Żydowska Polska Walcząca - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

25.00 zł
20.75 zł (21,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hena, czyli ła­ska

FOT. ANNA LI­MI­NO­WICZ / PO­LIN

- HENA KU­CZER / KRY­STYNA BUD­NICKA (ur. 1932) jest naj­młod­szą z ośmiorga dzieci Cyrli i Jó­zefa Lej­zo­rów. Przed wojną jej oj­ciec wraz z braćmi pro­wa­dzili warsz­tat sto­lar­sko-bu­dow­lany na placu Mu­ra­now­skim. W get­cie wy­spe­cja­li­zo­wali się w bu­do­wa­niu skry­tek, w któ­rych Ży­dzi cho­wali kosz­tow­no­ści, a od 1942 r. kon­stru­owali także kry­jówki dla lu­dzi. Bra­cia Bo­ruch i Szaja z ro­dzi­nami zgi­nęli w Tre­blince la­tem 1942 r. Trzeci brat, Ra­fał, wraz z żoną rów­nież zo­stał wy­wie­ziony, ale uciekł z po­ciągu i wró­cił do getta. Pod jego kie­row­nic­twem Ku­cze­ro­wie wy­bu­do­wali schron, znaj­du­jący się w pod­zie­miach na­roż­nego bu­dynku przy ul. Za­men­hofa 56/ /Mu­ra­now­skiej 44. Jego po­miesz­cze­nia wy­ko­pano pod dwiema piw­ni­cami. Był do­stęp do wody i prądu, dzia­łała kuch­nia z ko­mi­nem i ra­dio. Wy­drą­żono tu­nel, łą­czący bun­kier z ka­na­łami miej­skimi.

W chwili wy­bu­chu po­wsta­nia w bun­krze Ku­cze­rów prze­by­wało ok. 40 osób. Ra­fał, Chaim i Izaak Ku­cze­ro­wie, któ­rzy mieli kon­takty z ŻOB, brali udział w wal­kach. Póź­niej ciężko chory Ra­fał zo­stał prze­nie­siony przez dzia­ła­czy ży­dow­skiego pod­zie­mia na stronę "aryj­ską". Iza­aka i Cha­ima za­bili Po­lacy, któ­rzy od­kryli wej­ście do bun­kra, po­szu­ku­jąc "skar­bów" na te­re­nie getta.

23 wrze­śnia 1943 r. Hena, jej ro­dzice, sio­stra Perla, naj­młod­szy brat Je­huda i bra­towa Anka (żona Iza­aka) we­szli do ka­na­łów, by prze­do­stać się na stronę "aryj­ską". Ro­dzice Heny nie mieli siły iść da­lej. Ra­zem z Perlą, która nie chciała ich opu­ścić, zo­stali w ka­na­łach. Hena, Je­huda i Anka zo­stali wy­cią­gnięci i umiesz­czeni w kry­jówce po stro­nie "aryj­skiej".

Je­huda zmarł wkrótce z po­wodu za­ka­że­nia wodą z ka­na­łów. Ra­fał zo­stał wy­dany przez kon­fi­denta i za­mor­do­wany przez ge­stapo. Hena i jej bra­towa były pod opieką Ży­dow­skiego Ko­mi­tetu Na­ro­do­wego, który po­ma­gał im zna­leźć ko­lejne schro­nie­nia i udzie­lał za­po­mogi. Po po­wsta­niu war­szaw­skim zna­la­zły się w Prusz­ko­wie, gdzie Anka od­dała Kry­się do domu dziecka pro­wa­dzo­nego przez sio­stry za­konne. Dziew­czynka prze­by­wała w nim aż do zda­nia ma­tury, a póź­niej skoń­czyła stu­dia i pra­co­wała w War­sza­wie jako na­uczy­cielka. Od 1991 r. jest człon­ki­nią Sto­wa­rzy­sze­nia "Dzieci Ho­lo­cau­stu" w Pol­sce.

KRY­STYNA BUD­NICKA: Pro­szę ode mnie nie ocze­ki­wać ja­kichś roz­my­ślań, czy się ba­łam itd. To było wszystko fi­zyczne. Tam nie było żad­nego psy­chicz­nego dzia­ła­nia, to był tylko in­stynkt. Pali się? Więc trzeba się scho­wać.

PA­TRY­CJA BU­KAL­SKA: 19 kwiet­nia 1943 r. o świ­cie w get­cie wy­bu­chło po­wsta­nie. Pani - wtedy 11-let­nia dziew­czynka - od kilku mie­sięcy prze­by­wała już z ro­dziną w przy­go­to­wa­nym wcze­śniej bun­krze. Czy jed­nak za­pa­mię­tała Pani ten dzień jako szcze­gólny?

KRY­STYNA BUD­NICKA: Od stycz­nia nie wy­cho­dzi­łam już na ze­wnątrz. Moi bra­cia za to wy­cho­dzili, kon­tak­to­wali się z or­ga­ni­za­cją pod­ziemną. Ja wie­dzia­łam tylko, że tego dnia oni po­szli do walki. Sły­sza­łam też, co się dzieje na ze­wnątrz, i czu­łam dzia­ła­nia po­wstań­cze przez skórę - kiedy się pa­liło do­okoła, kiedy się za­częło go­rąco u nas ro­bić.

W bun­krze mie­li­śmy też ra­dyjko - słu­cha­li­śmy roz­gło­śni pol­skiej Świt, nada­wał Lon­dyn i w ten spo­sób do­cho­dziły wia­do­mo­ści. Był ten cho­rał "Z dy­mem po­ża­rów, z ku­rzem krwi brat­niej..." z ra­dia. Mó­wiło się, że getto wal­czy. Wie­dzia­łam więc, że trwa po­wsta­nie, choć sa­mego mo­mentu wy­bu­chu nie za­pa­mię­ta­łam.

To ra­dio było bar­dzo ważne rów­nież póź­niej, bo mó­wiono o fron­cie wschod­nim, że Niemcy do­stają łup­nia, że tracą siły, że się co­fają. Tak to za­pa­mię­ta­łam, ale do­cie­rało to do mnie po­przez roz­mowy do­ro­słych. Była w tym ja­kaś na­dzieja, że wy­trwamy, że jesz­cze tro­chę...

Czy bra­cia, któ­rzy po­szli wal­czyć, po­że­gnali się z Pa­nią i z ro­dzi­cami?

Tego nie pa­mię­tam. Ja by­łam bar­dzo póź­nym dziec­kiem i mię­dzy mną a braćmi była duża róż­nica wieku - mię­dzy mną a naj­star­szym bra­tem aż 21 lat. Oni byli więc już do­ro­śli i dla­tego mo­gli wal­czyć. Ja na­prawdę nie ro­zu­mia­łam wszyst­kiego, co się dzieje, sły­sza­łam ta­kie strzępki roz­mów... Ra­czej od­czu­wa­łam, niż ro­zu­mia­łam. To w ogóle jest bar­dzo skom­pli­ko­wane, co ja wtedy czu­łam.

Może Pani o tym opo­wie­dzieć? W su­mie spę­dziła Pani w ukry­ciu w bar­dzo ma­łej prze­strzeni pod­ziem­nego bun­kra dzie­więć mie­sięcy.

By­łam bar­dzo mało ak­tywna - i psy­chicz­nie, i fi­zycz­nie. Te­raz my­ślę, że być może to mnie ura­to­wało, bo nie zo­sta­łam tak bar­dzo - jakby to po­wie­dzieć? - po­ra­niona. Nie by­łam ak­tywna, a przez to nie by­łam wszyst­kiego świa­doma. Nie ro­zu­mia­łam ca­łej grozy. Tak to te­raz, z po­zy­cji do­ro­słej osoby, wi­dzę. Bo jak ina­czej można było być tam, prze­żyć to wszystko, czuć?

Nasz bun­kier to był ro­dzaj zie­mianki. Na ba­zie po­głę­bio­nej piw­nicy, ob­ni­żono jej po­ziom. Zie­mia była wy­brana i po­ło­żona na stro­pie oraz na ściany boczne. Dla­tego kiedy się getto pa­liło, to te ściany były go­rące jak w piecu chle­bo­wym. Ucie­ka­li­śmy więc do ka­nału, w ka­nale było chłodno. Tam jed­nak Niemcy za­częli wrzu­cać bomby ga­zowe, więc mu­sie­li­śmy wra­cać z po­wro­tem do bun­kra.

Tak to wy­glą­dało w cza­sie po­wsta­nia w get­cie. Pań­stwo jed­nak ze­szli do niego już kilka mie­sięcy wcze­śniej...

Uro­dzi­łam się na placu Mu­ra­now­skim, więc na­wet kiedy po­wstało getto, to my­śmy się nie prze­pro­wa­dzali. Mur był poza na­szym do­mem. Do­piero póź­niej, kiedy getto zmniej­szano i plac Mu­ra­now­ski zna­lazł się poza nim, trzeba się było prze­pro­wa­dzać. Mu­siało już być po ak­cji li­kwi­da­cyj­nej, bo można było zna­leźć dużo pu­stych miesz­kań. My tra­fi­li­śmy na ul. Miłą, miesz­ka­li­śmy na pię­trze. To był czas, kiedy trwały już bar­dzo po­ważne wy­wózki, re­wi­zje, gro­ma­dzono lu­dzi na Umschlag­platz - co­dzien­nie od­cho­dził po­ciąg z wy­peł­nio­nymi wa­go­nami. Były też ła­panki na uli­cach - w jed­nej z nich stra­ci­łam dwóch z mo­ich sze­ściu braci. Nie by­łam tego świad­kiem, ale wiem z opo­wia­da­nia, że je­den brat zo­stał zgar­nięty z ulicy i wy­wie­ziony do Tre­blinki, a po pew­nym cza­sie rów­nież drugi w ten spo­sób zgi­nął.

Pro­blem po­lega na tym, że ja po woj­nie nie mia­łam na­wet z kim kon­fron­to­wać tych mo­ich wspo­mnień - bo nie było już ni­kogo... Ja tak te­raz od­twa­rzam to, co pa­mię­tam.

Moi czte­rej po­zo­stali bra­cia zwią­zali się z or­ga­ni­za­cją, był to ŻOB, i to chyba wła­śnie wtedy po­wstał po­mysł bu­dowy na­szego bun­kra.

Zbu­do­wał go Pani brat, prawda?

Mój brat Ra­fał był tech­nicz­nie do tego przy­go­to­wany. Już wcze­śnie spe­cja­li­zo­wał się w róż­nych skryt­kach... To się wzięło stąd, że na po­czątku getta Niemcy wy­dali po­le­ce­nie kon­fi­skaty mie­nia. Tzn. mó­wili, żeby dać do "de­po­zytu" war­to­ściowe rze­czy, a po­tem po woj­nie mie­li­śmy je do­stać z po­wro­tem. Cho­dziło o bi­żu­te­rię, fu­tra, apa­raty fo­to­gra­ficzne - rze­czy tego typu. Lu­dzie oczy­wi­ście nie chcieli tego od­da­wać, więc za­częło się szu­ka­nie spo­sobu, jak te rze­czy scho­wać. Mój brat miał do tego smy­kałkę i za­czął ro­bić różne ta­kie ukry­cia, wy­spe­cja­li­zo­wał się w tym.

Póź­niej, kiedy za­częły się re­wi­zje i lu­dzie prze­stali się sami zgła­szać do rze­ko­mej pracy - bo tak ofi­cjal­nie przed­sta­wiano wy­wózki - to po­trzebne były miej­sca, by mo­gli się ukry­wać dłu­żej niż przez kilka mi­nut. Stąd po­mysł zbu­do­wa­nia cze­goś trwal­szego z drogą ewen­tu­al­nej ucieczki.

Stąd to przej­ście łą­czące Pań­stwa bun­kier z ka­na­łem...

Nie­zbyt bez­pieczne, ale tak: to się spraw­dzało, do­póki Niemcy się nie zo­rien­to­wali, że taką drogą lu­dzie ucie­kają. Po­my­sło­dawcą ta­kiego bun­kra - tak jak to te­raz ana­li­zuję - był mój brat Ra­fał, wy­ko­naw­cami moi po­zo­stali bra­cia, bo to była ciężka fi­zyczna praca, ale po­trzebne były jesz­cze pie­nią­dze, by zgro­ma­dzić tam za­pasy żyw­no­ści. Kilka ro­dzin do­łą­czyło się więc do tego dzieła fi­nan­sowo. Bun­kier to były dwa po­miesz­cze­nia, w tym dru­gim były za­pasy, wo­rek ka­szy, ziem­niaki, na­wet ja­kieś leki były, środki opa­trun­kowe, wi­ta­miny.

Ja to wszystko jed­nak opo­wia­dam z per­spek­tywy ma­łej dziew­czynki, nie­ak­tyw­nej, jakby wy­łą­czo­nej. Ze­szli­śmy na dół, jesz­cze gdy trwały prace nad tu­ne­lem łą­czą­cym nas z ka­na­łem.

Kto z Pa­nią tam był?

Poza mo­imi braćmi byli moi ro­dzice i moja sio­stra. Wśród braci je­den, Je­huda, był dwa lata za­le­d­wie star­szy ode mnie. On już jed­nak nie był chłop­cem, był męż­czy­zną, świet­nie zo­rien­to­wa­nym we wszyst­kich spra­wach, rów­nież tych or­ga­ni­za­cyj­nych zwią­za­nych z bu­dową bun­kra, wszę­dzie cho­dził ze star­szymi braćmi. Były jesz­cze dwie młode ko­biety, kilka ro­dzin, był le­karz z żoną... On jed­nak wy­szedł z bun­kra w pierw­szym dniu po­wsta­nia - nie wy­trzy­mał psy­chicz­nie. "Ze­ga­rek mi sta­nął - po­wie­dział. - To ko­niec ży­cia". I wy­szedł.

Nie by­łam ak­tywna, a przez to nie by­łam wszyst­kiego świa­doma. Nie ro­zu­mia­łam ca­łej grozy. Tak to te­raz wi­dzę. Bo jak ina­czej można było być tam, prze­żyć to wszystko, czuć?

A Pani się nie bała?

Mnie tak jakby nie było. Nie od­czu­wa­łam stra­chu i nie od­czu­wa­łam głodu, choć na pewno mu­sia­łam być głodna.

Ja­kie były te pierw­sze mie­siące w bun­krze, jesz­cze przed po­wsta­niem?

Dość spo­kojne. Moi bra­cia wy­cho­dzili na ze­wnątrz, jesz­cze coś się w get­cie działo. Byli oczy­wi­ście bar­dzo ostrożni, znali też do­sko­nale plan ka­na­łów. Wyj­ścia z ka­na­łów, włazy, to były ta­kie miej­sca usta­lone, kon­tak­towe. Pa­mię­tam, jak wra­cali z tych wę­dró­wek, ja jed­nak nie wy­cho­dzi­łam z bun­kra i to wszystko do mnie tak dziw­nie nie do­cie­rało. By­łam taka... przy­mglona. Tylko le­ża­łam na pry­czy - w tym ma­łym po­miesz­cze­niu nie było jak się po­ru­szać. Spa­łam. Na­wet już nie mia­łam ksią­żek, żeby czy­tać.

Bun­kier był jed­nak świet­nie zor­ga­ni­zo­wany, bo był prąd i woda pitna. Go­to­wało się, póki mie­li­śmy za­pasy. Jak to je­dze­nie ku­po­wano? Nie wiem, ale moja ro­dzina nie była za­można, więc mu­siało to po­cho­dzić ze źró­deł wspól­no­to­wych. Por­cje były wy­dzie­lone i bar­dzo skromne.

Czy po­siłki były ta­kimi usta­lo­nymi punk­tami dnia?

Nie pa­mię­tam, by­śmy ra­zem je­dli. Na pewno nie. Pa­mię­tam ko­biety, które się krzą­tały przy tym go­to­wa­niu, ro­biły ja­kąś zupę.

Czy pa­mięta Pani coś jesz­cze z tego okresu przed po­wsta­niem?

Na­by­łam bra­tową! Któ­re­goś dnia mój naj­star­szy brak Izaak przy­pro­wa­dził ko­le­żankę. Przed­sta­wił ją jako swoją przy­ja­ciółkę, która stra­ciła całą ro­dzinę i nie ma gdzie miesz­kać. Spo­tkał ją na ulicy, za­pła­kaną i pro­sił nas, by mo­gła zo­stać z nami. Moja mama, po­bożna Ży­dówka, zgo­dziła się, ale stwier­dziła: "Jak to bę­dzie wy­glą­dać, ty ka­wa­ler, ona pa­nienka, jak to tak?". Więc brat stwier­dził, że do­brze, niech bę­dzie "na­rze­czona". "Skoro tak, to bie­rze­cie ślub" - po­wie­działa mama. Był więc ślub w wa­run­kach ka­na­ło­wych. Na ręce mo­jego taty zło­żyli przy­sięgę mał­żeń­ską. Był ja­kiś ro­dzaj bal­da­chimu, chyba z koca, ale żad­nych in­nych uro­czy­sto­ści. Taka była mi­łość w bun­krze... Kilka mie­sięcy trwała... Bra­towa, Anka, do końca się mną opie­ko­wała, kiedy już ni­kogo in­nego z ro­dziny nie było.

Ży­cie w bun­krze, gdy wy­bu­chło po­wsta­nie, za­częło być znacz­nie trud­niej­sze.

Pro­szę ode mnie nie ocze­ki­wać ja­kichś roz­my­ślań, czy się ba­łam itd. To było wszystko fi­zyczne. Tam nie było żad­nego psy­chicz­nego dzia­ła­nia, to był tylko in­stynkt. Pali się? Więc trzeba się scho­wać. Go­rąco? Trzeba szu­kać ochłody. Tylko tyle.

Byli z Pa­nią wtedy Pani ro­dzice i sio­stra?

Tak, i mu­szę tu opo­wie­dzieć o moim ta­cie, i co z nim się stało. Przed wojną był kimś waż­nym, głową ro­dziny, a po­tem się za­gu­bił... Był prak­ty­ku­ją­cym Ży­dem, cho­dził w ży­dow­skim stroju, miał piękną białą brodę. I tę brodę, po­łowę brody, ob­cięło mu dwóch Niem­ców, kiedy w get­cie wra­cał kie­dyś do na­szego miesz­ka­nia na placu Mu­ra­now­skim. Ka­zali mu tań­czyć. Tata nie chciał, więc go ude­rzyli i sami za­częli się z niego na­śmie­wać, prze­drzeź­niać. Zro­bił się tłu­mek koło niego. On był bar­dzo sza­no­wa­nym czło­wie­kiem, lu­dzie przy­cho­dzili do niego po po­rady, a ta sy­tu­acja spra­wiła, że tata stra­cił po­czu­cie god­no­ści, nie po­zbie­rał się już z tego psy­chicz­nie i prze­stał być głową ro­dziny. Tę funk­cję prze­jęli wtedy moi bra­cia - oni się nami opie­ko­wali i my­śleli, jak prze­żyć. Tata prze­stał de­cy­do­wać, nie za­bie­rał już głosu, nie umiał so­bie po­ra­dzić z tą rze­czy­wi­sto­ścią, w za­sa­dzie prze­stał być...

Kiedy wró­cili do Pań­stwa Pani bra­cia, któ­rzy po­szli wal­czyć w po­wsta­niu?

Wró­cili, kiedy po­wsta­nie się za­ła­mało, ale nie umiem po­wie­dzieć, czy było to już po wy­sa­dze­niu bun­kra na Mi­łej. Część bo­jow­ców po­peł­niła sa­mo­bój­stwo, część wy­do­stała się ka­na­łami na aryj­ską stronę, a moi bra­cia wró­cili do nas, bo wie­dzieli, że bez nich so­bie nie po­ra­dzimy.

Bo ży­cie w bun­krze to­czyło się da­lej. Na­sza zie­mianka, na szczę­ście, się nie za­wa­liła, ale spło­nęło to dru­gie po­miesz­cze­nie, gdzie były za­pasy. Do­okoła mo­rze gruzu i ognia, ale my by­li­śmy do pew­nego stop­nia bez­pieczni. Da­lej mie­li­śmy też prąd - pa­mię­tam ra­dość mo­jego brata, gdy po awa­rii po­łą­czył się z ja­kąś "mufą", pa­mię­tam to słowo. To nas ra­to­wało: prąd i bie­żąca czy­sta woda pitna. Tyle że gro­ziła nam śmierć gło­dowa.

Czy to wła­śnie głód spra­wił, że po­sta­no­wili Pań­stwo opu­ścić getto?

Przede wszyst­kim kiedy moi bra­cia wró­cili, to mieli już kon­takt z pod­zie­miem. My­ślę, że to był ŻOB, ale nie po­tra­fię na pewno tego po­wie­dzieć. To ta­kie moje przy­pusz­cze­nie, bo po­tem, jak już by­li­śmy na stro­nie aryj­skiej, to przy­szedł do nas An­tek Cu­kier­man. I była taka pani Ba­sia, która przy­nio­sła mi ja­kieś ciuszki. Ba­sia Ber­ma­nowa. To już jed­nak było póź­niej, a wra­ca­jąc do wyj­ścia z getta: ważne, że moi bra­cia wie­dzieli, gdzie jest punkt kon­tak­towy po stro­nie aryj­skiej i ten kon­takt na­wią­zali.

Ile osób po­zo­sta­wało wtedy jesz­cze w bun­krze?

Poza moją ro­dziną jedna ko­bieta, taka star­sza chora pani, oraz mał­żeń­stwo, które miało syna po aryj­skiej stro­nie i li­czyło, że ten syn im po­może. Tak się zresztą stało.

Po­zo­stałe osoby wy­szły wcze­śniej?

Nie wiem, nie wiem, jak to się stało... Kon­takt ze stroną aryj­ską zo­stał na­wią­zany i kie­dyś przy­szedł do nas łącz­nik. Miał się zo­rien­to­wać w sy­tu­acji, spraw­dzić, ile nas jest osób. W mię­dzy­cza­sie jed­nak za­cho­ro­wał Ra­fał - za­pewne coś zjadł, a może to był ty­fus albo czer­wonka? Po­trze­bo­wał po­mocy le­kar­skiej i jego pierw­szego za­brali na drugą stronę.

A jak nie było Ra­fała, to u nas się zro­biło ta­kie roz­prę­że­nie w bun­krze. Za­bra­kło ka­pi­tana, jak wtedy mó­wi­li­śmy....

Kiedy po po­wsta­niu mury getta osty­gły, to po­ja­wili się szpe­ra­cze. Niemcy wy­słali ich do po­rząd­ko­wa­nia getta, a może sami przy­cho­dzili szu­kać cen­nych rze­czy, w każ­dym ra­zie my w bun­krze za­mie­ni­li­śmy dzień na noc, noc na dzień - po to, żeby w dzień nie było żad­nego ru­chu, który mógłby zdra­dzić na­szą kry­jówkę. Któ­re­goś dnia lub wie­czoru, nie po­tra­fię po­wie­dzieć, jaka to była pora, usły­sze­li­śmy jed­nak, że coś się koło nas dzieje, ja­kieś dźwięki, ja­kiś ruch. I to był ko­niec bun­kra.

Co się stało?

Moi bra­cia Izaak i Chaim, któ­rzy prze­jęli kie­row­nic­two po tym, jak wy­pro­wa­dzono Ra­fała, stra­cili czuj­ność i chcieli zo­ba­czyć, co tam się dzieje. My­śmy ucie­kli do ka­nału, a oni po­szli - to było bar­dzo nie­roz­sądne. Za ja­kiś czas wró­cili, po­wie­dzieli, że tam jest dwóch Po­la­ków, po­rząd­kują gruzy, prze­ra­zili się, jak mo­ich braci zo­ba­czyli, ale za­py­tali, czy są głodni, i obie­cali, że przy­niosą im chleba. Taka na­iw­ność mo­ich braci, wy­da­wa­łoby się: do­ro­słych, roz­sąd­nych lu­dzi... A może po pro­stu byli tak bar­dzo głodni? Po­szli po ten chleb.

Pa­mię­tam, że wy­szli o umó­wio­nej go­dzi­nie. My znów się scho­wa­li­śmy. Z da­leka usły­sze­li­śmy strzały. Po­cze­ka­li­śmy do nocy i wtedy moja sio­stra z moją bra­tową - Izaak to prze­cież był jej mąż - wy­szły... Śladu jed­nak po bra­ciach nie było. Zro­zu­mie­li­śmy, że bun­kier zo­stał na­kryty, i że nie mo­żemy tam zo­stać - ci, co za­bili mo­ich braci, na pewno do­my­ślili się, że nie ukry­wali się sami i jesz­cze wrócą. Mu­sie­li­śmy ucie­kać...

Nie było ciał braci?

Nie było po nich śladu. Ale wie­dzie­li­śmy, co ozna­czały te strzały...

I tak na­szym przy­wódcą zo­stał naj­młod­szy brat, 13-letni Je­huda, który do­sko­nale wie­dział, gdzie jest punkt kon­tak­towy, kiedy jest go­dzina po­da­wa­nia wia­do­mo­ści przez dziurkę we wła­zie ka­nału, jaką drogą nas pro­wa­dzić przez ka­nał... Po­szli­śmy pod ten właz. Nie mie­li­śmy ze sobą nic do je­dze­nia, na­wet wody, tylko la­tarkę na pier­siach mo­jego brata.

Nie wiem, jak długo szli­śmy, ale to było kil­ka­set me­trów, właz był już prze­cież po aryj­skiej stro­nie. Pod wła­zem, w ka­nale jest ta­kie wy­be­to­no­wane su­che miej­sce dla ka­na­la­rzy. Tam usie­dli­śmy i cze­ka­li­śmy.

Ile osób było w tej gru­pie?

Ro­dzice, moja sio­stra Pola, bra­towa Anka, brat Je­huda, ta star­sza ko­bieta i to mał­żeń­stwo. I ja.

Może ktoś jesz­cze był? Nie pa­mię­tam... Cze­ka­li­śmy. Wie­dzie­li­śmy, że o umó­wio­nej go­dzi­nie przy­cho­dził współ­pra­cu­jący z or­ga­ni­za­cją do­zorca, ode­brać ewen­tu­alne wia­do­mo­ści na kar­tecz­kach prze­ło­żo­nych przez właz. Na­pi­sa­li­śmy, że bun­kier jest spa­lony i ocze­ku­jemy po­mocy. Po stro­nie aryj­skiej był już mój brat Ra­fał... Bar­dzo chory, ale był.

Długo cze­ka­li­ście na po­moc?

Wiele go­dzin? Nie wiem, nie po­tra­fię po­wie­dzieć. W końcu do­sta­li­śmy in­for­ma­cję: "Dziś w nocy po was przyj­dziemy". To była zor­ga­ni­zo­wana i nie­ła­twa ak­cja - prze­cież była go­dzina po­li­cyjna i w War­sza­wie nie wolno było się po­ru­szać. Przy­szli po nas i... oka­zało się, że właz jest za­lu­to­wany! Praw­do­po­dob­nie Niemcy zo­rien­to­wali się, że przy tym wła­zie jest ja­kiś ruch.

Czyli można było prze­su­nąć kar­teczkę z wia­do­mo­ścią, ale nie można było włazu pod­nieść?

Tak, po pro­stu był za­lu­to­wany. A prze­cież wła­śnie tym wła­zem nie­dawno Ra­fał był wy­pro­wa­dzony...

Ka­zali nam przejść do ko­lej­nego włazu. Je­huda wie­dział, gdzie to jest, znał te ka­nały do­sko­nale. Już mie­li­śmy ru­szać, kiedy oka­zało się, że ani ta­tuś, ani ma­mu­sia nie mają siły. Wszy­scy by­li­śmy słabi, ale oni byli już nie­zdolni na­wet by wstać z tego be­tonu, na któ­rym sie­dzie­li­śmy. Ci z góry wo­łają: "Szybko, szybko, bo wszy­scy zgi­niemy!", trzeba iść, nie ma chwili do stra­ce­nia, jest prze­cież go­dzina po­li­cyjna... Moja sio­stra po­sta­no­wiła z ro­dzi­cami zo­stać. Ja też chcia­łam zo­stać przy ma­mie, ale ona po­wie­działa: "Idź, idź. Tam jest Ra­fał, on nam po­może". Taka była jej wiara w syna, który wszystko może, wszystko zor­ga­ni­zuje... "Idź, masz iść" - mó­wiła. Trak­tuję to jako te­sta­ment mo­jej mamy, która ka­zała mi żyć...

To dla mnie naj­tra­gicz­niej­sze wspo­mnie­nie.

Mama za­pewne chciała, by choć Pani prze­żyła...

Moja sio­stra miała ok. 20 lat i rów­nież mo­gła żyć. Jej jed­nak mama nie po­wie­działa, żeby też po­szła... Może bała się zo­stać cał­kiem sama.

Zo­stała jesz­cze ta star­sza chora ko­bieta, ona chyba cho­ro­wała na gruź­licę...

Je­huda po­pro­wa­dził nas da­lej.

W pew­nym mo­men­cie trzeba było przejść z na­szego ka­nału w nurt ka­nału bu­rzo­wego. Je­huda szedł pierw­szy i jego ten prąd po­rwał. Za­pa­dły ciem­no­ści, bo to on miał la­tarkę. Cud się jed­nak stał - nie umiem tego ina­czej po­wie­dzieć - i za­trzy­mał się na ja­kiejś ślu­zie. Wró­cił i do­tarł do tego wła­ści­wego włazu. Tam po­wie­dział tym lu­dziom, któ­rzy przy­szli nam po­móc, że mu­szą nas wy­nieść, bo nie damy rady sa­mo­dziel­nie przejść przez ka­nał bu­rzowy. Ze­szli i wy­nie­śli nas na ple­cach.

A ro­dzice?

Mó­wi­li­śmy im, że tam jesz­cze inni zo­stali, ale po­wie­dzieli, że nie ma czasu, że ju­tro po nich wrócą, że te­raz już trzeba da­lej iść. Za­pro­wa­dzili nas do ja­kiejś piw­nicy, gdzie był Ra­fał. Le­żał na ja­kiejś pry­czy, roz­pła­kał się, kiedy zo­ba­czył, że nie ma z nami ro­dzi­ców. Nic nie mo­gli­śmy wię­cej zro­bić...

Rano przy­szli do nas ja­cyś lu­dzie - or­ga­ni­za­cja była bar­dzo sprawna - i za­pa­ko­wali nas w cztery worki, bo tyle nas zo­stało. Po to star­sze mał­żeń­stwo rze­czy­wi­ście przy­szedł syn, ale nie wiem, kim oni byli ani jak się na­zy­wali.

Pro­blem po­lega na tym, że ja po woj­nie nie mia­łam na­wet z kim kon­fron­to­wać tych mo­ich wspo­mnień - bo nie było już ni­kogo... Ja tak te­raz od­twa­rzam to, co pa­mię­tam.

Dla­czego w worki?

Bo tylko tak nas można było prze­wieźć. Nie by­li­śmy już do lu­dzi po­dobni... Za­wieźli nas na Mo­ko­tow­ską 1. Te­raz jest tam me­tro Po­li­tech­nika, a wtedy była piw­nica, wła­ści­wie su­te­rena bu­dynku wy­pa­lo­nego jesz­cze w 1939 r. Tam mo­gli­śmy być. Przy­szedł do nas le­karz i oka­zało się, że Ra­fał wy­cho­dzi z cho­roby, a Je­huda za­czyna być bar­dzo chory. On się to­pił w tych ka­na­łach, mu­siał się na­pić tam wody... Do­stał sepsy, po ty­go­dniu umarł. Nie wiem na­wet, gdzie go po­cho­wali. To wszystko się działo jakby poza mną, nie by­łam cał­kiem przy­tomna. Bez świa­do­mo­ści.

I tak się za­częło moje ży­cie po stro­nie aryj­skiej.

Da­lej mu­siała się jed­nak Pani ukry­wać...

Tak, ale nie by­łam głodna, nie było ciemno. Można po­wie­dzieć, że by­łam za­opie­ko­wana. Na­dal było jed­nak nie­bez­piecz­nie i da­lej czu­łam się za­gro­żona. Ba­łam się chyba bar­dziej niż w bun­krze. W bun­krze już nic gor­szego nie mo­gło mnie spo­tkać, a po aryj­skiej stro­nie mo­głam jesz­cze sta­nąć twa­rzą w twarz z oprawcą. To oczy­wi­ście nie było ta­kie świa­dome. Nie wiem, nie pró­buję na­wet tego ana­li­zo­wać.

Tam na Mo­ko­tow­skiej by­li­śmy do roku 1944. Opie­ko­wał się nami do­zorca, pan Gro­chow­ski. Mu­siał być za­ufa­nym czło­wie­kiem pod­zie­mia. Za­częła być mowa o po­wsta­niu war­szaw­skim i uznano, że mój brat jako bo­jo­wiec nie po­wi­nien być z nami, bo to zbyt ry­zy­kowne. Pa­mię­tam, że od­wie­dził nas tam jesz­cze An­tek Cu­kier­man, przy­niósł broń, a po­tem roz­dzie­lono nas z Ra­fa­łem. On zo­stał na Mo­ko­tow­skiej, a mnie i Ankę prze­no­szono w inne miej­sca.

To mu­siało być trudne - Ra­fał był tak ważną po­sta­cią w Pani ży­ciu.

On był już ostat­nią osobą z ca­łej mo­jej ro­dziny. I też zgi­nął.

Jak to się stało?

Mo­ko­tow­ska uwa­żana była już za po­dej­rzany ad­res, ale Ra­fał tam jed­nak wró­cił. On bu­do­wał ja­kąś skrytkę pod­ziemną, coś tam ko­pali, chyba było im szkoda roz­po­czę­tej pracy. Do po­mocy przy­dzie­lono mu ta­kiego mło­dego chło­paka, Jó­zef miał chyba na imię.

Tam, do pana Gro­chow­skiego, tego do­zorcy, który po­ma­gał or­ga­ni­za­cji i na­ra­żał wła­sne ży­cie, czę­sto przy­cho­dził syn. I on Ra­fała wy­dał, a ra­zem z nim wła­snego ojca. Ka­zik miał na imię. Pew­nego dnia spro­wa­dził ge­stapo, które za­brało i mo­jego brata, i pana Gro­chow­skiego. Nie wiem, czym on się kie­ro­wał, bo prze­cież nic z tego nie miał, żad­nych zy­sków. Po woj­nie zna­la­złam do­ku­menty, że on był kon­fi­den­tem nie­miec­kim, wy­dał wielu Ży­dów i Po­la­ków, w tym wła­snego ojca. Był na niego wy­rok pod­zie­mia.

A Ra­fał zgi­nął prze­słu­chi­wany na alei Szu­cha.

Kiedy do­wie­działa się Pani o tym, co się stało?

My nie mie­li­śmy kon­taktu, te­le­fonu ani nic. Wia­do­mo­ści były prze­ka­zy­wane przez łącz­ni­ków. O śmierci Ra­fała do­wie­dzia­łam się póź­niej, ale nie po­tra­fię po­wie­dzieć, kiedy. On zgi­nął w lu­tym, a my z Anką do po­wsta­nia war­szaw­skiego by­ły­śmy prze­no­szone jesz­cze wiele razy, tu­ła­ły­śmy się. Kiedy nas prze­wo­żono, to mu­sia­łam za­kry­wać twarz, ban­da­żo­wali mi głowę i tylko taki je­den prze­świt na oko mia­łam. To w ogóle był dla mnie szok - po tych mie­sią­cach w bun­krze na­gle dźwięki mia­sta, jazda tram­wa­jem, słońce... Prze­cież ja by­łam pod zie­mią dzie­więć mie­sięcy!

Po­wsta­nie war­szaw­skie za­stało nas na Po­wi­ślu. To było dla mnie bar­dzo ra­do­sne, bo w końcu prze­sta­łam ukry­wać twarz, scho­dzi­łam do schronu jak wszy­scy, jak inne dzieci. Kiedy sły­sza­łam "Ma­zu­rek Dą­brow­skiego" i wi­dzia­łam biało-czer­wone sztan­dary, to aż pod­ska­ki­wa­łam z ra­do­ści. Ale po­tem znów trzeba było ucie­kać. 6 wrze­śnia pa­dło Po­wi­śle i lud­ność cy­wilną po­gnano na Wolę, do ko­ścioła św. Woj­cie­cha. Szli­śmy tam całą noc, mia­sto pło­nęło.

Z kim Pani wtedy była?

Była ze mną moja bra­towa i nasz ostatni opie­kun, z któ­rym przed po­wsta­niem miesz­ka­ły­śmy na ul. Do­brej - pan Bud­nicki. Tam pod ko­ścio­łem św. Woj­cie­cha można po­wie­dzieć, że moja tu­łaczka się za­koń­czyła. Z Po­wi­śla z dziećmi wy­szły też sio­stry sza­rytki, które pro­wa­dziły dom dziecka. To były dziew­czynki w moim wieku, jak się oka­zało po­tem, było już wśród nich kilka Ży­dó­wek. Pan Bud­nicki wie­dział, że jako mło­dego męż­czy­znę we­zmą go do obozu albo na ro­boty, więc pod­szedł do za­kon­nicy i za­py­tał, czy by mnie nie za­brały z tą grupą dzieci. Po­wie­dział, że je­stem sie­rotą, ale po woj­nie on mnie od­bie­rze. Sio­stry się zgo­dziły. "Mamy już dzieci, jesz­cze jedno nie robi róż­nicy" - stwier­dziły. Tak za­częło się moje nowe ży­cie jako Kry­sia Bud­nicka.

Nie chciała Pani po­tem wró­cić do swo­jego imie­nia? Bo na­zy­wała się Pani Hena Ku­czer.

W ma­ilu mam "Hena", więc Hena ja­koś ist­nieje [śmiech]. Na­zwi­ska nie zmie­ni­łam, bo... Nie wiem. Może gdy­bym miała ro­dzinę, to by­łoby ina­czej. Naj­pierw nie my­śla­łam o tym, póź­niej było mi wszystko jedno, a po­tem my­śla­łam, że to skom­pli­ko­wane. Te­raz mi to tro­chę prze­szka­dza, by­łoby mi miło mieć choć łą­czone na­zwi­sko, ale już do­żyję moje ży­cie do końca jako Kry­sia Bud­nicka. Na gro­bie pro­si­łam, żeby było po­dwójne na­zwi­sko: Ku­czer-Bud­nicka.

Hena to po he­braj­sku "ła­ska". To ładne imię.

Kry­styna Bud­nicka, zdję­cie zro­bione w War­sza­wie w 1944 r., tuż przed po­wsta­niem war­szaw­skim.FOT. AR­CHI­WUM RO­DZINNE

Czy po woj­nie pa­mięta Pani mo­ment, w któ­rym zro­zu­miała, że zo­stała sama?

To się nie działo z dnia na dzień. Dla mnie do tej pory jest sprawą nie­zwy­kle ważną, że ja ni­kogo z mo­jej ro­dziny nie po­że­gna­łam. To było ta­kie cią­głe uby­wa­nie ko­goś. To nie było tak, że któ­re­goś dnia obu­dzi­łam się ze świa­do­mo­ścią, że wszy­scy zgi­nęli. Do­ra­sta­łam do tego. Chyba to moje imię "Hena - Ła­ska" jest jed­nak ważne, bo nie prze­ży­łam szoku na­głego osa­mot­nie­nia. Te pięć lat wojny to było do­ra­sta­nie do tego, kim je­stem te­raz.

Kiedy wojna się skoń­czyła, by­łam wła­ści­wie 12-let­nią anal­fa­betką. Cała moja edu­ka­cja to było przed­szkole, gdzie na­uczy­łam się czy­tać, i do­stęp do ksią­żek w domu. Po woj­nie mu­sia­łam szybko wszystko nad­ra­biać - na­wet braki w wy­cho­wa­niu fi­zycz­nym, bo przez tyle lat mia­łam bar­dzo ogra­ni­czony ruch. Mia­łam tyle szczę­ścia, że za­ple­cze zna­la­złam w domu dziecka u sza­ry­tek. Na­wet bę­dąc już stu­dentką, przy­jeż­dża­łam tam na wszyst­kie fe­rie, jak do domu. Je­stem chrze­ści­janką, ale tę de­cy­zję pod­ję­łam sama i świa­do­mie. Pa­mię­tam, że był taki stary ksiądz i on po­wie­dział za­kon­ni­com, że ab­so­lut­nie im za­bra­nia ochrzcze­nia mnie. "Nie­długo skoń­czy się wojna, od­naj­dzie może ro­dzina. Nie wolno" - pa­mię­tam do­brze, jak to mó­wił.

Te­raz czę­sto dzieli się Pani swoją opo­wie­ścią z mło­dymi ludźmi. Czy to jest trudne?

Przez wiele lat w ogóle nie mó­wi­łam o swo­ich prze­ży­ciach. Za­ję­łam się edu­ka­cją, po­tem pracą, a poza tym były podłe czasy w Pol­sce. Ale w 1991 r. po­wstało Sto­wa­rzy­sze­nie "Dzieci Ho­lo­cau­stu". Nie mia­łam żad­nego kon­taktu ze śro­do­wi­skiem ży­dow­skim, ale po­sta­no­wi­łam, że tam pójdę. Po­szłam i po­wie­dzia­łam, że nie mam żad­nych do­ku­men­tów, żad­nego do­wodu, kim je­stem. "To po­wiedz, jak to się stało, że ży­jesz" - usły­sza­łam i to zmu­siło mnie, bym w końcu wró­ciła do tego, co się stało. Na­pi­sa­łam taki krótki ży­cio­rys, po­szłam do ŻIH-u, a tam pani Bo­ni­kow­ska stwier­dziła: "Dziew­czyno, prze­cież my wszystko znaj­dziemy!". I zna­la­zła. Z re­la­cji i do­ku­men­tów do­wie­dzia­łam się np., kiedy wy­szłam z bun­kra, bo jest o tym no­tatka z datą: "Ży­wej du­szy już w get­cie nie było, kiedy do­szła do nas wia­do­mość, że żyje jesz­cze ja­kaś ro­dzina" - i tam je­ste­śmy wy­mie­nieni: "bo­jo­wiec Ra­fał i mała jego sio­strzyczka Kry­sia". To mu­siało być spo­rzą­dzone póź­niej, bo pi­szą o mnie "Kry­sia"... ??

- Roz­ma­wiała PA­TRY­CJA BU­KAL­SKA

W cza­sie za­wie­szo­nym

BAR­BARA EN­GEL­KING: Wola ży­cia jest ogromna i ma swoje prawa. W get­cie za­kła­dano ogródki, da­wano kon­certy, czy­tano. I ko­chano.

BE­ATA CHO­MĄ­TOW­SKA: "Sta­ramy się żyć nor­mal­nie. Ro­zu­miesz - nor­mal­nie, w ta­kich wa­run­kach" - mó­wił Pani Je­rzy, świa­dek Za­głady. Jak można było za­cho­wać nor­mal­ność w get­cie?

BAR­BARA EN­GEL­KING: Może to wła­śnie po­mo­gło mu w prze­ży­ciu? Świat getta był nor­malny i nie­nor­malny za­ra­zem. Nor­malny w ta­kim sen­sie, że żyli w nim lu­dzie, a więc ist­niały ludz­kie uczu­cia, więzi i po­trzeby. Le­ka­rze le­czyli cho­rych, za­ko­chi­wano się, po­bie­rano, ro­dziły się dzieci. Od­wo­łu­jąc się do pi­ra­midy po­trzeb Ma­slowa, gdzie pod­stawą są po­trzeby fi­zjo­lo­giczne i bez­pie­czeń­stwa, można po­wie­dzieć, że ci, któ­rzy nie byli bar­dzo głodni, mo­gli w ta­kich wa­run­kach na­wet od­czu­wać i re­ali­zo­wać po­trzeby wyż­szego rzędu.

Bo wa­runki, o ja­kich mowa, nor­malne z pew­no­ścią nie były. Getto war­szaw­skie to stło­cze­nie lu­dzi na nie­wiel­kiej prze­strzeni, gdzie wszystko się dzieje na­raz, jest skon­den­so­wane i za­gęsz­czone w cza­sie. Sło­wem: to, co zwy­kle mo­żemy ob­ser­wo­wać w róż­nych punk­tach globu, gdzie w jed­nym miej­scu lu­dzie umie­rają z głodu, w dru­gim się za­bi­jają, a w in­nym ko­chają, od li­sto­pada 1940 r. sku­pia się tam w ob­rę­bie czte­rech ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych.

Jak zna­le­zie­nie się w ta­kim miej­scu wpływa na lu­dzi?

Zwy­kłe za­cho­wa­nia w wa­run­kach prze­gęsz­cze­nia zo­stają za­bu­rzone. Et­no­log Edward Hall na­zywa taką sy­tu­ację ba­gnem be­ha­wio­ral­nym, gdzie lu­dzie, skrę­po­wani nie­wiel­kim te­ry­to­rium, na któ­rym mu­szą eg­zy­sto­wać, czują się wpę­dzeni w różne nie­chciane sy­tu­acje, więzi, re­ak­cje emo­cjo­nalne, na które re­agują co­raz więk­szym stre­sem. Wszech­obecny tłum, tłok, ha­łas, do tego nie­ustanne po­czu­cie za­gro­że­nia.

W get­cie war­szaw­skim ujaw­niają się też nie­praw­do­po­dobne kon­tra­sty. To 450 tys. osób, czyli duże mia­sto, mniej wię­cej ta­kie jak dzi­siej­szy Gdańsk. Wśród jego przy­mu­so­wych miesz­kań­ców są przed­sta­wi­ciele róż­nych klas, o róż­nym stop­niu za­moż­no­ści, róż­nym po­czu­ciu toż­sa­mo­ści, o roz­ma­itych upodo­ba­niach. W jed­nym miej­scu zna­leźli się ci, któ­rzy wcze­śniej miesz­kali na tym te­re­nie i zo­stali w swo­ich, wy­po­sa­żo­nych w różne do­bra miesz­ka­niach, i ci, któ­rzy zo­stali tu prze­sie­dleni. Wśród tych ostat­nich bę­dzie naj­wię­cej umie­ra­ją­cych z głodu. Wojna po­zba­wiła ich za­so­bów i moż­li­wo­ści za­rob­ko­wa­nia. Do­tarli tu, tra­cąc resztki do­bytku w ko­lej­nych punk­tach prze­siad­ko­wych. Gdy po­moc spo­łeczna funk­cjo­nu­jąca w get­cie oka­zała się nie­wy­star­cza­jąca, szybko spa­dli na samo dno. W ciągu dwóch i pół roku w get­cie umiera z głodu mniej wię­cej sto ty­sięcy lu­dzi.

Przed­wo­jenne hie­rar­chie spo­łeczne na­dal w get­cie obo­wią­zy­wały?

Getto na­wet je w pew­nym sen­sie roz­wi­nęło, bo dys­pro­por­cja mię­dzy za­moż­nymi a bied­nymi była więk­sza i bar­dziej zna­cząca niż przed wojną. O po­dwój­nym szczę­ściu mo­gła mó­wić jedna z miesz­ka­nek getta, która tuż przed wojną wy­grała na lo­te­rii. Star­czyło jej, by ku­pić ży­cie dla ca­łej ro­dziny w get­cie i po­tem po aryj­skiej stro­nie. To było nie­ty­powe źró­dło za­moż­no­ści, ale zwy­kle ci, któ­rzy mieli ja­kieś za­soby, zy­ski­wali więk­szą szansę na prze­trwa­nie. Zwy­kle - bo im wię­cej czy­tam i im dłu­żej zaj­muję się get­tem, tym bar­dziej stro­nię od ka­te­go­rycz­nych sfor­mu­ło­wań w ro­dzaju "za­wsze" i "ni­gdy". Można było być bo­ga­tym i zgi­nąć, albo bied­nym i bez szans - a prze­żyć. Zresztą przy pró­bach zro­zu­mie­nia ży­cia w get­cie zde­rzamy się cią­gle z fak­tem, że na­sza wie­dza opiera się w du­żej mie­rze na prze­ka­zach przed­sta­wi­cieli klasy śred­niej i wyż­szej, któ­rzy prze­żyli. To w ja­kiś spo­sób wy­pa­cza ob­raz.

Ja­nina Bau­man pi­sze we wspo­mnie­niach: "Tę drugą zimę w get­cie pa­mię­tam jako czas nie­zdro­wej sta­bi­li­za­cji. Na­uczy­łam się żyć w mo­rzu cier­pie­nia, które pod­cho­dziło pod próg mo­jego domu". A inna, ano­ni­mowa au­torka: "W zi­mie 1942 r. wi­działo się na­wet na uli­cach getta lu­dzi bo­sych. Nie ro­biło to na­wet ta­kiego wra­że­nia". Wraca py­ta­nie: jak można było przy­zwy­czaić się do tak nie­nor­mal­nej rze­czy­wi­sto­ści?

Jest coś fa­scy­nu­ją­cego w tym, że lu­dzie po­tra­fili ad­ap­to­wać się do re­aliów getta - ale ina­czej chyba by się nie dało, nie można żyć w dwóch rów­no­le­głych rze­czy­wi­sto­ściach, nor­mal­nej i nie­nor­mal­nej, bo pro­wa­dzi­łoby to do schi­zo­fre­nii. Może to jest uni­wer­salna ce­cha ludz­kiego umy­słu i psy­chiki, że sta­ramy się po­znać świat wo­kół nas, na­wet je­śli jest okropny, i uznać go za oczy­wi­stość, w któ­rej trzeba za­cho­wy­wać się ra­cjo­nal­nie.

Co kie­ruje ludźmi, gdy pró­bują oswoić get­towy świat?

Pod­sta­wo­wym ce­lem jest prze­trwa­nie. Wola ży­cia jest ogromna i ma swoje prawa, lu­dzie, na­wet po­dej­rze­wa­jąc, że to wszystko się źle skoń­czy, a może wła­śnie dla­tego, tym bar­dziej chcą żyć.

Pa­mię­tam roz­mowę z prof. Izra­elem Gut­ma­nem, rocz­nik 1923, który wszedł do getta jako młody chło­pak o ide­ali­stycz­nym na­sta­wie­niu. Był człon­kiem sy­jo­ni­stycz­nej or­ga­ni­za­cji Ha­szo­mer Ha­cair, która przy­go­to­wy­wała mło­dzież do osie­dle­nia się w Pa­le­sty­nie. Obo­wią­zy­wały tam roz­ma­ite za­sady, m.in. taka, że do­póki nie wy­jadą z Pol­ski, nie wolno im tknąć pa­pie­ro­sów i spró­bo­wać seksu. I oczy­wi­ście - opo­wia­dał po la­tach pro­fe­sor - w get­cie za­równo seks, jak i pa­pie­ros stały się czymś zu­peł­nie nor­mal­nym, po­dob­nie jak świa­do­mość, że być może ża­den z nich ni­gdy tej upra­gnio­nej Pa­le­styny nie do­żyje. Rze­czy­wi­stość zwe­ry­fi­ko­wała ide­ały.

Udało się utrzy­mać ja­kieś inne tego typu normy?

W get­cie mamy dwa ro­dzaje nor­mal­no­ści, je­śli można ją tak na­zwać. Jedna to wspo­mniana we­wnętrzna nor­mal­ność getta, czyli ad­ap­ta­cja do jego wa­run­ków. Druga to taka, dla któ­rej punkt od­nie­sie­nia sta­no­wiła rze­czy­wi­stość sprzed wojny. Po­stę­po­wa­nie w zgo­dzie z przed­wo­jen­nymi nor­mami było obroną wol­no­ści, nie­zgodą na ży­cie w wa­run­kach na­rzu­co­nych przez oku­panta. Na­wet po­przez pod­trzy­my­wa­nie co­dzien­nych ry­tu­ałów, go­le­nie się, dba­nie, by mieć czy­ste buty.

Przy­po­mina mi się scena z re­la­cji Ma­riana Ber­landa: au­tor tra­fia z ro­dziną na Umschlag­platz, gdzie cze­kają na wy­wózkę w daw­nym bu­dynku szkol­nym. Żan­darmi wtła­czają ich do prze­peł­nio­nej sali. Prze­by­wa­jący w niej lu­dzie za­ła­twiają swoje po­trzeby fi­zjo­lo­giczne na oczach wszyst­kich, o nic już nie dba­jąc. Ma­rian przy­pad­kiem od­krywa, że obok znaj­duje się inne po­miesz­cze­nie, mniej za­tło­czone, gdzie we względ­nym ła­dzie na wy­wózkę cze­kają osoby jesz­cze cał­kiem nie­źle ubrane. Przy naj­bliż­szej oka­zji, umy­ka­jąc uwa­dze straż­ni­ków, prze­pro­wa­dza bli­skich wła­śnie tam i jak naj­szyb­ciej prze­biera się w czy­stą odzież.

To wła­śnie ten me­cha­nizm obronny, by się nie pod­dać, ro­dzaj oporu psy­chicz­nego. Nor­mal­ność get­towa to były też żarty. Od­re­ago­wy­wa­nie, po­dob­nie zresztą jak po dru­giej stro­nie muru.

Jak jesz­cze się ad­ap­to­wano?

Ist­niało ży­cie to­wa­rzy­skie, in­dy­wi­du­alne, ro­dzinne, ale też z ko­niecz­no­ści są­siedz­kie, bo ze względu na obo­wią­zy­wa­nie go­dziny po­li­cyj­nej wiele działo się w ob­rę­bie jed­nej ka­mie­nicy.

Więk­szość bu­dyn­ków to były ka­mie­nice o du­żych po­dwó­rzach i wielu ofi­cy­nach, któ­rych brama od ulicy była za­mknięta po go­dzi­nie po­li­cyj­nej, two­rząc swo­istą en­klawę. To też stwo­rzyło bazę dla Ko­mi­te­tów Do­mo­wych, które dzia­łały w get­cie nie­mal w każ­dej ka­mie­nicy. Ko­mi­tet był spo­łeczną or­ga­ni­za­cją, sku­pia­jącą lo­ka­to­rów da­nego domu, która nio­sła po­moc naj­uboż­szym spo­śród nich. Choćby po­przez ak­cję "Jedna łyżka", po­le­ga­jącą na tym, że go­spo­dy­nie od­da­wały po jed­nej łyżce wła­snej zupy na rzecz gło­du­ją­cych są­sia­dów. Albo kto mógł, za­pra­szał do domu ko­goś na obiad.

Ży­cie to­wa­rzy­skie w ob­rę­bie ka­mie­nic to­czyło się wie­czo­rami: słu­chano mu­zyki, grano w karty, za­pra­szano na wy­stępy ar­ty­stów. Ste­fa­nia Gro­dzień­ska opo­wia­dała mi, że czę­sto cho­dzili we dwie-trzy osoby na wie­czorki or­ga­ni­zo­wane przez roz­ma­ite ka­mie­nice. Śpie­wali, opo­wia­dali fe­lie­tony. Za­płatą był oczy­wi­ście po­si­łek. A po­nie­waż po go­dzi­nie po­li­cyj­nej nie można było wyjść, ar­ty­ści zo­sta­wali prze­waż­nie na noc, wy­stępy trwały długo.

Biedni i bo­gaci dzie­lili te same roz­rywki?

Każda klasa spo­łeczna pod­trzy­my­wała wła­sne zwy­czaje. Sym­bo­lem przed­wo­jen­nego war­szaw­skiego "to­wa­rzy­stwa" była ka­wiar­nia Sztuka, naj­bar­dziej eli­tarny lo­kal w get­cie, gdzie Wiera Gran śpie­wała dawne szla­giery, gry­wali Wła­dy­sław Szpil­man i An­drzej Włast, kon­fe­ran­sje­rem był Le­onid Fok­szań­ski.

Wielką po­pu­lar­no­ścią cie­szyły się sa­ty­ryczne ko­men­ta­rze do rze­czy­wi­sto­ści - taką rolę od­gry­wał ka­ba­ret Wła­dy­sława Szlen­gela "Żywy dzien­nik", ro­dzaj stand-upu, jak by­śmy dziś po­wie­dzieli. Cho­dzono tam, by choć na mo­ment ode­rwać się od tego, co cze­kało za drzwiami, pie­lę­gno­wać złu­dze­nie, że ist­nieje nor­malny świat. Z in­nych roz­ry­wek - gry­wano w bry­dża, dużo czy­tano.

Gdy Niemcy za­ka­zali pro­wa­dze­nia bi­blio­tek, w get­cie po­wstały ru­chome wy­po­ży­czal­nie. Pro­wa­dzili je lu­dzie, któ­rzy mieli wła­sne książki albo nie­le­galny do­stęp do nie­czyn­nych księ­go­zbio­rów. Bi­blio­te­karki wę­dro­wały po miesz­ka­niach, zbie­rały za­mó­wie­nia, a póź­niej lek­tury. Na nie­które książki trzeba było długo cze­kać.

Co czy­tano naj­chęt­niej?

Z get­to­wej li­sty be­st­sel­le­rów prak­tycz­nie nie zni­kały "Kry­styna, córka La­vransa" i "Prze­mi­nęło z wia­trem". Adam Czer­nia­ków, pre­zes Ju­den­ratu, chęt­nie czy­tał książki o zwie­rzę­tach, ale rów­nież Pro­usta i Ce­rvan­tesa. Po ataku Nie­miec na ZSRR naj­po­pu­lar­niej­sze stały się książki o kam­pa­nii Na­po­le­ona. Naj­więk­szym jed­nak be­st­sel­le­rem było "Czter­dzie­ści dni Musa Dah" Franza We­rfla, które mówi o ob­lę­że­niu przez Tur­ków wzgó­rza, gdzie przez ten sym­bo­liczny czas bro­nili się Or­mia­nie.

Bez cy­wi­lów, bez ich zde­cy­do­wa­nia, że będą się ukry­wać, nie by­łoby po­wsta­nia. Oni też wal­czą, tylko że w inny spo­sób.

Lek­tury były próbą od­na­le­zie­nia wła­snych prze­żyć i ana­lo­gii hi­sto­rycz­nych?

Tak to in­ter­pre­tuję. Py­ta­nie "Jak się to wszystko skoń­czy?" wi­siało nad miesz­kań­cami getta przez pierw­sze dwa i pół roku. W za­cho­wa­nych li­stach z getta Hala Szwam­baum, młoda dziew­czyna, pi­sze do swo­jej na­uczy­cielki Ste­fa­nii Li­lien­tal, rów­nież Ży­dówki, która zo­stała z dziec­kiem po aryj­skiej stro­nie, jak świet­nie so­bie ra­dzi w tych no­wych dla niej wa­run­kach. Do­nosi, że za­sa­dziła na bal­ko­nie fa­solkę i kiedy ro­ślina wy­ro­śnie, bę­dzie mieć pra­wie wła­sny Ogród Sa­ski.

To ho­do­wa­nie ro­ślin na bal­ko­nie, pro­wa­dze­nie ogród­ków jor­da­now­skich mają w so­bie na­dzieję, że czło­wiek do­czeka chwili, gdy fa­solka do­ro­śnie, po­mi­dor doj­rzeje, prawda?

Po­ka­zują też sto­su­nek do czasu, który w get­cie pły­nie ina­czej niż za mu­rami, na pewno szyb­ciej. Getto było wy­spą w cza­sie, za­wie­szoną w gę­stej te­raź­niej­szo­ści, gdzie prze­szłość ule­gła wstrzy­ma­niu, a przy­szłość zmie­niła się w wiecz­ność. Z ko­lei czas

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

TY­GO­DNIK PO­WSZECHNY
WY­DA­NIE SPE­CJALNE NR 1 (25)
ISSN 2392-3628
RE­DAK­TOR NA­CZELNY Piotr Mu­char­ski
RE­DAK­CJA Mi­chał Okoń­ski
PRO­JEKT GRA­FICZNY Ma­rek Za­lej­ski
FO­TO­EDY­CJA Ma­rek Za­lej­ski
WSPÓŁ­PRACA Gra­żyna Ma­kara
WSPÓŁ­PRACA Marta Dzie­wul­ska i Mi­chał Ku­li­sie­wicz / PO­LIN
TP TY­PO­GRA­FIA Agnieszka Cy­nar­ska-Ta­ran, Zu­zanna Kar­dyś, An­drzej Le­śniak
KO­REKTA Ka­ta­rzyna Do­min, Syl­wia Fro­łow, Grze­gorz Bog­dał, Ma­ciej Szklar­czyk
OPIEKA WY­DAW­NI­CZA Anna Dziur­dzi­kow­ska, Anna Pie­trzy­kow­ska, Ja­cek Ślu­sar­czyk
OPIEKA PRO­MO­CYJNA Agnieszka Wen­der­ska
WSPÓŁ­PRACA Agnieszka Dyrcz, Ma­te­usz Gaw­ron, Mo­nika Ochę­dow­ska, Pa­tryk Sta­nik
KO­OR­DY­NA­TORKA PRO­JEKTU Maja Kucz­miń­ska
WY­DAWCA Ty­go­dnik Po­wszechny Sp. z o.o.
PRE­ZES ZA­RZĄDU Ja­cek Ślu­sar­czyk
WSPÓŁ­WY­DAWCA Fun­da­cja Ty­go­dnika Po­wszech­nego
PRE­ZES ZA­RZĄDU Alek­san­der Kar­dyś
AD­RES WY­DAWCY I RE­DAK­CJI 30-314 Kra­ków, ul. Dwor­ska 1C/LU 3-4; tel. 668 477 039; re­dak­cja@Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
RE­KLAMA, OGŁO­SZE­NIA tel. 602 590 416, re­klama@Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
PRE­NU­ME­RATA tel. 668 479 075, pre­nu­me­rata@Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
PRO­MO­CJA pro­mo­cja@Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
ZA­MÓ­WIE­NIA PO­PRZED­NICH NU­ME­RÓW za­mo­wie­nia@Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
E-WY­DA­NIE po­wszech.net/get­to­1943
KON­WER­SJA eLi­tera s.c.
Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl
- Prawa au­tor­skie i ma­jąt­kowe do wszyst­kich ma­te­ria­łów za­miesz­czo­nych w "Ty­go­dniku Po­wszech­nym" na­leżą do Wy­dawcy oraz ich Au­to­rów i są za­strze­żone zna­kiem ? na końcu ar­ty­kułu. Ma­te­riały ozna­czone na końcu do­dat­ko­wym zna­kiem ? mogą być wy­ko­rzy­stane przez inne pod­mioty tylko i wy­łącz­nie po uisz­cze­niu opłaty, zgod­nie z Cen­ni­kiem i Re­gu­la­mi­nem ko­rzy­sta­nia z ar­ty­ku­łów pra­so­wych, za­miesz­czo­nymi pod ad­re­sem www.Ty­go­dnik­Pow­szechny.pl/nota-wy­daw­ni­cza
PART­NE­RZY WY­DA­NIA
GŁÓWNY PART­NER WY­DA­NIA
WSPÓŁ­WY­DAWCA

Gra­fika na okładce:ADAM WA­LAS

Pa­mięć i wy­bór

Cza­sem wiatr z do­mów pło­ną­cych

Przy­no­sił czarne la­tawce,

Ła­pali skrawki w po­wie­trzu

Ja­dący na ka­ru­zeli.

Roz­wie­wał suk­nie dziew­czy­nom

Ten wiatr od do­mów pło­ną­cych,

Śmiały się tłumy we­sołe

W czas pięk­nej war­szaw­skiej nie­dzieli.

Otwie­ra­jąc to wy­da­nie spe­cjalne "Ty­go­dnika Po­wszech­nego" frag­men­tem wier­sza Cze­sława Mi­ło­sza chcemy zło­żyć hołd uczest­ni­kom po­wsta­nia w get­cie war­szaw­skim - i chcemy za­py­tać o kon­dy­cję świad­ków przy­glą­da­ją­cych się tam­tym wy­da­rze­niom. Ale chcemy zro­bić coś jesz­cze: za­chę­cić Czy­tel­ni­ków do re­flek­sji nad świa­tem, w któ­rym ży­jemy 80 lat póź­niej.

Trzy­mają Pań­stwo w ręku wy­jąt­kowe wy­daw­nic­two. Nie tylko dla­tego, że znaj­dują się w nim roz­mowy z uczest­ni­kami i po­tom­kami uczest­ni­ków po­wsta­nia - a także tek­sty ana­li­zu­ją­cych je hi­sto­ry­ków. Jako pierwsi zo­ba­czą w nim Pań­stwo rów­nież re­pro­duk­cje zdjęć, które tra­fią na przy­go­to­waną przez Mu­zeum PO­LIN wy­stawę "Wo­kół nas mo­rze ognia". Wi­dać na nich twa­rze prze­chod­niów pa­trzą­cych na pło­nące getto. Wi­dać de­tale bu­dyn­ków. Wi­dać ka­ru­zelę. Au­tor tych fo­to­gra­fii, 34-letni in­ży­nier Ru­dolf Da­mec, wy­ko­nał je prze­mie­rza­jąc ulice wzdłuż wschod­niej gra­nicy getta. To ka­dry wy­jąt­kowe, bo nie­zro­bione ręką nie­miec­kiego zbrod­nia­rza.

Czy mamy prawo oce­niać tych, któ­rzy pa­trzyli na getto zza muru? Czy zdję­cia są oskar­że­niem? Nie chcie­li­by­śmy, by tak zo­stały ode­brane. Cze­sław Mi­łosz czy Jan Błoń­ski - au­tor opu­bli­ko­wa­nego na ła­mach "TP" przed 36 laty gło­śnego eseju "Biedni Po­lacy pa­trzą na getto" - szu­kali słów, by upo­rać się z tam­tym do­świad­cze­niem. My, oprócz słów, mamy także pa­mięć - mo­żemy ją ofia­ro­wać tym, któ­rzy pod kwiet­nio­wym nie­bem na cmen­ta­rzy­sku war­szaw­skiej "Dziel­nicy Pół­noc­nej" gi­nęli w pło­mie­niach, z bro­nią w ręku i bez, przy­tu­leni do naj­bliż­szych lub sa­motni.

Ale mamy jesz­cze coś - coś może naj­waż­niej­szego. Wy­bór. W 2020 r. Ma­rian Tur­ski ape­lo­wał w Au­schwitz, by "nie być obo­jęt­nym". Dziś także są mury, dziś także na cy­wi­lów spa­dają bomby. Każdy i każda z nas jest wi­dzem z wier­sza Mi­ło­sza. Mo­żemy ku­pić bi­let na ka­ru­zelę, mo­żemy od­wró­cić wzrok i pójść w inną stronę. Ale mo­żemy też odło­żyć swoje sprawy choć na chwilę i za­sta­no­wić się, czy nie ma wo­kół nas ko­goś, komu na­prawdę mo­żemy po­móc.

Je­śli już pa­trzymy, sta­rajmy się do­strzec.

ZYG­MUNT STĘ­PIŃ­SKI,DY­REK­TOR MUZEUM HISTO­RII ŻYDÓW POL­SKICH PO­LIN

MICHAŁ OKOŃ­SKI,RE­DAK­TOR WY­DA­NIA SPE­CJAL­NEGO "TYGOD­NIKA POWSZECH­NEGO"