Życie za wszelką cenę - Lisa Genova

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Richard gra drugą część Fantazji C-dur op. 17 Schumanna, finałowy utwór swojego solowego recitalu w Adrienne Arsht Center w Miami. Bilety wyprzedały się co do ostatniego, a mimo to na sali nie czuć energii, jaką daje pełna widownia. To miejsce nie ma w sobie podobnego prestiżu i tej onieśmielającej presji, co Lincoln Center albo Royal Albert Hall. Może w tym tkwi problem? Ten recital to nic wielkiego.
Za plecami Richard nie ma dyrygenta ani orkiestry. Tak woli. Uwielbia skupiać na sobie całą uwagę publiczności, czuje napływ adrenaliny, wiedząc, że jest jedyną gwiazdą wieczoru. Koncerty solowe to jego wersja skoków ze spadochronem.
Zauważył jednak, że przez cały dzisiejszy koncert ślizga się po dźwiękach, zamiast głęboko je wygrywać. Jego myśli odpływają w inną stronę, na przykład do steku, który zje później na obiad w hotelowym pokoju, do samoświadomej analizy swojej niedoskonałej postawy, krytykowania swojego płaskiego wykonania, za bardzo obecny w tu i teraz, niemogący zatracić się w muzyce.
Technicznie jest bez zarzutu. Niewielu żyjących artystów potrafiłoby przejść przez ten niezwykle wymagający i złożony utwór bez żadnej pomyłki. Zwykle kocha go grać, zwłaszcza pompatyczne akordy w drugiej części, uwielbia ich moc i megalomanię. A mimo to dziś nie czuje emocjonalnej więzi z żadnym z tych elementów.
Liczy na to, że większa część publiczności, jeśli nie wszyscy, nie dysponuje tak wysublimowanym słuchem, by dosłyszeć różnice. Do diabła, większość z nich pewnie nawet nie słyszała tej fantazji Schumanna. Nigdy nie pogodzi się z tym, że miliony całymi dniami puszczają Justina Biebera i umrą, nigdy nie zachwyciwszy się Schumannem albo Lisztem, albo Chopinem.
Małżeństwo to coś więcej niż noszenie obrączki...
Karina powiedziała mu tak kilka lat temu. Dziś Richard tylko nosi obrączkę. Odwala robotę na pół gwizdka i nie jest pewien, po co. Przebrnie przez ten ostatni fragment i poprawi się na jutrzejszym występie, zanim znów zawita w Los Angeles. Jeszcze pięć tygodni w trasie. Zanim wróci do domu, nadejdzie lato. I dobrze. Uwielbia lato w Bostonie.
Gra ostatnią frazę adagia trzeciej części. Nuty są łagodne, uroczyste, pełne nadziei. W tym momencie często wzrusza się do łez w reakcji na wyjątkową delikatność muzyki, ale dziś nie towarzyszą mu żadne emocje. Nie czuje nadziei.
Uderza ostatnią nutę i dźwięk wybrzmiewa przez chwilę, zanim się rozproszy, rozpłynie. Na moment na sali zalega cisza, której bańkę przekłuwa w końcu burza oklasków. Richard wstaje i robi zwrot do publiczności. Kłania się w pas, jego palce muskają dół smokingu. Ludzie wstają. Gdy reflektory nieco się unoszą, widzi ich twarze - uśmiechnięte, entuzjastyczne, pełne uznania i zachwytu jego osobą. Znów się kłania.
Jest kochany przez wszystkich.
I przez nikogo.
ROZDZIAŁ 1
Rok później
Gdyby Karina urodziła się piętnaście kilometrów na wschód lub zachód, w Bytomiu lub Gliwicach zamiast w Zabrzu, jej życie potoczyłoby się inaczej. Nawet jako dziecko nigdy w to nie wątpiła. Lokalizacja jest w kwestii przeznaczenia równie istotna, co w sprzedaży nieruchomości.
W Gliwicach każda mała dziewczynka uczęszczała na balet. Uczyła go pani Gosia, niegdyś uznana prima balerina Polskiego Baletu Narodowego z czasów sprzed stanu wojennego. Z tego powodu wychowywanie córki w bądź co bądź ponurych Gliwicach miało dodatkowe zalety, nie wspominając już o ogromnym przywileju, że każda mała dziewczynka miała możliwość pobierania nauki u takiej utytułowanej nauczycielki. Gliwiczanki rosły w trykotach, tiulach i z włosami spiętymi w koczki, licząc, że kiedyś tanecznym krokiem opuszczą swoje miasto. Choć Karina nie wiedziała konkretnie, co działo się po latach z tymi dziewczynami, była przekonana, że wiele z nich, jeśli nie wszystkie, pozostało dokładnie tam, gdzie się urodziło. Podjęły pracę w szkołach, wyszły za mąż za górników i przekazały swoje niespełnione sny o baletowej karierze córkom - kolejnemu pokoleniu uczennic pani Gosi.
Gdyby Karina pochodziła z Gliwic, z pewnością nie zostałaby baletnicą. Miała okropne stopy - niezdarne płetwy, praktycznie pozbawione wysklepienia - oraz mocną budowę ciała - długi tors i krótkie nogi, bardziej stosowne do pracy w obejściu niż do pas de bourrée. Nigdy nie stałaby się ulubioną uczennicą pani Gosi. Rodzice Kariny przestaliby opłacać lekcje baletu węglem i jajkami, nim osiągnęłaby etap, na którym tańczy się w baletkach. Gdyby jej życie rozpoczęło się w Gliwicach, nadal wiodłaby życie w tym mieście.
Dziewczynki mieszkające w pobliskim Bytomiu nie uczęszczały na balet. Dzieci z Bytomia miały kościół. Chłopców szykowano na księży, dziewczynki do zakonu. Karina mogłaby zostać zakonnicą, gdyby wychowała się w Bytomiu. Rodzice pękaliby z dumy. Może jej egzystencja byłaby lepsza i bardziej szlachetna, gdyby wybrała Boga. Ale życie Kariny nigdy właściwie nie było jej wyborem. Wychowała się w Zabrzu, zaś w Zabrzu mieszkał pan Borowicz, nauczyciel gry na fortepianie. Nie był utytułowany jak pani Gosia ani nie prowadził prawdziwej szkoły muzycznej. Udzielał lekcji w salonie swojego domu, który cuchnął kocimi sikami, starymi książkami i papierosami. Ale pan Borowicz był świetnym nauczycielem. Oddany i zasadniczy, umiał zmotywować uczniów, a przede wszystkim uczył ich wszystkich grać Chopina. Bo w Polsce Chopina czci się tak samo, jak Jana Pawła II i Boga. To narodowa trójca święta.
Karina nie urodziła się z drobnym ciałem baletnicy, ale dostała od losu silne ramiona i długie palce pianistki. Nadal pamięta swoją pierwszą lekcję z panem Borowiczem. Miała wtedy pięć lat. Połyskujące klawisze, dźwięki, które natychmiast sprawiły jej przyjemność, historia nut opowiadana jej palcami. Od razu to polubiła. W przeciwieństwie do innych dzieci nigdy nie trzeba jej było zaganiać do ćwiczeń - wręcz przeciwnie, odganiano ją od instrumentu. Przestań grać i odrób lekcje. Przestań grać i nakryj do stołu. Przestań grać i idź spać. Karina nie potrafiła się oprzeć muzyce. Nadal nie potrafi.
Ostatecznie fortepian stał się jej przepustką z komunistycznej Polski do Curtis Institute of Music, Ameryki i wszystkiego, co nastąpiło potem. Wszystkiego. Ta jedna decyzja - by uczyć się grać - zapoczątkowała sekwencję zdarzeń, pchnęła kulkę w maszynie Rube'a Goldberga. Nie byłoby jej tu teraz, na przyjęciu z okazji ukończenia liceum przez Hannah Chu, gdyby w wieku pięciu lat nie zaczęła pobierać lekcji gry na fortepianie.
Karina parkuje swoją hondę za czyimś mercedesem, jej samochód jest ostatni w sznurze aut stojących na poboczu, przynajmniej trzy przecznice od domu Hannah. Podejrzewa, że lepszego miejsca nie znajdzie. Zerka na zegarek umiejscowiony na desce rozdzielczej. Spóźniła się pół godziny. I dobrze, Pojawi się na moment, złoży gratulacje, a potem zniknie.
Obcasy miarowo stukają o chodnik. Karina staje się żywym metronomem, jej myśli płyną w rytm kroków. Bez fortepianu nigdy nie poznałaby Richarda. Ile to już godzin poświęciła na podobne dywagacje? Gdyby je zliczyła, okazałoby się, że spędziła nad tym tematem dni, tygodnie, może nawet więcej. Zmarnowała tyle czasu, rozmyślając nad tym, co mogłoby się stać, a do czego nigdy nie dojdzie.
Może byłaby zadowolona, że nie opuściła swojej ojczyzny, by robić karierę pianistki? Nadal mieszkałaby z rodzicami, spała w swoim pokoju z dzieciństwa. Albo poślubiłaby nudnego mężczyznę z Zabrza, który zarabiałby na niełatwe, ale godne życie, a ona zajmowałaby się domem i wychowywała piątkę ich dzieci. Oba okropne scenariusze są teraz dla niej atrakcyjne ze względu na jedną wspólną cechę: w obu tych scenariuszach nie czułaby się samotna.
A gdyby studiowała na Eastman School of Music zamiast w Curtisie? Niewiele zabrakło, by tak się stało. Jeden, dość przypadkowy wybór. W tym scenariuszu też nigdy nie poznałaby Richarda. Nigdy nie zrobiłaby kroku w tył, zakładając z aroganckim i niesłabnącym optymizmem dwudziestopięciolatki, że będzie miała swoją drugą szansę, że koło fortuny raz jeszcze się zatrzyma, swoją potężną strzałką pokazując prosto na nią. Całe lata czekała na swoją kolej. Niestety. Czasem życie daje ci tylko jedną szansę.
Ale z drugiej strony, gdyby nie poznała Richarda, na świat nie przyszłaby ich jedyna córka Grace. Karina wyobraża sobie alternatywną rzeczywistość, w której jej jedyna córka nigdy nie została poczęta, i ta wizja na tyle jej się podoba, że zaczyna wręcz żałować, iż się nie zdarzyła. Gani samą siebie, zawstydzona, że pozwoliła sobie na tak okropną myśl. Kocha Grace ponad wszystko, ale prawda jest taka, że narodziny dziecka doprowadziły Karinę na kolejne rozdroże, do chwili w rodzaju Gliwice vs Bytom vs Zabrze. Skręt w lewo sprowadził na świat Grace i związał Karinę z Richardem. Przez kolejne siedemnaście lat pętla u jej szyi była, w zależności od dnia, ciasna jak smycz lub stryczek. Na prawo znajdowała się niewybrana ścieżka. Kto wie, dokąd wiodła?
Żal snuje się cieniem za każdym jej krokiem jak pies, kiedy kamienną ścieżką zmierza do ogrodu usytuowanego na tyłach domu państwa Chu. Hannah dostała się na studia do North Dame, dokładnie tam, gdzie chciała. Kolejna uczennica wyprowadza się z domu. Hannah nie będzie kontynuować nauki gry na instrumencie. Jak większość uczniów Kariny pobierała lekcje, ponieważ chciała sobie wpisać tę umiejętność w podaniu na studia. Rodzice mają zwykle ten sam motyw, ale zdecydowanie mniej się z tym kryją. A zatem Hannah bez większego entuzjazmu odbębniała cotygodniowe półgodzinne zajęcia, pozbawiony duszy obowiązek zarówno dla nauczycielki, jak i uczennicy.
Tylko nieliczni uczniowie Kariny naprawdę lubili grać, a kilku miało nawet talent i potencjał, tyle że żaden nie kochał muzyki na tyle, by dalej kształcić się w tym kierunku. A to trzeba kochać. Nie mogła ich winić. Wszystkie te dzieci miały nadmiar obowiązków, były zestresowane i zbyt skupione na dostaniu się na "najlepszą" uczelnię, by pozwolić swojej pasji się rozwijać. Roślina nie wyrośnie z ziarenka bez miłości okazywanej jej przez słońce i wodę.
Ale Hannah nie była tylko uczennicą Kariny. Od pierwszej klasy do końca gimnazjum była też najlepszą przyjaciółką Grace. Wspólne zabawy, pidżama party, skautki, drużyna piłkarska, wycieczki do galerii handlowej i do kina - przez wiele lat Hannah była dla Grace jak młodsza siostra. Kiedy Grace poszła do liceum, a Hannah została w gimnazjum na ostatni rok, dziewczynki w naturalny sposób znalazły sobie nowych znajomych. Nigdy się nie pokłóciły, po prostu podryfowały na spokojnych wodach na dwie oddzielne, ale nadal sąsiadujące wyspy. Od czasu do czasu się odwiedzały.
Dzisiejsze ważne wydarzenie w życiu Hannah dla Kariny nie powinno wiele znaczyć, ale wydaje jej się czymś epokowym, jak gdyby doświadczała większej straty, niż tylko żegnała się z kolejną uczennicą. To zdarzenie przywołuje wspomnienia sprzed roku i Karina czuje się tak, jakby dzieciństwo Grace zakończyło się po raz drugi. Zostawia kartkę z życzeniami na stoliku z prezentami i wzdycha.
Choć Hanna znajduje się na końcu dużego ogrodu, Karina zauważa ją niemal natychmiast, jak stoi na basenowej trampolinie, a za nią kolejka mokrych chłopców i dziewcząt. W basenie siedzą przeważnie chłopcy, skandując jej imię i prowokując ją do działania. Karina czeka, by zobaczyć, co będzie. W końcu Hannah odbija się od deski i z impetem wpada do wody, ochlapując rodziców zebranych wokół basenu. Dorośli narzekają, strzepując wodę z rąk i twarzy, ale uśmiechają się. Dzień jest gorący i ten mały prysznic pewnie przyniósł im chwilową ulgę. Karina zauważa wśród nich mamę Hannah, Pam.
Skoro Hannah przenosi się do Indiany, Karina podejrzewa, że nie będą się już więcej widywać z Pam. Ich czwartkowe spotkania przy winie ustały niedługo przed tym, jak Grace poszła do liceum. Przez ostatnie kilka lat kobieca przyjaźń ograniczyła się do kilku mało satysfakcjonujących momentów przed cotygodniową lekcją Hannah lub po niej. Pam, obarczona obowiązkiem rozwożenia trójki dzieci na różnorodne zajęcia pozaszkolne po całym mieście, często za bardzo się spieszyła, żeby nawet wejść do środka, i czekała na córkę w aucie, nie gasząc silnika. Karina machała do niej z ganku w każdy czwartek o siedemnastej trzydzieści, gdy Pam odjeżdżała.
Karina miała zamiar dziś nie przychodzić. Teraz też czuje się skrępowana faktem, że pojawiła się tu sama. Ma naturę introwertyczki, niechętnie odkrywa kulisy swojego małżeństwa, a tym bardziej rozwodu. Zakładając, że Richard nie postanowił publicznie prać ich brudów, co było dość pewne, nikt nie znał szczegółów. Miejscowi plotkarze sami więc wymyślili sobie, co zaszło. Ktoś musi mieć rację, a ktoś nie. Po ukradkowych spojrzeniach, milknących rozmowach i sztucznych uśmiechach Karina poznaje, jaką rolę przypisano jej w tej historii.
Z jej byłym mężem sympatyzują w szczególności kobiety. Oczywiście, to naturalne. Mają go za świętego celebrytę. Ktoś taki, jak on, zasługuje na to, by związać się z kimś bardziej eleganckim, kimś, kto doceni, jaki jest wyjątkowy, kimś, kto mu dorówna. Podejrzewają, że Karina zazdrościła mu osiągnięć, gardziła uznaniem, jakie zyskał, była rozgoryczona jego sławą. Ona jest tylko podrzędną nauczycielką gry na pianinie z przedmieść, która demonstruje szesnastolatkom, jak grać Chopina. Od razu widać, że brak jej pewności siebie, żeby być żoną takiego wielkiego człowieka.
O niczym nie wiedzą. Nie mają bladego pojęcia.
Grace skończyła właśnie pierwszy rok na Uniwersytecie Chicagowskim. Karina miała nadzieję, że wróci na wakacje do domu i pójdzie z nią na imprezę Hannah, ale dziewczyna postanowiła zostać na kampusie i załapać się na staż w projekcie organizowanym przez swojego profesora matematyki. Dotyczył czegoś z dziedziny statystyki. Karina jest dumna z córki, że dostała się do projektu, a mimo to czuje ukłucie w brzuchu, znajome uczucie rozczarowania. Grace mogła wybrać lato z matką, ale tego nie zrobiła. Karina zdaje sobie sprawę, jakie to niedorzeczne, że czuje się pominięta, a nawet zapomniana, ale zawsze reagowała bardzo emocjonalnie. Tak jest skonstruowana i to się już raczej nie zmieni.
Rozwód Kariny i Richarda został sfinalizowany we wrześniu, gdy Grace zaczynała maturalną klasę, a dokładnie rok później córka wyprowadziła się do miasta oddalonego o tysiąc kilometrów. Najpierw odszedł Richard, potem Grace. Karina zastanawia się, czy kiedyś przywyknie do ciszy w domu, do pustki, wspomnień, które unoszą się w każdym pokoju, równie wyraźne, co obrazy na ścianach. Tęskni za głosem córki rozmawiającej z kimś przez telefon, jej chichoczącymi przyjaciółkami, butami rozrzuconymi w każdym pokoju, jej gumkami do włosów, ręcznikami i ubraniami na podłodze, niepogaszonymi lampami. Tęskni za córką.
Za Richardem nie tęskni. Kiedy się wyprowadził, jego nieobecność odczuła bardziej jak nową obecność niż stratę. Błogi spokój, który zagościł w domu po jego odejściu, wypełniał więcej przestrzeni niż jego ludzka postać i kolosalne ego. Nie tęskniła za nim ani wtedy, ani teraz.
Ale samotne chodzenie na tego rodzaju rodzinne imprezy wytrącało ją z równowagi, jak gdyby siedziała na skraju taboretu o dwóch nogach. Więc w tym sensie za nim tęskni. Za stabilnością. Ma czterdzieści pięć lat i jest rozwódką. Stanu wolnego. W Polsce uważano by, że to powód do wstydu. Ale ona ponad połowę życia spędziła w Ameryce. W tym świeckim kraju taka sytuacja była zupełnie normalna i nikogo nie dziwiła. Mimo to Karina czuje wstyd. Choć wyjechała z Polski, w pewien sposób nigdy jej nie opuściła.
Nie rozpoznając żadnego z rodziców, Karina bierze głęboki oddech i zaczyna długi, niezręczny, samotny spacer w stronę Pam. Poświęciła niedorzecznie dużo czasu, by przygotować się na tę imprezę. Która sukienka, które buty, które kolczyki? Wymodelowała włosy na szczotce. Wczoraj nawet poszła na manikiur. Tylko po co? Przecież nie próbuje zrobić wrażenia na Pam, Hannah czy obecnych tu rodzicach. Nie liczy też na to, że kogoś tu pozna. Nie szuka faceta.
Wie dlaczego. Prędzej szlag ją trafi, niż da komukolwiek powód, by spojrzał na nią i pomyślał: "Biedna Karina. Jej życie jest w rozsypce i najwyraźniej ona też". Drugim powodem jest Richard. Pam i Scott Chu są też i jego przyjaciółmi. Richard został pewnie zaproszony. Karina mogła naturalnie zapytać Pam, czy jej były mąż figuruje na liście gości - nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie, po prostu wolałaby wiedzieć wcześniej - ale ostatecznie stchórzyła.
Karinie przewraca się w żołądku na myśl, że on może tu być, a co gorsza, może się tu pojawić z jedną ze swoich najnowszych, chudych, dwudziestokilkuletnich panienek uwieszonych u jego ramienia, spijających z ust każde jego nadęte słowo. Karina pociera ustami, żeby poprawić szminkę.
Rozgląda się po ogrodzie. Nie widzi Richarda ani w pobliżu Pam, ani w grupce rodziców gawędzących obok basenowej altany. Karina rozgląda się uważnie. Nie ma go.
Idzie do domku przy basenie i wtapia się w grupkę rodziców zaprzyjaźnionych ze Scottem i Pam. Wszyscy natychmiast przestają rozmawiać i rzucają sobie porozumiewawcze spojrzenia. Czas się zatrzymuje.
- Cześć, co się dzieje? - pyta Karina.
Znajomi spoglądają na Pam.
- Yyy... - stęka matka Hannah z wahaniem. - Właśnie rozmawialiśmy o Richardzie.
- Tak? - Karina szykuje się w duchu, że zaraz usłyszy coś upokarzającego. - A konkretnie?
- Odwołał trasę koncertową.
- Aha. - Nie są to wstrząsające wieści. Już wcześniej zdarzało mu odwoływać występy i tournée. Pewnego razu tak się poróżnił z dyrygentem, że odmówił grania z nim na jednej scenie. Innym razem w ostatniej chwili trzeba było znaleźć zastępstwo za Richarda, bo upił się w barze na lotnisku i przegapił swój lot. Karina zastanawia się, jaką wymówkę znalazł sobie tym razem. Ale Pam, Scott i pozostali patrzą na nią z poważnymi minami. Jak gdyby powinna w tej sprawie wyrazić swoje współczucie.
Karina czuje, jak w żołądku wzbierają jej emocje, jej wewnętrzne arterie szybko wypełnia wściekły, protestujący tłum, oburzony, że Karina po raz kolejny musi się z czymś takim zmagać i że Pam nie jest wobec niej bardziej w tej kwestii taktowna. To, że Richard odwołał trasę, nie jest jej sprawą. Rozwiodła się z nim. Jego życie to już nie jej problem.
- Naprawdę o niczym nie wiesz? - pyta Pam.
Wszyscy w napięciu czekają na odpowiedź, niczym teatralna publiczność.
- O czym? Jest umierający, czy co?
Z ust wymyka się jej nerwowy chichot, któremu nikt nie wtóruje.
Karina próbuje znaleźć wśród rodziców choć jednego, którego rozbawił jej żart, nawet jeśli był zbyt ostry. Ale wszyscy albo robią oburzone miny, albo odwracają wzrok. Wszyscy z wyjątkiem Pam. Jej oczy zdradzają niechętne potaknięcie.
- Karino, on ma ALS.
ROZDZIAŁ 2
Richard leży w łóżku. Właśnie obudził się po dobrze przespanej nocy. Przytomnymi, szeroko otwartymi oczami wpatruje się w kawałek odchodzącej farby na sklepionym suficie, bezpośrednio nad nim. Czuje, jak coś nadciąga - czyjaś niewidzialna obecność zakrada się potajemnie, jest jak jony niosące w sobie ładunki, brzęczące w powietrzu, zanim jeszcze zacznie się burza z piorunami - ale jedynym, co Richard może zrobić, jest leżeć spokojnie i czekać, aż minie.
Jest w swojej własnej sypialni, choć powinien budzić się w nowojorskim Mandarin Oriental. Wczoraj wieczorem miał zagrać solowy recital w David Geffen Hall w Lincoln Center. Uwielbia Lincoln Center. Miejsca na niespełna trzystuosobowej sali wyprzedano już wiele miesięcy wcześniej. Gdyby był w hotelu, pewnie zabierałby się do zamówienia śniadania. Prawdopodobnie dla dwojga.
Ale nie jest w Mandarin w Nowym Jorku i nie towarzyszy mu żadna urocza kobieta. Leży sam, w swoim łóżku, w bostońskim mieszkaniu na Commonwealth Avenue. I choć jest głodny, czeka.
Jego agent Trevor wydał oświadczenie w sprawie odwołania trasy, podając za powód zapalenie ścięgien. Richard nie rozumie, jaki jest cel publikowania tego typu mylących informacji. Wcześniej czy później trzeba chwycić byka za rogi. Bo byk biegnie z impetem wprost na niego.
Fakt, na początku Richardowi wydawało się, że ma zapalenie ścięgien, potwornie irytującą, ale częstą przypadłość pianistów, która mija dzięki odpoczynkowi i rehabilitacji. Był potwornie sfrustrowany, że musi zrobić sobie kilkutygodniową przerwę od gry, zmartwiony, że źle to podziała na jego techniczne umiejętności. Miało to miejsce siedem miesięcy temu, choć ma wrażenie, że zdarzyło się w innym życiu. Czego by teraz nie dał, żeby mieć zapalenie ścięgien.
Możliwe, że jego agent wciąż tkwi w zaprzeczeniu. Jesienią Richard ma zaplanowany koncert z Chicagowską Orkiestrą Symfoniczną. Trevor jeszcze go nie odwołał, na wypadek gdyby do tego czasu Richard poczuł się lepiej. Richard to rozumie. Nawet teraz, sześć miesięcy po diagnozie, nadal nie do końca do niego dociera, co mu dolega i co się wydarzy. W ciągu dnia, kiedy czyta albo bierze do rąk kubek kawy, nie zauważa u siebie żadnych symptomów. Czuje się całkowicie normalnie i albo zapomina, że ostatnie kilka miesięcy w ogóle miały miejsce, albo narasta w nim arogancka buta.
Neurolog na pewno się pomylił. To wirus. Spięty mięsień. Borelioza. Zapalenie ścięgna. Przejściowy problem, który teraz minął. Nic mu nie dolega.
Ale nie mija kilka godzin, jak jego prawa dłoń przestaje nadążać za tempem Preludium gis-moll Rachmaninowa. Albo upuszcza kubek, który staje się dziwnie ciężki, choć kawa wypełnia go tylko do połowy. Albo nie ma siły, żeby poradzić sobie z obcinaczem do paznokci. Spogląda na swoje groteskowo długie paznokcie lewej dłoni i starannie przycięte na prawej.
To nie jest przejściowy problem.
Nie zagra jesienią w Chicago.
Jest nagi. Zawsze sypiał nago, przez wszystkie te lata spędzone w towarzystwie Kariny ubranej w zakrywającą ją po szyję flanelową piżamę i podkolanówki. Richard próbuje ją sobie wyobrazić nagą, ale na myśl przychodzą mu tylko kochanki. Zwykle to by go podnieciło i z przyjemnością zacząłby się masturbować, by rozproszyć myśli, ale strach związany z tym, co go czeka, obudził w nim niepokój i jego kutas leży bezwładnie i nieruchomo jak reszta ciała.
Jego ciepło stworzyło pod kołdrą przyjemny kokon, stanowiący diametralny kontrast z nieprzyjemną temperaturą w jego sypialni. Richard przygotowuje się na szokującą ostrość zimnego powietrza na swojej skórze, gdy zedrze z siebie pościel. Chce wszystko widzieć, gdy to nadejdzie.
Mierzy wzrokiem swoje ręce, knykieć każdego palca, zwłaszcza wskazującego i środkowego na prawej dłoni. Próbuje doszukać się nieregularności na klatce piersiowej i brzuchu pomiędzy jednym a drugim oddechem. Następnie spogląda na nogi i palce u stóp. Jego zmysły są pobudzone i gotowe, niczym u myśliwego, który rozgląda się za przebłyskiem białego futra.
Czeka. Jego ciało jest jak garnek pełen wody na zbyt rozbuchanym palniku. To tylko kwestia czasu. Woda wkrótce się zagotuje. Oczywiście Richard liczy na to, że to się nie stanie. Ale mimo to w jakiś przewrotny sposób leży tam, witając objawy, gdy tańczą po jego ciele.
Na powierzchnię wypływa pierwszy bąbelek, ledwie pstryknięcie w lewej łydce. Wibruje tam przez kilka sekund jako zapowiedź czegoś większego, po czym przeskakuje od razu do mięśni czworogłowych uda, tuż nad kolanem. Wtedy zaczyna pulsować nasada prawego kciuka. Raz za razem, bez ustanku.
Richardowi trudno znieść ten konkretny objaw, spazm w dominującym kciuku, ale nie może odwrócić od niego wzroku. W milczeniu błaga mikroskopijnego wroga, który w nim tkwi, by przestał. Zupełnie przypadkiem - Richard wie, że nie posiada żadnej władzy nad tym, co się z nim dzieje - pulsowanie opuszcza jego dłoń i przenosi do przestrzeni pomiędzy dłonią a powięzią, jak mysz ryjąca norę w ścianach domu, i atakuje jego prawy biceps. Następnie dolną wargę. Nagłe, trzepoczące skurcze przechodzą falami z jednej części ciała do drugiej, szybko, niczym wrzenie.
Czasem drganie pozostaje w którymś miejscu na dłużej. Wczoraj utknęło w punkcie na prawym tricepsie, nie większym niż ćwierćdolarówka, nękając przez kilka godzin urywanym, powtarzalnym pulsowaniem. Zagnieździło się tam, męcząc to miejsce z maniakalną obsesją, chorą miłością, aż Richard zaczął panikować, że ból nigdy nie ustąpi.
A mimo to Richard ma całkowitą pewność, że ból minie. W którymś momencie drganie w każdej grupie mięśni - w rękach, nogach, ustach, przeponie - ustanie na zawsze, powinien więc polubić drgania. I być za nie wdzięcznym. Drganie oznacza, że jego mięśnie nadal są zdolne do reakcji.
Na razie.
Jego motoneurony są zatruwane koktajlem toksyn, którego składu nie zna ani jego lekarz, ani żaden naukowiec na tej planecie, i cały system motoneuronów kręci się w spirali śmierci. Jego neurony umierają, a mięśnie, które karmią, mrą z głodu, spragnione bodźców. Każde drganie to jęk, krzyk, błaganie mięśnia, by go ocalić.
Nie da się ich ocalić.
Jeszcze nie są martwe. Przypominają lampkę rezerwy paliwa informującą o prawie pustym baku, są jak system wczesnego ostrzegania. Leżąc nagi i zziębnięty na łóżku, Richard zaczyna przeliczać. Zakładając, że w baku jest siedem i pół litra paliwa, gdy włącza się lampka rezerwy, a jego bmw pali w mieście około jedenastu litrów na sto kilometrów, pokona jeszcze siedemdziesiąt kilometrów. Próbuje to sobie zwizualizować. Ostatnia kropla paliwa zostaje wykorzystana. Mechanizm silnika przestaje pracować. Auto się zatrzymuje. Pada.
Drga mu prawa strona dolnej wargi. Nie wnikając w anatomię, zastanawia się, ile paliwa dla mięśni pozostało w jego ciele i żałuje, że drgań nie można przeliczyć.
Ile kilometrów jeszcze mu zostało?