Przemiana
materii
Drobne
złośliwości, na które Róża pozwalała sobie już po rozwodzie, uznałem
za stosunkowo niewielki koszt słusznej decyzji o zakończeniu związku.
Jeszcze w czasie trwania naszego krótkiego małżeństwa potrafiła
wsypać do mojego ulubionego dżemu całe opakowanie chili, kradła listy
adresowane do mnie albo wyciągała sznurowadła z moich butów, co w
sytuacji, kiedy właśnie gdzieś się spieszyłem, było szczególnie
irytujące. Nie zdziwiłem się więc, gdy w trakcie przyjęcia weselnego
W. pojawiła się policja i pracownicy sanepidu, oznajmiając, że
otrzymali informację, że zorganizowano nielegalne zgromadzenie wbrew
przepisom o zapobieganiu zakażeniom.
"Jeśli
chodzi o dokuczanie sobie nawzajem, to ludzka inwencja nie zna granic
i jest dużo bardziej kreatywna niż altruizm", stwierdził ze
stoickim spokojem W. Przyjęcie przerwano, goście byli wściekli.
Mimo
że nad miastem unosiła się budząca powszechny strach chmara wróbli,
A. jednak wyszła. Chcąc się upewnić, że w mieszkaniu nikogo nie ma,
przyłożyłem oko do judasza. Ujrzałem przedpokój tonący w słabym
świetle, które sączyło się od strony kuchni i otwartego pokoju.
Korytarz był pusty. Na wszelki wypadek przez chwilę nasłuchiwałem. Za
drzwiami panowała martwa cisza. W pewnym momencie przyszła mi do
głowy myśl nieprzyjemna, która często natrętnie pojawia się w
umysłach ludzi zazdrosnych i nadmiernie podejrzliwych. A jeśli w
mieszkaniu A. ktoś jednak jest? Powodowany nią, cicho zapukałem. Po
drugiej stronie nie było żadnej reakcji. Wyjąłem więc klucz ze
złożonej na pół koperty i ostrożnie włożyłem do zamka. Dwukrotnie
przekręciłem go z cichym metalicznym odgłosem, po czym pchnąłem drzwi
do środka. Zdałem sobie sprawę z absurdu sytuacji. Przypomniało mi
się jak A. powiedziała kiedyś: "Chyba nigdy ich nie naprawisz".
W przedpokoju uderzył mnie zapach kosmetyków. A więc po tylu latach
nadal używa tego zapachu... Nic tak szybko i tak bezpośrednio, może z
wyjątkiem bodźców wzrokowych, nie działa na umysł i psychikę, jak
zapachy. Pomyślałem, że lada moment A. może wrócić. Uzna być może, że
ryzyko wychodzenia na zewnątrz jest zbyt duże, że lepiej zostać w
domu.
Zamknąłem
więc drzwi od środka i wyjąłem klucz. Z pewnością w mieszkaniu byłem
sam. Wszedłem do pokoju A. z jak najgorszym przeczuciem, ale w środku
nie znalazłem niczego niepokojącego. Panował tam przyjemny
rozgardiasz, jaki często widziałem przez tamte lata. Na stoliku
nocnym kubek z niedopitą herbatą, talerzyk z kawałkiem ciasta,
popielniczka z niedopałkiem. Ten ostatni szczegół znowu wzbudził mój
niepokój: przecież A. nie paliła. Ktoś obcy tu bywa, albo A. zaczęła
palić. Na łóżku, grzbietem do góry, leżała otwarta mniej więcej w
połowie książka. Podniosłem ją. Były to sentencje Ciorana. Odwróciłem
tomik kartkami do góry i przeczytałem jedyne na stronie, podkreślone
zdanie: "Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie
sobie: Mogę się zabić, kiedy tylko zechcę".
Nagle
usłyszałem dźwięk przypominający miauczenie. Czyżby A. miała kota?
Byłoby to do niej podobne. Koty zawsze ją fascynowały. Kiedyś
pomalowała meble białą i czarną bejcą w taki sposób, że spomiędzy
słoi sosnowego drewna wyłaniały się koty. Koty śpiące, przeciągające
się, zaspane, szydercze, koty szelmowskie, zuchwale... Meble te
zachwycały jednych, budziły niesmak u drugich. Wstrzymałem oddech i
nasłuchiwałem. Ale przez te dwie czy trzy minuty dźwięk nie powtórzył
się. Już chciałem wrócić do inwentaryzacji "zakazanego pokoju",
gdzie chciałem odnaleźć ślady dawnego, bezpowrotnie minionego życia,
gdy poczułem, że jakaś dziwna siła napiera na moje nogi. W rzeczy
samej dziwna: był to kot, szary pręgowany dachowiec. Gdyby potrafił
mówić, może dowiedziałbym się czegoś na temat A. Kocisko było
spasione, łeb miało wielki, kwadratowy, oczy jak dwuzłotówki, okrągłe
i żółte. Patrzyło na mnie przenikliwym wzrokiem, jakby wszystko o
mnie wiedziało.
Pomysł,
by wrócić do pokoju, w którym mieszkałem przez osiem lat, pojawił się
w mojej głowie niespodziewanie. Zdarzyło się to dokładnie czwartego
czerwca 2008 roku. Obchodzono właśnie rocznicę upadku komunizmu,
wydarzenia, od którego - jak zapewniała nas, studentów
czwartego roku, profesor D. - rozpocząć się miał
"okres
lepszych dni, bez zła". Dość długo jednak zwlekałem z
realizacją tego chorego planu. Bo czy można wpaść na głupszy od tego
pomysł? Żyć życiem minionym? Gmerać w cudzym życiu... Było w tym coś
dwuznacznego i kuszącego zarazem.
Pamiętam,
jak w dniu sprawy rozwodowej brnąłem na przystanek, po kostki w
półpłynnej masie, ni to śniegu, ni wody. Już wtedy chodziło mi to po
głowie. Często też myślałem o tym wiosną, która przeszła do historii
ogrodnictwa jako katastrofa, kiedy to w połowie maja przyszły
zabójcze mrozy, w efekcie których pod topór poszły całe sady.
Wyobrażałem sobie swoje wejście do tego mieszkania także w czasie
owego apokaliptycznego lata, kiedy to wilgotne fronty atmosferyczne
rozpoczęły swój taniec na niebie, kręcąc piruety od Atlantyku przez
Afrykę Środkową, by w końcu nad Europą centralną zderzyć się ze
ścianą zimniejszego powietrza. A później też w trakcie pamiętnej
powodzi. No i w końcu nadeszły czasy powszechnego strachu przed
zwierzętami: szczurami, bydłem, trzodą chlewną i wreszcie -
ptakami. Wtedy też, w czasach powszechnego poczucia zagrożenia,
ostatecznie dojrzała we mnie ta myśl, by zrobić to, by ostatecznie
uwolnić się, rozwiązać zagadkę przeszłości, i być może dotrzeć do
istoty mojej niewątpliwie niezdrowej fascynacji, a czego również nie
wykluczałem - jakiegoś opętania.
Ale
na wejście do mieszkania A., a właściwie do pokoju, który ona uznała
za miejsce szczególne, zdecydowałem się dopiero po drugim rozwodzie.
Mój związek z Różą rozleciał się po trzech miesiącach. W sensie
prawnym nie było problemu: zajęło to może pół godziny. Sąd uznał, że
nie ma czego ratować. Potraktował nas jak dwoje nieodpowiedzialnych
awanturników, którzy nadwyrężają majestat urzędu stanu cywilnego i
sądu, który musi sankcjonować kaprysy lekkomyślnych obywateli.
Zaraz
po ślubie okazało się, że mamy zupełnie inne wizje małżeństwa. Ona
chciała mieszkać w L., a ja w S. Ona chciała sprzedać nasz dom
(chwilę wcześniej przekonała mnie, bym uczynił ją współwłaścicielką,
co zresztą zrobiłem) i zbudować nowy w L., ja natomiast oczekiwałem,
że ona przeprowadzi się do S. i zamieszka ze mną.
Rozpad
nastąpił szybko. Szantażowała mnie, gdy to nie przynosiło skutku,
groziła, a później nawet próbowała nasłać na mnie jakichś zbirów z L.
Złożyłem pozew o rozwód, mając świadomość, że mogę wylądować pod
mostem.
Obawy
okazały się jak najbardziej uzasadnione. Kobieta, która jeszcze trzy
miesiące wcześniej wpadała w rozpacz, kiedy wyjeżdżałem, która z
tęsknoty i miłości prawie umierała, która dzwoniła o trzeciej w nocy
i prosiła, bym przytulił się do niej... przez telefon, bo bardzo mnie
pragnie, chwilę po uzyskaniu rozwodu wniosła pozew o przyznanie jej
praw do mojego domu. Nie miałem nic więcej, nie licząc kredytu, który
zaciągnąłem na jego budowę. Chciała równowartość nieruchomości, dług
miał pozostać na moim koncie. Pozew wyleciał mi z ręki. Miała tupet.
Czy nadal płacze z powodu rozstania?
Tak
nagle przestała mnie kochać, do tego nawet stopnia, że postanowiła
mnie ograbić ze wszystkiego, co miałem? Mówiła, że pochodzi z biednej
rodziny, i że zawsze bała się biedy. Stąd może tak wielki strach
odczuwała na samą myśl, że kiedyś może jej na coś zabraknąć.
Pamiętam, że mówiła mi to, pokazując wnętrze szafy w przedpokoju,
gdzie miała imponującą kolekcję butów ("Nawet nie pytaj, ile
one kosztowały. To moja słabość"...). Był to niemal rodzaj
nerwicy. Biedaczka radziła sobie z nią, jak umiała, sprytnie
oszukując frajerów takich jak ja, naciągając wspólników w firmach,
które prowadziła w L., wyłudzając pieniądze na fikcyjne szkolenia...
ale tak, by nie zostawić śladów, by nie trafić przed oblicze Temidy.
Byłem - jak sądziłem już wówczas - jedną z jej wielu
ofiar. Jak to jednak wykazać przed sądem?
To
było jak euforyczny sen narkomana, który nie chce się obudzić. Gdybym
powiedział, że Róża mnie zauroczyła, nic bym właściwie nie
powiedział. Przeżycie to było czymś dużo większym: śniłem na jawie
sen o szczęściu, a kiedy się szczypałem, by się upewnić, że nic nie
czuję, że to tylko senne marzenia, "budziłem się" -
jeśli można tak powiedzieć - z realnym bólem (ból jest zawsze
realny, nawet ten urojony). Narkotyk działał.
Mój
związek z A. to była niekończąca się udręka przerywana krótkimi
momentami iluzorycznej radości, która okazywała się w końcu pusta i
pozbawiona podstaw. Życie z A. było pułapką, którą kochałem miłością
masochistyczną. Moja narzeczona wpadała w depresje, oskarżała mnie o
to, że ją... kocham, ale nie tak jakby ona chciała, długi rosły,
problemy piętrzyły się przed nami, ludzie życzyli nam rozstania,
fałszywa przyjaźń Sybilli była niczym jad.
Trzy
miesiące z Różą były czasem beztroskiej radości. Oddychałem pełną
piersią, gotowy byłem przenosić góry. Muszę przyznać z niesmakiem -
nigdy nie byłem szczęśliwszy.
Pamiętam
jedno z pożegnań, kiedy w niedzielne popołudnie po weekendzie
spędzonym w L., śmialiśmy się z czegoś (czy aby nie z jej ojca, który
z wyrazem twarzy idioty stał na drabinie w ogrodzie i przycinał
gałęzie moreli? Nie wiedzieliśmy jeszcze, że za chwilę utnie sobie
opuszek palca). Była blisko mnie, oddychałem tym samym powietrzem co
ona. Gdyby powiedziała:
"Chciałabym
wypić całą twoją krew", bez wahania zgodziłbym się.
Ale
to było chyba zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Nagle zdałem sobie
sprawę z tego, że jeśli komuś - choćby Świątkowi - mogło
przyjść do głowy, by zaliczyć dno i traktować to w kategoriach
"wyczynu",
to równie dobrze mógł on pomyśleć o zdobyciu drugiego bieguna -
po przeciwnej stronie. (Miał on - jak mi się wydaje -
ambicję poznania granic ludzkich doświadczeń). Taki szczyt szczęścia
- czego byłem wtedy pewny - właśnie zdobywałem. Wielka
jest potęga sugestii i manipulacji.
Najszczęśliwszy
byłem z oszustką. Puste słowa o miłości brałem za oznaki żaru serca,
iluzję uczuć za oczywistość, kłamstwa za najczystszą prawdę.
Okłamywany doświadczałem jednak cudu. Tego nie dały mi ani wcześniej,
ani później prawdziwe uczucia i autentyczna miłość. Wyciągam więc
może nieco pospiesznie wniosek, że w miłości tak naprawdę nie chodzi
o szczęście, lecz o coś zupełnie innego. Odpowiedzi, które przychodzą
mi na myśl, są niepokojące.
Wówczas
wybryki Róży uważałem za przejawy jej nieokiełznanego temperamentu,
za szczere reakcje, które rozładowują na bieżąco napięcia między
nami, wręcz oczyszczają atmosferę. Niedługo później Róża
niezadowolona z powodu moich kontaktów z W., którego uważała za
"otyłego wieprzka i gbura" (nie pomogły moje uwagi, że to
"bardzo uczciwy, wrażliwy i dobry człowiek, a co więcej -
jedyny mój przyjaciel"), w czasie, kiedy byłem z W. na piwie,
pocięła mi nożyczkami wszystkie koszule. Widok otwartej szafy z tymi
strzępami był porażający. Innym razem, kiedy poszedłem na koncert
Requiem
Mozarta do katedry, wyrwała z mojej Biblii wszystkie kartki.
Powodem
rozwodu nie były jednak te drobne incydenty, lecz coś znacznie
poważniejszego. Nieuniknione stało się faktem. Niedługo później
nastąpiły dwa wydarzenia, które przyczyniły się do tego, że podjąłem
absurdalną decyzję, by odwiedzić mieszkanie A. bez jej wiedzy i
zgody.
Było
to akurat niedługo po tym, gdy okazało się, że martwe ptaki, leżące
na bulwarze nieopodal mostu Długiego, mają związek ze wzrostem
zachorowań na ptasią grypę. Któregoś dnia, kiedy przyjechałem z sądu
(z okna tramwaju widziałem, jak ludzie w białych kombinezonach, z
maskami na twarzach, wrzucają do plastikowych worów martwe ptaki),
rozpocząłem poszukiwania dokumentów potrzebnych do sądu. Wtedy
właśnie w jednej z szuflad znalazłem pudełko z kluczami. Były tam
klucze od moich poprzednich mieszkań, do piwnic, skrzynek pocztowych,
ogrodów, do których już dawno wymieniono zamki, zapasowe klucze do
mieszkania mojej matki, klucze nie wiadomo od czego, należące kiedyś
do mojego nieżyjącego ojca oraz niezliczona liczba kluczy do zamków
zapomnianych i z pewnością dawno nieużywanych. Na dnie tego
tekturowego pudełka odnalazłem jednak trzy inne, szczególne, które
wryły się w moją pamięć głęboko. Dlaczego nie pozbyłem się ich,
wiedząc, że nigdy mi się nie przydadzą? Powodowany tą myślą wrzuciłem
je do kosza na śmieci. Przez tyle lat nie stać mnie było na radykalne
rozwiązanie, a nagle w przypływie zdrowego rozsądku, który tak
naprawdę zdrowy wcale nie był, zdecydowałem, że najlepszym
rozwiązaniem będzie pozbycie się sentymentalnych rupieci.
Tego
samego dnia po południu kolejna dziwna koincydencja: w drodze do
kancelarii adwokackiej spotkałem Kaśkę, dawną przyjaciółkę A., która
zresztą jakoby utrzymywała z nią ciągle kontakt. Nie widzieliśmy się
całe lata. Kasia nie była już taka jak kiedyś. Biła od niej gorycz
osoby, której życie nie oszczędzało. Uciekała przed depresją,
zażywając Trittico. Jej chemiczny nastrój udzielał się otoczeniu.
Kiedy odpowiedziałem jej na pytania dotyczące moich nieudanych
małżeństw, straconych szans zawodowych i niespełnionych ambicji,
poczułem się dużo gorzej. Przyglądała mi się z kiepsko maskowaną
satysfakcją.
- Pewnie
jesteś ciekaw, co u A.? Od czasu, jak uciekła od męża, pracuje w
katedrze - powiedziała.
Widząc
moje zdziwienie, kontynuowała:
- Wyobraź
sobie, że nie pozwoliła mi wejść do pokoju, w którym kiedyś
mieszkałeś.
Byłem
umówiony z adwokatem. Scena, która miała miejsce w jego kancelarii,
dawała do myślenia. Na pytanie, jakie mam szanse wygrać proces z Różą
w sprawie podziału majątku, adwokat Z. nie odpowiedział bezpośrednio,
lecz spojrzał na siedzącą w rogu młodą aplikantkę.
- Wydaje
mi się, że nie ma pan praktycznie żadnych szans - powiedziała.
Jej
patron pokiwał z aprobatą głową.
?
Strach
przed ptakami pojawił się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na
ścianach kamienic jakiś nawiedzony - jak mówiono -
sprawca wypisywać zaczął sprayem słowo: "zło".
Później,
kiedy w telewizyjnym studiu debatowano o chaosie, jaki od pewnego
czasu panował w mieście, ktoś zauważył, że wydarzenia te poprzedziła
dyskusja, która odbyła się w wąskim gronie w auli Uniwersytetu
Teologicznego, zapanowała konsternacja. Tematem tej dyskusji, w
której uczestniczyli między innymi dwaj znani profesorowie, nazwijmy
ich umownie: prof. Biały, o którym mówiono, że jest "ukąszony
przez Marksa", i prof. Czarny, którego kojarzono z tak zwanym
katolickim "ciemnogrodem", było zagadnienie
fundamentalne: czy zło istnieje naprawdę. Pierwszy z nich uważał, że
zło nie istnieje (to tylko składnik trucizny zawartej w "opium
dla ludu"), drugi, że tak (...że to odwieczna demoniczna siła).
Do zbliżenia stanowisk nie doszło.
Kiedy
wracałem z sądu, próbując ochłonąć po potężnej dawce kłamstw mojej
byłej żony i jej fałszywych świadków, ujrzałem taką oto scenę: młoda
kobieta w ciąży, na widok zlatujących się do jakichś okruchów gołębi,
nagle zaczęła uciekać. Idąca obok rodzina z dwójką dzieci także
zatrzymała się gwałtownie, a następnie pospiesznie oddaliła się. Inni
przechodnie też omijali drepczące po chodniku ptaki szerokim łukiem.
Do
domu wróciłem wieczorem. Otworzyłem butelkę wina i wyszedłem na
taras. Słońce, które było już poniżej szczytów młodych świerków,
strzelało mi w oczy laserami świetlistych wiązek, którym udało się
przedrzeć przez gęstą ścianę świerkowych gałęzi. Światło odbite od
tafli jeziora rozlewało się nad ogrodem, tworząc fosforyzujący
cocktail. Niebo było niczym witraż, jednak piękno miejsca, w którym
żyłem od lat, przygnębiło mnie.
W
miarę jak słońce zniżało się do linii horyzontu, popadałem w coraz
większą apatię. Wreszcie zrobiło się prawie ciemno. Nagle
przypomniałem sobie o dwóch zdarzeniach związanych z A. Nie do końca
zdając sobie sprawę z tego, co robię, odnalazłem klucze do jej
mieszkania w koszu na śmieci i wróciłem na taras.
?
Sierpniowe
popołudnie gęstniało od nadmiaru rozgrzanego powietrza, które
napływało z wypalonych słońcem łąk. Jaskółki latały coraz niżej,
wyłapując w locie unoszące się nad ogrodem komary. Za krzewami
jaśminu w moim oczku wodnym tętniło życie; była to zapewne wylęgarnia
różnego rodzaju bakterii i owadów, źródło pożywienia i wody dla
ptaków. W normalnych czasach cieszyłbym się, że mam tak bliski
kontakt z przyrodą. Ale czasy były inne. Widząc przeszywające
powietrze jaskółki, przesunąłem krzesło pod pochyloną nad tarasem
markizę.
Czy
to możliwe, że po wielkiej epidemii przetrwają tylko drobnoustroje?
Bakterie i wirusy. Ewentualnie jeszcze - mchy, porosty,
grzyby... Wyginą ssaki, ryby, gady i ptaki. To samo stanie się z
owadami. Nie będzie pszczół ani motyli. Obumierać zacznie świat
flory, aż uschną ostatnie bezpotomne drzewa, kwiaty i zioła? Czy to
raczej kolejny fake news, jeszcze jedna zapowiedź końca świata, która
się nie spełni?
Nadszedł
wieczór. Na pociemniałym niebie dostrzegłem ciemne, szybko
przesuwające się cienie nietoperzy.
Więc
przez te wszystkie lata A. nie weszła do tego pokoju. Nie weszła i -
jak zauważyła Katarzyna - nie zamierzała wejść.
Dlaczego?
Być może zadziałał tu mechanizm podobny do tego, który sprawił, że
przed prawie dwudziestu laty ja sam, zamiast wyrzucić klucze od
mieszkania A., schowałem je do pudełka w szufladzie. Było więc to nie
tyle wyparcie, co zdeponowanie do bliżej nieokreślonego momentu.
Nie
tylko klucze w pudełku... Miałem też kilka takich
depozytów
w pamięci. Ukradziony pączek w przedszkolu, o którym niestety moja
matka przypominała mi przez całe życie, sprawa portfela tego
nieszczęśnika, leżącego na ławce w D., dzięki któremu spędziłem z A.
wspaniałe wakacje pełne wyrzutów sumienia i poczucia winy, no i w
końcu tragiczny epizod związany ze śmiercią Alberta. Czy musiałem go
uszczęśliwiać, wchodząc w rolę jego anioła stróża, stawiając się przy
tym w roli sędziego, co nie mogło się dobrze skończyć, jak każde
działanie reżysera "teatru marionetek"? Czy miałem swój
skromny udział w śmierci byłego przyjaciela? Pytanie to dręczyło mnie
przez wiele dni i nocy.
?
w
serii kwadrat
ukazały się:
„2008”,
„2011”, „2014”, „2017”, „2020”
– antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo
„Made in Roland”
Marcin
Bałczewski
„Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”
Waldemar
Bawołek
„To co obok”
Kostia
Berezin (Paweł Laufer)
„Buty Mesjasza”
Jacek
Bielawa „Kościelec”
Jarosław
Błahy „Rzeźnik
z Niebuszewa”
Dariusz
Bitner
„Książka”
Roman
Ciepliński
„Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życie
zastępcze”
Tomasz
Dalasiński
„Nieopowiadania”
Jerzy
Franczak
„Święto odległości”
Krzysztof
Gedroyć
„Przygody K”
Andrzej
Grodecki
„Iluzje”
Brygida
Helbig
„Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inne
ludzie”
Lech
M. Jakób
„Ciemna materia”
Jarosław
Jakubowski
„Wojna”
Bogusław
Kierc
„Bazgroły dla składacza modeli latających”
Wojciech
Klęczar
„Wielopole”
Bogusława
Latawiec
„Ciemnia”
Ryszard
Lenc
„Chimera”
Artur
Daniel Liskowacki
„Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”,
„Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”
Miłka
O. Malzahn
„Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“
Agnieszka
Masłowiecka
„Pyszne ciało”, „Splątanie”
Jarosław
Maślanek
„Ferma ciał”
Dariusz
Muszer
„Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolność
pachnie wanilią”
Krzysztof
Niewrzęda
„Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”,
„Second life”, „Wariant do sprawdzenia”,
„Zamęt”
Ewa
Elżbieta Nowakowska
„Apero na moście”
Cezary Nowakowski,
Jakub Nowakowski
„Błogosławieni”
Paweł
Orzeł
„Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”,
„Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”
Paweł
Przywara
„Ricochette”,
„Zgrzewka Pandory”
Krystyna
Sakowicz
„Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”
Alan
Sasinowski
„Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczery
facet”
Grzegorz
Strumyk
„Kra”, „Nierozpoznani”
Łukasz
Suskiewicz
„Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”
Leszek
Szaruga
„Dane elementarne”, „Podróż mego życia”,
„Zdjęcie”
Izabela
Szolc
„Śmierć w hotelu Haffner”
Łukasz
Szopa
„Kawa w samo południe”
Michał Trusewicz „Przednówki”
Andrzej
Turczyński
„Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncert
muzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”
Anatol
Ulman
„Cigi de Montbazon i Robalium Platona”
Emilia
Walczak
„Hey,
Jude!”
Miłosz
Waligórski
„Kto
to widział”
Henryk Waniek „Miasto
niebieskich tramwajów”
Maciej
Wasilewski
„Jednodniowy
spacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodej
Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”
Bartosz
Wójcik
„Christiania. Historie z tamtej strony dobra”
Grzegorz
Wróblewski
„Nowa Kolonia”
Maciej
Wróblewski
„Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”
Tadeusz Zubiński „Rzymska
wojna”