Żyj, Łucjo - Martyna Kielańska

Kup ebooka

47.99 zł
38.39 zł (34,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Styczeń 2004

- Muszę już jechać do szpitala, babcia do was przyjedzie na tydzień - oznajmiła mama.

Byłyśmy trochę zdenerwowane, a przynajmniej ja, po Zośce nie było tego widać.

Piotruś już lada moment miał być na świecie.

Niesamowite.

Ciekawe, jak to będzie.

Znowu przez głowę przebiegało mi tysiące pytań.

To ten dzień.

13 stycznia.

Urodził się.

Nie pamiętam dokładnie wszystkich okoliczności, ale wiem, że byłyśmy z siostrą i babcią w szpitalu w odwiedziny i mama przyszła z tym małym brzdącem na rękach.

Czysty tata.

Blond włosy, wszędzie jakaś czerwona wysypka, zaciśnięte pięści i niezbyt zadowolona mina.

To nasz brat.

Spojrzałam na Zosię i obie miałyśmy łzy w oczach.

Tata w Niemczech.

Pracował tam od kilku lat i akurat teraz go nie było, w tak ważnym momencie.

Pamiętam tylko, że mama zadzwoniła do niego: Masz syna - tata już nie wrócił do pracy w tym dniu, pełen radości i smutku, że go z nami nie ma.

Zima szalała w pełni.

Mróz, śnieg skrzypiący pod nogami, a na mamy rękach - malutki braciszek.

Pamiętam jej brązowe włosy, śniadą twarz, lekki uśmiech.

Była taka zmęczona i smutna.

Pewnie dlatego, że nie było z nami taty.

Po powrocie do domu od razu zawisłyśmy nad jego łóżeczkiem.

Miał biało-niebieskie body, a ogromnymi niebieskimi oczami wpatrywały się w nas z dużym zainteresowaniem.

Pod łóżeczkiem - Sara, nasz pies, malutka bokserka.

Od początku pilnowała Piotrusia, żeby nic mu się nie stało.

Tak jak całą naszą rodzinę.

Była przykładem najwierniejszego psa.

Zdechła kilka lat później na padaczkę.

Opłakiwaliśmy ją jeszcze długo.

Tatuś wrócił do nas miesiąc po narodzinach Piotrusia.

Była 5 rano, zawsze wracał nad ranem.

Pamiętam, jak wbiegł do pokoju i wziął go na ręce.

Oczy miał wypełnione łzami.

- Tata! - krzyczałyśmy z Zosią.

- Cześć, dziewczyny - powiedział do nas czule i uściskał nas mocno.

- Masz dla nas prezenty? - od razu wypaliła Zosia.

- Pewnie, jak zawsze, otwórzcie torbę.

A tam, jak po każdym wyjeździe, worki słodyczy, które mamusia chowała nawet w piekarniku, bo mogłyśmy zjeść je wszystkie naraz.

Jakoś przyzwyczaiłyśmy się, że tata tak często wyjeżdża i że go nie ma.

W zamian za to dostawałyśmy słodycze i to jakoś łagodziło tęsknotę.

Takie jest niestety albo stety myślenie dzieci.

Tata jednak przestał wyjeżdżać, kiedy któregoś razu Piotruś zaczął się go bać.

Nie wiedział, że to jego tata, nie wiedział, kto to w ogóle jest tata, skoro na co dzień jest mamusia, Zosia i Lula.

Kto to właściwie jest tata?

Pan, który przyjeżdża raz na dwa miesiące.

Tatę bardzo to zabolało, więc znalazł pracę w Polsce.

Przeprowadziliśmy się.

Wszystko miało układać się już idealnie.

Ale czy aby na pewno?

Rok 2013

Klasa sportowa.

Wydaje się im, że są kimś lepszym.

Że mogą mieć wszystko i wszystko ujdzie im na sucho.

Jak też tak myślałam.

O nich.

O nim.

Spotkaliśmy się u mojego starego kumpla w jego urodziny.

Pojechałam do niego z Agnieszką.

- On tam będzie? - zapytała z lekkim uśmiechem.

- Będzie, tak mi napisał, zaraz się posikam ze strachu - odpowiedziałam zdenerwowana.

- Przestań, będzie fajnie, napijemy się i wszystko minie! - Zaśmiała się.

Łatwo jej mówić.

Czy to można było nazwać zakochaniem?

Pewnie zauroczeniem.

- Tata nas podrzuci.

I już jesteśmy w drodze, zaraz wszystko się zmieni, zaraz przestanę się odzywać, cała się pocę, boli mnie brzuch, muszę do toalety.

- Boże. - Przez zaciśnięte zęby tylko tyle udaje mi się z siebie wydusić.

Wjeżdżamy na ciemne osiedle domków jednorodzinnych.

Jest bardzo zimno.

Ja jednak tego chłodu nie czuję.

Serce wali mi jak oszalałe.

- Uśmiech i wchodzisz! - zakomenderowała moja kuzynka, sprzedając mi mocnego kopniaka w tyłek.

- STO LAT! Cześć wszystkim! - wykrzykuję na wejściu.

Czy to na pewno ja? Raczej ktoś z boku.

Sama przeraziłam się swojego głosu.

Widzę go, wstaje, ma na sobie tę samą fioletową bluzę z kapturem, którą widziałam na filmikach, oglądając je tysiąc razy dziennie.

- Cześć, miło was poznać - odzywają się wszyscy.

- Nam również. Hej - odpowiadamy z Agą.

Wpatrujemy się w siebie, stojąc przez chwilę w milczeniu.

- Zapraszamy! My już pijemy. Wódka, wino? - Przerwał nam gospodarz domu, Kamil - znajomy jubilat.

- Ja wódkę - wypaliłam. Chyba zbyt szybko i głośno, zbyt entuzjastycznie. Tak jakby tylko ta rzecz mogła mnie uratować.

On uśmiechnął się ukradkiem.

Ma duże niebieskie oczy i blond włosy. Jest średniego wzrostu. Ma piękne białe zęby, śliczny uśmiech i niesamowitą barwę głosu.

- Siadaj na kanapie - przerwał mi.

Dom Kamila jest bardzo bogato urządzony, widać, że mają kasę.

Siadamy wszyscy na fotelach i kanapie.

Ja obok niego.

Pijemy już któryś kieliszek wódki z sokiem pomarańczowym i zaczynamy się otwierać.

Wszyscy.

Śmiejemy się głośno.

Słuchamy muzyki.

Schylam się po ciastko, a on dotyka moich pleców przez wyciętą na plecach bluzkę.

Przechodzi mnie dreszcz.

Odwracam się i lekko uśmiecham.

- Rozumiem, że zrobiłeś to przez przypadek? - pytam zalotnie.

- Całkowicie. - Odwzajemnia uśmiech.

I cała noc przelatuje jak kilka minut.

Kiedy wybija północ, wszyscy stoimy na tarasie, pijemy szampana z butelki i śpiewamy głośno Sto lat, a on wtedy podchodzi, przyciąga mnie do siebie, w drugiej ręce trzymając papierosa, i całuje delikatnie i czule.

W ustach zostaje mi smak gumy do żucia, papierosów i perfum.

Jestem szczęśliwa.

Niech świat się zatrzyma.

***

Następny dzień, rano

- Moja głowa! Już nigdy nie wypiję alkoholu. - Odwracam się do Agi.

- Nie jest tak źle - odpowiada i wstaje z łóżka.

A ja?

Jestem w innym świecie.

Cały czas o nim myślę.

Napisać czy czekać, aż to on się odezwie?

No tak, klasyczny dylemat.

Zajmuję się ogarnianiem siebie, śniadaniem i opowiadaniem o zeszłej nocy.

Nagle dzwoni telefon.

- O nie. - Napinam ciało i przechodzi mnie miły dreszcz.

- Hej, jak tam po wczoraj? - To tylko Kamil.

- Hej, dobrze. Trochę męczy nas kac, ale żyjemy, dziękujemy za superzabawę - odpowiadam trochę rozczarowana.

Nie mogę mu powiedzieć o Bartku, bo wiem, że mogłoby go to zaboleć.

Mam wrażenie, że się we mnie zakochał, a przynajmniej, że mu się podobam.

- To ja dziękuję, że przyjechałyście. Jesteśmy w kontakcie, miłego dnia. Pa, Lula - żegna się, a kiedy wypowiada słowo "Lula", robi to z czułością.

- Pa, Kamil, miłego dnia! - odpowiadam i rozłączam się.

- Czyżby to Pan...? - pyta Aga z nutką ironii w głosie i lekkim uśmiechem, wychodząc z toalety.

- To tylko Kamil. Pytał, co u nas.

- To chodź, opowiadaj dalej i zostaw telefon. To on ma się odezwać.

Tak rozmawiałyśmy i leniuchowałyśmy przez resztę dnia, a telefon milczał.

Grudzień 2013

Święta, święta i po świętach...

Czas wrócić do rzeczywistości.

Koniec obżerania się piernikami i mandarynkami, oglądając Kevina.

Tak, uwielbiam ten czas.

Czas świąt Bożego Narodzenia.

To dla mnie zawsze coś niezwykłego.

Zapachy w domu.

Rodzina.

Pięknie ubrana choinka.

I zgrzyt drzwi w sklepie z zabawkami naprzeciwko naszego mieszkania.

Cisza, światło latarni, lekko prószący śnieg - tam w górze.

Niżej świąteczna gorączka.

Ostatnie prezenty, wstążki, kokardy, ciasta.

Ludzie goniący za idealnym obrazem rodziny, świąt, życia.

Nadal nie napisał.

Czy to miało jakiś sens?

***

Powroty do szkoły są ciężkie, tym bardziej po takiej przerwie, mimo że lubię tu być.

Jeszcze chwila i matura.

- Oooo, jest nasza królewna! - Już wiadomo, że to Kasia krzyczy z drugiej strony korytarza.

Od razu wyrwała mnie z zamyślenia.

Jej entuzjazm bardzo się udziela.

Uściskałyśmy się.

- Hej, stęskniłam się już za wami - odpowiadam czule w stronę Natalii, która dołącza do nas.

Zostało jeszcze kilka minut przerwy, ale nauczycielka biologii zawsze się spóźnia, więc zaczynam opowiadać dziewczynom o tym, co spotkało mnie na urodzinach Kamila.

- Co za dupek - rzuca Kasia, jak zawsze bezpośrednia.

- Spokojnie, może sam jest w szoku po tym wszystkim, co się wydarzyło. Może on też czeka na ruch z twojej strony? - uspokaja mnie Natalia, która jest raczej przeciwieństwem Kaśki.

- Mam wrażenie, że się w nim zakochuję. Myślicie, że to możliwe? - pytam zrezygnowana.

W tym momencie słyszę kroki i śmiechy dobiegające w naszą stronę od schodów.

- O NIE! - krzyczę. Ale dziewczyny stoją jak wryte, więc chyba krzyczę to w duchu.

Idzie, on, jego kumple, kilka koleżanek. Trzymają w rękach książki. On żuje gumę i zauważa mnie, przechodzi obok, widzę, jak poruszają się jego kości policzkowe i jak mocno i przenikliwie patrzy w moje oczy.

Stoję jak wryta. Boże, co mam zrobić? Powiedzieć cześć? Odwrócić wzrok?

Oczywiście nie mówię nic, tylko odwracam wzrok.

Ty gnoju, pocałowałeś mnie, pisałeś ze mną tyle czasu, dotykałeś mnie... i nic? Nawet głupiego cześć? - mówię w myślach.

Jest mi przykro.

Dziewczyny od razu to zauważają.

- Idzie Pan Piękny i myślał chyba, że rzucisz mu się w ramiona! Niech spada! - wybucha Kasia.

- Nie pomagasz - beszta ją Natka i zwraca się do mnie - napisz do niego i dowiedz się, dlaczego się nie odzywa.

- Mam go gdzieś - odpowiadam i idę w kierunku sali lekcyjnej.

***

Nie mam pojęcia, czego dotyczyły ostatnie lekcje, bo za bardzo skupiłam się na nim.

Jak tak można?!

Idę zdenerwowana w stronę stołówki.

- Niech idzie w choler... - mówię na głos i wpadam prosto w jego ramiona.

- Już jedynka? Po przerwie świątecznej? Nie oszczędzają was - próbuje zażartować.

- Przynajmniej wprost mówią, co jest na rzeczy - mówię niezbyt miło, co zauważa.

- Słuchaj, przepraszam, że tak wyszło - próbuje się usprawiedliwiać.

- Wystarczyło napisać cokolwiek, a nie odezwałeś się nawet słowem. - Już chciałam odejść, ale złapał mnie za ramię.

- Spotkajmy się dzisiaj w Buenos. Będę po ciebie o 19 - rzuca tylko i odchodzi.

Co za pewny siebie człowiek.

Jestem zła i szczęśliwa.

Luty 2014

Walentynki.

Pierwszy raz w życiu z moim Bartkiem.

Moją miłością.

Czasem mam wrażenie, że oszaleję z tego uczucia.

Poznałam jego rodziców.

Tata - przezabawny.

Mama - kochana i opiekuńcza.

Walentynki wypadły w tygodniu.

Jak zawsze wchodząc do szatni, zauważyłam go z kolegami na parapecie w przejściu do stołówki.

Podszedł do mnie nieśmiało.

- Cześć, kochanie - powiedział.

- Hej, kochanie. - Pocałowałam go.

Te pieszczotliwe słowa nadal były dziwne, ciężko przechodziły mi przez gardło.

- Mam coś dla ciebie - powiedziałam i podałam mu książkę o jego ulubionym piłkarzu Realu Madryt. W środku był list.

- Tak chciałem ją kupić! Dziękuję! - krzyknął entuzjastycznie i mnie przytulił.

- List otwórz dopiero w domu! - zawołałam.

- Dobrze, będę po ciebie o 18 - zdążył jeszcze powiedzieć.

W jego domu czekała na mnie kolacja i piękne kwiaty.

- Nasze pierwsze walentynki - powiedzieliśmy i zabraliśmy się za pałaszowanie.

Wszystko było pyszne.

Nagle Bartek wstał i wziął mnie za rękę: - Chodź.

Wstałam za nim.

Tylko nie to. Jestem jeszcze dziewicą, ale wstyd, cholera - mówiłam w myślach.

Położyłam się na łóżku, on zawisł nade mną i odpowiedział na ostatnie dwa słowa z mojego listu.

- Ja też cię kocham.

Zaczęliśmy się całować - bardzo namiętnie. Bartek zaczął rozpinać mi koszulę, zdjął ją ze mnie, dotykał po udzie.

Czułam, że jestem mokra.

Ściągnął ze mnie spodnie, całował po stopach, łydkach i coraz wyżej.

Zsunął mi majtki i przejechał językiem po mojej łechtaczce.

Krzyknęłam i wygięłam się wpół.

Wspaniale.

Pierwszy raz czegoś takiego doświadczałam.

Kocham cię, Bartku.

Do

Końca

Świata.

Odpłynęłam razem z nim.

Nie, nie uprawialiśmy seksu.

Mnie bolało.

On nie naciskał.

***

Czy wyobrażamy sobie idealną miłość?

Ja jej teraz doświadczam.

Mam wrażenie, że nigdy się nie skończy.

Obiecujemy sobie, że na zawsze będziemy razem.

Ale ile znaczy to na zawsze?

Wydaje się nam, że zawsze będzie tak jak teraz, tak idealnie.

Wyjazdy w nasze ukochane góry, spotykanie się po cichu, żeby nikt w domu nie słyszał ani nie wiedział, że jestem. Tysiące pocałunków, mnóstwo seksu oralnego, uśmiechu, radości. Czysta sielanka.

Tak nam się wydawało.

Nie można być niczego pewnym w życiu.

Wszystko może się zmienić w jednej chwili.