Wszyscy pragniemy dobrego życia. Chcielibyśmy mieć mało trosk i dużo miłości. Chcielibyśmy kalendarzy z ograniczoną liczbą poniedziałków, zadowolenia z siebie, wielu chwil pełnych entuzjazmu. I żeby jeszcze czas był dla nas odrobinę łaskawszy. Jednak im jesteśmy starsi, tym więcej piętrzy się przeszkód i własnych ograniczeń niepozwalających osiągnąć tego stanu. Idea stałości szczęścia staje się coraz bardziej iluzoryczna. Świadomość trosk, które nie znikają, i przemijania, w tym tego najbardziej dotkliwego, bo dotyczącego nas samych, jest coraz większa.
Pomysł na tę książkę przyszedł późno w nocy. Czasem przed snem zaglądam na portale internetowe dużych gazet. Ryzykując spokój ducha, sprawdzam, jak minął dzień. Dni mijają na ogół mało optymistycznie, z coraz gorszymi prognozami na przyszłość. Z coraz większą liczbą ludzi z niską samooceną, którym trudno radzić sobie z życiem w naszej zmieniającej się bez ustanku kulturze, pełnej nowych trendów i mód, w której nic nie jest trwałe. Mogę wyobrazić sobie filozofów nienadążających za tempem naszego świata. My także, zdumieni, ślizgamy się po falach życia, razem z innymi, równie zaskoczonymi.
Oddajemy swoje ciało i duszę pod opiekę internetowi, tracąc niezauważalnie z oczu to, co dla nas istotne, warte czasu, uwagi i uczuć. Nagle stajemy się osobami mniej lub bardziej publicznymi. Przez media społecznościowe informujemy, jak wyglądamy, w jakim kraju właśnie wylądowaliśmy, co jedliśmy i z kim spędziliśmy czas. Nasze alter ego żyje swoim życiem, wystylizowane, upiększone i wygładzone filtrami. My jednak, drepczący co rano do pracy, filtrów nie mamy. Codziennie, bez wsparcia, znosimy prozę egzystencji, patrząc na nasze niewystarczające, często bardzo samotne życie. Budzimy się i zasypiamy z uczuciem lęku i niepokoju. Ciągłego niedostatku. Zamartwiamy się tym, czego nie udało się zrobić, z czym nie zdążyliśmy. O czym być może w pośpiechu zapomnieliśmy. Czy na pewno wykonaliśmy dzisiaj dobrze swoją pracę i czy jesteśmy ze wszystkim na bieżąco. Przejmujemy się, że nasza łazienkowa waga znowu pokazuje nieco większą liczbę, że mimo świetnego kremu na noc czas wcale się nie cofnął, a ostatnie zdjęcie z wymarzonych wakacji wrzucone na Facebooka przeszło prawie niezauważone.
Kiedy odkładałam na półkę swój przekaźnik strachu, czyli laptop, pomyślałam, że potrzebuję czegoś, co pozwoli mi na chwilę zapomnieć o tym wszystkim. O tym, co powoduje stałe, lekkie uczucie spięcia w plecach. Co wymaga ode mnie cielesnej doskonałości. Wiecznej młodości i świetnych kompetencji twardych oraz miękkich. Poczucia życiowej misji i jej spełnienia. Potrzebuję głęboko odetchnąć, wyprostować plecy. Nie myśleć o swoim zmęczonym, ciągle niewystarczająco dobrym ciele. O ambitnej liście celów, która znowu nie powstała. Albo o tej, którą nawet stworzyłam, tak skromnej, że wstyd się nią pochwalić w grupie na Facebooku.
Chciałabym zająć się tylko tym, na co mam chociaż minimalny wpływ. Co najbardziej mnie dotyczy. Chcę się wreszcie zająć swoim życiem. Być w nim obecna. Doświadczać go bez żadnych warunków. Bez wymieniania, czego w nim brakuje. I czego brakuje mnie. Nie mam już ochoty słuchać podpowiedzi, że nie jest kompletne i co powinnam zrobić, żeby było mi lepiej. Chcę docenić to, co mam, być za to wdzięczna. Chcę dać swojemu życiu pożyć ze mną. Zaufać mu, wierzyć, że wie, co robi.
Codziennie rano spaceruję z moim wielkim psem po łące, z głową zadartą do góry, poddając się temu, że mnie prowadzi (to moja niewymagająca i cierpliwa nauczycielka zen: kiedy ma dosyć biegania, kładzie się w trawie i odpoczywa, kiedy znajdzie coś ciekawego do obwąchania, porzuca wszystko inne i staje się mistrzynią skupienia na jednej rzeczy). W tej wczesnoporannej ciszy czuję, że mam tak wiele i mogę niczego więcej nie pragnąć. Aby mimo wszystko nie stracić odrobiny suwerenności w świecie pełnym odwróconych na opak wartości. Aby mieć szacunek dla faktu samego istnienia, bycia tu i teraz. Oto nagle świadoma, długa chwila uważności. Jestem wtedy kompletna. Bez żadnych warunków. Całkowicie połączona z ziemią, na której stoję. Mocno oddycham. Czuję czystą radość. Zatrzymuję się w tym momencie zaskakującego spokoju, przybijam piątkę z kosmosem i dziękuję za wszystko, co codziennie dostaję.
Może to wszechświat jest tym zdumiewającym darczyńcą, może inna siła sprawcza, tego nie wiem. Wiele się nauczyłam, odkąd na wszystkie możliwe sposoby sabotuję kulturę prędkości, opieram się zmianom i wyliczam co rano powody do wdzięczności. Warto czasem odpuścić kulturową presję, by wciąż skupiać się na sobie, by się kontrolować. Warto kwestionować współczesne prawdy, ale także własne przekonania, dobrze jest szukać ich źródeł, mówić "sprawdzam". Warto poddawać pod dyskusję wszystko, co rzekomo ma nam ułatwić życie, a co w dłuższej perspektywie pozbawia nas umiejętności samodzielnego myślenia. Warto poświęcać czas i zadawać pytania, a w konsekwencji dojść do zaskakującego wniosku, że większą część odpowiedzi na pytanie, jak dobrze żyć ze swoim życiem, mamy w sobie.
W dzisiejszym świecie, pełnym hałasu, nieustannej wymiany pieniędzy, gromadzenia dóbr trudno jest nie czuć stałego lęku. Trudno zachować jeszcze to piękne poczucie spokoju, którego ostatni raz doświadczyliśmy na jakichś wakacjach dawno temu, kiedy w wieku kilkunastu lat, leżąc nad morzem, nic, absolutnie nic nie musieliśmy robić, tylko trwać. Jeszcze przez chwilę nie mieć żadnych wyrzutów sumienia. Akceptować, że jest nam czasem bardzo bardzo źle i nijak nie sprawdza się wiara w magiczną moc afirmacji. Czy to się jeszcze może zdarzyć? Teraz, gdy jesteśmy dorośli i mamy kilka niespełnionych marzeń i jedno, wcale nie spektakularne hobby, o którym przypominamy sobie zresztą dość nieregularnie.
Ta książka nie aspiruje do udzielania odpowiedzi na te pytania. Może odrobinę. Troszeczkę. Mam przynajmniej taką cichą nadzieję, że w jakimś fragmencie ukoi. Na coś zwróci uwagę. Każdy z nas ma własne tempo przechodzenia przez życie, inne potrzeby, inną definicję dobrego życia. Strony tej książki są inspiracją do (po)myślenia. Do zatrzymania się. Jest tu sporo refleksji, jak się trochę mniej martwić i czym mniej przejmować. O co dbać bardziej, a o co mniej. Jest też o zjawiskach współczesnej kultury, które każdemu z nas w mniejszym albo większym stopniu nie pozwalają spokojnie spać. I każą się ciągle spieszyć. Dzieje się to po to, żebyśmy byli niezbyt niezadowoleni i z siebie, i z życia. I aktywnie wspierali w ten sposób zawsze zachłanny rynek. Kupowali w wielkich sklepach, zamiast spędzać wolny czas z ludźmi, w ciszy, w lesie. Inwestowali w siebie, zamiast się bez zastrzeżeń akceptować i traktować z czułością. Byśmy się oszukiwali, że jest nam dobrze, zamiast pozwolić sobie na smutek.
Jest tu też wiele słów o tym, dlaczego wbrew zbiorowemu myśleniu dobrze jest mieć zupełnie inne zdanie. Buntować się, czasem wyjść rano w piżamie po chleb i odmówić prawa do wejścia na wyższy poziom umiejętności miękkich. Taka miejska rebelia i poranna kontrkultura. Ta książka to zbiór refleksji i zapisków plus parę scen i wspomnień z życia na przedmieściach. W tym życiu są i rodzina, i kredyt. Poezja i kilka gramów filozofii przeplatają się czasem z przypalonym obiadem i zdumieniem nad praniem, które nigdy się nie kończy. Jest w tym życiu też parę marzeń i lęków. I pies, od którego można się uczyć doświadczania życia i miłości. Psie poranki są przepełnione podziękowaniami za kolejny dzień i nieposkromioną radością życia. Codziennie musi być czas na chwilę zabawy i długą drzemkę. Kiedy jest gorąco, trzeba chować się w cieniu. A życie jest od tego, żeby kochać wszystko wokół bardziej niż siebie.
Dajmy sobie spokój z nieustannym samodoskonaleniem i nie miejmy wyrzutów sumienia, że się już nam bardziej rozwijać nie chce. Odczepmy się od swojego ciała i przestańmy uciekać od biologii. Czytajmy historie o bohaterach i ćwiczmy ręczne pisanie w zeszytach. Nauczmy się być niepoważni, nie bójmy się chichotać, nabierzmy dystansu do innych i - przede wszystkim - do siebie. I wreszcie przestańmy tak bardzo skupiać się na sobie. I zwolnijmy. W imię wszechświata, matki natury i dla nas samych, przestańmy się tak bardzo spieszyć. Po co? Dokąd? Nie ma naprawdę żadnego powodu uciekać od własnego życia.