dziewięć
dziewięć
PACJENT WPROWADZIŁ BARDZO ZNACZĄCE ZMIANY
Reedeth usłyszał dzwonek i otworzył drzwi gabinetu. Za nimi rzeczywiście
stał Harry Madison w jaskrawozielonym kombinezonie pacjenta. Ta barwa
symbolizowała minimalne zaburzenia i z reguły zapowiadała szybki wypis.
Jednakże Reedeth ciągle go spotykał w szpitalu, mimo że Madison już
dawno "przeszedł w zielone", jak powiadano. Rzecz jasna, nie był to
pierwszy fakt, który przyciągnął uwagę doktora, ale to właśnie on
doprowadził do niepokojącego odkrycia, że Madisona uwięziła tu plątanina
kruczków prawnych.
Umieszczono go w szpitalu na polecenie armii. Był poborowym i walczył w lokalnej wojnie na Nowej Gwinei, w czasach gdy kwestia powołanych do
wojska nieblanków stała się politycznie wrażliwa. Z powodów politycznych
skierowano go do cywilnego szpitala, zamiast do wojskowego. Rzecz jasna,
oznaczało to, że armia jest jego opiekunem prawnym, jako że najwyraźniej
nie miał żadnych żyjących krewnych. Gdy jednak dano mu nowy, zielony
kombinezon, armia nie chciała już o nim więcej słyszeć. Przestała
przyjmować nieblanków nawet jako ochotników i zdecydowanie nie poczuwała
się do odpowiedzialności za byłego poborowego, którego zwolniono z powodów medycznych, co usuwało go z listy rezerwistów. Automatycznie
stał się podopiecznym stanu Nowy Jork, a ponieważ jego profil osobowości
zgadzał się z komputerowym ideałem, jaki dla niego przewidziano, powinno
się go wypuścić, by radził sobie samodzielnie, nakładając tylko pewne
ograniczenie w kwestiach takich jak rating kredytowy, wstąpienie w związek małżeński czy przeniesienie się do innego stanu.
Choć jego profile osobowości były stabilne, uparcie odbiegały jednak od
ustalonego z góry optimum dla mężczyzny z jego rasy, o jego
wykształceniu i obdarzonego analogicznymi zdolnościami. Co więcej, Biuro
Spraw Stanowych i Federalnych stanowczo zarządziło, że żadnego nieblanka
nie wolno zwolnić ze szpitala psychiatrycznego, jeśli w jego sprawie
utrzymuje się choć najmniejszy cień wątpliwości. Wiadomości o podobnym
wydarzeniu, rozdmuchane przez jakiegoś zręcznego propagandzistę, takiego
jak Pedro Diablo, z łatwością mogłyby się stać uzasadnionym casus
insurrectionis i ściągnąć gniew czarnych na głowy ich wszystkich.
Niemniej Reedeth uważał, że to piekielnie niesprawiedliwe, iż Madison
musi całe życie siedzieć w wariatkowie z powodu czegoś, co było zwykłą
ekscentrycznością...
Uświadomił sobie, że pacjent wspomniał o zapętlonej biurkoasystentce i poprosił o pozwolenie na jej naprawę. Reedeth skinął z opóźnieniem głową
i Madison wprowadził do środka opasłego naprawobota poruszającego się na
ośmiu miękkich kołach, po czym zręcznie podłączył jego terminale do
uszkodzonego urządzenia.
Obserwując go, Reedeth zadał sobie pytanie, co by powiedzieli dyrektorzy
IBM, gdyby się dowiedzieli, że ich drogą, skomplikowaną maszynę w Szpitalu Ginsberga naprawia jeden z pacjentów.
Przez chwilę pozwalał, by czas upływał w milczeniu. Nie miał ochoty na
swobodne pogawędki. W końcu jednak zmusił się do otworzenia ust. Madison
był jedynym nieblankiem w szpitalu i z pewnością nie czuł się z tym zbyt
dobrze. Zasługiwał na to, by od czasu do czasu z nim porozmawiać.
- Aha... Harry! - Reedeth wybrał jedyny temat, jaki przyszedł mu do głowy.
- Czy wiesz, dlaczego ta cholerna maszyna nagle przestała działać?
- Pewnie dał jej pan coś, z czym nie potrafiła sobie poradzić - odparł
Madison, nie odrywając spojrzenia od pracy.
Reedeth prychnął lekceważąco.
- Opisywałem jej doktor Spoelstrę. Na pewno wtrącił się jakiś cholerny
obwód cenzorski. To śmieszne! - Usłyszał narastającą w swym głosie
pasję, ale nie potrafił się powstrzymać. - Kto tu rządzi, ja czy jakiś
arogancki komputer, w którym konstruktor umieścił mnóstwo swoich
przesądów? Nie wspominałem o żadnych szczegółach, których nie można by
zauważyć, po prostu patrząc na doktor Spoelstrę!
Powstrzymał się nagle i uśmiechnął z zażenowaniem. Potem zwrócił się ku
oknu. Czy Madison rozmawiał o swym terapeucie z innymi pacjentami? To
było mało prawdopodobne, ponieważ Mogshack upierał się przy ścisłej
segregacji - nie tylko rasowej, religijnej, płciowej i z innych uznanych
społecznie powodów. Szpital podzielono na różne części również pod
względem kategorii zaburzeń psychicznych.
Jeśli nawet o nim rozmawiał, to co z tego? Po prostu dzieliłby się z innymi powszechnie znanymi doświadczeniami. Nawet gdyby oznaczało to
pogwałcenie prywatności - a Reedeth byłby skłonny polemizować z tą
opinią po trzech albo czterech kolejkach - pacjenci z konieczności
traktowali członków personelu przedmiotowo. Byli oni dla nich tylko
elementem otoczenia, jak meble czy lampy.
Minęła minuta, może dwie. Reedeth wyglądał z niezadowoleniem przez okno,
a Madison nadzorował poczynania naprawobota. Wreszcie rozległo się
dyskretne kaszlnięcie. Lekarz odwrócił się i zobaczył, że nieblank stoi
w drzwiach, czekając na pozwolenie wyjścia na korytarz. Automatyczne
systemy pozwalały personelowi opuszczać pomieszczenia bez czekania na
zgodę użytkownika, któremu je przydzielono - to zawsze irytowało
Reedetha, bo Ariadne Spoelstra zwykła w ten sposób przerywać ich
stanowczo zbyt częste sprzeczki - ale pacjenta trzeba było wypuścić. To
uniemożliwiało ucieczkę z sesji terapeutycznej.
Reedeth wydał z westchnieniem konieczne polecenie, drzwi odsunęły się na
bok i człowiek oraz maszyna opuścili pokój.
- A niech to, nie skończyłem opisywać ci doktor Spoelstry, gdy raptem
się wyłączyłaś - rzekł nagle, ulegając impulsowi, który mógł go wciągnąć
w konflikt nie tylko z Ariadne, lecz również z samym Mogshackiem. -
Wysłuchaj mnie spokojnie, dobra?
Nie dając urządzeniu czasu na odpowiedź, zaczął wymieniać inne
anatomiczne atrybuty koleżanki, których okrutnie pragnął, lecz bardzo
rzadko miał okazję nacieszyć się nimi w należyty sposób. Wreszcie
zabrakło mu tchu pośrodku potopu wulgarnej, anglosaskiej terminologii. W głębi jego umysłu zrodziła się niejasna myśl, że mógłby spowodować, by
czerwone światło znowu się zapaliło, i uzbrojony w ten niepodważalny
dowód złożyć Mogshackowi formalne zażalenie na to, że automaty nie są w stanie poradzić sobie ze zwyczajnym językiem używanym podczas
abreaktywnej sesji psychoterapeutycznej.
Ale lampa się nie zapaliła.
- Proszę bardzo, doktorze - odezwała się biurkoasystentka swym normalnym
głosem. - Zapisałam te dane. Czy mają być one dostępne dla całego
personelu, czy są przeznaczone tylko do pańskiego użytku?
- Tylko do mojego użytku!
Jezu, gdyby Mogshack nagle wpadł na pomysł sprawdzenia informacji o Ariadne i natrafił na ten monolog, opatrzony wzmianką "według doktora
Reedetha"!
Jak to jednak możliwe, że maszyna zaakceptowała bezwstydne wulgaryzmy,
mimo że dopiero co odmówiła posłuszeństwa, usłyszawszy słowa, które
właściwie były tylko zwykłymi komplementami? Poczuł, że po czole, szyi i wewnętrznej powierzchni dłoni spływają mu strużki potu. To nie mogła być
sprawka naprawobota. Zaprogramowano go, by przywracał autoryzowany
status quo. Zatem to musiał być...
Nagle podekscytowany, usiadł pośpiesznie za biurkoasystentką, by
sprawdzić, czy to było jedyne ulepszenie, jakie wprowadził Madison.
Nie było.
***
Dwadzieścia minut później, pociągając się za brodę w powtarzającym się
geście bezsilnego gniewu, pogodził się z myślą, że podejrzenia
prześladujące go od kilku miesięcy okazały się prawdą.
To potworna niesprawiedliwość, że nadal trzymają tu Harry'ego Madisona.
Nie jest chory umysłowo. Być może nigdy nie był. Po prostu jest normalny
na sposób, którego nie rozumiemy.
dziesięć
dziesięć
NAJLEPSZY JEST KOT CZARNY,
CHOĆBY NAWET BYŁ BURY
Czekając na pozwolenie przekroczenia granicy, Fredrick Campbell unosił
przed sobą teczkę - symbol oficjalnego statusu - jakby była jakąś
śmieszną, kartonową tarczą. Dłonie, w których ją trzymał, zrobiły się
śliskie od potu. Loty nad miastem nie były tu elementem kontraktu między
władzami federalnymi, dlatego musiał posadzić śmigacz sto metrów dalej,
na kruszącym się betonie starej autostrady, i dojść na piechotę do
miejsca, w którym stał teraz - pośród nakrytych pokrywami betonowych
kadzi przywodzących na myśl las grzybów. Ze szczelin wokół ich obwodu
podejrzliwie przyglądały mu się ciemne oczy. Wiedział, że kryjący się
wewnątrz ludzie są gotowi spuścić na niego lawinę zniszczenia, gdy tylko
wykona jakiś nieprzewidziany ruch.
Wpatrywał się na wprost przed siebie, ale zdołał przesunąć nieco wzrok,
by upewnić się, że od czasu jego poprzedniej wizyty był tu któryś z Gottschalków. To musiał być ważny wielosylabowiec, może ktoś z najwyższego kręgu, jak Bapuji albo nawet Olayinka. Żadnemu
jednosylabowcowi nie przydzielono by zadania przekazania sprzętu, jaki
zauważyło wprawne oko Campbella. Jednakże komputowanie broni nie
należało do jego oficjalnych zadań. Biursprastafed starał się
podtrzymywać tradycyjną fikcję, mówiącą, że uzbrojenie nie ma żadnego
znaczenia w negocjacjach z municypalnymi współwykonawcami. Rzecz jasna,
za kilka dni zjawi się tu - niby przypadkiem - ktoś z BUBW i poruszy tę
kwestię podczas prowadzonej od niechcenia rozmowy. Biuro nie będzie
jednak liczyło na żadne szczegółowe informacje.
Bardzo się z tego cieszył. Czuł się tu okropnie nagi. A nawet obdarty ze
skóry. Nie wątpił, że taką właśnie reakcję pragnął wywołać burmistrz
Black. Całą transakcję można by znacznie łatwiej i szybciej załatwić
przez komsieć, ale wtedy burmistrz nie miałby okazji się popisywać.
Samotny, pocący się w okrutnym blasku słońca Campbell zdał sobie sprawę,
że jego spojrzenie ciągle kieruje się na znaki umieszczone przy punkcie
granicznym. Napisano na nich: blackbury, dawniej BROWNBURY.
Na jednym z nich widniało też (to nie była część oryginalnego tekstu,
lecz dodatek nabazgrany wysokopołyskową farbą): "Białasie, nie wystawiaj
głowy na słońce, bo będziesz łatwym celem".
trzynaście
trzynaście
REGULARNE USŁUGI ZAPEWNE NIE ZOSTANĄ PRZYWRÓCONE
Twarz Priora powróciła na ekran. Mężczyzna krzywił się ze złością.
- Mam tego dość! - wściekał się. - Czy mamy za mało kłopotów? Potrzeba
nam jeszcze, żeby komsieć w Etchmark wchodziła na jakąś szaloną orbitę?
- Jeśli nie chcesz, by przerywano ci rozmowę, rusz tyłek i przyjdź
tutaj, kochaniutki - odparł Flamen ze znużeniem w głosie. - Do licha,
jesteś po drugiej stronie tej ściany!
Przyszło mu na myśl, że to zaproszenie nie zostanie odebrane zbyt
przychylnie. Prior był zupełnie innym rodzajem człowieka niż on. Miał
silne neopurytańskie skłonności i był zdeterminowany utrzymać
szpulokabli na antenie nie z powodu niechęci do abstrakcyjnie pojętej
hipokryzji - Flamen lubił sobie wyobrażać, że to właśnie jest jego
motywem - lecz raczej dlatego, że pragnął udoskonalić maskę dobrego
zachowania, nieprzepuszczalną trumnę, w której kryje się zgnilizna.
Dlatego trzymał się na dystans od ludzi, kontaktując się z nimi
wyłącznie przez ekran komsieci. Uważał bezpośrednie spotkania za
marnotrawstwo zasobów, które zawdzięczał finansowemu sukcesowi. To
czyniło go znakomitym buforem w negocjacjach między firmą Matthew Flamen
Inc. a dyrekcją Holocosmic. Czasami jednak przesadzał i popadał w śmieszność. Na przykład teraz.
- Matthew, nie możesz oczekiwać od ludzi, że... - zaczął naburmuszony
Prior zgodnie z przewidywaniami Flamena.
Cierpliwość tego drugiego wyczerpała się nagle.
- Wręcz przeciwnie, mogę oczekiwać, że zrobisz coś, by poprawić
sytuację! Ile było przerw w dzisiejszym przekazie? Pięć, zgadza się?
- Hm... - Prior przełknął ślinę. - Tak, obawiam się, że pięć. A najdłuższa
trwała prawie pięćdziesiąt sekund.
- I dziwi cię, że w takiej sytuacji komsieć nie działa prawidłowo? Daj
spokój, Lionelu, nie możesz być aż tak naiwny! Hm... jeśli się nad tym
zastanowić, pewnie możesz. W końcu poniżasz się, bijąc pokłony kupie
plastiku, którą zwiesz Larem!
- Matthew, prawo do wyboru religii jest...
- Kiedy ostatnio zaglądałeś do komputerów? Mamy ponad siedemdziesiąt
procent za tym, że Lares & Penates to filia nieblankowskiej firmy
Conjuh Man Inc., przeznaczona dla ludzi, którzy ukończyli college.
Najwyraźniej zyski z czarnych enklaw już im nie wystarczają, postanowili
więc rozszerzyć działalność i wydoić trochę łatwowiernych blanków. Jeśli
jesteś typowym przykładem, odniosą sukces godny Gottschalków!
Prior wybałuszył oczy. Nie znosił, gdy widziano, jak okazuje emocje,
nawet jeśli chodziło o człowieka, z którym współpracował od lat. Flamen
okrutnie sobie z tym pogrywał. Pozwolił, by cisza się przeciągała, aż
wreszcie, w ostatnim możliwym momencie, poruszył naprawdę ważną sprawę.
- Po co właściwie zawracasz mi głowę? Masz jakiś rewelacyjny pomysł na
jutrzejszy program? Taki, który z powrotem przyciągnie miliony widzów?
- Zważywszy wszystko razem, oglądalność wygląda nieźle - wymamrotał
Prior, odzyskując z wysiłkiem równowagę po szoku spowodowanym przez
słowa Flamena. - A to pewnie jest najważniejsze.
- Jeśli wskaźniki się trzymają, to czemu tak cię denerwują te przerwy?
Kochaniutki, wiesz równie dobrze jak ja, że gdyby ktoś fizycznie
sprawdził wszystkie aparaty teoretycznie nastawione na nasz program,
przekonałby się, że w połowie z nich kolory i kanały przestawiono na
automatyczną regulację. Kto w dzisiejszych czasach ogląda w południe
trójwymiarową telewizję? Tylko ci, którzy orbitują. Do licha, przerwy
pewnie się im podobają!
Wyraźnie zaniepokojony Prior udzielił mu odruchowej odpowiedzi:
- Matthew, jesteś zbyt skromny. Jesteś jednym z garstki ludzi, którzy
nadal potrafią przyciągnąć widzów do programu polegającego wyłącznie na
gadaniu. Nie powinieneś lekceważyć swego talentu.
- Nie muszę. Inni robią to za mnie. - Flamen wypił resztę trunku jednym
haustem. Gdy jego żołądek wypełniło ciepło, poczuł się odrobinę lepiej.
- Bądź tak uprzejmy, kochaniutki, i zastanów się chwilę, dobra? Czy te
tajemnicze zakłócenia choć raz zdarzyły się podczas reklam? Nie zdarzyły
się. A wtedy, gdy mam jakąś świetną relację o obrzydliwym skandalu?
Jasne. Tylko kiedy jestem na ekranie, a nigdy w innych chwilach. Mam
rację, kochaniutki?
Sądząc po jego minie, Prior z chęcią zakwestionowałby prawdziwość słów
Flamena, ale fakty były niepodważalne. Skinął ze smutkiem głową.
Szpulokabel ustawił szklaneczkę pod kranem dozownika i nacisnął guzik.
- Co, twoim zdaniem, powinienem zrobić? - zapytał. - Przepuścić to przez
komputer? Po co, kochaniutki? Przypomnij sobie, jak to wyglądało
poprzednim razem. Przesunęli nas z najlepszego czasu, ale w zamian
zaoferowali łapówkę. Piętnaście minut dziennie zamiast dziesięciu. Ale
potem zabrali nam część tego czasu na dodatkowe reklamy. No dobra, ich
argumenty brzmiały przekonująco. "Program ma mnóstwo widzów i coraz
więcej sponsorów pragnie do nich dotrzeć". Ale prawda wygląda tak, że
zamiast piętnastu minut mamy teraz dwanaście i pół, a wkrótce będzie
jeszcze mniej. A liczba tematów, które odrzucamy na polecenie sieci,
ciągle rośnie. Nie sądzisz, że okazują trochę zbyt wielką wrażliwość,
jak na ludzi pragnących utrzymać oglądalność?
Przerwał na chwilę, ale Prior nie odezwał się ani słowem.
- Moim zdaniem sytuacja wygląda tak - podjął Flamen. - Nie mogą sobie
pozwolić na to, żeby mnie po prostu wywalić. Za złamanie kontraktu
musieliby mi dać palladowy uścisk dłoni. Mają nadzieję, że wreszcie się
wścieknę i zacznę się awanturować. Wtedy załatwią mnie za obrazę
dyrektora programowego i Planetarna Komisja Komunikacji nie będzie mogła
ich tknąć. Dlatego sugeruję, żebyś trzymał się ze wszystkich sił, tak
samo jak ja. Sto tysięcy listków herbaty miesięcznie to nie jest suma,
którą można otrzymać, pukając do pierwszych drzwi z brzegu.
W połowie ostatniego zdania Prior przestał go słuchać. Flamen
wywnioskował z jego miny, że ekran po drugiej stronie przełączył się na
inny obraz albo wypełniły go zakłócenia. Wyciągnął rękę, by przerwać
połączenie, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. Śmiesznie to
wyglądało, gdy zawsze spokojny Prior poruszał ustami, wypowiadając
przekleństwa, których Flamen nie słyszał, bo obraz przechodził tylko w jedną stronę, a dźwięk jedynie w drugą.
Wesołość szybko go jednak opuściła. Uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy
wrócił do rozważań o prawdzie, której Prior uparcie nie chciał stawić
czoła z jakiegoś powierzchownego powodu, być może dlatego, że wierzył,
iż dyrektorzy sieci Holocosmic są zacnymi ludźmi, jak Brutus.
- Można nosić na ustach uśmiech i być łotrem1 - wyszeptał. Na
chwilę ucieszyła go trafność tego cytatu, lecz wkrótce przeraziła wizja
uśmiechniętego człowieka z nożem w ręce. Cóż innego mogłoby wytłumaczyć
zakłócenia pojawiające się codziennie podczas jego programu i w żadnym
innym nadawanym przez Holocosmic? To musiał być sabotaż.
Co gorsza, plan na pewno zrodził się w dyrekcji. Gdyby doszło do
infiltracji, Holocosmic nie cofnęłoby się przed niczym, żeby ją
wyeliminować. Zależało im na bezpieczeństwie wewnętrznym, jak każdej
firmie na świecie. Jednakże inżynierowie raz po raz zasypywali Flamena
zapewnieniami, że nie potrafią odnaleźć źródła trudności.
Logiczny wniosek brzmiał tak, że chcieli zlikwidować jego program i zastąpić go kolejnym blokiem złożonym z samych reklam. To było sprzeczne
z zaleceniami PKK, które nie pozwalały, by nieprzerwane ciągi reklam
zajmowały więcej niż dwanaście godzin na dobę. Po usunięciu ostatniego
szpulokabla Holocosmic przekroczyłoby ten limit, ale PKK już od lat nikt
nie traktował poważnie. Była tylko starym psem stróżującym, który
stracił wszystkie zęby.
To nie była jednak pierwsza próba pozbycia się go. Po załamaniu nerwowym
Celii próbowali to zrobić bezpośrednio. Przekupili psychiatrę, który
zeznał, że zaczęła brać psyszki, bo mąż regularnie lekceważył jej
potrzeby i preferencje, co równało się sadystycznemu okrucieństwu. Komuś
zdolnemu do takiego postępowania nie powinno się pozwalać na
występowanie przed liczną publicznością. (Koń by się uśmiał. Gdyby
pogrzebać w życiorysach dyrekcji Holocosmic, można by znaleźć materiały
na nową wersję 120 dni Sodomy, i to bez potrzeby popełniania plagiatu.
Flamen już dawno temu obiecał sobie w myślach, że jeśli naciski staną
się zbyt silne, odejdzie z przytupem, zamieniając zaaprobowaną przez
komputery taśmę z nagraniem ostatniego programu na inną, na której
starannie wyliczy wszystkie grzechy dyrekcji).
Najgorszy hak, jaki na niego mieli, opierał się jednak na fakcie, że
jego żonę umieszczono w publicznym Szpitalu Ginsberga, a nie w jakiejś
prywatnej instytucji. Prior zdołał obalić ten drugi plan w cudowny
sposób, mówiąc wstrząśniętym tonem kochającego brata, że nikt w świecie
współczesnej psychiatrii nie cieszył się sławą większą niż dyrektor
Szpitala Ginsberga, Elias Mogshack, powszechnie uważany za lidera w dziedzinie lecznictwa psychiatrycznego. Kto spośród obecnych tu laików
ośmieli się podawać w wątpliwość kwalifikacje specjalisty, któremu
powierzono opiekę nad higieną mentalną mieszkańców całego Nowego Jorku?
Pośpiesznie zawarto kompromis. Flamen zobowiązał się pokryć koszty
pobytu żony w zakładzie, zamiast porzucić ją na łaskę i niełaskę
funduszy publicznych, co musiałoby doprowadzić do katastrofy.
Zastanawiał się wtedy, dlaczego dyrekcja ustąpiła tak łatwo. Przestał
zadawać sobie to pytanie, gdy przyszedł wygórowany rachunek za pierwszy
miesiąc, a razem z nim zatwierdzony przez stanowe komputery kontrakt, na
który lekkomyślnie się zgodził. Nie musiał pytać komputera, by sobie
uświadomić, że znalazł się w pułapce. Musiał utrzymywać standard życia
"odpowiedni dla osoby, której Holocosmic przyznaje prawo nadawania
pięciu programów tygodniowo". Miał świetnych księgowych i płacił
śmiesznie niskie podatki, ale nie mógł się wykręcić z obligatoryjnych
wydatków. Już na starcie pokonała go potęga komputerów Holocosmic. Jego
własne były niezłe, ale do sprzętu, jaki miała sieć, trzeba było
wynajmować specjalne komputery do pisania programów. Żaden człowiek nie
podołałby temu zadaniu.
Wiedział, że wbito mu nóż w plecy. Co mu pozostało? Spróbować szczęścia
z inną siecią? To byłoby samobójstwo. Nawet pomijając oczywisty fakt, że
tylko jeden szpulokabel zdołał utrzymać się na powierzchni i nikt z pewnością nie chciałby przyjąć do pracy nowego. Wykopaliby go już po
paru godzinach pod jakimś lipnym, ale trudnym do podważenia pretekstem,
jak na przykład nielojalność wobec pracodawców. Co więcej, natychmiast
utraciłby zdolność płacenia za leczenie żony, a kara umowna za jej
przedwczesne zwolnienie byłaby kolosalna. Najnowszy raport Mogshacka
wyrażał ostrożny optymizm, ale było jasne, że Celia bynajmniej nie
wróciła do zdrowia. Zostało mu tylko jedno wyjście. Utrzymać swoich
widzów. W jakiś sposób. Jakikolwiek. To była jego jedyna szansa.
Komputery musiały przyznać jemu, Matthew Flamenowi, rating wyższy niż
segmentom złożonym z samych reklam.
W czasach gdy ludzie byli tak zaabsorbowani własnymi sprawami, że nie
zwracali uwagi nawet na najbardziej smakowite plotki i skandale...
To rzeczywiście jest Wyścig Czerwonej Królowej, pomyślał. A mnie już
brakuje tchu.
Cytat z Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego (przyp. tłum.). [wróć]
trzy
trzy
SZPULOKABEL
Jaką postać miał świat tego ranka? Był jeszcze bardziej płaski niż
poprzedniego dnia. We wszystkich gabinetach w Etchmark Undertower
panowała sprzyjająca temperatura - osiemnaście stopni - lecz mimo to po
czole Matthew Flamena, ostatniego szpulokabla, spływał pot. Do południa
musiał zebrać dane do swego piętnastominutowego programu, opracować go,
nagrać na taśmę, uzyskać zatwierdzenie, wnieść poprawki i umieścić w nadajniku. Zostało mu niewiele czasu, a nie miał jeszcze nic poza dwiema
minutami i czterdziestoma sekundami reklam. Kolejne pozycje listy, którą
zostawił na noc celem przekomputowania, odrzucono jako nieprzydatne, a do końca jego kontraktu zostało dziewięć miesięcy.
To był punkt szczytowy dręczącego go od dawna koszmaru. Planeta zamykała
się jak znużony małż, a on, padająca z głodu rozgwiazda, nie miał siły
otworzyć jej na nowo. Otworzyć? Na nowo?
Rozchylił powieki z desperackim wysiłkiem i za pancerną szybą sufitu z półprzezroczystego szkła ujrzał błękitne niebo. Był sam w pokoju. Sam w całym domu. Bardzo się z tego ucieszył. Serce tłukło mu o żebra jak
szaleniec domagający się wypuszczenia z zakładu dla obłąkanych. Dyszał
tak gwałtownie, że nie byłby w stanie wydobyć z siebie sensownego
zdania, nawet prostego "dzień dobry". Choć rozsądek mówił mu, że nikt
nie jest odpowiedzialny za treść swoich snów, przepełniał go nieopisany,
palący wstyd.
Kawałeczek po kawałeczku zebrał w całość rozproszone fragmenty swej
jaźni, aż wreszcie odzyskał panowanie nad kończynami i zdołał wstać. Z jego podświadomości wyłoniły się słowa Xaviera Conroya. Dawno temu
przyciągnęły one na moment jego uwagę i zapamiętał je jako cytat, który
mógłby kiedyś wykorzystać, ponieważ bardzo ściśle wiązał się z jego
pracą: "Kultura zachodnia zmienia się obecnie z kultury winy, opartej na
sumieniu, w kulturę wstydu, w której podstawą jest chorobliwy strach
przed przyłapaniem".
Te słowa jątrzyły się w jego mózgu jak znak wypalony na ciele za pomocą
pieczęci o temperaturze zbyt niskiej, by wysterylizować i skauteryzować
ranę.
Rozejrzał się wkoło zaspanym wzrokiem i poczuł, że luksus, wygoda oraz
bezpieczeństwo domu budzą w nim odrazę. Powlókł się do łazienki, wziął
sobie pigułkę uspokajającą z dozownika i połknął ją. Oddając mocz,
zauważył jej działanie. Świat wydał mu się nieco mniej niebezpieczny.
Zdołał przekonać samego siebie, że jak dotąd udaje mu się jakoś to
ciągnąć. Nadal wykonywał swoją pracę i był w stanie odkrywać niezliczone
tajemnice, które miały pozostać nieznane...
Mimo to, nim mógł choćby pomyśleć o wzięciu prysznica, zjedzeniu
śniadania czy innych nieodłącznych elementach cywilizowanego życia,
odpędził duchy koszmaru, uruchamiając łącze komsieci, i otworzył
bezpośredni kanał do komputerów w swoim gabinecie. Usiadł na wilgotnym
krześle obrotowym, obserwowany przez zapętlony filmik z Celią,
odtwarzający się raz po raz w honorowej wnęce, i zabrał się do
odrąbywania kolejnych głów hydrze swojego lęku.
Według czasu lokalnego było jeszcze wcześnie - siódma dziesięć czasu
wschodnioamerykańskiego - ale współczesna, coraz bardziej kurcząca się
planeta żyła w strefie bezczasowości. Wszystko, co zostawił na noc na
wolnym ogniu, gotowało się przyjemnie. Część nadawała się do
wykorzystania już dzisiaj, reszta zaś wydzielała soki o interesującym
zapachu.
Powoli odzyskiwał pewność siebie. Uświadomienie sobie, że żyje nie w trój- lecz w czterowymiarowym świecie, głębszym niż światy niemal
wszystkich mieszkańców Ziemi, zawsze pomagało mu bardziej niż środki
uspokajające. Nakazał sobie ignorować chichoczącego demona zwątpienia,
który ciągle cytował słowa Conroya, podkreślając, że prędzej czy później
cały świat zachodni sprzymierzy się, by ukryć przed nim swe wątpliwe
moralnie poczynania. Dziesięć, osiem, a nawet sześć lat temu każda
licząca się sieć miała swojego szpulokabla, ale znikali kolejno ze
sceny. Jedni wysunęli oskarżenia, których nie potrafili udowodnić, inni
zaś po prostu stracili odbiorców, ponieważ nie potrafili ich już
irytować, prowokować ani ekscytować.
Czyżby chodziło o to, że świat nie podziwiał już uczciwych ludzi,
zachowując uznanie dla tych, którym nieuczciwość uchodziła na sucho? Czy
zresztą można nazwać uczciwym kogoś, kto żyje z tego, że demaskuje tych,
którym nie udało się skutecznie ukryć swych machlojek? Flamen rozejrzał
się niespokojnie wkoło, jakby te pytania zadał ktoś inny. W pokoju nie
poruszało się jednak nic poza obrazem Celii, odtwarzającej bez końca
swój zapętlony krąg. Wrócił do ekranu łącza, by wybrać pierwszą i największą z kilkunastu spraw, które wrzucił na noc do komputera.
W rzeczy samej było prawdą, że Marcantonia Gottschalka zlekceważył
Vyacheslav Gottschalk oraz kilku innych ważnych wielosylabowców, którzy
nie pojawili się na jego osiemdziesiątych urodzinach. Już od pewnego
czasu wiedziano, że w kartelu znowu wybuchła walka o władzę, ale do tej
chwili udawało się skutecznie utajniać informacje, kto opowiada się po
której stronie.
Czy odważy się spróbować zgadnąć, które z konwencjonalnych wyjaśnień
powołujących się na chorobę - Gottschalkowie pod bardzo wieloma
względami byli zaskakująco zachowawczy - w rzeczywistości były
kłamstwami? Komputery ostrzegały go, żeby tego nie robił. Kartel był
stanowczo zbyt potężny, by można go było atakować bez naprawdę
niepodważalnych danych. Niemniej jego serce pragnęło czegoś wielkiego.
Chodziło nie tyle o to, że do wygaśnięcia kontraktu zostało dziewięć
miesięcy, jak ostrzegał go sen, ile o to, że to było tylko dziewięć
miesięcy. Jeśli nie natrafi na coś naprawdę wielkiego pod koniec sezonu
letniego, gdy oglądalność była niska, przejdzie do historii, jak Niniwa
i Tyr. Przyznał tej wiadomości najwyższy priorytet i polecił komputerom,
choć bez zbytniej nadziei, raz jeszcze spróbować zdobyć kod dostępu do
banku informacji Gottschalków w Iron Mountain.
Czekając na ocenę komputera, przeszedł do innych tematów. Sama myśl o zaatakowaniu Gottschalków przywróciła go do normalnego stanu i segregował teraz stare oraz nowe tematy ze znacznie większym
przekonaniem.
Plotki krążące o Lares & Penates Inc. prawie na pewno pokrywały się
z prawdą. Firma była tylko przykrywką Conjuh Man, przeznaczoną dla
wykształconych odbiorców. Z entuzjazmem eksploatowała ucieczkę blanków
od racjonalności oraz ignorancję nieblanków. Zaznaczył ją z myślą o dokładniejszym zbadaniu i wykorzystaniu, gdy komputerowa ocena osiągnie
osiemdziesiąt procent. Na razie było tylko siedemdziesiąt dwa. Liczbę
uchodźców zmierzających do Kuala Lumpur najwyraźniej redukowano o dwie
trzecie zgodnie ze z góry przygotowanym planem, wbrew oficjalnym
doniesieniom, mówiącym, że dzieli się ich na lojalistów i buntowników.
Poziom akceptacji osiemdziesiąt osiem procent, więc można by to
wykorzystać dzisiaj, ale czy warto ryzykować wywołanie międzynarodowego
incydentu? Kogo w anglojęzycznym świecie obchodzi los nie wiadomo ilu
ludzi o brązowych skórach, mówiących w niezrozumiałym języku?
Nadal się zastanawiał, czy wykorzystać tę sprawę, czy zachować ją na
później, gdy nagle przerwał mu sygnał. Ponad sześćdziesiąt procent dla
próby kupienia kodu, który otworzyłby bank danych Gottschalków w Iron
Mountain. Prawdopodobna cena od jednego do dwóch milionów. To
pozostawało poza zasięgiem Flamena - nie miał tyle forsy w funduszu dla
informatorów - ale natychmiast obudziło jego profesjonalną
podejrzliwość. Gdy poprzednio wysyłał zapytania, komputery zawsze
natychmiast wyświetlały odpowiedź "nie na sprzedaż". Instynkt
podpowiedział mu, jakie pytanie powinien zadać teraz: Czy Gottschalkowie
planują zakończyć współpracę z Iron Mountain?
Tymczasem przeszedł do kolejnego punktu. Wśród Patriotów X zanosiło się
na coś dużego. Kilka rutynowych lektur zaprowadziło go z powrotem do
Gottschalków i powierzchownej oceny, że ich firma znowu podsyca
niepokoje pośród ekstremistycznych nieblanków, by zwiększyć sprzedaż
swych produktów przerażonym blankom. Istniała też jednak druga
możliwość, o prawdopodobieństwie niższym tylko o pięć punktów. Dotknął
palcem równo przystrzyżonej, ciemnej brody i zmarszczył brwi.
Przełom w sprawie Mortona Lenigo? Rozsądek uznawał to za nonsens. Żaden
komputer imigracyjny nie wystawiłby mu wizy po tym, co Lenigo zrobił w brytyjskich miastach, takich jak Manchester, Birmingham i Cardiff.
Niemniej fakt, że odczyt, który przez trzy lata utrzymywał się na
poziomie czterdziestu kilku procent, nagle skoczył do niemal
siedemdziesięciu, z pewnością sygnalizował niebezpieczeństwo. Jeśli
rzeczywiście coś się za tym kryło, to mogłaby być rewelacyjna historia!
Zaznaczył to z myślą o dokładnym skomputowaniu i wrócił do Gottschalków.
Tak, potwierdziły komputery, Gottschalkowie rzeczywiście mogą planować
pozbycie się Iron Mountain. Kupowali sprzęt przetwarzający dane w tak
wielkich ilościach, że trudno to było wyjaśnić planami stworzenia
systemów śledzących albo namierzających cel.
Logiczny wniosek: jeśli rzeczywiście planują wycofać się z Iron
Mountain, sprzedaż jednego z kodów dostępu dałaby im dodatkowe fundusze,
a jednocześnie mogliby śmiać się jak hieny, gdy łatwowierny nabywca
zorientowałby się, że go nabrano.
Czasami nienawidzę Gottschalków, pomyślał Flamen. Nie tyle za to, kim
są, ile za to, co sądzą o innych. Nikt nie lubi być traktowany jak
krótkowzroczny kretyn.
Po chwili namysłu wydał swym komputerom trzy polecenia: wyszukanie
informacji o tym, w jakie miejsce Gottschalkowie kazali dostarczyć cały
ten sprzęt, co samo w sobie powie mu wiele; znalezienie wzmianek o technologicznych przełomach, mogących doprowadzić do wypuszczenia na
rynek zupełnie nowych produktów; oraz wszelkich sugestii, choćby
najbardziej niejasnych, na temat konfliktu wewnątrz kartelu. Szansa, by
tak szeroko zakrojone polecenia doprowadziły do znalezienia czegoś, co
mógłby wykorzystać dzisiaj, równała się zeru, więc zaznaczył ten punkt
celem nocnego sprawdzenia i wrócił do materiałów, które mógł wykorzystać
natychmiast.
Polowanie na plotki, przypominające łapanie motyli w siatkę, było jednym
z jego czołowych talentów. Dowodził tego sam fakt, że jego program
przetrwał. Musiał co prawda przyznać, że go okaleczono, ale lepiej
stracić nogę, niż trafić do krematorium. Ta oczywista prawda nie
pocieszyła go jednak zbytnio, gdy spojrzał na ostateczną listę, złożoną
z siedmiu pozycji. Trzy z nich zachowywał dotąd na wypadek, gdyby
centrala sieci coś zakwestionowała. Kontrakt zmuszał go, by przed
postawieniem komukolwiek zarzutów pozwolił komputerom Holocosmic
przeanalizować dane. Niekiedy obniżały one rating poniżej poziomu
określonego przez firmę, co chroniło ją przed porażką w procesach o zniesławienie. Ostatnio odrzucano mniej więcej jedną pozycję na tydzień.
Flamen uważał, że to stanowczo za dużo, miał jednak powody, by
powstrzymywać się od skarg.
Żniwa były dzisiaj dość kiepskie, ale przynajmniej wiedział, że będzie
mógł nadać program. Pora przyswoić sobie jakieś śniadanie. Jedzenie
smakowało jednak jak popiół i przełykał je z najwyższym trudem.
cztery
cztery
PYTANIE: KIM BYŁ TEN WĄŻ, Z KTÓRYM
WIDZIAŁEM CIĘ WCZORAJ WIECZOREM?
ODPOWIEDŹ: TO NIE BYŁ WĄŻ.
TO BYŁA MOJA NOWA KOCHANKA.
TAK SIĘ SKŁADA, ŻE JEST PYTONESSĄ
Mechanizm dmuchanego łóżka zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Kupiła
używane, a do tego miało tylko metr trzydzieści szerokości i nie
przewidziano go dla dwóch osób. Pierwsze, co zauważyła Lyla Clay po
przebudzeniu, to fakt, że jak zwykle spała w sztywnej pozycji, by unikać
górnego rogu, gdzie nośność była najsłabsza. Spoczywając na prawej ręce,
odcięła dopływ krwi i teraz całą kończynę od łokcia aż po koniuszki
palców wypełniał tętniący ból powracającego czucia.
Otworzyła z irytacją oczy i zobaczyła mężczyznę, którego nie znała.
Uśmiechał się do niej. Jego wargi poruszały się całkowicie bezgłośnie,
ale implikacje tego faktu nie dotarły do niej w pierwszej chwili.
Była całkowicie naga, ale nie miała powodu wstydzić się swego ciała,
które było szczupłe, młode i jednolicie opalone. Niemniej odruch
pozostały po dość staroświeckim wychowaniu nakazał jej poszukać
nieistniejącego koca (obwody cieplne w łóżku nadal działały prawidłowo).
Ten ruch nie harmonizował z dręczącym ją kurczem mięśni. Tak czy inaczej
po raz pierwszy w swym trwającym już dwadzieścia lat życiu po
przebudzeniu przekonała się, że podziwia ją mężczyzna, którego twarz i nazwisko były jej całkowicie nieznane.
Wtem nieznajomy zmienił się w kaskadę różowych i fioletowych płatków
śniegu. Przypomniała sobie v-aparat, który Dan i jego przyjaciel Berry
wwieźli wczoraj windą, a potem korytarzem na wózku, pocąc się i przeklinając. Przedtem nie mieli w pieleszach v-aparatu, tylko
staroświecki, dwuwymiarowy telewizor, na którym nie odbierało się nic
poza trzema ocalałymi dwuwymiarowymi kanałami, których utrzymania
domagała się Planetarna Komisja Komunikacji. Ponieważ ich program był
przeznaczony dla Indii, Afryki i Ameryki Łacińskiej, a Lyla i Dan nie
znali hindi ani suahili, a po hiszpańsku rozumieli tylko trochę, rzadko
chciało się im włączać aparat, chyba że orbitowali. Wtedy nie obchodziło
ich, że programy dotyczą głównie kopania latryn, połowów ryb oraz
rozpoznawania objawów chorób zakaźnych. W gruncie rzeczy, jak zauważył
kiedyś Dan, gdyby tylko mieli kawałek ziemi, na którym mogliby wykopać
latrynę, ta umiejętność mogłaby się okazać bardzo przydatna, gdyby kible
znowu się zapchały.
Poszukała wzrokiem Dana. Leżał po drugiej stronie łóżka i trzymał w ręce
rozar, szukając punktu na ścianie, w którym magnetyczna przyłączka na
końcu kabla mogłaby zaczerpnąć odrobinę energii. Przypominał trochę
ćpuna szukającego kawałka żyły, w którą mógłby się wkłuć. Wreszcie
znalazł miejsce, w którym przewód indukcyjny nie był skorodowany. Rozar
obudził się do życia i Dan zabrał się do naprawiania defektów w brodzie.
Los przeklął go wielkimi i okrągłymi łysymi plamami na obu policzkach.
Po paru uderzeniach serca v-aparat w magiczny sposób powrócił do
prawidłowej synchronizacji. Mężczyzna na ekranie, uśmiechnięty i gestykulujący z pasją, na nowo podjął swą niesłyszalną diatrybę.
Lyla usiadła, tuląc do piersi świerzbiącą wciąż kończynę i masując ją
palcami drugiej.
- Czemu nie zrobisz znaku na ścianie, żeby następnym razem nie musieć
szukać? - zapytała.
Nie patrzyła na Dana, pozwalając, by jej spojrzenie wędrowało
chaotycznie po pokoju. Na mosiężnej tacce pod świątynią Lara leżała
sterta lepkich pseudoorganików. Najwyraźniej ktoś przypomniał sobie na
czas, żeby wyrzucić książki, których data ważności wkrótce miała
wygasnąć. Nie pamiętała, by to zrobiła, więc to musiał być Dan. Od
narożnika stołu, który złożono bez wycierania, prowadził w dół
wyschnięty ślad czerwonego wina. Półkę, na której ustawiono autentyczny
dwudziestowieczny siedmioramienny świecznik, pokrywał sypki popiół. Lyla
uparła się, by zapalić jednocześnie siedem różnych rodzajów abargatti.
Zmarszczyła nos na to wspomnienie.
Mówiąc krótko, panował tu okropny bajzel.
Dan przerwał na moment nakładanie kolejnych pasm syntetycznych włosów na
wysmarowane klejem policzki.
- Wreszcie się obudziłaś, tak? Miałem ochotę zacząć tobą potrząsać.
Wiesz, która jest godzina?
Wskazał na nowy v-aparat, jakby był zegarkiem.
Popatrzyła na niego bez zrozumienia.
- Nie poznajesz Matthew Flamena? Wiesz, ilu szpulokabli zostało w holowizji? To program nadawany w południe. Minęła już przeszło połowa.
Posłuchaj!
Uniósł nogę i dotknął palcami stopy regulatora dźwięku ulokowanego w niskiej szafce, na której opierał się holograficzny ekran grubości
centymetra, przypominający żagiel rozwinięty nad kadłubem jachtu. Nagle
utracił równowagę i klapnął ciężko w rogu łóżka. To obciążenie okazało
się zbyt wielkie dla sfatygowanego mechanizmu i Lyla zleciała na
podłogę. Rozległ się syk uciekającego gazu.
- Świat, w którym żyjemy, często jest przerażający - mówił Flamen swym
przypochlebnym głosem. - Czy w związku z tym nie zazdrościcie ludziom,
którzy zainstalowali w drzwiach i oknach pułapki typu Guardian? Nigdzie
nie dostaniecie lepszych, a tylko głupcy kupowaliby gorsze.
Flamen zniknął. Na jego miejscu pojawił się wysoki, łypiący spode łba
nieblank. Nim Lyla zdążyła zareagować - nadal nie przebudziła się do
tego stopnia, by mieć pewność, że barwny, trójwymiarowy obraz pozostanie
zatopiony w ekranie - na jego szyi, pasie i kolanach zacisnęły się
kolczaste, metalowe taśmy. Z miejsc, w które wbiły się okrutne, stalowe
szpikulce, płynęła krew. Mężczyzna zrobił oszołomioną minę, a potem
stracił przytomność.
- Guardian! - rozległ się niesamowity głos kastrata. - Guardiiiaaan!
- Chyba powinniśmy zainwestować w coś takiego - stwierdził Dan.
- Jeśli dalej będziesz tak robił, nie zostanie tu nic, co warto by było
ukraść - sprzeciwiła się z irytacją Lyla. - Zauważyłeś, że właśnie
zepsułeś łóżko?
Zerwała się na nogi i nacisnęła przycisk wyłączający v-aparat. Nic się
nie wydarzyło.
- Zapomniałem ci powiedzieć - mruknął Dan. - Wyłącznik nie działa.
Dlatego Berry nam go dał.
- A niech cię! - Lyla odnalazła wzrokiem przewód i wyrwała pobieraczkę
ze ściany. Obraz Matthew Flamena, który przed chwilą wrócił na ekran,
rozsypał się w niebieskie i zielone plamy. - Chcesz dzisiaj spać na
twardej desce? Ja na pewno nie chcę!
- Wezwę kogoś, żeby to naprawił. - Dan westchnął. - A teraz rusz się.
Zapomniałaś, że mamy dziś być w Szpitalu Ginsberga?
Naburmuszona Lyla pozbierała zdjęte wczoraj ubranie - szarozielone niksy
i parę zbiegów.
- Jakieś telefony albo poczta? - zapytała, wciągając ubranie.
- Sprawdź, jeśli cię to interesuje. - Dan dotknął ostrożnie włosów na
twarzy. Upewniwszy się, że przeszczep prezentuje się znośnie, odłączył
rozar od ściany i schował do pudełka. - Najpierw musisz spełnić
obowiązek wobec Lara, tak?
- Mamy go tylko na siedem dni próbnych - odpowiedziała obojętnie Lyla,
wciągając niksy na biodra. - Jeśli tak bardzo chce zostać w tej
zasyfionej norze, niech się bierze do roboty. Poza tym co ci strzeliło
do głowy, że położyłeś na tacce stertę przeterminowanych książek?
Myślisz, że Lar się ucieszy, że traktujesz go jak zsyp?
- To było pilne - mruknął Dan. - Rury znowu się zatkały.
- O nie!
Lyla popatrzyła na niego trwożnie, balansując na jednej nodze, by wsunąć
stopę w zbieg.
- Spokojnie. Kible działają. Ale uznałem, że wyrzucenie do nich sterty
książek byłoby niepotrzebnym ryzykiem.
- Jeśli już mówimy o wapniejących tętnicach. - Lyla westchnęła,
przypominając sobie ulubioną metaforę ze Sklerotycznego miasta Xaviera
Conroya. - Czego nie ma w kanałach, jest na ulicach, a czego nie ma na
ulicach, jest w komsieci... Pójdę sprawdzić naszą szafkę. Może będzie w niej coś ciekawego. Nigdy nie wiadomo.
Podeszła do drzwi i zaczęła kręcić z wysiłkiem korbą, by podnieść
stukilowy ciężar zabezpieczający wejście przed nocnymi intruzami.
- Włóż czarcz - zażądał Dan, wchodząc w zielone bryczesy i zaciskając
mocno pasek.
- Cholera, idę tylko do komsieci!
- Włóż go - powtórzył. - Jesteś ubezpieczona na ćwierć miliona listków
herbaty, a w umowie napisano, że musisz go nosić.
- Łatwo ci mówić - burknęła buntowniczo Lyla. - Nie musisz się męczyć z tym cholerstwem.
Sięgnęła jednak posłusznie po czarcz, wiszący na kołku przy drzwiach.
Wciągając go przez głowę, zatrzymała się nagle.
- Hej, w szpitalu nie będę musiała go nosić, tak? Okropnie by mi
przeszkadzał, kiedy zacznę się miotać.
- Nie podczas samego występu. Chociaż jeśli się nad tym zastanowić... -
Dan przygryzł wargę, spoglądając niepewnie na Lylę. - Pacjenci w Ginsbergu są segregowani i jeśli zobaczą cię w takim stroju, to może nie
być za dobrze. Masz coś, co więcej zasłania?
- Nie sądzę. Wszystkie lutowe ubrania przekroczyły już datę ważności, a marcowe zaczynają się rozłazić. W kwietniu oczywiście przechodzę na
przejrzyste.
- Zapomnijmy o tym. - Dan wzruszył ramionami. - Jeśli będą się upierali,
możesz poprosić, żeby dali ci coś na ich koszt. Może suknię. Kiedy
ostatnio miałaś suknię? W listopadzie?
- Tak. Kupiłam ją, żeby pojechać do domu i spotkać się z rodziną w Dzień
Dziękczynienia. Ale wtedy było zimno, a teraz jest upał... Ech, dla dobra
sprawy mogę włożyć i suknię. Pod warunkiem że za nią zapłacą. W tym
sezonie suknie są okropnie drogie. - Wsunęła się w czarcz, otworzyła
drzwi i rozejrzała się na obie strony, by się upewnić, że na korytarzu
nikogo nie ma. - Nie zamykam, wrócę za chwilę - dodała.
pięć
pięć
TYLKO CZYN CZYNI CZŁOWIEKA,
Z CAŁYM SZACUNKIEM DLA MEDYCYNY
- On się nazywa Harry Madison, nie Mad Harrison!
- Słucham? - zapytała komputerowa biurkoasystentka z bezbłędną pytającą
intonacją. To był jeden z superzaawansowanych modeli IBM, wyposażony w zdolność całkowicie spersonalizowanego dialogu i przestrzegający zasad
wiary w swój mechaniczny byt. Jedna z tych zasad głosiła, że pracownik
szpitala, który jest sam w pomieszczeniu i wypowiada słyszalne słowa,
pragnie usłyszeć odpowiedź. Nie dotyczyło to pacjentów. Ci ostatni
musieli nosić kombinezony z krzyżami z metalowych nici na piersiach i na
plecach, by biurkoasystentki i inne automatyczne urządzenia mogły ich
odróżnić od personelu.
- Nieważne - mruknął doktor James Reedeth znużonym głosem i zacisnął
zęby tak mocno, że słyszał śpiew własnych, napiętych mięśni. Pogrążył
się w myślach, uważając, by znowu nie odezwać się nieostrożnie.
Musieli mieć jakiś powód, żeby go tu zamknąć, niech to szlag! To byli
eksperci, co najmniej równie biegli jak ja! Nawet nie jest moim
pacjentem. Co więc sprawia, że tak bardzo interesuję się jego sprawą?
Podświadomy resentyment wywołany obecnością nieblanka w szpitalu, w którym poza nim są sami blankowie? Nie wierzę w to. Ale poszukiwania
rozsądnej odpowiedzi są pozbawione sensu.
Po raz kolejny z tak wielu, że nie odważył się próbować ich zliczyć,
zadał sobie pytanie, co go zwabiło do tego nawiedzanego przez minotaury
labiryntu. Czy chciał zostać lekarzem po to, by rozwiązywać takie
tajemnice?
- Ariadne! Ariadne! Gdzie jesteś teraz, gdy potrzebuję twojego kłębka?
Pod wpływem nagłego impulsu postanowił to pytanie zadać również na głos.
Natychmiast uświadomił sobie, że nie jest pewien, czy nadał tej decyzji
połysk wolnej woli tylko po to, by oszukać samego siebie.
Biurkoasystentka skarżyła się elektronicznymi piskami, sprawdzając i odrzucając kolejne możliwe interpretacje. Wreszcie jednak udzieliła mu
odpowiedzi, której się spodziewał.
- Zakładając, że wzmianka o "Ariadne" dotyczy doktor Spoelstry, obecnie
przebywa ona na ósmym piętrze Skrzydła Czwartego. Jest objęta zakazem
przeszkadzania klasy drugiej. Proszę o informację, czy sprawa jest
pilna.
Reedeth pozwolił sobie na pozbawiony wesołości śmiech. Milczał przez
jakieś pół minuty, aż wreszcie biurkoasystentka zapytała z przekonującą
nutą sztucznej niepewności:
- Nie znaleziono żadnej wzmianki sugerującej, by doktor Spoelstra
posiadała motek. Czy udzielasz mi pozwolenia na dodanie tej informacji
do listy danych na jej temat?
- Oczywiście - zgodził się serdecznym tonem Reedeth. - Możesz zapisać,
że tylko ona zna drogę wyjścia z labiryntu. A także dodać, że ma skórę
gładszą niż syntojedwab, wyjątkowo piękne piersi, najbardziej zmysłowe
usta, jakie bogowie kiedykolwiek dali śmiertelniczce, uda zapewne
odpowiadające równaniu, które spaliłoby wszystkie twoje obwody, oraz...
Miał zamiar dodać "serce zimne jak Lód V", ale w tej samej chwili z trzewi biurkoasystentki dobiegł rozpaczliwy zgrzyt i zamigało czerwone
światło, sygnalizujące awarię. Rozwścieczony Reedeth zerwał się na nogi.
W jakim właściwie celu pozwolono, by kontrakt na stworzenie systemu
komputerowego w Szpitalu Ginsberga przypadł firmie, dla której pracuje
tyle samo neopurytan, co dla IBM? Co najmniej osiemdziesiąt procent
pacjentów, z którymi próbował sobie poradzić, miało różne zaburzenia
seksualne, co nieustannie irytowało maszynowych cenzorów z ich odruchową
świętoszkowatością.
Musiał przyznać, że ulżyło mu, gdy uwolnił się od towarzystwa
biurkoasystentki. Próby pogodzenia faktu, że pracował w środowisku
przeszytym siecią kanałów informacyjnych, z zasadami, które, formalnie
rzecz biorąc, wyznawał, prowadziły do paradoksu, którego nigdy nie udało
mu się rozwiązać.
Podszedł do zajmującego całą ścianę okna i wyjrzał na potężny kompleks
Stanowego Szpitala Imienia Ginsberga dla Nieprzystosowanych Umysłowo.
Kompleks przypominał fortecę - wysokie wieżowce maksymalnego
bezpieczeństwa, połączone ze sobą potężnymi murami, jakby jakiś rysunek
z książki dla dzieci, przedstawiający baśniowy zamek, został
przedstawiony w betonie przez nieprzyjaźnie nastawionego architekta.
Kompleks był strukturalnym odpowiednikiem "wycofania się i przegrupowania", zalecanego przez Mogshacka jako antidotum na niemal
wszystkie problemy z przystosowaniem społecznym. Okna umieszczono tylko
w niskich skrzydłach administracyjnych, a wieżowce miały gładkie ściany.
Przerażony świeżo przyjęty pacjent na sam ich widok miał poczuć, że nie
grożą mu już niemożliwe do zniesienia wyzwania świata zewnętrznego.
Reedethowi zawsze kojarzyły się jednak ze średniowiecznymi zamkami,
które wynalazek prochu strzelniczego uczynił przestarzałymi. A w dobie
kieszonkowych bomb jądrowych...?
Westchnął, przypominając sobie pytanie zadane łagodnym tonem przez
Xaviera Conroya, który był promotorem jego pracy doktorskiej. Właśnie
ogłoszono plany, według których miano zbudować Szpitala Ginsberga, razem
z przekonującym artykułem Mogshacka, wyjaśniającym projektowane zasady
funkcjonowania placówki. "A co doktor Mogshack ma do zaproponowania
pacjentom, których stan zapewne się pogorszy, gdy nie będą widzieli
żadnej drogi wyjścia?".
Pełne znaczenie tych krytycznych słów ujawniło się po dwóch latach.
Reedeth zrozumiał je dopiero wtedy, gdy niespodziewanie uwiadomił sobie,
w jakiej sytuacji znalazł się Harry Madison. W chwili kiedy Conroy je
wygłosił, śmiał się razem z innymi z krótkiej i celnej odpowiedzi
Mogshacka:
"Jestem wdzięczny doktorowi Conroyowi za to, że po raz kolejny
zademonstrował nam, iż potrafi przeskakiwać przez płoty, nim jeszcze do
nich dotrze. Być może zechciałby dołączyć do nas w Szpitalu Ginsberga,
gdzie będzie miał szansę znaleźć rozwiązanie tego problemu. Podejrzewam
jednak, że to tylko jeden z wielu, które go dręczą".
Reedeth potrząsnął głową.
- Wycofanie się i przegrupowanie - zacytował na głos, zadowolony, że
choć na chwilę uwolnił się od mechanicznych podsłuchiwaczy. - Gdybym
wiedział, jak daleko mogą się posunąć we wdrażaniu tej zasady,
przysięgam, że wolałbym pracować gdziekolwiek indziej niż tutaj, gdzie
ta okropna kobieta może walić we mnie jak w worek treningowy, bo "miłość
to stan zależności". I jak zdany na łaskę własnych uczuć terapeuta ma
pomóc pacjentom w zachowaniu racjonalnego dystansu?
Łypnął ze złością na biurkoasystentkę, typowy przykład bezosobowych
ideałów Mogshacka, i nagle zauważył, że choć czerwone światło nadal się
świeci, przestało migać. Zaklął bezgłośnie, uświadamiając sobie, że
czeka go spotkanie z jedyną osobą, której stan psychiczny dręczył go
bardziej niż jego własny.
siedem
siedem
(MIEJSCE ZAREZERWOWANE DLA REKLAM)
Lyla kopnęła drzwi piętą, zamykając je za sobą, odrzuciła czarcz na bok
i skrzywiła się, spoglądając na gruby plik kopert.
- Jak zwykle prawie same Satche. Nie znoszę masowo wysyłanych reklam!
Zapychają komsieć, tak samo jak śmieci zatykają spływ. Daję słowo, że
dziewięćdziesiąt procent trafia do śmieci bez czytania... O, to to nie
jest Satch. Pismo od firmy Lejrs end Penejts. Na pewno przypomnienie o tym starym ustrojstwie.
Skinęła głową na Lara.
- LaREZ an PenaTEZ - poprawił ją Dan. - Nazwy firm musisz wymawiać
poprawnie. To chyba po francusku - dodał niepewnie po chwili wahania,
wyciągając rękę po list.
Lyla przerzuciła resztę kopert.
- Te same stare nazwy - mruknęła. - Czy nie potrafią pojąć aluzji?
Wykonała ruch naśladujący darcie kopert. To jednak nie było możliwe.
Były specjalnie wzmocnione i można je było otworzyć tylko wzdłuż linii
uwalniającej chemikalia, które uruchamiały wbudowane w nie głośniki.
Kampanie reklamowe firmy Satch były zbyt kosztowne, by można było
pozwolić analfabetom umknąć przed nimi.
- Wetknij je w stos używanych książek - zasugerował Dan. - Działanie
reagentów czasami utrzymuje się dłużej i mogą sobie poradzić z dodatkowym papierem.
- Dobry pomysł - zgodziła się Lyla i wetknęła nieotworzone koperty w lepki stos leżący na mosiężnej tacce. Wyglądały jak grzanki sterczące z tostera. Ku radości kobiety dwie albo trzy natychmiast zaczęły się
rozkładać.
Tymczasem Dan oderwał pasek zamykający list od firmy Lares & Penates
i oboje usłyszeli znajomy, piskliwy głos:
- W naszej epoce indywidualizmu nie możecie się obejść bez kultu
zaprojektowanego specjalnie dla was. Skontaktujcie się z Lares &
Penates, by otrzymać najlepsze po...
Dan potrzebował aż tyle czasu, by zlokalizować energetyczną kapsułkę
napędzającą głośnik i rozgnieść ją między kciukiem a palcem wskazującym.
A wtedy natychmiast wypuścił kopertę i pisnął głośno, potrząsając
dłonią.
- Oparzyła mnie! To jakiś nowy typ! Na pewno już się zorientowali, że
ludzie miażdżą kapsułki.
- Mocno się oparzyłeś? Masz ślad? - zapytała wypełniona nagłym
współczuciem Lyla.
Dan przyjrzał się palcowi wskazującemu, polizał go i wzruszył ramionami.
- Nic wielkiego. Kilka woltów przebiło się przez papier. Ale od tej
chwili będę otwierał ich koperty zbiegami i miażdżył kapsułki obcasem.
Przyjrzał się listowi, który wyjął z koperty.
- Tak jak myślałaś. To tylko przypomnienie, że musimy zapłacić za Lara
albo go zwrócić.
- I co zrobimy?
- Lepiej zdecydujmy później, tak? W końcu zawdzięczamy im tę umowę w Szpitalu Ginsberga. No wiesz, to dla nas krok naprzód. Pytałem ludzi i najwyraźniej to pierwszy przypadek, gdy wynajęli pytonessę. To może być
dla nas bardzo ważne. W gruncie rzeczy...
Ktoś załomotał głośno do drzwi. Lyla odwróciła się błyskawicznie.
Uświadamiając sobie, że znowu zapomniała opuścić stukilogramowy ciężar,
rzuciła się po czarcz. Był bardzo dobry. Kosztował piekielnie drogo, ale
- jak słusznie zauważył Dan - zapewniał ochronę przed pociskami o wadze
do stu dwudziestu gramów, impulsami laserowymi o mocy do dwustu
pięćdziesięciu watów i w praktyce wszystkimi kwasami.
- Kto to, do licha? - mruknął Dan i podszedł bliżej, by umieścić ciężar
na miejscu. - Kto tam? - zapytał następnie.
- Dzień dobry! - dobiegł głos zza drzwi. - Czy raczej dobry wieczór! Mam
na imię Bill i jestem waszym nowym sąsiadem w pieleszach dziesięć wu.
Przepraszam, że zawracam wam głowę, ale jak rozumiem, nie macie w tym
bloku grupy ObrOb! Oczywiście w dzisiejszych czasach - tonacja jego
głosu obniżyła się złowieszczo o pół oktawy - i w takiej dzielnicy nigdy
nie wiadomo, kiedy nieblankowie mogą zaatakować. Dlatego postanowiłem
wykazać się duchem obywatelskim i tak dalej. Chcę sprawdzić, czy uda mi
się wzbudzić zainteresowanie zorganizowaniem takiej grupy.
- Znowu Gottschalk? - zapytała szeptem Lyla.
Dan skinął głową.
- Stawiam na to pięćdziesiątkę. I to jeszcze zielony. Mogę się nawet
założyć, co teraz powie.
- No wiecie, mam kontakty, dzięki którym mogę zdobyć niezbędny sprzęt po
bardzo korzystnych cenach - podjął głos zza drzwi. - Pistolety z gwarancją producenta tylko za sześćdziesiąt trzy, gaz najrozmaitszych
rodzajów nawet po trzy pięćdziesiąt za litr...
- Dobry Boże - poskarżyła się Lyla, opuszczając czarcz.
- Chce pan wejść? - zawołał Dan, mrugając do niej znacząco.
- Oczywiście. Jeśli chcecie porozmawiać o moich propozycjach...
W głosie pojawiła się nagle nuta optymizmu.
- Nie ma sprawy! Zapraszam! Na pana drodze nie stoi nic poza
stukilogramowym ciężarem zawieszonym w wejściu.
Na chwilę zapadła cisza.
- Hm... - zaczął wreszcie Gottschalk z wyraźnie już wymuszoną radością. -
Jeśli jest pan teraz zajęty, mogę zostawić dla pana trochę materiałów w skrytce komsieci. Do zobaczenia, przyjaciele.
- Powiedz mu, że pielesze zajęli nieblankowie - zasugerowała cicho
kobieta. Dan potrząsnął głową.
- To nic nie da. Ten akurat chyba jest idiotą, ale wielosylabowcy
Gottschalków są stanowczo za sprytni, by wysłać świeżego rekruta do
akcji, nie zbadawszy przedtem terenu. - Zerknął na zegarek. - Hej, pora
ruszać. Nie przypominam sobie, żebyś jadła wczoraj kolację. Kupię ci po
drodze jakieś śniadanie. Z pewnością bym nie chciał, żebyś zemdlała
podczas występu.