Życie zastępcze - Roman Ciepliński

Kup ebooka

26.25 zł
21.00 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przemiana materii

Drobne złośliwości, na które Róża pozwalała sobie już po rozwodzie, uznałem za stosunkowo niewielki koszt słusznej decyzji o zakończeniu związku. Jeszcze w czasie trwania naszego krótkiego małżeństwa potrafiła wsypać do mojego ulubionego dżemu całe opakowanie chili, kradła listy adresowane do mnie albo wyciągała sznurowadła z moich butów, co w sytuacji, kiedy właśnie gdzieś się spieszyłem, było szczególnie irytujące. Nie zdziwiłem się więc, gdy w trakcie przyjęcia weselnego W. pojawiła się policja i pracownicy sanepidu, oznajmiając, że otrzymali informację, że zorganizowano nielegalne zgromadzenie wbrew przepisom o zapobieganiu zakażeniom. "Jeśli chodzi o dokuczanie sobie nawzajem, to ludzka inwencja nie zna granic i jest dużo bardziej kreatywna niż altruizm", stwierdził ze stoickim spokojem W. Przyjęcie przerwano, goście byli wściekli.

Mimo że nad miastem unosiła się budząca powszechny strach chmara wróbli, A. jednak wyszła. Chcąc się upewnić, że w mieszkaniu nikogo nie ma, przyłożyłem oko do judasza. Ujrzałem przedpokój tonący w słabym świetle, które sączyło się od strony kuchni i otwartego pokoju. Korytarz był pusty. Na wszelki wypadek przez chwilę nasłuchiwałem. Za drzwiami panowała martwa cisza. W pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl nieprzyjemna, która często natrętnie pojawia się w umysłach ludzi zazdrosnych i nadmiernie podejrzliwych. A jeśli w mieszkaniu A. ktoś jednak jest? Powodowany nią, cicho zapukałem. Po drugiej stronie nie było żadnej reakcji. Wyjąłem więc klucz ze złożonej na pół koperty i ostrożnie włożyłem do zamka. Dwukrotnie przekręciłem go z cichym metalicznym odgłosem, po czym pchnąłem drzwi do środka. Zdałem sobie sprawę z absurdu sytuacji. Przypomniało mi się jak A. powiedziała kiedyś: "Chyba nigdy ich nie naprawisz". W przedpokoju uderzył mnie zapach kosmetyków. A więc po tylu latach nadal używa tego zapachu... Nic tak szybko i tak bezpośrednio, może z wyjątkiem bodźców wzrokowych, nie działa na umysł i psychikę, jak zapachy. Pomyślałem, że lada moment A. może wrócić. Uzna być może, że ryzyko wychodzenia na zewnątrz jest zbyt duże, że lepiej zostać w domu.

Zamknąłem więc drzwi od środka i wyjąłem klucz. Z pewnością w mieszkaniu byłem sam. Wszedłem do pokoju A. z jak najgorszym przeczuciem, ale w środku nie znalazłem niczego niepokojącego. Panował tam przyjemny rozgardiasz, jaki często widziałem przez tamte lata. Na stoliku nocnym kubek z niedopitą herbatą, talerzyk z kawałkiem ciasta, popielniczka z niedopałkiem. Ten ostatni szczegół znowu wzbudził mój niepokój: przecież A. nie paliła. Ktoś obcy tu bywa, albo A. zaczęła palić. Na łóżku, grzbietem do góry, leżała otwarta mniej więcej w połowie książka. Podniosłem ją. Były to sentencje Ciorana. Odwróciłem tomik kartkami do góry i przeczytałem jedyne na stronie, podkreślone zdanie: "Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie sobie: Mogę się zabić, kiedy tylko zechcę".

Nagle usłyszałem dźwięk przypominający miauczenie. Czyżby A. miała kota? Byłoby to do niej podobne. Koty zawsze ją fascynowały. Kiedyś pomalowała meble białą i czarną bejcą w taki sposób, że spomiędzy słoi sosnowego drewna wyłaniały się koty. Koty śpiące, przeciągające się, zaspane, szydercze, koty szelmowskie, zuchwale... Meble te zachwycały jednych, budziły niesmak u drugich. Wstrzymałem oddech i nasłuchiwałem. Ale przez te dwie czy trzy minuty dźwięk nie powtórzył się. Już chciałem wrócić do inwentaryzacji "zakazanego pokoju", gdzie chciałem odnaleźć ślady dawnego, bezpowrotnie minionego życia, gdy poczułem, że jakaś dziwna siła napiera na moje nogi. W rzeczy samej dziwna: był to kot, szary pręgowany dachowiec. Gdyby potrafił mówić, może dowiedziałbym się czegoś na temat A. Kocisko było spasione, łeb miało wielki, kwadratowy, oczy jak dwuzłotówki, okrągłe i żółte. Patrzyło na mnie przenikliwym wzrokiem, jakby wszystko o mnie wiedziało.

Pomysł, by wrócić do pokoju, w którym mieszkałem przez osiem lat, pojawił się w mojej głowie niespodziewanie. Zdarzyło się to dokładnie czwartego czerwca 2008 roku. Obchodzono właśnie rocznicę upadku komunizmu, wydarzenia, od którego - jak zapewniała nas, studentów czwartego roku, profesor D. - rozpocząć się miał "okres lepszych dni, bez zła". Dość długo jednak zwlekałem z realizacją tego chorego planu. Bo czy można wpaść na głupszy od tego pomysł? Żyć życiem minionym? Gmerać w cudzym życiu... Było w tym coś dwuznacznego i kuszącego zarazem.

Pamiętam, jak w dniu sprawy rozwodowej brnąłem na przystanek, po kostki w półpłynnej masie, ni to śniegu, ni wody. Już wtedy chodziło mi to po głowie. Często też myślałem o tym wiosną, która przeszła do historii ogrodnictwa jako katastrofa, kiedy to w połowie maja przyszły zabójcze mrozy, w efekcie których pod topór poszły całe sady. Wyobrażałem sobie swoje wejście do tego mieszkania także w czasie owego apokaliptycznego lata, kiedy to wilgotne fronty atmosferyczne rozpoczęły swój taniec na niebie, kręcąc piruety od Atlantyku przez Afrykę Środkową, by w końcu nad Europą centralną zderzyć się ze ścianą zimniejszego powietrza. A później też w trakcie pamiętnej powodzi. No i w końcu nadeszły czasy powszechnego strachu przed zwierzętami: szczurami, bydłem, trzodą chlewną i wreszcie - ptakami. Wtedy też, w czasach powszechnego poczucia zagrożenia, ostatecznie dojrzała we mnie ta myśl, by zrobić to, by ostatecznie uwolnić się, rozwiązać zagadkę przeszłości, i być może dotrzeć do istoty mojej niewątpliwie niezdrowej fascynacji, a czego również nie wykluczałem - jakiegoś opętania.

Ale na wejście do mieszkania A., a właściwie do pokoju, który ona uznała za miejsce szczególne, zdecydowałem się dopiero po drugim rozwodzie. Mój związek z Różą rozleciał się po trzech miesiącach. W sensie prawnym nie było problemu: zajęło to może pół godziny. Sąd uznał, że nie ma czego ratować. Potraktował nas jak dwoje nieodpowiedzialnych awanturników, którzy nadwyrężają majestat urzędu stanu cywilnego i sądu, który musi sankcjonować kaprysy lekkomyślnych obywateli.

Zaraz po ślubie okazało się, że mamy zupełnie inne wizje małżeństwa. Ona chciała mieszkać w L., a ja w S. Ona chciała sprzedać nasz dom (chwilę wcześniej przekonała mnie, bym uczynił ją współwłaścicielką, co zresztą zrobiłem) i zbudować nowy w L., ja natomiast oczekiwałem, że ona przeprowadzi się do S. i zamieszka ze mną.

Rozpad nastąpił szybko. Szantażowała mnie, gdy to nie przynosiło skutku, groziła, a później nawet próbowała nasłać na mnie jakichś zbirów z L. Złożyłem pozew o rozwód, mając świadomość, że mogę wylądować pod mostem.

Obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione. Kobieta, która jeszcze trzy miesiące wcześniej wpadała w rozpacz, kiedy wyjeżdżałem, która z tęsknoty i miłości prawie umierała, która dzwoniła o trzeciej w nocy i prosiła, bym przytulił się do niej... przez telefon, bo bardzo mnie pragnie, chwilę po uzyskaniu rozwodu wniosła pozew o przyznanie jej praw do mojego domu. Nie miałem nic więcej, nie licząc kredytu, który zaciągnąłem na jego budowę. Chciała równowartość nieruchomości, dług miał pozostać na moim koncie. Pozew wyleciał mi z ręki. Miała tupet. Czy nadal płacze z powodu rozstania?

Tak nagle przestała mnie kochać, do tego nawet stopnia, że postanowiła mnie ograbić ze wszystkiego, co miałem? Mówiła, że pochodzi z biednej rodziny, i że zawsze bała się biedy. Stąd może tak wielki strach odczuwała na samą myśl, że kiedyś może jej na coś zabraknąć. Pamiętam, że mówiła mi to, pokazując wnętrze szafy w przedpokoju, gdzie miała imponującą kolekcję butów ("Nawet nie pytaj, ile one kosztowały. To moja słabość"...). Był to niemal rodzaj nerwicy. Biedaczka radziła sobie z nią, jak umiała, sprytnie oszukując frajerów takich jak ja, naciągając wspólników w firmach, które prowadziła w L., wyłudzając pieniądze na fikcyjne szkolenia... ale tak, by nie zostawić śladów, by nie trafić przed oblicze Temidy. Byłem - jak sądziłem już wówczas - jedną z jej wielu ofiar. Jak to jednak wykazać przed sądem?

To było jak euforyczny sen narkomana, który nie chce się obudzić. Gdybym powiedział, że Róża mnie zauroczyła, nic bym właściwie nie powiedział. Przeżycie to było czymś dużo większym: śniłem na jawie sen o szczęściu, a kiedy się szczypałem, by się upewnić, że nic nie czuję, że to tylko senne marzenia, "budziłem się" - jeśli można tak powiedzieć - z realnym bólem (ból jest zawsze realny, nawet ten urojony). Narkotyk działał.

Mój związek z A. to była niekończąca się udręka przerywana krótkimi momentami iluzorycznej radości, która okazywała się w końcu pusta i pozbawiona podstaw. Życie z A. było pułapką, którą kochałem miłością masochistyczną. Moja narzeczona wpadała w depresje, oskarżała mnie o to, że ją... kocham, ale nie tak jakby ona chciała, długi rosły, problemy piętrzyły się przed nami, ludzie życzyli nam rozstania, fałszywa przyjaźń Sybilli była niczym jad.

Trzy miesiące z Różą były czasem beztroskiej radości. Oddychałem pełną piersią, gotowy byłem przenosić góry. Muszę przyznać z niesmakiem - nigdy nie byłem szczęśliwszy.

Pamiętam jedno z pożegnań, kiedy w niedzielne popołudnie po weekendzie spędzonym w L., śmialiśmy się z czegoś (czy aby nie z jej ojca, który z wyrazem twarzy idioty stał na drabinie w ogrodzie i przycinał gałęzie moreli? Nie wiedzieliśmy jeszcze, że za chwilę utnie sobie opuszek palca). Była blisko mnie, oddychałem tym samym powietrzem co ona. Gdyby powiedziała: "Chciałabym wypić całą twoją krew", bez wahania zgodziłbym się.

Ale to było chyba zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli komuś - choćby Świątkowi - mogło przyjść do głowy, by zaliczyć dno i traktować to w kategoriach "wyczynu", to równie dobrze mógł on pomyśleć o zdobyciu drugiego bieguna - po przeciwnej stronie. (Miał on - jak mi się wydaje - ambicję poznania granic ludzkich doświadczeń). Taki szczyt szczęścia - czego byłem wtedy pewny - właśnie zdobywałem. Wielka jest potęga sugestii i manipulacji.

Najszczęśliwszy byłem z oszustką. Puste słowa o miłości brałem za oznaki żaru serca, iluzję uczuć za oczywistość, kłamstwa za najczystszą prawdę. Okłamywany doświadczałem jednak cudu. Tego nie dały mi ani wcześniej, ani później prawdziwe uczucia i autentyczna miłość. Wyciągam więc może nieco pospiesznie wniosek, że w miłości tak naprawdę nie chodzi o szczęście, lecz o coś zupełnie innego. Odpowiedzi, które przychodzą mi na myśl, są niepokojące.

Wówczas wybryki Róży uważałem za przejawy jej nieokiełznanego temperamentu, za szczere reakcje, które rozładowują na bieżąco napięcia między nami, wręcz oczyszczają atmosferę. Niedługo później Róża niezadowolona z powodu moich kontaktów z W., którego uważała za "otyłego wieprzka i gbura" (nie pomogły moje uwagi, że to "bardzo uczciwy, wrażliwy i dobry człowiek, a co więcej - jedyny mój przyjaciel"), w czasie, kiedy byłem z W. na piwie, pocięła mi nożyczkami wszystkie koszule. Widok otwartej szafy z tymi strzępami był porażający. Innym razem, kiedy poszedłem na koncert Requiem Mozarta do katedry, wyrwała z mojej Biblii wszystkie kartki.

Powodem rozwodu nie były jednak te drobne incydenty, lecz coś znacznie poważniejszego. Nieuniknione stało się faktem. Niedługo później nastąpiły dwa wydarzenia, które przyczyniły się do tego, że podjąłem absurdalną decyzję, by odwiedzić mieszkanie A. bez jej wiedzy i zgody.

Było to akurat niedługo po tym, gdy okazało się, że martwe ptaki, leżące na bulwarze nieopodal mostu Długiego, mają związek ze wzrostem zachorowań na ptasią grypę. Któregoś dnia, kiedy przyjechałem z sądu (z okna tramwaju widziałem, jak ludzie w białych kombinezonach, z maskami na twarzach, wrzucają do plastikowych worów martwe ptaki), rozpocząłem poszukiwania dokumentów potrzebnych do sądu. Wtedy właśnie w jednej z szuflad znalazłem pudełko z kluczami. Były tam klucze od moich poprzednich mieszkań, do piwnic, skrzynek pocztowych, ogrodów, do których już dawno wymieniono zamki, zapasowe klucze do mieszkania mojej matki, klucze nie wiadomo od czego, należące kiedyś do mojego nieżyjącego ojca oraz niezliczona liczba kluczy do zamków zapomnianych i z pewnością dawno nieużywanych. Na dnie tego tekturowego pudełka odnalazłem jednak trzy inne, szczególne, które wryły się w moją pamięć głęboko. Dlaczego nie pozbyłem się ich, wiedząc, że nigdy mi się nie przydadzą? Powodowany tą myślą wrzuciłem je do kosza na śmieci. Przez tyle lat nie stać mnie było na radykalne rozwiązanie, a nagle w przypływie zdrowego rozsądku, który tak naprawdę zdrowy wcale nie był, zdecydowałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozbycie się sentymentalnych rupieci.

Tego samego dnia po południu kolejna dziwna koincydencja: w drodze do kancelarii adwokackiej spotkałem Kaśkę, dawną przyjaciółkę A., która zresztą jakoby utrzymywała z nią ciągle kontakt. Nie widzieliśmy się całe lata. Kasia nie była już taka jak kiedyś. Biła od niej gorycz osoby, której życie nie oszczędzało. Uciekała przed depresją, zażywając Trittico. Jej chemiczny nastrój udzielał się otoczeniu. Kiedy odpowiedziałem jej na pytania dotyczące moich nieudanych małżeństw, straconych szans zawodowych i niespełnionych ambicji, poczułem się dużo gorzej. Przyglądała mi się z kiepsko maskowaną satysfakcją.

- Pewnie jesteś ciekaw, co u A.? Od czasu, jak uciekła od męża, pracuje w katedrze - powiedziała.

Widząc moje zdziwienie, kontynuowała:

- Wyobraź sobie, że nie pozwoliła mi wejść do pokoju, w którym kiedyś mieszkałeś.

Byłem umówiony z adwokatem. Scena, która miała miejsce w jego kancelarii, dawała do myślenia. Na pytanie, jakie mam szanse wygrać proces z Różą w sprawie podziału majątku, adwokat Z. nie odpowiedział bezpośrednio, lecz spojrzał na siedzącą w rogu młodą aplikantkę.

- Wydaje mi się, że nie ma pan praktycznie żadnych szans - powiedziała.

Jej patron pokiwał z aprobatą głową.

?

Strach przed ptakami pojawił się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na ścianach kamienic jakiś nawiedzony - jak mówiono - sprawca wypisywać zaczął sprayem słowo: "zło".

Później, kiedy w telewizyjnym studiu debatowano o chaosie, jaki od pewnego czasu panował w mieście, ktoś zauważył, że wydarzenia te poprzedziła dyskusja, która odbyła się w wąskim gronie w auli Uniwersytetu Teologicznego, zapanowała konsternacja. Tematem tej dyskusji, w której uczestniczyli między innymi dwaj znani profesorowie, nazwijmy ich umownie: prof. Biały, o którym mówiono, że jest "ukąszony przez Marksa", i prof. Czarny, którego kojarzono z tak zwanym katolickim "ciemnogrodem", było zagadnienie fundamentalne: czy zło istnieje naprawdę. Pierwszy z nich uważał, że zło nie istnieje (to tylko składnik trucizny zawartej w "opium dla ludu"), drugi, że tak (...że to odwieczna demoniczna siła). Do zbliżenia stanowisk nie doszło.

Kiedy wracałem z sądu, próbując ochłonąć po potężnej dawce kłamstw mojej byłej żony i jej fałszywych świadków, ujrzałem taką oto scenę: młoda kobieta w ciąży, na widok zlatujących się do jakichś okruchów gołębi, nagle zaczęła uciekać. Idąca obok rodzina z dwójką dzieci także zatrzymała się gwałtownie, a następnie pospiesznie oddaliła się. Inni przechodnie też omijali drepczące po chodniku ptaki szerokim łukiem.

Do domu wróciłem wieczorem. Otworzyłem butelkę wina i wyszedłem na taras. Słońce, które było już poniżej szczytów młodych świerków, strzelało mi w oczy laserami świetlistych wiązek, którym udało się przedrzeć przez gęstą ścianę świerkowych gałęzi. Światło odbite od tafli jeziora rozlewało się nad ogrodem, tworząc fosforyzujący cocktail. Niebo było niczym witraż, jednak piękno miejsca, w którym żyłem od lat, przygnębiło mnie.

W miarę jak słońce zniżało się do linii horyzontu, popadałem w coraz większą apatię. Wreszcie zrobiło się prawie ciemno. Nagle przypomniałem sobie o dwóch zdarzeniach związanych z A. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robię, odnalazłem klucze do jej mieszkania w koszu na śmieci i wróciłem na taras.

?

Sierpniowe popołudnie gęstniało od nadmiaru rozgrzanego powietrza, które napływało z wypalonych słońcem łąk. Jaskółki latały coraz niżej, wyłapując w locie unoszące się nad ogrodem komary. Za krzewami jaśminu w moim oczku wodnym tętniło życie; była to zapewne wylęgarnia różnego rodzaju bakterii i owadów, źródło pożywienia i wody dla ptaków. W normalnych czasach cieszyłbym się, że mam tak bliski kontakt z przyrodą. Ale czasy były inne. Widząc przeszywające powietrze jaskółki, przesunąłem krzesło pod pochyloną nad tarasem markizę.

Czy to możliwe, że po wielkiej epidemii przetrwają tylko drobnoustroje? Bakterie i wirusy. Ewentualnie jeszcze - mchy, porosty, grzyby... Wyginą ssaki, ryby, gady i ptaki. To samo stanie się z owadami. Nie będzie pszczół ani motyli. Obumierać zacznie świat flory, aż uschną ostatnie bezpotomne drzewa, kwiaty i zioła? Czy to raczej kolejny fake news, jeszcze jedna zapowiedź końca świata, która się nie spełni?

Nadszedł wieczór. Na pociemniałym niebie dostrzegłem ciemne, szybko przesuwające się cienie nietoperzy.

Więc przez te wszystkie lata A. nie weszła do tego pokoju. Nie weszła i - jak zauważyła Katarzyna - nie zamierzała wejść.

Dlaczego? Być może zadziałał tu mechanizm podobny do tego, który sprawił, że przed prawie dwudziestu laty ja sam, zamiast wyrzucić klucze od mieszkania A., schowałem je do pudełka w szufladzie. Było więc to nie tyle wyparcie, co zdeponowanie do bliżej nieokreślonego momentu.

Nie tylko klucze w pudełku... Miałem też kilka takich depozytów w pamięci. Ukradziony pączek w przedszkolu, o którym niestety moja matka przypominała mi przez całe życie, sprawa portfela tego nieszczęśnika, leżącego na ławce w D., dzięki któremu spędziłem z A. wspaniałe wakacje pełne wyrzutów sumienia i poczucia winy, no i w końcu tragiczny epizod związany ze śmiercią Alberta. Czy musiałem go uszczęśliwiać, wchodząc w rolę jego anioła stróża, stawiając się przy tym w roli sędziego, co nie mogło się dobrze skończyć, jak każde działanie reżysera "teatru marionetek"? Czy miałem swój skromny udział w śmierci byłego przyjaciela? Pytanie to dręczyło mnie przez wiele dni i nocy.

?

w serii kwadrat ukazały się:

„2008”, „2011”, „2014”, „2017”, „2020” – antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo „Made in Roland”

Marcin Bałczewski „Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”

Waldemar Bawołek „To co obok”

Kostia Berezin (Paweł Laufer) „Buty Mesjasza”

Jacek Bielawa „Kościelec”

Jarosław Błahy „Rzeźnik z Niebuszewa”

Dariusz Bitner „Książka”

Roman Ciepliński „Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życie zastępcze”

Tomasz Dalasiński „Nieopowiadania”

Jerzy Franczak „Święto odległości”

Krzysztof Gedroyć „Przygody K”

Andrzej Grodecki „Iluzje”

Brygida Helbig „Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inne ludzie”

Lech M. Jakób „Ciemna materia”

Jarosław Jakubowski „Wojna”

Bogusław Kierc „Bazgroły dla składacza modeli latających”

Wojciech Klęczar „Wielopole”

Bogusława Latawiec „Ciemnia”

Ryszard Lenc „Chimera”

Artur Daniel Liskowacki „Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”, „Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”

Miłka O. Malzahn „Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“

Agnieszka Masłowiecka „Pyszne ciało”, „Splątanie”

Jarosław Maślanek „Ferma ciał”

Dariusz Muszer „Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolność pachnie wanilią”

Krzysztof Niewrzęda „Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”, „Second life”, „Wariant do sprawdzenia”, „Zamęt”

Ewa Elżbieta Nowakowska „Apero na moście”

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski „Błogosławieni”

Paweł Orzeł „Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”, „Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”

Paweł Przywara „Ricochette”, „Zgrzewka Pandory”

Krystyna Sakowicz „Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”

Alan Sasinowski „Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczery facet”

Grzegorz Strumyk „Kra”, „Nierozpoznani”

Łukasz Suskiewicz „Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”

Leszek Szaruga „Dane elementarne”, „Podróż mego życia”, „Zdjęcie”

Izabela Szolc „Śmierć w hotelu Haffner”

Łukasz Szopa „Kawa w samo południe”

Michał Trusewicz „Przednówki”

Andrzej Turczyński „Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncert muzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”

Anatol Ulman „Cigi de Montbazon i Robalium Platona”

Emilia Walczak „Hey, Jude!”

Miłosz Waligórski „Kto to widział”

Henryk Waniek „Miasto niebieskich tramwajów”

Maciej Wasilewski „Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”

Bartosz Wójcik „Christiania. Historie z tamtej strony dobra”

Grzegorz Wróblewski „Nowa Kolonia”

Maciej Wróblewski „Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”

Tadeusz Zubiński „Rzymska wojna”