi. Może ktoś z jej okolic też się zjawi, co dałoby jej możliwość dowiedzenia się czegoś o swoich. A może lepiej do domu by się z kim zabrać...? Ale przecież mimo głodu, którego doświadczała, nie chciała wracać na wieś. Chciała zostać w mieście...
W piątek wyszła, gdy ledwie dniało, przed wschodem słońca. Chodziła pomiędzy rozkładającymi swoje stoiska chłopami, aż dostrzegła Walusiową starannie ustawiającą kosz z jajami. Podeszła nieśmiało do kobiety.
– Niech będzie pochwalony...
Walusiowa aż podskoczyła na jej widok.
– To ty żyjesz, dziewczyno!? A we wsi wszyscy mówili, że cię musi z Żydami wywieźli. To czego do domu nie wróci? U twojej matki może i bieda, ale przecież ty jej własne dziecko... Ciotka Dudzicha mieszka, gdzie mieszkała. A Twój wuj Jan na serce umarł, może i lepiej, to nie widział, jak jego żonę i córkę zastrzelili Niemcy. Niemcy są wszędzie, partyzantów wybili wszystkich. A jak krasnoarmiejców przeganiali zza Blizy, to ci w kalesonach wybiegali z kościoła – więc jest sprawiedliwość za to, że święte miejsce zbezcześcili – między szwabskimi kulami pędzili, teraz nigdzie ich nie widać. Ale księdza proboszcza zdążyli jednak wywieźć do Rosji, jak poszedł do Szczebry ostatniego namaszczenia udzielić. No i Danowski, jak przyjechał do Suwałk, to na łapankę trafił i koniec.
Helenka słuchała paplaniny, która każdym słowem oddalała ją od Szczepek. Pomogła ustawić stoisko Walusiowej, za co dostała parę ziemniaków i jedno jajko. Inne stoiska pojawiały się wokół – różne kolory wiosennych warzyw i owoców, jajka i chleb, twarogi i masło. Dwaj mężczyźni obok mówili o Oflagu Sudauen. Helena zasłuchała się w nieprawdopodobne opowieści – Niemcy budowali na północ od Suwałk obóz dla jeńców radzieckich. Ludzie widzieli transporty obdartych czerwonoarmistów, którzy rękoma grzebali sobie nory w ziemi i spali w nich jak zwierzęta. Czternastoletnia Hela nie czuła wielkiego przejęcia sytuacją tych ludzi, nie do końca potrafiła sobie wyobrazić ich życie – zresztą i ona mieszkała w koszmarnych warunkach, przez okna bez szyb wiało i kurzyło, gnijące zwłoki konia śmierdziały przez pół roku, pchły i wszy skakały po materacu, na którym spała, a jadła odpadki znalezione w nocy na rynku. I żyła. Tak jak postanowiła – żyła. Wprawdzie nikt jej nie kazał stawać na apelu, na razie nie bił, ale czy na pewno była wolna?
– Pani Walusiowa, pani powie dla moich, że ja żyję. U Binsztajna mieszkam ciągle. Miejsca dużo, matka z Antkiem znajdą tam kąt... – Wzięła, co zarobiła, i pobiegła, przeskakując ponad kałużami i trzymając jajko w wyciągniętej dłoni.
Gdy skręciła w lewo w kierunku Binsztajnowego sklepu, zobaczyła pod murem synagogi ustawionych ludzi w szeregu, wszyscy mieli zawiązane z tyłu dłonie. Naprzeciwko stali oficerowie niemieccy, którzy zaraz ich rozstrzelali. Ofiary padały na różne sposoby – jeden mężczyzna osunął się na kolana i upadł na prawy bok, inny przewrócił się prosto na twarz, kobieta w lekkim zielonym płaszczu zachwiała się od uderzenia kuli, poleciała do tyłu i uderzyła głową w mur, zostawiając na nim jeszcze jedną krwawą plamę. Helenka przerażona patrzyła na tę straszną scenę i myślala wyłącznie o tym, by tylko nie zgnieść drogocennego jajka. Oficer podszedł do trupów i zaczął je kopać. Sprawdzał, czy na pewno nie żyją. Najwyraźniej ktoś żył, bo oficer oddał serię z karabinu do ciała, które skręcało się w konwulsjach, podrywane każdym strzałem. Inni hitlerowcy, stojący na uboczu, śmiali się, palili papierosy i rozmawiali o kobiecie, która wyszła zza syngaogi, ale widząc egzekucję, natychmiast zmieniła kierunek i przeszła na drugą stronę ulicy. Jeden z nich nagle odwrócił się i strzelił w plecy idącej, niczego nieświadomej kobiety. "Dlaczego ta kobieta nie zawróciła za synagogę?" – pomyślała Helena, patrząc na koszmarne widowisko śmierci. Sama jednak stała jak sparaliżowana. Niemcy zauważyli ją, ale nie poświęcili żadnej uwagi wychudzonej dziewczynce w pocerowanej sukience. Ta w końcu odzyskała siłę w nogach i powoli ruszyła, Niemcy zaś wsiedli do samochodów i odjechali.
Ktoś, głośno płacząc, pochylał się nad ciałem zastrzelonej kobiety, ktoś inny podszedł do roztrzelanych ciał pod murem synagogi i przyglądał się twarzom, mając nadzieję, że nie zobaczy swojego syna. Jeszcze ktoś pośpiesznie przeszukiwał kieszenie trupów, niekoniecznie w poszukiwaniu dokumentów. Zjawił się ksiądz, by odmówić modlitwę nad martwymi. Helena mijała to wszystko jak we śnie. Kurz, krew, krzyki... i jajko. Musi donieść jajko. Weszła do kamienicy skoncentrowana na zwartości prawej dłoni. Nie słyszała wcześniej żadnego dźwięku. Wewnątrz byli dwaj bardzo młodzi niemieccy żołnierze. Jeden wyrwał jej z ręki jajko i rzucił nim o ścianę, ze łzami w oczach patrzyła na żółtą masę ściekającą po brudnej, porwanej tapecie.
– Żydówka? – zapytał jeden z nich.
– Nie – odparła cicho. – Ja tylko mieszkam w ich domu.
– I mówisz po niemiecku? To na pewno Żydówka! – zwrócił się do kompana, wyciągając dość gwałtownie pistolet z kabury. – Zastrzelmy ją.
– Żydów trzeba najpierw spisać – powiedział ten drugi bez przekonania.
– To bierzemy ją. Przecież widzę, że to Żyd zawszawiony. – Szarpnął ją za ramię i wypchnął ku drzwiom.
Helena ścisnęła w dłoni torebkę Róży, w której były dwa ziemniaki. Prowadzili ją przed sobą przez cały sztetl. Po drodze słyszała rozdzierająco płaczące niemowlę w jednym z mieszkań kamienicy z otwartymi oknami. Pomyślała, że może jego matką była ta kobieta wcześniej zastrzelona pod synagogą, a teraz nie ma komu maleństwa utulić i nakarmić. W innym oknie ktoś akurat chciał się wychylić, ale ujrzawszy młodą dziewczynę o nieobecnym wyrazie twarzy, popychaną przez żołnierzy w mundurach koloru feldgrau, natychmiast cofnął się do wnętrza mieszkania. Powietrze było przyjemnie wiosenne. Pojawiły się pierwsze motyle, ale ludzi na ulicy było niewielu. Gdzieniegdzie ktoś przemykał pod murem. Na ulicy Kościuszki spojrzała w jedną z bram – w głębi podwórza, na tle ceglanego muru, jak sparaliżowana stała przytulająca się para. Jeszcze przed chwilą całowali się, ale teraz spojrzeli w oczy prowadzonej dziewczynce. Odwróciła wzrok. Znów płacz dziecka, tym razem w innej bramie, czyjś nerwowy szept uciszający malucha. Niepoważnie rozgwizdane jaskółki.
Dotarli do posterunku Gendarmerie. Helenę zamknięto w pustym pomieszczeniu z małym okienkiem pod sufitem. Szybko wyjęła ziemniaka i zaczęła go łapczywie jeść, ledwie przeżuwając. Po zmierzchu przysnęła, lecz nerwowo budziła się co kilkanaście minut. Dopiero o świcie w celi pojawił się młody podoficer i kazał jej wychodzić. Mówił po polsku. Volksdeutsch zaprowadził ją do pokoju, gdzie przy biurkach siedzieli dwaj gestapowcy. Jeden schowany za maszyną do pisania kazał jej usiąść. Drugi palił papierosa i patrzył w okno.
– Nazwisko! – rozkazał bardziej niż zapytał ten za maszyną.
– Nieszczerzewicz – odparła cicho Helena, gniotąc pasek swojej drogocennej torebki.
– Po matce, żydowskie nazwisko!
– Nazywam się Nieszczerzewicz. Nie jestem Żydówką. Jestem Polką – powiedziała nieco silniejszym głosem po niemiecku. Żołnierz zapatrzony w okno spojrzał na nią.
– Urodzona!
– 22 marca 1928 roku.
– Adres! – Niemiec patrzył na nią z wściekłością.
– Ulica Synagogi... – zaczęła, ale przesłuchujący przerwał jej natychmiast:
– Co Polka robi w żydowskiej dzielnicy?
– Tam było pusto, a gdzieś musiałam się podziać. Jestem sierotą – skłamała bez zająknięcia. Wtedy sama nie byłaby w stanie powiedzieć, czy zrobiła to, ponieważ chciała chronić swoich bliskich nie wiadomo przed czym, czy też chciała stworzyć sobie nową tożsamość, która pozwoli jej zrzucić brzemię nieślubnego dziecka z małej wsi, w której było jej pisane najmować się do pracy u co bogatszych chłopów. Choćby miała zaraz umrzeć na szubienicy w bramie, w ich papierach umrze jako ktoś lepszy.
Niemiec pod oknem zgasił papierosa i wstał. Ciekawie przyglądając się ładnej dziewczynie, zbliżył się do niej powoli. Wyjął z jej zaciśniętych rąk torebkę i wysypał całą zawartość na swoje biurko. Po gładkim blacie przetoczył się nadgryziony ziemniak, wypadła kartka papieru zapisana drobno niemieckimi słówkami przetłumaczonymi na polski i stara szminka Róży. Przesłuchujący hitlerowiec kazał sobie podyktować listę przedmiotów. Po czym rzucił chłodno ni to do siebie, ni to do pozostałej dwójki:
– Do Auschwitz. – Patrzył na czternastoletnią dziewczynkę.
Stała nieruchomo – ta nazwa nic jej nie mówiła. Gdziekolwiek ją wywiozą, z pewnością będzie lepiej niż tutaj. Żołnierz zgarniający jej skarby z powrotem do torebki przez moment zawiesił wzrok na liście słówek niemieckich, potem znów spojrzał w okno. Wreszcie się odezwał. Spokojnym głosem zmienił koleje losu Heleny:
– Za młoda do Auschwitz. Moja żona niedługo rodzi, przyda jej się silna dziewczyna do pomocy w domu.