Zygzakowata orbita - John Brunner

Kup ebooka

36.50 zł
30.56 zł (30,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

dzie­więć

dzie­więć

PACJENT WPRO­WA­DZIŁ BAR­DZO ZNA­CZĄCE ZMIANY

Reedeth usły­szał dzwo­nek i otwo­rzył drzwi gabi­netu. Za nimi rze­czy­wi­ście stał Harry Madi­son w jaskra­wo­zie­lo­nym kom­bi­ne­zo­nie pacjenta. Ta barwa sym­bo­li­zo­wała mini­malne zabu­rze­nia i z reguły zapo­wia­dała szybki wypis. Jed­nakże Reedeth cią­gle go spo­ty­kał w szpi­talu, mimo że Madi­son już dawno "prze­szedł w zie­lone", jak powia­dano. Rzecz jasna, nie był to pierw­szy fakt, który przy­cią­gnął uwagę dok­tora, ale to wła­śnie on dopro­wa­dził do nie­po­ko­ją­cego odkry­cia, że Madi­sona uwię­ziła tu plą­ta­nina krucz­ków praw­nych.

Umiesz­czono go w szpi­talu na pole­ce­nie armii. Był pobo­ro­wym i wal­czył w lokal­nej woj­nie na Nowej Gwi­nei, w cza­sach gdy kwe­stia powo­ła­nych do woj­ska nie­blan­ków stała się poli­tycz­nie wraż­liwa. Z powo­dów poli­tycz­nych skie­ro­wano go do cywil­nego szpi­tala, zamiast do woj­sko­wego. Rzecz jasna, ozna­czało to, że armia jest jego opie­ku­nem praw­nym, jako że naj­wy­raź­niej nie miał żad­nych żyją­cych krew­nych. Gdy jed­nak dano mu nowy, zie­lony kom­bi­ne­zon, armia nie chciała już o nim wię­cej sły­szeć. Prze­stała przyj­mo­wać nie­blan­ków nawet jako ochot­ni­ków i zde­cy­do­wa­nie nie poczu­wała się do odpo­wie­dzial­no­ści za byłego pobo­ro­wego, któ­rego zwol­niono z powo­dów medycz­nych, co usu­wało go z listy rezer­wi­stów. Auto­ma­tycz­nie stał się pod­opiecz­nym stanu Nowy Jork, a ponie­waż jego pro­fil oso­bo­wo­ści zga­dzał się z kom­pu­te­ro­wym ide­ałem, jaki dla niego prze­wi­dziano, powinno się go wypu­ścić, by radził sobie samo­dziel­nie, nakła­da­jąc tylko pewne ogra­ni­cze­nie w kwe­stiach takich jak rating kre­dy­towy, wstą­pie­nie w zwią­zek mał­żeń­ski czy prze­nie­sie­nie się do innego stanu.

Choć jego pro­file oso­bo­wo­ści były sta­bilne, upar­cie odbie­gały jed­nak od usta­lo­nego z góry opti­mum dla męż­czy­zny z jego rasy, o jego wykształ­ce­niu i obda­rzo­nego ana­lo­gicz­nymi zdol­no­ściami. Co wię­cej, Biuro Spraw Sta­no­wych i Fede­ral­nych sta­now­czo zarzą­dziło, że żad­nego nie­blanka nie wolno zwol­nić ze szpi­tala psy­chia­trycz­nego, jeśli w jego spra­wie utrzy­muje się choć naj­mniej­szy cień wąt­pli­wo­ści. Wia­do­mo­ści o podob­nym wyda­rze­niu, roz­dmu­chane przez jakie­goś zręcz­nego pro­pa­gan­dzi­stę, takiego jak Pedro Dia­blo, z łatwo­ścią mogłyby się stać uza­sad­nio­nym casus insur­rec­tio­nis i ścią­gnąć gniew czar­nych na głowy ich wszyst­kich.

Nie­mniej Reedeth uwa­żał, że to pie­kiel­nie nie­spra­wie­dliwe, iż Madi­son musi całe życie sie­dzieć w wariat­ko­wie z powodu cze­goś, co było zwy­kłą eks­cen­trycz­no­ścią...

Uświa­do­mił sobie, że pacjent wspo­mniał o zapę­tlo­nej biur­ko­asy­stentce i popro­sił o pozwo­le­nie na jej naprawę. Reedeth ski­nął z opóź­nie­niem głową i Madi­son wpro­wa­dził do środka opa­słego napra­wo­bota poru­sza­ją­cego się na ośmiu mięk­kich kołach, po czym zręcz­nie pod­łą­czył jego ter­mi­nale do uszko­dzo­nego urzą­dze­nia.

Obser­wu­jąc go, Reedeth zadał sobie pyta­nie, co by powie­dzieli dyrek­to­rzy IBM, gdyby się dowie­dzieli, że ich drogą, skom­pli­ko­waną maszynę w Szpi­talu Gins­berga napra­wia jeden z pacjen­tów.

Przez chwilę pozwa­lał, by czas upły­wał w mil­cze­niu. Nie miał ochoty na swo­bodne poga­wędki. W końcu jed­nak zmu­sił się do otwo­rze­nia ust. Madi­son był jedy­nym nie­blan­kiem w szpi­talu i z pew­no­ścią nie czuł się z tym zbyt dobrze. Zasłu­gi­wał na to, by od czasu do czasu z nim poroz­ma­wiać.

- Aha... Harry! - Reedeth wybrał jedyny temat, jaki przy­szedł mu do głowy. - Czy wiesz, dla­czego ta cho­lerna maszyna nagle prze­stała dzia­łać?

- Pew­nie dał jej pan coś, z czym nie potra­fiła sobie pora­dzić - odparł Madi­son, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od pracy.

Reedeth prych­nął lek­ce­wa­żąco.

- Opi­sy­wa­łem jej dok­tor Spo­el­strę. Na pewno wtrą­cił się jakiś cho­lerny obwód cen­zor­ski. To śmieszne! - Usły­szał nara­sta­jącą w swym gło­sie pasję, ale nie potra­fił się powstrzy­mać. - Kto tu rzą­dzi, ja czy jakiś aro­gancki kom­pu­ter, w któ­rym kon­struk­tor umie­ścił mnó­stwo swo­ich prze­są­dów? Nie wspo­mi­na­łem o żad­nych szcze­gó­łach, któ­rych nie można by zauwa­żyć, po pro­stu patrząc na dok­tor Spo­el­strę!

Powstrzy­mał się nagle i uśmiech­nął z zaże­no­wa­niem. Potem zwró­cił się ku oknu. Czy Madi­son roz­ma­wiał o swym tera­peu­cie z innymi pacjen­tami? To było mało praw­do­po­dobne, ponie­waż Mog­shack upie­rał się przy ści­słej segre­ga­cji - nie tylko raso­wej, reli­gij­nej, płcio­wej i z innych uzna­nych spo­łecz­nie powo­dów. Szpi­tal podzie­lono na różne czę­ści rów­nież pod wzglę­dem kate­go­rii zabu­rzeń psy­chicz­nych.

Jeśli nawet o nim roz­ma­wiał, to co z tego? Po pro­stu dzie­liłby się z innymi powszech­nie zna­nymi doświad­cze­niami. Nawet gdyby ozna­czało to pogwał­ce­nie pry­wat­no­ści - a Reedeth byłby skłonny pole­mi­zo­wać z tą opi­nią po trzech albo czte­rech kolej­kach - pacjenci z koniecz­no­ści trak­to­wali człon­ków per­so­nelu przed­mio­towo. Byli oni dla nich tylko ele­men­tem oto­cze­nia, jak meble czy lampy.

Minęła minuta, może dwie. Reedeth wyglą­dał z nie­za­do­wo­le­niem przez okno, a Madi­son nad­zo­ro­wał poczy­na­nia napra­wo­bota. Wresz­cie roz­le­gło się dys­kretne kaszl­nię­cie. Lekarz odwró­cił się i zoba­czył, że nie­blank stoi w drzwiach, cze­ka­jąc na pozwo­le­nie wyj­ścia na kory­tarz. Auto­ma­tyczne sys­temy pozwa­lały per­so­ne­lowi opusz­czać pomiesz­cze­nia bez cze­ka­nia na zgodę użyt­kow­nika, któ­remu je przy­dzie­lono - to zawsze iry­to­wało Reede­tha, bo Ariadne Spo­el­stra zwy­kła w ten spo­sób prze­ry­wać ich sta­now­czo zbyt czę­ste sprzeczki - ale pacjenta trzeba było wypu­ścić. To unie­moż­li­wiało ucieczkę z sesji tera­peu­tycz­nej.

Reedeth wydał z wes­tchnie­niem konieczne pole­ce­nie, drzwi odsu­nęły się na bok i czło­wiek oraz maszyna opu­ścili pokój.

- A niech to, nie skoń­czy­łem opi­sy­wać ci dok­tor Spo­el­stry, gdy rap­tem się wyłą­czy­łaś - rzekł nagle, ule­ga­jąc impul­sowi, który mógł go wcią­gnąć w kon­flikt nie tylko z Ariadne, lecz rów­nież z samym Mog­shac­kiem. - Wysłu­chaj mnie spo­koj­nie, dobra?

Nie dając urzą­dze­niu czasu na odpo­wiedź, zaczął wymie­niać inne ana­to­miczne atry­buty kole­żanki, któ­rych okrut­nie pra­gnął, lecz bar­dzo rzadko miał oka­zję nacie­szyć się nimi w nale­żyty spo­sób. Wresz­cie zabra­kło mu tchu pośrodku potopu wul­gar­nej, anglo­sa­skiej ter­mi­no­lo­gii. W głębi jego umy­słu zro­dziła się nie­ja­sna myśl, że mógłby spo­wo­do­wać, by czer­wone świa­tło znowu się zapa­liło, i uzbro­jony w ten nie­pod­wa­żalny dowód zło­żyć Mog­shac­kowi for­malne zaża­le­nie na to, że auto­maty nie są w sta­nie pora­dzić sobie ze zwy­czaj­nym języ­kiem uży­wa­nym pod­czas abre­ak­tyw­nej sesji psy­cho­te­ra­peu­tycz­nej.

Ale lampa się nie zapa­liła.

- Pro­szę bar­dzo, dok­to­rze - ode­zwała się biur­ko­asy­stentka swym nor­mal­nym gło­sem. - Zapi­sa­łam te dane. Czy mają być one dostępne dla całego per­so­nelu, czy są prze­zna­czone tylko do pań­skiego użytku?

- Tylko do mojego użytku!

Jezu, gdyby Mog­shack nagle wpadł na pomysł spraw­dze­nia infor­ma­cji o Ariadne i natra­fił na ten mono­log, opa­trzony wzmianką "według dok­tora Reede­tha"!

Jak to jed­nak moż­liwe, że maszyna zaak­cep­to­wała bez­wstydne wul­ga­ry­zmy, mimo że dopiero co odmó­wiła posłu­szeń­stwa, usły­szaw­szy słowa, które wła­ści­wie były tylko zwy­kłymi kom­ple­men­tami? Poczuł, że po czole, szyi i wewnętrz­nej powierzchni dłoni spły­wają mu strużki potu. To nie mogła być sprawka napra­wo­bota. Zapro­gra­mo­wano go, by przy­wra­cał auto­ry­zo­wany sta­tus quo. Zatem to musiał być...

Nagle pod­eks­cy­to­wany, usiadł pośpiesz­nie za biur­ko­asy­stentką, by spraw­dzić, czy to było jedyne ulep­sze­nie, jakie wpro­wa­dził Madi­son.

Nie było.

***

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej, pocią­ga­jąc się za brodę w powta­rza­ją­cym się geście bez­sil­nego gniewu, pogo­dził się z myślą, że podej­rze­nia prze­śla­du­jące go od kilku mie­sięcy oka­zały się prawdą.

To potworna nie­spra­wie­dli­wość, że na­dal trzy­mają tu Harry'ego Madi­sona. Nie jest chory umy­słowo. Być może ni­gdy nie był. Po pro­stu jest nor­malny na spo­sób, któ­rego nie rozu­miemy.

dzie­sięć

dzie­sięć

NAJ­LEP­SZY JEST KOT CZARNY, CHOĆBY NAWET BYŁ BURY

Cze­ka­jąc na pozwo­le­nie prze­kro­cze­nia gra­nicy, Fre­drick Camp­bell uno­sił przed sobą teczkę - sym­bol ofi­cjal­nego sta­tusu - jakby była jakąś śmieszną, kar­to­nową tar­czą. Dło­nie, w któ­rych ją trzy­mał, zro­biły się śli­skie od potu. Loty nad mia­stem nie były tu ele­men­tem kon­traktu mię­dzy wła­dzami fede­ral­nymi, dla­tego musiał posa­dzić śmi­gacz sto metrów dalej, na kru­szą­cym się beto­nie sta­rej auto­strady, i dojść na pie­chotę do miej­sca, w któ­rym stał teraz - pośród nakry­tych pokry­wami beto­no­wych kadzi przy­wo­dzą­cych na myśl las grzy­bów. Ze szcze­lin wokół ich obwodu podejrz­li­wie przy­glą­dały mu się ciemne oczy. Wie­dział, że kry­jący się wewnątrz ludzie są gotowi spu­ścić na niego lawinę znisz­cze­nia, gdy tylko wykona jakiś nie­prze­wi­dziany ruch.

Wpa­try­wał się na wprost przed sie­bie, ale zdo­łał prze­su­nąć nieco wzrok, by upew­nić się, że od czasu jego poprzed­niej wizyty był tu któ­ryś z Got­t­schal­ków. To musiał być ważny wie­lo­sy­la­bo­wiec, może ktoś z naj­wyż­szego kręgu, jak Bapuji albo nawet Olay­inka. Żad­nemu jed­no­sy­la­bow­cowi nie przy­dzie­lono by zada­nia prze­ka­za­nia sprzętu, jaki zauwa­żyło wprawne oko Camp­bella. Jed­nakże kom­pu­to­wa­nie broni nie nale­żało do jego ofi­cjal­nych zadań. Biur­spra­sta­fed sta­rał się pod­trzy­my­wać tra­dy­cyjną fik­cję, mówiącą, że uzbro­je­nie nie ma żad­nego zna­cze­nia w nego­cja­cjach z muni­cy­pal­nymi współ­wy­ko­naw­cami. Rzecz jasna, za kilka dni zjawi się tu - niby przy­pad­kiem - ktoś z BUBW i poru­szy tę kwe­stię pod­czas pro­wa­dzo­nej od nie­chce­nia roz­mowy. Biuro nie będzie jed­nak liczyło na żadne szcze­gó­łowe infor­ma­cje.

Bar­dzo się z tego cie­szył. Czuł się tu okrop­nie nagi. A nawet obdarty ze skóry. Nie wąt­pił, że taką wła­śnie reak­cję pra­gnął wywo­łać bur­mistrz Black. Całą trans­ak­cję można by znacz­nie łatwiej i szyb­ciej zała­twić przez kom­sieć, ale wtedy bur­mistrz nie miałby oka­zji się popi­sy­wać.

Samotny, pocący się w okrut­nym bla­sku słońca Camp­bell zdał sobie sprawę, że jego spoj­rze­nie cią­gle kie­ruje się na znaki umiesz­czone przy punk­cie gra­nicz­nym. Napi­sano na nich: black­bury, daw­niej BROWN­BURY.

Na jed­nym z nich wid­niało też (to nie była część ory­gi­nal­nego tek­stu, lecz doda­tek naba­zgrany wyso­ko­po­ły­skową farbą): "Bia­ła­sie, nie wysta­wiaj głowy na słońce, bo będziesz łatwym celem".

trzy­na­ście

trzy­na­ście

REGU­LARNE USŁUGI ZAPEWNE NIE ZOSTANĄ PRZY­WRÓ­CONE

Twarz Priora powró­ciła na ekran. Męż­czy­zna krzy­wił się ze zło­ścią.

- Mam tego dość! - wście­kał się. - Czy mamy za mało kło­po­tów? Potrzeba nam jesz­cze, żeby kom­sieć w Etch­mark wcho­dziła na jakąś sza­loną orbitę?

- Jeśli nie chcesz, by prze­ry­wano ci roz­mowę, rusz tyłek i przyjdź tutaj, kocha­niutki - odparł Fla­men ze znu­że­niem w gło­sie. - Do licha, jesteś po dru­giej stro­nie tej ściany!

Przy­szło mu na myśl, że to zapro­sze­nie nie zosta­nie ode­brane zbyt przy­chyl­nie. Prior był zupeł­nie innym rodza­jem czło­wieka niż on. Miał silne neo­pu­ry­tań­skie skłon­no­ści i był zde­ter­mi­no­wany utrzy­mać szpu­lo­ka­bli na ante­nie nie z powodu nie­chęci do abs­trak­cyj­nie poję­tej hipo­kry­zji - Fla­men lubił sobie wyobra­żać, że to wła­śnie jest jego moty­wem - lecz raczej dla­tego, że pra­gnął udo­sko­na­lić maskę dobrego zacho­wa­nia, nie­prze­pusz­czalną trumnę, w któ­rej kryje się zgni­li­zna. Dla­tego trzy­mał się na dystans od ludzi, kon­tak­tu­jąc się z nimi wyłącz­nie przez ekran kom­sieci. Uwa­żał bez­po­śred­nie spo­tka­nia za mar­no­traw­stwo zaso­bów, które zawdzię­czał finan­so­wemu suk­ce­sowi. To czy­niło go zna­ko­mi­tym bufo­rem w nego­cja­cjach mię­dzy firmą Mat­thew Fla­men Inc. a dyrek­cją Holo­co­smic. Cza­sami jed­nak prze­sa­dzał i popa­dał w śmiesz­ność. Na przy­kład teraz.

- Mat­thew, nie możesz ocze­ki­wać od ludzi, że... - zaczął nabur­mu­szony Prior zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Fla­mena.

Cier­pli­wość tego dru­giego wyczer­pała się nagle.

- Wręcz prze­ciw­nie, mogę ocze­ki­wać, że zro­bisz coś, by popra­wić sytu­ację! Ile było przerw w dzi­siej­szym prze­ka­zie? Pięć, zga­dza się?

- Hm... - Prior prze­łknął ślinę. - Tak, oba­wiam się, że pięć. A naj­dłuż­sza trwała pra­wie pięć­dzie­siąt sekund.

- I dziwi cię, że w takiej sytu­acji kom­sieć nie działa pra­wi­dłowo? Daj spo­kój, Lio­nelu, nie możesz być aż tak naiwny! Hm... jeśli się nad tym zasta­no­wić, pew­nie możesz. W końcu poni­żasz się, bijąc pokłony kupie pla­stiku, którą zwiesz Larem!

- Mat­thew, prawo do wyboru reli­gii jest...

- Kiedy ostat­nio zaglą­da­łeś do kom­pu­te­rów? Mamy ponad sie­dem­dzie­siąt pro­cent za tym, że Lares & Pena­tes to filia nie­blan­kow­skiej firmy Con­juh Man Inc., prze­zna­czona dla ludzi, któ­rzy ukoń­czyli col­lege. Naj­wy­raź­niej zyski z czar­nych enklaw już im nie wystar­czają, posta­no­wili więc roz­sze­rzyć dzia­łal­ność i wydoić tro­chę łatwo­wier­nych blan­ków. Jeśli jesteś typo­wym przy­kła­dem, odniosą suk­ces godny Got­t­schal­ków!

Prior wyba­łu­szył oczy. Nie zno­sił, gdy widziano, jak oka­zuje emo­cje, nawet jeśli cho­dziło o czło­wieka, z któ­rym współ­pra­co­wał od lat. Fla­men okrut­nie sobie z tym pogry­wał. Pozwo­lił, by cisza się prze­cią­gała, aż wresz­cie, w ostat­nim moż­li­wym momen­cie, poru­szył naprawdę ważną sprawę.

- Po co wła­ści­wie zawra­casz mi głowę? Masz jakiś rewe­la­cyjny pomysł na jutrzej­szy pro­gram? Taki, który z powro­tem przy­cią­gnie miliony widzów?

- Zwa­żyw­szy wszystko razem, oglą­dal­ność wygląda nie­źle - wymam­ro­tał Prior, odzy­sku­jąc z wysił­kiem rów­no­wagę po szoku spo­wo­do­wa­nym przez słowa Fla­mena. - A to pew­nie jest naj­waż­niej­sze.

- Jeśli wskaź­niki się trzy­mają, to czemu tak cię dener­wują te prze­rwy? Kocha­niutki, wiesz rów­nie dobrze jak ja, że gdyby ktoś fizycz­nie spraw­dził wszyst­kie apa­raty teo­re­tycz­nie nasta­wione na nasz pro­gram, prze­ko­nałby się, że w poło­wie z nich kolory i kanały prze­sta­wiono na auto­ma­tyczną regu­la­cję. Kto w dzi­siej­szych cza­sach ogląda w połu­dnie trój­wy­mia­rową tele­wi­zję? Tylko ci, któ­rzy orbi­tują. Do licha, prze­rwy pew­nie się im podo­bają!

Wyraź­nie zanie­po­ko­jony Prior udzie­lił mu odru­cho­wej odpo­wie­dzi:

- Mat­thew, jesteś zbyt skromny. Jesteś jed­nym z garstki ludzi, któ­rzy na­dal potra­fią przy­cią­gnąć widzów do pro­gramu pole­ga­ją­cego wyłącz­nie na gada­niu. Nie powi­nie­neś lek­ce­wa­żyć swego talentu.

- Nie muszę. Inni robią to za mnie. - Fla­men wypił resztę trunku jed­nym hau­stem. Gdy jego żołą­dek wypeł­niło cie­pło, poczuł się odro­binę lepiej. - Bądź tak uprzejmy, kocha­niutki, i zasta­nów się chwilę, dobra? Czy te tajem­ni­cze zakłó­ce­nia choć raz zda­rzyły się pod­czas reklam? Nie zda­rzyły się. A wtedy, gdy mam jakąś świetną rela­cję o obrzy­dli­wym skan­dalu? Jasne. Tylko kiedy jestem na ekra­nie, a ni­gdy w innych chwi­lach. Mam rację, kocha­niutki?

Sądząc po jego minie, Prior z chę­cią zakwe­stio­no­wałby praw­dzi­wość słów Fla­mena, ale fakty były nie­pod­wa­żalne. Ski­nął ze smut­kiem głową.

Szpu­lo­ka­bel usta­wił szkla­neczkę pod kra­nem dozow­nika i naci­snął guzik.

- Co, twoim zda­niem, powi­nie­nem zro­bić? - zapy­tał. - Prze­pu­ścić to przez kom­pu­ter? Po co, kocha­niutki? Przy­po­mnij sobie, jak to wyglą­dało poprzed­nim razem. Prze­su­nęli nas z naj­lep­szego czasu, ale w zamian zaofe­ro­wali łapówkę. Pięt­na­ście minut dzien­nie zamiast dzie­się­ciu. Ale potem zabrali nam część tego czasu na dodat­kowe reklamy. No dobra, ich argu­menty brzmiały prze­ko­nu­jąco. "Pro­gram ma mnó­stwo widzów i coraz wię­cej spon­so­rów pra­gnie do nich dotrzeć". Ale prawda wygląda tak, że zamiast pięt­na­stu minut mamy teraz dwa­na­ście i pół, a wkrótce będzie jesz­cze mniej. A liczba tema­tów, które odrzu­camy na pole­ce­nie sieci, cią­gle rośnie. Nie sądzisz, że oka­zują tro­chę zbyt wielką wraż­li­wość, jak na ludzi pra­gną­cych utrzy­mać oglą­dal­ność?

Prze­rwał na chwilę, ale Prior nie ode­zwał się ani sło­wem.

- Moim zda­niem sytu­acja wygląda tak - pod­jął Fla­men. - Nie mogą sobie pozwo­lić na to, żeby mnie po pro­stu wywa­lić. Za zła­ma­nie kon­traktu musie­liby mi dać pal­la­dowy uścisk dłoni. Mają nadzieję, że wresz­cie się wścieknę i zacznę się awan­tu­ro­wać. Wtedy zała­twią mnie za obrazę dyrek­tora pro­gra­mo­wego i Pla­ne­tarna Komi­sja Komu­ni­ka­cji nie będzie mogła ich tknąć. Dla­tego suge­ruję, żebyś trzy­mał się ze wszyst­kich sił, tak samo jak ja. Sto tysięcy list­ków her­baty mie­sięcz­nie to nie jest suma, którą można otrzy­mać, puka­jąc do pierw­szych drzwi z brzegu.

W poło­wie ostat­niego zda­nia Prior prze­stał go słu­chać. Fla­men wywnio­sko­wał z jego miny, że ekran po dru­giej stro­nie prze­łą­czył się na inny obraz albo wypeł­niły go zakłó­ce­nia. Wycią­gnął rękę, by prze­rwać połą­cze­nie, ale w ostat­niej chwili zmie­nił zda­nie. Śmiesz­nie to wyglą­dało, gdy zawsze spo­kojny Prior poru­szał ustami, wypo­wia­da­jąc prze­kleń­stwa, któ­rych Fla­men nie sły­szał, bo obraz prze­cho­dził tylko w jedną stronę, a dźwięk jedy­nie w drugą.

Weso­łość szybko go jed­nak opu­ściła. Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy, gdy wró­cił do roz­wa­żań o praw­dzie, któ­rej Prior upar­cie nie chciał sta­wić czoła z jakie­goś powierz­chow­nego powodu, być może dla­tego, że wie­rzył, iż dyrek­to­rzy sieci Holo­co­smic są zacnymi ludźmi, jak Bru­tus.

- Można nosić na ustach uśmiech i być łotrem1 - wyszep­tał. Na chwilę ucie­szyła go traf­ność tego cytatu, lecz wkrótce prze­ra­ziła wizja uśmiech­nię­tego czło­wieka z nożem w ręce. Cóż innego mogłoby wytłu­ma­czyć zakłó­ce­nia poja­wia­jące się codzien­nie pod­czas jego pro­gramu i w żad­nym innym nada­wa­nym przez Holo­co­smic? To musiał być sabo­taż.

Co gor­sza, plan na pewno zro­dził się w dyrek­cji. Gdyby doszło do infil­tra­cji, Holo­co­smic nie cof­nę­łoby się przed niczym, żeby ją wyeli­mi­no­wać. Zale­żało im na bez­pie­czeń­stwie wewnętrz­nym, jak każ­dej fir­mie na świe­cie. Jed­nakże inży­nie­ro­wie raz po raz zasy­py­wali Fla­mena zapew­nie­niami, że nie potra­fią odna­leźć źró­dła trud­no­ści.

Logiczny wnio­sek brzmiał tak, że chcieli zli­kwi­do­wać jego pro­gram i zastą­pić go kolej­nym blo­kiem zło­żo­nym z samych reklam. To było sprzeczne z zale­ce­niami PKK, które nie pozwa­lały, by nie­prze­rwane ciągi reklam zaj­mo­wały wię­cej niż dwa­na­ście godzin na dobę. Po usu­nię­ciu ostat­niego szpu­lo­ka­bla Holo­co­smic prze­kro­czy­łoby ten limit, ale PKK już od lat nikt nie trak­to­wał poważ­nie. Była tylko sta­rym psem stró­żu­ją­cym, który stra­cił wszyst­kie zęby.

To nie była jed­nak pierw­sza próba pozby­cia się go. Po zała­ma­niu ner­wo­wym Celii pró­bo­wali to zro­bić bez­po­śred­nio. Prze­ku­pili psy­chia­trę, który zeznał, że zaczęła brać psyszki, bo mąż regu­lar­nie lek­ce­wa­żył jej potrzeby i pre­fe­ren­cje, co rów­nało się sady­stycz­nemu okru­cień­stwu. Komuś zdol­nemu do takiego postę­po­wa­nia nie powinno się pozwa­lać na wystę­po­wa­nie przed liczną publicz­no­ścią. (Koń by się uśmiał. Gdyby pogrze­bać w życio­ry­sach dyrek­cji Holo­co­smic, można by zna­leźć mate­riały na nową wer­sję 120 dni Sodomy, i to bez potrzeby popeł­nia­nia pla­giatu. Fla­men już dawno temu obie­cał sobie w myślach, że jeśli naci­ski staną się zbyt silne, odej­dzie z przy­tu­pem, zamie­nia­jąc zaapro­bo­waną przez kom­pu­tery taśmę z nagra­niem ostat­niego pro­gramu na inną, na któ­rej sta­ran­nie wyli­czy wszyst­kie grze­chy dyrek­cji).

Naj­gor­szy hak, jaki na niego mieli, opie­rał się jed­nak na fak­cie, że jego żonę umiesz­czono w publicz­nym Szpi­talu Gins­berga, a nie w jakiejś pry­wat­nej insty­tu­cji. Prior zdo­łał oba­lić ten drugi plan w cudowny spo­sób, mówiąc wstrzą­śnię­tym tonem kocha­ją­cego brata, że nikt w świe­cie współ­cze­snej psy­chia­trii nie cie­szył się sławą więk­szą niż dyrek­tor Szpi­tala Gins­berga, Elias Mog­shack, powszech­nie uwa­żany za lidera w dzie­dzi­nie lecz­nic­twa psy­chia­trycz­nego. Kto spo­śród obec­nych tu laików ośmieli się poda­wać w wąt­pli­wość kwa­li­fi­ka­cje spe­cja­li­sty, któ­remu powie­rzono opiekę nad higieną men­talną miesz­kań­ców całego Nowego Jorku? Pośpiesz­nie zawarto kom­pro­mis. Fla­men zobo­wią­zał się pokryć koszty pobytu żony w zakła­dzie, zamiast porzu­cić ją na łaskę i nie­ła­skę fun­du­szy publicz­nych, co musia­łoby dopro­wa­dzić do kata­strofy.

Zasta­na­wiał się wtedy, dla­czego dyrek­cja ustą­piła tak łatwo. Prze­stał zada­wać sobie to pyta­nie, gdy przy­szedł wygó­ro­wany rachu­nek za pierw­szy mie­siąc, a razem z nim zatwier­dzony przez sta­nowe kom­pu­tery kon­trakt, na który lek­ko­myśl­nie się zgo­dził. Nie musiał pytać kom­pu­tera, by sobie uświa­do­mić, że zna­lazł się w pułapce. Musiał utrzy­my­wać stan­dard życia "odpo­wiedni dla osoby, któ­rej Holo­co­smic przy­znaje prawo nada­wa­nia pię­ciu pro­gra­mów tygo­dniowo". Miał świet­nych księ­go­wych i pła­cił śmiesz­nie niskie podatki, ale nie mógł się wykrę­cić z obli­ga­to­ryj­nych wydat­ków. Już na star­cie poko­nała go potęga kom­pu­te­rów Holo­co­smic. Jego wła­sne były nie­złe, ale do sprzętu, jaki miała sieć, trzeba było wynaj­mo­wać spe­cjalne kom­pu­tery do pisa­nia pro­gra­mów. Żaden czło­wiek nie podo­łałby temu zada­niu.

Wie­dział, że wbito mu nóż w plecy. Co mu pozo­stało? Spró­bo­wać szczę­ścia z inną sie­cią? To byłoby samo­bój­stwo. Nawet pomi­ja­jąc oczy­wi­sty fakt, że tylko jeden szpu­lo­ka­bel zdo­łał utrzy­mać się na powierzchni i nikt z pew­no­ścią nie chciałby przy­jąć do pracy nowego. Wyko­pa­liby go już po paru godzi­nach pod jakimś lip­nym, ale trud­nym do pod­wa­że­nia pre­tek­stem, jak na przy­kład nie­lo­jal­ność wobec pra­co­daw­ców. Co wię­cej, natych­miast utra­ciłby zdol­ność pła­ce­nia za lecze­nie żony, a kara umowna za jej przed­wcze­sne zwol­nie­nie byłaby kolo­salna. Naj­now­szy raport Mog­shacka wyra­żał ostrożny opty­mizm, ale było jasne, że Celia by­naj­mniej nie wró­ciła do zdro­wia. Zostało mu tylko jedno wyj­ście. Utrzy­mać swo­ich widzów. W jakiś spo­sób. Jaki­kol­wiek. To była jego jedyna szansa. Kom­pu­tery musiały przy­znać jemu, Mat­thew Fla­me­nowi, rating wyż­szy niż seg­men­tom zło­żo­nym z samych reklam.

W cza­sach gdy ludzie byli tak zaab­sor­bo­wani wła­snymi spra­wami, że nie zwra­cali uwagi nawet na naj­bar­dziej sma­ko­wite plotki i skan­dale...

To rze­czy­wi­ście jest Wyścig Czer­wo­nej Kró­lo­wej, pomy­ślał. A mnie już bra­kuje tchu.

Cytat z Ham­leta Wil­liama Szek­spira w prze­kła­dzie Józefa Pasz­kow­skiego (przyp. tłum.). [wróć]

trzy

trzy

SZPU­LO­KA­BEL

Jaką postać miał świat tego ranka? Był jesz­cze bar­dziej pła­ski niż poprzed­niego dnia. We wszyst­kich gabi­ne­tach w Etch­mark Under­to­wer pano­wała sprzy­ja­jąca tem­pe­ra­tura - osiem­na­ście stopni - lecz mimo to po czole Mat­thew Fla­mena, ostat­niego szpu­lo­ka­bla, spły­wał pot. Do połu­dnia musiał zebrać dane do swego pięt­na­sto­mi­nu­to­wego pro­gramu, opra­co­wać go, nagrać na taśmę, uzy­skać zatwier­dze­nie, wnieść poprawki i umie­ścić w nadaj­niku. Zostało mu nie­wiele czasu, a nie miał jesz­cze nic poza dwiema minu­tami i czter­dzie­stoma sekun­dami reklam. Kolejne pozy­cje listy, którą zosta­wił na noc celem prze­kom­pu­to­wa­nia, odrzu­cono jako nie­przy­datne, a do końca jego kon­traktu zostało dzie­więć mie­sięcy.

To był punkt szczy­towy drę­czą­cego go od dawna kosz­maru. Pla­neta zamy­kała się jak znu­żony małż, a on, pada­jąca z głodu roz­gwiazda, nie miał siły otwo­rzyć jej na nowo. Otwo­rzyć? Na nowo?

Roz­chy­lił powieki z despe­rac­kim wysił­kiem i za pan­cerną szybą sufitu z pół­prze­zro­czy­stego szkła ujrzał błę­kitne niebo. Był sam w pokoju. Sam w całym domu. Bar­dzo się z tego ucie­szył. Serce tłu­kło mu o żebra jak sza­le­niec doma­ga­jący się wypusz­cze­nia z zakładu dla obłą­ka­nych. Dyszał tak gwał­tow­nie, że nie byłby w sta­nie wydo­być z sie­bie sen­sow­nego zda­nia, nawet pro­stego "dzień dobry". Choć roz­są­dek mówił mu, że nikt nie jest odpo­wie­dzialny za treść swo­ich snów, prze­peł­niał go nie­opi­sany, palący wstyd.

Kawa­łe­czek po kawa­łeczku zebrał w całość roz­pro­szone frag­menty swej jaźni, aż wresz­cie odzy­skał pano­wa­nie nad koń­czy­nami i zdo­łał wstać. Z jego pod­świa­do­mo­ści wyło­niły się słowa Xaviera Con­roya. Dawno temu przy­cią­gnęły one na moment jego uwagę i zapa­mię­tał je jako cytat, który mógłby kie­dyś wyko­rzy­stać, ponie­waż bar­dzo ści­śle wią­zał się z jego pracą: "Kul­tura zachod­nia zmie­nia się obec­nie z kul­tury winy, opar­tej na sumie­niu, w kul­turę wstydu, w któ­rej pod­stawą jest cho­ro­bliwy strach przed przy­ła­pa­niem".

Te słowa jątrzyły się w jego mózgu jak znak wypa­lony na ciele za pomocą pie­częci o tem­pe­ra­tu­rze zbyt niskiej, by wyste­ry­li­zo­wać i skau­te­ry­zo­wać ranę.

Rozej­rzał się wkoło zaspa­nym wzro­kiem i poczuł, że luk­sus, wygoda oraz bez­pie­czeń­stwo domu budzą w nim odrazę. Powlókł się do łazienki, wziął sobie pigułkę uspo­ka­ja­jącą z dozow­nika i połknął ją. Odda­jąc mocz, zauwa­żył jej dzia­ła­nie. Świat wydał mu się nieco mniej nie­bez­pieczny. Zdo­łał prze­ko­nać samego sie­bie, że jak dotąd udaje mu się jakoś to cią­gnąć. Na­dal wyko­ny­wał swoją pracę i był w sta­nie odkry­wać nie­zli­czone tajem­nice, które miały pozo­stać nie­znane...

Mimo to, nim mógł choćby pomy­śleć o wzię­ciu prysz­nica, zje­dze­niu śnia­da­nia czy innych nie­od­łącz­nych ele­men­tach cywi­li­zo­wa­nego życia, odpę­dził duchy kosz­maru, uru­cha­mia­jąc łącze kom­sieci, i otwo­rzył bez­po­średni kanał do kom­pu­te­rów w swoim gabi­ne­cie. Usiadł na wil­got­nym krze­śle obro­to­wym, obser­wo­wany przez zapę­tlony fil­mik z Celią, odtwa­rza­jący się raz po raz w hono­ro­wej wnęce, i zabrał się do odrą­by­wa­nia kolej­nych głów hydrze swo­jego lęku.

Według czasu lokal­nego było jesz­cze wcze­śnie - siódma dzie­sięć czasu wschod­nio­ame­ry­kań­skiego - ale współ­cze­sna, coraz bar­dziej kur­cząca się pla­neta żyła w stre­fie bez­cza­so­wo­ści. Wszystko, co zosta­wił na noc na wol­nym ogniu, goto­wało się przy­jem­nie. Część nada­wała się do wyko­rzy­sta­nia już dzi­siaj, reszta zaś wydzie­lała soki o inte­re­su­ją­cym zapa­chu.

Powoli odzy­ski­wał pew­ność sie­bie. Uświa­do­mie­nie sobie, że żyje nie w trój- lecz w czte­ro­wy­mia­ro­wym świe­cie, głęb­szym niż światy nie­mal wszyst­kich miesz­kań­ców Ziemi, zawsze poma­gało mu bar­dziej niż środki uspo­ka­ja­jące. Naka­zał sobie igno­ro­wać chi­cho­czą­cego demona zwąt­pie­nia, który cią­gle cyto­wał słowa Con­roya, pod­kre­śla­jąc, że prę­dzej czy póź­niej cały świat zachodni sprzy­mie­rzy się, by ukryć przed nim swe wąt­pliwe moral­nie poczy­na­nia. Dzie­sięć, osiem, a nawet sześć lat temu każda licząca się sieć miała swo­jego szpu­lo­ka­bla, ale zni­kali kolejno ze sceny. Jedni wysu­nęli oskar­że­nia, któ­rych nie potra­fili udo­wod­nić, inni zaś po pro­stu stra­cili odbior­ców, ponie­waż nie potra­fili ich już iry­to­wać, pro­wo­ko­wać ani eks­cy­to­wać.

Czyżby cho­dziło o to, że świat nie podzi­wiał już uczci­wych ludzi, zacho­wu­jąc uzna­nie dla tych, któ­rym nie­uczci­wość ucho­dziła na sucho? Czy zresztą można nazwać uczci­wym kogoś, kto żyje z tego, że dema­skuje tych, któ­rym nie udało się sku­tecz­nie ukryć swych machlo­jek? Fla­men rozej­rzał się nie­spo­koj­nie wkoło, jakby te pyta­nia zadał ktoś inny. W pokoju nie poru­szało się jed­nak nic poza obra­zem Celii, odtwa­rza­ją­cej bez końca swój zapę­tlony krąg. Wró­cił do ekranu łącza, by wybrać pierw­szą i naj­więk­szą z kil­ku­na­stu spraw, które wrzu­cił na noc do kom­pu­tera.

W rze­czy samej było prawdą, że Mar­can­to­nia Got­t­schalka zlek­ce­wa­żył Vyache­slav Got­t­schalk oraz kilku innych waż­nych wie­lo­sy­la­bow­ców, któ­rzy nie poja­wili się na jego osiem­dzie­sią­tych uro­dzi­nach. Już od pew­nego czasu wie­dziano, że w kar­telu znowu wybu­chła walka o wła­dzę, ale do tej chwili uda­wało się sku­tecz­nie utaj­niać infor­ma­cje, kto opo­wiada się po któ­rej stro­nie.

Czy odważy się spró­bo­wać zgad­nąć, które z kon­wen­cjo­nal­nych wyja­śnień powo­łu­ją­cych się na cho­robę - Got­t­schal­ko­wie pod bar­dzo wie­loma wzglę­dami byli zaska­ku­jąco zacho­waw­czy - w rze­czy­wi­sto­ści były kłam­stwami? Kom­pu­tery ostrze­gały go, żeby tego nie robił. Kar­tel był sta­now­czo zbyt potężny, by można go było ata­ko­wać bez naprawdę nie­pod­wa­żal­nych danych. Nie­mniej jego serce pra­gnęło cze­goś wiel­kiego. Cho­dziło nie tyle o to, że do wyga­śnię­cia kon­traktu zostało dzie­więć mie­sięcy, jak ostrze­gał go sen, ile o to, że to było tylko dzie­więć mie­sięcy. Jeśli nie natrafi na coś naprawdę wiel­kiego pod koniec sezonu let­niego, gdy oglą­dal­ność była niska, przej­dzie do histo­rii, jak Niniwa i Tyr. Przy­znał tej wia­do­mo­ści naj­wyż­szy prio­ry­tet i pole­cił kom­pu­te­rom, choć bez zbyt­niej nadziei, raz jesz­cze spró­bo­wać zdo­być kod dostępu do banku infor­ma­cji Got­t­schal­ków w Iron Moun­tain.

Cze­ka­jąc na ocenę kom­pu­tera, prze­szedł do innych tema­tów. Sama myśl o zaata­ko­wa­niu Got­t­schal­ków przy­wró­ciła go do nor­mal­nego stanu i segre­go­wał teraz stare oraz nowe tematy ze znacz­nie więk­szym prze­ko­na­niem.

Plotki krą­żące o Lares & Pena­tes Inc. pra­wie na pewno pokry­wały się z prawdą. Firma była tylko przy­krywką Con­juh Man, prze­zna­czoną dla wykształ­co­nych odbior­ców. Z entu­zja­zmem eks­plo­ato­wała ucieczkę blan­ków od racjo­nal­no­ści oraz igno­ran­cję nieblan­ków. Zazna­czył ją z myślą o dokład­niej­szym zba­da­niu i wyko­rzy­sta­niu, gdy kom­pu­te­rowa ocena osią­gnie osiem­dzie­siąt pro­cent. Na razie było tylko sie­dem­dzie­siąt dwa. Liczbę uchodź­ców zmie­rza­ją­cych do Kuala Lum­pur naj­wy­raź­niej redu­ko­wano o dwie trze­cie zgod­nie ze z góry przy­go­to­wa­nym pla­nem, wbrew ofi­cjal­nym donie­sie­niom, mówią­cym, że dzieli się ich na loja­li­stów i bun­tow­ni­ków. Poziom akcep­ta­cji osiem­dzie­siąt osiem pro­cent, więc można by to wyko­rzy­stać dzi­siaj, ale czy warto ryzy­ko­wać wywo­ła­nie mię­dzy­na­ro­do­wego incy­dentu? Kogo w anglo­ję­zycz­nym świe­cie obcho­dzi los nie wia­domo ilu ludzi o brą­zo­wych skó­rach, mówią­cych w nie­zro­zu­mia­łym języku?

Na­dal się zasta­na­wiał, czy wyko­rzy­stać tę sprawę, czy zacho­wać ją na póź­niej, gdy nagle prze­rwał mu sygnał. Ponad sześć­dzie­siąt pro­cent dla próby kupie­nia kodu, który otwo­rzyłby bank danych Got­t­schal­ków w Iron Moun­tain. Praw­do­po­dobna cena od jed­nego do dwóch milio­nów. To pozo­sta­wało poza zasię­giem Fla­mena - nie miał tyle forsy w fun­du­szu dla infor­ma­to­rów - ale natych­miast obu­dziło jego pro­fe­sjo­nalną podejrz­li­wość. Gdy poprzed­nio wysy­łał zapy­ta­nia, kom­pu­tery zawsze natych­miast wyświe­tlały odpo­wiedź "nie na sprze­daż". Instynkt pod­po­wie­dział mu, jakie pyta­nie powi­nien zadać teraz: Czy Got­t­schal­ko­wie pla­nują zakoń­czyć współ­pracę z Iron Moun­tain?

Tym­cza­sem prze­szedł do kolej­nego punktu. Wśród Patrio­tów X zano­siło się na coś dużego. Kilka ruty­no­wych lek­tur zapro­wa­dziło go z powro­tem do Got­t­schal­ków i powierz­chow­nej oceny, że ich firma znowu pod­syca nie­po­koje pośród eks­tre­mi­stycz­nych nie­blan­ków, by zwięk­szyć sprze­daż swych pro­duk­tów prze­ra­żo­nym blan­kom. Ist­niała też jed­nak druga moż­li­wość, o praw­do­po­do­bień­stwie niż­szym tylko o pięć punk­tów. Dotknął pal­cem równo przy­strzy­żo­nej, ciem­nej brody i zmarsz­czył brwi.

Prze­łom w spra­wie Mor­tona Lenigo? Roz­są­dek uzna­wał to za non­sens. Żaden kom­pu­ter imi­gra­cyjny nie wysta­wiłby mu wizy po tym, co Lenigo zro­bił w bry­tyj­skich mia­stach, takich jak Man­che­ster, Bir­ming­ham i Car­diff. Nie­mniej fakt, że odczyt, który przez trzy lata utrzy­my­wał się na pozio­mie czter­dzie­stu kilku pro­cent, nagle sko­czył do nie­mal sie­dem­dzie­się­ciu, z pew­no­ścią sygna­li­zo­wał nie­bez­pie­czeń­stwo. Jeśli rze­czy­wi­ście coś się za tym kryło, to mogłaby być rewe­la­cyjna histo­ria! Zazna­czył to z myślą o dokład­nym skom­pu­to­wa­niu i wró­cił do Got­t­schal­ków.

Tak, potwier­dziły kom­pu­tery, Got­t­schal­ko­wie rze­czy­wi­ście mogą pla­no­wać pozby­cie się Iron Moun­tain. Kupo­wali sprzęt prze­twa­rza­jący dane w tak wiel­kich ilo­ściach, że trudno to było wyja­śnić pla­nami stwo­rze­nia sys­te­mów śle­dzą­cych albo namie­rza­ją­cych cel.

Logiczny wnio­sek: jeśli rze­czy­wi­ście pla­nują wyco­fać się z Iron Moun­tain, sprze­daż jed­nego z kodów dostępu dałaby im dodat­kowe fun­du­sze, a jed­no­cze­śnie mogliby śmiać się jak hieny, gdy łatwo­wierny nabywca zorien­to­wałby się, że go nabrano.

Cza­sami nie­na­wi­dzę Got­t­schal­ków, pomy­ślał Fla­men. Nie tyle za to, kim są, ile za to, co sądzą o innych. Nikt nie lubi być trak­to­wany jak krót­ko­wzroczny kre­tyn.

Po chwili namy­słu wydał swym kom­pu­te­rom trzy pole­ce­nia: wyszu­ka­nie infor­ma­cji o tym, w jakie miej­sce Got­t­schal­ko­wie kazali dostar­czyć cały ten sprzęt, co samo w sobie powie mu wiele; zna­le­zie­nie wzmia­nek o tech­no­lo­gicz­nych prze­ło­mach, mogą­cych dopro­wa­dzić do wypusz­cze­nia na rynek zupeł­nie nowych pro­duk­tów; oraz wszel­kich suge­stii, choćby naj­bar­dziej nie­ja­snych, na temat kon­fliktu wewnątrz kar­telu. Szansa, by tak sze­roko zakro­jone pole­ce­nia dopro­wa­dziły do zna­le­zie­nia cze­goś, co mógłby wyko­rzy­stać dzi­siaj, rów­nała się zeru, więc zazna­czył ten punkt celem noc­nego spraw­dze­nia i wró­cił do mate­ria­łów, które mógł wyko­rzy­stać natych­miast.

Polo­wa­nie na plotki, przy­po­mi­na­jące łapa­nie motyli w siatkę, było jed­nym z jego czo­ło­wych talen­tów. Dowo­dził tego sam fakt, że jego pro­gram prze­trwał. Musiał co prawda przy­znać, że go oka­le­czono, ale lepiej stra­cić nogę, niż tra­fić do kre­ma­to­rium. Ta oczy­wi­sta prawda nie pocie­szyła go jed­nak zbyt­nio, gdy spoj­rzał na osta­teczną listę, zło­żoną z sied­miu pozy­cji. Trzy z nich zacho­wy­wał dotąd na wypa­dek, gdyby cen­trala sieci coś zakwe­stio­no­wała. Kon­trakt zmu­szał go, by przed posta­wie­niem komu­kol­wiek zarzu­tów pozwo­lił kom­pu­te­rom Holo­co­smic prze­ana­li­zo­wać dane. Nie­kiedy obni­żały one rating poni­żej poziomu okre­ślo­nego przez firmę, co chro­niło ją przed porażką w pro­ce­sach o znie­sła­wie­nie. Ostat­nio odrzu­cano mniej wię­cej jedną pozy­cję na tydzień. Fla­men uwa­żał, że to sta­now­czo za dużo, miał jed­nak powody, by powstrzy­my­wać się od skarg.

Żniwa były dzi­siaj dość kiep­skie, ale przy­naj­mniej wie­dział, że będzie mógł nadać pro­gram. Pora przy­swoić sobie jakieś śnia­da­nie. Jedze­nie sma­ko­wało jed­nak jak popiół i prze­ły­kał je z naj­wyż­szym tru­dem.

cztery

cztery

PYTA­NIE: KIM BYŁ TEN WĄŻ, Z KTÓ­RYM WIDZIA­ŁEM CIĘ WCZO­RAJ WIE­CZO­REM? ODPO­WIEDŹ: TO NIE BYŁ WĄŻ. TO BYŁA MOJA NOWA KOCHANKA. TAK SIĘ SKŁADA, ŻE JEST PYTO­NESSĄ

Mecha­nizm dmu­cha­nego łóżka zaczy­nał odma­wiać posłu­szeń­stwa. Kupiła uży­wane, a do tego miało tylko metr trzy­dzie­ści sze­ro­ko­ści i nie prze­wi­dziano go dla dwóch osób. Pierw­sze, co zauwa­żyła Lyla Clay po prze­bu­dze­niu, to fakt, że jak zwy­kle spała w sztyw­nej pozy­cji, by uni­kać gór­nego rogu, gdzie nośność była naj­słab­sza. Spo­czy­wa­jąc na pra­wej ręce, odcięła dopływ krwi i teraz całą koń­czynę od łok­cia aż po koniuszki pal­ców wypeł­niał tęt­niący ból powra­ca­ją­cego czu­cia.

Otwo­rzyła z iry­ta­cją oczy i zoba­czyła męż­czy­znę, któ­rego nie znała. Uśmie­chał się do niej. Jego wargi poru­szały się cał­ko­wi­cie bez­gło­śnie, ale impli­ka­cje tego faktu nie dotarły do niej w pierw­szej chwili.

Była cał­ko­wi­cie naga, ale nie miała powodu wsty­dzić się swego ciała, które było szczu­płe, młode i jed­no­li­cie opa­lone. Nie­mniej odruch pozo­stały po dość sta­ro­świec­kim wycho­wa­niu naka­zał jej poszu­kać nie­ist­nie­ją­cego koca (obwody cieplne w łóżku na­dal dzia­łały pra­wi­dłowo). Ten ruch nie har­mo­ni­zo­wał z drę­czą­cym ją kur­czem mię­śni. Tak czy ina­czej po raz pierw­szy w swym trwa­ją­cym już dwa­dzie­ścia lat życiu po prze­bu­dze­niu prze­ko­nała się, że podzi­wia ją męż­czy­zna, któ­rego twarz i nazwi­sko były jej cał­ko­wi­cie nie­znane.

Wtem nie­zna­jomy zmie­nił się w kaskadę różo­wych i fio­le­to­wych płat­ków śniegu. Przy­po­mniała sobie v-apa­rat, który Dan i jego przy­ja­ciel Berry wwieźli wczo­raj windą, a potem kory­ta­rzem na wózku, pocąc się i prze­kli­na­jąc. Przed­tem nie mieli w pie­le­szach v-apa­ratu, tylko sta­ro­świecki, dwu­wy­mia­rowy tele­wi­zor, na któ­rym nie odbie­rało się nic poza trzema oca­la­łymi dwu­wy­mia­rowymi kana­łami, któ­rych utrzy­ma­nia doma­gała się Pla­ne­tarna Komi­sja Komu­ni­ka­cji. Ponie­waż ich pro­gram był prze­zna­czony dla Indii, Afryki i Ame­ryki Łaciń­skiej, a Lyla i Dan nie znali hindi ani suahili, a po hisz­pań­sku rozu­mieli tylko tro­chę, rzadko chciało się im włą­czać apa­rat, chyba że orbi­to­wali. Wtedy nie obcho­dziło ich, że pro­gramy doty­czą głów­nie kopa­nia latryn, poło­wów ryb oraz roz­po­zna­wa­nia obja­wów cho­rób zakaź­nych. W grun­cie rze­czy, jak zauwa­żył kie­dyś Dan, gdyby tylko mieli kawa­łek ziemi, na któ­rym mogliby wyko­pać latrynę, ta umie­jęt­ność mogłaby się oka­zać bar­dzo przy­datna, gdyby kible znowu się zapchały.

Poszu­kała wzro­kiem Dana. Leżał po dru­giej stro­nie łóżka i trzy­mał w ręce rozar, szu­ka­jąc punktu na ścia­nie, w któ­rym magne­tyczna przy­łączka na końcu kabla mogłaby zaczerp­nąć odro­binę ener­gii. Przy­po­mi­nał tro­chę ćpuna szu­ka­jącego kawałka żyły, w którą mógłby się wkłuć. Wresz­cie zna­lazł miej­sce, w któ­rym prze­wód induk­cyjny nie był sko­ro­do­wany. Rozar obu­dził się do życia i Dan zabrał się do napra­wia­nia defek­tów w bro­dzie. Los prze­klął go wiel­kimi i okrą­głymi łysymi pla­mami na obu policz­kach.

Po paru ude­rze­niach serca v-apa­rat w magiczny spo­sób powró­cił do pra­wi­dło­wej syn­chro­ni­za­cji. Męż­czy­zna na ekra­nie, uśmiech­nięty i gesty­ku­lu­jący z pasją, na nowo pod­jął swą nie­sły­szalną dia­trybę.

Lyla usia­dła, tuląc do piersi świerz­biącą wciąż koń­czynę i masu­jąc ją pal­cami dru­giej.

- Czemu nie zro­bisz znaku na ścia­nie, żeby następ­nym razem nie musieć szu­kać? - zapy­tała.

Nie patrzyła na Dana, pozwa­la­jąc, by jej spoj­rze­nie wędro­wało cha­otycz­nie po pokoju. Na mosięż­nej tacce pod świą­ty­nią Lara leżała sterta lep­kich pseu­do­or­ga­ni­ków. Naj­wy­raź­niej ktoś przy­po­mniał sobie na czas, żeby wyrzu­cić książki, któ­rych data waż­no­ści wkrótce miała wyga­snąć. Nie pamię­tała, by to zro­biła, więc to musiał być Dan. Od naroż­nika stołu, który zło­żono bez wycie­ra­nia, pro­wa­dził w dół wyschnięty ślad czer­wo­nego wina. Półkę, na któ­rej usta­wiono auten­tyczny dwu­dzie­sto­wieczny sied­mio­ra­mienny świecz­nik, pokry­wał sypki popiół. Lyla uparła się, by zapa­lić jed­no­cze­śnie sie­dem róż­nych rodza­jów abar­gatti. Zmarsz­czyła nos na to wspo­mnie­nie.

Mówiąc krótko, pano­wał tu okropny baj­zel.

Dan prze­rwał na moment nakła­da­nie kolej­nych pasm syn­te­tycz­nych wło­sów na wysma­ro­wane kle­jem policzki.

- Wresz­cie się obu­dzi­łaś, tak? Mia­łem ochotę zacząć tobą potrzą­sać. Wiesz, która jest godzina?

Wska­zał na nowy v-apa­rat, jakby był zegar­kiem.

Popa­trzyła na niego bez zro­zu­mie­nia.

- Nie pozna­jesz Mat­thew Fla­mena? Wiesz, ilu szpu­lo­ka­bli zostało w holo­wi­zji? To pro­gram nada­wany w połu­dnie. Minęła już prze­szło połowa. Posłu­chaj!

Uniósł nogę i dotknął pal­cami stopy regu­la­tora dźwięku ulo­ko­wa­nego w niskiej szafce, na któ­rej opie­rał się holo­gra­ficzny ekran gru­bo­ści cen­ty­me­tra, przy­po­mi­na­jący żagiel roz­wi­nięty nad kadłu­bem jachtu. Nagle utra­cił rów­no­wagę i klap­nął ciężko w rogu łóżka. To obcią­że­nie oka­zało się zbyt wiel­kie dla sfa­ty­go­wa­nego mecha­ni­zmu i Lyla zle­ciała na pod­łogę. Roz­legł się syk ucie­ka­ją­cego gazu.

- Świat, w któ­rym żyjemy, czę­sto jest prze­ra­ża­jący - mówił Fla­men swym przy­po­chleb­nym gło­sem. - Czy w związku z tym nie zazdro­ści­cie ludziom, któ­rzy zain­sta­lo­wali w drzwiach i oknach pułapki typu Guar­dian? Ni­gdzie nie dosta­nie­cie lep­szych, a tylko głupcy kupo­wa­liby gor­sze.

Fla­men znik­nął. Na jego miej­scu poja­wił się wysoki, łypiący spode łba nie­blank. Nim Lyla zdą­żyła zare­ago­wać - na­dal nie prze­bu­dziła się do tego stop­nia, by mieć pew­ność, że barwny, trój­wy­mia­rowy obraz pozo­sta­nie zato­piony w ekra­nie - na jego szyi, pasie i kola­nach zaci­snęły się kol­cza­ste, meta­lowe taśmy. Z miejsc, w które wbiły się okrutne, sta­lowe szpi­kulce, pły­nęła krew. Męż­czy­zna zro­bił oszo­ło­mioną minę, a potem stra­cił przy­tom­ność.

- Guar­dian! - roz­legł się nie­sa­mo­wity głos kastrata. - Guar­diiia­aan!

- Chyba powin­ni­śmy zain­we­sto­wać w coś takiego - stwier­dził Dan.

- Jeśli dalej będziesz tak robił, nie zosta­nie tu nic, co warto by było ukraść - sprze­ci­wiła się z iry­ta­cją Lyla. - Zauwa­ży­łeś, że wła­śnie zepsu­łeś łóżko?

Zerwała się na nogi i naci­snęła przy­cisk wyłą­cza­jący v-apa­rat. Nic się nie wyda­rzyło.

- Zapo­mnia­łem ci powie­dzieć - mruk­nął Dan. - Wyłącz­nik nie działa. Dla­tego Berry nam go dał.

- A niech cię! - Lyla odna­la­zła wzro­kiem prze­wód i wyrwała pobie­raczkę ze ściany. Obraz Mat­thew Fla­mena, który przed chwilą wró­cił na ekran, roz­sy­pał się w nie­bie­skie i zie­lone plamy. - Chcesz dzi­siaj spać na twar­dej desce? Ja na pewno nie chcę!

- Wezwę kogoś, żeby to napra­wił. - Dan wes­tchnął. - A teraz rusz się. Zapo­mnia­łaś, że mamy dziś być w Szpi­talu Gins­berga?

Nabur­mu­szona Lyla pozbie­rała zdjęte wczo­raj ubra­nie - sza­ro­zie­lone niksy i parę zbie­gów.

- Jakieś tele­fony albo poczta? - zapy­tała, wcią­ga­jąc ubra­nie.

- Sprawdź, jeśli cię to inte­re­suje. - Dan dotknął ostroż­nie wło­sów na twa­rzy. Upew­niw­szy się, że prze­szczep pre­zen­tuje się zno­śnie, odłą­czył rozar od ściany i scho­wał do pudełka. - Naj­pierw musisz speł­nić obo­wią­zek wobec Lara, tak?

- Mamy go tylko na sie­dem dni prób­nych - odpo­wie­działa obo­jęt­nie Lyla, wcią­ga­jąc niksy na bio­dra. - Jeśli tak bar­dzo chce zostać w tej zasy­fio­nej norze, niech się bie­rze do roboty. Poza tym co ci strze­liło do głowy, że poło­ży­łeś na tacce stertę prze­ter­mi­no­wa­nych ksią­żek? Myślisz, że Lar się ucie­szy, że trak­tu­jesz go jak zsyp?

- To było pilne - mruk­nął Dan. - Rury znowu się zatkały.

- O nie!

Lyla popa­trzyła na niego trwoż­nie, balan­su­jąc na jed­nej nodze, by wsu­nąć stopę w zbieg.

- Spo­koj­nie. Kible dzia­łają. Ale uzna­łem, że wyrzu­ce­nie do nich sterty ksią­żek byłoby nie­po­trzeb­nym ryzy­kiem.

- Jeśli już mówimy o wap­nie­ją­cych tęt­ni­cach. - Lyla wes­tchnęła, przy­po­mi­na­jąc sobie ulu­bioną meta­forę ze Skle­ro­tycz­nego mia­sta Xaviera Con­roya. - Czego nie ma w kana­łach, jest na uli­cach, a czego nie ma na uli­cach, jest w kom­sieci... Pójdę spraw­dzić naszą szafkę. Może będzie w niej coś cie­ka­wego. Ni­gdy nie wia­domo.

Pode­szła do drzwi i zaczęła krę­cić z wysił­kiem korbą, by pod­nieść stu­ki­lowy cię­żar zabez­pie­cza­jący wej­ście przed noc­nymi intru­zami.

- Włóż czarcz - zażą­dał Dan, wcho­dząc w zie­lone bry­czesy i zaci­ska­jąc mocno pasek.

- Cho­lera, idę tylko do kom­sieci!

- Włóż go - powtó­rzył. - Jesteś ubez­pie­czona na ćwierć miliona list­ków her­baty, a w umo­wie napi­sano, że musisz go nosić.

- Łatwo ci mówić - burk­nęła bun­tow­ni­czo Lyla. - Nie musisz się męczyć z tym cho­ler­stwem.

Się­gnęła jed­nak posłusz­nie po czarcz, wiszący na kołku przy drzwiach.

Wcią­ga­jąc go przez głowę, zatrzy­mała się nagle.

- Hej, w szpi­talu nie będę musiała go nosić, tak? Okrop­nie by mi prze­szka­dzał, kiedy zacznę się mio­tać.

- Nie pod­czas samego występu. Cho­ciaż jeśli się nad tym zasta­no­wić... - Dan przy­gryzł wargę, spo­glą­da­jąc nie­pew­nie na Lylę. - Pacjenci w Gins­bergu są segre­go­wani i jeśli zoba­czą cię w takim stroju, to może nie być za dobrze. Masz coś, co wię­cej zasła­nia?

- Nie sądzę. Wszyst­kie lutowe ubra­nia prze­kro­czyły już datę waż­no­ści, a mar­cowe zaczy­nają się roz­ła­zić. W kwiet­niu oczy­wi­ście prze­cho­dzę na przej­rzy­ste.

- Zapo­mnijmy o tym. - Dan wzru­szył ramio­nami. - Jeśli będą się upie­rali, możesz popro­sić, żeby dali ci coś na ich koszt. Może suk­nię. Kiedy ostat­nio mia­łaś suk­nię? W listo­pa­dzie?

- Tak. Kupi­łam ją, żeby poje­chać do domu i spo­tkać się z rodziną w Dzień Dzięk­czy­nie­nia. Ale wtedy było zimno, a teraz jest upał... Ech, dla dobra sprawy mogę wło­żyć i suk­nię. Pod warun­kiem że za nią zapłacą. W tym sezo­nie suk­nie są okrop­nie dro­gie. - Wsu­nęła się w czarcz, otwo­rzyła drzwi i rozej­rzała się na obie strony, by się upew­nić, że na kory­ta­rzu nikogo nie ma. - Nie zamy­kam, wrócę za chwilę - dodała.

pięć

pięć

TYLKO CZYN CZYNI CZŁO­WIEKA, Z CAŁYM SZA­CUN­KIEM DLA MEDY­CYNY

- On się nazywa Harry Madi­son, nie Mad Har­ri­son!

- Słu­cham? - zapy­tała kom­pu­te­rowa biur­ko­asy­stentka z bez­błędną pyta­jącą into­na­cją. To był jeden z superza­awan­so­wa­nych modeli IBM, wypo­sa­żony w zdol­ność cał­ko­wi­cie sper­so­na­li­zo­wa­nego dia­logu i prze­strze­ga­jący zasad wiary w swój mecha­niczny byt. Jedna z tych zasad gło­siła, że pra­cow­nik szpi­tala, który jest sam w pomiesz­cze­niu i wypo­wiada sły­szalne słowa, pra­gnie usły­szeć odpo­wiedź. Nie doty­czyło to pacjen­tów. Ci ostatni musieli nosić kom­bi­ne­zony z krzy­żami z meta­lo­wych nici na pier­siach i na ple­cach, by biur­ko­asy­stentki i inne auto­ma­tyczne urzą­dze­nia mogły ich odróż­nić od per­so­nelu.

- Nie­ważne - mruk­nął dok­tor James Reedeth znu­żo­nym gło­sem i zaci­snął zęby tak mocno, że sły­szał śpiew wła­snych, napię­tych mię­śni. Pogrą­żył się w myślach, uwa­ża­jąc, by znowu nie ode­zwać się nie­ostroż­nie.

Musieli mieć jakiś powód, żeby go tu zamknąć, niech to szlag! To byli eks­perci, co naj­mniej rów­nie bie­gli jak ja! Nawet nie jest moim pacjen­tem. Co więc spra­wia, że tak bar­dzo inte­re­suję się jego sprawą? Pod­świa­domy resen­ty­ment wywo­łany obec­no­ścią nie­blanka w szpi­talu, w któ­rym poza nim są sami blan­ko­wie? Nie wie­rzę w to. Ale poszu­ki­wa­nia roz­sąd­nej odpo­wie­dzi są pozba­wione sensu.

Po raz kolejny z tak wielu, że nie odwa­żył się pró­bo­wać ich zli­czyć, zadał sobie pyta­nie, co go zwa­biło do tego nawie­dza­nego przez mino­taury labi­ryntu. Czy chciał zostać leka­rzem po to, by roz­wią­zy­wać takie tajem­nice?

- Ariadne! Ariadne! Gdzie jesteś teraz, gdy potrze­buję two­jego kłębka?

Pod wpły­wem nagłego impulsu posta­no­wił to pyta­nie zadać rów­nież na głos. Natych­miast uświa­do­mił sobie, że nie jest pewien, czy nadał tej decy­zji połysk wol­nej woli tylko po to, by oszu­kać samego sie­bie. Biur­ko­asy­stentka skar­żyła się elek­tro­nicz­nymi piskami, spraw­dza­jąc i odrzu­ca­jąc kolejne moż­liwe inter­pre­ta­cje. Wresz­cie jed­nak udzie­liła mu odpo­wie­dzi, któ­rej się spo­dzie­wał.

- Zakła­da­jąc, że wzmianka o "Ariadne" doty­czy dok­tor Spo­el­stry, obec­nie prze­bywa ona na ósmym pię­trze Skrzy­dła Czwar­tego. Jest objęta zaka­zem prze­szka­dza­nia klasy dru­giej. Pro­szę o infor­ma­cję, czy sprawa jest pilna.

Reedeth pozwo­lił sobie na pozba­wiony weso­ło­ści śmiech. Mil­czał przez jakieś pół minuty, aż wresz­cie biur­ko­asy­stentka zapy­tała z prze­ko­nu­jącą nutą sztucz­nej nie­pew­no­ści:

- Nie zna­le­ziono żad­nej wzmianki suge­ru­ją­cej, by dok­tor Spo­el­stra posia­dała motek. Czy udzie­lasz mi pozwo­le­nia na doda­nie tej infor­ma­cji do listy danych na jej temat?

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się ser­decz­nym tonem Reedeth. - Możesz zapi­sać, że tylko ona zna drogę wyj­ścia z labi­ryntu. A także dodać, że ma skórę gład­szą niż syn­to­je­dwab, wyjąt­kowo piękne piersi, naj­bar­dziej zmy­słowe usta, jakie bogo­wie kie­dy­kol­wiek dali śmier­tel­niczce, uda zapewne odpo­wia­da­jące rów­na­niu, które spa­li­łoby wszyst­kie twoje obwody, oraz...

Miał zamiar dodać "serce zimne jak Lód V", ale w tej samej chwili z trzewi biur­ko­asy­stentki dobiegł roz­pacz­liwy zgrzyt i zami­gało czer­wone świa­tło, sygna­li­zu­jące awa­rię. Roz­wście­czony Reedeth zerwał się na nogi. W jakim wła­ści­wie celu pozwo­lono, by kon­trakt na stwo­rze­nie sys­temu kom­pu­te­ro­wego w Szpi­talu Gins­berga przy­padł fir­mie, dla któ­rej pra­cuje tyle samo neo­pu­ry­tan, co dla IBM? Co naj­mniej osiem­dzie­siąt pro­cent pacjen­tów, z któ­rymi pró­bo­wał sobie pora­dzić, miało różne zabu­rze­nia sek­su­alne, co nie­ustan­nie iry­to­wało maszy­no­wych cen­zo­rów z ich odru­chową świę­tosz­ko­wa­to­ścią.

Musiał przy­znać, że ulżyło mu, gdy uwol­nił się od towa­rzy­stwa biur­ko­asy­stentki. Próby pogo­dze­nia faktu, że pra­co­wał w śro­do­wi­sku prze­szy­tym sie­cią kana­łów infor­ma­cyj­nych, z zasa­dami, które, for­mal­nie rzecz bio­rąc, wyzna­wał, pro­wa­dziły do para­doksu, któ­rego ni­gdy nie udało mu się roz­wią­zać.

Pod­szedł do zaj­mu­ją­cego całą ścianę okna i wyj­rzał na potężny kom­pleks Sta­no­wego Szpi­tala Imie­nia Gins­berga dla Nie­przy­sto­so­wa­nych Umy­słowo. Kom­pleks przy­po­mi­nał for­tecę - wyso­kie wie­żowce mak­sy­mal­nego bez­pie­czeń­stwa, połą­czone ze sobą potęż­nymi murami, jakby jakiś rysu­nek z książki dla dzieci, przed­sta­wia­jący baśniowy zamek, został przed­sta­wiony w beto­nie przez nie­przy­jaź­nie nasta­wio­nego archi­tekta. Kom­pleks był struk­tu­ral­nym odpo­wied­ni­kiem "wyco­fa­nia się i prze­gru­po­wa­nia", zale­ca­nego przez Mog­shacka jako anti­do­tum na nie­mal wszyst­kie pro­blemy z przy­sto­so­wa­niem spo­łecz­nym. Okna umiesz­czono tylko w niskich skrzy­dłach admi­ni­stra­cyj­nych, a wie­żowce miały gład­kie ściany. Prze­ra­żony świeżo przy­jęty pacjent na sam ich widok miał poczuć, że nie grożą mu już nie­moż­liwe do znie­sie­nia wyzwa­nia świata zewnętrz­nego.

Reede­thowi zawsze koja­rzyły się jed­nak ze śre­dnio­wiecz­nymi zam­kami, które wyna­la­zek pro­chu strzel­ni­czego uczy­nił prze­sta­rza­łymi. A w dobie kie­szon­ko­wych bomb jądro­wych...?

Wes­tchnął, przy­po­mi­na­jąc sobie pyta­nie zadane łagod­nym tonem przez Xaviera Con­roya, który był pro­mo­to­rem jego pracy dok­tor­skiej. Wła­śnie ogło­szono plany, według któ­rych miano zbu­do­wać Szpi­tala Gins­berga, razem z prze­ko­nu­ją­cym arty­ku­łem Mog­shacka, wyja­śnia­ją­cym pro­jek­to­wane zasady funk­cjo­no­wa­nia pla­cówki. "A co dok­tor Mog­shack ma do zapro­po­no­wa­nia pacjen­tom, któ­rych stan zapewne się pogor­szy, gdy nie będą widzieli żad­nej drogi wyj­ścia?".

Pełne zna­cze­nie tych kry­tycz­nych słów ujaw­niło się po dwóch latach. Reedeth zro­zu­miał je dopiero wtedy, gdy nie­spo­dzie­wa­nie uwia­do­mił sobie, w jakiej sytu­acji zna­lazł się Harry Madi­son. W chwili kiedy Con­roy je wygło­sił, śmiał się razem z innymi z krót­kiej i cel­nej odpo­wie­dzi Mog­shacka:

"Jestem wdzięczny dok­to­rowi Con­roy­owi za to, że po raz kolejny zade­mon­stro­wał nam, iż potrafi prze­ska­ki­wać przez płoty, nim jesz­cze do nich dotrze. Być może zechciałby dołą­czyć do nas w Szpi­talu Gins­berga, gdzie będzie miał szansę zna­leźć roz­wią­za­nie tego pro­blemu. Podej­rze­wam jed­nak, że to tylko jeden z wielu, które go drę­czą".

Reedeth potrzą­snął głową.

- Wyco­fa­nie się i prze­gru­po­wa­nie - zacy­to­wał na głos, zado­wo­lony, że choć na chwilę uwol­nił się od mecha­nicz­nych pod­słu­chi­wa­czy. - Gdy­bym wie­dział, jak daleko mogą się posu­nąć we wdra­ża­niu tej zasady, przy­się­gam, że wolał­bym pra­co­wać gdzie­kol­wiek indziej niż tutaj, gdzie ta okropna kobieta może walić we mnie jak w worek tre­nin­gowy, bo "miłość to stan zależ­no­ści". I jak zdany na łaskę wła­snych uczuć tera­peuta ma pomóc pacjen­tom w zacho­wa­niu racjo­nal­nego dystansu?

Łyp­nął ze zło­ścią na biur­ko­asy­stentkę, typowy przy­kład bez­oso­bo­wych ide­ałów Mog­shacka, i nagle zauwa­żył, że choć czer­wone świa­tło na­dal się świeci, prze­stało migać. Zaklął bez­gło­śnie, uświa­da­mia­jąc sobie, że czeka go spo­tka­nie z jedyną osobą, któ­rej stan psy­chiczny drę­czył go bar­dziej niż jego wła­sny.

sie­dem

sie­dem

(MIEJ­SCE ZARE­ZER­WO­WANE DLA REKLAM)

Lyla kop­nęła drzwi piętą, zamy­ka­jąc je za sobą, odrzu­ciła czarcz na bok i skrzy­wiła się, spo­glą­da­jąc na gruby plik kopert.

- Jak zwy­kle pra­wie same Sat­che. Nie zno­szę masowo wysy­ła­nych reklam! Zapy­chają kom­sieć, tak samo jak śmieci zaty­kają spływ. Daję słowo, że dzie­więć­dzie­siąt pro­cent tra­fia do śmieci bez czy­ta­nia... O, to to nie jest Satch. Pismo od firmy Lejrs end Penejts. Na pewno przy­po­mnie­nie o tym sta­rym ustroj­stwie.

Ski­nęła głową na Lara.

- LaREZ an Pena­TEZ - popra­wił ją Dan. - Nazwy firm musisz wyma­wiać popraw­nie. To chyba po fran­cu­sku - dodał nie­pew­nie po chwili waha­nia, wycią­ga­jąc rękę po list.

Lyla prze­rzu­ciła resztę kopert.

- Te same stare nazwy - mruk­nęła. - Czy nie potra­fią pojąć alu­zji?

Wyko­nała ruch naśla­du­jący dar­cie kopert. To jed­nak nie było moż­liwe. Były spe­cjal­nie wzmoc­nione i można je było otwo­rzyć tylko wzdłuż linii uwal­nia­ją­cej che­mi­ka­lia, które uru­cha­miały wbu­do­wane w nie gło­śniki. Kam­pa­nie rekla­mowe firmy Satch były zbyt kosz­towne, by można było pozwo­lić anal­fa­be­tom umknąć przed nimi.

- Wetknij je w stos uży­wa­nych ksią­żek - zasu­ge­ro­wał Dan. - Dzia­ła­nie reagen­tów cza­sami utrzy­muje się dłu­żej i mogą sobie pora­dzić z dodat­ko­wym papie­rem.

- Dobry pomysł - zgo­dziła się Lyla i wetknęła nie­otwo­rzone koperty w lepki stos leżący na mosięż­nej tacce. Wyglą­dały jak grzanki ster­czące z tostera. Ku rado­ści kobiety dwie albo trzy natych­miast zaczęły się roz­kła­dać.

Tym­cza­sem Dan ode­rwał pasek zamy­ka­jący list od firmy Lares & Pena­tes i oboje usły­szeli zna­jomy, piskliwy głos:

- W naszej epoce indy­wi­du­ali­zmu nie może­cie się obejść bez kultu zapro­jek­to­wa­nego spe­cjal­nie dla was. Skon­tak­tuj­cie się z Lares & Pena­tes, by otrzy­mać naj­lep­sze po...

Dan potrze­bo­wał aż tyle czasu, by zlo­ka­li­zo­wać ener­ge­tyczną kap­sułkę napę­dza­jącą gło­śnik i roz­gnieść ją mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym. A wtedy natych­miast wypu­ścił kopertę i pisnął gło­śno, potrzą­sa­jąc dło­nią.

- Opa­rzyła mnie! To jakiś nowy typ! Na pewno już się zorien­to­wali, że ludzie miaż­dżą kap­sułki.

- Mocno się opa­rzy­łeś? Masz ślad? - zapy­tała wypeł­niona nagłym współ­czu­ciem Lyla.

Dan przyj­rzał się pal­cowi wska­zu­ją­cemu, poli­zał go i wzru­szył ramio­nami.

- Nic wiel­kiego. Kilka wol­tów prze­biło się przez papier. Ale od tej chwili będę otwie­rał ich koperty zbie­gami i miaż­dżył kap­sułki obca­sem.

Przyj­rzał się listowi, który wyjął z koperty.

- Tak jak myśla­łaś. To tylko przy­po­mnie­nie, że musimy zapła­cić za Lara albo go zwró­cić.

- I co zro­bimy?

- Lepiej zde­cy­dujmy póź­niej, tak? W końcu zawdzię­czamy im tę umowę w Szpi­talu Gins­berga. No wiesz, to dla nas krok naprzód. Pyta­łem ludzi i naj­wy­raź­niej to pierw­szy przy­pa­dek, gdy wyna­jęli pyto­nessę. To może być dla nas bar­dzo ważne. W grun­cie rze­czy...

Ktoś zało­mo­tał gło­śno do drzwi. Lyla odwró­ciła się bły­ska­wicz­nie. Uświa­da­mia­jąc sobie, że znowu zapo­mniała opu­ścić stu­ki­lo­gra­mowy cię­żar, rzu­ciła się po czarcz. Był bar­dzo dobry. Kosz­to­wał pie­kiel­nie drogo, ale - jak słusz­nie zauwa­żył Dan - zapew­niał ochronę przed poci­skami o wadze do stu dwu­dzie­stu gra­mów, impul­sami lase­ro­wymi o mocy do dwu­stu pięć­dzie­się­ciu watów i w prak­tyce wszyst­kimi kwa­sami.

- Kto to, do licha? - mruk­nął Dan i pod­szedł bli­żej, by umie­ścić cię­żar na miej­scu. - Kto tam? - zapy­tał następ­nie.

- Dzień dobry! - dobiegł głos zza drzwi. - Czy raczej dobry wie­czór! Mam na imię Bill i jestem waszym nowym sąsia­dem w pie­le­szach dzie­sięć wu. Prze­pra­szam, że zawra­cam wam głowę, ale jak rozu­miem, nie macie w tym bloku grupy ObrOb! Oczy­wi­ście w dzi­siej­szych cza­sach - tona­cja jego głosu obni­żyła się zło­wiesz­czo o pół oktawy - i w takiej dziel­nicy ni­gdy nie wia­domo, kiedy nie­blan­ko­wie mogą zaata­ko­wać. Dla­tego posta­no­wi­łem wyka­zać się duchem oby­wa­tel­skim i tak dalej. Chcę spraw­dzić, czy uda mi się wzbu­dzić zain­te­re­so­wa­nie zor­ga­ni­zo­wa­niem takiej grupy.

- Znowu Got­t­schalk? - zapy­tała szep­tem Lyla.

Dan ski­nął głową.

- Sta­wiam na to pięć­dzie­siątkę. I to jesz­cze zie­lony. Mogę się nawet zało­żyć, co teraz powie.

- No wie­cie, mam kon­takty, dzięki któ­rym mogę zdo­być nie­zbędny sprzęt po bar­dzo korzyst­nych cenach - pod­jął głos zza drzwi. - Pisto­lety z gwa­ran­cją pro­du­centa tylko za sześć­dzie­siąt trzy, gaz naj­roz­ma­it­szych rodza­jów nawet po trzy pięć­dzie­siąt za litr...

- Dobry Boże - poskar­żyła się Lyla, opusz­cza­jąc czarcz.

- Chce pan wejść? - zawo­łał Dan, mru­ga­jąc do niej zna­cząco.

- Oczy­wi­ście. Jeśli chce­cie poroz­ma­wiać o moich pro­po­zy­cjach...

W gło­sie poja­wiła się nagle nuta opty­mi­zmu.

- Nie ma sprawy! Zapra­szam! Na pana dro­dze nie stoi nic poza stu­ki­lo­gra­mo­wym cię­ża­rem zawie­szo­nym w wej­ściu.

Na chwilę zapa­dła cisza.

- Hm... - zaczął wresz­cie Got­t­schalk z wyraź­nie już wymu­szoną rado­ścią. - Jeśli jest pan teraz zajęty, mogę zosta­wić dla pana tro­chę mate­ria­łów w skrytce kom­sieci. Do zoba­cze­nia, przy­ja­ciele.

- Powiedz mu, że pie­le­sze zajęli nie­blan­ko­wie - zasu­ge­ro­wała cicho kobieta. Dan potrzą­snął głową.

- To nic nie da. Ten aku­rat chyba jest idiotą, ale wie­lo­sy­la­bowcy Got­t­schal­ków są sta­now­czo za sprytni, by wysłać świe­żego rekruta do akcji, nie zba­daw­szy przed­tem terenu. - Zer­k­nął na zega­rek. - Hej, pora ruszać. Nie przy­po­mi­nam sobie, żebyś jadła wczo­raj kola­cję. Kupię ci po dro­dze jakieś śnia­da­nie. Z pew­no­ścią bym nie chciał, żebyś zemdlała pod­czas występu.