Tryptyk rodzinny Jak Ciociębabcię kocham
Urodziła się w połowie dziewiętnastego
wieku. Miała na imię Anna i według przekazów
rodzinnych, była najpiękniejszą kobietą w naszej
rodzinie. Po niej urodę odziedziczyła moja
mama. Nazywałam ja Ciociąbabcią bo była ciocią
mojej babci. I tak zostało.
Na twardej fotografii w kolorze sepii, pod
ogromnym, poważnym kokiem, twarz
o niezwykle regularnych rysach. Koronkowa falbanka pod
szyją i na łańcuszku zegarek. Ten zegarek trafił
do mnie na moje osiemnaste urodziny. Zegarek, jest malutki, złoty, w dwóch kopertach, na
zewnętrznej, wygrawerowane są ptaszki.
Była, jak na owe czasy kobietą
awangardową. Paliła papierosy w długiej cygarniczce. Mówiła do mojej mamy:
- Dziecko, jeżeli o kobiecie mówią źle, to
bardzo dobrze, bo kiedy zaczną mówić dobrze, trzeba uważnie popatrzeć do lustra.
I to jej powiedzenie, stało się mottem kobiet
w mojej rodzinie. Mnie przekazała tę prawdę
mama, a ja przekazałam to mojej córce.
Była żoną architekta. Dlatego często
zostawała sama w domu, kiedy mąż, coś tam budował
w święcie. A był on z natury niezwykle
kochliwy. Zdradzał Ciociębabcię na lewo i prawo. Kiedyś stęskniona małżonka odwiedziła męża
w "terenie". Rano pokojówka przyszła powiedzieć, że jakaś pani, chce się widzieć z panem
Mieczysławem. Ponieważ małżonek udał się już do
pracy, Ciociababcia wyszła porozmawiać z ową
panią. Na pytanie, o co chodzi, pani
odpowiedziała, że przyszła ustalić datę ślubu pana
Mieczysława z córką. Zapadła cisza, a potem
Ciociababcia spokojnie powiedziała:
- Nie wiedziałam, że mąż zakłada harem?
Co było potem, kroniki rodzinne milczą. Rozwodów wtedy nie było na porządku
dziennym. Ciociababcia miała dorobiony kluczyk do
biurka kochliwego małżonka. Miał on
upodobanie do dziewcząt z tak zwanego "ludu".
Mieszkali również na wsi. Kiedy wracał ze
swoich wojaży, przywoził aktualnej "miłości"
prezent, który chował do biurka. Raz przywiózł
pudełko (aksamitną bombonierkę)
z czekoladkami. Ciociababcia delikatnie dostała się do środka
i włożyła paskudnego robala. W myśl zasady Ja nie zjem, ale ty też nie.
Znalazła kiedyś w owym biurku kawałek
materiału na bluzkę w drobną pepitkę. Wzięła
nożyczki (nie, nie pocięła), ucięła kawałek
i uszyła mężowi w prezencie... krawat.
Tak w tamtych latach reagowały żony
niewiernych małżonków. Dzieci nie mieli, dlatego
bardzo kochała moją babcię, później moją mamę
i mnie. Ja zapamiętałam ją jako drobną, fertyczną staruszkę, która wyszła na stację kolejową po
mnie i babcię. Wesoło wywijała laseczką, którą
nosiła tylko dla fasonu. Miała wtedy 90 lat.
Urodziła się, pod koniec dziewiętnastego
wieku. Miała na imię Apolonia. Nienawidziła
swojego imienia i dlatego wszyscy nazywali ją
Polą. Była zwyczajnie ładną. Fotografii mojej
babci, w albumach rodzinnych, jest dużo, ale
u mnie w mieszkaniu, wisi jej portret. Rodzinna
burza włosów, śmiejąca się twarzyczka i taaaaki
dekolt. Lubiła dekolty całe życie. Była śmieszką. Pierwszą w życiu dwóję, dostała na pensji,
z języka francuskiego. Zamiast "coeur" powiedziała
"ser", bo tak się jej bardziej podobało. Już, będąc mężatką, poznała w towarzystwie
przystojnego oficera, który na jej widok wykrzyknął:
- To ja, za pani warkocze, trzy dni "kozy"
w szkole dostałem.
A było to tak. Lekcje w tym dniu zaczynały
się później i moja babcia szła z koleżanką do
szkoły główną ulicą Tarnowa, Krakowską. Do
długich warkoczy przypięte były białe kokardy. Za dziewczętami szło dwóch uczniów
gimnazjum, jak wtedy mówiono "studentów" (naukę
w gimnazjum kończyła matura). Jeden z nich przez
całą drogę, odpinał babci owe kokardy.
Dzisiaj dziewczyna powiedziałaby, co o tym
myśli, ale nie wtedy. Babcia czerwieniła się
i milczała. Chłopak miał pecha, bo nie poszedł do
szkoły, a dorożką jechał dyrektor gimnazjum
i całe zajście widział. Kiedy delikwent, pojawił
się w szkole, został wezwany przed oblicze
dyrektora
- Iksiński, dlaczego nie byłeś w szkole?
- Nie miałem kamaszek panie dyrektorze
(kamaszki - buty - były obowiązkowym
elementem mundurka szkolnego)
- Aaaa... nie miałeś kamaszek? Ale pannom
na Krakowskiej, wstążki od warkoczy odpinać, to były kamaszki? Trzy dni "kozy" (czyli 3 dni
zostania w szkole po lekcjach, za karę).
Babcia po zamążpójściu, miała jak mówiła
dwoje gotowych dzieci. Siostrzeńców mojego
dziadka, których rodzice zmarli na hiszpankę
(grypę, która pochłonęła wiele ofiar). Dzieci
miały 4 i 8 lat. Mieszkając na wsi, nudziła się
i dlatego z młodzieżą wiejską organizowana
przedstawienia teatralne. Kiedy byłam mała, zamiast bajek, często recytowała mi całe sztuki
teatralne. Tytuły, niektórych pamiętam do dziś, taka np. "W płonącej Moskwie" o ułanach Księcia
Józefa.
Była bardzo cnotliwa i kiedy miała
zastrzeżenia, co do mojego prowadzenia się, mówiła ze
smutkiem
- Tobie dziecko, już nie jest nic dziwne, a ja
3 miesiące po ślubie, jeszcze panną byłam
(czytaj dziewicą). Biedny dziadek.
Ale jakoś to małżeństwo zostało
skonsumowane, bo na świecie pojawiła się moja mama,
a dwa lata później jej brat. Kiedy pytano mojego
dziadka, jak to robi, że ma tylko dwoje dzieci
(środki antykoncepcyjne, zapomnij) dowcipnie
odpowiadał, że
- Jadę do Krakowa, ale w Płaszowie
wysiadam. Płaszów to stacja przed Krakowem.
Wychowała mnie właściwie babcia i dlatego
była dla mnie kimś wyjątkowym. Nauczyła mnie
mnóstwa rzeczy. Do dziś, kiedy, jest mi źle, mówię:
- Babciu ratuj. I ratuje.
Urodziła się 18 lat, przed najstraszniejszą
z wojen. Miała na imię Helena. Otrzymała to imię, na cześć, aktualnej narzeczonej ukochanego
"wujeczka" brata ojca. I ona nie lubiła swojego
imienia, obwiniając rodziców o jego nadanie. Tym bardziej, że do owego małżeństwa nie
doszło (wujeczek ożenił się z panią, która miała na
imię Maryla). Według wróżb, imię Helena nie
przynosi szczęścia. I rzeczywiście, nie była
najszczęśliwszą z kobiet w rodzinie.
Jest dużo zdjęć mojej mamy. Jedno, które
zaginęło, lubiłam najbardziej. Rozpuszczone
bujne włosy, a dookoła głowy, zapleciona, jakaś
wierzbowa (?) gałązka. Była z pokolenia
Kolumbów. Wojna zabrała jej najpiękniejsze lata
dziewczęce. Nie zabrała jej życia, a o śmierć
ocierała się często.
Ale jeszcze nie ma wojny. Mała Helenka
jest dziewczynką, która mieszka z rodzicami
i młodszym bratem na urokliwej wsi. Do Tarnowa
jeździ tylko zdawać egzaminy do kolejnej klasy
szkoły podstawowej. W Tarnowie zamieszka
prawie na stale, kiedy stanie się uczennicą pensji
im. Elizy Orzeszkowej. Wujeczek, jej chrzestny
ojciec przywozi ukochanej bratanicy prezenty. Nazywa ją "bratanką, ptaszką i gwiazdeczką". Jest już wysokiej rangi oficerem i kiedy we
Lwowie wstępuje do sklepu z zabawkami, zlatują się wszystkie sprzedawczynie, żeby pomóc
przystojnemu panu wybrać prezent dla
dziewczynki. Przynoszą najpiękniejsze lalki. Nic
z tego. Moja mama nigdy nie lubiła bawić się
lalkami. I dlatego w prezencie wujeczek przywozi jej
pięknego... konia na biegunach. Lubiła natomiast
bawić się domkiem dla lalek (też prezent od ojca
chrzestnego, kupiony w Wiedniu). Jak ja jej tego
domku zazdrościłam (czegoś takiego, w czasach
mojego dzieciństwa, nie można było kupić).
Kiedy poszła do gimnazjum, zamieszkała na
stancji, a w dwa lata później, w Tarnowie
wynajęła mieszkanie moja babcia, która doglądała
edukacji już trójki dzieci (dwójkę siostrzeńców
dziadka).
Mama była wychowywana surowo. Nie
miała cywilnych, wyjściowych sukienek. W wieku
siedemnastu lat Ciociababcia podarowała jej
pierwszą jedwabną sukienkę. Czerwoną. Moja
babcia uważała, że dla "panienki w wieku
szkolnym", najodpowiedniejszy do wyjścia jest
mundurek, lub na specjalne okazje biała bluzka
i granatowa spódniczka. Do śmierci nienawidziła
tych kolorów.
Była bardzo zdolna. Dziadek mój wybrał dla
niej pensję o wysokim poziomie. Popularnie
nazywano tę szkołę "hajderkiem", tyle chodziło do
nie niej Żydówek z zamożnych domów. Mama
miała wśród nich mnóstwo przyjaciółek. Kiedy
do katoliczek na lekcje religii przychodził ksiądz
prefekt, którego moja mama nakryła, jak
popychał parasolem szkolny zegar, bo się śpieszył
(ksiądz, nie zegar), do Żydówek przychodził
rabin, a dziewczęta niewierzące miały inne
zajęcia. Miała po maturze mieć wszystko. Sukienki, zabawy, kuligi. I co? Wybuchła wojna.
Jest 1 września 1939 r. Mama jest już po
maturze, zdanej z wyróżnieniem. Ze swoim
ojcem widzi na niebie niemieckie samoloty. Wojna. Dostaje wiadomość od wujeczka, że będzie
przejeżdżał w nocy przez Tarnów, jadąc na front. Ojciec chrzestny jest już dowódcą pułku
w Równem (na kresach polskich) w stopniu
pułkownika. Mama wraz z moim dziadkiem jadą na stację, żeby zobaczyć pod oficerską czapką ukochaną
twarz i zza szyby pożegnalne skinięcie ręką, kiedy pociąg wolniutko przejeżdżał przez dworzec.
Nie wie jeszcze, że przed nim kilka dni
życia. Zginął w obronie Tomaszowa
Mazowieckiego z piątego na szóstego września 1939 r. Już po
wojnie mama odnalazła jego wojenny grób
w okolicznym lesie. Kiedy byłam podlotkiem
zabrała mnie tam. Pamiętam żołnierski grób
z brzozowym krzyżem i informacyjną tabliczką:
płk Stanisław H.
Później przeniesiono mojego wujkadziadka
na piękny cmentarz wojskowy. W podzięce
władze Tomaszowa Mazowieckiego nazwały szkołę
jego imieniem i jedną z ulic. Moja mama
doczekała tej uroczystości i wraz ze mną była na niej, oddając Izbie Pamięci swoją relikwię. Ostatni
list (karteczka) napisany przez wujeczka 2
września 1939 r. z numerem poczty polowej.
Jest, taka piosenka
Wrzosy, wrzosy, lila mgła,
gdzieś we wrzosach, chłopak padł,
o poranku srebrnej rosy
zapłakały po nim wrzosy.
Kiedy słyszała, tę piosenkę, zawsze płakała.
W kwietniu 1940 roku umiera mój dziadek. Dziewiętnastoletnia mama bierze na siebie ciężar
utrzymania domu z moją babcią, nieprzystosowaną do życia po śmierci dziadka i młodszym, siedemnastoletnim bratem. Znajduje pracę jako
tłumaczka języka niemieckiego w tarnowskim
"Plonie". Jest śliczną dziewczyną i przysparza
jej to mnóstwa kłopotów.
Na czym to ja skończyłam? Aha, na urodzie
mojej mamy, odziedziczonej zresztą po
Ciocibabci.
Mama, jak przystało na osobę wychowaną
w patriotycznej rodzinie, ubóstwiająca "Trylogię"
Sienkiewicza, co przekazała mi w genach, zaczęła działać w konspiracji w sekcji tzw. fałszywych
dokumentów. Dokumenty te były robione na
podstawie autentycznych metryk urodzenia osób
nieżyjących, które dostarczał konspiracyjny
ksiądz.
"Przyszywany" brat mojej mamy, z którym
się wychowywała, tak zaangażował się
w działalność konspiracyjną, że Niemcy wyznaczyli
nagrodę za jego złapanie. Mama przygotowała
mu dokumenty na nazwisko Kazimierz Lipiński. Imię było zawsze prawdziwe, na wypadek
spotkania kogoś, kto głośno krzyknie.
- Kazik - a Kazik odruchowo zareaguje. Matką Kazimierza Lipińskiego była Marcjanna
z Padykułów.
Wujek ukrywał się pod postacią
dostarczyciela... barana rozpłodowego. Mama po latach, zastanawiała się jak Niemcy nie zwrócili uwagi
na elegancką (niebieska sukienka, biały
płaszczyk) dziewczynę, która na dworcu, obcałowuje, zarośniętego, obdartego typa z baranem na
postronku.
Mama wpadła, jak to się kiedyś mówiło "
w oko" oficerowi SS. W gabinecie dyrektora stała
ogromna szafa z zasłoniętymi, żółtymi firankami
drzwiami. Kiedyś usłyszano pytanie:
- Wo ist die Blondine?
Przerażony dyrektor wsadził mamę do szafy. Pech chciał, że ów SS-man wszedł do gabinetu. Oboje zamarli. Mama w szafie, dyrektor na
zewnątrz. Oboje myśleli, co będzie, jeżeli Niemiec
zapyta:
- Co pan trzyma w takiej ogromnej szafie?
Wszystko skończyło się dobrze. Była to ostatnia
wizyta Niemca, przed wyjazdem na front.
Wojna w Tarnowie skończyła się wraz
z wkroczeniem Wojska Polskiego (radzieckiego
też). Mama poleciała witać żołnierzy. W tzw. gaziku jechał przystojny porucznik, który, kiedy
zobaczył mamę, posłał dyskretnie za nią
żołnierza, żeby zobaczył, gdzie mieszka. Wieczorem
porucznik meldował się na ul. Zielonej, a może
Kaczkowskiego. Tak poznali się moi rodzice.
Ojciec nie należał do gatunku "wiernych
mężów". Był tak przystojny, że jedna z moich
ciotek powiedziała do mamy z westchnieniem.
- Halinko (już nie Helenko), temu
mężczyźnie to chyba się żadna kobieta nie oprze?
Rozwiedli się kiedy miałam 8 lat. Mama wzięła, walizkę, babcię, mnie i psa. Po raz kolejny organizowała życie. Udało jej się. Czasem, kiedy przeglądam pamiątki po niej, czuję ulotny zapach jej perfum (cale życie Soir de Paris) i wydaje mi się, że za chwilę stanie w drzwiach, zawsze piękna i elegancka. Prawdziwa "dama z portretu".
Tryptyk rodzinny - suplement
Z czasów Ciocibabci, pochodzi używane
w naszej rodzinie, powiedzenie "garderoba we
wspólnej szafie, gwarancją małżeństwa". Przypomina to powiedzenie "mąż i weksel zawsze
wróci".
Uważni czytelnicy pamiętają, że mąż
Ciocibabci, z racji zawodu wyjeżdżał bardzo często, wracając do domu, również dla zmiany
garderoby. Kiedy w naszej rodzinie, jakaś (z reguły
młoda mężatka) cierpiała z powodu nieobecności
ślubnego szczęścia, natychmiast "kobieta
rodzinna" mówiła z ponurą miną.
- Wróci, wróci, choćby po walizkę.
Babcia była bardzo elegancką kobietą. Ubóstwiała kapelusze. Sprowadzała je z Wiednia.
Z jednym z nich, związana, jest historia, która
można by zatytułować "Kapelusz i grabie".
O tym kapeluszu moja babcia opowiadała.
- Był piękny, bardzo dystyngowany, z granatowej, florenckiej słomki, nic na nim nie było (to nic, to było skrzydło jaskółcze podpięte granatową kokardą).
W tymże wiedeńskim kapeluszu, babcia
wybrała się do Tarnowa na babskie pogaduchy. Wracając do domu, a mieszkała na wsi, przechodząc obok sklepu z narzędziami gospodarczymi, zobaczyła grabie. Przypomniała sobie, że
w domu złamały się grabie ogrodowe. Wstąpiła do
sklepu, kupiła grabie i zarzuciwszy je na ramię, w tym kapeluszu i z grabiami na ramieniu
pomaszerowała na stację. Trochę dziwiły ją
rozbawione spojrzenia przechodniów. A i co niektórzy
dyskretnie się oglądali.
Serdeczną przyjaciółką mojej babci, była
sędzina K. tak wtedy, mówiło się o żonie
sędziego. Pan sędzia również nie należał do cnotliwych
mężów i jak opowiadała babcia, przez wiele lat
miał tzw. utrzymankę (był zresztą czarującym, starszym panem, jak pamiętam). Przyjaciółka
babci doskonale wiedziała, jak owa pani się
nazywa i gdzie mieszka. Tylko małżonek żył
w nieświadomości, że tajemnica owego związku jest
zachowana. Kiedy już przyjaciółka babci miała
przysłowiowo dość, robiła tej pani
niespodzianki. Pamiętam, że na imieniny, zamówiła dla niej
u jubilera w Krakowie, złoty pierścionek...
z trupią główką i wysłała posłańcem z dołączoną
karteczką "memento mori" (pamiętaj o śmierci).
Panie przyjaźniły się przez cale życie. Sędzina K. wraz z dziećmi spędzała przed wojna, wszystkie wakacje u babci na wsi. Kiedy mama
po rozwodzie, organizowała dla nas nowy dom, sędzina K. udzieliła nam gościny w swoim
krakowskim mieszkaniu.
Mama bardzo lubiła kino. Niestety, rodzice
nie zabierali ją do niego często, bo babcia
uważnie selekcjonowała program. Pamiętam radość
mojej mamy, kiedy po wielu latach
w telewizyjnym "Starym Kinie" mogła zobaczyć "Śluby
ułańskie", które babcia uznała za niestosowne
dla uczennicy w jej wieku. Miała 14 lat. Ale i tak
widziała większość filmów. W czasie wakacji, młodzież bawiła się tak, jak i teraz. Organizowali wycieczki rowerowe, pływali, tańczyli. Spotykali się to w jednym, to w drugim domu. Mama
miała dwóch, jak to się mówiło "adoratorów".
Jednym z nich była pierwsza młodzieńcza
miłość mamy, podchorąży Staszek. Tego
adoratora zazdrościły jej wszystkie koleżanki. Chłopak był zamożny, co nie było bez znaczenia, albowiem w czasie przepustki przyjeżdżał do
Tarnowa i zabierał mamę do kina. Mama, wychodziła pod pretekstem zajęć w Kółku Teatralnym
w szkole. Staszek wykupywał całą lożę zasłanianą
firankami (żeby jej nikt nie zobaczył, bo groziło
to poważnymi konsekwencjami w szkole)
i dawał w "łapę" bileterowi za dyskrecję. Drugim
adoratorem był przystojny, o ponurej urodzie, syn koleżanki babci. Dlatego widziałaby go ona
chętnie w roli zięcia. Kochał moją Mamę na
ponuro. Dlatego mama mówiła.
- Jako kumpel tak, jako mąż nigdy.
Poza tym nie tańczył, co stanowiło wielki jego
mankament.
Zresztą Mama i tak wyszła za mojego ojca, który w 1945, wkroczył z Wojskiem Polskim do
Tarnowa, jako "goły i wesoły" porucznik. Dosłownie goły, bo w drelichowym mundurze, nawet, za przeproszeniem, bez ciepłych "gaci".
A mróz był trzydziestostopniowy. Właśnie te
"gacie" moja mama organizowała dla mojego
ojca, jako pierwszą cześć garderoby. Miał tylko
piękne, przedwojenne oficerki tzw. "szklanki"
oraz niezwykły czar i wdzięk.
Lucia w temacie piosenki wojskowej
Rodzinę jak widać miałam z tradycjami
przedwojenno - oficerskimi i dlatego karmiono
mnie od dziecka piosenkami wojskowymi
tamtych lat. Śpiewała je babcia i śpiewała mama. Obie znały ich całe mnóstwo. Szczególnie
lubiłam siedzieć z mamą na szerokim okiennym
parapecie, słuchać jej opowieści i śpiewanych
piosenek. Kiedy byłam całkiem mała piosenki były
bez tak zwanych podtekstów, ale kiedy trochę
podrosłam mama śpiewała bardziej frywolne, które w swoim repertuarze też miała. Na
przykład taką:
Hej panienki posłuchajcie raz, dwa trzy
i gazety poczytajcie raz, dwa, trzy
są tam wesołe nowinki, wesołe nowinki
będzie pobór na dziewczynki raz, dwa trzy...
Najpiękniejsze z okolicy 1,2,3
pójdą zaraz do konnicy 1,2,3
a która nie ma ochoty, nie ma ochoty
to ją wezmą do piechoty 1, 2 i 3.
Chude panny do furgonów 1,2, 3
stare panny do dragonów 1, 2 i 3
a gdzie są fortece puste, fortece puste
załadujem panny tłuste 1, 2 i 3.
A te stare i garbate 1,2, 3
wysadzimy na armatę 1, 2 i 3....
Potem nie pamiętam... a morał był taki:
"jak będzie chłopców kochała,
chłopców kochała,
dojdzie rangi generała 1, 2 i 3...
Była jeszcze piosenka, antysaperska, że tak
powiem, bo mój dziadek służył
w podhalańczykach i nosił pelerynę i kapelusz z piórkiem, a nie
wiedzieć czemu z saperami się nie lubili. Coś
tam chyba o to piórko poszło. I podhalańczycy
śpiewali:
Nie masz to jak sapery,
same chłopy dzindziniery,
Chłop w chłopa, jak d...a
Siekierecką se ciupa,
taka to saperska grupa.
Budowali most na Nidzie,
jeden saper po nim idzie,
a most się zawalił i sapera przywalił,
bo się nim za bardzo chwalił.
Cztery lata budowali,
aż wychodek zbudowali
a sracz się zawalił i sapera przywalił
bo się nim za bardzo chwalił"
Było coś jeszcze z "CK Dezerterów":
Tę chusteczkę coś mi dała,
na onuce żem se wziął,
żebyś sobie kurde nie myślała,
żem cię miła w sercu mioł.
Te piosenki odbiły się i w mojej rodzinie. Śpiewałam je także ja poza babcią i prababcią
mojemu małemu synowi oprócz różnych "śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz
dostaniesz" i maluch lubił je bardzo. Znal i umiał
zaśpiewać mnóstwo. Kiedy urodziła się jego
siostra miał 5,5 roku. Moja mama mieszkała, już
z babcią w Krynicy Górskiej i tam
z nowonarodzoną Agą wywiózł mnie małżonek, zabierając
Witka na wczasy nad morzem, żeby odpocząć po
tym ciężkim okresie.
Były to wczasy rodzinne i samotny tatuś
z synkiem stanowił egzemplarz unikatowy. Były
jakieś konkursy dla dzieci, moje dziecko bardzo
to lubiło i naturalnie zaraz się zgłosił (z
przedszkola to miał). Miał zaśpiewać piosenkę i kiedy
inne dzieci trochę się wstydziły, Witek wyszedł, pięknie się ukłonił i gromko zaśpiewał:
O to dziś dzień krwi i chwały,
oby dniem wskrzeszenia był...
bo uwielbiał "Warszawiankę" i znał całą,
a ponadto śpiewał czysto, bo po prababci miał słuch
absolutny. Zapanowała cisza, a potem oklaski. Wykosił wszystkie grzybki i krasnoludki.
Ale to nie koniec przygód mojego syna
z piosenką wojskową. Kiedyś szedł z prababcią do
sklepu. To był "śpiewający" okres w życia syna. W sklepie spożywczym prababcia coś tam
kupowała a mój syn zaczął koncert od piosenki:
Na placówce pod Tobrukiem,
tam nie taki wicher wiał.
Pod kul gradem, armat hukiem,
przecież Polak murem stał.
Bo dla naszej Kompani Szturmowej itd...
Babcia:
- Witusiu, nie przeszkadzaj, cicho.
A na to starszy pan, który prowadził ten sklep.
- Niech mu pani pozwoli, to takie
niezwyczajne, żeby taki mały chłopiec to znał. Masz tu
synku czekoladę.
Bo okazało się ów pan był pod Tobrukiem, jako
młody żołnierz i aż mu się łzy zakręciły
w oczach. A moje dziecko pogłówkowało, pogłówkowało i kiedy tylko wchodził do sklepu to zaczynał Na placówce pod Tobrukiem... i na
czekoladę zarabiał.
Tyle wspomnień o piosenkach legionowych
i wojskowych. Lubiłam dlatego Festiwal
w Kołobrzegu, który odszedł wraz z PRL-em.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Opowieść o pewnym Milicjancie
Dostępne w wersji pełnej