Żyj szybko, kochaj głęboko - Samantha Young

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

?

Edyn­burg, wrze­sień 2012

- Byłaś już na zaku­pach? Jedze­nie jest dro­gie? Czy przy­naj­mniej wiesz, co zja­dasz?

Powstrzy­ma­łam wybuch śmie­chu.

- Mamo, jestem w Szko­cji, nie w Ama­zo­nii.

- Wiem, ale oni tam jedzą rze­czy, któ­rych my nie odwa­ży­li­by­śmy się wziąć do ust.

W jej gło­sie sły­chać było taką zgrozę, że nie mogłam się powstrzy­mać od iro­nii.

- Nie są kani­ba­lami.

Kątem oka dostrze­głam roz­prysk i gdy się odwró­ci­łam, zoba­czy­łam, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Clau­dia krztusi się ze śmie­chu nad puszką die­te­tycz­nej coli, przy­słu­chu­jąc się mojej roz­mo­wie. Sie­dzia­ły­śmy w kuchni w naszym stu­denc­kim miesz­ka­niu na wygod­nych, cho­ciaż tro­chę dzi­wacz­nych - jak z pocze­kalni - krze­słach, które sta­no­wiły wypo­sa­że­nie wspól­nej jadalni. Za ple­cami mia­ły­śmy wyso­kie od pod­łogi do sufitu okno, które wycho­dziło na dzie­dzi­niec przed budyn­kiem; żar wpa­da­ją­cych przez szyby sło­necz­nych pro­mieni draż­nił skórę. Wszystko w tym pomiesz­cze­niu było czy­ste, nowe i nie do zdar­cia. Wypo­sa­że­nie miesz­ka­nia ogra­ni­czało się do naj­nie­zbęd­niej­szych mebli i przed­mio­tów, ale było tu cie­pło, bez­piecz­nie i milion razy lepiej, niż się spo­dzie­wa­łam po tym, co sły­sza­łam.

- Nie ude­rzaj w dra­ma­tyczny ton, Char­ley. Po pro­stu mówię, że jedze­nie jest tam tro­chę inne - cią­gnęła mama. - Chcę być pewna, że dobrze się odży­wiasz.

Nie­za­leż­nie od tego, czy byłam w Edyn­burgu, czy wra­ca­łam do domu, do Indiany, mama zawsze chciała być pewna, że dobrze się odży­wiam. A to dla­tego, że nie umia­łam goto­wać. Delia Red­ford była zna­ko­mitą kucharką i pie­kła wspa­niałe cia­sta, tak jak jej star­sza córka Andrea, więc to, że młod­sza (czyli ja) potrafi co naj­wy­żej ugoto­wać maka­ron, tak by go nie schrza­nić, trak­to­wała jak oso­bi­stą porażkę. Na szczę­ście umia­łam czy­tać infor­ma­cje na opa­ko­wa­niach i włą­czyć pie­kar­nik, więc dzięki mro­żo­nym obia­dom uni­ka­łam śmierci gło­do­wej.

- Mamo, oni tu jedzą mniej wię­cej to samo, co my, bo... rozu­miesz... są ludźmi.

- Poza tym mają lep­szą cze­ko­ladę - mruk­nęła Clau­dia, pogry­za­jąc tabliczkę dairy milk.

Rzu­ci­łam jej groźne spoj­rze­nie.

- To rzecz dys­ku­syjna.

- Co jest dys­ku­syjne? - zacie­ka­wiła się mama. - Jest tam Clau­dia? A czy ona odpo­wied­nio się odży­wia?

Usta drgnęły mi w uśmie­chu.

- Mama chce wie­dzieć, czy odpo­wied­nio się odży­wiasz.

Clau­dia poki­wała głową i mruk­nęła z ustami peł­nymi cze­ko­lady:

- Jak ni­gdy. - Poma­chała pal­cami i prze­łknęła. - Cześć, mamo Delio!

Mama się roze­śmiała.

- Powiedz jej, że też ją pozdra­wiam.

- Mama cię pozdra­wia.

- Twój ojciec powie­dział, że obie macie mel­do­wać się codzien­nie.

Skrzy­wi­łam się.

- Kiedy Andie była w Dubli­nie, nie zmu­sza­li­ście jej, żeby codzien­nie się mel­do­wała.

- Nie musie­li­śmy jej do tego zmu­szać. Jed­nak u cie­bie zawsze tyle się dzieje, że to cud, że w ogóle się do nas odzy­wasz.

- To nie zna­czy, że palę crack, mamo. Uczę się i zała­twiam różne pieprz... sprawy.

- Chcia­łaś powie­dzieć "pie­przone"? - Ton jej głosu stał się ostry.

- Czy ja, doro­sła, dwu­dzie­sto­let­nia kobieta, ośmie­li­ła­bym się zakląć przy matce?

Chrząk­nęła z dez­apro­batą.

- Mamo. - Wes­tchnę­łam. - Nie będziemy dzwo­nić do was codzien­nie. To zbyt dużo kosz­tuje. I nie mam czasu codzien­nie roz­ma­wiać przez Skype'a. Kiedy będę mogła, będę pisać mejle w tygo­dniu, a raz na tydzień umó­wimy się na Skype'a, okej?

- Nie musisz mówić o tym tak, jakby to był obo­wią­zek.

- Mamo, kocham cię. To nie jest obo­wią­zek. Ja też będę bar­dzo tęsk­nić za tobą... ale wyje­cha­łam dwa dni temu. Pro­szę, daj mi szansę, żebym mogła za tobą zatęsk­nić.

Ode­tchnę­łam, sły­sząc jej cichy śmiech.

- Po pro­stu się mar­twię. Jesteś moją córką, a Claud jest moim przy­szy­wa­nym dziec­kiem.

- Wszystko będzie dobrze. Ale musimy już iść. To jest tydzień wpro­wa­dza­jący i mamy z Clau­dią coś do zro­bie­nia, zanim roz­poczną się zaję­cia. Wkrótce do cie­bie napi­szę.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś mi na pyta­nie o jedze­nie.

- Były­śmy na zaku­pach. Lodówka, zamra­żarka i szafki są wypeł­nione po brzegi.

- Czym?

- Jedze­niem, mamo.

- Jakim?

Rzu­ci­łam Clau­dii pełne roz­pa­czy spoj­rze­nie "ratuj", a ona natych­miast krzyk­nęła z uda­wa­nym cier­pie­niem.

- Co to było?

- Musimy iść, mamo. Clau­dia ma szok cukrowy. - Roz­łą­czy­łam się i uśmiech­nę­łam do roze­śmia­nej przy­ja­ciółki. - Powin­nam wyłą­czyć tele­fon, zanim znów zadzwoni.

Pod­sko­czy­ły­śmy, gdy apa­rat zabrzę­czał w mojej dłoni, ale na wyświe­tla­czu poja­wiło się imię Andie.

- Nie mam chwili, żeby ode­tchnąć. Cześć - powie­dzia­łam.

- Cześć - odrze­kła Andie. - Od dwóch dni nie piszesz, nie dzwo­nisz...

- Przed sekundą skoń­czy­łam roz­mowę z mamą.

- No tak. I jak poszło? Zafun­do­wała ci gadkę o jedze­niu?

- Też tak mia­łaś?

- Kiedy stu­dio­wa­łam za gra­nicą? Tak. Ona chyba uważa, że nie-Ame­ry­ka­nie to kosmici i udaje im się prze­żyć dzięki dzi­wacz­nej żyw­no­ści, któ­rej nie jeste­śmy w sta­nie stra­wić.

- Chyba tak.

- No więc? Podoba ci się Edyn­burg?

- Na razie tak. Dziw­nie się czuję, będąc tak daleko od domu, ale to piękne mia­sto.

- A jak Clau­dia?

- Zajada się cze­ko­ladą.

- Nie jest tak dobra jak nasza.

- Powie­dzia­łam to samo!

- Obie się myli­cie - wtrą­ciła Clau­dia, wsta­jąc, żeby wrzu­cić do kosza opa­ko­wa­nie. - Czy możesz powie­dzieć sio­strze, że do niej oddzwo­nisz? Jeżeli zaraz nie wyj­dziemy, roz­walę twój tele­fon.

- Wszystko sły­sza­łam - powie­działa Andie. Nie­mal widzia­łam, jak prze­wraca oczami. - W każ­dym razie muszę iść do pracy. Pamię­taj, że u nas jest kilka godzin wcze­śniej. Jest blady świt, a ja zaczy­nam dzień od tele­fonu do sio­strzyczki, żeby się dowie­dzieć, jak się miewa. I jest to roz­mowa mię­dzy­na­ro­dowa, która dużo kosz­tuje, ale czy ją to obcho­dzi?

- Obcho­dzi. - Roze­śmia­łam się. - Naprawdę. Po pro­stu nie mam czasu, żeby to w pełni doce­nić. Clau­dia z jakie­goś powodu nie cierpi naszego cał­kiem miłego miesz­ka­nia, a ja przy­pro­wa­dzi­łam ją tu na lunch. Jestem pewna, że zaraz dosta­nie aler­gicz­nej wysypki.

- Cóż, nie możemy do tego dopu­ścić. Do usły­sze­nia wkrótce, Super­menko.

- Albo tro­chę póź­niej. - Wyłą­czy­łam tele­fon i spoj­rza­łam na Clau­dię. - To było nie­grzeczne.

- To nie jest miesz­ka­nie. - Zro­biła gest w stronę pokoju. - Tylko pokój z kory­ta­rzem na zewnątrz, który pro­wa­dzi do pię­ciu iden­tycz­nych pokoi z drzwiami prze­ciw­po­ża­ro­wymi zamy­ka­nymi na klucz.

- Jest też zamy­kana łazienka. Uwa­żam, że to lepiej niż w więk­szo­ści stu­denc­kich kwa­ter.

- Jesteś zabawna.

- A ty zepsuta.

Clau­dia spoj­rzała spod zmru­żo­nych powiek.

- Bra­kuje mi naszego miesz­ka­nia. Jest jasne i prze­stronne. Z bal­ko­nem. I miesz­kamy w nim tylko we dwie.

Sły­sza­łam te słowa za każ­dym razem, gdy Clau­dia oglą­dała nowe miej­sce, puści­łam je więc mimo uszu i wypro­wa­dzi­łam przy­ja­ciółkę z kuchni, zatrzy­mu­jąc się przy drzwiach do swo­jej sypialni, żeby się upew­nić, czy są zamknięte.

W Sta­nach zaczę­ły­śmy stu­dia na uni­wer­sy­te­cie w Pur­due w India­na­po­lis, a ponie­waż rodzice Clau­dii byli nadziani, miesz­ka­ły­śmy w ład­nym apar­ta­men­cie w dziel­nicy West Lafay­ette, dzie­sięć minut jazdy od kam­pusu. Nie stać by mnie było na coś takiego, gdyby nie Claud. Żar­to­wa­łam, że jest zepsuta, ale tylko pod wzglę­dem mate­rial­nym. Ow­szem, miała ładne rze­czy, lecz jej życie boga­tego dzie­ciaka było ste­reo­ty­powe - stale nie­obecni rodzice mieli gdzieś to, co robiła. Zamiast dawać miłość, pako­wali w nią pie­nią­dze i ocze­ki­wali wdzięcz­no­ści. Clau­dia nie pozwo­liła jed­nak, by ją to zże­rało, tylko lgnęła do ludzi, któ­rzy oka­zy­wali jej praw­dziwe uczu­cie i w zamian ofia­ro­wy­wała nie­złomną lojal­ność.

Pozna­ły­śmy się na pierw­szym roku stu­diów i szybko zaprzy­jaź­ni­ły­śmy. Polu­bi­łam ją nie z powodu jej pie­nię­dzy, a ona polu­biła mnie; powie­działa, że jestem naj­bar­dziej szczerą i uczciwą osobą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkała. Zapro­sze­nie jej do mojego domu na Święto Dzięk­czy­nie­nia sce­men­to­wało naszą przy­jaźń. Mama i tata potrak­to­wali ją jak wła­sne dziecko i ska­kali koło niej (co w skry­to­ści ducha uwiel­biała). A Andie wyka­zała się wobec niej apo­dyk­tyczną opie­kuń­czo­ścią star­szej sio­stry (co Clau­dia rów­nież po cichu uwiel­biała).

Moja rodzina nie była zamożna. Miesz­ka­li­śmy w Lan­ton, nie­wiel­kim mie­ście odda­lo­nym ponad dwie godziny jazdy na pół­nocny zachód od India­na­po­lis. Tata był wła­ści­cie­lem warsz­tatu samo­cho­do­wego, a mama miała kwia­ciar­nię. Nie było źle. To, że mogli pozwo­lić sobie na wysła­nie córek do dobrych szkół, a nawet dać im szansę stu­dio­wa­nia za gra­nicą, zawdzię­cza­li­śmy cioci mojej mamy, Cecy­lii. Wyszła za mąż za bar­dzo boga­tego faceta z branży far­ma­ceu­tycz­nej, a kiedy umarł, odzie­dzi­czyła po nim wszyst­kie pie­nią­dze. Lubiła je wyda­wać, więc gdy zmarła, nie zosta­wiła ich dużo. Ale ponie­waż prze­pa­dała za mną i Andie, zaosz­czę­dziła nieco w fun­du­szu powier­ni­czym na naszą edu­ka­cję.

Domy­śla­łam się, że maru­dze­niem na temat naszego miesz­ka­nia Clau­dia tuszo­wała zde­ner­wo­wa­nie. Były­śmy pod­eks­cy­to­wane, ale rów­nież tro­chę prze­stra­szone, ponie­waż zna­la­zły­śmy się same w obcym kraju, gdzie cze­kał nas rok nauki. Pod­czas gdy ja zaak­cep­to­wa­łam tę sytu­ację, Clau­dia zna­la­zła coś, co mogła kry­ty­ko­wać i dzięki temu nie myśleć o oba­wach.

Były­śmy star­szymi stu­dent­kami, ale cze­kały nas zaję­cia z pierw­szym rokiem, dla­tego zakwa­te­ro­wano nas z trzema Bry­tyj­kami w naszym wieku, które dopiero roz­po­czy­nały naukę w col­lege'u. Nasze współ­lo­ka­torki poznały się dzień przed naszym przy­jaz­dem i zdą­żyły zbli­żyć się do sie­bie, więc zda­wa­ły­śmy sobie sprawę, że trzeba będzie się posta­rać, by się z nimi zaprzy­jaź­nić. Mia­ły­śmy nadzieję, że wresz­cie uda nam się tym zająć. Na razie jed­nak wciąż pró­bo­wa­ły­śmy zor­ga­ni­zo­wać się przed roz­po­czę­ciem zajęć i chcia­ły­śmy jak naj­szyb­ciej poznać mia­sto.

- Będzie lepiej, gdy się tu zado­mo­wimy i poznamy wię­cej ludzi - obie­ca­łam Clau­dii, kiedy wycho­dzi­ły­śmy z miesz­ka­nia. - Kilka osób z Pur­due mieszka po dru­giej stro­nie dzie­dzińca. Mogły­by­śmy je poznać.

- Jeśli nie pozna­ły­śmy ich tam, dla­czego mia­ły­by­śmy pozna­wać tutaj?

- To wyborne nasta­wie­nie.

- Wyborne? Naprawdę?

Zaśmia­łam się do sie­bie, scho­dząc na dół, ale kiedy dotar­ły­śmy na dru­gie pię­tro, zamil­kłam. Clau­dia nie zapy­tała, co mi się stało. W rze­czy samej za moimi ple­cami zapa­dła kom­pletna cisza, więc odga­dłam, że i ona gapi się w zachwy­cie.

Na pół­pię­trze, przy­kle­ja­jąc wysoko na ścia­nie skse­ro­wany pla­kat, stał praw­dziwy przy­stoj­niak. Kiedy uniósł ręce nad głową, jego koszula pod­wi­nęła się, odsła­nia­jąc frag­ment zło­ci­stej skóry i wspa­niale wyrzeź­bio­nych mię­śni brzu­cha. Pod koszulą krył się ide­alny tors w kształ­cie litery V: sze­ro­kie ramiona i wąska talia, a zła­chane dżinsy osła­niały dosko­nały tyłek. Modny ple­mienny tatuaż pokry­wał musku­larne przed­ra­mię, a gdy jego wła­ści­ciel spo­strzegł nas kątem oka, wes­tchnę­łam w myślach. Wspa­niały uśmiech, nieco krzywy, zde­cy­do­wa­nie flir­ciar­ski, wywo­ły­wał mro­wie­nie w dole brzu­cha. Zna­ko­mi­cie współ­grał z pięk­nymi jasno­sza­rymi oczami, rzeź­bioną linią szczęki pokry­tej sek­sow­nym kil­ku­dnio­wym zaro­stem, gęstymi, zwi­chrzo­nymi ciem­no­blond wło­sami, które tylko cze­kały na dotyk kobie­cych pal­ców.

- Cześć, dziew­czyny - powi­tał nas niskim, lekko ochry­płym gło­sem. Jego ame­ry­kań­ski akcent brzmiał swoj­sko i miło.

Clau­dia prze­ci­snęła się obok mnie i jakby od nie­chce­nia ruszyła w jego stronę. Uśmiech­nę­łam się, widząc, jak koły­sze bio­drami, gdy się do niego zbli­żała. On też się uśmiech­nął zafa­scy­no­wany jej wido­kiem.

Moja przy­ja­ciółka była zachwy­ca­jąca, a przy tym miała nie­wia­ry­godną klasę, która kazała myśleć, że jest dziew­czyną stwo­rzoną do wyż­szych celów. W Sta­nach onie­śmie­lała wielu face­tów, a nie­któ­rzy z góry zakła­dali, że jest kimś innym, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Trak­to­wali ją jak panienkę z towa­rzy­stwa, na któ­rej łatwiej wywrzeć wra­że­nie wyso­ko­ścią fun­du­szu powier­ni­czego, a którą trud­niej roz­ba­wić. Dla­tego, nie­stety, mimo wyjąt­ko­wej urody w świe­cie roman­sów Clau­dia wciąż pozo­sta­wała sama.

Patrzy­łam, jak wyta­tu­owany przy­stoj­niak w stylu bun­tow­nika bez powodu przy­gląda się jej z uzna­niem. Clau­dia miała dłu­gie ciemne włosy i oliw­kową kar­na­cję, którą odzie­dzi­czyła po matce Por­tu­galce, tak jak wąską talię, dłu­gie nogi, jędrne cycki i tyłek. Była typem dziew­czyny, jakiego inne przed­sta­wi­cielki płci pięk­nej ser­decz­nie nie­na­wi­dzą.

Miała na sobie desi­gner­skie dżinsy rurki, teni­sówki Laco­ste i słodką białą bluzkę Ral­pha Lau­rena z krót­kimi rękaw­kami, dopa­so­waną w talii. Wyglą­dała, jakby wybie­rała się do eks­klu­zyw­nego klubu na golfa. Zauwa­ży­łam, że nasz zajęty wie­sza­niem pla­katu przy­stoj­niak jest tym roz­ba­wiony.

Clau­dia ski­nęła głową w stronę pla­katu.

- Jest impreza?

- Tak. - Spoj­rzał na nią z uśmie­chem, który, gdy się zbli­ży­łam, stał się jesz­cze szer­szy. - Wie­szam to w imie­niu przy­ja­ciela, który mieszka w sąsied­niej klatce. Oczy­wi­ście powin­ny­ście przyjść. A tak przy oka­zji, jestem Beck.

- Clau­dia. A to moja przy­ja­ciółka Char­ley - dodała, wska­zu­jąc na mnie.

- Cześć, Char­ley. - Flir­ciar­ski uśmiech nie znik­nął z twa­rzy Becka, gdy stu­dio­wał mnie wzro­kiem z góry do dołu.

W prze­ci­wień­stwie do Clau­dii byłam ubrana tak, że naj­pew­niej wyrzu­cono by mnie z jej eli­tar­nego klubu - w moje ulu­bione opi­na­jące tyłek dżinsy rurki z dziurą na kola­nie, sprane tak, że stały się mię­ciut­kie jak dla nie­mow­lę­cia, a do tego koszulkę over­size z bie­gną­cym przez pierś napi­sem "Mól książ­kowy". Trzy lata temu roz­ja­śni­łam dłu­gie jasne włosy na pla­ty­nowo, sądząc, że dzięki temu moje orze­chowe oczy będą wyglą­dać bar­dziej inte­re­su­jąco. Teraz zgar­nę­łam je do tyłu i zwią­za­łam w luźny koń­ski ogon. Jak zwy­kle mia­łam na sobie mnó­stwo sre­bra - dwa dłu­gie naszyj­niki, trzy pier­ścionki na jed­nej ręce, dwa na dru­giej, a na obu nad­garst­kach plą­ta­ninę bran­so­le­tek ze zdo­bio­nej sre­brem skóry.

Clau­dia uwa­żała, że powin­nam ubie­rać się bar­dziej ele­gancko. Ja byłam zda­nia, że ona powinna nosić się bar­dziej w stylu grunge.

Kiw­nę­łam mu głową w odpo­wie­dzi, czu­jąc, że policzki płoną mi pod jego spoj­rze­niem. Było w nim tyle żaru, że gdy­bym poli­zała palec i przy­tknęła do jego skóry, z pew­no­ścią z sykiem unio­słaby się para. Jed­nak po doświad­cze­niach z nie­grzecz­nymi chło­pa­kami w szkole śred­niej zde­cy­do­wa­nie wyle­czy­łam się z tych spraw. Posła­łam Clau­dii spoj­rze­nie dające jej do zro­zu­mie­nia, że powinna wyko­rzy­stać szansę.

Uśmiech­nęła się zna­cząco i popa­trzyła na pla­kat. Podą­ży­łam za jej wzro­kiem.

IMPREZA WIE­CZO­REM

13 wrze­śnia, godz. 21.00

I pię­tro, miesz­ka­nie nr 3

DAR­MOWA GORZAŁA

I zagryha!

- Hm... - Clau­dia zwró­ciła się do Becka, marsz­cząc brwi. - Czy twój przy­ja­ciel zdaje sobie sprawę, że zro­bił błąd w sło­wie "zagry­cha"?

Beck prych­nął.

- Skar­bie, tu jest napi­sane "Dar­mowa gorzała". Naprawdę uwa­żasz, że kto­kol­wiek będzie czy­tał następne zda­nie na tym pie­przo­nym pla­ka­cie?

- Tu cię ma - mruk­nę­łam pod nosem.

Puściła mimo uszu moją uwagę.

- Nie obcho­dzi cię to? Przy­kle­jasz pla­kat, a jeśli ludzie go prze­czy­tają, pomy­ślą, że jesteś kre­ty­nem, który nie umie pra­wi­dłowo napi­sać słowa "zagry­cha".

Beck wzru­szył ramio­nami i prze­szedł obok nas, kie­ru­jąc się pię­tro wyżej.

- Mam gdzieś, co ludzie myślą. Pie­przę to.

- Dość ory­gi­nalne podej­ście. - Clau­dia obró­ciła się na pię­cie i posłała mu uśmiech, który sto­piłby serce każ­dego faceta. - Może nauczył­byś mnie takiego nie­ty­po­wego myśle­nia? Zna­la­zła­bym tro­chę czasu.

Zauwa­ży­łam, że Beck zachwiał się lekko na pierw­szym stop­niu zasko­czony tym kokie­te­ryj­nym pyta­niem. Szybko zama­sko­wał swoją reak­cję, ponow­nie posy­ła­jąc Clau­dii sek­sowne spoj­rze­nie, a potem z uśmie­chem popa­trzył jej w oczy.

- Do zoba­cze­nia na impre­zie, dzie­cinko.

- Przyj­dziemy - odpo­wie­działa.

Chwy­ciła mnie za rękę, pocią­ga­jąc za sobą w dół po scho­dach. Kiedy tylko wypa­dły­śmy z beto­no­wej klatki scho­do­wej na roz­grzany słoń­cem dzie­dzi­niec, oparła się o sto­jak na rowery.

- Na sam jego widok mogła­bym prze­żyć orgazm - jęk­nęła i odwró­ciła się, spo­glą­da­jąc tęsk­nie w stronę budynku.

Zmarsz­czy­łam nos.

- Oszczędź mi szcze­gó­łów.

- Daj spo­kój. Zanurz tego chło­paka w zim­nym jezio­rze, a zamieni je w gorące źró­dło.

- Opo­wia­dasz głup­stwa - odpar­łam ze śmie­chem, po czym chwy­ci­łam Clau­dię za rękę i ruszy­ły­śmy w stronę Guth­rie Street.

Miesz­ka­ły­śmy tuż przy Cow­gate, na wschod­nim krańcu Gras­smar­ket, który, jak odkry­ły­śmy, za sprawą licz­nych pubów i pobli­skiego klubu był mod­nym miej­scem spo­tkań. Okna naszych sypialni wycho­dziły na Cow­gate, więc zarówno Claud, jak i ja zain­we­sto­wa­ły­śmy w zatyczki do uszu, żeby móc spać w nocy.

Nasz dom znaj­do­wał się o kilka ulic z dala od głów­nego kam­pusu, na tere­nie wzno­szą­cym się w stronę Uni­wer­sy­tetu Edyn­bur­skiego. Ruszy­ły­śmy tam, żeby w cen­trum infor­ma­cyj­nym ode­brać legi­ty­ma­cje. Były nam potrzebne - bez nich nie mogły­by­śmy korzy­stać z biblio­teki ani uczest­ni­czyć w spo­tka­niach zrze­sze­nia stu­den­tów.

- Zga­dzam się, że jest atrak­cyjny, ale nie chcę mieć wię­cej do czy­nie­nia z nie­grzecz­nymi chłop­cami. - Zigno­ro­wa­łam zna­jome bole­sne ukłu­cie w piersi i zaci­snę­łam szczęki, uda­jąc obo­jęt­ność - Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek mia­łaś na to ochotę.

- Naprawdę chcę zro­bić wyją­tek dla Becka. - Clau­dia zatrze­po­tała rzę­sami i ponow­nie jęk­nęła. - Beck. Nawet to jego cho­lerne imię jest sek­sowne.

- Mojej mamie by się nie spodo­bał. Dwu­krot­nie w odstę­pie kilku sekund użył słowa "pie­przyć".

- Zerżnę­ła­bym go dwa razy w ciągu kilku sekund.

Zaszo­ko­wana wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Nie żar­tuję.

Kiedy spoj­rza­łam na twarz Clau­dii, stwier­dzi­łam, że mówi prawdę. Natych­miast otrzeź­wia­łam.

- Pro­szę, nie rób niczego, czego byś potem żało­wała.

Mach­nęła ręką, lek­ce­wa­żąc mój nie­po­kój.

- Nie jestem głu­pia. Jeśli zechce dobrać mi się do maj­tek, będzie musiał na to zasłu­żyć. - Zatarła dło­nie z rado­ścią. - I zamie­rzam świet­nie się bawić, zmu­sza­jąc go, żeby na to zapra­co­wał.

Nie byłam zachwy­cona per­spek­tywą uczest­ni­cze­nia w impre­zie, na któ­rej zosta­wiono by mnie samą, pod­czas gdy naj­lep­sza przy­ja­ciółka pró­bo­wa­łaby owi­jać sobie Becka dookoła palca. Ale... to była Clau­dia, a ja ją kocha­łam i ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam, żeby jakiś facet od pierw­szej chwili tak bar­dzo ją zafa­scy­no­wał. Prze­bo­leję to ze względu na nią.

- To zna­czy, że naprawdę idziemy dziś na tę imprezę. Może powin­ny­śmy zapro­sić nasze współ­lo­ka­torki?

- Przy­po­mnij mi, jak mają na imię.

Pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć.

- Mag­gie, Gemma i Lisa... Chyba tak?

- Myśla­łam, że Mag­gie, Jemima i Lau­ren.

- Jemima? Zapa­mię­ta­ła­bym takie imię.

- Jeste­śmy okrop­nymi współ­lo­ka­tor­kami.

- To prawda. Mam zamiar zor­ga­ni­zo­wać dla nas coś w rodzaju towa­rzy­skiego spo­tka­nia.

Oczy Clau­dii zabły­sły.

- Ooch, a możemy zapro­sić Becka?

Cho­lera. Już po niej.

?

- Może powin­nam wło­żyć sukienkę? - Clau­dia wymam­ro­tała pod nosem już pięć­dzie­siąty raz, gdy wcho­dzi­ły­śmy na pierw­sze pię­tro, zmie­rza­jąc do miesz­ka­nia numer trzy.

Z wnę­trza dobie­gała pul­su­jąca ryt­micz­nie muzyka, a na dzie­dzińcu minę­ły­śmy kilku pija­nych stu­den­tów pierw­szego roku. Wes­tchnę­łam, przy­ci­ska­jąc się ple­cami do ściany, by zro­bić przej­ście dla chło­paka, który zbie­gał ze scho­dów w stronę wyj­ścia. Wyglą­dał na poiry­to­wa­nego.

- Mówi­łam ci, że prze­sa­dzi­ła­byś z sukienką. To jest zwy­kła stu­dencka impreza, Claud, nic for­mal­nego.

Kiedy zna­la­zły­śmy się na pierw­szym pię­trze, prze­ko­nała się, że mia­łam rację. Drzwi do miesz­ka­nia numer trzy były otwarte na oścież, a stu­denci kotło­wali się przy nich, popi­ja­jąc z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych kub­ków. Kilka dziew­czyn uśmiech­nęło się do nas, a chłopcy kiw­nęli nam gło­wami, kiedy ich mija­ły­śmy, wcho­dząc do środka. Wszy­scy byli swo­bod­nie ubrani i cie­szy­łam się, że prze­ko­nałam Clau­dię do dżin­sów i koszulki na ramiącz­kach.

- To miesz­ka­nie jest dużo więk­sze od naszego - powie­dzia­łam, gdy rozej­rza­ły­śmy się po zatło­czo­nym salo­nie i kuchni.

- Tam jest wię­cej pokoi. - Clau­dia wska­zała kory­tarz z lewej strony.

Zauwa­ży­łam, że na końcu zakrę­cał pod kątem pro­stym. Nali­czy­łam pię­cioro drzwi po jed­nej stro­nie i pomy­śla­łam, że Claud ma rację, mówiąc, że w ukry­tym kory­ta­rzu są kolejne.

- Przy­szły­ście. - Beck wyrósł przed nami jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, z dwoma piwami w dło­niach. - Miło panie znów widzieć.

Wyglą­dał pra­wie tak jak po połu­dniu - może nawet ponęt­niej - i na jego widok przez chwilę ode­brało nam mowę.

W jego uśmie­chu była pew­ność sie­bie kogoś świa­do­mego, jaką reak­cję wywo­łuje u przed­sta­wi­cie­lek płci prze­ciw­nej. Wycią­gnął butelki piwa w naszą stronę.

- Chce­cie?

Się­gnę­łam po jedną.

- Dzięki. Nie­źle to wygląda. - Wska­za­łam balan­gu­jący tłum.

- Mówi­łem? Wystar­czy "dar­mowa gorzała" na pla­ka­cie i voila. - Uśmiech­nął się do Clau­dii, gdy w końcu wyszła z odrę­twie­nia i się­gnęła po piwo. Zer­k­nął znów na mnie i moje piersi. - Fajna koszulka.

Mój T-shirt vin­tage z logo Pearl Jam był spło­wiały i zno­szony, nieco obci­sły, ale kiedy go zoba­czy­łam w skle­pie z uży­wa­nymi ubra­niami, natych­miast zapra­gnę­łam go mieć. Na szczę­ście dzięki temu, że był dopa­so­wany, wyglą­da­łam w nim sek­sow­nie. Nie pierw­szy raz facet mówił mi kom­ple­ment, gdy mia­łam tę koszulkę na sobie, i wciąż nie wie­dzia­łam, czy dla­tego, że była z Pearl Jam, czy dla­tego, że cia­sno opi­nała biust.

Zapewne tro­chę z pierw­szego powodu i dużo bar­dziej z dru­giego.

- Dzięki - mruk­nę­łam i roz­glą­da­jąc się po pokoju, "przy­pad­kiem" trą­ci­łam Clau­dię łok­ciem.

Zro­zu­miała alu­zję.

- A więc, Beck - powie­działa, pod­cho­dząc do niego bli­żej - stu­diu­jesz za gra­nicą przez semestr czy przez rok, jak my?

- Przez rok - usły­sza­łam, uda­jąc, że bar­dziej inte­re­suje mnie pokój, w któ­rym się znaj­du­jemy, niż kon­wer­sa­cja mię­dzy nim a naj­lep­szą przy­ja­ciółką. - Przy­je­cha­łem z Nor­th­we­stern. A wy?

- Z Pur­due, to nie tak daleko od cie­bie.

- Wydaje mi się, że parę osób, które tu miesz­kają, też stam­tąd pocho­dzi. Zna­cie ich? To Alan i Joey. Pozna­li­śmy się pierw­szego wie­czoru.

Odwró­ci­łam się teraz, upi­ja­jąc kolejny łyk piwa, i pokrę­ci­łam głową, kiedy Clau­dia odparła:

- Nie. Ty też tu miesz­kasz?

- Nie, nie­da­leko, w Col­lege Wynd, z moim kum­plem Jakiem.

Wzdry­gnę­łam się na dźwięk tego imie­nia, serce zaczęło mi szyb­ciej bić, jak zawsze, gdy je sły­sza­łam. Na szczę­ście żadne z tych dwojga tego nie zauwa­żyło i kiedy ze sobą gawę­dzili, zaczę­łam powoli, głę­boko oddy­chać, żeby się uspo­koić. Minęło już trzy i pół roku, a na samą myśl o nim serce pod­cho­dziło mi do gar­dła. Kiedy doszłam do sie­bie, zauwa­ży­łam, że Clau­dia rzuca mi ukrad­kowe spoj­rze­nia mówiące "spa­daj". Butelką z piwem wska­za­łam stronę za ich ple­cami.

- Mam zamiar pójść... i spraw­dzić, czy kogoś tu znam.

Po drgnię­ciu ust Becka widać było, że ani Clau­dia, ani ja nie zacho­wu­jemy się sub­tel­nie, ale to nie ja chcia­łam zro­bić na nim wra­że­nie. Weszłam mię­dzy tło­czą­cych się ludzi i skie­ro­wa­łam do środka pomiesz­cze­nia, gdzie na dużym stole trwał tur­niej piw­nego ping-ponga. Gra­cze rzu­cali piłecz­kami do kub­ków z piwem usta­wio­nych po dru­giej stro­nie. Już sama myśl o tym wydała mi się potwor­nie nudna i zawró­ci­łam w stronę kuchni, gdzie ludzie gawę­dzili oparci o kuchenne blaty. Prze­ci­snę­łam się obok niskiego faceta z twa­rzą na wyso­ko­ści moich cyc­ków.

- Fajna koszulka. - Uśmiech­nął się do mnie, spo­glą­da­jąc w górę.

Co mówi­łam? To cza­ro­dziej­ska koszulka. Mruk­nę­łam "dzię­kuję" i ruszy­łam do kuchni.

- Char­ley!

Zdzi­wi­łam się, sły­sząc swoje imię wykrzy­czane na całe pomiesz­cze­nie, i otwo­rzy­łam sze­roko oczy na widok naszej współ­lo­ka­torki Mag­gie, która z entu­zja­zmem machała do mnie z kuchni. Zasko­czona jej wylewną reak­cją na mój widok i nieco skon­ster­no­wana, posła­łam jej uśmiech i rozej­rza­łam się.

- Cześć, Mag­gie.

- Przy­szłaś, cudowna dziew­czyno. Chodź, uko­chaj mnie! - Zarzu­ciła mi ramiona na szyję i kiedy się zde­rzy­ły­śmy, jej gęste rude włosy stłu­miły moje słowa. Była cał­kiem pijana i tro­chę mam­ro­tała, mimo to jej angiel­ski akcent pozo­stał fan­ta­styczny. Odsu­nęła mnie od sie­bie sil­nym ruchem. - Clau­dia też tu jest?

- Tak, roz­ma­wia z face­tem, któ­rego pozna­ły­śmy dziś po połu­dniu.

Mag­gie kiw­nęła głową. Jej piękne oczy były prze­krwione.

- Zgu­bi­łam Gemmę i Laurę. Nie wiem, gdzie poszły, ale ja spo­tka­łam tych chło­pa­ków. - Odwró­ciła się do jed­nego z nich, śred­niej budowy ciała, z jasnymi krę­co­nymi wło­sami i dzie­cię­cym spoj­rze­niem błę­kit­nych oczu. Towa­rzy­szyli mu wysoki, chudy facet w mod­nych oku­la­rach bez opra­wek, z tatu­ażami na ramio­nach i z kol­czy­kiem w war­dze oraz niska, krą­gła dziew­czyna o wło­sach w odcie­niu jasnego fio­letu. - To Matt, Lowe i Rowena.

Przy­wi­ta­łam się z nimi, uno­sząc butelkę z piwem.

- Cześć. Jestem Char­ley.

Lowe, ten wysoki, chudy facet, uniósł swoje piwo i na jego paznok­ciach poma­lo­wa­nych czar­nym lakie­rem zauwa­ży­łam odpry­ski.

- Fajna koszulka.

- Też jesteś Ame­ry­ka­ni­nem?

- Z Nor­th­we­stern.

- Pur­due.

Nagle spoj­rzał na mnie z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Kiedy jego wzrok wędro­wał w górę i w dół po moim ciele, zauwa­ży­łam, że nie był chudy. Był szczu­pły, musku­larny... i uro­czy. Naprawdę uro­czy.

- Gra­łem w dru­ży­nie Boiler­ma­kers. Prak­tycz­nie jeste­śmy sąsia­dami. - Bar­dzo, bar­dzo uro­czy.

Był rów­nież kolej­nym nie­grzecz­nym Bec­kiem. Mogła­bym się zało­żyć, że się przy­jaź­nili.

- Jeśli przy­ja­ciel musi jechać kilka godzin, żeby wpaść do cie­bie na cia­sto, to rze­czy­wi­ście jeste­śmy sąsia­dami.

Lowe uśmiech­nął się, a Matt i Rowena zachi­cho­tali.

Mag­gie wyglą­dała na zdez­o­rien­to­waną. Pró­bu­jąc zmie­nić temat, zapy­tała:

- To zna­czy, że widzia­ły­ście pla­kat, ten o impre­zie?

- Tak. I Beck nas zapro­sił.

Lowe zmarsz­czył brwi.

- Pozna­ły­ście Becka?

Spoj­rza­łam przez ramię na tłum gości i wska­za­łam na niego. Beck i Clau­dia wciąż roz­ma­wiali, ale ona nie wyda­wała się zachwy­cona jego sło­wami.

- Roz­ma­wia z moją przy­ja­ciółką Clau­dią.

Odwró­ci­łam się znów w stronę moich roz­mów­ców i dostrze­głam w tłu­mie pro­fil, na któ­rego widok krew ude­rzyła mi do głowy. Zmro­ziło mnie, gdy obej­mo­wa­łam wzro­kiem zna­jomy zarys szczęki i pro­sty rzym­ski nos. Zna­jome usta cało­wały czy­jeś czoło.

To nie mógł być on.

Serce zaczęło mi szyb­ciej bić, gdy patrzy­łam, jak pro­fil się odwraca. Wię­cej niż zna­jomy piękny uśmiech pozba­wił mnie tchu.

Przez chwilę, która wyda­wała się wiecz­no­ścią, czu­łam na sobie wzrok Jacoba Caplina - chło­paka, który był moją pierw­szą miło­ścią.

Nie widzia­łam go od trzech i pół roku.

I oto stał tutaj, wysoki i dobrze zbu­do­wany, ubrany porząd­niej niż kie­dyś, w koszulkę z dłu­gimi ręka­wami i czarne dżinsy. Ciemne włosy miał krót­sze niż daw­niej, ale paso­wały do owalu jego przy­stoj­nej, szczu­płej twa­rzy. Nie chcia­łam nawet spoj­rzeć w jego ciemne oczy, wie­dząc, że spra­wi­łoby mi to ból jesz­cze więk­szy niż ten, który dotąd czu­łam. Cier­pie­nie stało się dotkliw­sze, gdy patrzy­łam, jak obej­muje ramie­niem wtu­loną w niego ciem­no­włosą dziew­czynę, która opie­rała dłoń na jego piersi. Mia­łam ponad metr sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Ona była wyż­sza. Zgrab­niej­sza. O wiele, wiele ład­niej­sza. Z ciem­nymi wło­sami i oliw­kową cerą wyglą­dała przy nim ide­al­nie.

Nie­na­wi­dzi­łam jej.

Nie­na­wi­dzi­łam jego.

Trzy i pół roku wciąż nie zago­iło ran.

- Char­ley! Halo, Char­ley! - Mag­gie wykrzyk­nęła pijac­kim gło­sem i dostrze­głam, że dźwięk mojego imie­nia dotarł do jego uszu. Zesztyw­niał, pod­czas gdy drżą­cymi pal­cami ści­ska­łam szyjkę butelki.

Bły­ska­wiczne uniósł wzrok i prze­biegł nim przez wypeł­niony ludźmi pokój. Drgnął, gdy jego spoj­rze­nie zetknęło się z moim, i opu­ścił ramię obej­mu­jące przy­tu­loną dziew­czynę. Roz­chy­lił usta, jego piękne rysy zelżały pod wpły­wem szoku i zoba­czy­łam, że bez­gło­śnie wyma­wia moje imię.

Kiedy nasze oczy spo­tkały się po raz pierw­szy od lat, nagle wszy­scy wokół mnie znik­nęli. Muzyka zmie­niła się w głu­che pul­so­wa­nie, roz­mowy w stłu­miony gwar i sły­sza­łam jedy­nie bicie serca. Pra­gnę­łam stam­tąd wyjść. Zna­leźć się jak naj­da­lej od niego, ale gdy prze­ci­snął się obok swo­ich zacie­ka­wio­nych przy­ja­ciół i ruszył w moją stronę, poczu­łam się, jak­bym była przy­kle­jona do pod­łogi, i kiedy sta­nął przede mną, policzki pło­nęły mi z emo­cji.

- Jake - cie­pło pozdro­wił go Lowe.

Jake ski­nął mu głową w zna­jomy spo­sób, który prze­szył mi serce.

- Lowe.

Szybko prze­niósł wzrok z przy­ja­ciela na mnie, a ból wybuchł we mnie pło­mie­niem. Kocha­łam oczy Jake'a. Ciemne, w kolo­rze głę­bo­kiego brązu, były tak inte­li­gentne i cie­płe, tak głę­bo­kie, że mogła­bym szczę­śli­wie spę­dzić resztę życia, zatra­ca­jąc się w nich.

Byłam młoda.

Byłam idiotką.

- Char­ley - powie­dział cicho niskim, głę­bo­kim gło­sem, który wciąż potra­fił wywo­łać roz­koszny, lecz nie­po­żą­dany dreszcz w dole ple­ców. - Nie mogę uwie­rzyć, że to ty. - Drżącą dło­nią prze­cią­gnął po wło­sach, cze­ka­jąc, aż coś powiem. Cokol­wiek.

Chcia­łam być chłodna. Nie­po­ru­szona. Obo­jętna.

Nie­stety nie udało mi się. Wrę­czy­łam swoje piwo zbi­tej z tropu Mag­gie i prze­szłam obok Jake'a bez słowa.

Uży­wał wciąż tej samej wody toa­le­to­wej, tej, którą mu kupi­łam. Tej, która pach­niała na nim tak cudow­nie, że sporo czasu spę­dzi­łam z nosem wtu­lo­nym w jego szyję.

Rów­nież to wspo­mnie­nie bolało.

Idąc szybko kory­ta­rzem, dostrze­głam, że Clau­dia roz­ma­wia z face­tem, któ­rego nie zna­łam. Nie mia­łam czasu zasta­na­wiać się, co się stało z Bec­kiem, bo Jake wykrzy­ki­wał moje imię. Sły­sząc to, Clau­dia pod­nio­sła wzrok i zro­biła wiel­kie oczy, gdy ujrzała moją twarz.

- Wycho­dzę - oznaj­mi­łam kate­go­rycz­nie, mija­jąc ją.

Natych­miast ruszyła za mną. Popę­dzi­łam po scho­dach i przez dzie­dzi­niec, wpa­dłam do naszej klatki scho­do­wej i szybko zamknę­łam ją za Claud.

- Co się dzieje, do cho­lery? - Jej oczy błysz­czały z nie­po­koju, kiedy prze­ci­snę­łam się obok i wbie­głam na schody.

Dopiero gdy zna­la­zły­śmy się w mojej sypialni i zamknę­ły­śmy drzwi, obró­ci­łam się i sta­nę­łam przed nią. Drża­łam na całym ciele, a ból, który sta­ra­łam się stłu­mić, eks­plo­do­wał. Clau­dia chwy­ciła mnie w obję­cia i trzy­mała mocno, cicho mówiąc do ucha uspo­ka­ja­jące słowa, tym­cza­sem ja, szlo­cha­jąc, szep­ta­łam wyja­śnie­nie w jej włosy.

Rozdział drugi

?

Indiana, wrze­sień 2008

- Będziemy mieli przez to kło­poty - mruk­nę­łam, roz­glą­da­jąc się wśród uczniów mojej klasy, któ­rych twa­rze raz po raz poja­wiały się w bla­sku rzu­ca­nym przez pło­mień wiel­kiego ogni­ska. Wie­dzia­łam, że trzeba go pil­no­wać.

Wró­ci­łam do domu po let­nich waka­cjach, które spę­dzi­łam ze swo­imi kuzy­nami z Flo­rydy, a moje przy­ja­ciółki Lacey i Rose zmó­wiły się z moim byłym chło­pa­kiem Ale­xem i urzą­dziły mi przy­ję­cie powi­talne w lesie, w poło­żo­nej na przed­mie­ściu posia­dło­ści jego rodzi­ców. W oto­cze­niu roz­pa­da­ją­cych się beto­no­wych sie­dzisk poro­śnię­tych chwa­stami stała tam ogromna stara altana. Teraz wypeł­niali ją nie­letni pijacy, a ponadto puszki po piwie, chrust na ogni­sko i sprzęt gra­jący. Lacey pokle­pała mnie żar­to­bli­wie.

- Kogo to obcho­dzi? Po pro­stu się bawmy. Nie sądzę, żeby zro­bili nam nalot. Jutro jest Święto Pracy, są zbyt zajęci przy­go­to­wa­niami do festynu, żeby przej­mo­wać się tym, co tu kom­bi­nu­jemy. - Wrę­czyła mi piwo.

- Nie musia­łaś tego robić.

Rose przy­tak­nęła.

- Ja pod­su­nę­łam pomysł, żeby­śmy urzą­dziły imprezę, zanim wró­cimy do szkoły. A Alex zapro­po­no­wał, żeby była na twoją cześć.

Lacey prych­nęła.

- Bar­dziej jed­no­znacz­nie nie mógł się zacho­wać.

Śle­dząc jej spoj­rze­nie, ujrza­łam Alexa w towa­rzy­stwie dziew­czyny z dru­giej klasy. Wyda­wało się, że chło­pak nie słu­cha tego, co ona mówi, kiedy przy­glą­dał się naszej grupce.

- Wie, że nie mamy po co do tego wra­cać. Przed waka­cjami spo­ty­ka­li­śmy się przez trzy mie­siące i nic z tego nie wyszło.

- Twoim zda­niem. - Rose wes­tchnęła ze smut­kiem. - On cią­gle o tobie myśli, Char­ley. Jest taki słodki. I gra w fut­bol. To jest super.

- Alex jest miły i w ogóle, ale nie jest dla mnie.

Alex rze­czy­wi­ście był bar­dzo miły, ale przez trzy mie­siące, gdy ze sobą cho­dzi­li­śmy, wciąż cze­ka­łam na coś, co sprawi, że doznam olśnie­nia. Kiedy się cało­wa­li­śmy, było po pro­stu... miło. A skoro cało­wa­nie się było miłe, lecz nic poza tym, nie chcia­łam robić z nim nic wię­cej, przez co wyda­wa­łam się ozię­bła. Tak czy siak, za bar­dzo się róż­ni­li­śmy. Alexa inte­re­so­wał głów­nie fut­bol i zacho­wa­nie pozo­rów wobec rodziny, zwłasz­cza że jego mama była bur­mi­strzem.

Szcze­rze mówiąc, nie wiem, co Alex we mnie widział. Jestem pewna, że jego matka też się nad tym zasta­na­wiała. Moja sio­stra Andrea paso­wa­łaby do niego ide­al­nie, gdyby mieli tyle samo lat. Była tro­chę sztywna i nie­ska­zi­telna od stóp do głów. Z kolei ja stale byłam czymś pochło­nięta, mia­łam obse­sję na punk­cie muzyki, ubie­ra­łam się tak, jak mi pod­po­wia­dał nastrój, i mówi­łam to, co naprawdę myśla­łam.

Jedyne, co pani bur­mistrz Roster uzna­wała za odpo­wied­nie w odnie­sie­niu do mnie, doty­czyło mojej sio­stry. Sądzę, że miała nadzieję, że pew­nego dnia nagle prze­isto­czę się w mini­wer­sję Andie.

- Zapo­mnij o Ale­xie. - Lacey obró­ciła się do mnie, a jej oczy jaśniały w bla­sku ogni­ska. - Zde­cy­do­wa­łam, że ide­alny dla cie­bie będzie Jake Caplin.

- Ach, tajem­ni­czy Jake - zaśmia­łam się.

Całe lato przy­ja­ciółki wydzwa­niały do mnie roz­e­mo­cjo­no­wane. Naj­pierw dono­siły, że do Lan­ton spro­wa­dziła się nowa rodzina. Była to nowina, ponie­waż pan Caplin otwie­rał kan­ce­la­rię prawną, co wywo­łało nie­po­kój w miej­sco­wej kan­ce­la­rii Brac­kett & Sons. Była to nowina rów­nież z tego powodu, że Capli­no­wie mieli dwóch synów - Jacoba i młod­szego Lukasa, ucznia pierw­szej klasy. Obaj podobno byli uro­czy.

Przez lato nawią­zali sporo zna­jo­mo­ści. A przy­naj­mniej Jake. Szybko zna­lazł przy­ja­ciół, podobno umiał się odna­leźć w każ­dej gru­pie, jak twier­dziła Lacey. Spę­dzał czas z muzy­kami, z wszel­kiego rodzaju mania­kami, z tymi, któ­rzy palili zioło, ale rów­nie dobrze bawił się w towa­rzy­stwie spor­tow­ców. I, co waż­niej­sze, powie­działa Lacey, prze­spał się już z całym gro­nem młod­szych i star­szych dziew­czyn. Plotka gło­siła, że zali­czył też Stacy Sul­li­van, sek­sowną laskę ze star­szej klasy, która pra­co­wała w barze u Huba, popu­lar­nej knajpce na Main Street. To rze­czy­wi­ście była nowina, bo Stacy uma­wiała się tylko z face­tami z col­lege'u. Seks ze Stacy uczy­nił z Jake'a postać nie­mal legen­darną wśród naszych szkol­nych kole­gów.

Wziąw­szy to wszystko po uwagę, zasta­na­wia­łam się, dla­czego, u licha, Lacey chciała, żebym się z nim zwią­zała.

- O Boże, on tu jest - wyszep­tała bez tchu, jakby sam Bat­man wła­śnie zja­wił się na impre­zie.

Odwró­ci­łam głowę i poprzez pło­mień ogni­ska spoj­rza­łam w ciemne oczy Jake'a Caplina.

Poczu­łam, że zatrzy­mał na mnie wzrok i z wra­że­nia zanie­mó­wi­łam.

Był piękny.

Nie wiem, jak ina­czej mogła­bym go opi­sać. Kiedy prze­cho­dził przez tłum ze wzro­kiem utkwio­nym we mnie, a przy­ja­ciółki szep­tały z nie­do­wie­rza­niem, że zmie­rza w naszą stronę, zde­cy­do­wa­łam nic sobie nie robić z plo­tek. Było coś w spo­so­bie, w jaki poru­szało się jego wyso­kie, dobrze zbu­do­wane ciało - pewne sie­bie i silne, ale zara­zem dzi­kie i nie­po­skro­mione. Patrzy­łam, jak kąciki ust Jake'a uno­szą się w pół­u­śmie­chu, i z wyrazu jego twa­rzy wyczy­ta­łam milion rze­czy. Milion opo­wie­ści, żar­tów, marzeń...

W głębi duszy wie­dzia­łam, że Jake Caplin ni­gdy, przeni­gdy mnie nie znu­dzi. Wyda­wało się to sza­lone, ponie­waż ni­gdy nie zamie­ni­li­śmy ze sobą słowa, ale nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści.

- Więc to ty jesteś tą tajem­ni­czą dziew­czyną, która znik­nęła na całe lato. - Przy­sta­nął na wprost mnie, swo­bodny, z piwem w ręce.

Prze­chy­li­łam głowę, by spoj­rzeć mu w oczy, i poczu­łam mro­wie­nie w ciele. Nagle do mnie dotarło, że komuś tak pięk­nemu jak Jake dziew­czyny cały czas się narzu­cają. Wyczy­ta­łam to z jego pod­szy­tej próż­no­ścią pew­no­ści sie­bie. Ze swo­body, z jaką do mnie mówił, kom­plet­nie nie­zna­jomy, pod­czas gdy faceci, któ­rych zna­łam, jąkali się, pró­bu­jąc flir­to­wać.

- A ty jesteś tym tajem­ni­czym nowym - odpar­łam, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Uśmiech­nął się i wycią­gnął do mnie rękę.

- Jake.

Z waha­niem pozwo­li­łam mu ująć dłoń, nie zwa­ża­jąc na napię­cie w dole brzu­cha, które poja­wiło się od dotyku jego skóry.

- Char­ley.

- Wiem. Jesteś sławna. Super­menka - powie­dział z szel­mow­skim uśmie­chem, a ja rzu­ci­łam przy­ja­ciół­kom krzywe spoj­rze­nie. Nie mogłam uwie­rzyć, że opowie­działy mu tę histo­rię.

Nie, wła­ści­wie mogłam uwie­rzyć.

Dwa lata temu poje­cha­łam do mia­sta z Lacey i Rose. Wła­śnie wycho­dzi­ły­śmy z knajpki Huba, kiedy usły­sza­ły­śmy krzyk mojej sio­stry Andie. To było do niej tak nie­po­dobne, że przy­sta­nę­ły­śmy, by spraw­dzić, co się dzieje. Andie, wtedy uczen­nica ostat­niej klasy, i jej chło­pak Pete, z któ­rym od lat była w związku, prze­ży­wali pro­blemy. Tego dnia sytu­acja zaostrzyła się tak bar­dzo, że moja sio­stra - która sta­no­wiła wzór dobrych manier - zaczęła krzy­czeć na Pete'a na środku placu. Odkrzyk­nął coś, gdy odcho­dziła, na co Andie bez­myśl­nie przy­sta­nęła na środku jezdni i odwró­ciła się, by jesz­cze coś mu odpo­wie­dzieć.

Zoba­czy­łam, jak pan Fin­ne­gan z rykiem sil­nika wyjeż­dża swoim SUV-em zza zakrętu, i dostrze­głam, że jest zbyt zajęty mani­pu­lo­wa­niem przy desce roz­dziel­czej, by zauwa­żyć moją sio­strę. Nie zasta­na­wia­łam się nawet przez sekundę. Przedar­łam się przez ulicę i wypchnę­łam Andie z jezdni w samą porę, zanim Fin­ne­gan zdał sobie sprawę, co się dzieje, i naci­snął hamu­lec. Nie­stety zbyt późno zaha­mo­wał i samo­chód ude­rzył we mnie. Nie tak mocno, żebym została poważ­nie ranna, nie­mniej skoń­czyło się na wstrzą­śnie­niu, pęk­nię­tych żebrach i zła­ma­nej kości strzał­ko­wej.

Przez pewien czas leża­łam przy­kuta do łóżka. Wystar­cza­jąco długo, by mia­sto obwo­łało mnie lokalną boha­terką i wszy­scy, włącz­nie z sio­strą, nazy­wali mnie czule "Super­menką".

- Nie­na­wi­dzę życia w małym mia­steczku - burk­nę­łam, pocią­ga­jąc kolejny łyk piwa.

Jake roze­śmiał się sze­roko, głę­bo­kim gło­sem, który przy­kuł moją uwagę. Kiedy spoj­rze­li­śmy na sie­bie, serce znów zaczęło mi szyb­ciej bić.

- Nie przej­muj się. Jeśli chcia­ła­byś przy­jąć jakieś prze­zwi­sko, mógł­bym sobie wyobra­zić gor­sze i zde­cy­do­wa­nie nie tak zasłu­żone.

- Idziemy po wię­cej piwa - rado­śnie oznaj­miła Lacey i w mało sub­telny spo­sób chwy­ciła Rose, i odcią­gnęła ją, pozo­sta­wia­jąc mnie i Jake'a sam na sam.

Skrzy­wi­łam się na tak oczy­wi­ste zacho­wa­nie.

- Wybacz.

- Nie przej­muj się. - Jake pod­szedł krok bli­żej. - Mia­łem nadzieję, że cię tu poznam.

Prze­chy­li­łam głowę, posy­ła­jąc mu poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

- Och, sły­sza­łam, że pozna­łeś tu już wiele osób.

Powstrzy­mał uśmiech.

- Nie powin­naś słu­chać plo­tek.

- Zwłasz­cza jeśli to prawda?

Teraz się roze­śmiał, potrzą­sa­jąc głową.

- Po pro­stu byłem przy­ja­ciel­ski. Pozna­wa­łem nowe mia­sto. Komuś, kto miesz­kał w Chi­cago, nie­ła­two jest prze­pro­wa­dzić się do małego mia­steczka. Tam wszystko dzieje się szyb­ciej, a gdy tutaj robisz coś szybko, wywo­łu­jesz zgor­sze­nie.

- O tak, wyobra­żam sobie, że to ogromna zmiana. - Zmarsz­czy­łam brwi i opar­łam się o filar. - Dla­czego się tu prze­pro­wa­dzi­łeś?

Jake gło­śno wes­tchnął i wzru­szył ramio­nami.

- Mama i tata pocho­dzą z małych mia­ste­czek i tęsk­nili za czymś takim. Tacie nie­źle się wio­dło w Chi­cago, a mamie odpo­wia­dało tam­tej­sze życie. Ale mój młod­szy brat Lukas został napad­nięty pew­nego wie­czoru, kiedy wra­cał ze szkoły do domu i uciekł mu auto­bus. Napast­nicy wycią­gnęli nóż; nie zra­nili Lukasa, jed­nak mama i tata tak się prze­ra­zili, że posta­no­wili się prze­pro­wa­dzić.

Poki­wa­łam głową.

- Wiesz, że okropne rze­czy dzieją się wszę­dzie.

- W Lan­ton zda­rza się dużo napa­dów, prawda?

- Tylko wtedy, gdy nie­wiele się dzieje. Lubię tro­chę potrzą­snąć mia­stem.

Jake odrzu­cił głowę do tyłu i roze­śmiał się, a w jego oczach poja­wiły się cie­płe bły­ski.

- Komi­niarka i tak dalej?

Zaprze­czy­łam.

- Opa­ska na oczach, banan i czarny worek na śmieci.

- Pozwól, że zgadnę. - Zachi­cho­tał. - Banan ma tro­ja­kie zasto­so­wa­nie: jako pisto­let, jako prze­ką­ska w celu nabra­nia ban­dyc­kiej ener­gii, wresz­cie jego śli­ska skórka to dosko­nałe narzę­dzie ucieczki.

Otwo­rzy­łam sze­roko oczy, uda­jąc zasko­cze­nie.

- Stary, widzę, że chwy­tasz, o co cho­dzi. Chcesz napa­dać ze mną? - Nie zamie­rza­łam flir­to­wać, ale to był flirt na całego.

Spoj­rze­nie Jake'a stało się jesz­cze cie­plej­sze, kiedy pochy­lił lekko głowę i szep­nął:

- Zde­cy­do­wa­nie.

Pod wra­że­niem inten­syw­no­ści tego, co zaiskrzyło mię­dzy nami, zaczer­wie­ni­łam się i nie­zdolna powstrzy­mać uśmie­chu, odwró­ci­łam spoj­rze­nie.

- A więc jesteś z Ale­xem, tak?

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam, że Jake ogląda się przez ramię w stronę, gdzie stał Alex i nas obser­wo­wał. Nie wyda­wał się zado­wo­lony. Zde­cy­do­wa­nie nie poma­gało też to, że jego naj­lep­szy przy­ja­ciel Brett Tho­mas przy­glą­dał się nam z szy­der­czym uśmiesz­kiem i cho­ciaż nie sły­sza­łam, co mówi, było oczy­wi­ste, że robi na nasz temat komen­ta­rze, które nie­po­koją Alexa. Ni­gdy nie mogłam pojąć, dla­czego tak sym­pa­tyczny chło­pak jak Alex przy­jaźni się z Bret­tem, dosko­na­łym przy­kła­dem na to, że nie­da­leko pada jabłko od jabłoni. Jego ojciec, Tren­ton Tho­mas, był dile­rem samo­cho­do­wym. Z pozoru cza­ru­ją­cym i skrom­nym. Nie­któ­rzy ludzie go lubili. Ale wielu znało prawdę - że jest mizo­gi­nem, despotą i face­tem wiecz­nie nadą­sa­nym jak dziecko. Bywa­jąc w domu Tho­masów w okre­sie, gdy spo­ty­ka­łam się z Ale­xem, widzia­łam, jak ojciec trak­tuje syna i żonę. Chcia­łam go kop­nąć w jaja. Moi rodzice cho­dzili z nim do szkoły śred­niej i mówili, że zawsze był dup­kiem. Brett odzie­dzi­czył po swoim dro­gim tatu­siu wszyst­kie cudowne cechy.

Zacze­ka­łam, aż Jake znów na mnie spoj­rzy, i odpo­wie­dzia­łam łagod­nie:

- To dobry chło­pak, ale zerwa­li­śmy ze sobą przed waka­cjami i tak już zosta­nie.

- Jego mina świad­czy o tym, że chciałby, żeby było ina­czej. Tro­chę się zaprzy­jaź­ni­li­śmy... Z jego mor­der­czego spoj­rze­nia wnio­skuję, że moja roz­mowa z tobą zmieni nasze rela­cje.

- Przy­kro mi. - Wes­tchnę­łam poiry­to­wana. - Jego rodzina jest silna i wpły­wowa, a Alex jest taki jak oni. Da sobie radę.

- No nie wiem. - Jake spo­waż­niał. - Można zre­zy­gno­wać z takiej dziew­czyny jak ty?

- Miły tekst. - Roze­śmia­łam się cicho.

Jake uśmiech­nął się i prze­cią­gnął dło­nią po roz­wi­chrzo­nych ciem­nych wło­sach.

- Nie jestem pewien, czy to był tekst.

- Ależ tak, był. Jesteś świetny we flir­to­wa­niu. Bar­dzo pewny sie­bie jak na swój wiek.

- Nic o tym nie wiem. Ni­gdy nie musia­łem...

- Nad tym pra­co­wać - dokoń­czy­łam za niego, marsz­cząc brwi. - Pewny sie­bie i zaro­zu­miały...

Patrzył na mnie, mru­żąc roze­śmiane oczy.

- Wydaje ci się, że jesteś bystra.

- Nie. Wiem, że jestem bystra.

- I kto teraz jest zaro­zu­miały?

Zachi­cho­ta­łam, ale wzru­szy­łam ramio­nami.

- Mam ku temu powód. Jestem fan­ta­styczna.

- O cho­lera. - Jake znów się uśmie­chał, oparł rękę o filar nad moją głową i pochy­lił się ku mnie. - Chciał­bym cię poca­ło­wać, w tej chwili.

Oblało mnie gorąco, na samą myśl o tym motyle w brzu­chu osza­lały, ale udało mi się opa­no­wać.

- Nie znamy się wystar­cza­jąco dobrze.

- Nie zga­dzam się. - Pochy­lił się niżej, a jego zamiar był oczy­wi­sty. - Pięć minut z tobą wystar­czyło, żebym poczuł, jak­bym cię znał od zawsze.

- Jake.

Prze­rwał, a wyraz twa­rzy zmie­nił się, gdy wypo­wie­dzia­łam jego imię. Nie wie­dzia­łam, co to ozna­cza, ale poczu­łam, że pra­gnę się wto­pić w Jake'a. Z tru­dem się przed tym powstrzy­ma­łam.

- Nie mam zamiaru się z tobą cało­wać.

Piękne ciemne oczy roz­bły­sły.

- Chcesz mnie zmu­sić, żebym na to zapra­co­wał?

Kiw­nę­łam głową i wypro­sto­wa­łam się. Sta­li­śmy tak bli­sko sie­bie, że nie­mal czu­łam dotyk jego ciała.

- Gdy­bym nie była prze­ko­nana, że warto się o mnie sta­rać, dla­czego, u licha, ty miał­byś tak uwa­żać? - Wzru­sza­jąc lekko ramio­nami, prze­śli­znę­łam się obok niego i ruszy­łam w stronę przy­ja­ció­łek, które gapiły się na nas wyraź­nie zacie­ka­wione, co się dzieje. Nie mia­łam szansy im tego powie­dzieć, bo Jake szybko podą­żył za mną.

Spę­dzi­li­śmy wśród moich zna­jo­mych resztę wie­czoru, wymie­nia­jąc uwagi, czu­jąc przy­jemny dreszcz wywo­łany przez prąd, który mię­dzy nami prze­bie­gał. Był przy­jemny, ale go nie pobu­dza­li­śmy. A wła­ści­wie Jake tego nie robił. Nie było już mowy o cało­wa­niu, ale gdy mój tata poja­wił się, by zakoń­czyć imprezę, i zacią­gnął mnie, Lacey i Rose do samo­chodu, wie­dzia­łam, że Jake Caplin ma zamiar się o mnie posta­rać.

Wie­dzia­łam to, ponie­waż obser­wo­wał mnie cały czas, kiedy odcho­dzi­łam. Przy­glą­dał mi się tak, jakby chciał patrzeć na mnie wiecz­nie.

Wie­dzia­łam to, bo odwró­ci­łam się w jego stronę, czu­jąc to samo.

Rozdział trzeci

?

Edyn­burg, wrze­sień 2012

Usły­sza­łam puka­nie do drzwi sypialni i otwo­rzy­łam zapuch­nięte powieki. Kąciki oczu i rzęsy mia­łam skle­jone od sło­nych, obe­schłych już łez. Pocie­ra­jąc powieki, sto­czy­łam się z łóżka i opar­łam o wci­śnięte obok biurko. Pokój był długi, ale nie­zbyt sze­roki, więc tro­chę bra­ko­wało mi prze­strzeni. Potrze­bo­wa­łam też czasu, by przy­zwy­czaić się do spa­nia w nowym miesz­ka­niu.

- Char­ley, to ja, Mag­gie. Jesteś tam?

- Idę - wymam­ro­ta­łam, wzdry­ga­jąc się na swój widok w lustrze.

Wyglą­da­łam kosz­mar­nie.

Kiedy poprzed­niej nocy pła­ka­łam w ramio­nach Clau­dii, powie­dzia­łam jej, że to przez Jake'a opu­ści­ły­śmy imprezę. Wie­działa o nim wszystko. Wie­działa, że to z jego powodu nie uda­wały mi się kolejne związki.

Wciąż czu­łam bole­sne napię­cie na wspo­mnie­nie wie­czoru.

Jake był tutaj. W Edyn­burgu. W col­lege'u. W tym samym mie­ście co ja.

Zbyt wiel­kie cier­pie­nie, by o tym myśleć tak wcze­śnie rano.

Uchy­li­łam lekko drzwi, a Mag­gie zro­biła wiel­kie oczy, gdy ujrzała, w jakim jestem sta­nie.

- Masz gościa.

Spoj­rza­łam spod przy­mru­żo­nych powiek.

- Kto to?

- Beck.

Beck przy­szedł się ze mną zoba­czyć? Po co? Wes­tchnę­łam ciężko.

- Powiedz mu, że zaraz przyjdę.

Zamknę­łam drzwi i odwró­ci­łam się, żeby poszu­kać dżin­sów. Chwie­jąc się, zdję­łam szorty, wcią­gnę­łam dżinsy i bluzę z kap­tu­rem i ścią­gnę­łam włosy w koń­ski ogon. Naprawdę mia­łam gdzieś to, że wyglą­dam kosz­mar­nie. Ow­szem, Beck był super, ale nie zamie­rza­łam w to wcho­dzić. Zwłasz­cza że Clau­dia się w nim durzyła.

Kiedy otwie­ra­łam drzwi, żeby wyjść z pokoju, zosta­łam wepchnięta z powro­tem do środka przez swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Clau­dia pospiesz­nie prze­krę­ciła klucz i ciężko oparła się ple­cami o drzwi. Obrzu­ciła mnie wzro­kiem i zbla­dła.

- Nie możesz wyjść w takim sta­nie.

- To tylko Beck - burk­nę­łam.

Pokrę­ciła głową.

- Uwa­żaj na tego kłam­li­wego rudzielca.

Zro­zu­mia­łam, że robi alu­zję do Mag­gie, ale nie mia­łam poję­cia, o co jej cho­dzi. Wyczy­tała to z mojej twa­rzy.

- To nie Beck. - Wes­tchnęła. - To Jake.

Wstrzy­ma­łam oddech.

- Dla­czego rudzie­lec kła­mał?

- Praw­do­po­dob­nie ją o to popro­sił.

- Albo widziała, co się działo mię­dzy nami ostat­niej nocy. Była pewna, że nie wyszła­bym z pokoju, wie­dząc, że to on. - Serce waliło mi w piersi. - I nie wyjdę.

- Szcze­gól­nie jeśli będziesz tak wyglą­dać.

Zlek­ce­wa­ży­łam pełne odrazy spoj­rze­nie przy­ja­ciółki i rzu­ci­łam się na łóżko.

- Ni­gdy w życiu. Powiedz mu, żeby sobie poszedł.

Na szczę­ście Clau­dia nie spie­rała się ze mną. Znik­nęła na kilka minut, a gdy wró­ciła, usia­dła obok mnie na łóżku.

- Poszedł. Miał taką minę, jak­bym mu powie­działa, że Święty Miko­łaj nie ist­nieje.

- Żal ci go? - Nie byłam pewna, co sama czu­łam.

- Nie wiem, co myśleć. - Clau­dia pokrę­ciła głową. - Nie znam go. Wiem tylko, co ci zro­bił. Wiem też, że ma za sobą trudne przej­ścia i potrzeba czasu, żeby dojść do sie­bie po czymś takim. Może on chce tylko prze­pro­sić.

Odwró­ci­łam głowę, pra­gnąc z całych sił, żeby ostry jak nóż ból w sercu wresz­cie znik­nął.

- Nie wiem, czy była­bym w sta­nie słu­chać jego prze­pro­sin. Tro­chę czasu minęło, zanim to prze­bo­la­łam, a teraz znów sta­nął przede mną i o wszyst­kim mi przy­po­mniał...

Przez chwilę leża­ły­śmy w ciszy, aż w końcu odwró­ci­łam głowę na koł­drze i spoj­rza­łam na osza­ła­mia­jąco piękny pro­fil Clau­dii.

- Co się stało wczo­raj wie­czo­rem mię­dzy tobą a Bec­kiem?

Kąciki ust Clau­dii opa­dły; nie byłam pewna, co zna­czy ten gry­mas, nawet wtedy, gdy odparła:

- Powie­dział, że jestem dobrą dziew­czyną, a on nie zadaje się z dobrymi dziew­czy­nami, bo nie jest typem faceta, który trzyma się tylko jed­nej kobiety.

- Tak powie­dział? - zdu­mia­łam się.

- Uhm. Powie­dział, że mnie lubi, i chce, żeby­śmy zostali przy­ja­ciółmi.

- Przy­naj­mniej jest uczciwy, jak sądzę. I co, zamie­rzasz się z nim zaprzy­jaź­nić?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Pew­nie, czemu nie. Nie spo­ty­kam się z męskimi dziw­kami, choćby nie wiem jak bar­dzo sek­sow­nymi, ale on jest zabawny. Przy­ja­ciele. Coś w tym rodzaju.

?

- Na pewno nie mam już zapuch­nię­tych oczu? - zapy­ta­łam, pochy­la­jąc głowę, kiedy szły­śmy bru­ko­waną uliczką w stronę col­lege'u.

- Ani śladu opu­chli­zny czy zaczer­wie­nie­nia. Wyglą­dasz super. Zawsze tak wyglą­dasz - odparła nieco roz­tar­gniona Clau­dia.

- Dener­wu­jesz się, że znów zoba­czysz Becka?

- Dla­czego mia­ła­bym się dener­wo­wać?

Nie odpo­wie­dzia­łam i szłam dalej za Mag­gie, Gemmą i Laurą. Sły­szały, że wybie­ramy się do zrze­sze­nia stu­den­tów, gdzie spo­tkamy się z Bec­kiem, i wpro­siły się. Beck był atrak­cją towa­rzy­ską.

Pod­czas kola­cji Clau­dia weszła do kuchni, by mi powie­dzieć, że wła­śnie z nim roz­ma­wiała i że nas zapro­sił. Z początku byłam nie­ufna. Oka­zało się, że Beck i Jake są naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi z Nor­th­we­stern, więc Beck zadzwo­nił do Clau­dii, by zapy­tać, czy dobrze się czuję. Naj­wy­raź­niej Jake opo­wie­dział mu całą naszą histo­rię. Clau­dia nie wspo­mniała mu o mojej reak­cji na widok Jake'a, ale uprze­dziła, że nie jest pewna, czy będziemy miały czas. Beck zro­zu­miał alu­zję i zapew­nił ją, że Jake nie przyj­dzie.

Sie­dziby zrze­sze­nia były roz­rzu­cone po całym tere­nie uni­wer­sy­tetu, a my szły­śmy do Teviot. Mie­ściła się w głów­nym kam­pu­sie na Bri­sto Squ­are, w pięk­nym sta­rym budynku w gotyc­kim stylu. Był tam klub nocny, kilka barów, w tym naprawdę świetny Library Bar, do któ­rego zaj­rza­ły­śmy z Claud wcze­śniej, odbie­ra­jąc legi­ty­ma­cje.

Beck wysłał Clau­dii ese­mes, że są w barze Teviot Lounge. Weszły­śmy za naszymi współ­lo­ka­tor­kami po scho­dach, a następ­nie do zatło­czo­nego pomiesz­cze­nia o wyglą­dzie typo­wego bry­tyj­skiego pubu. Wszę­dzie wokół było ciemne drewno, przy­ćmione świa­tła, wygodne sie­dze­nia i solidne drew­niane meble. W powie­trzu wisiała nieco zbyt silna woń zwie­trza­łego piwa, cha­rak­te­ry­styczna dla baru z pod­łogą pokrytą wykła­dziną. Prze­ci­snę­ły­śmy się mię­dzy stu­den­tami zgro­ma­dzo­nymi koło drzwi i ruszy­łam za Clau­dią, która roz­glą­dała się za naszym nowym przy­ja­cie­lem. Chwy­ciła mnie za rękę.

- Jest tam.

Nie mogłam go jesz­cze dostrzec, ale Clau­dia pocią­gnęła mnie w tłum. Przy­sta­nę­ły­śmy przy stole w rogu obok baru. Beck stał z Mat­tem, pod­czas gdy Lowe, Rowena i jakiś facet, któ­rego nie roz­po­zna­wa­łam, sie­dzieli przy sąsied­nim nie­wiel­kim sto­liku.

Zgu­bi­ły­śmy nasze współ­lo­ka­torki i przez chwilę zasta­na­wia­łam się, czy ich nie poszu­kać. Przy­szły z nami spe­cjal­nie po to, żeby spo­tkać się z Bec­kiem. Ale miały już po dwa­dzie­ścia lat... nie potrze­bo­wały prze­wod­nika ani opie­kunki.

- Char­ley, Clau­dia, cie­szę się, że mogły­ście przyjść - powi­tał nas Beck. - Pozwól­cie, że przy­niosę wam piwo.

Znik­nął, zanim zdą­ży­ły­śmy odpo­wie­dzieć "tak" albo "nie", a Matt, blon­dyn, któ­rego pamię­ta­łam z imprezy, uśmiech­nął się do nas.

- Pozna­li­śmy się wczo­raj wie­czo­rem. - Kiw­nął do mnie głową, po czym zwró­cił się do Claud: - Ale cie­bie zde­cy­do­wa­nie bym zapa­mię­tał, gdy­by­śmy się spo­tkali. - Uśmiech Matta stał się szer­szy.

Odpo­wie­działa mu uprzej­mym uśmie­chem.

- Jestem Clau­dia.

- Clau­dio, to Lowe. - Lowe puścił do niej oko i pozdra­wia­ją­cym gestem uniósł piwo w moją stronę. - Rowena. - Poma­chała do nas przy­jaź­nie. - I nasz kum­pel Denver. Zeszłej nocy to była jego impreza. Bie­dak został zakwa­te­ro­wany w innym miej­scu niż my.

Denver miał ciemne włosy w lek­kim nie­ła­dzie, które opa­dały mu do pod­bródka. Nosił mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, opiętą koszulkę z logo Black Sab­bath, wąskie czarne dżinsy i moto­cy­klowe buty. Wyda­wało się, że Matt nie pasuje do tej grupy, a jed­nak było w nich coś...

- Gra­cie, chło­paki, w zespole?

- Tak. - Matt się uśmiech­nął. - Bar­dzo czę­sto w Evan­ston.

- Mamy tam zapla­no­wa­nych kilka wystę­pów - dodał Lowe ze wzro­kiem utkwio­nym we mnie.

Byłam pod wra­że­niem.

- Jak wam się udało zała­twić to tak szybko?

Lowe wzru­szył ramio­nami.

- Zanim tu przy­je­cha­li­śmy, wysła­li­śmy demo do kilku pubów i barów. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy parę spo­tkań. Musimy wyna­jąć zestaw per­ku­syjny, co jest kosz­marną sprawą, ale jesz­cze kosz­mar­niej byłoby spę­dzić tu rok i nie zagrać ani jed­nego kon­certu.

- Jak się nazy­wa­cie? - zapy­tała Clau­dia, naj­wy­raź­niej zain­te­re­so­wana, co mnie zdzi­wiło, bo nie prze­pa­dała za muzyką, która nie była kla­syczna albo coun­try.

- The Sto­len. - Beck poja­wił się za nami, nio­sąc dwa piwa. Stwier­dzi­łam, że uwi­nął się w impo­nu­ją­cym tem­pie, zwa­żyw­szy na dłu­gość kolejki przy barze. Bez wąt­pie­nia wyko­rzy­stał swój urok oso­bi­sty. - Gramy indie rocka.

- Powie­dzia­łam im, że tutaj ich poko­chają - wtrą­ciła z sze­ro­kim uśmie­chem Rowena.

- Mój Boże, jesteś Szkotką! - zawo­ła­łam tro­chę głu­pawo.

- Tak.

Ponie­waż poczu­łam się jak idiotka, pró­bo­wa­łam wytłu­ma­czyć swoje zasko­cze­nie.

- Myśla­łam, że też jesteś Ame­ry­kanką... będąc z chło­pa­kami i... - prze­rwa­łam, bo wła­ści­wie nie byłam pewna, dla­czego przy­ję­łam, że Rowena jest Ame­ry­kanką.

Pokrę­ciła głową.

- Miesz­kamy z Denve­rem po dwóch stro­nach kory­ta­rza. Moje współ­lo­ka­torki to kosmitki. Denver mnie od nich ura­to­wał.

- Jest naszą sym­bo­liczną Szkotką - zażar­to­wał Denver, obej­mu­jąc ją ramie­niem. - Zabie­ramy ją wszę­dzie ze względu na akcent. Cho­ciaż nie jest bez zna­cze­nia rów­nież to, że ta dziew­czyna zna się na dobrej muzyce.

Rowena wyglą­dała na abso­lut­nie szczę­śliwą przy­tu­lona do jego boku i bez­wied­nie zacie­ka­wi­łam się, czy jest dla niego czymś wię­cej niż sym­bo­lem Szko­cji.

Łatwo nawią­za­li­śmy roz­mowę. Matt, który sta­rał się zain­te­re­so­wać sobą Clau­dię, wpa­try­wał się w nią nie­mal ogłu­szony. Był zauro­czony i natych­miast zaczę­łam mu współ­czuć, bo wie­dzia­łam, że ona nie odwza­jem­nia jego uczuć. Kiedy facet podo­bał się Clau­dii, było to widoczne. Beck mógłby to potwier­dzić - Beck, który przy­glą­dał jej się z inten­syw­no­ścią zaska­ku­jącą jak na kogoś, kto pozor­nie nie jest nią zain­te­re­so­wany. W końcu zauwa­żył, że na niego patrzę, i uśmiech­nął się. Zbli­żył się do mnie z miną świad­czącą o tym, że zamie­rza się prze­ko­ma­rzać.

- A więc - pochy­lił się nade mną - wiem, że twoja przy­ja­ciółka to dobra dziew­czyna, ale wciąż nie usta­li­łem, jak to jest z tobą.

Nie byłam pewna, czy ze mną flir­tuje, czy po pro­stu roz­ma­wia, lecz pomy­śla­łam, że naj­le­piej będzie posta­wić sprawę jasno.

- Nie spo­ty­kam się z nie­grzecz­nymi chłop­cami.

Przyj­rzał mi się spod zmru­żo­nych powiek.

- Ni­gdy wię­cej.

Sły­sząc tę alu­zję, popa­trzy­łam na niego ostro, jed­nak on wzru­szył ramio­nami.

- Jake jest dla mnie jak brat. Mówi mi o wszyst­kim.

Odwró­ci­łam wzrok, a serce zaczęło mi bić szyb­ciej na wspo­mnie­nie Jake'a. Z tru­dem uda­jąc non­sza­lan­cję, pocią­gnę­łam łyk piwa. Po kolej­nych sło­wach Becka z pew­no­ścią by mi się to nie udało.

- Słu­chaj, facet czuje się jak gówno, że tak cię potrak­to­wał. Powin­naś dać mu szansę to powie­dzieć.

Kiedy znów spoj­rza­łam na Becka, na mojej twa­rzy wiel­kimi lite­rami wypi­sane było słowo "gorycz".

- Wie, gdzie miesz­kam. Wie­dział to przez trzy i pół roku i miał czas, żeby prze­pro­sić.

Beck wes­tchnął, a wszystko, co w nim było ze złego chłopca, roz­wiało się, gdy odparł z powagą:

- Długo docho­dził do sie­bie po tym, co się stało. Kiedy wresz­cie ode­tchnął, zro­zu­miał, jak bar­dzo spie­przył to, co było mię­dzy wami... ale było już po wszyst­kim. Za późno. - Wzru­szył ramio­nami. - Mógł­bym ci o tym opo­wia­dać godzi­nami, ale to nie jest moja rola. Po pro­stu daj czło­wie­kowi szansę się wytłu­ma­czyć, okej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki