Wstęp
Zagadnienie obecności Żydów w powstańczej Warszawie jest nie tylko tematem słabo rozpoznanym, ale także wywołującym skrajne nieraz emocje. Częściowo należy to przypisać zaszłościom wynikającym z ograniczeń nakładanych na historiografię powstania warszawskiego w okresie PRL, choć obarczanie cenzury odpowiedzialnością za ten stan rzeczy byłoby nieuprawnione. Nawet bowiem obecnie zdecydowana większość piśmiennictwa historycznego poświęconego powstaniu przechodzi nad tymi kwestiami do porządku dziennego, zadowalając się powielaniem zdawkowych i, co ważniejsze, niezmiennie tych samych informacji. Niestety, nawet w najpopularniejszej ostatnio pracy o powstaniu, autorstwa Normana Daviesa, tematyka ta została potraktowana w sposób powierzchowny i nadmiernie uproszczony1. Bez trudu można wskazać argumenty przemawiające na rzecz takiego podejścia: militarny wysiłek Żydów rozproszonych po różnych formacjach powstańczych musiał być postrzegany jako proporcjonalny do ich liczby w szeregach walczących, a co za tym idzie - mało istotny. Nie bez znaczenia mogła być również pamięć o manipulacjach propagandy komunistycznej, przez lata dążącej do przeciwstawienia powstania w getcie powstaniu warszawskiemu.
Tylko nieliczni historycy powstania upominali się o pamięć o wkładzie Żydów w czyn zbrojny walczącej Warszawy. Jednym z pierwszych był Janusz Kazimierz Zawodny, który charakteryzując udział w Powstaniu przedstawicieli innych narodowości i grup etnicznych, pisał: "Jeszcze jedna grupa zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ niewiele powiedziano dotąd o jej udziale w Powstaniu. Byli to Żydzi. Niektórzy z nich byli obywatelami polskimi, część została aresztowana przez Niemców w innych krajach, więziona w Warszawie i wykorzystywana do wykonywania różnych prac. Zostali oni uwolnieni przez powstańców"2.
Pierwszy tekst ukazał się w wydawanym w Lublinie organie PPR "Głos Ludu" 9 stycznia 1945 r. Jego podstawą był wywiad przeprowadzony przez Żydowską Agencję Prasową z osobą, która przeżyła powstanie i dotarła do Lublina. W artykule tym podano, że w walkach powstańczych masowo uczestniczyli Żydzi, w tym uwolnieni z Gęsiówki Żydzi zagraniczni. Mieli oni "spełnić swój obowiązek w poczuciu ciążącej na nich odpowiedzialności". Nazwa Armia Krajowa nie pada, lecz na tle innych tekstów o powstaniu opublikowanych na łamach tego pisma akcentów antyakowskich było zadziwiająco niewiele. Tak samo jak konkretów3. Pierwsze bodaj teksty wspomnieniowo-historyczne na ten temat ukazały się na łamach tygodnika "Opinia" wydawanego przez partię Ichud w latach 1946-1947 i traktowały o udziale Żydów w AK4. Później, od końca lat pięćdziesiątych wydrukowano kilka kolejnych artykułów okolicznościowych, których rezonans był bardzo niewielki, a zawartość, będąca odbiciem ówczesnej tendencji w opisywaniu problematyki powstania, pozostawiała wiele do życzenia5. Autorzy tych tekstów koncentrowali się głównie na udziale Żydów w Armii Ludowej, w czarnych barwach odmalowując zachowania żołnierzy AK. Najbardziej znanym eksponentem tego podejścia był jeden z pionierów badań nad powstaniem w getcie warszawskim Bernard Mark6. W latach późniejszych zwiększyło się zainteresowanie tą tematyką ze strony badaczy izraelskich zajmujących się historią zbrojnego oporu Żydów na ziemiach polskich. Szerzej o udziale Żydów w powstaniu warszawskim pisał w swej monografii powstania w getcie Reuben Ainsztein (1979)7. Kolejnym historykiem, który podjął temat w sposób uporządkowany, był Szmuel Krakowski z Instytutu Yad Vashem, poświęcając mu jeden z rozdziałów swojej wydanej w 1984 r. książki8. W ciągu ostatnich dziesięciu lat podejmowali ten temat autorzy polscy i zagraniczni: historycy Teresa Prekerowa (1995)9 i Gunnar S. Paulsson (2002)10 oraz mieszkający w Szwajcarii prawnik Edward Kossoy (2004)11. Dwa pierwsze teksty traktują zarówno o kwestiach militarnych, jak i losach ludności cywilnej; z kolei Kossoy skoncentrował się na czynnym udziale Żydów w powstaniu.
Ten wzrost zainteresowania Żydami w powstaniu warszawskim wywołany został artykułem Michała Cichego Polacy-Żydzi. Czarne karty powstania zamieszczonym na łamach "Gazety Wyborczej" w styczniu 1994 r.12 Tekst ten nie tylko wyznaczał wyraźną cezurę w spojrzeniu na problematykę powstańczą, lecz również otwierał nowy etap w dyskusji dotyczącej stosunków polsko-żydowskich w okresie II wojny światowej. Publikacja Cichego, mimo że wprowadzała do obiegu sporo interesującego materiału źródłowego i wiedzę o nieznanych szerzej epizodach z okresu powstania, przyczyniła się do gwałtownego podniesienia poziomu emocji wokół tego tematu. Autorowi zarzucono nie tylko niedociągnięcia i błędy warsztatowe, ale przede wszystkim "szarganie świętości". Na percepcji tekstu zaważyły również okoliczności: data publikacji, zbiegająca się z pięćdziesiątą rocznicą wybuchu powstania warszawskiego, oraz dość niefortunna geneza jego napisania. Czarne karty powstania stanowiły rozwinięcie sformułowania, jakie znalazło się w recenzji Cichego z wydanych przez Ośrodek Karta wspomnień Calela Perechodnika. Stwierdził tam, że podczas powstania "AK i NSZ wytłukły sporo niedobitków z getta"13. Nie po raz pierwszy okazało się, że w atmosferze skandalu rzeczowa wymiana poglądów na temat stosunków polsko-żydowskich, pomimo uczestnictwa w niej wybitnych historyków14, nie jest możliwa. Artykuł Michała Cichego wywołał, o czym już wspomnieliśmy, prawie nieobecny w polskim dyskursie naukowym temat obecności Żydów w powstaniu warszawskim, ale równocześnie niebezpiecznie zawęził i spłaszczył perspektywę badawczą, czyniąc centralnym zagadnieniem problem negatywnych postaw powstańców wobec Żydów15.
Podejmując na nowo ten temat, pragniemy zwrócić uwagę na kilka kwestii. Książka składa się z dwóch zasadniczych części. Pierwsza dotyczy udziału Żydów w walce, druga zaś losu ludności cywilnej w ogarniętej powstaniem Warszawie oraz tych, którzy po kapitulacji zdecydowali się pozostać w gruzach miasta. Obie te perspektywy - "wojskowa" i "cywilna" - choć w wielu miejscach krzyżują się ze sobą, przynoszą odmienne trudności metodologiczne. Z punktu widzenia uczestnictwa Żydów w walce, do rozstrzygnięcia pozostaje sprawa kryteriów - kogo mianowicie obejmujemy określeniem "Żydzi". Krystyna Kersten przed laty pisała: "według światopoglądu, który wyznaję, Żydem jest ten, kto się za Żyda uważa, posiada poczucie przynależności do żydowskiej wspólnoty wyznaniowej (i) narodowej dając temu wyraz postawą i zachowaniami. Aliści wiemy, że w naszym stuleciu, zwłaszcza w Europie zasada samookreślenia zderza się z nacjonalistycznym pojmowaniem narodowej tożsamości, traktowanej jako obiektywna i niezbywalna przynależność do wspólnoty opartej na więzi etnicznej, tradycji, a w skrajnym, rasistowskim wydaniu - na więzi krwi. (...) W społecznej roli Żydem staje się ten, kto w oczach otoczenia uchodzi za Żyda, bez względu na to czy jakiekolwiek realne więzy - obiektywne czy subiektywne, silne czy słabe - łączą go z narodem lub religią żydowską. Wystarcza pochodzenie, lub domniemanie pochodzenia"16.
Podejście takie jest nam bliskie. Tym silniej należy uwrażliwić czytelnika na pułapki i trudności interpretacyjne. Pod wieloma względami opisywanie Żydów w powstaniu warszawskim jest czymś jakościowo odmiennym niż na przykład udział Żydów w powstaniu styczniowym, wojnie obronnej 1939 r., przynależność do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie17. Chcąc nie chcąc, musimy bowiem wikłać się w paradoksy i sprzeczności wynikające z niejednoznaczności przytoczonych definicji identyfikacji narodowej. Pierwsza trudność to właśnie status Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy nie tylko identyfikowali się z polskością, ale również nie czuli żadnych związków ze światem żydowskim, lub w najlepszym razie bardzo luźne. Gdy już opracowaliśmy zasadnicze zręby książki, na ogromne znaczenie tego problemu zwrócił nam raz jeszcze uwagę były oficer Kedywu Stanisław Likiernik. Nie zamierzamy zajmować się tutaj powstańcami Polakami pochodzenia żydowskiego. Podejście ignorujące identyfikację narodową jednostek jest z naszego punktu widzenia całkowicie nieprzydatne18. Dlatego też książka nasza nie traktuje o postaciach takich jak choćby Krzysztof Kamil Baczyński19.
Innego rodzaju trudność wynika z faktu, że znacząca część Żydów funkcjonowała w szeregach powstańczych jako Polacy. Źródła nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że w wielu przypadkach zatajanie prawdziwej tożsamości przez wstępujących w szeregi powstańcze żydowskich ochotników wynikało z przyjętej w okresie okupacji strategii przetrwania oraz rozmaitych okoliczności zewnętrznych. Ale jednocześnie te osoby, postrzegane jako etniczni Polacy, nie przestawały czuć się Żydami. Ignorowanie tego faktu prowadzi do poważnego zniekształcenia rzeczywistości historycznej. Nie jest prawdą twierdzenie Normana Daviesa, że "w oczach większości powstańców Żydów nie jest to temat do roztrząsań [kwestia udziału Żydów w powstaniu - B.E. i D.L.], ponieważ - jak wszyscy inni - mieli oni zwyczaj myśleć o sobie jako o Polakach i patriotach. Nie okazują zrozumienia dla powojennej syjonistycznej konwencji, według której "Polacy" i "Żydzi" stanowią dwie całkowicie odrębne grupy etniczne lub narodowe"20. Nie negując patriotycznej postawy żydowskich ochotników, nie sposób jednak odmówić wyborom większości z nich jednoznacznie żydowskich motywacji. Nie mówiąc już o tym, że niejednokrotnie przyznając się do swej tożsamości, nie otrzymaliby możliwości walki. Sytuacja ta niesie ze sobą poważne konsekwencje. Fakt, że duża część Żydów funkcjonowała ze zmienioną tożsamością, uniemożliwia sporządzenie choćby przybliżonej listy żydowskich uczestników powstania. Z tego powodu uwagę naszą skoncentrowaliśmy raczej na osobach, które są wyrazicielami pewnych charakterystycznych postaw i dróg życiowych.
Przygotowując naszą książkę, staraliśmy się wykorzystać wszelkie dostępne rodzaje źródeł, zarówno ze strony polskiej, jak i żydowskiej. Podstawowym źródłem autobiograficznym pozostają wspomnienia, pamiętniki i relacje spisywane w okresie powojennym przez Żydów i Polaków pochodzenia żydowskiego, którzy przebywali w Warszawie w okresie powstania (bardzo nieliczne są zapiski prowadzone na bieżąco)21. Część z nich została opublikowana, większość spoczywa w archiwach polskich i izraelskich (przede wszystkim w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Instytutu Yad Vashem). Materiały te, powstające w okresie od 1945 r. do lat siedemdziesiątych, mają różną wartość poznawczą. Zaledwie w paru przypadkach dysponujemy kilkoma relacjami tej samej osoby, złożonymi w różnych okresach i miejscach (w Polsce i Izraelu), co umożliwia dokładniejszą weryfikację zawartych w nich treści. Na wiele z tych materiałów powoływano się już wielokrotnie. Naszym zdaniem jednak sposób ich traktowania pozostawiał nieraz wiele do życzenia. Poniechano bowiem głębszej krytyki, poprzestając na powieleniu zawartych w tych przekazach informacji. Z tego względu wprowadzono do obiegu pewną liczbę informacji mało wiarygodnych i niesprawdzonych. Dotyczy to zresztą nie tylko relacji żydowskich, ale również polskich. Nie aspirując do definitywnego rozstrzygnięcia wielu opisywanych kwestii, staramy się jednak ujawniać i komentować nasze wątpliwości.
Wspomnienia, zawierające bardziej lub mniej szczegółowe odniesienia do swojego udziału w powstaniu, pozostawili członkowie Żydowskiej Organizacji Bojowej22 oraz osoby wywodzące się spośród pokrewnych jej środowisk23. Mniejsza liczba przekazów pochodzi od żydowskich żołnierzy Armii Krajowej24. Pojawia się tu problem ich reprezentatywności: większość Żydów służyła wszak w AK. Szczęśliwie mamy tu do dyspozycji materiały polskie - w monografiach poszczególnych oddziałów powstańczych odnajdujemy, rzadkie co prawda, odniesienia do służących w ich szeregach Żydów. W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się ponad 150 relacji zawierających takie czy inne, najczęściej bardzo lapidarne, odniesienia do Żydów25. Dysponujemy jednostkowymi relacjami uwolnionych przez powstańców Żydów zagranicznych - więźniów obozu przy ul. Gęsiej. Do pewnego stopnia wypełniają tę lukę wspomnienia uwolnionych Żydów polskich oraz relacje żołnierzy batalionu "Zośka" biorących udział w wyzwoleniu obozu26.
Pewną trudność stanowił dla nas fakt, że we wspomnieniach polskiej ludności cywilnej Żydzi pojawiali się wyłącznie incydentalnie. Byliśmy więc zmuszeni, by opisać losy Żydów cywilów, sięgnąć po wspomnienia żydowskie. Są one obciążone z kolei innymi wadami: Polacy są tam często postrzegani w sposób niezróżnicowany, jako jednolite zbiorowisko, którym przecież nie byli. Przeciętni, niezaangażowani w konspirację Żydzi często nie znali niuansów polskiej polityki, nie rozróżniali podziemnych organizacji - z ich punktu widzenia wszyscy posiadacze broni należeli do Armii Krajowej, ponieważ była to organizacja znana najpowszechniej.
Autorzy interesujących nas przekazów, poza paroma zaledwie wyjątkami, nie dysponowali ani rozleglejszą wiedzą na temat zarówno sytuacji walczących w powstaniu Żydów, jak i położenia ludności cywilnej, ani - co za tym idzie - możliwościami generalizacji i obiektywnej oceny faktów. Pozostawili zapisy przynoszące duży ładunek emocji (dotyczy to również wspomnień powstałych wiele lat po opisywanych wydarzeniach), częstokroć niezwykle ogólnikowe i niepełne pod względem faktograficznym, a przy tym niepozbawione uproszczeń, generalizacji i sądów wartościujących. Część z nich, dodajmy, to efekt rozmów i lektur, a nie własnych doświadczeń.
We wspomnieniach i relacjach Żydów walczących w szeregach AK niejednokrotnie brakuje informacji na temat jednostek, w jakich służyli. Owa lapidarność staje się zrozumiała, gdy uświadomimy sobie, że wspomniane materiały dotyczyły całokształtu wojennych przeżyć ich autorów - w których powstanie warszawskie było tylko epizodem, i to bynajmniej nie najważniejszym. Mieli oni za sobą koszmar deportacji i wysiedleń, utratę najbliższych, udział w powstaniu w getcie warszawskim, miesiące, a nawet lata ukrywania się po "aryjskiej stronie". Jeśli chodzi o relacje spisywane bezpośrednio po wojnie, "zacieranie śladów" staje się zrozumiałe, zważywszy na ówczesny klimat polityczny, niesprzyjający utrwalaniu pamięci na temat walk w szeregach prześladowanej przez komunistów AK.
Co więcej, w przeciwieństwie do większości polskich powstańców, dla Żydów udział w powstaniu nie stanowił najważniejszego pokoleniowego doświadczenia. Wielu dawnych powstańców było później żołnierzami armii izraelskiej i przez dziesięciolecia do polskiej przeszłości nie powracało. Jednym z nich jest Nimrod S. Ariav [Cygielman], wysoki rangą oficer izraelskiego lotnictwa, który będąc osiemnastolatkiem, jako Jerzy Eugeniusz Godlewski walczył na Starym Mieście - "dla siebie i dla Warszawy"27. Niewykluczone, że powstaną jeszcze jego wspomnienia z tego okresu.
Oddawana do rąk Czytelnika książka składa się z pięciu rozdziałów. Pierwszy dotyczy sytuacji Żydów w Warszawie po likwidacji getta warszawskiego, drugi - politycznych i militarnych aspektów związanych z udziałem Żydów w powstaniu (udział w walkach kombatantów ŻOB, żydowskich żołnierzy AK i AL, ochotniczego zaciągu do AL i innych formacji zbrojnych). Rozdział trzeci podejmuje drażliwy temat incydentów antyżydowskich i szerzej postaw i zachowań powstańców wobec Żydów. Rozdział czwarty traktuje o sytuacji Żydów cywilów w poszczególnych dzielnicach objętych powstaniem. Ostatni rozdział poświęcony jest robinsonom, którzy po upadku powstania pozostali w ruinach Warszawy.
Autorzy pragną podziękować prof. dr. hab. Tomaszowi Szarocie, dr. hab. Grzegorzowi Motyce i dr. Januszowi Marszalcowi - recenzentom tej książki - za wiele cennych uwag, komentarzy i wskazówek. Słowa podziękowania wyrażamy również Monice Polit z Żydowskiego Instytutu Historycznego, Katarzynie Utrackiej z Muzeum Powstania Warszawskiego, Witoldowi Mędykowskiemu z Instytutu Yad Vashem oraz Lawrence'owi Weinbaumowi z biura Światowego Kongresu Żydów w Jerozolimie. Szczególne słowa wdzięczności należą się panu Markowi Strokowi za życzliwość i nieocenioną pomoc w gromadzeniu materiału archiwalnego. Za wszelkie niedociągnięcia odpowiadają oczywiście autorzy.
Żydzi i Polacy po powstaniu w getcie
1 sierpnia 1944 r. w Warszawie ukrywało się kilkanaście tysięcy Żydów28. Doliczyć trzeba do tego kilkuset więźniów obozu przy ul. Gęsiej. Tylko, a może aż tylu przetrwało trwające od jesieni 1939 r. nazistowskie prześladowania. 16 listopada 1940 r. Niemcy zamknęli w utworzonej w Warszawie "dzielnicy żydowskiej" około 400 000 osób29. Później do getta przybywały fale przesiedleńców, głównie z okolicznych miejscowości, ale także osoby deportowane z ziem polskich włączonych do Rzeszy oraz z samej Rzeszy; z Berlina i innych niemieckich miast. Katastrofalne warunki panujące w getcie - niemiecka polityka wyniszczania głodem, chorobami, nędzą - spowodowały, że do lipca 1942 r. zmarło tam około 100 000 osób. W okresie likwidacji getta trwającej od 22 lipca do połowy września 1942 r. Niemcy wywieźli z warszawskiego Umschlagplatzu do Treblinki około 350 000 Żydów. Pozostałe kilkadziesiąt tysięcy zginęło lub zostało wywiezionych do obozów zagłady i obozów pracy ulokowanych na Lubelszczyźnie w kwietniu-maju 1943 r.30
Choć getto opuszczano jeszcze przed "wielką akcją likwidacyjną", ucieczki o charakterze masowym rozpoczęły się na dobre w czasie wysiedlenia, a nasiliły po jego zakończeniu - jesienią 1942 r. Niektórzy Żydzi warszawscy wyjeżdżali na prowincję, na wieś lub do innych miast, licząc na to, że nie zostaną tam rozpoznani. Ruch odbywał się również w przeciwną stronę: do Warszawy przybywali uciekinierzy z innych likwidowanych gett, mając nadzieję, że łatwiej będzie zgubić się w wielkim mieście. Szacuje się, że ponad 20 000 Żydów poszukiwało ratunku w tzw. aryjskiej31 części Warszawy. Jak obrazowo pisze Gunnar S. Paulsson, po ostatecznej likwidacji getta powstało tu "utajone miasto" (secret city), połączone siecią powiązań, samoorganizującą się, spontanicznie powstającą konspiracją, opartą na osobistych kontaktach z ludźmi, którym Żydzi mogli zaufać32. Tworzyli je ukrywający się Żydzi oraz ci, którzy im pomagali przetrwać. Odrębną kategorią wśród ukrywających się byli ci, którzy w ogóle nie poszli do zamkniętego w połowie listopada 1940 r. getta. Ustawy norymberskie starali się ignorować ludzie całkowicie zasymilowani, w dużej części byli oni zresztą konwertytami. Dla bezpieczeństwa przeprowadzali się czasem do innej dzielnicy, zmieniali nazwiska, zdobywali nowe dokumenty. Mogło ich być nawet ponad 200033.
Decyzja o wyjściu z getta była dramatycznym wyborem, oznaczała nie tylko rozstanie z rodziną, ale także ukrywanie własnej tożsamości, niepewność losu, konieczność życia w nieustannym napięciu. Ci, którzy chcieli przeżyć wśród "Aryjczyków", musieli spełniać przynajmniej jeden - a najlepiej wszystkie - spośród następujących warunków: tzw. dobry, czyli niesemicki wygląd, posiadanie pieniędzy i fałszywych dokumentów, doskonała znajomość języka polskiego, obyczajów oraz obrządku rzymskokatolickiego, a może przede wszystkim pewne kontakty wśród Polaków. Funkcjonowanie "po stronie aryjskiej" było - z powodu obrzezania - trudniejsze dla mężczyzn niż dla kobiet. Bywały i takie przypadki, że ocaleli ludzie, którzy nie spełniali żadnego z wymienionych warunków, a zginęli tacy, którzy spełniali je wszystkie. Kwestia przeżycia po "stronie aryjskiej" zależała bowiem także od przypadku lub szczęścia czy właściwej reakcji w sytuacji zagrożenia.
Technicznie wyjście z warszawskiego getta nie było bardzo trudne: można było przekupić policjantów przy bramie, opuścić je przez gmach sądów, który miał dwa wejścia - od strony Leszna dla Żydów i od ul. Białej dla "Aryjczyków"; czy przejść na "drugą stronę" z grupą Żydów (tzw. placówką) oficjalnie udającą się do pracy w "aryjskiej" części miasta. Inni wydostawali się przez cmentarz żydowski, sąsiadujący z cmentarzami Powązkowskim oraz ewangelickim. Można było także sforsować mur okalający getto lub wydostać się z niego kanałami. Na uciekinierów czyhały jednak rozliczne niebezpieczeństwa związane z niemiecką polityką eksterminacyjną. Polowano na uciekinierów z getta, za ich wytropienie przyznawano nagrody. Niemieccy żandarmi, gestapowcy, polscy policjanci, tzw. granatowi, a przede wszystkim szmalcownicy - zawodowcy i amatorzy - stanowili największe zagrożenie dla ukrywających się Żydów. Szantażyści ci, nie zawsze zresztą rekrutujący się z marginesu społecznego, uczynili tragedię Żydów źródłem łatwego zarobku34. Zjawisko to pojawiło się w wielu miastach, w których istniały duże getta. Największe rozmiary przybrało w najliczniejszym skupisku Żydów na ziemiach polskich - w Warszawie. Działalność szmalcowników rozpoczęła się jeszcze przed powstaniem getta. Początkowo ich celem był majątek żydowski. Szybko wyspecjalizowali się w tropieniu Żydów pragnących ukryć swą tożsamość. Niejednokrotnie nie ograniczali się do obrabowania ofiar, lecz oddawali je w ręce Niemców. O skali zjawiska świadczy fakt, że wśród żydowskich wspomnień i relacji ocalałych niemal nie ma takich, w których nie wspominano by co najmniej o jednym, a najczęściej o kilku spotkaniach z szantażystami. Szmalcownicy potrafili śledzić swoje ofiary, szantażować je wielokrotnie, ponawiać coraz to nowe żądania w zamian "za milczenie". Dość typową historię przeżyła Alicja Haskelberg, ukrywająca się z bratem i dwójką dzieci. Szantażowani, musieli często zmieniać mieszkania. Gdy skończyły się im pieniądze i nie mogli się już wykupić, Alicja i jej brat Mieczysław Kronsilber w marcu 1943 r. zostali zaprowadzeni do siedziby gestapo przy ul. Szucha. Zostali jednak uratowani przez niezwykły zbieg okoliczności, który autorka relacji opisuje następująco: "Po okropnościach przesłuchiwań w Gestapo zostaliśmy przedwieczorem w dniu 26 marca 1943 r. zabrani samochodem "budą" razem z całym transportem więźniów politycznych i innych, gdzie nas wieźli na Pawiak. W tym transporcie znajdował się przywódca Harcerzy "Czarny" - i jego towarzysze postanowili go odbić i razem z nim cały transport więźniów. Natarcie odbyło się pod Arsenałem przy ul. Długiej. Szczęśliwym trafem ja i mój brat znaleźliśmy się na wolności (...). Uciekliśmy do dozorcy domu przy ul. Nalewki 2 (Pasaż Simonsa) który okazał się ogromnie ludzkim, bo nas przygarnął i wieczorem wyprowadził przy pomocy swojej rodziny do pewnej kryjówki"35.
Alicja Haskelberg stała się mimowolną uczestniczką historycznej "akcji pod Arsenałem", w której odbito z rąk niemieckich Jana Bytnara "Rudego"36. "Akcja pod Arsenałem" miała miejsce właśnie 26 marca 1943 na skrzyżowaniu ulic Bielańskiej i Długiej w Warszawie. Zakończyła się sukcesem: uwolniono "Rudego" (zmarł 4 dni później na skutek ran odniesionych w czasie przesłuchań) oraz 24 inne osoby. Alicja Haskelberg i jej brat, mimo że byli poszukiwani przez gestapo, dotrwali do wybuchu powstania w zamaskowanym pokoju w mieszkaniu przy ul. Wilczej 32.
Do kwietnia 1943 r., dopóki istniało getto, była możliwość powrotu z "aryjskiej strony". Jak wielu nie wytrzymało trudnych warunków ukrywania, ciągłego zagrożenia czy wzrastających kosztów utrzymania, a z drugiej strony tęsknoty za pozostawionymi za murem bliskimi - nigdy się nie dowiemy. Przypadki takie nie były jednak rzadkie. W getcie krążyły rozmaite informacje na temat niebezpieczeństw czyhających po drugiej stronie muru, wielu ludzi obawiało się więc opuszczenia getta. Niejednokrotnie ci, którzy próbowali przetrwać po "aryjskiej stronie", wracali. Powroty nasiliły się bezpośrednio przed powstaniem kwietniowym37. Sytuacja zmieniła się w maju 1943, po ostatecznej likwidacji getta - możliwość powrotu zniknęła. Pojawiły się za to nowe zagrożenia. Żydom ukrywającym się w warszawskim "utajonym mieście" bądź na jego obrzeżach groziły także inne niebezpieczeństwa i pułapki. Latem 1943 r. Niemcy, jak się wydawało, stworzyli możliwość wyjazdu za granicę z okupowanych ziem polskich dla tych Żydów, którzy posiadali obywatelstwo krajów neutralnych, przede wszystkim południowoamerykańskich. Oferta ta sprawiała wiarygodne wrażenie na wielu osobach żyjących pod presją ciągłego zagrożenia. W wyniku tej inicjatywy rozpoczęły się gorączkowe próby zdobywania odpowiednich dokumentów. W wielu przypadkach dokumenty dotarły, przede wszystkim ze Szwajcarii, kiedy starający się o nie już nie żyli - i zostały zatrzymane przez niemiecką policję. Odsprzedawano więc - za pośrednictwem żydowskich współpracowników gestapo - te dokumenty innym chętnym, często za duże pieniądze. Kandydaci do wymiany gromadzili się w hotelu Royal przy ul. Chmielnej, a następnie w Hotelu Polskim przy ul. Długiej 29 w Warszawie. Stąd wzięła się nazwa całej historii, znanej jako "afera Hotelu Polskiego". Kilka tysięcy osób porzuciło bardziej czy mniej bezpieczne kryjówki i zdecydowało się na tę drogę, wierząc, że jest to szansa ratunku. Kilka transportów z "obywatelami państw neutralnych" wyjechało z Warszawy, m.in. 5 i 11 lipca 1943 r. Skierowano je do Vittel i Bergen-Belsen, a stamtąd - w październiku 1944 r. - do Auschwitz i zamordowano, ponieważ państwa południowoamerykańskie nie potwierdziły obywatelstwa warszawskich Żydów. Ocaleli ci, którzy byli wpisani na tzw. listę palestyńską, gdyż ich obywatelstwo potwierdziła Wielka Brytania. Tych, którzy pozostali w Hotelu Polskim, Niemcy wywieźli 15 lipca 1943 r. na Pawiak, gdzie po sprawdzeniu dokumentów większość rozstrzelano38.
Ukrywający się w Warszawie Żydzi funkcjonowali "na powierzchni" lub "pod powierzchnią". Ci pierwsi wtapiali się w "aryjskie" otoczenie i funkcjonowali z nową tożsamością. Drudzy ze względu na swój wygląd czy sposób mówienia nie mogli w ogóle pokazywać się na ulicy - spędzali całe dnie w szafach, w zasłanych tapczanach, leżąc bez ruchu, udając, że nikogo nie ma w domu. Inni przebywali w schronach czy kryjówkach, nie mogąc ich opuszczać. Albo sami organizowali i opłacali swój pobyt, albo przebywali pod opieką innych obywateli "tajnego miasta" - Żydów o "dobrym wyglądzie" lub Polaków. W Warszawie zachowała się jedna spośród wielu indywidualnych kryjówek, w których ukrywali się Żydzi - w domu przy ul. Kopernika 439. Przy ul. Grójeckiej 81 (obecnie Grójecka 77) zbudowano kryjówkę, w której ukrywało się około 40 Żydów, a wśród nich twórca archiwum getta warszawskiego Emanuel Ringelblum. Był to solidny podziemny bunkier wykopany na terenie posesji rodziny Wolskich. Warunki panujące w tym bunkrze opisywał w jednym ze swoich listów do przyjaciół Emanuel Ringelblum: "Co się tyczy p. Krysi [kryptonim kryjówki - B.E. i D.L.] to sytuacja jej wygląda następująco: na 28 m2 - 38 ludzi. Prycz jest 14 na których sypia 34 osób tzn. na metalowych pryczach bardzo ciasnych (my z Jurkiem, on śpi u nóg [Ringelblum z żoną i synem - B.E. i D.L.]), 4 pozostałe osoby śpią na rozstawionych łóżkach polowych, względnie kojkach. (...) Aprowizacja niezła, ale ciasnota nie do opisania. W dodatku pchły, pluskwy..."40. Na początku marca 1944 r. schron został zadenuncjowany, a Żydzi przewiezieni na Pawiak i po kilku dniach rozstrzelani w ruinach getta.
Ukrywający Żydów Polacy bali się Niemców, ale także swoich sąsiadów czy innych Polaków, którzy mogli okazać się donosicielami. Każda zmiana dotychczasowego trybu życia - kupowanie większych ilości jedzenia, szmery w rzekomo pustym mieszkaniu, nagłe pojawienie się "krewnych" - mogła wzbudzić zainteresowanie i stwarzała potencjalne zagrożenie. Ratowanie liczniejszych grup czy całych rodzin, przysparzające poważnych trudności organizacyjnych i technicznych, należało więc do rzadkości. Najczęściej ukrywały się pojedyncze osoby, często osierocone dzieci. Oddawano je do polskich rodzin lub sierocińców.
Decyzja o udzieleniu pomocy Żydom także nie była łatwa. Mimo że groziła za to kara śmierci, znajdowali się jednak ludzie, którzy mieli na to dość odwagi. Niektórzy robili to z pobudek humanitarnych czy religijnych, inni - dla zarobku. Większość ukrywających się Żydów korzystała pośrednio lub bezpośrednio z pomocy Polaków, wielu zdanych było na własną pomysłowość, odwagę i wytrwałość. Bywało, że kobiety pracowały jako pomoce domowe, również u Niemców lub folksdojczów, którzy przeważnie nie domyślali się ich pochodzenia. Zdarzało się także, że Żydzi zgłaszali się dobrowolnie na wyjazd na roboty do Niemiec, gdzie nikt ich nie znał.
Tylko część ukrywających się w Warszawie Żydów była objęta zorganizowaną pomocą. Pochodziła ona z trzech źródeł: Rady Pomocy Żydom działającej pod kryptonimem "Żegota", Żydowskiego Komitetu Narodowego41 i Bundu42. Pierwsze inicjatywy powołania organizacji, której celem miała być zorganizowana pomoc Żydom, pojawiły się tuż po zakończeniu "wielkiej akcji" w warszawskim getcie. 27 września 1942 r. powołano Społeczny Komitet Pomocy Ludności Żydowskiej, zwany także Tymczasowym Komitetem Pomocy Żydom, a konspiracyjnie - Komitetem im. Konrada Żegoty. Utworzyły go środowiska demokratyczne, wcześniej już pomagające Żydom: Polska Organizacja Demokratyczna, reprezentowana przez Wandę Krahelską-Filipowiczową, oraz katolicki Front Odrodzenia Polski, kierowany przez znaną pisarkę Zofię Kossak-Szczucką. Na początku sierpnia 1942 r. FOP - w okresie deportacji Żydów z warszawskiego getta do Treblinki - wydał ulotkę autorstwa Kossak "Protest", w której apelowano: "Wobec zbrodni nie wolno pozostawać obojętnym. Kto milczy w obliczu mordu staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia - ten przyzwala"43.
Na bazie Komitetu 4 grudnia 1942 r. powstała podporządkowana Delegaturze Rządu Rada Pomocy Żydom przy Pełnomocniku Rządu na Kraj. Rzecznikami powstania tej struktury byli niektórzy pracownicy Delegatury Rządu, przede wszystkim pracownicy Wydziału Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej ZWZ-AK z jego szefem Jerzym Makowieckim. Od lutego 1942 r. w ramach tej struktury działał referat żydowski, kierowany przez prawnika Henryka Wolińskiego. Wśród założycieli Rady byli m.in. Stefan Szwedowski - przewodniczący Związku Syndykalistów Polskich, Ignacy Barski, Witold Bieńkowski ps. "Wencki" i Władysław Bartoszewski ps. "Ludwik" z FOP. Do Prezydium Rady weszli przedstawiciele centrowych i lewicowych partii politycznych. Jej przewodniczącym został Julian Grobelny "Trojan" z Polskiej Partii Socjalistycznej-Wolność, Równość, Niepodległość. Dokooptowany do Rady przedstawiciel Stronnictwa Ludowego Tadeusz Rek otrzymał funkcję wiceprzewodniczącego, natomiast Ferdynand Arczyński "Marek" ze Stronnictwa Demokratycznego został skarbnikiem organizacji. Przedstawiciel FOP, mimo że w tym środowisku zrodziła się idea stworzenia organizacji mającej na celu pomoc Żydom, formalnie nie wszedł do Prezydium Rady - Zofia Kossak nie godziła się na rozszerzenie kompetencji Rady poza kwestie pomocy. Wkrótce jednak jej przedstawiciel, Witold Bieńkowski, został mianowany łącznikiem między Delegaturą Rządu a Radą, a od lutego 1943 r. stanął na czele referatu żydowskiego przy Delegaturze. Jego zastępcą był Władysław Bartoszewski "Ludwik".
"Żegota" była jedyną organizacją polsko-żydowską działającą w okresie okupacji i jedyną tego rodzaju w krajach okupowanych przez Hitlera. W jej skład wchodzili dwaj politycy żydowscy: sekretarzem Rady został psycholog i doktor filozofii Adolf Berman "Borowski", członek Poalej Syjon-Lewicy44, w getcie dyrektor Centosu45 reprezentujący Żydowski Komitet Narodowy, a Leon Feiner "Mikołaj" z Bundu wybrany został na jej wiceprezesa46. W prace "Żegoty" było zaangażowanych wielu ukrywających się po "stronie aryjskiej" Żydów. Rada funkcjonowała dzięki funduszom otrzymywanym od rządu w Londynie w formie comiesięcznej dotacji. Przez londyńskie kanały przerzutowe przychodziły też do kraju pieniądze dla żydowskich organizacji pomocowych (ŻKN i Bund) przekazywane przez międzynarodowe organizacje żydowskie takie jak "Joint".
Działalność Rady Pomocy Żydom polegała na wyszukiwaniu mieszkań i kryjówek, dostarczaniu fałszywych "aryjskich" dokumentów, rozdawaniu zapomóg i żywności, organizowaniu opieki lekarskiej, pomaganiu Żydom przebywającym w obozach pracy i opiece nad dziećmi. Działalność Rady była zorganizowana w referatach: mieszkaniowym (kierowniczka Emilia Hiżowa), terenowym (Stefan Sendłak), dziecięcym (Aleksandra Dargielowa, później Irena Sendlerowa) i lekarskim (Ludwik Rostkowski). Filie Rady powstały w Krakowie i Lwowie. Działania Rady daleko wykraczały poza bieżącą działalność pomocową. Włączyła się ona w przygotowywanie materiałów dla rządu w Londynie prowadzącego akcję dyplomatyczną, której celem było zainteresowanie wolnego świata zagładą Żydów dokonywaną na ziemiach polskich przez Niemców. Równolegle prowadzono akcję edukacyjną skierowaną do społeczeństwa polskiego, mającą uwrażliwić je na tragiczną sytuację Żydów. Niezwykle istotnym aspektem działań Rady był stały nacisk na delegata rządu w celu podjęcia zdecydowanej walki z donosicielami i stosowania, podobnie jak wobec agentów gestapo, kary śmierci w stosunku do działających bezkarnie szantażystów. Przez wiele miesięcy wszystkie te zabiegi pozostawały bezowocne. Reakcja Polskiego Państwa Podziemnego ograniczała się wyłącznie do wydawania oświadczeń i ostrzeżeń w tej sprawie publikowanych w prasie konspiracyjnej. Pierwsze takie ostrzeżenie pojawiło się na łamach "Biuletynu Informacyjnego":
"Warszawa, 18 marca 1943. Komunikat Kierownictwa Walki Cywilnej w sprawie zwalczania szantażów wobec Żydów i wobec Polaków dopomagających Żydom
Szantaże i ich zwalczanie
Kierownictwo Walki Cywilnej komunikuje:
"Społeczeństwo polskie, mimo iż samo jest ofiarą okropnego terroru, ze zgrozą i głębokim współczuciem patrzy na mordowanie przez Niemców resztek ludności żydowskiej w Polsce. Założyło ono przeciwko tej zbrodni protest, który doszedł do wiadomości całego wolnego świata, zaś Żydom, którzy zbiegli z getta lub z obozów kaźni, udzieliło tak wydatnej pomocy, że okupant opublikował zarządzenie grożące śmiercią tym Polakom, którzy pomagają ukrywającym się Żydom. Niemniej znalazły się jednostki wyzute ze czci i sumienia, rekrutujące się ze świata przestępczego, które stworzyły sobie nowe źródło występnego dochodu przez szantażowanie Polaków ukrywających Żydów i Żydów samych. KWC ostrzega, że tego rodzaju wypadki szantażu są rejestrowane i będą karane z całą surowością prawa, w miarę możności już obecnie, a w każdym razie w przyszłości""47.
Przestępstwa tego rodzaju leżały w gestii Cywilnych Sądów Specjalnych (CSS) utworzonych pod koniec 1942 r. i podporządkowanych Kierownictwu Walki Cywilnej. Po wielu miesiącach naciski Rady odniosły skutek. Pierwszy wyrok na szantażystę wydano w Warszawie 7 lipca 1943 r., wykonano 25 sierpnia, a do publicznej wiadomości podano w połowie września 1943 r.48 (pierwszy taki wyrok na ziemiach polskich wykonano w Krakowie 17 lipca 1943 r.). Tak późne zajęcie się tą sprawą wynikało po części z powolnego trybu pracy zespołów śledczych i sądzących, a po części z braku determinacji kręgów decyzyjnych cywilnego pionu polskiej konspiracji49. Radykalna zmiana nastąpiła dopiero po podporządkowaniu KWC Komendzie Głównej AK i przekształceniu go w Kierownictwo Walki Podziemnej (15 września 1943 r.). Zapowiedź ścigania szantażystów została bardzo mocno zaakcentowana już w komunikacie podpisanym przez delegata rządu i dowódcę AK: "Szczególnie ścigane będą przez Sądy Specjalne szantaże pieniężne i wyłudzanie pieniędzy pod przykrywką starań o zwolnienie uwięzionych lub internowanych Polaków oraz szantaże pieniężne na ukrywających się Żydach"50. Za pierwszymi wyrokami poszły następne. Za zbrodnie na Żydach z wyroku warszawskiego CSS zastrzelono Tadeusza Stefana Karcza, Janusza Krystka (zamieszkałego w powiecie węgrowskim)51, Jana Łakińskiego (to on prawdopodobnie zadenuncjował schron Emanuela Ringelbluma oraz ukrywających go Polaków) i policjantów granatowych Bolesława Szostaka i Antoniego Pietrzaka (sentencję wyroku na tym ostatnim opublikowano trzy tygodnie przed wybuchem powstania). Oprócz nich Kedyw zlikwidował jeszcze kilka innych osób, Polaków i Niemców, mających na sumieniu szantażowanie Żydów. Z uwagi na to, że nie wszystkie wyroki na szantażystów zostały opublikowane w prasie konspiracyjnej (opublikowano ich 8), trudno dokładnie ocenić skalę zwalczania szantaży. Od lat w literaturze funkcjonuje szacunek, że CSS w Warszawie miał wydać około 70 wyroków śmierci na konfidentów i kolaborantów, z czego około 30% miało dotyczyć przestępców, których główną winą było prześladowanie Żydów52. Jak dotąd nie udało się tych liczb zweryfikować.
Jednak w warunkach konspiracyjnych oraz ze względu na ograniczone i często otrzymywane z dużym opóźnieniem środki finansowe organizacje koordynujące pomoc dla ukrywających się Żydów nie były w stanie dotrzeć do wszystkich potrzebujących. Oblicza się, że z pomocy finansowej RPŻ, Bundu i ŻKN korzystało około 12 000 Żydów, z czego 6500 to podopieczni ŻKN, zaś około 3000 "Żegoty". Prócz zorganizowanej pomocy dla ukrywających się Żydów, wiele osób pomagało im indywidualnie. Trudno oszacować, jak wielu Polaków było zaangażowanych w pomoc Żydom - czasem incydentalną, jednorazową, a czasem długotrwałą, systematyczną pomoc dla kilku czy nawet kilkunastu osób, za którą w okupowanej Polsce groziła kara śmierci. Jak wynika z ustaleń b. Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, około 700 osób zostało zamordowanych w następstwie pomocy Żydom. W samej Warszawie Niemcy mieli zamordować za udzielanie pomocy Żydom 47 osób, a 15 wysłać do obozów koncentracyjnych, gdzie większość zginęła. Ilu pomagało Żydom, nie ponosząc z tego powodu tragicznych konsekwencji - nie sposób dokładnie ustalić53.
"Tajne miasto" Polaków i Żydów, opierające się na wzajemnej pomocy, solidarności i tajemnicy, funkcjonowało w Warszawie do wybuchu powstania sierpniowego.
Żydowska Organizacja Bojowa po powstaniu
W rozpoczętym 19 kwietnia 1943 r. powstaniu w warszawskim getcie wzięło udział kilkuset bojowców żydowskich wchodzących w skład dwóch organizacji bojowych: Żydowskiej Organizacji Wojskowej i Żydowskiego Związku Wojskowego. Ta pierwsza, powstała 24 sierpnia 1942 r., zrzeszając początkowo członków organizacji młodzieżowych Ha-Szomer ha-Cair, Dror, Akiwa, do których przyłączyły się następnie Poalej Syjon, komuniści, a wreszcie Bund, od jesieni 1942 r. utrzymywała kontakt z cywilnymi i wojskowymi strukturami Polski Walczącej - Armią Krajową i Delegaturą Rządu. Za sprawą tych kontaktów, w aspekcie wojskowym koordynowanych przez referat żydowski w Biurze Informacji i Propagandy KG AK kierowanym przez Henryka Wolińskiego, ŻOB pozyskała pewną ilość uzbrojenia niezbędnego do przygotowania oporu. W kilku partiach przekazano do getta kilkadziesiąt egzemplarzy broni krótkiej, granaty i materiały wybuchowe. Łącznikiem ŻOB po "stronie aryjskiej" był Arie Wilner ps. "Jurek". Na komendanta ŻOB został wybrany Mordechaj Anielewicz (1919-1943) z organizacji Ha-Szomer ha-Cair.
Żydowski Związek Wojskowy, utworzony przez członków Betaru - młodzieżowej przybudówki Nowej Organizacji Syjonistycznej (tzw. syjonistów-rewizjonistów) - powstał zapewne w tym samym czasie co ŻOB54. Był organizacją mniej liczną, lecz - pomimo braku kontaktu z przedstawicielstwem Polskiego Państwa Podziemnego - stosunkowo dobrze zorganizowaną i uzbrojoną55. Broń pochodziła głównie z zakupów dokonywanych częściowo za pośrednictwem osób związanych z polską konspiracją, lecz działających na własną rękę i dla własnej korzyści. Na jej czele stali Paweł Frenkel (?-1943) i pochodzący z Kielc dziennikarz Leon Rodal (1913-1943). Organizacja wyłoniła własny komitet polityczny, na którego czele stali znani przed wojną działacze Nowej Organizacji Syjonistycznej dr Dawid Wdowiński i dr weterynarii Michał Strykowski.
23 kwietnia 1943 r. przedstawiciele ŻOB po aryjskiej stronie wydali apel do społeczeństwa polskiego. Pisano w nim: "Polacy, Obywatele, Żołnierze Wolności! (...) Toczy się walka o naszą i o waszą wolność! O Wasz i nasz - ludzki, społeczny i narodowy - honor i godność! Pomścimy zbrodnie Oświęcimia, Treblinek, Bełżca, Majdanka. Niech żyje braterstwo broni i krwi Walczącej Polski! Niech żyje wolność! Śmierć katom i oprawcom. Niech żyje walka na śmierć i życie z okupantem!"56. Równie silnie oddziaływającym symbolem były wywieszone przez bojowców ŻZW na jednym z budynków przy pl. Muranowskim dwa sztandary: biało-czerwony i biało-niebieski. Realne możliwości Armii Krajowej i innych formacji wojskowych, by przyjść z pomocą walczącym, były ograniczone. Kilka akcji przeprowadzonych pod murami getta miało znaczenie czysto symboliczne. Pierwsza z nich, zarazem największa, została przeprowadzona 19 kwietnia 1943 r. siłami jednego z oddziałów warszawskiego Kedywu pod dowództwem kpt. Józefa Pszennego "Chwackiego". Planowano wysadzić mur getta i w ten sposób otworzyć Żydom drogę ucieczki. Z powodu obecności w rejonie uderzenia nadspodziewanie dużych sił nieprzyjaciela próba zakończyła się fiaskiem. W starciu padło dwóch żołnierzy AK, jeden został ciężko ranny, kilku innych odniosło lżejsze obrażenia. Nie udało się dotrzeć do muru, a minę zdetonowano z dala od celu57.
W trakcie walk w getcie i podczas ewakuacji (w Warszawie i poza miastem) poległa większość żołnierzy ŻZW i przywódcy organizacji. Leon Rodal zginął w getcie. Paweł Frenkel po kilku dniach ciężkich walk przeszedł wraz ze swoim oddziałem na "stronę aryjską" tunelem pod ul. Muranowską. Stamtąd część grupy została przewieziona do specjalnie wynajętej dla nich willi w Michalinie. Bojowcy ŻZW zostali rychło zdekonspirowani i zaatakowani przez żandarmerię. Ci, którzy przeżyli, powrócili do Warszawy. Był wśród nich również Frenkel, który wraz z kilkoma towarzyszami znalazł schronienie w kamienicy przy ul. Grzybowskiej 11. Zginął 19 czerwca 1943 r., w walce z Niemcami. Grupa bojowców, która pozostała w kamienicy przy Muranowskiej, została zdekonspirowana już 27 kwietnia. Jej członków po krótkiej walce ujęto i najprawdopodobniej zamordowano. Tym sposobem zginęli wszyscy członkowie siedmioosobowej komendy ŻZW. Członkowie komitetu politycznego zostali wywiezieni do obozów na Lubelszczyźnie. W powstaniu zginęła również duża część żołnierzy ŻOB wraz z komendantem Mordechajem Anielewiczem. 8 maja 1943 r. popełnił on samobójstwo wraz z kilkudziesięcioma towarzyszami w bunkrze przy ul. Miłej 18. Jednak w przeciwieństwie do ŻZW, którego pozostali przy życiu członkowie ulegli rozproszeniu, ŻOB, dzięki swym kontaktom po "aryjskiej stronie", zarówno z AK, jak i podziemiem komunistycznym, choć zdziesiątkowana, zachowała ciągłość organizacyjną.
Funkcję komendanta ŻOB przejął Icchak Cukierman "Antek" (1915-1981), dotychczasowy zastępca Anielewicza. Pochodzący z Wilna Cukierman od 1936 r. mieszkał w Warszawie, gdzie sprawował funkcję sekretarza generalnego syjonistycznej organizacji młodzieżowej Dror-he-Chaluc. W ŻOB, którą współtworzył, został zastępcą komendanta. Na początku kwietnia 1943 r. znalazł się po "aryjskiej stronie" jako oficjalny przedstawiciel organizacji do kontaktów z AK z zadaniem przejęcia obowiązków aresztowanego przez Niemców Ariego Wilnera (6 marca 1943). W okresie powstania zabiegał o pomoc dla walczącego getta, a następnie koordynował ewakuację pozostałych przy życiu bojowców poza Warszawę. Działania te zakończyły się sukcesem. Nadludzkim wysiłkiem przedstawicielstwa ŻOB po "aryjskiej stronie" udało się wyprowadzić z getta kanałami dwie grupy bojowców liczące w sumie około osiemdziesięciu osób. Jednym z organizatorów tego przedsięwzięcia był Kazik Ratajzer (Simcha Rotem, ur. w 1924 r.), wysłany po kilku dniach walk na "stronę aryjską" z zadaniem znalezienia sposobów opuszczenia getta przez walczących towarzyszy. Obie grupy udało się przetransportować w okolice Łomianek, gdzie spędziły kilkanaście dni w oczekiwaniu na pomoc. Niektórzy bojowcy (np. Cywia Lubetkin i bundowiec Marek Edelman) powrócili do Warszawy, większość jednak zmuszona była pozostać na prowincji. Z uwagi na to, że ŻOB nie otrzymała żadnego realnego wsparcia od struktur AK, zmuszona była podporządkować się PPR i GL. ŻOB-owcy zostali przewiezieni w lasy wyszkowskie, tworząc oddział im. Anielewicza, który wkrótce podzielił się na trzy niezależne grupy. Jednak bez znajomości terenu, bez wsparcia miejscowej ludności, a co ważniejsze - bez poparcia struktur Armii Krajowej - ich los był przesądzony. W ciągu kilku następnych miesięcy oddziały te zostały rozbite, a większość bojowców zginęła, część w walce z Niemcami, inni w nie do końca rozpoznanych okolicznościach58. Część partyzantów wróciła do Warszawy. Były komendant getta centralnego Izrael Kanał z powodu trudności związanych z ukrywaniem się po "aryjskiej stronie" zgłosił się do Hotelu Polskiego; miał "zły wygląd", nie miał mieszkania, a powrót do partyzantki okazał się niemożliwy. Podobnie postąpił mający za sobą traumatyczne przeżycia inny dowódca z getta - Eliezer Geller59. Obaj zginęli.
Niektórzy ŻOB-owcy nadal pozostawali na prowincji. W maju 1944 r. doszło do spotkania przebywających na ćwiczeniach żołnierzy kompanii B-1 pułku "Baszta" z kilkoma uczestnikami powstania w getcie. Miało ono miejsce nieopodal miejscowości Kamieńczyk w lasach wyszkowskich. Jerzy Kłoczowski, uczestnik tego spotkania, pisał po latach: "Ich opowiadania o tych walkach i cała postawa robiły na nas wielkie wrażenie: było rzeczą zupełnie oczywistą, że rychło podejmiemy w Warszawie walkę zbrojną, która będzie stanowić niejako dalszy ciąg walki toczonej przez naszych kolegów z ŻOB"60. Zachowały się fotografie dokumentujące to spotkanie. Nie wiadomo jednak, kim byli partyzanci żydowscy61.
Do 1 sierpnia 1944 r. udało się przetrwać w Warszawie kilkudziesięciu osobom związanym z ŻOB. Cukierman starał się pozostawać z nimi w kontakcie, jeśli nie bezpośrednim, to z pomocą łączniczek (wielu z nich nie mogło swobodnie poruszać się po mieście z obawy przed grożącym im niebezpieczeństwem), a przede wszystkim nieść im pomoc materialną. Oprócz ŻOB-owców w ukryciu pozostawało wielu Żydów uciekinierów i wychodźców z getta, gotowych przyłączyć się do konspiracji. Zrazu udało się to tylko nielicznym, którzy znaleźli się w szeregach AK, Socjalistycznej Organizacji Bojowej czy strukturach komunistycznych. Intencją Komendy ŻOB było nie tylko zapewnienie tym ludziom bezpieczeństwa, lecz także wykorzystanie ich do zadań bojowych, takich jak likwidacja szmalcowników, a w perspektywie czynny udział w walce z okupantem. Tak narodził się pomysł stworzenia żydowskiego oddziału w ramach AK, który miał przystąpić do walki w chwili wybuchu powstania powszechnego. Z zachowanych dokumentów wynika, że jego zalążek powstał kilka miesięcy po powstaniu w getcie. Jednostkę tworzono zapewne zgodnie z rozkazami dowódcy AK gen. Stefana Roweckiego "Grota" oraz dowódcy warszawskiego Okręgu AK płk. Antoniego Chruściela ("Konara", "Montera"). Jeszcze w lutym 1943 r. "Grot" nakazywał komendantom okręgów AK udzielenie pomocy tym gettom, które zdecydują się na podjęcie zbrojnej samoobrony. Później zezwalał na "utworzenie żydowskich oddziałów powstańczych spośród nastawionego patriotycznie elementu (bundowcy, syjoniści). Sugerował, by oddziałów takich nie używać w akcji dywersyjnej i partyzanckiej, lecz pozwolić im wytrwać do czasu powstania i przygotować się do niego"62. Również "Monter", jeszcze przed powstaniem w getcie, nie widząc możliwości przyjmowania Żydów do oddziałów AK na terenie Okręgu Warszawskiego i Obszaru Warszawskiego AK, wyraził zgodę na tworzenie z Żydów "biernych oddziałów powstańczych". Nie znamy nazwiska osoby odpowiedzialnej za stworzenie tego oddziału - miał nim być przedwojenny oficer zawodowy. Jednym z organizatorów oddziału ze strony żydowskiej był wspomniany już Simcha Rotem ("Kazik"). Jako że swobodnie poruszał się po "aryjskiej stronie", powierzono mu przeprowadzenie naboru do oddziału wśród Żydów ukrywających się w Warszawie. Stykał się on również z przedstawicielami polskich czynników wojskowych wyznaczonych do realizacji tego zadania. W jego ocenie instruktor z ramienia AK okazał się dobrym fachowcem: "był wojskowym z prawdziwego zdarzenia. Umiał wszystko szybko i dobrze wyjaśnić. Kontakt z nim upewnił mnie, że przygotowuje się Powstanie"63.
15 listopada 1943 r. w sprawozdaniu do Londynu przedstawiciele Komitetu Centralnego Bundu informowali, że oddział powstańczy w Warszawie "został już formalnie zorganizowany, do którego należy parędziesiąt Żydów pod kierunkiem oficera WP. Oddział ten miałby - po faktycznym uruchomieniu - być czynny, jak jego nazwa wskazuje, w chwili ogólnego powstania przeciw okupantowi łącznie z innymi oddziałami, których byłby częścią składową. I ta sprawa jest finalizacją rozmów KK [Komisji Koordynacyjnej] względnie ŻOB na odcinku wojskowym z odnośnym oficjalnym konspiracyjnym czynnikiem". Bund, w duchu swej tradycji, optował raczej za tworzeniem "mieszanych oddziałów" polsko-żydowskich64. Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana, a prace organizacyjne napotykały niespodziewane przeszkody. W liście do dowódcy AK gen. Tadeusza Komorowskiego "Bora" datowanym na 26 listopada 1943 r. Cukierman skarżył się: "Decyzją odpowiednich władz, przed trzema miesiącami został w Warszawie utworzony żydowski oddział powstańczy. Od 10-ciu tygodni Komendant Oddziału nie ma kontaktu z instruktorem, delegowanym przez Władze Wojskowe. Interweniowaliśmy w tej sprawie niezliczoną ilość razy, ale bez skutku. Oddział się rozpada"65. Jednak pomimo powtarzających się monitów wysuwanych przez stronę żydowską inicjatywa upadła. Z napisanego niedługo po powstaniu warszawskim sprawozdania dotyczącego działalności referatu żydowskiego w Komendzie Głównej AK, sygnowanym przez kierownika tej struktury Henryka Wolińskiego wynika, że głównym powodem fiaska były zaniechania ze strony oficera wyznaczonego do sformowania oddziału: "Wyznaczono naszego oficera do szkolenia tego oddziału. Przybył on na punkt szkoleniowy, wyznaczył spotkanie, lecz się na nie nie stawił. Na skutek wielokrotnych interwencji, wspomniany oficer przybył na punkt jeszcze jeden raz, lecz w stanie zupełnie nietrzeźwym. Dalsze interwencje nie odniosły skutku. Żydowski oddział powstańczy nie otrzymał wyszkolenia i przestał istnieć"66. Biorąc pod uwagę trudności techniczne związane z trybem szkolenia osób ukrywających się, mających z powodu tzw. złego wyglądu problemy ze swobodnym poruszaniem się po mieście, a tym samym szczególnie narażonych na dekonspirację, sprawa mogła być daleko bardziej skomplikowana. Dostrzegał to również sam Cukierman. Po latach pisał: "Trudno było wymagać od człowieka, by spełniał wszystkie wymagania: żeby był gotów walczyć i żeby miał aryjski wygląd. Mógł być człowiekiem walki, ale jego wygląd mógł zagrozić każdej akcji. Dlatego szukaliśmy przede wszystkim ludzi o aryjskim wyglądzie. Czasami nie wiedzieliśmy, czy człowiek ten zda egzamin, nie wiedzieliśmy skąd przychodzi. Ilu ludzi mogliśmy zebrać po stronie aryjskiej? Trzeba pamiętać przecież, że około 90% Żydów ukrywało się ze względu na semicki wygląd. Co mogli robić? Tylko ukrywać się. Dlatego pomagaliśmy im się ukrywać. Szukaliśmy ze świecami każdego, kogo można było zmobilizować do walki. Ale w rachubę wchodziło nie więcej niż kilkadziesiąt osób'67. Na dowódcę żydowskiego oddziału powstańczego był przewidziany inżynier Rychter, oficer rezerwy, o pseudonimie "Stary", ukrywający swą tożsamość pod nazwiskiem Janiszewski68. Niezależnie jednak od przyczyn tego niepowodzenia, fakt ten odbił się niekorzystnie na uczestnictwie Żydów w powstaniu warszawskim.
Sprawa sformowania żydowskiego oddziału powstańczego, choć niewątpliwie ważna, stanowiła tylko fragment kontaktów polskiej i żydowskiej konspiracji zbrojnej w tym okresie. Komendant ŻOB w dalszym ciągu spotykał się z przedstawicielami Armii Krajowej: Aleksandrem Kamińskim, redaktorem naczelnym "Biuletynu Informacyjnego", i wspominanym już Henrykiem Wolińskim. Jeśli jednak wierzyć wspomnieniom Cukiermana, ich częstotliwość w 1944 r. wyraźnie spadła. Za pośrednictwem polskiego podziemia wymieniano korespondencję z Londynem oraz otrzymywano fundusze przekazywane przez organizacje żydowskie na działalność wojskową i na pomoc ukrywającym się Żydom69. Spotkania te odbywały się w "melinach" ŻOB. Żydowscy konspiratorzy wykorzystywali kilka bezpiecznych adresów jako punkty kontaktowe, składy broni, przede wszystkim jednak jako mieszkania. Jedno z nich mieściło się przy ul. Komitetowej 4, kolejne przy ul. Pańskiej 5 - w wynajęciu tego ostatniego pośredniczył Aleksander Kamiński. Bezpośrednio przed powstaniem główna baza znajdowała się w kamienicy przy ul. Leszno 18, przylegającej do budynku konsystorza (Domu Dysydentów) przy kościele ewangelicko-reformowanym: "Jedna ściana, od strony kościoła była zamurowana, a za nią znajdowała się duża kryjówka, mogąca pomieścić 10 osób. Tam znajdowało się również archiwum i skład broni. (...) wchodziło się przez piec, który stał na wschodniej ścianie. Była to dobra kryjówka (...). Budowa "meliny" wymagała pomocy fachowców w dziedzinie murarstwa, elektryczności, itp. A nie było zbyt wielu żydowskich murarzy. (...) Fachowcami zawsze byli Polacy"70. Mieszkali tu Icchak Cukierman, Cywia Lubetkin, Marek Edelman i inni. Znajdowały się tu również magazyn broni oraz archiwa ŻOB i młodzieżowej organizacji Dror. Kolejnym ważnym ogniwem żydowskiej konspiracji było sześciopokojowe mieszkanie przy ul. Żurawiej 27, gdzie mieściła się siedziba Komitetu Centralnego Bundu. Lokal ten, również wyposażony w skrytkę, służył zarówno do celów mieszkalnych, jak i organizacyjnych.
Przebywający po "aryjskiej stronie" działacze żydowskiego podziemia utrzymywali stały kontakt z Delegaturą Rządu. Przekazywano korespondencję i przesyłane od organizacji żydowskich z zagranicy fundusze na pomoc Żydom. Jeszcze latem 1944 r. spotkali się z kurierem Tadeuszem Chciukiem "Celtem". Z drugiej strony niektórzy z nich coraz silniej wiązali się z komunistami. Symbolem tej ambiwalencji była postawa Adolfa Bermana, przewodniczącego ŻKN i wiceprzewodniczącego "Żegoty", który wszedł w skład powołanej do życia z początkiem 1944 r. pod egidą PPR Krajowej Rady Narodowej71, stanowiącej istotny element w scenariuszu przejęcia władzy nad Polską przez komunistów. Przyczyny tych działań były złożone, uproszczeniem byłoby sprowadzać je do motywacji czysto politycznej. Sytuacja ta odbiła się na postrzeganiu Żydów w kręgach polskiej konspiracji niepodległościowej.
Żydowska Organizacja Bojowa w powstaniu
W powstaniu warszawskim walczyli z bronią w ręku weterani powstania w getcie. Byli to zarówno żołnierze Żydowskiej Organizacji Bojowej - organizacji stanowiącej trzon wojskowej konspiracji żydowskiej, jak i - choć w daleko mniejszym stopniu - pozostali przy życiu członkowie Żydowskiego Związku Wojskowego. Jednak tylko ŻOB zachowała ciągłość organizacyjną i w dniach powstania, pomimo niewielkiego potencjału, mogła wystąpić jako odrębna formacja, świadoma swych celów.
W chwili wybuchu powstania na terenie Warszawy przebywało kilkudziesięciu ŻOB-owców. Ze strony dowództwa AK nie istniały jakiekolwiek plany włączenia ich do działań zbrojnych. Ostatnią taką inicjatywą była opisana w rozdziale I, zakończona kompletnym fiaskiem próba sformowania żydowskiego oddziału powstańczego. Nie jest to szczególnie zaskakujące, ponieważ z punktu widzenia ogromu wyzwań i zadań stojących przed Armią Krajową Żydowska Organizacja Bojowa była, biorąc pod uwagę jej rzeczywisty potencjał bojowy, formacją mało znaczącą, z którą utrzymywano ograniczone kontakty, raczej w imię racji politycznych i moralnych aniżeli wojskowych. Nie bez znaczenia były też obserwowane z niepokojem zacieśniające się kontakty polityków i bojowców żydowskich z podziemiem komunistycznym, zarówno z PPR, jak i AL. Z drugiej strony, Komenda ŻOB, złożona z kilku zaledwie osób (Cukierman, Edelman, Lubetkin), w dodatku zagrożonych i zmuszonych do ukrywania się, skoncentrowana była głównie na przetrwaniu oraz pomocy dla ukrywających się Żydów i, jak się wydaje, nie miała żadnego scenariusza "mobilizacyjnego" na wypadek wybuchu walk w mieście, mimo że taką ewentualność przewidywano.
Początek walk stanowił zaskoczenie nie tylko dla szeregowych bojowców, ale i dla Cukiermana. Postawy i decyzje zależały w dużym stopniu od okoliczności. Ci, którzy znajdowali się w pobliżu, kierowali się do bazy przy ul. Leszno 18 lub do kwatery Bundu przy Żurawiej. Mimo że nie brakowało obaw, dominowało pragnienie natychmiastowego przyłączenia się do walki. O ówczesnych nastrojach mówią pozostawione przez żołnierzy ŻOB świadectwa. Icchak Cukierman wspominał: "Jeszcze przed wybuchem powstania czuliśmy, że coś się szykuje, ale o dokładnym terminie dowiedzieliśmy się dopiero w dniu, kiedy wybuchły walki. Miałem szczęście, że w dniu wybuchu powstania byłem w dzielnicy, (...) która znajdowała się pod kontrolą powstańców. (...) nie mogę mówić o ogóle Żydów; mogę mówić tylko o naszej grupie. Mam wrażenie, że była to grupa najbardziej nieszczęśliwa. Była to grupa bojowników, którzy w innych warunkach, w innym miejscu - w getcie, wśród Żydów - nie zaprzestaliby walki 10 maja 1943 r., ze spaleniem getta; a teraz, po aryjskiej stronie, byli skazani na bezczynność. Nie mogli robić niczego. Co mogła robić Cywia? Daję ją jako przykład, ze względu na wybuchowy temperament. Chciała rzeczy nieosiągalnych. To samo dotyczyło Marka Edelmana, który dowiódł swej odwagi, czego byłem świadkiem; odważny był też na Starówce. Była to grupa bojowników sparaliżowanych okolicznościami. I oto teraz powstanie warszawskie wyzwoliło tę siłę. Nie trzeba być psychologiem, żeby zrozumieć, co czuli ci ludzie. Przypuszczam, że cały czas marzyli o chwili, kiedy będą mogli stanąć do walki przeciwko Niemcom. I przyszedł 1 sierpnia 1944 r. i dał im szansę spełnienia tego marzenia"72. Sprawa nie była jednak prosta. Rozgoryczeniu z powodu braku zainteresowania AK sprawami żydowskimi towarzyszył wzrost zaufania do konspiracji komunistycznej, deklarującej daleko większe zrozumienie i otwartość. Na dylemat ten zwracał uwagę Simcha Rotem: "Powstało podstawowe pytanie - czy przyłączyć się do AK, czy do AL. Pytanie - czy w ogóle brać udział w Powstaniu - nigdy nie padło. To było oczywiste, że będziemy walczyć. Byliśmy grupą bojową i mieliśmy Antka - naszego komendanta. Więc chodziło o to, z kim się połączyć: z AK czy z AL"73. W jakiś sposób wiązało się to z kwestiami natury ideologicznej. Cywia Lubetkin pisała co prawda: "Nasze grupy również były świadome, jaka jest polityczna treść powstania. Lecz była to wojna z Niemcami, więc my, członkowie ŻOB, przyłączyliśmy się do powstania jako zorganizowana grupa"74.
Mieszkający razem ze Stefanem Grajkiem przy ul. Leszno 27 inny członek ŻOB, Tuwia Borzykowski, wspominał: "Powitaliśmy wybuch powstania z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony odczuwało się pragnienie wyjścia na ulicę i radosnego powitania wolności, ale z drugiej strony obawa, że wszystko może jeszcze się zmienić, podpowiadała by pozostać w ukryciu". Podobne rozterki musieli przeżywać również członkowie organizacji wojskowej: "Podczas gdy Polacy walczyli z nadzieją na zwycięstwo, Żydzi wiedzieli, że ich wojna dawno została przegrana. Ich główną motywacją była nienawiść do wroga. W pewnym sensie byliśmy jednak w lepszej sytuacji niż Polacy. Po doświadczeniach wyniesionych z getta byliśmy lepiej przystosowani do życia pośród zniszczenia, płonących domów, duszącego dymu". Co ciekawe, Borzykowski w ogóle nie wspomina o próbie przyłączenia się oddziału ŻOB do AK, stwierdzając, że ŻOB planowała akces do AL75. Analizując wybory żydowskich konspiratorów, nie należy jednak przeceniać znaczenia aspektów politycznych. Dużą rolę odgrywały konkretne okoliczności, w jakich przyszło im działać. Scenariusz pisało życie. Mówił o tym Marek Edelman: "O piątej po południu usłyszeliśmy pierwsze strzały. Trzeba było iść do walki. Ale z kim? Nie wchodziliśmy w skład żadnej organizacji wojskowej. Jednak wyszliśmy na ulicę. Czuliśmy się wolni. Poszedłem na Żelazną. Mieszkała tam grupa naszych kolegów, którzy wrócili z lasu. Długo dyskutowaliśmy co robić"76.
W pierwszych dniach walk Komenda ŻOB zdana była tylko na siebie. Wybuch powstania doprowadził do rozproszenia działaczy "Żegoty". Poza Warszawą znaleźli się kierownik referatu żydowskiego przy Delegaturze Rządu, będący pośrednikiem między konspiracją żydowską a czynnikami polskimi, Witold Bieńkowski i wiceprzewodniczący "Żegoty" Tadeusz Rek. Adolf Berman i Roman Jabłonowski (który zastąpił na stanowisku przewodniczącego aresztowanego Juliana Grobelnego) znaleźli się na Żoliborzu, Marek Arczyński, Leon Feiner, Władysław Bartoszewski oraz Stefan Sendłak (kierownik referatu terenowego Rady) przebywali na terenie Śródmieścia. Ten ostatni został mianowany zastępcą delegata III Rejonu (Śródmieście Północ). Wiemy o jednym tylko posiedzeniu Rady w okresie powstania. Odbyło się ono, w bardzo okrojonym składzie, dopiero we wrześniu 1944 r. Obecni byli Feiner, Arczyński i Sendłak. Postawiono tam m.in. wniosek zwrócenia się do władz powstańczych o uchylenie niemieckiego ustawodawstwa antyżydowskiego oraz wydanie oświadczenia o równouprawnieniu ludności żydowskiej. Jeśli wierzyć Sendłakowi, takie enuncjacje zostały wydane. Nie potwierdza tego jednak lektura prasy powstańczej. Bundowiec Bernard Baruch Goldstein jednoznacznie stwierdził fiasko rozmów na ten temat z przedstawicielami Delegatury77. Szczegółów jednak brak.
Ze względu na kwestie natury wojskowej dekompozycja struktur "Żegoty" nie miała decydującego wpływu na rozwój sytuacji. O wiele większe znaczenie dla funkcjonowania ŻOB w powstaniu miała nieobecność Henryka Wolińskiego, który od jesieni 1942 r. koordynował kontakty na linii ŻOB-AK; nie został zmobilizowany i znalazł się poza Warszawą. W bardzo poważnym stopniu na dalszych jej działaniach zaważył także tragiczny los Jerzego Grasberga. Grasberg, przed wojną student agronomii Uniwersytetu Warszawskiego, należał do harcerstwa, gdzie poznał Aleksandra Kamińskiego. Znajomość ta trwała w okresie okupacji. Grasberg przygotowywał materiały z getta dla "Biuletynu Informacyjnego". Już po utworzeniu ŻOB próbował wprowadzić doń grupę żydowskich harcerzy (inicjatywa miała upaść z powodu sprzeciwu Anielewicza). Po "aryjskiej stronie" znalazł się w marcu 1943 r. Organizował broń dla getta. Wraz z żoną, Lubą Gawisar "Zieloną Marysią", zamieszkał przy ul. Pańskiej 5. Z powodu "niearyjskiego wyglądu" nie mógł opuszczać mieszkania. W pierwszym lub drugim dniu powstania poniósł śmierć z rąk powstańców. Istnieje kilka przekazów dotyczących tej sprawy, lecz wszystkie pochodzą z drugiej ręki. Zgadzają się co do tego, że podczas próby wydostania się z mieszkania - bazy ŻOB - lub krótko po jego opuszczeniu Grasberg został zatrzymany przez powstańców (albo przekazany im przez zaniepokojonych czy nadgorliwych sąsiadów), a następnie zastrzelony. Dowodem na to, że był szpiegiem lub kolaborantem, miały być znalezione przy nim fałszywe dokumenty i broń.
Trudno jednoznacznie wskazać na motywy tej zbrodni; nie sposób rozstrzygnąć, czy powodem śmierci Grasberga był antysemityzm, czy też stał się on jedną z pierwszych ofiar antyszpiegowskiej psychozy ogarniającej cywilów i żołnierzy, tym trudniejszej do opanowania, że wszystko rozegrało się w atmosferze chaosu i wyłaniania się powstańczych struktur bezpieczeństwa. Czy zastrzeliła go żandarmeria AK po przeprowadzeniu jakiegoś dochodzenia, czy stała za tym jakaś samozwańcza bojówka? Jakkolwiek było, Grasberg poniósł śmierć z rąk powstańców, a wiadomość o tym zdarzeniu przyniósł do kwatery ŻOB jego przyjaciel i opiekun, a zarazem niestrudzony orędownik spraw żydowskich w KG AK - Aleksander Kamiński. Jego list do Luby Gawisar, która w przeddzień wybuchu powstania wyjechała z miasta i została odcięta na Pradze, przynosi szczegóły tej sprawy: "Kazimierz [Aleksander Kamiński] napisał do mnie list, w którym powiedział dokładnie, że on wie, że to akowcy zabili Jurka. Napisał, że Jurek ich błagał, żeby się z Kamińskim porozumieli, że on zaświadczy... Ale oni chyba się spieszyli. (...) Wiem, że on wyszedł z mieszkania z bronią, idiota! Chciał walczyć, szedł do powstania"78. Okoliczności śmierci Grasberga musiały wywrzeć na jego towarzyszach wstrząsające wrażenie, zwłaszcza że kilku innych członków ŻOB również miało przykre przejścia z powstańczymi służbami bezpieczeństwa. Z relacji Edelmana wynika, że to właśnie Kamiński miał zasugerować, by w imię bezpieczeństwa tworzący się oddział ŻOB przyłączył się raczej do Armii Ludowej: ""Antek" opowiedział, że przed paroma godzinami był u nas Kamiński. Przyszedł z informacją, że poprzedniego wieczora na Pańskiej ludzie z AK zastrzelili Jurka Grasberga. Powiedzieli, że skoro ma fałszywe dokumenty i jest uzbrojony, musi być szpiegiem. A naprawdę zabili go dlatego, że był Żydem. Kamiński powiedział też, że nie może nas żobowców powierzyć żadnemu oddziałowi AK. Jeśli chcemy być bezpieczni, powinniśmy sobie znaleźć inną organizację, aby walczyć w jej szeregach"79.
Niemniej podjęto rozmowy z jakimiś przedstawicielami AK na temat wcielenia w jej struktury oddziału ŻOB. Przekazy na temat ich przebiegu są niestety lakoniczne. Prowadzący je Cukierman miał się domagać przyznania jego oddziałowi statusu odrębnej, żydowskiej formacji. Jego wspomnienia są w tym punkcie mało konkretne. Nie inaczej ma się sprawa z innymi relacjami. Cywia Lubetkin zapisała: "2 sierpnia, nawiązaliśmy kontakt z dowództwem AK tej dzielnicy, zawiadamiając je o naszej gotowości uczestniczenia w walce przeciwko Niemcom. Przyjęto nas obojętnie, chłodno. Oświadczono, że dowództwo się zastanowi, zbada sprawę, porozumie się z nam"80. Trudno orzec, czy tylko z tego powodu starania te zakończyły się fiaskiem. Nie wiadomo nawet, na jakim szczeblu zapadła taka decyzja, a przede wszystkim przez kogo została podjęta. Łączniczka ŻOB Adina Blady-Szwajger wspominała: "Przyszli do nas Marek [Edelman], Antek [Cukierman] z Celiną [Lubetkin], Marysia z Zygmuntem [Warmanowie] i Julek [Fiszgrund] - chłopiec Zosi. Zgłosili się do dowództwa oddziału, który stacjonował w tym samym podwórzu. Nie przyjęto ich! Oddział żydowskich bojowców nie był potrzebny. Więc poszli do AL, gdzie ich przyjęto. Kwaterowali niedaleko, za placem Krasińskich, w ruinach dawnego bazaru na Świętojerskiej"81. Nie ma na ten temat żadnych źródeł polskich. Nawet informacje Henryka Wolińskiego pochodziły z drugiej ręki: "Za (...) objaw niechętnego stosunku do Żydów jest uważany fakt niepodjęcia żydowskiego oddziału w czasie powstania warszawskiego. Oddział ten przez 24 godziny oczekiwał bezskutecznie podjęcia go przez oficera AK, po czym dano "Antkowi" (komendantowi ŻOB) do zrozumienia, że włączenie jego oddziału do AK jest niemożliwe". Woliński precyzował, że informacja "pochodzi ze źródeł żydowskich i nie została przeze mnie skonfrontowana ze źródłami polskimi"82.
Po powstaniu politycy żydowscy, którym udało się opuścić Warszawę, skontaktowali się z Wolińskim. Przekazali mu nie tylko ustne relacje z przeżyć ostatnich miesięcy, ale także kilka listów do działaczy żydowskich w Londynie zawierających dość szczegółowe sprawozdania z wydarzeń w powstańczej Warszawie. Przekazy te w interesującej nas kwestii stosunku AK do ŻOB znacząco różniły się od siebie. W listach, w przeciwieństwie do relacji ustnych, na których opierał się Henryk Woliński, pisząc swój raport, nie ma żadnych odniesień do konfliktów między ŻOB i AK. Mowa jest jedynie o udziale plutonu ŻOB w walce na Starym Mieście83.
Poszukiwaniom przydziału bojowego towarzyszyła akcja propagandowa i informacyjna. 3 sierpnia Cukierman zredagował odezwę wzywającą dawnych obrońców getta i wszystkich pozostałych przy życiu Żydów do udziału w walce:
"Do Obrońców warszawskiego Ghetta. Do pozostałych przy życiu Żydów.
Od trzech dni lud Warszawy prowadzi walkę orężną z okupantem niemieckim. Bój ten jest i naszym bojem. Po upływie roku od pełnego chwały oporu w gettach i obozach "pracy", od obrony życia i godności naszej stoimy dziś wespół z całym narodem polskim w walce o wolność. Setki młodzieży żydowskiej i bojowników ŻOB stoją ramię w ramię ze swymi polskimi towarzyszami na barykadach. Walczącym nasze bojowe pozdrowienie. Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu bojowców ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do kontynuowania oporu i walki, od której nikomu nie wolno stać z dala. Wstępujcie do szeregów powstańczych. Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej. Komendant "Antek"".
Był to niezwykle doniosły akt polityczny. Brak źródeł, by orzec, jaki był wpływ tej odezwy na Żydów ani też jak został oceniony przez Polaków. Na uwagę zasługuje fakt, że w prasie powstańczej ten tekst opublikowano stosunkowo późno - po raz pierwszy bodaj dopiero 11 sierpnia 1944 r. w wydawanej przez PPS-WRN na Starym Mieście "Warszawiance". Tego samego dnia "Odezwa" ukazała się także w organie prasowym AL, "Armii Ludowej"84. "Biuletyn Informacyjny" wydrukował jej fragment dopiero 16 sierpnia85. Trudno stwierdzić - zwłaszcza pamiętając o bliskich stosunkach ŻOB z redaktorem "Biuletynu Informacyjnego" - czy stały za tym przyczyny natury politycznej, czy technicznej. W tych dniach wiadomość o apelu ŻOB podało również radio powstańcze "Błyskawica". 17 sierpnia 1944 r. o odezwie ŻOB poinformowano władze polskie w Londynie, które z kolei przekazały ją reprezentantom ludności żydowskiej w Radzie Narodowej i organizacjom żydowskim86.
Apel do ludności żydowskiej oraz depeszę do Londynu w sprawie pomocy Warszawie wystosowało też kierownictwo Bundu. Działacze tej partii nie rezygnowali z aktywności politycznej i działalności na rzecz ludności żydowskiej, lecz ich możliwości były ograniczone. Nie bez znaczenia była śmiertelna choroba jednej z najważniejszych postaci żydowskiej konspiracji w Warszawie - Leona Feinera (zmarł już po powstaniu w Lublinie 22 lutego 1945 r.). 18 sierpnia 1944 r. Bund przesłał depeszę do swego przedstawicielstwa w Londynie zawierającą apel o pomoc dla Warszawy. Jej treść podał następnie "Biuletyn Informacyjny": "Od trzech tygodni lud Warszawy prowadzi nierówny bój z barbarzyńskim najeźdźcą, a wraz z całą Warszawą walczy pozostały przy życiu młody element żydowski. Zróbcie wszystko, co leży w waszej mocy, by spowodować jak najszybciej skuteczną pomoc"87. Podobnie jak ŻOB, kierownictwo Bundu wzywało pozostałych przy życiu Żydów do udziału w powstaniu. Apel ten, zatytułowany Wezwanie Bundu, został zamieszczony w piśmie "Demokrata": "Komitet Centralny Bundu wezwał wszystkich robotników i inteligencję pracującą, uciekinierów z obozów przebywających w lasach, aby niezwłocznie wzięli udział w powstaniu i zgłosili się do odpowiednich placówek"88.
Z listów przesłanych przez ich przedstawicieli do kraju wynika, że postawę ŻOB wobec powstania przyjęto z uznaniem. Ignacy Schwarzbart - członek Rady Narodowej, oraz członek Rady Żydów Polskich Anzelm Reiss pisali z Londynu do ŻKN i ŻOB 4 września 1944 r.: "Otrzymaliśmy wasz telegram z 17 VIII informujący o odezwie do bojowców z 3 VIII. Jesteśmy zgodni z Wami w Waszych usiłowaniach spełnienia tego podniosłego obowiązku i jesteśmy z góry przekonani, że spełnicie go w pełni. Do tej wiary uprawnia nas Wasza prawie dwuletnia walka i jej przebieg. Czekamy z zapartym oddechem Waszych dalszych wiadomości i informacji co z waszym aktywem"89. Jeszcze przed nadejściem informacji z Warszawy Reiss pisał do ŻKN: "nie wiemy co u Was się dzieje obecnie. W międzyczasie zaszły dwie zmiany, a w pierwszym rzędzie powstanie w Warszawie. Warszawa znów spełnia wielkie historyczne zadanie - a według naszego przekonania wy jesteście z tym zadaniem organicznie związani. W naszych myślach jesteśmy u Was - wypatrujemy sygnałów od Was, wyczekujemy wieści co z Wami"90. Korespondencja ta dotarła jednak do adresatów, drogą kurierską, dopiero w październiku 1944 r.
Znamienne, że komendant ŻOB (a później także Komitet Centralny Bundu) nie nawoływał do tworzenia bojowej jednostki żydowskiej ani nie wzywał Żydów do przyłączenia się do swego oddziału. Abstrahując od przewidywanych trudności związanych z napływem rozproszonych w różnych dzielnicach ochotników na miejsce koncentracji, owa wstrzemięźliwość mogła być spowodowana niejasnym statusem oddziału ŻOB, niepewnością co do jego przyszłości, jak i względami natury politycznej. Jednym z nich musiała być świadomość, że dowództwo AK, co dowodnie pokazuje fiasko inicjatywy stworzenia żydowskiego oddziału bojowego przed powstaniem, nie było powołaniem takiej formacji zainteresowane. Nie precyzowano też, w jakich oddziałach należało kontynuować "walkę i opór".
Ostatecznie grupa Cukiermana weszła w skład Armii Ludowej. Trzeba mocno podkreślić, że zadecydowała o tym nie tylko odmowa przyjęcia w szeregi AK. Cywia Lubetkin zwraca uwagę na odmienną reakcję na ofertę ŻOB ze strony AL: "Dowiedzieliśmy się, że niedaleko nas, na Starym Mieście, koncentrują się znaczne siły AL, a w jej sztabie są ludzie, z którymi pozostawaliśmy w bliskim kontakcie przed wybuchem powstania. W sztabie przyjęto nas serdecznie, przyjaźnie". Z kolei sam Cukierman w swych wspomnieniach wielokrotnie podkreśla, że już wcześniej był zdecydowany na połączenie się z AL: "Chociaż wiedziałem, że moje miejsce jest w szeregach AL, prowadziłem pertraktacje również z AK. Przyjęliśmy wybuch powstania z uczuciem, którego nie umiem opisać; czuliśmy, że koniec końców nadeszła chwila zemsty na Niemcach. Nazajutrz usiedliśmy i napisaliśmy słynną odezwę. Ja napisałem polską wersję. Tekst był bardzo dyplomatyczny, to znaczy bez emocji, bez ideologii. (...) Nie mówiliśmy, do kogo konkretnie powinni się przyłączyć. My postanowiliśmy przyłączyć się do AL. Nie mogłem jednak decydować za innych"91. Z jego punktu widzenia był to wybór naturalny i logiczny. Była już mowa o tym, że od lata 1943 r. kontakty przedstawicieli ŻOB z komunistami zacieśniały się, przy jednoczesnym ochłodzeniu stosunków z AK - i to pomimo osobistej zażyłości między Cukiermanem a Wolińskim.
Nie bez znaczenia było i to, że akces do AL był końcem ukrywania się: "Tutaj nie jestem Stanisławem Bagniewskim [na takie nazwisko wystawione były jego dokumenty - B.E. i D.L.]. Tutaj jestem Icchakiem Cukiermanem"92. Oddział ŻOB stanowił jedyną stricte żydowską formację bojową w szeregach powstańczych. Na początku sierpnia 1944 r. jej stan osobowy miał wynosić dwadzieścia dwie osoby. W jego składzie znaleźli się zarówno weterani powstania w getcie warszawskim, jak i działacze polityczni. Z czasem jego liczebność zwiększyła się o grupę ochotników (jednym z nich był Zygmunt Warman, były sekretarz Judenratu w warszawskim getcie). Podstawowe uzbrojenie stanowiły pistolety i granaty. Już w trakcie walk grupa została dozbrojona. Część uzbrojenia, między innymi materiały wybuchowe, pozostała jednak w bazie na Lesznie i została utracona. Cukierman miał odmówić przyjęcia funkcji dowódczych proponowanych mu przez sztab AL. Jego grupa weszła w skład powstającego III batalionu AL jako samodzielny pluton ŻOB. Podlegała porucznikowi "Witkowi" (Wacław Pałatyński). Trudno dziś odtworzyć pełną listę członków oddziału. Należeli do niego m.in. Cywia Lubetkin, Marek Edelman, Simcha Rotem (po formalnym przejściu z jednostki AK, do której przyłączył się w pierwszych godzinach powstania - o czym dalej), Sara Biderman, Irena Gelblum, Tuwia Borzykowski, Julian Fiszgrund oraz Józef Sak.
We wspomnieniach ŻOB-owców powtarzają się wzmianki o początkowej niechęci do przydzielania żydowskiemu oddziałowi zadań bojowych, mającej swe źródło w przekonaniu sztabu AL, że ocalałych Żydów powinno się ochraniać93. Cukierman i jego ludzie sprzeciwili się jakiejkolwiek taryfie ulgowej. Ostatecznie oddział został przydzielony do obrony jednej z barykad przy ulicach Mostowej i Rybaki. Przez kilka dni brał udział w ciężkich walkach o budynek zwany "Czerwonym Domem" przy ul. Bugaj. Niemcy zdobyli go 13 sierpnia i stąd ostrzeliwali pozycje powstańców w rejonie ulic Boleść, Mostowej i Rybaki. Przez kilka dni oddziały AK i AL próbowały odzyskać ten niezwykle ważny ze strategicznego punktu widzenia obiekt. 16 sierpnia szturm zakończył się sukcesem - załogę niemiecką zmuszono do ucieczki, a dom częściowo wysadzono. Nie udało się go jednak utrzymać. Ciężkie walki na tym odcinku toczyły się jeszcze przez wiele dni.
Icchak Cukierman tak wspominał walki o "Czerwony Dom": "Kierując się poczuciem odpowiedzialności nie chciałem przyjąć dowodzenia barykadą na Mostowej. Naprzeciw nas stał "Czerwony dom" (...). Dowódcy z ramienia AL zmieniali się, ale zawsze naradzali się ze mną. Zgodnie z ustaleniami walczyliśmy przez 24 godziny na barykadzie, a przez następne 24 godziny odpoczywaliśmy na zapleczu. 24 godziny byliśmy bez snu, aż przychodzili nas zastąpić. Barykadę zbudowaliśmy w odległości około 100 metrów od "Czerwonego domu", w którym siedzieli Niemcy. Słyszeliśmy ich głosy, widzieliśmy sterty rupieci i kamieni w głębokim okopie. Lepiej czuliśmy się na barykadzie niż w czasie odpoczynku na "zapleczu". Na barykadzie nie byliśmy zagrożeni przez niemieckie samoloty i artylerię. Niemcy nie mogli ostrzeliwać nas ze względu na bliskie sąsiedztwo z "Czerwonym domem". (...) Mieliśmy takie dziwne szczęście, że domy legły w gruzach w czasie, gdy my byliśmy na barykadzie, i nie mieliśmy dokąd wrócić. Ale zawsze znajdowaliśmy schronienie; był ktoś, kto się o nas troszczył. (...) Tym, co nas uratowało, był - być może - strach przed bunkrami i piwnicami. Nie schodziliśmy do nich nie dlatego, że byliśmy wielkimi bohaterami, ale dlatego, że baliśmy się, że zostaniemy zasypani w nich żywcem"94.
W połowie sierpnia oddział został podzielony. Na polecenie Cukiermana "Kazik", który zdążył wcześniej - jako że miał doświadczenie w tym zakresie - wziąć udział w wytyczeniu drogi kanałami na Żoliborz, został wysłany na Leszno 18 z zadaniem zabezpieczenia archiwum oraz stworzenia tam bazy. W skład przydzielonej mu grupy wchodzili m.in. Irena Gelblum, Sara Biderman, Stefan Grajek i Józef Sak. Rotem jeszcze po latach nie taił sceptycyzmu wobec tego pomysłu: "Antek i Cywia wezwali mnie do siebie i otrzymałem rozkaz pójścia na Leszno do mieszkania, które opuściliśmy zaraz na początku Powstania. Widząc moje bezgraniczne zdumienie, Antek zaczął mi tłumaczyć, że jego rozkaz jest wynikiem wielkiego zaufania, jakim mnie darzy. Ale ja nadal nie rozumiałem, o co chodzi. Wtedy powiedział: "Popatrz naokoło, na kim ja mogę polegać? Na Lesznie jest archiwum partii, w ogóle tam jest wszystko - dokumenty, listy, wszystko, co jest ważne i co trzeba uratować dla historii". Na zakończenie wyjawił, kto jeszcze ma ze mną iść. Byłem wściekły, bo w większości byli to ludzie nie nadający się do walki. Uważałem, że ta wyprawa jest samobójstwem. (...) W każdym razie, żeby się przebić, trzeba było przejść przez ostatnie linie powstańców i iść w kierunku linii niemieckich. Do dziś trwa we mnie pewność, że nie było po co narażać się dla historii, dla papierów. Kiedy odmówiłem, doszło między nami do strasznej kłótni, ale ostatecznie nie mogłem przecież nie wykonać rozkazu"95. Mimo że osiągnięto cel (w mieszkaniu cały czas przebywała łączniczka ŻOB Maria Sawicka), zadania nie udało się wykonać. Niemcy podłożyli ogień pod kamienicę, wszyscy uczestnicy wyprawy musieli ukryć się w piwnicach, gdzie przebywali kilka tygodni, tracąc ostatecznie kontakt z oddziałem.
Przed spodziewanym upadkiem Starówki sztab AL czynił przygotowania do wyprowadzenia swoich sił z tej dzielnicy. Według niektórych historyków, oddział Cukiermana miał znaleźć się w pierwszej, blisko stuosobowej grupie aktywu PPR, nieuzbrojonych żołnierzy oraz rannych, która przeszła kanałami na Żoliborz 25 sierpnia 1944 r. Oprócz plutonu ŻOB w tej grupie miała się znaleźć również pewna liczba Żydów greckich uwolnionych z Gęsiówki96 (o tej grupie walczących w powstaniu Żydów będzie mowa dalej). Ze wspomnień Cukiermana i Borzykowskiego wynika jednak, że ewakuacja nastąpiła kilka dni później, już po zbombardowaniu kamienicy przy ul. Freta 16, w której mieścił się sztab AL (26 sierpnia) - ŻOB-owcy uczestniczyli w akcji ratunkowej. Marek Edelman datuje opuszczenie Starego Miasta na 29 sierpnia97. Żaden z nich nie wspomina o kontrowersjach czy konfliktach między dowództwem AK na Starym Mieście i AL, związanych z samowolną ewakuacją jej oddziałów.
Icchak Cukierman tak opowiadał po latach o przejściu oddziału ŻOB na Żoliborz: "Byłem odpowiedzialny za kilkuset powstańców i gdy dano nam znak - zeszliśmy do kanałów. Szedłem na przedzie razem z przewodnikiem, który prowadził na całej trasie. Weszliśmy od razu do głównego systemu kanałów. Były miejsca, w których musiałem się schylać, ale nie na całej trasie. Za mną szli nasi ludzie: Marek Edelman, a za nim Cywia; Tuwia był z nami przez cały czas. I tak szliśmy godzinami, szeregiem, dziesiątki ludzi. Nad ranem doszliśmy do miejsca, w którym woda rozchodziła się w trzech kierunkach. I tu przekonałem się o zbrodniczej przebiegłości Niemców: rozpięli sznurek w ten sposób, że każdy kto przechodził przez kanał musiał go dotknąć, nie zdając sobie z tego wcale sprawy. (...) To był dla nich znak, by wrzucić do kanałów granaty. (...) Kilka osób odniosło obrażenia. Na szczęście tylko lekkie. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Ludzie, którzy byli z tyłu, zaczęli uciekać. My, Żydzi, nie mieliśmy dokąd uciekać; nie mieliśmy dokąd wracać. Musieliśmy iść dalej. (...) Ci, którzy wycofali się i zawrócili, nie przeżyli"98.
Po dotarciu na Żoliborz Cukierman skontaktował się z mieszkającymi tu działaczami ŻKN i "Żegoty" - małżeństwem Bermanów. Basia Temkin-Bermanowa tak opisała w swoim dzienniku pod datą 30 sierpnia scenę spotkania: "otwierają się drzwi i wchodzi dziwna procesja. Na czele bosy, obszarpany, z obwiązaną, rozkudłaną głową, w niemieckiej pelerynie kroczy Antek [Cukierman], za nim jakaś drobna dziewczyna z czołem i szyją w plastrach i opatrunkach, w której domyślam się Cywii [Lubetkin], potem jakiś czarny chłopiec w wojskowej czapce i długim gumowym płaszczu, który prawie wlecze się za nim po ziemi. Nie znam go, okazuje się, że to Marek [Edelman]. Zaczynamy się całować, łzy nas dławią. Tydzień przedtem dowiedzieliśmy się najpierw z biuletynu AL, gdzie w komunikacie ŻOB-u wzywał wszystkich Żydów do walki z Niemcami"99. Na Żoliborzu Cukierman łączył działalność polityczną i bojową z obowiązkami wynikającymi z konieczności opieki nad ludnością żydowską. W tej dzielnicy przebywało stosunkowo wielu Żydów, wśród nich członkowie ŻOB: Hersz Berliński "Jeleń" - dowódca grupy bojowej Poalej Syjon-Lewicy w powstaniu w getcie; bojowiec, a później partyzant Eliahu Erlich oraz łączniczka ŻKN Pola Elster "Ewa". Wszyscy troje nawiązali kontakt z przybyłą ze Starego Miasta grupą Cukiermana; zginęli w ostatnich dniach powstania na Żoliborzu (w niektórych opracowaniach pojawia się data 27 września100) w niewyjaśnionych okolicznościach. W kwietniu 1945 r. pochowano ich na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej.
Grupa ŻOB-owców została włączona do żoliborskich struktur AL wzmocnionych oddziałami przybyłymi ze Starego Miasta101. ŻOB-owcy znajdowali się w różnych miejscach. Borzykowski w połowie września trafił na pozycję w domkach policyjnych w okolicach pl. Lelewela. Był tu też przez pewien czas Edelman. Na tej pozycji zginął 19 września Henryk Woźniak "Hiszpan", jeden z dowódców AL. 29 września Borzykowski dotarł na ul. Krasińskiego. Cukierman wziął aktywny udział w ostatnich walkach: "Niemcy zaczęli atakować od strony Dworca Gdańskiego, a potem i z innych - i na pewnym etapie zorientowaliśmy się, że jesteśmy otoczeni. Zostawiłem wszystkie inne sprawy i przyłączyłem się do walczących towarzyszy. Nie zostałem jednak z nimi na długo, bo formowano specjalną jednostkę uzbrojoną w broń przeciwczołgową. My nie znaliśmy tej broni, zrzuconej przez Rosjan. Uformowana została mieszana jednostka AK i AL, a ja zostałem mianowany jej dowódcą. Nie wiedzieliśmy, jak posługiwać się tą bronią, ale raz czy dwa widziałem, jak działa, i wyszedłem razem z nimi. Był to już ostatni dzień walk. Niemieckie czołgi sunęły na tereny znajdujące się jeszcze w rękach powstańców"102. W ogólnym zamieszaniu grupa uległa rozproszeniu. Cukierman został ogłuszony.
Na innej pozycji był Marek Edelman: "Kiedy Żoliborz się poddał, znajdowałem się w jednym z tych domków, jakie zbudowano tam dla policjantów. Pozostałem przy życiu jako jedyny z grupy dwudziestu jeden osób, które go zajmowały. To był czysty przypadek. Również w sąsiednim domku przy życiu został tylko jeden człowiek, "Karol". Widzieliśmy, że ludność zaczyna pakować dobytek, aby zgodnie z warunkami kapitulacji opuścić miasto. (...) Wszedłem do jakiejś kamienicy. Była tam wielka piwnica, kilkaset stojących osób i dziewczyna, odwrócona plecami do wszystkich, oparta o ścianę. Trzymała ogromny karabin. Pomyślałem: "To Celina". Podszedłem i rzeczywiście, to była ona. Płakała. "Dlaczego płaczesz?" - spytałem. Powiedziała, że kiedy nastąpiła kapitulacja, stała na warcie. Ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej powiedzieć, że powstanie jest skończone. I tak zostawili ją tam, z tym karabinem. Wszędzie wisiały już białe płachty, ale ona nie dostała rozkazu zejścia z posterunku, więc nadal stała na warcie. Aż wreszcie ludzie ją przepędzili"103. Po nieudanej próbie przeprawy przez Wisłę 30 września i podpisaniu kapitulacji Lubetkin, Cukierman, Edelman, Borzykowski, Fiszgrund, Warman i Teodozja Goliborska, tak jak wielu innych Żydów, wybrali pozostanie w ruinach. Ukryli się wraz z kilkoma innymi Żydami opustoszałej willi przy ul. Promyka 41, gdzie mieli spędzić 42 dni104. Piszemy o tym dalej.
Nie wszyscy dawni ŻOB-owcy wstąpili do oddziału Cukiermana. Już 1 sierpnia łączniczka ŻOB Rywka Moszkowicz ("Zosia") została ciężko ranna i wkrótce zmarła w szpitalu przy Śliskiej105. Inne łączniczki ŻOB - lekarka Adina Blady-Szwajger106 i Alina Margolis - mieszkające przed powstaniem w lokalu konspiracyjnym przy Miodowej 24, pozostały poza oddziałem, gdyż pierwszego dnia powstania otrzymały inny przydział. Adina Blady-Szwajger tak opisała ten dzień w swoich wspomnieniach: "O godzinie siedemnastej usłyszałam strzały. Wybiegłam na schody. Tego wrażenia nie zapomnę. Po schodach zbiegał - oficer polski! W mundurze Brygady Karpackiej! Wszyscy płakali i ja z nimi. W suterynie (...) urządzał się szpital polowy. Podeszłam do komendanta. Był to major "Pobóg" (...), przedstawiłam się, powiedziałam, kim jestem i natychmiast zostałam zaliczona w poczet personelu szpitala. (...) Oprócz mnie ujawniło się jeszcze dwóch lekarzy żydowskich. (...) Pierwsze dni powstania minęły w euforii. Starówka była nasza, rozbito magazyny Wehrmachtu na Stawkach i tam zdobyto konserwy, wino i niemieckie mundury. Powstańcy, dotychczas w większości w cywilnych ubraniach, z opaskami biało-czerwonymi, przebrali się w panterki i hełmy. Nie wiedzieliśmy, co dzieje się w innych dzielnicach. (...) Szpital szybko wypełnił się rannymi"107. Obie były w kontakcie z walczącymi kolegami, mimo że w skład oddziału nie weszły. Potem, po ewakuacji kanałami, znalazły się w Śródmieściu i aż do kapitulacji pracowały w szpitalu przy Marszałkowskiej. Warszawę opuściły 11 października 1944 r. Obie wzięły wkrótce udział w ewakuacji resztek oddziału ŻOB z Żoliborza.
Inaczej potoczyły się losy kolejnych weteranów powstania w getcie, a później partyzantów w lasach wyszkowskich - małżeństwa Maszy Glajtman-Putermilch i Jakuba Putermilcha oraz Bronka Szpigla. Wszyscy troje zimą 1943 r. powrócili do Warszawy i ukrywali się przy ul. Żelaznej 64. Podobnie jak wielu Żydów ochotników, mieli trudności ze wstąpieniem do AK. Masza Glajtman-Putermilch w rozmowie z Anką Grupińską wspominała ten epizod swej biografii bardzo lakonicznie: "Chcieliśmy wstąpić do powstania, razem z Markiem [Edelmanem?] i innymi. Na Żelaznej spotkaliśmy oficera polskiego z AK, chcieliśmy walczyć jako grupa żydowska, ale oni się nie zgodzili... (...) Każdy poszedł walczyć na własną rękę. (...) Miałam swoją broń, ale nie od AK. Mój mąż Jakubek był na barykadach, a ja miałam takie zadanie, żeby kuchni polowej doglądać. (...) Byliśmy na Żelaznej, Twardej, na Topieli i na Tamce, a potem długo na Wareckiej"108. Po upadku ukrywali się w bunkrach, aż do zajęcia ruin Warszawy przez Armię Czerwoną. Wraz z nimi ukrywała się Chajka (Halina) Bełchatowska. Również ona miała za sobą walkę w powstaniu w getcie oraz epizod partyzancki w lasach wyszkowskich.
Pewne światło na sprawę akcesu tej grupki do AK rzuca relacja ukrywającego ich Polaka, a zarazem łącznika ŻOB, Władysława Świętochowskiego. Pisał on: "Powstanie sierpniowe pozostawiło u mnie osad goryczy. (...) Byłem powstańcem, jak tysiące innych młodych ludzi chwyciłem za broń. Moi koledzy żydowscy również chwycili za broń. Gdy parokrotnie proponowałem, aby żydowscy bojowcy utworzyli samodzielny oddział powstańczy (...), ciągle napotykałem na opór i sprzeciw. Energicznie się temu przeciwstawił dowodzący oficer, dowództwo i ksiądz proboszcz naszej dzielnicy"109. Materiał ten nie zawiera jednak żadnych konkretnych danych dotyczących jednostki AK.
Z relacji Zvi Flormana - żołnierza AK walczącego pod nazwiskiem Tadeusz Kaniowski - wypływa wniosek, że dystans wobec zgłaszających się do służby Żydów wynikał po części z przyczyn obiektywnych - nie wszyscy ochotnicy nadawali się do służby bojowej: "Siódmego dnia powstania przyprowadzili do naszej grupy trzech Żydów, to byli Żydzi z ŻOB, którzy zostali wysłani do nas aby uczestniczyć w powstaniu. Oczywiście przyjęliśmy ich, nie mogę powiedzieć, że przyjęliśmy ich dobrze, można powiedzieć nawet raczej zimno. Nazwisko jednego z nich pamiętam - Szpigel. On był członkiem Bundu, dziś jest w Szwecji albo w Kanadzie. Ten człowiek nigdy nie służył w wojsku, nawet na baczność nie potrafił stanąć. Przyjęliśmy tych ludzi do organizacji wojskowej, on nawet nie znając musztry uczestniczył. Tych trzech Żydów było przypadkowo w mojej grupie, bo Żydów posyłano do różnych jednostek. Oprócz Kledzika [znajomy, który wprowadził Flormana do AK] nikt w AK nie wiedział, że ja jestem Żydem. Nawet sami Żydzi nie wiedzieli"110.
Na Mokotowie mieszkało czworo kombatantów ŻOB: bundowiec Janek Bilak, Chana Fryszdorf, Dow Szniper i Pnina Grynszpan-Frymer, którzy ukrywali się przy ul. Rakowieckiej 24. Szniper i Grynszpan-Frymer zaledwie kilka dni przed powstaniem wrócili do miasta - od wyjścia z getta w maju 1943 r. działali w partyzantce; Fryszdorf też była w oddziale partyzanckim i wróciła do Warszawy już wcześniej111. Po wybuchu powstania zostali zmuszeni do opuszczenia kryjówki. Byli uzbrojeni w rewolwery. Szybko, podobnie jak wielu innych przypadkowych ludzi, zostali zatrzymani. Gdy okazało się, że są prowadzeni w kierunku siedziby gestapo, Szniper otworzył ogień i został zastrzelony. Zginął też Bilak. Pninie Grynszpan-Frymer udało się uciec i przejść do sektora zajmowanego przez powstańców, gdzie... z miejsca trafiła do aresztu jako podejrzana o szpiegostwo112. (Na ten temat piszemy w rozdziale III).
Nieznany pozostaje los kilku ŻOB-owców, których wybuch powstania zastał na Okęciu. Pewne jest tylko, że ponieśli śmierć.
Zaprzysiężeni przed powstaniem żołnierze AK
Opisanie skali udziału Żydów w szeregach Armii Krajowej napotyka większe trudności niż w wypadku bojowców ŻOB. Zwłaszcza że sprawa ta nie była w czasie powstania specjalnie eksponowana. 18 sierpnia na łamach "Biuletynu Informacyjnego" pojawiła się pierwsza i, jak się okazało, jedyna wzmianka o Żydach służących w oddziałach AK. W notatce pt. Słowacy, Francuzi, Żydzi w szeregach AK wspomniano o walczących w powstaniu osobach innych narodowości: "Wśród oddziałów AK na Powiślu walczy odrębna drużyna Słowaków. Stanowi ona zaledwie część plutonu słowackiego - niestety w dniu 1 sierpnia nie wszyscy żołnierze plutonu zdołali przybyć na miejsce zbiórki przed rozpoczęciem akcji i część została odcięta. (...) W tym samym zgrupowaniu jest również czterech żołnierzy Francuzów, zwolenników de Gaulle'a, którzy pracowali w naszej konspiracji już przed wybuchem powstania. W szeregach AK walczą też żołnierze - Żydzi. Liczba ich jest oczywiście stosunkowo niewielka wobec całkowitego prawie wyniszczenia Żydów polskich przez Niemców. Np. w jednym z oddziałów jest trzech Żydów"113. Przy okazji przypomniano również informację o odezwie komendanta ŻOB wzywającej "wszystkich bojowców żydowskich do udziału w walce Armii Krajowej". W treści tego artykułu na uwagę zasługuje nie tylko zaburzenie proporcji - Żydów, nie mówiąc już o Polakach pochodzenia żydowskiego, było w szeregach powstańczych wielokrotnie więcej niż przedstawicieli innych narodowości razem wziętych - ale również i to, że nie podano dzielnicy, w której walczyli. Co więcej, przypominając o odezwie komendanta ŻOB, nie podano jego przydziału bojowego. Fakt, że była to Armia Ludowa, trudny byłby do propagandowego zdyskontowania. Nie mówiąc już o tym, że pośrednio za wyborem tym stał nie kto inny jak redaktor naczelny "Biuletynu Informacyjnego".
Nie był to jedyny tekst w prasie powstańczej wzmiankujący o udziale Żydów w walkach. 20 sierpnia na łamach pisma "Demokrata", w artykule przypominającym ideę walki za wolność "naszą i waszą", znalazło się takie oto stwierdzenie: "Jak wiadomo w szeregach powstańczej Warszawy walczą w ramach AK grupy Słowaków, lotnik angielski, grupa wolnych Francuzów, grupy żydowskich bojowców". W konkluzji znalazł się apel o "przygarnięcie żołnierską miłością (...) Słowaków, Francuzów, Żydów, itd., którzy niosą w Polskę wolność i wiarę swoją gotowi pieczętowaćśmiercią"114. Stwierdzenia te, mówiące o grupach walczących Żydów, są daleko bliższe rzeczywistości aniżeli sformułowania z cytowanego artykułu z "Biuletynu Informacyjnego".
Inną perspektywę przynoszą przekazy żydowskie. Na szczególną uwagę zasługuje świadectwo adwokata Maksymiliana Tauchnera, związanego z ŻKN działacza organizacji Ha-Noar ha-Cioni (Młodzież Syjonistyczna). Podczas walk przebywał on najpierw na Powiślu, a później w Śródmieściu115. W relacji spisanej kilka miesięcy po powstaniu wspominał: "Wielu Żydów walczyło w Powstaniu. Bardzo wielu. Znacznie więcej niż podawały oficjalne dane władz powstańczych. Zrozumiałe dlaczego. Największa ilość Żydów, która brała udział w Powstaniu miała "aryjskie" nazwiska. (...) Tylko niewielu Żydów należało do oficjalnego żydowskiego oddziału walczącego w szeregach Armii Ludowej. Wszyscy inni to żołnierze bezimienni"116. Jest to kwestia o kluczowym znaczeniu. Większość Żydów, którzy w chwili wybuchu powstania wyszli "na powierzchnię", lub już wcześniej wstąpili w szeregi konspiracji, skutecznie zatarła za sobą ślady. I jeśli polegli - to jako Polacy pod przybranymi "aryjskimi" nazwiskami. Obraz zarysowany przez Tauchnera jest pod wieloma względami zbieżny z ocenami zawartymi w cytowanych już wcześniej listach ŻOB i ŻKN, które przekazano do Londynu, a które powstały kilka tygodni po powstaniu. W liście podpisanym przez Szymona Gottesmana, Adolfa Bermana i "Antka" Cukiermana natrafiamy na bardzo podobne sformułowania: "Pod ruinami domów Warszawy spoczywa dużo trupów żydowskich, a na licznych cmentarzach żołnierskich niejedna mogiła mieści żydowskiego żołnierza pod obcym, przybranym nazwiskiem"117. Zbieżność ta nie jest przypadkowa, jako że Tauchner brał aktywny udział w przygotowaniach tej poczty do wysyłki.
Oba cytowane teksty stanowią dobry punkt wyjścia do analizy funkcjonowania Żydów w powstaniu. W szeregach AK można zasadniczo wyodrębnić dwie grupy Żydów. Są to, po pierwsze, żołnierze (kobiety i mężczyźni) zaprzysiężeni przed powstaniem oraz, po drugie, ochotnicy. Ci pierwsi zostali zmobilizowani i rozpoczęli walkę wraz ze swoimi oddziałami. Pytanie o liczebność tej grupy, jak już była mowa wcześniej, musi pozostać bez odpowiedzi. Było ich jednak co najmniej kilkudziesięciu.
Wśród zaprzysiężonych żołnierzy AK należy również wspomnieć grupę powstańców Polaków pochodzenia żydowskiego. Służyli oni zarówno w szeregach AK, jak i w formacjach komunistycznych. Do rangi symbolu urasta postać Stanisława Likiernika ps. "Staszek", "Machabeusz", pierwowzoru jednego z bohaterów Kolumbów rocznik 20 Romana Bratnego. Urodził się 25 czerwca 1923 r. w rodzinie wojskowej (ojciec był oficerem WP) i był wychowywany w duchu katolickim. Jak pisze w swych wspomnieniach, o żydowskim pochodzeniu dowiedział się przypadkiem w wieku młodzieńczym, lecz ani wtedy, ani później nie odczuwał "najmniejszej solidarności ze wspólnotą żydowską"118. Podczas okupacji rodzina ignorowała ustawy norymberskie i nie trafiła do getta (ojciec spędził wojnę w oflagu). W prace ZWZ-AK Likiernik włączył się w maju 1941 r. Po ukończeniu kursu podoficerskiego (VI-XII 1942) został przydzielony do oddziału dyspozycyjnego A warszawskiego Kedywu dowodzonego przez por. Stanisława J. Sosabowskiego "Stasinka". W czasie powstania walczył na Starym Mieście i Czerniakowie119.
Trudno powiedzieć, jak liczna była grupa powstańców Polaków pochodzenia żydowskiego. Osoby te, o czym już wspomniano we wstępie, znajdują się poza naszymi rozważaniami. Materiały autobiograficzne pozwalają na identyfikację zaledwie kilkunastu nazwisk Żydów walczących w szeregach AK. Oto biogramy kilku z nich. W tej samej co Likiernik formacji służył Stanisław Aronson ps. "Rysiek" (ur. 6 V 1925 r.). Przed wojną mieszkał w Łodzi, którą opuścił we wrześniu 1939 r. - wyjechał wraz z rodziną na wschód i trafił do Lwowa, skąd wiosną 1942 r. przybył do Warszawy i trafił do getta. W styczniu 1943 r. wraz rodzicami i siostrą znalazł się na Umschlagplatzu, a następnie w transporcie do Treblinki. Udało mu się wyskoczyć z pociągu i powrócić do Warszawy. Dzięki polskim znajomościom pozostał po "stronie aryjskiej" i szybko związał się z konspiracją. Trafił do oddziału dywersji Kedywu - grupy Andrzeja (Józefa Rybickiego), później znanej jako Kedyw Kolegium A, skończył podchorążówkę i brał udział w wielu akcjach bojowych. Początkowo występował jako Polak ze Lwowa. Pozostał w oddziale pomimo odkrycia jego prawdziwej tożsamości. Jego szlak bojowy rozpoczął się 1 sierpnia od ataku na magazyny przy ul. Stawki. Później walczył na Woli. 10 sierpnia podczas osłaniania ewakuacji na Stare Miasto został ciężko ranny. Odtąd przebywał w szpitalu, a po upadku Starówki udało mu się dotrzeć do Pruszkowa120.
Jeszcze przed powstaniem należał do konspiracji Jerzy Żmigryder-Konopka ps. "Poręba" (ur. 1923), który walczył w batalionie im. Czarnieckiego dowodzonym przez "Gozdawę" (kpt. Lucjana Giżyńskiego). Jerzy Żmigryder-Konopka wielokrotnie pojawia się na kartach wspomnieniowej książki Lucjana Fajera "Ognistego", zastępcy dowódcy "Gozdawy". Dał się poznać jako wyjątkowo dzielny żołnierz. Wyróżnił się już w 2 sierpnia podczas szturmu na Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych - został przedstawiony do odznaczenia Krzyżem Walecznych. 3 sierpnia dowodził patrolem dokonującym rozpoznania okolic Dworca Gdańskiego. Fajer pisał: "Poręba w tej akcji wykazał się wprost niespotykaną odwagą, bo nie chcąc narażać swoich ludzi, pozostawił ich za wzniesieniem terenu, zaś sam podczołgał się pod bunkier nieprzyjaciela. Zaskoczenie było piorunujące po wybuchu wiązki granatów. (..) Wydostał się cudem z tej opresji. Gdy mi opowiadał o tym przedsięwzięciu widać było w nim nie tylko entuzjazm i bohaterstwo, ale także prawdziwego żołnierza. (...) Była to niespokojna dusza. Nie dawał mi chwili wytchnienia, ciągle podsuwał coraz to nowe wypady. Sam zawsze zgłaszał się pierwszy jako ochotnik. Dla niego nigdy nie było za dużo. Nie wiem, kiedy był bezczynny, bo niemal każdej nocy wyruszał na patrol bojowy". I dalej: "Porębę znali wszyscy dowódcy i żołnierze. Był to mizerny chłopak, o nie rzucającej się w oczy sylwetce, piegowaty. Przypomina mi "Piotrusia" z filmu austriackiego. Duszę miał rogatą"121. W nocy z 3 na 4 sierpnia brał udział w nieudanym wypadzie na Dworzec Gdański. W drugim tygodniu powstania Żmigryder-Konopka zmienił przydział. Znów zacytujmy Fajera: "Kompania wypadowa była ustawiona w dwuszeregu do przeglądu na dziedzińcu przy ul. Długiej 14. Zjawił się wtedy st. strz. podch. Poręba, postać znana całemu batalionowi. (...) Na piersiach Sten. Najbardziej charakterystyczną jego cechą były niesamowite piegi na twarzy. Chłopak nieprzeciętnie inteligentny i odważny jakich mało. Na plecach miał wielki worek. Melduje się i prosi o przyjęcie do kompanii wypadowej. Opuścił szeregi 5 kompanii, bo był to oddział dla niego za mało aktywny. Dowódca kompanii zgadza się przyjąć Porębę. Ten ostatni jest tak uradowany, że w dowód wdzięczności zrzuca z ramion worek i wysypuje z niego kilka tysięcy sztuk papierosów mówiąc, że to "wkupne" dla kompanii. Porębę powitał okrzyk "hurra" na jego cześć"122. Odtąd był żołnierzem 5 kompanii wypadowej. 13 sierpnia wziął udział z zakończonym sukcesem ataku na niemieckie działko ostrzeliwujące barykadę na ul. Daniłowiczowskiej. Po wyparciu zaskoczonych Niemców "Poręba" przeciągnął porzucone przez Niemców działko do stanowisk powstańczych (niestety, wcześniej Niemcy wyjęli zamek). 23 sierpnia znalazł się w grupie odznaczonych Krzyżem Walecznych przez dowódcę grupy "Północ" płk. "Wachnowskiego" (Karola Ziemskiego) za osobistą odwagę wykazaną w walkach123. Dwa dni później zginął na terenie Banku Polskiego - jego stanowisko na pierwszym piętrze, z którego strzelał do pojedynczych Niemców, zostało rozpoznane - otrzymał postrzał i zginął na miejscu. Trudno było wyciągnąć jego ciało z pola ostrzału. Pochowano go na podwórzu Banku Polskiego.
W pogrzebie Jerzego Żmigrydera-Konopki brał udział kapitan Fajer124. W dzienniku "Ognistego" znalazła się informacja o żydowskim pochodzeniu "Poręby". Fajer przyznał się do dobrej znajomości z jego ojcem - zmarłym jesienią 1939 r. we Lwowie Zdzisławem Żmigryderem-Konopką. Był to wybitny historyk starożytności, profesor UW i Wolnej Wszechnicy Polskiej. I co z naszego punktu widzenia istotniejsze - był on członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, walczył w wojnie z bolszewikami, za którą otrzymał Krzyż Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyż Walecznych. Pod koniec lat trzydziestych stał na czele Związku Żydów Uczestników Walk o Niepodległość Polski, a w 1938 r. dostał nominację na senatora. Czy pochodzenie "Poręby" było znane kolegom? Trudno to jednoznacznie stwierdzić. Z jednej relacji żołnierza "Gozdawy" wynika, że fakt przynależności do jednostki sformowanej przez nacjonalistów najwyraźniej mu nie przeszkadzał: "Gdy zwracaliśmy "Porębie" uwagę, że jest w szeregach NSZ, śmiał się z tego, ale został"125. Inny kolega, który był świadkiem śmierci "Poręby", poznał jego nazwisko (i zapewne pochodzenie) z książki Fajera126.
Nie wiadomo, jakimi drogami trafił w szeregi konspiracji Tobiasz Berkal (ur. 1908), adwokat, przed wojną znany działacz organizacji syjonistów-rewizjonistów. Prawdopodobnie tak jak wielu jego towarzyszy z Łodzi, już na początku 1940 r. trafił do Warszawy. Być może nawet przebywał getcie przez jakiś czas - niczego jednak o jego ewentualnej działalności tam w konspiracji nie wiadomo. Przed powstaniem - pod nazwiskiem Paweł Ostrowski - był członkiem grupy dywersyjnej dowodzonej przez Andrzeja Sudeczkę127. Po jej rozpadzie trafił do oddziału "Szerszenie" stanowiącego ochronę "Radosława". Jak dotąd nie udało się dotrzeć do żadnych szczegółów dotyczących jego powstańczej biografii - nie pozostawił on żadnych materiałów autobiograficznych dotyczących swej okupacyjnej przeszłości128.
Jednak nawet wówczas, gdy tego rodzaju materiały istnieją, bywają często dość ogólnikowe. Tak jest choćby w przypadku Marka Rudnickiego (ur. 1927) ps. "Czart". Do Warszawy trafił z rodzinnej Łodzi. Jego wyjście z getta, już po "wielkiej akcji", podczas której stracił oboje rodziców, miało być zorganizowane w porozumieniu z polską konspiracją. Jak wspomina, był protegowanym dowódcy warszawskiego okręgu AK pułkownika "Montera". Po przeszkoleniu w Puszczy Kampinoskiej został skierowany do "Baszty". Z inicjatywy "Montera" rozpoczęła się jego współpraca z "Żegotą". Studiował architekturę na tajnych kompletach. Wybuch powstania zastał go na placówce przy ul. Mokotowskiej. Był żołnierzem kompanii B-1. Czwartego sierpnia został ranny na ul. Rakowieckiej. Po rekonwalescencji powrócił do macierzystego oddziału129. Przed kapitulacją Mokotowa oddział próbował przejść kanałami do Śródmieścia. Gdy po kilku godzinach wychodzili przy ul. Puławskiej 24/28, zostali otoczeni przez Niemców. Jeden z nich rozpoznał w nim artystę, który przed powstaniem narysował jego portret w kawiarni Maxim. Na pytanie: "Pan artysta malarz także bandytą?", odparł: "Jestem polskim żołnierzem". Oficer nakazał mu przejść do grupy cywili. Po powstaniu znalazł się w Pruszkowie130. W pułku "Baszta" służył także Mieczysław Opoczyński ps. "Bury", "Ksawery" (rocznik 1919). Pochodził on z Wilna, nie wiadomo, jak trafił w szeregi AK. Był żołnierzem (w stopniu sierżanta) trzeciego plutonu kompanii B-3. Dowodził saperami, a następnie został dowódcą utworzonego w ramach tej jednostki oddziału broni przeciwpancernej131. Po powstaniu trafił do obozu jenieckiego w Sandbostel132.
Pewna liczba funkcjonujących na "aryjskich papierach" Żydów działała w organizacjach socjalistycznych na Żoliborzu. Pierwszego sierpnia, jeszcze przed godziną "W", na rogu ulic Krechowieckiej i Słowackiego poległ Szymon Joffe (posługujący się nazwiskiem Mieczysław Maślak ps. "Mietek"). Należał do grupy młodzieży socjalistycznej skupionej wokół wychodzącego od stycznia 1942 r. pisma "Płomienie" i był członkiem Oddziałów Wojskowych Powstańczego Pogotowia Socjalistów. Ukrywał się przy ul. Krasińskiego 16, gdzie drukował materiały konspiracyjne133. Brał też udział w akcjach bojowych. Tego samego dnia poległ również Ryszard Lifszyc (Tomasik). Szczegółów na temat jego śmierci nie odnaleźliśmy134.
Po reorganizacji sił socjalistycznych na Żoliborzu, do której doszło 5 sierpnia, dowódcą II kompanii batalionu Organizacji Wojskowej PPS im. Jarosława Dąbrowskiego w ramach zgrupowania "Żyrafa" został ppor. Marian Merenholc (Mehrenholc) "Wiktor" (ur. 1914). Pochodził ze Lwowa, gdzie w czasie niemieckiej okupacji działał w ruchu socjalistycznym. W Warszawie znalazł się prawdopodobnie w 1942 r. i został członkiem Socjalistycznej Organizacji Bojowej. Trudno powiedzieć, czy przebywał w getcie. Jego kompania broniła rejonu ulic Kozietulskiego, Wyspiańskiego i Niegolewskiego, a wreszcie zajęła pozycje w blokach IV kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. Krasińskiego 18. Pod koniec walk z jego kompanii pozostało 16 ludzi135. Tak jak wielu innych AK-owców, Merenholc poległ w godzinach przedpołudniowych 30 września, ostatniego dnia powstania na Żoliborzu, w czasie odwrotu z nieudanego natarcia na wał przeciwpowodziowy mającego otworzyć drogę do ewakuacji resztek zgrupowania żoliborskiego na prawy brzeg Wisły. Próbując ratować resztki swoich ludzi, dostał postrzał w głowę136. W brygadzie im. Dąbrowskiego służyli jeszcze inni Żydzi. Jednym z podoficerów kompanii "Wiktora" był Aleksander Markus (Markowski) ps. "Olek". Wiadomo tylko, że był doskonałym snajperem137. O innych nic pewnego nie wiadomo, choć biorąc pod uwagę liczebność ukrywających się w tej dzielnicy lub funkcjonujących na "aryjskich papierach" Żydów, można przypuszczać, że jakaś ich liczba działała w konspiracji.
Problemy z identyfikacją
Wszystkie wymienione osoby pojawiają się w polskich wspomnieniach lub dokumentach. Istnieje jednak również kilka relacji, których autorzy przyznają się do służby w szeregach AK (przed i w czasie powstania), nastręczających poważnych trudności interpretacyjnych. Do tej grupy należy pochodzący z Puław Gerszon Edelman (ur. 1920) ps. "Brzoza", były student wyższej Szkoły Mechaniczno-Technicznej Wawelberga i Rotwanda w Warszawie. W swojej relacji sporządzonej w 1946 r. podał, że brał udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. W Warszawie znalazł się pod koniec 1942 r., a trafił do stolicy dzięki rodzinnym powiązaniom - w organizacji działali jego stryjowie o pseudonimach "Jakub" i "Rzepa" oraz ojciec, "Gniezno". Mieli być w 36 pułku piechoty. Jeden ze stryjów w stopniu majora138. Sam Gerszon Edelman ukończył podchorążówkę i miał brać udział w wykonywaniu kilku wyroków sądów podziemnych. 1 sierpnia 1944 r. uczestniczył w szturmie na gmach Poczty Głównej przy pl. Napoleona. Inne pododdziały szturmowały Prudential. Mimo że nie pada nazwa jednostki, musiał to być batalion "Kiliński". Po zdobyciu poczty (czyli po 2 sierpnia) oddział obsadził pozycję w narożnym budynku przy ul. Alberta I Króla Belgów (obecnie Niecała). Toczono ciężkie walki z Niemcami nacierającymi od Ogrodu Saskiego. Pozycja była pod ciągłym ostrzałem. Oddział został zdziesiątkowany. Piątego sierpnia Edelman został ciężko ranny (otrzymał postrzał w ramię i prawe płuco). Znalazł się w szpitalu św. Rocha przy Krakowskim Przedmieściu, który zajęli Niemcy. Wywieziono go, wraz z pięcioma rannymi powstańcami, niemieckim pociągiem sanitarnym do Łodzi, skąd, po stwierdzeniu pomyłki, trafili do obozu jenieckiego w Hanowerze139. Tam został wyzwolony przez armię amerykańską w kwietniu 1945 r.140 W relacji brak nazwiska, pod jakim walczył, i oddziału, co stwarza trudności z weryfikacją i uzupełnieniem jego powstańczej biografii. Jego dalsze losy pozostają nieznane.
Podobnie jest ze wspomnianym już wcześniej Zvi Flormanem (ur. 1900). Mieszkał przy ul. Filtrowej. Do organizacji miał zostać wprowadzony przez znajomego Polaka jako Tadeusz Kaniowski. Pracował w urzędzie miejskim w Warszawie, kolportował ulotki. Przed wojną odbył służbę wojskową w 7 pułku ułanów, był również absolwentem szkoły chorążych w Mińsku Mazowieckim. Pierwszego sierpnia dołączył do grupy trzydziestu kilku osób, w której byli również Żydzi. Początkowo brali udział w budowie umocnień i przejść podziemnych. Po pewnym czasie Florman zaczął uczestniczyć w walkach, m.in. w zdobyciu gmachu PAST-y przy ul. Zielnej 37/39. Tak o tym pisał: "Mało było broni i nie wystarczyło dla wszystkich. Były grupy z bronią i grupy, które przygotowały drogę. To był początek - przygotować powstanie. Do tego zostałem powołany. W naszej grupie pracowaliśmy dzień i noc. W pierwszym dniu wybuchu powstania podjechał czołg niemiecki "Tygrys" i przywitaliśmy go butelkami Mołotowa. (...) z trudem się wycofał będąc w płomieniach. Wkrótce zaczęliśmy sypać wał w poprzek naszej ulicy, obok ulicy Nowy Świat. To była silna barykada, na którą czołg już nie mógł wjechać. I poczynając od tej ulicy, dalej sypaliśmy barykady, kopaliśmy przejścia podziemne, umocnienia. Na ulicy Zielnej, w budynku dwunastopiętrowym, była centrala telefoniczna. Tam byli Niemcy. Ich snajperzy panowali nad okolicą, strzelali do powstańców. Z drugiej strony, w Ogrodzie Saskim siedzieli Ukraińcy. Powstańcy byli pomiędzy nimi. Jednej nocy nadszedł rozkaz: spalić ten wieżowiec. Wtedy poszedłem na akcję z moją grupą. Przybliżyliśmy się do budynku. Mieliśmy pompę, rozpryskaliśmy benzynę, zebraliśmy benzynę ze wszystkich możliwych miejsc i rozpryskaliśmy. Następnie rzuciliśmy zapałkę i budynek stanął w płomieniach. Niemcy zaczęli wychodzić. Oczywiście trwało to sporo czasu. Wyszły Polki, które tam pracowały jako telefonistki, z rękami podniesionymi do góry, im pozwoliliśmy przejść, wyszli obywatele polscy, którzy tam pracowali jako technicy. Im też pozwoliliśmy przejść. Zaczęli wychodzić Niemcy. Niemców, którzy tam pracowali jako pracownicy cywilni, wzięliśmy do niewoli. Było wielu jeńców niemieckich. Oni nam pomogli w kopaniu rowów itd. Jeśli chodzi o ludzi gestapo i SS, zdecydowaliśmy, że tylko jeden dla nich wyrok, każdy otrzymał kulę w łeb. Wprawdzie nie na miejscu, wzięli ich na bok i rozstrzelali. Ludzi gestapo, SS i żandarmów nie brali w niewolę". I wyraźnie podkreślił: "Ja naprawdę byłem przy tym obecny"141. W szturmie PAST-y brało udział 250 żołnierzy. Jednak tak jak w przypadku Edelmana, nie odnaleźliśmy Flormana/Kaniowskiego wśród żołnierzy Kilińskiego142. Służyło tu kilku innych żołnierzy pochodzenia żydowskiego143.
To nie koniec problemów z identyfikacją. Na Starym Mieście miał walczyć pochodzący z Gródka (pow. białostocki) dziennikarz Nehemiasz Szulklaper (ur. 1915). Jesienią 1942 r. uciekł z transportu do obozu zagłady. Trafił do Warszawy, gdzie ukrywał się jako Roman Rutkowski, najpierw był robotnikiem kolejowym, a później konduktorem. Wstąpił do organizacji "Grunwald" na Pradze (weszła w skład praskiej AK). Poszukiwany przez gestapo, trafił do grupy partyzanckiej w Józefowie, brał udział w różnych akcjach dywersyjnych. Wraz z oddziałem oczekiwał na miejscu koncentracji - nie podał niestety jego lokalizacji. W swej relacji twierdzi, że był na placówce "Grunwaldu" na Starym Mieście. Zapis ten nie jest do końca jasny: "Byłem w brygadzie operacyjnej czyli do specjalnych zadań wykrycia i zniszczenia centralnych punktów sił niemieckich. Udało mi się kilkakrotnie wykryć dwa składy amunicji i ukryte rozkazy dowództwa niemieckiego przy ulicy Tamka. Nasz oddział składał się z kilkunastu ludzi, kilku zginęło w akcji". Przez jakiś czas miał też prowadzić dział komunikatów prasowych w "Biuletynie Informacyjnym", by następnie powrócić do udziału w akcjach bojowych. Został ranny w rękę (amputowano mu palce), wywieziony do Pruszkowa, a następnie obozu jenieckiego w Głogowie. Ostatecznie trafił do obozu w Aussig nad Łabą, gdzie został wyzwolony w maju 1945 r.144 Nie udało się nam zweryfikować informacji zawartych w relacji Szulklapera i rozstrzygnąć sprawy jego przydziału.
Pozornie tylko dokładne informacje zawarł w swym zeznaniu Michał Piotrowicz (ur. 1923). W 1940 r. przybył do Warszawy z Wawra i zamieszkał tu jako Mieczysław Lubański. Dokumenty na to nazwisko otrzymał od kolegi z lat dziecinnych Eugeniusza Rajewskiego ps. "Gentek". On też miał wprowadzić Piotrowicza do ZWZ, gdzie, jak twierdzi, brał udział w akcjach dywersyjnych. W swej relacji wymienia płk. Stanisława Steczkowskiego "Zagończyka", pod którego komendą miał zaopatrywać walczące getto warszawskie (informacja ta nie znajduje potwierdzenia w innych źródłach). W powstaniu warszawskim miał walczyć w plutonie 158 batalionu szturmowego "Odwet" wchodzącego w skład batalionu "Golski". Nie podaje jednak swego pseudonimu, nazwiska dowódcy ani żadnych danych na temat swoich kolegów: "Odpieraliśmy ataki Niemców od strony szpitala Józefa Piłsudskiego (vis a vis Politechniki Warszawskiej, gmach starej chemii) oraz od strony Pola Mokotowskiego gdzie zostałem ciężko ranny w lewą łopatkę i prawą nogę. Leżałem w szpitalu przy ul. Lwowskiej 11". Po kapitulacji znalazł się w obozie jenieckim w Ożarowie, skąd uciekł. Zgłosił się na wyjazd do Rzeszy za pośrednictwem organizacji Todt i trafił do Berlina145. Przynależność Piotrowicza do szeregów powstańczych potwierdziło we wrześniu 1967 r. kilku Polaków, lecz nie należeli oni do oddziału, w którym miał służyć. Zgadzają się topograficzne szczegóły cytowanej relacji. W spisach żołnierzy "Golskiego" i "Odwetu" próżno szukać jednak Lubańskiego (Piotrowicza)146.
Inny problem stanowią późne relacje, których nie sposób zweryfikować. Istnieje zapis, że należący do AK Witold Rosenberg zginął trafiony odłamkiem we wrześniu 1944 r. na stopniach kościoła św. Krzyża. Nic poza tym na ten temat nie wiadomo147.
Kobiety w AK
W szeregach warszawskiej AK służyła trudna do określenia liczba Żydówek uchodzących za "Aryjki". Należała do nich Zofia Gleichgewicht, siostra znanego literata i dramaturga Jerzego Jurandota. W przeciwieństwie do reszty rodziny pozostała po "stronie aryjskiej", gdzie funkcjonowała jako Zofia Zawadzka. Przez swoje harcerskie, przedwojenne kontakty szybko trafiła do konspiracji. Pracowała w wywiadzie. Zginęła w powstaniu jako Zofia Bardówna, pod nazwiskiem, pod którym publikowała przed wojną148.
W batalionie "Łukasiński" dowodzonym przez Olgierda Rudnickiego-Ostkiewicza "Sienkiewicza" służyła Emilia Rozencwajg "Marylka". Była dowódcą grupy łączniczek i sanitariuszek. Jej biografia jest niezwykle interesująca. Pochodziła z Radzymina. Przed wojną należała do Betaru, organizacji młodzieżowej podporządkowanej Nowej Organizacji Syjonistycznej. Opuściła getto w marcu 1942 r. za namową Rudnickiego - przyjaciela jej ojca - i niebawem wstąpiła do kierowanej przezeń komórki organizacyjnej. Pracowała jako łączniczka i kolporterka prasy konspiracyjnej, Jednocześnie bardzo aktywnie działała w konspiracji żydowskiej, pełniąc rolę łączniczki między konspiracją w getcie a "stroną aryjską" (pracowała m.in. dla ŻKN i ŻZW), wyprowadzając Żydów z gett i obozów. Wraz z członkiem AK Teodorem Pajewskim wydostała z obozu w Trawnikach historyka Emanuela Ringelbluma. W powstaniu przeszła cały szlak bojowy batalionu "Łukasiński", a następnie trafiła do obozu jenieckiego149.
W szeregi AK trafiła też przybyła w połowie 1942 r. ze Lwowa do Warszawy Alicja Zipper (ur. 1926) ps. "Alina". Posługiwała się dokumentami na nazwisko Alina Kozłowska. Brała udział w licznych akcjach w Warszawie, po czym, zagrożona aresztowaniem, znalazła się poza Warszawą, służąc w charakterze łączniczki z oddziałami partyzanckimi w Kieleckiem. Latem 1944 r. była łączniczką w sztabie pułkownika "Montera". Została przydzielona na Stare Miasto do kapitana "Maliny"150. Przez pierwsze dwa tygodnie powstania pracowała nie tylko jako łączniczka, ale również jako sanitariuszka. Ewakuowana kanałami do Śródmieścia, ponownie znalazła się w sztabie "Montera". W przededniu kapitulacji otrzymała stopień oficerski. Z rozkazu dowództwa pozostała w Warszawie i opiekowała się szpitalem powstańczym przy ul. Chmielnej. Została wywieziona do Krakowa, gdzie poślubiła kolegę z konspiracji Aleksandra Grelewskiego151.
Kolejny przykład to Hanka Kehtmann ps. "Hanka" (występująca pod nazwiskiem Apolonia Kraśnicka). Podlegała oficerowi informacyjnemu batalionu "Gozdawa" Janowi Omylskiemu ps. "Kaczorowski". Po kapitulacji Starego Miasta uratowała życie ciężko rannemu "Kaczorowskiemu", który pomagał jej w czasie okupacji, i wywiozła go z miasta152.
Ochotnicy
Od pierwszych godzin powstania Żydzi zgłaszali się do oddziałów powstańczych. Ochotnicy żydowscy to grupa pod każdym względem niejednolita. Wśród zgłaszających się do służby byli dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, wojskowi i cywile. Ich motywacje były rozmaite. Dla jednych najważniejszy był patriotyzm, dla innych możliwość odwetu za lata upokorzeń i pomszczenie zbrodni. Niektórzy z nich byli członkami konspiracji (zarówno polskiej, jak i żydowskiej), inni ukrywali się na "aryjskich papierach". Wielu z nich wybuch powstania zaskoczył na ulicy. Niesieni patriotycznym entuzjazmem, brali udział we wznoszeniu barykad.
Była wśród nich łączniczka ŻOB Władka Meed: "Razem z Beniaminem [mąż Władki] wybiegliśmy z domu, by przyłączyć się do tysięcy Polaków, napływających ze wszystkich domów i bram. Nigdzie nie było widać ani śladu Niemców. Na wielu domach powiewały biało-czerwone flagi. (...) Dołączyłam do grupy ciągnącej na jedną z barykad przewrócony wagon tramwajowy. Obok mnie spostrzegłam innego Żyda, nazwiskiem Jagodziński. Dotąd ukrywał się na Pańskiej, ale teraz już nie chciał pozostawać w ukryciu. - Mam rachunki do wyrównania - mruknął nacierając ze wszystkich sił na przewrócony pojazd"153.
A oto obraz atmosfery pierwszych dni powstania pozostawiony przez innego świadka wydarzeń, cytowanego już Tauchnera: "nie było różnicy między obywatelami przebudzonej Warszawy. Nikt nikomu nie przeszkadzał wypełniać patriotycznego obowiązku. Wszystkich łączył entuzjazm i gorąca wola pokonania znienawidzonego wroga. (...) Widziałem w pierwszych dniach Powstania szczerą radość Polaków, kiedy na barykadach pojawili się ocaleni Żydzi. Przeżyłem pierwszy patriotyczny wstrząs, kiedy to 1 sierpnia dwóch Żydów o godzinie 5.30 zabiło niemieckiego żandarma w czołgu. Zdobywszy gdzieś biało-czerwoną chorągiew biegli przez ulice wymachując nią i nawołując dozorców by dekorowali domy flagami polskimi. "Polska znów odżyła" - wołał jeden z nich o uduchowionym spojrzeniu. "Za wolność waszą i naszą""154.
Ci, którzy posiadali broń, włączali się z do walki. Weteran powstania w getcie, wspomniany już parokrotnie Kazik Ratajzer (Simcha Rotem) dołączył do oddziału atakującego budynek sądów na Lesznie: "znalazłem się w pobliżu Sądów, tego imponującego gmachu, który zajmował wielką przestrzeń między ulicami Leszno i Ogrodową. Ulica miała już inny wygląd, nie widać było normalnych przechodniów (...). W powietrzu czuło się jakieś napięcie pomieszane z uniesieniem. Coś się zbliżało, coś zaczynało się dziać. Widziałem grupki z bronią w ręku, bez mundurów, ale z opaskami na rękawach. Byli gotowi do walki. Po tylu latach widzieć Polaków z bronią w ręku na ulicach Warszawy w biały dzień! Wyrwało mi się z ust jakieś przekleństwo i nie namyślając się, przyłączyłem się do grupy AK, która atakowała Sądy. Niemcy byli dobrze uzbrojeni i bronili się. W grupie atakujących było nas niewielu. Po kilku minutach padł, postrzelony w głowę, pierwszy z nas. (...) Po jakiejś godzinie, może półtorej, brama otworzyła się nagle i Niemcy wyjechali przez nią samochodem pancernym. Weszliśmy do środka i zawiesiliśmy biało-czerwony sztandar. (...) Dostałem mundur polskiego policjanta i biało-czerwoną opaskę na ramię - była to oznaka powstańców"155. W AK przybrał pseudonim "Glina" - właśnie z powodu munduru, który nosił. Jednak po kilku dniach przeszedł do swego macierzystego oddziału ŻOB.
W podobny sposób trafił w szeregi powstańcze Samuel Willenberg - przyłączył się do szturmu na gmach byłego poselstwa czechosłowackiego przy zbiegu ul. Koszykowej i alei Róż prowadzonego przez pododdziały VII Zgrupowania II Rejonu (przemianowane w końcu sierpnia na batalion "Ruczaj"). Willenberg był uczestnikiem wojny obronnej we wrześniu 1939 r., w której został ranny (w starciu z Armią Czerwoną). 20 października 1942 r. został deportowany do Treblinki, gdzie spędził prawie dziewięć miesięcy. 2 sierpnia 1943 r. uczestniczył w buncie więźniów. Udało mu się trafić do Warszawy i niebawem nawiązał kontakt z Polską Armią Ludową. Wybuch powstania zaskoczył go w mieszkaniu przy ul. Natolińskiej 8, w którym się ukrywał. W swoich powstałych w latach osiemdziesiątych wspomnieniach tak opisał te chwile: "Podbiegłem do okna i wyjrzałem na ulicę. Zobaczyłem grupki młodych ludzi przebiegających szybko wzdłuż chodników, uchodzących w popłochu przechodniów i kilka pochylonych sylwetek spieszących w kierunku ulicy Koszykowej. (...) Byłem podniecony i zaciekawiony. Szybko pożegnałem ojca. Chciałem pożegnać również Hankę [towarzyszka Willenberga - Polka], ale ona upierała się, że będzie mi towarzyszyć. Wyjąłem z łóżka rewolwer i dwa granaty. Wybiegliśmy we dwójkę na ulicę. Nie trzeba było być wtajemniczonym, aby domyślić się, że w Warszawie wybuchło powstanie. Młodzi uzbrojeni ludzie nakazywali przechodniom kryć się w bramach. Z rozmaitych stron nadbiegali uzbrojeni powstańcy. Pod murami kamienic biegli w kierunku ulicy Koszykowej. Tam już trwała potyczka. (...) Wpadłem do bramy domu nr 13 i dołączyłem do nacierających powstańców"156.
Po skończonej walce i zdobyciu budynku Willenberg miał wyjawić dowódcy oddziału i powstańcom będącym świadkami tej sceny swoją tożsamość: "Gdy wszedłem do pokoju, zobaczyłem z daleka, że jest zajęty wydawaniem rozkazów otaczającym go powstańcom. Gdy zbliżyłem się do jego łóżka, rozpoznałem młodego człowieka, który walczył obok mnie. Zapytał mnie, czy należę do AK. Odpowiedziałem, że jestem ochotnikiem. Zapytał o mój pseudonim i nazwisko. Zastanowiłem się chwilę. Doszedłem do wniosku, że jeśli ewentualnie padnę, to lepiej pod własnym nazwiskiem. Powiedziałem, że nazywam się Samuel Willenberg. Zebrani w pokoju spojrzeli na mnie z zaciekawieniem. Widząc ich zdziwienie dodałem: Jestem Żydem. Byłem w Treblince. Nikt z zebranych nie odezwał się słowem. Ranny dowódca kazał mnie zapisać na listę powstańców. Nasz oddział nazywał się 7 zgrupowanie Lodeckiego [kpt Antoni Kazimierz Dembowski]"157. Oficerem występującym w tej relacji mógł być dowódca 1 kompanii "Ruczaja" ppor. Karol Gomułko ps. "Long". Jednak w relacji Willenberga złożonej w marcu 1948 r. próżno szukać opisanej tu sceny. W ogóle brak w niej motywu przyznania się polskim kolegom do żydowskiego pochodzenia158. Nie jest to zresztą jedyna różnica między obydwoma tekstami - relacja z 1948 r. zawiera więcej opisów walk, powojenne wspomnienia zaś koncentrują się na kwestii stosunków polsko-żydowskich; będzie o tym jeszcze wielokrotnie mowa. Tak czy inaczej, przez kilka tygodni Willenberg pozostawał żołnierzem batalionu "Ruczaj". Walczył w jego szeregach na barykadach Marszałkowskiej i pl. Zbawiciela. Chyba nie brał udziału w szturmie na Małą PAST-ę.
W pierwszych dniach powstania do AK przyłączył się Efraim Krasucki "Kazimierz" (ur. 1905). Pochodził z Lublina, a w Warszawie znalazł się jesienią 1942 r., uciekając z likwidowanego getta lubelskiego. Posiadał "aryjskie" dokumenty na nazwisko Kazimierz Ban. Wkrótce, za pośrednictwem opiekującego się Żydami z Lubelszczyzny Stefana Sendłaka, nawiązał kontakt z Socjalistyczną Organizacją Bojową. Odnowił też kontakt z należącym do AK przedwojennym znajomym, inżynierem Jerzym Kędzierskim ps. "Kalinowski". Krasucki wciągnął do pracy w organizacji dwóch swoich znajomych, adwokata Rotrubina i Jana Rodledera. Brał udział w akcjach sabotażowych i dywersyjnych. W przededniu powstania jego pięcioosobowa grupa została skoszarowana na Żoliborzu i oczekiwała na rozkazy. Jednak rankiem 1 sierpnia, wraz z kilkoma kolegami, wyjechał do centrum miasta, aby odwiedzić rodzinę. Tam zaskoczył ich wybuch powstania. Przyłączyli się spontanicznie do budowy barykad, a następnie skontaktowali się z Kędzierskim, który włączył ich do swego oddziału - do 2 kompanii "Supraśl" batalionu im. Łukasińskiego pod dowództwem majora Olgierda Rudnickiego-Ostkiewicza "Sienkiewicza". Krasucki napisał w swej relacji, że został kwatermistrzem oddziału: "Miałem poza pracą związaną z zaopatrzeniem naszego oddziału w żywność i odzież jeszcze obowiązek pełnienia służby kilka godzin na barykadzie". Podlegała mu kwatera batalionu mieszcząca się w Hotelu Polskim przy ul. Długiej 29. Walczył przy pałacu Blanka. Tak zapamiętał spotkanie z nim wspomniany już Stefan Sendłak: "W czasie Powstania Warszawskiego na ul. Długiej walczył oddział żydowski. Między innymi był w nim Kazimierz Krasucki z Lublina. W końcu sierpnia spotkałem Krasuckiego ze stenem na ulicy Siennej. Szedł służbowo na ul. Sienkiewicza. W czasie rozmowy z nim dowiedziałem się o walce tego oddziału. W jego szeregach było kilku członków ŻOB"159. Do spotkania tego musiało dojść wcześniej, ponieważ 16 sierpnia Krasucki został poważnie ranny i trafił do szpitala w budynku Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Długiej 7. Po przeprowadzeniu trepanacji czaszki przebywał w różnych szpitalach. Opuścił Warszawę z ludnością cywilną do Milanówka160.
W inny sposób trafili w szeregi powstańcze pochodzący z Opola Lubelskiego bracia Aleksander (ur. 1922) i Zrubawel (ur. 1926) Werbowie. Od końca 1942 r. ukrywali się u żołnierza konspiracji Apolinarego Niemirowskiego przy ul. Chłodnej 17 w Warszawie. Po wybuchu powstania pod polskimi nazwiskami trafili do zgrupowania "Leśnik" i otrzymali przydział do kompanii miotaczy płomieni dowodzonej przez Franciszka Byskiniewicza "Jura". Walczyli na Starym Mieście (ul. Bonifraterska, a później w rejonie pl. Teatralnego), następnie, już po wcieleniu do zgrupowania "Radosław", na Czerniakowie. Aleksandrowi udało się przedostać na prawy brzeg Wisły (wstąpił do dywizji im. T. Kościuszki i skończył szlak bojowy w Berlinie), Zrubawel trafił do obozu w Sandbostel. Bracia spotkali się ponownie po wojnie w Niemczech161. Ich opiekun Niemirowski, za którego sprawą trafili do AK, wraz z żoną zostali pośmiertnie odznaczeni medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Protekcja członków podziemia była, jak zobaczymy, jedną z dróg prowadzących do szeregów powstańczych.
W połowie sierpnia do kompanii B-1 "Baszty" został wcielony Zygmunt Leski (ur. 1918 w Warszawie). Przyjęto go mimo deklarowanej sympatii do PPR. Nosił pseudonim "Marek II"162. W przeciwieństwie do innych Żydów należących do "Baszty" jego pochodzenie nie było tajemnicą. Wyjawił je, podobnie jak swoje sympatie polityczne dowódcy kompanii, który nakazał przyjęcie go do oddziału. Po kapitulacji trafił do obozu jenieckiego163.
Do grupy ochotników, mimo że należał wcześniej do konspiracji, należy też zaliczyć pochodzącego z Łodzi Jerzego Lando (ur. 31 XII 1922 r.). Po ucieczce z getta warszawskiego jesienią 1942 r. ukrywał się w Zakopanem, Krakowie i Nowym Sączu, po czym powrócił do Warszawy, gdzie pod nazwiskiem Stefan Wojtyła zatrudnił się w prywatnej firmie jako księgowy. Tam latem 1944 r. został przyjęty do konspiracji przez znajomego należącego do Stronnictwa Narodowego, który rzecz jasna nie orientował się w jego żydowskim pochodzeniu. Lando tak o tym pisze: "Wiedziałem, że SN było partią prawicową, gdybym miał wybór, to chyba jako Żyd wybrałbym inne ugrupowanie. Ale tu nadarzyła się okazja na jaką czekałem i której nie mogłem przepuścić". Zaskoczony przez wybuch powstania, dotarł na miejsce koncentracji na rogu Żelaznej i Grzybowskiej. Został wyznaczony na dowódcę drużyny; walczył przez całe powstanie164. Po kapitulacji trafił do niewoli (Lamsdorf, potem Sandbostel, gdzie w kwietniu 1945 r. został wyzwolony przez Brytyjczyków). Niestety, jego relacja, podobnie jak wiele innych wspomnień powstańców żydowskich, nie zawiera żadnych szczegółów; nie jest jednak wykluczone, że walczył w szeregach zgrupowania "Chrobry II".
Gdzieś w okolicy służył Oskar Gelles (ur. 1906). Od kwietnia 1943 r. ukrywał się pod Warszawą, gdzie został zaprzysiężony w AK. W stolicy znalazł się 29 lipca i zgłosił się na Ceglaną. Jego posterunek był przy ul. Ceglanej 10, podlegały mu kamienice przy ul. Waliców 10, 12, 14. Nie brał udziału w walkach: "Przez dwa miesiące wszyscy staliśmy bezczynnie, mimo że mieliśmy broń. Jadło się, piło i szabrowało". Jego bezpośrednim dowódcą był "Mik"165.
Na tym samym terenie zgłosił się do służby w AK Calel Perechodnik (ur. 8 IX 1916 r.), były funkcjonariusz żydowskiej służby porządkowej w getcie w Otwocku, autor słynnego pamiętnika pisanego od 7 maja do 23 października 1943 r.166. Od 6 grudnia 1942 r. ukrywał się w mieszkaniu przy ul. Pańskiej 104, które wraz z towarzyszami opuścił dopiero kilka dni po wybuchu powstania. Po jakimś czasie, wraz z ukrywającym się z nim Sewerynem Buchalterem, wstąpił do AK. Perechodnik został przyjęty 17 sierpnia w poczet 2 kompani (I batalionu), 5 września zaś przeniesiony do kompanii rezerwowej. Buchalter figuruje jako żołnierz tej samej jednostki167. Perechodnik został zwolniony ze służby z powodu zachorowania na tyfus. Zginął już po powstaniu - Niemcy znaleźli bunkier, w którym się ukrywał, był zbyt osłabiony po chorobie, żeby uciekać, i został zabity na miejscu. Losy Buchaltera, podobnie jak wielu innych Żydów ochotników, pozostają nieznane.
W wielu przypadkach lapidarność przekazów autobiograficznych uniemożliwia dokładniejszą identyfikację powstańczych biografii. Nie wiemy, gdzie walczył jeden z ostatnich żołnierzy powstania w getcie - Leon Najberg. We wstępie do swego pisanego w ukryciu pamiętnika napomknął jedynie: "w sierpniu 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie. Ja walczyłem na Bielanach"168. Trudno też zrekonstruować powstańcze losy Mieczysława Fuchsa (ur. w 1916 r. w Pabianicach). Ten przedwojenny syjonista-rewizjonista miał za sobą krótkotrwały epizod służby w Armii Czerwonej, do której wcielono go wiosną 1941 r., ucieczkę z niewoli niemieckiej, ponad dwa lata ukrywania się jako "Aryjczyk" we Lwowie, Częstochowie i Warszawie znaczone pasmem denuncjacji i szantaży. Nic dziwnego, że wybuch powstania powitał z uczuciem ulgi: "Wiedziałem, że nastąpił koniec moich mąk". Pisze tylko, że w walczył na "placówce "Sokół""169. Nie jest wykluczone, że chodzi o batalion KB (Korpusu Bezpieczeństwa) "Sokół", mimo iż sam Fuchs twierdzi, że służył w AK. Identyfikację utrudnia fakt, że nie podaje ani swego przybranego nazwiska, ani pseudonimu.
Innego rodzaju trudności pojawiają się w przypadku tych ochotników Żydów, którzy zginęli w walce. Zdani tu jesteśmy wyłącznie na świadectwa żydowskich i polskich towarzyszy broni. Ich identyfikacja jest oczywiście możliwa jedynie wówczas, gdy ochotnicy przyznawali się do żydowskiego pochodzenia. 2 sierpnia przyłączyły się do szeregów powstańczych siostry Chaja (ur. 1924) i Estera (ur. 1927) Borenstein, posługujące się dokumentami na nazwisko Helena i Irena Gąsiorowskie. Mieszkały na Żoliborzu, znalazły się na Starym Mieście. Zostały przyjęte do Kompanii Harcerskiej batalionu "Gustaw" (NOW-AK) w charakterze sanitariuszek. Wybrały sobie pseudonimy "Blondynka" i "Irka". Obie stały się ofiarami wybuchu zdobytego przez powstańców czołgu pułapki na ul. Kilińskiego 13 sierpnia. Obie zostały ciężko ranne. Chaja zginęła, zasypana 26 sierpnia pod gruzami szpitala na Kilińskiego, Esterę po kilku godzinach odkopano. Nie udało jej się ewakuować kanałami do Śródmieścia. Wraz z innymi rannymi została zamordowana już po kapitulacji170. Symptomatyczne - kapelan "Gustawa" ks. Tomasz Rostworowski nie zapamiętał Żydów ze swego oddziału. Wspomniał natomiast tych, którzy zostali uwolnieni z Gęsiówki, po czym opatrywali rannych i uczestniczyli w gaszeniu pożarów171.
Problem tożsamości
Wspominaliśmy już wielokrotnie, że żydowscy ochotnicy, którzy pragnęli dołączyć do powstańczych szeregów, podobnie jak ich koleżanki i koledzy wcześniej szukający kontaktu z Armią Krajową, stawali przed poważnym dylematem: czy wyjawiać swoją tożsamość, czy też funkcjonować nadal na "aryjskich papierach". Za tym drugim rozwiązaniem przemawiało wiele przesłanek. Wśród utrzymujących się w okresie międzywojennym stereotypów powszechny był przecież obraz Żyda jako antytezy żołnierza. Stanisław Likiernik pisał, że: "słowa "Żyd" i "tchórz" brzmiały jak synonimy"172. Przed powstaniem Żydów do AK przyjmowano niechętnie, co wynikało nie tylko z żywionej wobec nich nieufności, ale również z powodów praktycznych: działający w konspiracji Żyd narażony był na podwójne niebezpieczeństwo - groziło mu ono jako przedstawicielowi tępionej przez okupanta grupy oraz jako członkowi konspiracji niepodległościowej - co z kolei zwiększało niebezpieczeństwo dla całej organizacji. W okresie powstania zagrożenie tego rodzaju już jednak nie istniało; wraz ze zniknięciem okupanta przestawało funkcjonować narzucone przez niego prawodawstwo. Żydzi stawali się na powrót obywatelami polskimi.
Powstaniec i historyk Jan M. Ciechanowski pisał: "dla nas, powstańców, trwających na pierwszych liniach nie było żadnych "problemów polsko-żydowskich" czy nieporozumień. Nie interesowało nas wtedy, kto kim był, czy też jego społeczne czy etniczne pochodzenie oraz poglądy polityczne czy też przekonania religijne, a interesowała nas rzecz tylko jedna - przydatność do walki"173. Podobny obraz szkicuje Wojciech Wiewiórski z batalionu "Miłosz" - kilka Żydówek służących w jego plutonie traktowanych było tak jak inni powstańcy174. W świetle przekazów żydowskich sprawa ta nie jest jednak tak jednoznaczna. Traktowanie zgłaszających się do oddziałów Żydów zależało od wielu okoliczności. Niekiedy przyjmowani byli życzliwie i z pełną otwartością, kiedy indziej ich pojawienie się rodziło takie czy inne problemy. Z licznych relacji wynika, że status ukrywających się Żydów w Warszawie zmienił się w niewielkim stopniu, a ich powrót do społeczeństwa w czasie powstania jawi się pod wieloma względami jako iluzoryczny. Lęki i obawy z okresu okupacji pozostały nadal żywe. Co więcej, nakładały się one na nowe problemy. Przywoływany już parokrotnie Maksymilian Tauchner pisał z goryczą: "Wielu z nich, w pierwszych dniach powstania, wykazywało wolę dekonspiracji spowodowaną rosnącą dumą narodową, która ożyła pod wpływem wielkiego ruchu wyzwoleńczego. Zbyt szybko zrozumieli oni jednak, że nie da się tego powiązać z naczelnym celem, tzn. walką w szeregach powstańczych. Te szeregi nie chciały mieć Żydów, a Żydzi dążyli do walki". A w innym miejscu: "W rezultacie tragicznych, straszliwych okoliczności musieli ukrywać swoje prawdziwe imiona. Żołnierze wolności i postępu - ofiary zacofania i ciemnoty. Na "aryjskich" papierach trzeba było przelewać krew i oddawać życie w walce ze znienawidzonym okupantem". Pisząc o dylematach towarzyszących ukrywaniu prawdziwej tożsamości, Tauchner zwraca również uwagę na różne strategie ochotników: "Byli też tacy, którzy zgodnie z radą dowódcy oddziału, do którego się zgłaszali podając swą narodową przynależność, potem ją ukrywali. Tylko dowódca znał ich sekret. Z drżeniem wspominam kapitana "Stefana", który jako pierwszy wyjawił tego rodzaju tajemnicę. Wtedy padł w walce strzelec "Jurek", o którym nikt w oddziale nie wiedział, że naprawdę nazywał się on Szmuel Grynberg".
Powstałe w latach 1945-1947 wspomnieniowo-historyczne teksty Tauchnera wymieniają kilkanaście osób walczących pod polskimi nazwiskami w szeregach AK. Są wśród nich dwaj oficerowie: Bernard B. - dowódca odcinka na ul. Siennej, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i Henryk Grynszpan z Bielska, oraz żołnierze: Samuel Grünberg "Jurek" (poległy w Śródmieściu), Ryszard Lifszyc "Grzmot" (walczący pod nazwiskiem Ryszard Tomasik, poległy na Żoliborzu), Fiszel Tenenbaum (walczący jako Bolesław Krawiec na Starym Mieście)175. A także łączniczki: Zofia Friedentahl (poległa na Czerniakowie w ostatnich dniach powstania), "Stasia", "Mira", "Janka", "Stefa", "Emilia"176.
Nie wszystkie wymienione w tym tekście osoby udało się zidentyfikować. W tym ostatnim przypadku chodzi najprawdopodobniej o Emilkę Rozencwajg, która jednak przeżyła wojnę w obozie jenieckim. Nie wiadomo, kim był tajemniczy Bernard B. walczący w Śródmieściu i z jakiego powodu Tauchner nie zdecydował się na podanie jego prawdziwego lub choćby "aryjskiego" nazwiska. Tauchner mógł zresztą dowiedzieć się o nim pośrednio i nie znać szczegółów. Natomiast Grynszpan, któremu w swoim tekście poświęcił wiele miejsca, to Henryk Grünspan służący w stopniu podporucznika pod nazwiskiem Franciszek Dębowy ps. "Henryk" w zgrupowaniu "Żubr", podkomendny mjr. Władysława Jelenia Nowakowskiego (ps. "Żubr", "Serb"). Tak jak wielu innych walczących w powstaniu Żydów, nie pochodził z Warszawy. Urodził się w Międzybrodziu nieopodal Żywca, kształcił zaś w Bielsku. Był inżynierem mechanikiem. Pracował m.in. przy budowie zapory w Rożnowie. Ukończył podchorążówkę w Przemyślu. W stopniu podporucznika walczył w wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. w jednym z pułków podhalańskich. Dostał się do niewoli w okolicach Krakowa, z której uciekł na teren okupacji sowieckiej, by niebawem powrócić nielegalnie do Generalnego Gubernatorstwa, a konkretnie do Sandomierza, gdzie zatrzymała się jego rodzina. W 1943 r. udało mu się zdobyć kenkartę i inne dokumenty na nazwisko Dębowy i w kwietniu trafił do Warszawy, gdzie imając się różnych zajęć, dotrwał do sierpnia 1944 r. Kamuflaż umożliwiał doskonały "aryjski wygląd". Jak się wydaje, został zaprzysiężony jeszcze przed powstaniem - nie wiadomo jednak w jakiej strukturze AK. 1 sierpnia wieczorem dotarł na Marymont, by połączyć się z żoną Celiną posługującą się "aryjskim" dowodem na nazwisko Janina Skoczowska. Po kilkunastu dniach dołączył do powstańców. Został oficerem pierwszej kompanii w batalionie "Żubr", który 15 sierpnia przybył na Żoliborz z Puszczy Kampinoskiej. Walczył na odcinku zakładów Opla, brał udział w zajęciu szkoły przy Kolektorskiej, Szkoły Gazowej przy Gdańskiej, a wreszcie Olejarni na Marymoncie. Tam został ciężko ranny i po kilkunastu godzinach zmarł w szpitalu. Żona w swym pamiętniku pisanym tuż po wojnie podała, że było to 2 września 1944 r. Naoczny świadek jego śmierci datuje ten fakt na 10 września: "W pewnym momencie koło nas przebiegł od strony Olejarni - ppor. "Henryk" i pobiegł do ulicy Rudzkiej, gdzie była piekarnia Scholla. Zza ul. Leśnej, która była pod ostrzałem Niemców, zakrzyknął, że jego się kule nie imają. Niestety, w drodze powrotnej dostał serię z peemu, od nieprzyjaciela. Koledzy pokryli ogniem ciągłym, Niemców, co umożliwiło mi zabranie rannego, z pola ostrzału. Niepotrzebna to była brawura"177. Pogrzeb, na podwórzu przy ul. Krechowieckiej 6, był uroczysty, z udziałem kapelana. Od początku przeciwna akcesowi męża do powstańców żona zapisała: "O ironio. Odszedłeś jako prawy chrześcijanin. I na cóż twoja ofiara. Kim jesteś, czy dożyję, by zedrzeć z ciebie maskę Dębowego?". Nie zdecydowała się jednak na odkrycie tożsamości męża przed składającym jej kondolencje "Żubrem", kolegami i podkomendnymi męża. "Musiałam milczeć" - pisze zagadkowo. Po wojnie jego ciało zostało przeniesione na cmentarz żydowski przy ul. Okopowej178. W opracowaniach poświęconych "Żubrom" Henryk Grünspan pozostał "Dębowym". Nic dziwnego - towarzysze walki znali go tylko trzy tygodnie i nic o nim nie wiedzieli179.
Casus Grünspana doskonale pasuje do wykładni zaprezentowanej przez Tauchnera. Jednak jego oceny wydają się zbytnim uogólnieniem. Ze wspomnień i relacji wynika, że zgłaszający się do oddziałów powstańczych ochotnicy przyjmowali różne strategie. Niektórzy, tak jak Willenberg, jeśli naturalnie wierzyć jego opublikowanym wiele lat po wojnie wspomnieniom, a także Krasucki, nie ukrywali swego żydowskiego pochodzenia. Willenberg, żołnierz batalionu "Ruczaj", miał dopiero pod koniec pierwszego miesiąca powstania doświadczyć niechęci ze strony niektórych kolegów. W batalionie "Łukasiński" przez cały okres powstania panowała pod tym względem dobra atmosfera. Wedle cytowanej już relacji Krasuckiego pochodzącej z 1946 r., służyło tu kilkanaście osób o "wybitnie semickiej powierzchowności i nie stanowiło to żadnego problemu: O narodowość nikt nie pytał, zupełnie o tym nie było mowy. Wszystkich łączyła wspólna nienawiść do okupanta i nadzieja, że walka nasza przyniesie wkrótce wyzwolenie"180. Nawet przeciwnie - Krasuckiego i jego żydowskich kolegów wyróżniano in plus. Dowódca przydzielał im odpowiedzialne zadania, m.in. eskortowanie do Śródmieścia pracowników Delegatury (w relacji: "delegatów rządu londyńskiego"). Czytając relację Krasuckiego, trudno orzec, czy prawdę o pochodzeniu znał tylko dowódca jego kompanii, z którym poznał się na długo przed powstaniem, czy również koledzy. Fakt, że w oddziale nie było przejawów antysemityzmu, potwierdził w zeznaniu sporządzonym kilkanaście lat później w Izraelu, choć wynika z niej, że on sam funkcjonował pod "aryjskim" nazwiskiem181. O żadnych formach dyskryminacji ze względu na pochodzenie nie wspomina także Stanisław Aronson182. Trzeba jednak pamiętać, że znajdował się w wyjątkowym środowisku. Również Gerszon Edelman, który w konspiracji, a później w powstaniu miał się zetknąć z kilkunastoma Żydami, nie wspomina o żadnych problemach wynikających z ich pochodzenia. On sam jednak, o czym już wspomniano, walczył najpewniej pod przybranym nazwiskiem. Poza tym jego pole widzenia było bardzo ograniczone, zważywszy, że do 5 sierpnia, gdy został kontuzjowany, znajdował się ciężkim boju.
Wspomniany wcześniej Fuchs przedstawił obraz bardziej niejednoznaczny. W oddziale, do którego trafił, miało znajdować się "oficjalnie" dwóch (niestety, niewymienionych z nazwiska czy pseudonimu) oficerów Żydów: cieszący się powszechnym szacunkiem kapitan i podporucznik, do którego "odnoszono się (...) znacznie gorzej, przezywano go Mośkiem i naśmiewano się z niego". Zaraz potem stwierdził jednak, że w AK Żydzi funkcjonowali, podobnie jak on sam, głównie na "aryjskich papierach". Dodawał zarazem, że dowódca mógł domyślać się prawdy o jego pochodzeniu. Mogło być i tak, że prawdziwego pochodzenia domyślali się lub wiedzieli o nim koledzy w oddziale. Sławomir Wyczański "Mur" z batalionu "Kiliński" wspomina Żyda Szenfelda ps. "Zielony", który poległ jako dowódca patrolu. Został pochowany jako Polak: "Wiem - wspomina autor - że on jest Żydem, ale jest chowany pod krzyżem, bo ci, co go chowali, nie wiedzieli. Nie zmieniałem już tego. Był pochowany jako dowódca (...). Jak był dowódcą patrolu, to musiał poderwać chłopaków do szturmu i pierwszy"183.
Znane są też przypadki całkowitej akceptacji Żydów w oddziałach powstańczych. Aleksandra Sołowiejczyk-Guter, urodzona w 1917 r. w Warszawie w zasymilowanej rodzinie, we wrześniu 1939 r., jak wielu innych, znalazła się pod okupacją sowiecką. Do Warszawy, a ściślej do getta, powróciła w 1942 r., które opuściła w okresie "wielkiej akcji" i do 1 sierpnia 1944 r. ukrywała się po "aryjskiej stronie". Tak opisała swój akces do powstania: "Zgłaszam się na punkt werbunkowy AK. - Panie poruczniku, chciałabym wstąpić do PWSK (Pomocnicza Wojskowa Służba Kobiet). Nie mam przeszkolenia wojskowego, ale mogę pracować jako pielęgniarka, łączniczka czy nawet maszynistka. Zresztą chętnie spełnię każdą funkcję... - Pani personalia, pseudonim? (w Armii wszyscy figurują pod pseudonimami). Co pani robiła przez cały czas okupacji? - Ukrywałam się, jestem Żydówką, uciekłam z getta, miałam fałszywe papiery. Bardzo się cieszę, że pani się uratowała. - Było ciężko, prawda? Tak wiem, jest u nas jeszcze kilka Żydówek. Muszę pani powiedzieć, że pracują wspaniale". Z innej, późniejszej jej relacji wynika, że wstąpiła do NSZ. Pracowała jako łączniczka, a później maszynistka. Stacjonowała przy ul. Długiej. Jej dowódcą miał być kapitan "Młot"184. Podkreślała, że nigdy nie spotkała się z przejawami antysemityzmu, przeciwnie: "stosunki z innymi koleżankami są miłe i przyjacielskie. Atmosfera wspólnej walki zatarła różnice religijne i rasowe. Naprawdę czy tylko czasowo? Nie chcę się nad tym zastanawiać. Po raz pierwszy po tylu latach czuję się naprawdę wolnym człowiekiem, równym innym, potrzebnym kółkiem w maszynie". Opisuje też spotkanie z przedwojennym znajomym - żołnierzem AL. Na pytanie o obecność Żydów w oddziale miał odpowiedzieć twierdząco, zastrzegając, iż "nie zna ich dobrze, bo on sam jest nadal na fałszywe nazwisko, jako Polak". W przeciwieństwie do autorki był bardzo rozgoryczony i nieufny. Takie ukrywanie własnej tożsamości po latach poniżeń było z punktu widzenia autorki relacji trudno zrozumiałe185.
Z relacji Sołowiejczyk wynika, że wraz z nią pracowała jeszcze jedna Żydówka. Niewykluczone, że chodzi o Lolę Loew czyli Karolinę Marek (1906-1985), członkinię Anarchistycznej Federacji Polski, żonę znanego działacza anarchistycznego Pawła Lwa Marka. Po ucieczce z getta warszawskiego w lutym 1943 r. ukrywała się po "aryjskiej stronie". W chwili wybuchu powstania wraz z koleżanką Bronką Rosłaniec [Frydman] przyłączyły się do oddziału powstańczego na Woli i przeszły z nim na Stare Miasto. Jako że Karolina Marek znała biegle angielski, niemiecki i francuski, tłumaczyła audycje brytyjskie i niemieckie na użytek "Żołnierza Starego Miasta". Po upadku Starówki przeszła wraz ze swoim oddziałem kanałami do Śródmieścia i włączyła w działalność syndykalistów. Później, tak jak wielu Żydów z szeregów powstańczych, ukrywała się w ruinach Warszawy186 (piszemy o tym dalej). Bardzo ciepło wypowiadał się o niej Bohdan Gębarski, redaktor staromiejskiego organu prasowego NSZ: "Nasłuch niemiecki i angielski prowadziła pani Karolina Stefania Marek "Stefa" (bardzo inteligentna Żydówka), która jednocześnie była naszą maszynistką"187. Żydowskie pochodzenie Karoliny Marek nie było więc wśród towarzyszy tajemnicą. Fakt, iż po kapitulacji powstania zdecydowała się na pozostanie w ruinach Warszawy, świadczy o tym, że miała tzw. zły wygląd i obawiała się dekonspiracji.
Ujawnianie swej tożsamości nie było jednak regułą. Przeciwnie - z powojennych relacji wynika, że ochotnicy nie tylko nie próbowali się dekonspirować wobec polskich towarzyszy walki, ale też starannie unikali bliższego kontaktu z osobami, które podejrzewali o żydowskie pochodzenie. O przyczynach takiej postawy mówią wprost lub aluzyjnie relacje tych, którzy przeżyli. Tak było nie tylko bezpieczniej, ale i prościej. Niezależnie od rzeczywistego nastawienia dowódców i żołnierzy eliminowało możliwość pojawienia się podejrzeń, kłopotliwych pytań czy nieporozumień. Symptomatyczne jest stwierdzenie zapisane w relacji Estery Kerżner, ukrywającej się na "aryjskich papierach" przy ul. Leszno, byłej więźniarki obozu koncentracyjnego na Majdanku, która w pierwszych dniach sierpnia została przyjęta do AK: "Wśród walczących spotykałam Żydów na każdym kroku. Osobiście bałam się z nimi bezpośrednio stykać ze zrozumiałych względów"188.
Nie dochodziło również do przypadków dekonspiracji wobec kolegów Żydów zaprzysiężonych przed powstaniem w strukturach AK. Jedni czynili tak dlatego, że uważali się za Polaków i nic poza literą ustaw norymberskich nie łączyło ich z żydowskością, inni - ponieważ nie było ani sprzyjającego klimatu, ani takiej potrzeby. Z relacji wspomnianej już łączniczki Alicji Zipper (Grelewskiej) wynika, że kwestie pochodzenia były wśród Żydów żołnierzy AK tematem tabu. Pisała ona: "Żydzi w AK, jak w ogóle po "aryjskiej stronie" tak się maskowali, że trudno było z całą pewnością twierdzić o kimś, że jest Żydem czy też nim nie jest. Szczególnie wiele żydowskich twarzy spotkałam w AK w okresie powstania warszawskiego. (...) Na Starówce walczyłam ramię w ramię z sanitariuszką o pseudonimie "Mrówka", o twarzy typowo semickiej. Czy istotnie była Żydówka, nie wiem". W innym miejscu stwierdziła: "Wyczuwaliśmy się jako Żydzi, ale nigdy o tym ze sobą ani z osobami trzecimi nie mówiliśmy"189. Wspomniana już Emilka Rozenzwajg "Emilka", służąca w batalionie "Łukasiński", na pytanie, czy poza dowódcą ktoś wiedział o jej żydowskim pochodzeniu, odpowiedziała: "Nikt nie wiedział. (...) ja byłam tyle czasu w obozie [obozie jenieckim po powstaniu], codziennie się modliłyśmy i ja na jednej pryczy spałam z dziewczynami. Jak ja tę moją Marysię [Orlikowska, najbliższa koleżanka Emilki z okresu powstania] spotkałam po wojnie i powiedziałam jej, kim jestem - ona o mało nie zemdlała. - Jak to możliwe, żebym ja niczego nie podejrzewała?! Ona jest bardzo wierzącą katoliczką"190. Emilka funkcjonowała pod nazwiskiem Hodkowska191. Jedna z sanitariuszek ze Starego Miasta zwierzyła się ze swojej tajemnicy rannemu powstańcowi. Był to akt jednorazowy. Tak wspominała to po latach: "Wydawało mi się, że to był stary pan, to jak tata, a poza tym był ciężko ranny. Byliśmy związani taką sytuacją. To był jedyny wypadek, kiedy komuś obcemu powiedziałam. Potem zresztą zaraz straciłam go z oczu. Nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego mu to powiedziałam"192.
W zgrupowaniu "Chrobry II" znalazła się działaczka komunistyczna Anna Duracz z domu Mączkowska. Wyszła z getta po "wielkiej akcji" w getcie warszawskim. Wraz z mężem Jerzym, uczestnikiem zamachu na Café Club, działała w GL, a później w AL. Jednak w powstaniu warszawskim oboje funkcjonowali w zgrupowaniu "Chrobry II". Nie podała, w jakich okolicznościach nastąpił akces do tej formacji. Duraczowa była wówczas w piątym miesiącu ciąży, pracowała jako sekretarka "przy pisaniu rozkazów operacyjnych, odbieraniu meldunków. Kiedy upadło powstanie, powstał problem - wychodzić do niewoli, czy nie. (...) Nie mieliśmy zaufania do żadnych przyrzeczeń niemieckich i co do przestrzegania przez nich konwencji genewskiej, która miała wobec jeńców z powstania obowiązywać". Gdy nie udało się zostać w bunkrze, po upadku powstania z dokumentami siostry Czerwonego Krzyża i z ewakuującym się szpitalem powstańczym została wywieziona 5 października do obozu jenieckiego w Gross--Lübars, a stamtąd do Stalagu VI C w Oberlangen193. W swej relacji zupełnie nie wspomina o kwestii pochodzenia.
O kamuflowaniu swej tożsamości rozpisuje się natomiast Florman, wymieniający w swej relacji kilkunastu Żydów w AK: "Szliśmy jeden za drugim, długim rzędem. Obok nas wyszła grupa z ulicy Górskiego. Na czele tej grupy szedł młody chłopak prawie obok mnie. W pewnej chwili, kiedy już widniało, spojrzałem na jego twarz i prawie oniemiałem, znana twarz. Wiedziałem, że nie wolno mi mówić na głos. Podszedłem do przodu i powiedziałem mu szeptem: Adaś! On udał że nie słyszy. Po chwili powiedziałem: popatrz na mnie dobrze. Poznał mnie. To był mój przyjaciel - Adam Sandel - z Radomia, w roli dowódcy grupy. On był Żydem194. (...) Poszliśmy dalej, na Placu Grzybowskim spotkaliśmy Żyda, który nie był dowódcą grupy, ale był zastępcą dowódcy. (...) Nazywał się Puterman. On zmienił nazwisko na Ludwicki". Tożsamość tego drugiego znana była jego bezpośredniemu przełożonemu. W swej relacji Florman wymienia jeszcze innych znajomych, w taki czy inny sposób biorących udział w powstaniu: konwertytę Mariana walczącego w AK, kuzyna lekarza czynnego w jednym z powstańczych szpitali, niejakiego Silberszlaga, wykonującego prace pomocnicze oraz Joselsona i Szifa - również żołnierza AK. Dodaje jednak: "wiadomo mi, że byli jeszcze inni Żydzi, którzy ukryli swoje pochodzenie, mężczyźni i kobiety"195.
Z punktu widzenia lubelskiego kupca Natana Morgensterna przyłączenie się do powstania było obowiązkiem: "Ja, jak każdy obywatel polski musiałem wziąć karabin do ręki. Znalazłem się w grupie bojowej po nieparzystej stronie ulicy Królewskiej, naprzeciwko Ogrodu Saskiego. W Ogrodzie byli Niemcy. Długo trwał wzajemny ostrzał. Po jakimś czasie zostałem przeniesiony na ul. Warecką. Nowy posterunek bojowy otrzymałem przy włazie do kanału na rogu Wareckiej i Nowego Światu. W kilka dni później przydzielono mnie do grupy aprowizacyjnej. Moja działalność polegała na przenoszeniu worków z żywnością z browaru Haberbuscha do Śródmieścia, pod ciągłym ostrzałem niemieckich karabinów maszynowych". Z pozostawionej przezeń relacji zdaje się wynikać, że ukrywał żydowskie pochodzenie: "Wieczorami, kiedy ogień milkł zbierało się nas kilku powstańców, którzy nawzajem wyczuwali w sobie Żydów. Pamiętam nazwisko tylko jednego z nich, Bolka Goldfarba, z którym i po wojnie byłem w kontakcie". Po klęsce powstania dołączył do grupy ukrywającej się w piwnicach między Złotą a Sienną, gdzie doczekał wyzwolenia196.
Wielu Żydów - posiadających dokumenty na polskie nazwiska i tzw. dobry wygląd, a więc potencjalnych ochotników - traktowało fakt przyłączenia się do walki jako coś oczywistego. Michał Zylberberg, którego powstanie zaskoczyło na Starym Mieście, pisał: "Z punktu widzenia Żydów bierność nie wchodziła w grę. Polacy stanęli do boju ze śmiertelnym wrogiem i naszym obowiązkiem jako ofiar i współobywateli było pomagać im. Setki przyłączyło się do walki i padło jak bohaterowie, lecz walczyli i umierali jako Polacy, pod przybranymi nazwiskami (...). Ja również zdecydowałem pozostać przy moim przybranym nazwisku, Jan Zieliński, przez całe powstanie"197. Na Starówce, gdzie działał w szeregach obrony cywilnej, udawało mu się ukryć swoją tożsamość. Jednak gdy po przejściu kanałami do Śródmieścia próbował kontynuować służbę, spotkało go rozczarowanie: jako jedyny z całej grupy nie został przyjęty do oddziału - jego zdaniem - z powodu podejrzeń o żydowskie pochodzenie. Do służby przyjął go później, 10 dni przed upadkiem powstania, inny oficer198.
Niektórzy, tak jak Zbigniew Grabowski, po przeżytym koszmarze okupacyjnym obawiali się antysemityzmu i odrzucenia: "Zaraz po wybuchu Powstania zgłosiłem się do służby i służyłem (bez broni) w pomocniczej drużynie saperskiej batalionu "Kiliński" AK (pseudo: "Chemik"). Powstanie uważam za najważniejszy i najszczęśliwszy okres mego życia. Byłem w euforii, zachłystywałem się wolnością, biało-czerwoną opaską i wytęsknioną walką z Niemcami. Była to reakcja 17-letniego odludka po strasznych, nieskończenie długich latach okupacji niemieckiej, gdy w każdej chwili żyłem ze świadomością zagrożenia śmiercią. Śmierć symbolizował dla mnie każdy Niemiec. Kryła się ona jednak również i w spojrzeniach moich bliźnich - katolików; patrząc ludziom w oczy, zauważałem czasem charakterystyczny błysk dostrzeżenia mej tajemnicy, który sygnalizował mi, że natychmiast muszę temu człowiekowi zniknąć z pola widzenia. Ale i w Powstaniu nie miałem najmniejszej ochoty ujawniania swej tożsamości, bo pamiętałem te błyski w oku. Teraz już nie było groźby gestapo. Ludzie, którzy tej okupacji nie przeżywali, nie wiedzą, a wielu z tych, którzy ją przeżyli, nie uświadamia sobie lub nie pamięta, jak niszczący wpływ na podświadomość naszego społeczeństwa, skądinąd przecież tak Niemcom wrogiego, miała systematyczna niemiecka propaganda antysemicka. Na ludzi mniej rozumujących i małej wiary działał przykład, jak można bliźnim gardzić, poniżać go, zabijać go bezkarnie lub z zyskiem wydawać na śmierć. Blisko połowa mieszkańców Warszawy - noszących opaskę z gwiazdą Dawida lub bez niej, kryjących się przed śmiercią - została otoczona nie tylko murem i niszczona była nie tylko głodem, chorobami i masowymi mordami". Obaw tych nie łagodził fakt, że w jego otoczeniu było wielu wspaniałych ludzi199.
Stryjeczny brat Grabowskiego Wiktor Abrahamer, który jako Wincenty Głowacki ps. "Grom" otrzymał przydział do "Zawiszaków" i służył w charakterze łącznika, opisuje "antysemicki wybryk" bezpośredniego zwierzchnika, porucznika o pseudonimie "Grzmot" (lub "Piorun"): "Był jeszcze jeden chłopak w naszej grupie, którego podejrzewałem, że jest Żydem, bo miał żydowski wygląd, pseudonim miał "Fregata". Pewnego dnia (...) przyszliśmy do komendy, on nas zawołał na bok i powiedział: "Słuchajcie, jest nas za dużo i postanowiliśmy, że wam dwóm polecimy żebyście przestali brać udział w Powstaniu, bo jest nas za dużo i nie mamy z wami co robić. Tak że proszę, idźcie do domu i nie przychodźcie więcej". Mnie to bardzo zdenerwowało, bo od razu zauważyłem, że jest to antysemicki wybryk. Powiedziałem "Fregacie", z którym zresztą nie mówiliśmy na temat, czy on jest Żydem, czy ja jestem Żydem: "Ja chcę iść do 'Maszynki'", który jest zwierzchnikiem tego "Grzmota". Poprosiłem o wywiad, dostałem go, nazajutrz poszedłem i opowiedziałem "Maszynce" o tym. Wtedy "Maszynka", pamiętam te słowa do dzisiaj, powiedział: "Jutro rano obydwaj przychodzicie, tak jak codziennie, do waszej komendy. A rachunek z 'Grzmotem' zostawcie mnie i bądźcie przekonani, że ja go zrobię". Był to incydent odosobniony. Żadnych szykan ani ze strony zwierzchników, ani kolegów do końca powstania nie było"200.
Dla niektórych jednak, tak jak w przypadku przebywającego w Śródmieściu Stefana Chaskielewicza, akces do powstania napotykał przeszkody natury psychologicznej. O ujawnieniu prawdziwej tożsamości w ogóle nie było mowy: "Przez pierwsze parę dni powstania zastanawiałem się czy wstąpić do armii powstańczej czy nie. Korciło mnie bardzo czynne włączenie się do walki zbrojnej (...). Po kilku rozmowach z poszczególnymi członkami AK, a także z osobami czynnymi w dzielnicowym kierownictwie Armii Krajowej, postanowiłem, że nie zapiszę się formalnie do AK, ale że będę czynnie współpracował z organizacjami powstańczymi. Do mojej decyzji przyczyniło się wrażenie, jakie odniosłem, że sprawa żydowska pozostaje w wielu kręgach powstańczych nadal istotna. Byłem przypadkowo świadkiem rozmowy, gdy jeden młody człowiek tłumaczył drugiemu, że ten co odszedł od nich przed chwilą jest Żydem, przy czym to stwierdzenie miało wyraźnie zabarwienie pejoratywne. (...) Nie miałem, nawet przez chwilę, zamiaru ujawnienia się jako Żyd"201.
Żydowskiego pochodzenia nie eksponował również Roman Born-Bornstein (ur. 14 I 1898 r.) - oficer rezerwy, uczestnik kampanii wrześniowej, lekarz, a zarazem wykładowca tajnego wydziału lekarskiego w getcie warszawskim202. Po jego opuszczeniu w kwietniu 1943 r. ukrywał się po "stronie aryjskiej" i włączył w działalność konspiracyjną. Został naczelnym lekarzem PAL w stopniu kapitana. W chwili wybuchu powstania, nie mogąc dołączyć do swego oddziału, zgłosił natychmiastowy akces do AK w Śródmieściu. Został mianowany zastępcą tworzącego się zgrupowania "Chrobry II", a od 25 sierpnia 1944 r. szefem służby sanitarnej IV Rejonu Obwodu AK Śródmieście. Awansowany został do stopnia majora. Przez pierwsze kilkanaście dni powstania pozostawał pod rozkazami mjr. Leona Nowakowskiego "Liga" z NSZ203. Fakt ten rodził różne podejrzenia w Komendzie Okręgu co do jego wcześniejszej działalności konspiracyjnej i przynależności organizacyjnej. Przepytywany na tę okoliczność nie przyznał się do żydowskiego pochodzenia: "Mogłem go uspokoić [ppłk. Lesława Węgrzynowskiego, "Bartosza", szefa sanitarnego obwodu Śródmieście] z czystym sumieniem, choć nie uczyniłem tego. Brak warunków na członka NSZ-tu"204. Jest to czytelna i znacząca aluzja do zatajenia pochodzenia.
O tym, że Żydzi ukrywali swoją tożsamość, mówią również polskie relacje. Na szczególną uwagę zasługuje przypadek opisany przez dowódcę 2 batalionu w zgrupowaniu "Chrobry II" kapitana Wacława Zagórskiego ("Lech Grzybowski"). W jego oddziale służyło kilkunastu Żydów. Dwaj z nich, Stanisław Napiórkowski ps. "Staszek", "Żółw" (syn prezesa gminy wyznaniowej w Otwocku, ur. 22 lipca 1923 r.) i Henryk Szmigiel "Henio" (doktor ekonomii, lat około 40) pracowali razem z Zagórskim w konspiracyjnej drukarni przy ul. Grzybowskiej 17 (wydając pismo Konwentu Organizacji Niepodległościowych). Zagórski pisze, że "obaj (...) zostali przeze mnie wcieleni do batalionu. Henio nie dostał broni, miał zbyt słaby wzrok, lecz Staszek aż do dnia kapitulacji walczył w pierwszym plutonie czwartej kompanii na placówkach przy ul. Krochmalnej, Grzybowskiej, Ceglanej i Żelaznej"205. Obaj nie ukrywali swej tożsamości. Pozostali, których nazwisk nie podano, byli ochotnikami i walczyli najprawdopodobniej pod przybranymi nazwiskami. Na przykład o żydowskim pochodzeniu podchorążego "Lolka" (N.N.) jego dowódca dowiedział się dopiero po wojnie. Inaczej sprawa się miała z przyjętym do oddziału 11 sierpnia młodzieńcem o nazwisku Igra (posiadał dokumenty na nazwisko Michał Kupiś), który dał się poznać jako doskonały żołnierz i niebawem objął dowództwo jednej z drużyn. "Później nieraz sam widziałem go w akcji - wspominał Zagórski - i podziwiałem jego zimną krew i iście diabelską celność, z jaką strzelał, szczególnie wtedy, gdy miał przed sobą niemieckich żandarmów lub esesmanów". Igra (ur. 1914) pochodził z Sosnowca, był uczestnikiem (w stopniu kaprala) wojny obronnej we wrześniu 1939 r. - szlak bojowy zakończył pod Tomaszowem Lubelskim. Przed powstaniem mieszkał w miejscowości Pławno w powiecie radomskim, gdzie współpracował z polską konspiracją. W batalionie Zagórskiego awansował na dowódcę plutonu "Błyskawica"206. Problemy zaczęły się po kilku tygodniach, po odkryciu jego prawdziwej tożsamości przez nowo przyjętych ochotników. Rozpoczęły się niewybredne ataki i uprzykrzanie mu życia, które zakończyły się odejściem plutonowego Igry ze służby. Zagórski nie był w stanie wyperswadować swoim żołnierzom ("kilku niedowarzonym młokosom") nieodpowiedniego zachowania. Z jednej strony upierali się oni przy wersji, że powodem ich niezadowolenia był fakt zatajenia przez Igrę swego pochodzenia, z drugiej jednak ujawnili prawdziwe powody: "Chłopcy na wszystko się zgadzają, lecz także potakują, gdy jeden z nich z uporem maniaka powtarza w kółko: - Nie chcę, żeby moim dowódcą był Żyd". Zagórski musiał skapitulować: "Szkoda mi Igry. Był dzielnym żołnierzem i wzorowym podoficerem. Zgodnie jednak z ustaloną przeze mnie dla wszystkich żołnierzy zasadą - zwalniam go ze służby na jego własne żądanie"207. Było to w ostatnich dniach powstania. Igra, wraz z kilkoma innymi Żydami, do stycznia 1945 r. przetrwał w ruinach Warszawy. Jeszcze przed kapitulacją za pośrednictwem Zagórskiego otrzymał żywność z magazynów powstańczych. Znaczące, że podwładni "Lecha Grzybowskiego" obiektem prześladowań uczynili jedynie próbującego ukryć swe pochodzenie Igrę. Do innych Żydów w oddziale nie zgłaszali podobno żadnych zastrzeżeń.
O ukrywaniu przez Żydów swej tożsamości wspomina również żołnierz zgrupowania "Chrobry II" Zygmunt Krzywicki "Wiktor": "Ci, którzy byli Żydami, nie przyznawali się do tego. Przystąpili do Powstania, ale nie przyznawali się. Mój kolega ze szkoły powszechnej (...) Ryszard Szreter, który był w getcie, potem z niego uciekł. Zaprzyjaźniliśmy się po Powstaniu, we wrześniu go nie widziałem, był ranny. Drugi żyje i jest w Izraelu - Michaeli Jakov [Jakub Michlewicz - piszemy o nim dalej]. (...) Żaden Żyd, czy siedział w piwnicy, czy brał udział w Powstaniu nie przyznawał się, że jest Żydem. (...) Ci dwaj Żydzi walczyli oczywiście w zgrupowaniu "Chrobry II". Rysiek był w 5 kompanii, był ciężko ranny koło kina "Bałtyk", bo poszli tam na pomoc do oddziałów, które broniły się przed atakującymi od Powiśla Niemcami. Prawą rękę miał nieruchomą, jeździł samochodem"208.
Z drugiej strony wspominani Buchalter i Perechodnik służyli w "Chrobrym II" pod własnymi nazwiskami. Ukrywająca się z nimi Genia Gutman tak pisała o tym epizodzie: "Wałęsaliśmy się razem po piwnicach i bunkrach, aż na początku września z różnych przyczyn Calek z Sewkiem wstąpili do wojska, do AK. Ja z matką zostaliśmy razem w piwnicy. Pewnego dnia Sewek został ranny, a Calka ciężka choroba zwaliła z nóg (tyfus)"209. Ciekawe światło na przyjęcie Perechodnika i Buchaltera do służby rzucają wspomnienia Czesławy Fater. Oto zapisana przez nią opowieść Perechodnika: "dotarliśmy do tego domu [przy ul. Złotej], gdzie dowiedzieliśmy się, że tutaj mieści się jednostka AK. Śmiało weszliśmy pytając o komendanta. Młoda kobieta poinformowała nas, że wszyscy obecni czekają na niego i że niedługo ma przyjść. Doczekaliśmy się jego przybycia. Komendant udzielił obecnym każdemu z osobna - odpowiedzi. Gdy stanęliśmy przed nim, od razu poznał w nas Żydów. Poprosiliśmy o przyjęcie nas jako ochotników do szeregów AK. Liczyliśmy na pozytywną odpowiedź. Ale... wysłuchał nas i odszedł. Rozczarowani wróciliśmy do mamy [Perechodnika]. (...) Zażądała, abyśmy uporczywie chodzili tam i domagali się przydzielenia do szeregów walczących ochotników. Nadszedł moment, kiedy Polacy powinni umożliwić Żydom walkę przy ich boku ze wspólnym wrogiem. I od owego dnia przychodziliśmy tu codziennie, licząc na to, że w końcu dostaniemy broń do ręki"210. Ich zabiegi, o czym już wspomniano, zakończyły się powodzeniem.
Niedobitki Żydowskiego Związku Wojskowego
Z lektury dziennika Perechodnika zdaje się wynikać, że głównym motywem wstąpienia w szeregi powstańcze było pragnienie pomszczenia śmierci żony i córki. W literaturze można jednak napotkać stwierdzenia, że przy wstępowaniu do tej a nie innej formacji AK kierowały nim względy ideowe - jako członek prawicowego Betaru miał jakoby szukać kontaktów z NSZ211. Tego rodzaju wypowiedzi wypadałoby potraktować ze zdumieniem, gdyby nie fakt, że tego rodzaju ahistoryczne podejście nie jest niczym wyjątkowym. Dzieje ŻZW pełne są bowiem spraw niewyjaśnionych i niejasnych. Nie inaczej jest w przypadku uczestnictwa kombatantów tej organizacji w powstaniu warszawskim. W literaturze powtarzane są ciągle informacje bardzo mało wiarygodne. Jest wśród nich i taka, że kilkunastu członków ŻZW, którzy przetrwali po "aryjskiej stronie", służyć miało w walczącym na Mokotowie pułku "Baszta"212. Jak wiele innych przekazów dotyczących organizacji zbrojnej syjonistów-rewizjonistów, pochodzi ona z bardzo niepewnego źródła, a co za tym idzie, jej wiarygodność jest więcej niż wątpliwa.
Spróbujmy stanąć na gruncie faktów. Mimo że w dniach powstania w getcie na "aryjską stronę" przedostało się wielu uzbrojonych bojowców, do 1 sierpnia 1944 r. dotrwali bardzo nieliczni. Co więcej, po śmierci przywódców organizacja przestała istnieć. Powodem tego stanu rzeczy było zarówno wyobcowanie i izolacja rewizjonistów w konspiracji żydowskiej, jak i brak kontaktów z głównym nurtem polskiego podziemia. Pozostali przy życiu bojowcy stracili ze sobą kontakt i rozproszyli się po Warszawie i okolicy. Jesteśmy w stanie wymienić tylko kilka osób, które wzięły udział w powstaniu warszawskim. Jednym z nich był "Rudy Paweł" (Pina Besztymt). Jest on autorem jedynej powstałej w czasie wojny relacji o działalności ŻZW, spisanej na prośbę Icchaka Cukiermana w czerwcu 1943 r. Paweł był w grupie bojowców, którzy trafili z kamienicy przy ul. Muranowskiej do Michalina i jako jeden z niewielu pozostał przy życiu213. Po powrocie do Warszawy i śmierci towarzyszy zamieszkał z działaczem Bundu Dawidem Klinem i aktywnie włączył się w działalność konspiracyjną. Jako że znał doskonale język niemiecki, za pośrednictwem PPS otrzymał fałszywą kenkartę na nazwisko Paul Gelber. Zajmował się między innymi zakupami broni. Wybuch powstania zastał go na Powiślu. Zgłosił się jako ochotnik i zginął trzeciego dnia walk w okolicach Ubezpieczalni Społecznej. Tak przynajmniej słyszał Klin214.
Powstanie warszawskie przeżyło przynajmniej trzech szeregowych członków ŻZW: Jakub Smakowski "Czarny Julek", Józef Grynblatt i Dawid Landau "Dudek". Wszyscy trzej pozostawili mniej lub bardziej obszerne relacje, w których pojawiają się również epizody z powstania warszawskiego. Niestety, w wielu miejscach materiały te stanowią przemieszanie prawdy i fikcji. Najbardziej ewidentne jest to w przypadku Smakowskiego (ur. w 1923 r. w Warszawie), który opowiedział swoją historię dwukrotnie: pod koniec października 1945 r. przed Żydowską Komisją Historyczną w Warszawie i rok później w obozie przesiedleńców w Leipheim na terenie Niemiec. Narracje te odbiegają od siebie w wielu zasadniczych kwestiach. Po powstaniu kwietniowym Smakowski przebywał w ruinach getta aż do stycznia 1944 r. Przeszedł wówczas na "aryjską stronę" i, jak twierdzi, uzyskał pomoc od oficera AK - kapitana Zygmunta Kazimierczuka ps. "Ryś", z którym wszedł w kontakt jeszcze w listopadzie 1943 r. Oficer ów miał wykorzystać doświadczenie Smakowskiego podczas akcji odbicia więźniów Pawiaka, którzy mieli być rozstrzelani na terenie getta. Jakkolwiek było, Smakowski ukrywał się na strychu kamienicy przy ul. Świętojańskiej 13. Po wybuchu powstania został przyjęty przez kapitana "Rysia" w szeregi batalionu "Wigry". Podaje przy tym właściwy adres kwatery: Długa 7. Budował barykady (w pierwszej relacji walczył na barykadach oraz w PWPW i miał dosłużyć się stopnia sierżanta - opowieść to nieszczególnie wiarygodna). Po tygodniu (o tym traktują zgodnie obie relacje) został przydzielony do plutonu egzekucyjnego i brał udział w licznych likwidacjach jeńców. 13 sierpnia, podobnie jak wielu kolegów, został kontuzjowany podczas eksplozji zdobycznego czołgu pułapki na ul. Kilińskiego. Po wyjściu ze szpitala przy Długiej 7 zajmował się wydawaniem amunicji, a w przededniu kapitulacji Starego Miasta uczestniczył w ewakuacji rannych powstańców do Śródmieścia. Ten epizod wydaje się wiarygodny, ponieważ Smakowski miał wyniesione z getta doświadczenie w poruszaniu się kanałami. Po kapitulacji wraz z grupą kilkunastu Żydów ukrył się w specjalnie przygotowanym bunkrze przy ul. Wspólnej 36 i tam dotrwał do zajęcia Warszawy przez Armię Czerwoną215. Do historii Smakowskiego i jego wspomnień będziemy się jeszcze niejednokrotnie w naszej książce odnosili.
W tej samej okolicy ukrywał się również Józef Grynblatt. Podobnie jak Paweł Besztymt, po powstaniu w getcie miał znaleźć się w Michalinie, skąd powrócił do Warszawy. Niestety, jego relacja na temat uczestnictwa w powstaniu warszawskim jest niezwykle lakoniczna. Z AK miał się skontaktować już wcześniej. O jego akcesie w szeregi walczących i szczegółach jego służby w powstaniu nie wiemy nic ponad to, że walczył na Starym Mieście216. Nie podaje nazwy jednostki ani pseudonimu. Zdecydowanie więcej szczegółów przynosi relacja Dawida Landaua, członka ŻZW przyznającego się do eskortowania do getta jesienią 1942 r. emisariusza Jana Karskiego, który zmierzał na słynne spotkanie z przedstawicielami konspiracji żydowskiej217. Landau, który wraz z żoną ukrywał się na "aryjskich papierach" jako Jan Cegielski, w pierwszych dniach powstania miał zostać przyjęty do AL, by po kilku dniach zgłosić ponowny akces - tym razem do AK. Do służby miał przyjmować go oficer żydowskiego pochodzenia. Służył w jednym z powstańczych szpitali (szpital Bersonów i Baumanów przy Śliskiej 51), a jego zadaniem było pilnowanie niemieckich jeńców. Po kapitulacji również i on pozostał w mieście i ukrywał we wcześniej przygotowanym bunkrze218. Wspomnieć też należy o Abramie Lewim (Ryszardzie Walewskim), który przed powstaniem w getcie warszawskim wraz ze swoją grupą bojową przyłączył się do Żydowskiego Związku Wojskowego. Nie wiadomo, gdzie się ukrywał do 1 sierpnia 1944 r. W czasie powstania warszawskiego pracował w szpitalu zgrupowania "Gurt" przy ul. Złotej 22 pod pseudonimem "Judym"219. Po kapitulacji wraz z kilkunastoma innymi Żydami ukrywał się w ruinach do wyzwolenia w styczniu 1945 r. Piszemy o tym dalej.
Dzieci w szeregach powstańczych
W szeregi powstańcze wstępowali, tak samo jak w przypadku ich "aryjskich" rówieśników, bardzo młodzi ludzie. I podobnie jak dorośli, najczęściej nie ujawniali tajemnicy swego pochodzenia. Należał do nich Jakub Michlewicz (rocznik 1929), który po utracie rodziny ukrywał się po "aryjskiej stronie" - najpierw na wsi, później w Warszawie. Do oddziału AK dostał się przypadkiem. W chwili wybuchu powstania znalazł się na ul. Chmielnej 28. W swej relacji pisze: "Doszedł do mnie 18-letni chłopak, spytał, co ja tam robię w bramie, powiedziałem, że nie mogę iść na Pragę, gdzie mieszkam. Zaproponował mi bym poszedł z nim, bo on jest w placówce powstańczej i mogę z nim walczyć. Zabrał mnie na górę, dali mi zjeść i nauczyli mnie ładować amunicję i obchodzić się z bronią. Barykady rosły w oczach. Wieczorem przyjechał samochód z Niemcami na róg Chmielnej i Żelaznej. Rzuciliśmy na nich granaty. Zabito szofera i kilku Niemców, reszta uciekła. W aucie zdobyliśmy CKM i dużo amunicji, skrzynkę granatów". Michlewicz pełnił funkcję łącznika. Po dwóch tygodniach oddział (I batalion 3 kompania zgrupowania "Chrobry II") przeniesiono na róg Towarowej i Siennej. Pod koniec powstania został ranny. Wywieziono go do obozu jenieckiego w Lamsdorf. Potem, wraz z grupą młodocianych powstańców, znalazł się w Stalagu IV B w Mühlbergu i Brochwitz-Bomeisen. Jak się okazało, w obozie przebywało jeszcze trzech chłopców - żołnierzy AK pochodzenia żydowskiego, którzy z powodu swego pochodzenia byli szykanowani przez kolegów220. Tożsamość Michlewicza nie została odkryta - w powstaniu i w obozie funkcjonował jako Ryszard Trzaskowski ps. "Rysiek".
Jego kolegami z obozu okazali się nieco starsi od niego bracia Hochmanowie - Zalman ps. "Miki-Bandyta" (ur. 1930) i Perec ps. "Cwaniak" (ur. 1927). Obaj służyli w charakterze łączników w walczącym w Śródmieściu batalionie "Sokół" (jednostka sformowana przez Korpus Bezpieczeństwa) jako Zenon i Paweł Borkowscy. Należeli oni do grupy żydowskich dzieci, która po likwidacji getta warszawskiego walczyła o przetrwanie, handlując (głównie papierosami) w okolicach pl. Trzech Krzyży. Po wybuchu powstania Hochmanowie natychmiast podjęli próbę zaciągnięcia się do szeregów powstańczych. Pomimo młodego wieku zostali przyjęci do służby, gdyż dali dowody przedsiębiorczości i brawury. Nie odstępowali legendy tego oddziału Antoniego Godlewskiego "Antka Rozpylacza", poległego 8 sierpnia 1944 r. Obaj chłopcy brali udział w wielu niebezpiecznych misjach. 10 sierpnia "Miki" podjął się roli parlamentariusza - udał się z listem do Niemców broniących gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego. Tak o tym pisał: "Wyznaczony jako wysłannik grupy szturmowej pod dowództwem porucznika "Błoniaka" [Stanisław Wierciński], wyruszyłem w celu porozumienia się ze szkopami znajdującymi się w BGK. Jeden skok naprzód i znalazłem się na rogu Brackiej i Alej Jerozolimskich. Nagle padły strzały z Dworca Głównego. O mało mnie nie zabili. Nie zważając na ostrzał, waliłem naprzód. W chwili przejścia Brackiej i Alei Jerozolimskich poczułem wielkiego pietra, ale mój dowódca krzyczał: "Miki, wal naprzód, machaj białą chorągiewką". Więc poleciałem dalej. Przy wejściu do BGK spotkałem trzech szwabów z wystawionymi rozpylaczami, gotowymi do strzału. Jeden z nich zawołał: "Komm mal her". Podszedłem i podałem mu list od zatrzymanego przez nas pastora. Zleciała się ich cała gromada. Okrutne szwaby, takie odważniaki w łapankach ulicznych, mieli teraz rzadkie miny. Dopytywali się, gdzie mieszka nasz dowódca, gdzie znajdują się nasze placówki. Powiedziałem: "Nicht verstehen" i domagałem się odpowiedzi dla naszego dowódcy. Wściekły szkop odpowiedział: "Keine antwort". Odszedłem z powrotem. Biegłem zygzakami, bo bałem się, że szkopy wpakują mi kulę w plecy. Wróciłem do chłopaków ze szturmówki i opowiedziałem im całą hecę. Śmieliśmy się do rozpuku. Jeśli wszystkie szkopy są takie odważniaki jak te, to Hitler nie będzie miał z nich długo pociechy"221. O tym wyczynie pisała prasa powstańcza222. W ostatnich dniach sierpnia "Cwaniak" zgłosił się na ochotnika do podłożenia ładunku wybuchowego pod niemiecki bunkier. Również ta akcja zakończyła się pełnym powodzeniem. Rzecz jasna, ani dowódcy, ani żołnierze "Sokoła" nie podejrzewali, że chłopcy mogą być Żydami. Dopiero w przededniu kapitulacji wyjawili oni dowódcy swoje żydowskie pochodzenie. Ten zasugerował im pójście do obozu jenieckiego. Po wyzwoleniu wrócili do Polski, by w 1946 r. wyjechać do Palestyny223. Bracia Hochmanowie nie byli jedynymi z grupy "papierosiarzy", którzy wzięli czynny udział w powstaniu. Kilka dziewcząt trafiło do służby sanitarnej, chłopcy do różnych oddziałów, przeważnie służyli w charakterze łączników224.
W tej samej grupie jeńców co Hochmanowie i Michlewicz znalazł się również pochodzący ze Lwowa czternastoletni Henryk Arnold, przyjęty jako Ryszard Rudziński "Rysio" w szeregi powstańcze w Śródmieściu (9 kompania zgrupowania "Kiliński")225. W 49-osobowej grupie młodocianych jeńców było w sumie 5 Żydów (plus nierozpoznany Michlewicz)226.
Tauchner, obok "Mikiego" i "Cwaniaka" (a także ich kolegów z grupy "papierosiarzy" "Pistoleta" i Eugeniusza Krawczyka) wspominał jeszcze Aleksandra i Samuela Sytmanów, którzy jako Skalscy przyłączyli się do powstańców przy ul. Leszno 13. Jeden z nich przeżył powstanie227. Łącznikiem był również kolejny uciekinier ze Lwowa - Yehuda Nir (Grünfeld, rocznik 1930), który ukrywał się w Warszawie wraz z matką i siostrą. W szeregi powstańcze zaciągnął się pod nazwiskiem Julian Heybowicz pod koniec trzeciego tygodnia walk: "W punkcie dowodzenia byli dość zdziwieni, gdy zgłosiłem się tam jako ochotnik. Nie było aż tak wielu małolatów w ich szeregach. Wobec wielkiego i dokuczliwego braku broni i amunicji, nie mogłem wziąć udziału w bezpośredniej walce. (...) Na razie miałem pełnić rolę kuriera i dano mi granat ręczny. Mój przydział zleceń obejmował doręczanie meldunków oraz dostarczanie zapasów żywności, lekarstw i amunicji do placówek rozrzuconych wewnątrz miasta". Nie ujawnił swej tożsamości, ponieważ, jak twierdził, brał pod uwagę możliwość dostania się w ręce Niemców. Aż do kapitulacji pozostawał w Śródmieściu (podał numer legitymacji: 7868). Opuścił miasto wraz z ludnością cywilną228. Jego siostra wstąpiła ochotniczo do AK na Starym Mieście (piszemy o niej dalej).
Podczas eksplozji czołgu pułapki przy ul. Kilińskiego 13 sierpnia poległ piętnastoletni szeregowy Stanisław Pinkus ps. "Panienka" (walczył pod nazwiskiem Franciszek Kubiak) z plutonu łączników "Gustawa"229. Wśród młodych ochotników był również uciekinier z getta warszawskiego, czternastoletni Artur Ney. Przed wojną mieszkał przy ul. Dzielnej. Stracił całą rodzinę i kursował między gettem a "aryjską stroną". Stamtąd obserwował powstanie kwietniowe. Później przez kilka miesięcy ukrywał się we wsi Runów w powiecie grójeckim. W grudniu 1943 r. powrócił do Warszawy, legitymując się pozyskaną jeszcze w getcie od Żyda konwertyty, którego wywieziono do Treblinki, metryką chrztu. Opieka społeczna skierowała go do zakładu opiekuńczego prowadzonego przez księży mieszczącego się przy ul. Siennej 59. Prawda o jego pochodzeniu nie była tajemnicą: "Podczas powstania wstąpiłem do AK. Wiedzieli, że jestem Żydem. Przez cały czas byłem na pierwszej linii frontu w strasznych warunkach, poszedłem tam z własnej woli, gdyż z zakładu nie chcieli mnie puścić. Kilka razy byłem zasypany i o mało nie dostałem się do niewoli niemieckiej. Było krucho z żywnością i butami. 7 października wyszliśmy z Warszawy jako ostatnie patrole. Wzięli nas do Pruszkowa. Ja z transportu uciekłem i udałem się do Łowicza"230. Tam dotrwał do wejścia wojsk sowieckich. Jest to niestety wszystko, co miał do powiedzenia na temat służby w powstaniu. Nie podał nazwy jednostki, w której służył. O jego powojennych losach także nic nie wiadomo.
Podobnie jest w przypadku nieznanej z nazwiska piętnastolatki z Drohobycza, która napisała: "Jeszcze przed powstaniem, miesiąc po przyjeździe do Warszawy, zostałam wciągnięta do walki podziemnej. Kolportowałam pisma i nosiłam broń od magazynów do odcinków. Później pracowałam jako sanitariuszka. Był ze mną kolega Polak, Tadeusz Majewski. Swego czasu szkolił partyzantkę kobiet, które wraz całym oddziałem kobiet zginęły w pamiętnych walkach o most Kierbedzia w pierwszych dniach powstania. Wśród tych kobiet były także Żydówki"231. Również i ona, jak wielu jej rówieśników, po kapitulacji opuściła miasto wraz z ludnością cywilną. W relacjach żydowskich pojawiają się także inne nazwiska młodych Żydów. Przykładem może być relacja Grelewskiej, która zawiera kilkanaście nazwisk i pseudonimów Żydów walczących w AK. W stopniu starszego strzelca pod nazwiskiem Dembowski miał walczyć jej piętnastoletni brat Stanisław Zipper. Wiadomo jedynie tyle, że miał brać udział w zdobyciu PAST-y. Zginął już po powstaniu w nieznanych okolicznościach. Na Starym Mieście pod nazwiskiem Piecuch ukrywał się jej kuzyn Ulek Zipper. Nie sposób dziś stwierdzić, jaka była faktyczna liczba młodych Żydów walczących w powstaniu warszawskim.
Pracownicy powstańczej służby zdrowia
Osobną kategorię ochotników stanowią pracownicy powstańczej służby zdrowia, którzy byli zatrudnieni w charakterze lekarzy i personelu pomocniczego232. Mówiliśmy już o doktorze "Bornie", który był jednym z najwyższych stopniem żołnierzy Żydów biorących udział w powstaniu. Podlegali mu Henryk Beck (ps. "Nekander"), mianowany komendantem szpitala przy ul. Siennej 59, który sprawował pieczę nad punktem opatrunkowym przy Twardej 15, a także jego żona. Wcześniej, o czym z niejakim zdumieniem wspomina Born, nie został on przyjęty do pracy przez komendanta szpitala przy Pańskiej/Mariańskiej233. Kolejnym jego podwładnym był Tadeusz Dziuma (prawdziwe nazwisko Szeinfeld). Dr Ludwik Koenigstein (jako Zawadzki) ps. "Rakieta" oraz nieznany z nazwiska chirurg (wedle niektórych relacji miał być byłym więźniem Gęsiówki) pracowali w szpitalu przy Miodowej 24. Pracowały tu wspomniane już wcześniej dr Adina Blady-Szwajger oraz Alina Margolis. Wszyscy wymienieni lekarze trafili w szeregi powstańczej służby zdrowia ochotniczo. Była to droga typowa - wielu spośród wychodzących z ukrycia lekarzy Żydów oferowało swoje umiejętności i doświadczenie i z miejsca przystępowało do pracy. W powstańczym szpitalu przy Długiej 15 pracował dr Stanisław Wojecki ps. "Piotr". Wojecki, który był pediatrą, przyłączył się do powstania 1 sierpnia - pomagał wznosić barykady. Szybko został jednym z organizatorów służby zdrowia na Starym Mieście. Najpierw stworzył punkt sanitarny przy ul. Przyrynek 4, przeniesiony następnie na Długą 15. Wojecki został mianowany naczelnym lekarzem batalionu im. Czarnieckiego ("Gozdawa") w stopniu porucznika. Zginął na posterunku 20 sierpnia, zasypany po zbombardowaniu szpitala234. Zginął też wówczas ginekolog dr Leon Kadysiewicz (Kosiński)235.
Na Starówce pracował też dr Michał Lejpuner "Władysław Skowroński". Po wyjściu kanałami ze Starego Miasta, 5 września został skierowany do Szpitala Polowego nr 1 "Blaszanka" na Czerniakowie. Dołączył do pracującego tu od pierwszego tygodnia powstania chirurga ortopedy Józefa Klingera (jako Józef Przyżycki) oraz stomatologa Szmula Gilguna (Stanisław Sikorski). Na Żoliborzu w powstańczej służbie zdrowia pracowali od początku Mieczysław Tursz (Tuszyński), Stefan Rotmil (Chmielewski) - obaj w szpitalu Zmartwychwstanek, Artur Ber (Borkowski), Lewin-Szczypiorski (Kazimierz) - szpital na ul. Suzina 5, Ludwik i Aleksandra Landy (poradnia V kolonia WSM)236. Na Mokotowie pracował Tadeusz Bloch ps. "Mikrob" (punkt opatrunkowy przy ul. Misyjnej)237. Teresa Prekerowa wymienia jeszcze na Powiślu lekarzy Annę Meroz i Feliksa Majnemera (szpital przy ul. Drewnianej)238.
Nie jest to z pewnością lista pełna. Nie obejmuje np. pracującego w jednym ze szpitali w Śródmieściu (przy ul. Marszałkowskiej) pochodzącego z Łodzi dr. Idela Singera, przed powstaniem mieszkającego na "aryjskich papierach" na Mokotowie, ani dr. Edwarda Zwillinga, ginekologa ze Lwowa, który także pracował jako lekarz w czasie powstania239. Jeszcze dłuższa byłaby zapewne lista sanitariuszek240.
Ochotnicy spośród uwolnionych więźniów Gęsiówki
Osobną kategorię Żydów walczących w powstaniu warszawskim stanowią uwolnieni przez powstańców więźniowie. 1 sierpnia o godzinie 17 oddział Kedywu Kolegium A pod dowództwem por. Stanisława J. Sosabowskiego "Stasinka" uwolnił 50 więźniów z Pawiaka oraz z obozu przy ul. Gęsiej, zatrudnionych w okolicach Umschlagplatzu i magazynów przy ul. Stawki. Akcja ta miała znaczenie symboliczne - stąd bowiem począwszy od 22 lipca 1942 r. wywożono Żydów warszawskich do Treblinki. W akcji brali udział wspominani już żołnierze Kedywu Stanisław Aronson i Stanisław Likiernik. Ten pierwszy tak wspominał tamte wydarzenia: "Punktualnie o godzinie 5 po południu nasz oddział (...) wyskoczył z budynku urzędu celnego i posuwał się w kierunku naszego pierwszego celu "Umschlag Platzu", który był centrum przesiadkowym i załadunkowym dla Żydów z całego okręgu warszawskiego w ich drodze do obozów zagłady. Był to ten sam budynek, w którym oczekiwałem na transport do obozu zagłady 18 miesięcy wcześniej. Budynku tego bronił oddział SS, który był przygotowany na atak, ponieważ Armia Krajowa straciła element zaskoczenia rano, kiedy Niemcy schwytali kilku żołnierzy przenoszących broń. Już podczas pierwszej godziny walki ponieśliśmy straty w ludziach - była pewna liczba rannych i zabitych. Po zdobyciu "Umschlag Platzu", gdzie uwolniliśmy 50 Żydów, których SS zatrudniało jako niewolników, pozostaliśmy w tym budynku przez całą noc"241. Z kolei Likiernik pisał: "Atak na magazyny odbył się ściśle według planu. Dokładnie o 17 przeskoczyliśmy przez płot na tyłach magazynów zajmujących blisko hektar powierzchni. Główny budynek był zajęty przez esesmanów, ale w dość ograniczonej liczbie. Bardzo szybko opanowaliśmy gmach, zabijając kilku z nich. Grupa uciekających przez gruzy getta została również zastrzelona. Wchodząc do budynku, dostrzegliśmy, zaskoczeni około pięćdziesięciu ludzi w pasiakach obozów koncentracyjnych, którzy biegli w naszym kierunku. Byli to Żydzi, deportowani w większości z Grecji, z Salonik, którzy pracowali w magazynach. Z trudem rozumieli, co się dzieje i że zostali wyzwoleni"242.
Uwolnieni więźniowie pragnęli wstąpić w szeregi powstańcze. Początkowo wykorzystywano ich jako przewodników i do prac fortyfikacyjnych; niektórzy również brali udział w akcjach bojowych. Jednym z nich był Chaim Goldstein, warszawski robotnik, który w 1929 r. wyemigrował do Francji. W czasie okupacji był członkiem francuskiego ruchu oporu. Aresztowany w czerwcu 1942 r., trafił do Auschwitz. Do Warszawy przywieziono go w październiku 1943 r. i osadzono w obozie przy ul. Gęsiej. Po uwolnieniu z miejsca stał się pośrednikiem między nieznającymi języka polskiego Żydami a powstańcami. W swych spisanych pod koniec lat pięćdziesiątych w Paryżu wspomnieniach tak przedstawił chwilę wyzwolenia: "Strzelanina zaczynała się robić coraz słabsza i nagle zupełnie umilkła. Zanim zdołałem zastanowić się, kto wygrał, partyzanci czy Niemcy, zaczęto mocno walić w drzwi magazynu i ktoś krzyknął po polsku: otworzyć! Zanim SS-man zdążył odwrócić się ze swoim pistoletem maszynowym, drzwi już były wyłamane, a on sam padł zastrzelony! "Jesteście wolni" - były to pierwsze słowa młodego, trzydziestoparoletniego człowieka z biało-czerwoną opaską na ramieniu i z karabinem maszynowym w ręku. Był to komendant oddziału, który zaatakował magazyn. Oszaleliśmy z radości. Nie potrafię opisać tej chwili. Wszyscy wyszliśmy na podwórze, gdzie stała reszta oddziału. Było tych partyzantów około czterdziestu. Wpadliśmy sobie w ramiona, ściskaliśmy się. Zaczęli nas wypytywać o więźniów, którzy pozostali w obozie. Jak wspaniale było patrzeć na bratanie się ludzi, którzy nie potrafili się porozumieć, bo węgierscy Żydzi znali tylko węgierski i niemiecki. (...) Byłem tak przejęty tym, co się stało przed chwilą, że jeszcze wciąż nie potrafiłem zrozumieć co się dzieje, jeszcze nie wiedziałem, że to początek powstania w całej Warszawie i jeszcze ciągle myślałem, że to atak grupy partyzantów, którzy wkrótce stąd odejdą gdzieś do swojej kryjówki. Byłem gotów z nimi iść. Zaraz jednak podszedł do nas partyzant i spytał, kto wśród nas mówi po polsku. Natychmiast się zgłosiłem i poszedłem z nim do pomieszczenia, gdzie był komendant i jeszcze pięć osób, wśród których znajdował się lekarz. Siedzieli przy stoliku, na którym zaznaczona była mapa z czerwonymi punktami. Komendant zaczął mnie wypytywać, skąd pochodzę i w jakich byłem obozach. (...)
Siedziałem na kamieniu i czekałem z niecierpliwością na swoją pierwszą misję, zadanie, które natychmiast wykonam, kiedy zrobi się ciemno. I dlatego byłem uszczęśliwiony, kiedy komendant kazał ustawić się wszystkim Żydom.
- "Powstanie dopiero się zaczyna - powiedział nam - trzeba teraz walczyć aż do zwycięstwa. Kto chce, może tu zostać. Ale kto chce walczyć, może się przyłączyć do nas".
Wszyscy prócz kilku, którzy nie mogli się ruszać, zgłosili chęć udziału w walce. Wszystkich nas ogarnęło to samo uczucie, że nie wolno nam stać z boku, że powinniśmy się znaleźć w szeregach walczących. Kiedy się porządnie ściemniło, nadszedł komendant z kilkoma żołnierzami. Dostałem kilka granatów ręcznych. (...) Komendant przekazał ostatnią instrukcję dla posterunków i w absolutnej ciszy ruszyliśmy w kierunku obozu"243. Goldstein otrzymał pseudonim "Warszawiak", był przewodnikiem, budował barykady i brał udział w walkach (m.in. na ulicach Franciszkańskiej, Koźlej i Nowiniarskiej). Po upadku Starego Miasta wraz sześcioma towarzyszami ukryli się w specjalnie przygotowanym bunkrze i dotrwali do wkroczenia Armii Czerwonej. Pod koniec sierpnia z grupą Goldsteina zetknął się Jakub Smakowski. Miała ona liczyć kilkanaście osób. Na jej czele miał stać jego znajomy z getta Edelstein, w skład grupy wchodzili Henryk Kapłan [w książce Goldsteina występuje jako Chaskiel] - przed wojną czynny w branży artykułów żelaznych, student Staszek Goldstein oraz Chaim Goldstein. Prócz tego było tam kilku Żydów zagranicznych, w tym pochodzący z Belgii chłopak o imieniu Natan [u Goldsteina pojawia się imię Daniel]244.
Pojawienie się dużej liczby uwolnionych Żydów obywateli państw obcych na terenie objętym powstaniem wywołało niejakie zaniepokojenie w dowództwie AK. Świadczy o tym notatka wystosowana 4 sierpnia przez gen. Tadeusza Pełczyńskiego "Grzegorza" do Antoniego Chruściela "Montera" sugerująca podjęcie pewnych radykalnych kroków w celu zapewnienia im bezpieczeństwa: "Zawiadamiam Was, iż na terenie Woli wypłynęło zagadnienie internowanych Żydów z Jugosławii, Grecji itd. Część tych Żydów została uwolniona przez nasze oddziały z rąk niemieckich. Przewidźcie przygotowanie tymczasowego obozu, gdzie kierowano by wszystkich uwolnionych Żydów i inne niepożądane elementy. Oddziały winny dostać wskazówki, które wykluczałyby ewentualne ekscesy w stosunku do Żydów"245.
Wydarzenia rozwijały się jednak w zupełnie innym kierunku; już bowiem następnego dnia liczba europejskich Żydów uwolnionych przez oddziały AK niepomiernie się zwiększyła. 5 sierpnia w godzinach popołudniowych (wedle Dziennika Bojowego Zgrupowania "Radosław" szturm rozpoczął się o 16.50) siłami dwóch kompanii harcerskiego batalionu "Zośka" ("Alek" i "Felek") wspartych zdobycznym czołgiem "Pantera" pod dowództwem por. Wacława Micuty "Wacka" zdobyto obóz przy ul. Gęsiej, uwalniając kilkuset przetrzymywanych tam więźniów żydowskich. Obóz, założony niedługo po stłumieniu powstania w getcie, był filią obozu koncentracyjnego na Majdanku i miejscem przetrzymywania kilku tysięcy Żydów pochodzących z różnych krajów okupowanych. Większość z nich wymordowano lub wywieziono w lipcu 1944 r.246
Interpretacje przyczyn ataku powstańców na Gęsiówkę są zróżnicowane. Wszyscy autorzy fundamentalnych opracowań dotyczących powstania wskazywali przede wszystkim na strategiczno-militarne aspekty tej akcji, nie poświęcając jej zresztą szczególnej uwagi. I tak Adam Borkiewicz pisał: "Po rozbiciu umocnionych stanowisk (bunkrów) przez działa czołgów wzięto szturmem 2 kompanii plut. podchorążego Morro [Andrzej Romocki] i części 3 kompanii ppor. Giewonta [Miłosław Cieplak] obóz na Gęsiej, zdobywając broń i uwalniając więzionych tam Żydów (324 mężczyzn i 24 kobiety). Około 200 Niemców wycofało się na Pawiak. Zdobycie obozu na Gęsiej otworzyło grupie Radosława połączenie ze Starym Miastem". W ocenie Antoniego Przygońskiego celem ataku było "całkowite opanowanie obozu hitlerowskiego na ul. Gęsiej (...), który stanowił najsilniejszy punkt oporu niemieckiego w tym rejonie"247. Równie lakonicznie wypowiadał się na ten temat Jerzy Kirchmayer: "W czasie gdy wrzał ciężki bój w rejonie Wolskiej, Górczewskiej i Karolkowej, udało się na wschodzie batalionowi "Zośka", wspartemu plutonem por. "Wacka", opanować obóz w getcie przy ul. Gęsiej. (...) W wyniku tej akcji uwolniono około 350 Żydów. To powodzenie otworzyło połączenie Kedywu ze Starym Miastem poprzez ruiny getta i miało duże znaczenie dla ogólnego położenia powstańców na Woli"248. Nie inaczej jest w najnowszej analizie wojskowych aspektów walk w Warszawie, autorstwa Krzysztofa Komorowskiego, gdzie nie wskazano powodów podjęcia decyzji o ataku na obóz: "W toku walk na ruinach getta harcerski batalion "Zośka", wsparty zdobycznymi czołgami opanował obóz koncentracyjny tzw. Gęsiówkę (...) odbijając skazańców"249.
Niektórzy autorzy przekonują jednak, że głównym celem akcji było przede wszystkim uwolnienie żydowskich więźniów250. Do takiej interpretacji skłaniają ich powojenne relacje dowódcy "Zośki" kpt. Ryszarda Białousa "Jerzego", por. Wacława Micuty i kilku innych żołnierzy harcerskiego batalionu biorących udział w szturmie. Wypada dodać, że większość tych relacji była doskonale znana historykom militarnych dziejów powstania. Kapitan "Jerzy" w swych wspomnieniach opublikowanych w 1946 r. zapisał: "Od komendanta politycznego "Gęsiówki" [nie wiadomo, o kogo chodzi - B.E. i D.L.], którego dostaliśmy w ręce w pierwszym dniu powstania, wiemy, że w obozie tym pozostają obecnie tylko Żydzi, niedobitki żydowskiego powstania w getcie i różnego rodzaju specjaliści, ściągnięci z różnych punktów Europy. Uwolnienie ich i otwarcie drogi na Stare Miasto - oto główne zadanie dzisiejszego natarcia"251. Inny uczestnik akcji, żołnierz plutonu pancernego Witold Bartnicki "Wiktor (Kadłubek)" wspominał: "Odprawę prowadzi Wacek. Z wyjaśnień wynika, że akcja będzie trudna. Opanowanie Gęsiówki i Pawiaka nie udawało się już kilkakrotnie. Przy kolejnych próbach zdobycia obozu i dobrze umocnionych pozycji niemieckich poległo już wielu naszych kolegów. W obozie są jeszcze Żydzi i nie mamy wątpliwości, że w razie zwłoki w opanowaniu Gęsiówki zostaną zgładzeni"252. Więcej szczegółów dotyczących przygotowań do ataku dostarczają relacje Wacława Micuty. Mowa tu o konieczności przełamania wątpliwości obawiającego się poważnych strat "Zośki", płk. Jana Mazurkiewicza "Radosława". Miał on wyrazić zgodę pod warunkiem użycia niewielkich sił (uczestnicy szturmu mieli wykonać to zadanie na ochotnika) i wykorzystania elementu zaskoczenia253. Dla nas sprawa motywów ataku na Gęsiówkę nie jest definitywnie rozstrzygnięta. W Dzienniku Bojowym Zgrupowania "Radosław" brak przecież informacji o uratowanych więźniach: "Natarcie "Brody" na drugą połowę obozu na ul. Gęsiej, wspierane artylerią z czołgu. Obóz opanowany. Straty 1 zabity. Zdobyto broń i żywność. Zabito 8 SS-manów"254. Sytuacja na Woli, czego zresztą dowiodły następne dni, była niezwykle poważna. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę Radosław, który w meldunku sporządzonym nad ranem 6 sierpnia uznał sytuację za rozpaczliwą. Szykuje się - pisał - "olbrzymia tragedia, tak jak historyczna rzeź Pragi". Nie sposób zatem kwestionować strategicznego znaczenia zajęcia Gęsiówki z punktu widzenia zagrożonych oskrzydleniem jednostek powstańczych. Przygoński stwierdza, że nawiązanie kontaktu ze Starym Miastem, choć nie zmieniało istoty położenia, polepszało nieco sytuację255. Co nie wyklucza troski o znajdujących się na terenie obozu więźniów. W wyniku starań Edwarda Kossoya żołnierze batalionu "Zośka" zostali uhonorowani przed kilku laty przez Departament Sprawiedliwych Instytutu Yad Vashem256.
W większości polskich relacji, mimo że różnią się w szczegółach, dominuje obraz obopólnej radości i wzruszenia. Witold Bartnicki tak zapamiętał te chwile: "Otwieramy klapy. Co za przyjemność, jakie powietrze! Przebiegający szturmowcy machają do nas rękami. Zwycięstwo jednak upaja. Słychać przed nami narastający gwar i krzyki. Rozglądamy się bezradnie. - Żydzi! Żydzi! Więźniowie - ktoś krzyczy. Gwałt potężnieje i tłum pasiaków wysypuje się na plac. Więźniów jest bardzo dużo. Wszyscy rozradowani w najwyższym stopniu. Entuzjastyczne okrzyki. Radość dochodząca niemal do obłędu. Są kobiety, dzieci, starcy, mężczyźni. Ściskają nas za ręce, dziękują po grecku, węgiersku, czesku, po polsku. Stary, zgrzybiały Żyd stoi przed czołgiem, milczy, ręce uniósł do góry, śmieje się z wykrzywioną dziwnie twarzą i tylko łzy ciekną mu po policzkach. Jestem niesłychanie zakłopotany. Za co oni nam dziękują. Bez słowa ściskamy mu ręce"257. Bogdan Deczkowski "Laudański", żołnierz kompanii "Rudy" plutonu "Alek", pisał: "Otoczył nas tłum uwolnionych więźniów Żydów. Istna wieża Babel. Ze wszystkich stron widziałem rozpromienione twarze. Dziesiątki ludzi jednocześnie mówiących w różnych językach, ubranych w pasiaste, biało-niebieskie ubrania, cieszących się odzyskaną wolnością. Jedna z Żydówek śmiała się i jednocześnie ocierała rękawem płynące po twarzy łzy szczęścia. Niespodziewanie wśród byłych więźniów dostrzegłem znajomego. - Benek! - zawołałem uradowany. Po chwili wpadłem w ramiona Bronisława Miodowskiego, z którym byłem więziony na Pawiaku w latach 1941/1942"258. Obrazy te weszły na trwałe do legendy powstania warszawskiego.
Wśród materiałów pamiętnikarskich autorstwa żołnierzy "Zośki" skonfiskowanych przez UB, które ostatecznie trafiły do archiwum IPN, znajduje się jeszcze jedna relacja na temat zdobycia Gęsiówki. Pochodzi ona z 1946 r., jej treść odbiega zaś znacząco od cytowanych wyżej przekazów: "Janka (Kazimierz Milewski) broni się przed napastnikami, ale że tych jest więcej, dopadają go i zaczynają całować. Z trudem udaje mu się z tych czułych ramion wyrwać. Śmiejemy się, ale jesteśmy jednocześnie zdziwieni mocno, bo nie wiemy, co to właściwie jest. Któż to jest? - padają pytania. To żydzi. To są żydzi, którzy byli więzieni przez Niemców kilka lat. Teraz zostali zwolnieni i dlatego tak się cieszą. "Cieszą się, bo zostali wolni. My ich uwolniliśmy. Zmienia się sytuacja. Przychodzi mi na myśl przykry obraz, jakiego byłem świadkiem w 1939 r. na terenach wschodnich. Na dzień przed wkroczeniem bolszewików w mieście były jeszcze wojska polskie. Kilku młodych uzbrojonych z czerwonymi opaskami podeszło do stojącego na posterunku żołnierza polskiego: Ręce do góry! Biedny chłopiec spojrzał na wymierzone w swoją pierś lufy karabinów i oddał broń. (...) Puścili go. Widziałem sam jak odchodził. Ten chłopak płakał jak małe dziecko, płakał, bo to niby Polak, dla którego on lał krew, zabrał mu świętą broń. W momencie, kiedy ojczyzna kładła się do grobu. Ci, którzy zabierali broń naszym żołnierzom, dzisiaj całują nas, wznoszą okrzyki na naszą cześć, tak jakby myśleli, że zmyją hańbę popełnioną w roku 1939. My im tego nie zapomnimy. Patrzę na entuzjazm żydów. Nie warci są tego. Odwracam twarz, gdyż nie mogę na to patrzeć". Kołczan (por. Eugeniusz Koecher) wysuwa jednego z żołnierzy na skrzyżowanie, z zadaniem obserwacji Pawiaka". I dalej: "Wszyscy mają miny mocno niezadowolone. Tyle dni straciliśmy przed Pawiakiem i nie pójdziemy tam. Musimy zadowolić się zdobyciem bunkrów i uwolnieniem kilkuset żydów"259. Relacja ta nie została opublikowana w żadnym z wydań pamiętników żołnierzy "Zośki"260. A jest to materiał ważny z dwóch powodów: pokazuje całkowite zaskoczenie (niektórych przynajmniej) powstańców w momencie spotkania z więźniami, a także obraz jakże odmienny od tego, do którego przyzwyczaiły nas funkcjonujące w świadomości powszechnej relacje żołnierzy "Zośki".
Pojawia się tu oczywiście problem reprezentatywności tej relacji; czy taka reakcja była typowa, czy odosobniona. O tym, że należy skłaniać się raczej do tej drugiej interpretacji, świadczą liczne fotografie zrobione po wyzwoleniu obozu (zob. wkładka) przedstawiające rozradowanych więźniów i powstańców. Relacje ocalonych Żydów zawierają rozbieżności. W niektórych dominują sceny podniosłe i wzruszające. Zofia Samsztejn w 1946 r. wspominała: "Oczekiwałyśmy w napięciu wyniku walk. I stało się. To był siódmy dzień naszego pobytu na "Gęsiówce". Przycupnęłyśmy cichutko na podłodze baraku, bo walki były bliskie i bardzo intensywne. W pewnym momencie w oknie stanął jakiś żołnierz. Zrazu myślałyśmy, że to Niemiec, bo mundur nosił niemiecki. Ale wkrótce dostrzeżona opaska biało-czerwona wyprowadziła nas z błędu. To był Polak - powstaniec. Kazał nam szybko biec we wskazanym kierunku. Zerwałyśmy się i wybiegłyśmy jak szalone. Przed nami biegły już tysiące uwolnionych "pasiaków". Butami robili wyłom w drutach kolczastych, którymi zakratowane były okna baraków. Brakło tchu w piersiach od biegania i ze wzruszenia. To był niezapomniany, zupełnie książkowy moment. Byłyśmy wolne. A potem już normalnie, jak cywilna ludność Warszawy wędrowałyśmy od piwnicy do piwnicy. (...) Wiem, że dla ludzi powstanie to był okres najokropniejszych męczarń. Ale dla mnie to był okres cudownie odzyskanej wolności"261. Kolejny z uwolnionych więźniów, Bronisław Anlen, zarysował jednak obraz daleko bardziej złożony. Wspominał on nie tylko o antysemickich wypowiedziach niektórych AK-owców zaskoczonych pojawieniem się Żydów, ale także o groźbach oraz omyłkowym rozstrzelaniu kilku Żydów niemieckich zaraz po wyzwoleniu obozu: "Stosunek powstańców do wyzwolonych więźniów nie był jednolity. Obok pięknych, wzruszających scen serdecznego stosunku powstańczych żołnierzy do wyzwolonych Żydów, były też bardzo przykre antysemickie wystąpienia i antyżydowskie rękoczyny ze strony niektórych żołnierzy powstańczych. Niekiedy też bez reakcji ze strony dowódców. Pamiętam dobrze ładną chłopięcą twarz młodego podporucznika czy porucznika, inwalidy bez lewej ręki, który na widok wyzwolonych więźniów, w tonie - powiedziałbym - pogardliwym i wściekłym, wykrzyknął: "Co, sami Żydzi?", a po chwili zawołał: "Czy nie ma wśród was komunistów?". Dźwięczą mi w uszach aż po dzień dzisiejszy ten ton i te słowa. Był to bardzo przykry zgrzyt w pierwszej chwili naszego wyzwolenia"262. Edward Kossoy, od lat badający sprawy związane z wyzwoleniem Gęsiówki, ustalił kontekst tej sceny i dokonał jej interpretacji: "Wspomniane przez Anlena incydenty antysemickie są w większości potwierdzone przez inne źródła. Natomiast pewne wątpliwości budzi wspomniany przez niego incydent z jednorękim oficerem. Jak ustaliłem, chodzi o kapitana Leona Tarajkiewicza (pseudonim Gryf), dowódcę kompanii saperów. Kompania ta nie należała ani do baonu "Zośka" ani do Szarych Szeregów. Tarajkiewicz wraz z wieloma innymi ciekawymi przyszedł do Gęsiówki po jej zdobyciu. Nie mając nic wspólnego z tą akcją, mógł nie wiedzieć, kto był w tym obozie więziony i wyrazić po prostu zdziwienie, dowiadując się, że byli to wyłącznie Żydzi. Co oczywiście nie przeczy temu, że w szeregach powstańczych byli antysemici"263. Taka postawa Tarajkiewicza byłaby jednak dość zastanawiająca, biorąc pod uwagę fakt, iż na przełomie 1942 i 1943 r. prowadził on szkolenia bojowe dla ŻOB264.
Informacje o zajęciu Gęsiówki podały powstańcze media. "Biuletyn Informacyjny" donosił: "W dniu 5 VIII ok. godziny 2 po południu nasze natarcie na obszar dawnego getta doprowadziło do uwolnienia z obozu karnego niemieckiego 350 żydów. Jest tam 326 mężczyzn i 24 kobiet, przy czym 89 obywateli polskich i ponad 250 obywateli rumuńskich, czeskich, holenderskich, itp. Wyzwoleni zgotowali burzliwą owację wdzięczności swym wybawcom - żołnierzom polskim. Niektórzy z wyzwolonych przebywali w obozach karnych niemieckich ponad cztery lata, cierpiąc niewiarygodne prześladowania i udręki"265. Reportaż nadany przez powstańcze Polskie Radio 18 sierpnia, lecz przygotowany bezpośrednio po zajęciu obozu, przynosił już sprawę ochotniczego zaciągu byłych więźniów: "Tu grupka Żydów polskich. Kilka dni przed rozpoczęciem powstania przewieziono ich z Pawiaka. Niecierpliwią się. - Kiedy stad wyjdziemy? Nie możemy bezczynnie usiedzieć, widząc, jak walczycie. Chcemy walczyć z wami. Uspokajam ich, ze dowództwo przydzieli ich do odpowiednich prac, że w tej walce, jaką toczy cały naród, żadne ręce nie pozostaną bezczynne"266. Tak się też stało. 17 sierpnia "Głos Starego Miasta" zamieścił telegram podpisany przez "Józefa" (Szymona Gottesmana) - działacza partii Ogólnych Syjonistów, współpracownika "Żegoty" i członka ŻKN do Anzelma Reissa, przedstawiciela Światowego Kongresu Żydów, w imieniu Żydów uwolnionych z Gęsiówki. Stwierdzano w nim: "uczestniczymy w walce, Armia Krajowa odbiła kilkuset więzionych Żydów (...); dała im wolność oraz możliwość pracy i walki dla wspólnej sprawy. Pozdrowienia walczącej Warszawy. Oczekujemy natychmiastowej pomocy"267. O tym, dlaczego ten tekst ukazał się akurat w organie prasowym Narodowych Sił Zbrojnych, będzie mowa w innym miejscu książki.
Powtórzyła się sytuacja z 1 sierpnia, kiedy to uwolnieni na Stawkach Żydzi zgłosili masowy akces do powstania. Ich motywacje były rozmaite. Z punktu widzenia byłych więźniów sprawa była jednoznaczna - włączenie się do walki dawało szansę odwetu na Niemcach, odzyskanie podmiotowości i godności. Chaim Goldstein wspominał: "Po wybuchu powstania Żydzi, uwolnieni z obozów lub opuszczający kryjówki, przyłączali się po prostu do pierwszych, przypadkowo napotkanych grup powstańców, nie pytając ani o nazwę ani program polityczny organizacji. Chodziło tylko o to, żeby walczyć z Niemcami... Zemścić się, lub nawet zginąć, ale z bronią w ręku. Po latach eksterminacji, męki i poniżenia to był ich jedyny cel. "Zresztą wszyscy pewnie pamiętacie, co wtedy czuliście" - powiedziałem. "Oczywiście - krzyknął Icchak - O Boże! Co to był za czas" - jego oczy rozbłysły w półmroku piwnicy. Trzymałem karabin w dłoni i znów byłem człowiekiem. Czuliśmy się jak odurzeni, wolni i szczęśliwi, chociaż w każdej chwili groziła nam śmierć"268. Żołnierz "Zośki" Tadeusz Zuchowicz ps. "Marek" wspominał: "Wszyscy zgłosili swą szczerą wolę współdziałania z nami w walce ze znienawidzonym wspólnym wrogiem. Każdy zachwalał swe kwalifikacje. Jeden wołał, że jest mechanikiem, inny, że jest elektromonterem, jeszcze inny, że jest kucharzem. Życzliwe i spokojne nasze odpowiedzi oraz rozdane papierosy działały kojąco na rozgorączkowany tłum"269. Stanisław Komornicki "Nałęcz" ze 104 kompanii Związku Syndykalistów Polskich walczącej w składzie zgrupowania "Róg" odnotował uczestnictwo uwolnionych z Gęsiówki Żydów w wykładach prowadzonych dla żołnierzy: "Są wśród nich obywatele francuscy, greccy, węgierscy i bułgarscy. Ich wygląd budzi głębokie współczucie i świadczy o ich ciężkich przeżyciach. Większość uwolnionych to ludzie chorzy. Ci, którzy trzymają się lepiej, rwą się do walki, proszą o przydzielenie jakiejkolwiek broni". Kilku z nich miało zostać włączonych do formującego się 4 plutonu jego jednostki270. Żadnych jednak danych na temat ich losów nie mamy. W składzie plutonu Milicji Ludowej "Starówka" wymieniany jest były więzień Gęsiówki o pseudonimie "Bolesław", który zginął podczas bombardowania powstańczych pozycji271. Niewykluczone jednak, że chodzi tu o wspomnianego uprzednio Fiszla Tenenbauma (Bolesława Krawca).
Dla Żydów obywateli państw obcych służba w szeregach powstańczych stanowiła nie tylko okazję do wzięcia odwetu na znienawidzonych Niemcach czy wynikała z potrzeby odwdzięczenia się wyzwolicielom, ale również była realną szansą przeżycia. Ludzie ci - pochodzący z różnych krajów Europy, nieznający języka, nieposiadający żadnych środków do życia, pozostawieni sami sobie w środku walczącej i borykającej się z trudnościami dnia codziennego Warszawy - znaleźli się w tragicznej sytuacji. Aktywność na rzecz powstania, nawet uciążliwa i ryzykowna, dawała możliwość przetrwania.
Trudno o dokładne dane dotyczące liczby przyjętych do służby liniowej i pomocniczej. Wymieniony w relacji Laudańskiego Jakub Miodowski, aresztowany latem 1940 r. za działalność w konspiracyjnych strukturach PPS, skwitował sytuację takim oto stwierdzeniem: "Przez 24 godziny powstańcy trzymali nas jeszcze w barakach, a potem rozpierzchliśmy się w różne strony. Byliśmy wolni. Po 4 latach i 4 tygodniach". On i jego brat Józef należeli prawdopodobnie do grupy byłych więźniów przyjętych w szeregi powstańcze. Odnieśli rany i trafili do powstańczych szpitali272. Niektórzy ochotnicy od razu wzięli udział w działaniach bojowych; francuski Żyd Dawid Edelman poległ już 5 sierpnia 1944 r.273 Kapitan "Jerzy" w zakończeniu fragmentu wspomnień dotyczących wyzwolenia Gęsiówki wskazał na rodzące się braterstwo broni: "grupa sanitariuszy schodziła powoli, niosąc rannego, niedawnego "Haeftlinga", obecnie żołnierza Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, którego twarz mimo bólu promieniała radością, bo wokół widział twarze życzliwe i zatroskane braci walczących o wspólną sprawę"274.
Z Dziennika Bojowego Zgrupowania "Radosław" wynika, że 19 sierpnia 1944 r. w skład tej jednostki wchodziło 50 Żydów; w zgrupowaniu "Broda 53" było ich 20, w "Czacie 49" - 30275. Byli to przede wszystkim ludzie posiadający odpowiednie kwalifikacje, przydatne z punktu widzenia potrzeb walczących: osoby z przeszkoleniem wojskowym, mechanicy, rzemieślnicy, kucharze albo po prostu ludzie silni fizycznie, zaradni i operatywni. Zatrudnienie znaleźli również, co zresztą naturalne, lekarze i personel medyczny. Jednym z nich był wspomniany już technik dentystyczny Bronisław Anlen, dr "Bronisław", którego wraz z kilkoma więźniami zatrudniono w szpitalu polowym utworzonym na terenie obozu. W szpitalu tym zatrudnionych było jeszcze kilku byłych więźniów. Potem pracował na Starym Mieście, m.in. w szpitalu polowym przy ul. Hipotecznej, a następnie na Powiślu i w Śródmieściu.
Byli więźniowie Gęsiówki ulegli rozproszeniu. Spotkanie z jedną z grup byłych więźniów wspomina Aniela Pinon-Gacka, mieszkanka Franciszkańskiej 12. Miało ono miejsce 8 sierpnia: "Zeszłam do bramy. Zalegał ją tłum dziwnych postaci z ogolonymi głowami, ubranych w drelichowe pasiaste komplety skazańców. Byli to Żydzi, których powstańcy uwolnili z getta [obozu na Gęsiej - B.E. i D.L.]. Nie było ani jednego polskiego Żyda - większość pochodziła z Węgier, siedmiu z Francji, kilku z Grecji... wzrok mój zatrzymał się na twarzy jednego z nich - oczy nasze spotkały się... wyciągnęłam do niego rękę, uścisnął ją i rzekł po niemiecku:
- Jestem adwokatem z Budapesztu... (...)