Życie wyższych sfer w Anglii - Dr Katarzyna Krzyżagórska-Pisarek


Reflow text when sidebars are open.
Kiedy zaczynałam pisać moją pierwszą książkę o Anglii - Życie po angielsku (Pracownia Słów, 2005), nie sądziłam, że jedną z jej głównych myśli przewodnich stanie się problem klasowy. Pomimo ciągłych nawoływań do stworzenia społeczeństwa bezklasowego (classless society), nadal nie można zrozumieć zachowania, sposobu myślenia i patrzenia na świat tego narodu bez podzielenia go na trzy kategorie: working class (klasa pracująca), middle class (klasa średnia) i upper class (klasa wyższa). Sami Anglicy tak się podzielili na przestrzeni swojej długiej i bogatej historii (chociaż oficjalna klasyfikacja powstała w XIX wieku), nieprzerwanej ani krwawą rewolucją, ani radykalną zmianą ustroju. Sami przyznają też, że ten tradycyjny system nadal istnieje, chociaż ma mniej - sze znaczenie niż dawniej. Podziały społeczne są dalekie od zniknięcia, a tradycyjna terminologia klasowa wciąż przenika życie publiczne i kształtuje myśl polityczną, jak również wpływa na przebieg osobistej kariery. BBC przeprowadza właśnie wielki sondaż (The Great British Class Survey, 2011) mający na celu szczegółowe określenie klasowości Brytyjczyków w XXI wieku. Widać jest to problem nadal aktualny! Wyspiarze to naród niezwykle konserwatywny, być może najbardziej w Europie, a może na świecie. Do dzisiaj zachowali monarchię, arystokrację i ziemiaństwo, pomimo nastrojów republikańskich XX i XXI wieku. Nie piszę więc o życiu angielskich wyższych sfer z potrzeb snobizmu (chociaż przyznaję się tu do pewnej fascynacji), ale właśnie dlatego, że jest to sytuacja unikatowa, która wyróżnia ich spośród innych narodów Europy.
Pierwsza książka o Anglii powstawała z myślą o pokazaniu jej mieszkańców na co dzień oraz przez pryzmat historii, literatury i sztuki. Okazuje się jednak, że najlepiej oddała życie zamożnych klas średnich, wśród których mieszkaliśmy przez kilkanaście lat w hrabstwie Surrey. Snobistyczne i drogie "słoneczne Surrey" (nawet pogoda jest tam lepsza niż na północy) leży w pasie zieleni (green belt) w okolicy Londynu, potocznie nazywanym pasem maklerów (stockbrokers'belt). Nie sądziłam jednak, że kiedykolwiek uda nam się spotkać bardziej nieuchwytną i nieliczną klasę wyższą (upper class). Samo życie wkrótce zweryfikowało tę opinię! Nasza córka dostała cenne stypendium do jednej z najbardziej ekskluzywnych szkół z internatem w Anglii, założonej w 1611 roku Charterhouse w miejscowości Godalming - bastionie przywilejów i wpływowych znajomości. Zaczął się nowy rozdział w jej życiu, dostarczając również nam wielu nowych i zaskakujących spostrzeżeń oraz materiału na drugą książkę. Powoli odkrywałam, jak mawiają Anglicy, "how the other half lives" - jak żyje druga ("lepsza") połowa społeczeństwa. W osobistych obserwacjach arystokracji i ziemiaństwa bardzo pomogła mi również cenna znajomość z pierwszą damą Polonii w Anglii, portrecistką brytyjskiej rodziny królewskiej, Barbarą Kaczmarowską-Hamilton. Na książkę złożyły się także liczne lektury - od szczegółowych analiz historycznych, po lekkie eseje o klasowych snobizmach. Mam nadzieję, że temat życia wyższych sfer w Anglii - dawniej i dziś - potraktowany trochę z przymrużeniem oka i z angielskim humorem, zainteresuje polskich czytelników.
Czy Anglicy są najbardziej snobistycznym narodem na świecie? Znany pisarz George Orwell nazwał ich kiedyś "najbardziej klasowym społeczeństwem pod słońcem". A jak jest dzisiaj? O aktualności tych problemów przekonałam się, mieszkając od ponad dwudziestu lat w południowej Anglii. Dwa lata temu wynajęliśmy zabytkową dawną plebanię (vicarage) w niedużej wiosce położonej w sielskim hrabstwie West Sussex, niedaleko od Londynu. Kamienny, stylowy, XIX-wieczny dom z rynnami i stolarką pomalowanymi na charakterystyczny brązowy kolor jak wiele innych domów w okolicy należy do lokalnego dziedzica. Chociaż jego nazwisko nigdy nie padło w rozmowach z agentem nieruchomości ani przy podpisywaniu kontraktu na wynajem (zastąpiła go nazwa majątku Paddockhurst Estate), okazało się, że właścicielem naszego domu jest znany arystokrata. Pochodzi ze słynnej rodziny Pearson, która posiada ponad 2000 ha ziemi w naszej okolicy i inne... sto domów! Ta sama rodzina ma jeszcze inny majątek w hrabstwie West Sussex, Cowdray Park, liczący ponad 6700 ha. Cowdray Park jest znany w Anglii ze słynnego i snobistycznego klubu gry w polo (polo to sport elit!). Najważniejszym członkiem rodziny, prawdziwą podwaliną jej sukcesów, był przemysłowiec i inżynier, Weetman Dickinson Pearson, założyciel potężnego konglomeratu wydawniczego Pearson Group, właściciel gazety "The Financial Times" i wydawnictwa Penguin. Na początku XX wieku, za wybitne osiągnięcia dla kraju, Pearson dostał arystokratyczny tytuł barona Cowdraya, a później wicehrabiego Cowdraya. Jego ogromna firma budowlana zatrudniała wtedy 20 000 osób i była odpowiedzialna za tak duże przedsięwzięcia, jak wykopanie głównego tunelu pod Tamizą w Londynie (Blackwall Tunnel, którym codziennie dojeżdża do Londynu mój mąż), wybudowanie portu w Dover, uregulowanie błękitnego Nilu w Egipcie czy odkrycie pokładów ropy naftowej w Meksyku. To chyba niemałe osiągnięcia! W 1894 roku nowo wzbogacony Weetman Pearson zakupił imponujący, ogromny dwór Paddockhurst w naszej malutkiej wiosce, wraz z tysiącami hektarów pól i lasów. Stał się panem na włościach! Po jego śmierci rodzina sprzedała pałac mnichom benedyktyńskim, którzy założyli w nim katolicką szkołę z internatem Worth School, do której zresztą uczęszczał nasz syn. To niesamowite, ale prawie cała okoliczna ziemia oraz wiele domów, w tym głównie cottages zamieszkałych przez ludzi zatrudnionych w majątku, nadal należą do arystokratycznych dziedziców! Wszystkie budynki mają stolarkę i rynny pomalowane na ten sam brązowy kolor, a więc łatwo je rozpoznać - chociaż, co dziwne, nie wszyscy okoliczni mieszkańcy o tym fakcie wiedzą!
Nasza "plebania", w której jeszcze kilkanaście lat temu mieszkał pastor lokalnego Kościoła anglikańskiego (miewamy od czasu do czasu niezapowiedzianych gości szukających pastora, którzy biorą mnie za jego... żonę!), graniczy bezpośrednio z polami i lasami należącymi do majątku. Zza żywopłotu zaglądają do nas ich konie i krowy pasące się na przylegającej do ogrodu łące. To tak, jakbyśmy mieli swój własny prywatny park, w którym prawie nigdy nikogo nie widujemy. Co bardzo wygodne (szczególnie dla mojego męża), wszystkie naprawy w domu i wszystkie roboty ogrodowe wykonują za nas etatowi pracownicy z majątku - od koszenia ogromnego trawnika traktorem (nie wiem dlaczego zawsze bez uprzedzenia), do bezskutecznej reperacji ciągle przeciekającego dachu garaży czy oranżerii.
W naszej wiosce jest tak bezpiecznie, że zostawiamy oba garaże szeroko otwarte i przez dwa lata nic z nich nie zginęło! Naszym najbliższym sąsiadem jest sympatyczny i zawsze chętny do pomocy emerytowany stolarz Derek, który wiernie przepracował dla arystokratów ponad czterdzieści lat. Mieszka w swoim kamiennym domu za darmo - i to dożywotnio, tak jak reszta pracowników zatrudnionych w majątku. Jego przyszłość jest zapewniona, według paternalistycznego i arystokratycznego systemu opieki nad pracownikami. Derek wyraźnie darzy swoich pracodawców ogromnym szacunkiem. Sam dziedzic osobiście odwiedza wiernego stolarza raz w roku - z butelką wybornego francuskiego szampana! Nasi sąsiedzi z drugiej strony, zamieszkujący obszerną kamienną rezydencję (osiem sypialni dla...dwóch osób) z kortami tenisowymi i stajniami, też kupili swoją posiadłość od tego samego dziedzica. Nie pracują (nie ma takiej potrzeby), grają w golfa, działają charytatywnie, a zimy spędzają na własnym jachcie, pływając po morzach południowych. Nikt nie kwestionuje tu podziałów klasowych i nierówności społecznych. Nikt nie oburza się na ogromne majątki ziemskie i arystokrację. Private property (własność prywatna) to na Wyspach rzecz święta. A my czujemy się w naszej wiosce, jakbyśmy żyli w czasach feudalnych!
Według niedawnych sondaży (2010) ogromna większość Brytyjczyków przyznała, że pomimo wielu lat rządów socjalistów (Labour), ludzie są nadal oceniani według klasy społecznej! Połowa ankietowanych zdecydowanie orzekła, że "klasowość jest nadal bardzo ważna". Co ciekawe, ponad 50 proc. zadeklarowało swoją przynależność do klasy robotniczej (nawet jeżeli sami nie byli "robotnikami", a jedynie ich rodzice), 41 proc. do klasy średniej, a jedynie 2 proc. przyznało się do klasy wyższej (bardzo skromnie!). Nie oznacza to jednak, że upper class się w tym kraju nie liczy. Arystokracja i ziemiaństwo do dzisiaj mają znaczenie ekonomiczne, cieszą się przywilejami i prestiżem społecznym i jeszcze do niedawna mieli realny wpływ na politykę poprzez Izbę Lordów. Intelektualna dominacja drogich prywatnych szkół (paradoksalnie nazywanych public!) takich jak Eton College, Westminster czy Harrow, oraz uniwersytetów Oxfordu i Cambridge powoduje, że kluczowe pozycje w polityce i ważnych instytucjach nadal zajmują ludzie z uprzywilejowanych i zamożnych środowisk. Nowy koalicyjny rząd Davida Camerona i Nicka Clegga jest wręcz wyjątkowo elitarny: aż 66 proc. ministrów wykształciło się w prywatnych szkołach, w tym 10 proc. w Eton. Trzy najważniejsze osoby w rządzie: premier, wicepremier oraz minister finansów pochodzą z zamożnych rodzin skoligaconych z arystokracją, uczęszczali do public schools, a potem studiowali w Oxfordzie lub Cambridge. Przystojny David Cameron jest synem maklera giełdowego, dalekim kuzynem królowej i chodził do elitarnej szkoły Eton College razem z księciem Edwardem. Jego żona Samantha jest córką ósmego baroneta, potomka króla Karola II. Jeszcze przystojniejszy Nick Clegg ma korzenie w rosyjskiej arystokracji i holenderskiej finansjerze, chodził do elitarnej szkoły Westminster i studiował w Cambridge. George Osborne jest synem siedemnastego baroneta i był wykształconym w St. Pauls' school i w Oxfordzie. A trzy czwarte koalicyjnego gabinetu to milionerzy! Uprzywilejowana elita "z klasą" (posh) znów dominuje w brytyjskiej polityce.
Akceptacja ustalonej hierarchii, szacunek dla arystokracji i ziemiaństwa oraz tradycyjna obsesja rangi i snobizm są nadal głęboko zakorzenione w tym społeczeństwie. W XIX wieku znany polityk Joseph Chamberlain, zresztą syn szewca przedsiębiorcy, stwierdził z przekąsem, że "każdy Anglik bardzo kocha lorda". Sam Chamberlain wybudował później obszerną rezydencję na wzór arystokratycznych dworów i żył tak jak oni. Nawet dzisiaj przeciętny Anglik odczuwa respekt i szacunek dla lorda. Klasa średnia nadal z podziwem spogląda na styl życia, sposób zachowania oraz akcent arystokracji i ziemiaństwa, a nawet stara się ich naśladować - chociaż nie chce się do tego przyznać! W tym kraju upper class imponuje i wzbudza szacunek, a nawet pewne onieśmielenie u innych klas. Również w czasach rządów socjalistów politycy wszystkich partii oraz znani i zasłużeni dla kraju ludzie chętnie przyjmowali tytuły szlacheckie z rąk królowej Elżbiety i z ochotą zasiadali w prestiżowej Izbie Lordów. To właśnie socjalista Tony Blair spowodował, że nadano aż 357 nowych tytułów parowskich (choć tylko na okres życia - a nie jak dawniej dziedzicznych) w czasie swoich rządów - a to więcej niż inni premierzy! Jak się to ma do idei socjalizmu? Może tak jak monarchia do demokracji? Tak czy tak, tytuły mają nadal swój ogromny prestiż i wartość, a chętnych na nie wciąż nie brakuje. Motywacją nie jest jedynie snobizm.
Dynastia Windsorów, czyli rodzina królewska jest nadal w samym centrum brytyjskiego Establishmentu. Królowa Elżbieta II jest głową państwa oraz Kościoła anglikańskiego, jak również stoi na czele sił zbrojnych. Monarchini jest również głową piętnastu innych państw, w tym np. Australii, Kanady czy Nowej Zelandii. Do jej kompetencji należy przyznawanie tytułów parowskich, life peerages, pozwalających nielicznym wybrańcom losu do zasiadania w prestiżowej Izbie
Lordów. Zaliczają się do nich m.in. dawna premier baroness Thatcher, kompozytor baron Lloyd-Webber, czy architekt baron Norman Foster. Honorowe tytuły szlacheckie (knighthoods) są za to nadawane ludziom, którzy osiągnęli znaczące sukcesy w różnych dziedzinach życia oraz promują kraj w świecie. Takie tytuły (Sir) posiadają na przykład znani muzycy: sir Elton John, sir Paul McCartney, aktorzy: sir Sean Connery, sir Roger Moore. Marzą o nich prawie wszyscy Brytyjczycy, jak również zasłużeni dla kraju cudzoziemcy. W Europie, czyli według Wyspiarzy - na kontynencie, tytuły szlacheckie nie mają podobnego znaczenia, gdyż często nie wiążą się ani z prestiżem, ani z korzyściami typu finansowego czy politycznego. I tak na przykład część Francuzów i Włochów do dziś nosi słynne stare nazwiska i fantazyjne tytuły (niektóre zresztą wymyślone!), ale nikt nie przywiązuje do nich specjalnej wagi. Są zakurzonym reliktem przeszłości, nieistniejącego już systemu. Arystokracja nie odgrywa tam ważnej roli i nie wzbudza w zwykłych ludziach innych uczuć oprócz obojętności, źle umiejscowionego snobizmu lub nawet niechęci. W Anglii sytuacja arystokracji wygląda inaczej. Po pierwsze jest to jedyny kraj w Europie, w którym monarchia nadal istnieje na tak szeroką skalę i dalej wzbudza ogromne zainteresowanie ogółu społeczeństwa. Po drugie część arystokratów jest wciąż bardzo zamożna, posiada ogromne majątki ziemskie, mieszka w rodowych pałacach i dworach, nawet jeżeli zmuszona jest otwierać je dla publiczności za opłatą.
Słowo arystokracja pochodzi z języka greckiego od słów aristos (najlepszy) i kratia (rządy), oznacza więc "rządy najlepszych". Wydaje się, że faktycznie długowieczne rządy arystokracji w Anglii były dość pomyślne. Słyszy się o niej raczej dobre opinie i, chyba nie bez powodu, klasa wyższa wzbudza w społeczeństwie respekt, poważanie (deference), nawet przywiązanie. Nie bez powodu również arystokracja przetrwała w chyba najbardziej kompletnej formie ze wszystkich krajów Europy. Chociaż już od końca XIX wieku jest u schyłku swoich przywilejów, to jednak pozostaje jedną z niewielu prawdziwych arystokracji w Europie, obok hiszpańskiej, która nadal posiada sporo ziemi. Lord Arran, jeden z najbardziej szczerych i dosadnie wyrażających się parów, do niedawna jeszcze zasiadający w Izbie Lordów, kiedyś rubasznie stwierdził: "Jesteśmy jedyną arystokracją w Europie, której ludzie nie mają w nosie!". I to jest prawda.
Trzeba uczciwie przyznać, że jako klasa społeczna, arystokracja i ziemiaństwo miały ogromny wkład w sukcesy swojego kraju, chociaż mało się o tym dziś mówi. Stanowiły jakby ekskluzywny klub, który przez stulecia skutecznie zarządzał nie tylko państwem, ale również potężnym Brytyjskim Imperium. Klasa wyższa dzieliła się na utytułowanych parów (peerage) oraz na ziemiaństwo bez tytułów (untitled gentry). Parowie zasiadali w Izbie Lordów, ziemianie w Izbie Gmin. Jej typowi reprezentanci wychowani w wiejskich dworach i pałacach byli często kształceni w słynnej szkole średniej Eton College, a później w Oxfordzie lub w Cambridge. Ich edukacji dopełniały podróże po Europie zwane Grand Tour oraz do zamorskich kolonii - w celu nawiązania cennych kontaktów, jeżeli zamierzali zostać politykami lub dyplomatami. Dopiero potem mogli zająć należne im miejsce w parlamencie. Każdy młody polityk z klasy wyższej wiedział, że był kształcony po to, aby wypełnić swój obowiązek wobec narodu. Brytyjska arystokracja dostarczała państwu rządzącej elity, dbała o interesy państwa i Imperium oraz aktywnie popierała mecenat sztuki - to przecież niemało! Oczywiście nie obeszło się bez czerpania osobistych zysków, ale według powszechnej opinii brytyjska arystokracja nigdy nie zapominała ani o służbie społecznej, ani o obowiązkach wobec kraju. Ktoś kiedyś powiedział dość trafnie: każdy kraj ma taką arystokrację, na jaką sobie zasłużył. Czy to prawda?
Nas, cudzoziemców, zaskakuje, że z jednej strony Anglicy tak długo nie potrafili porzucić swojej klasowej elity, a z drugiej, że arystokracja wyrobiła w sobie tak silny instynkt przetrwania. W Anglii zwykły człowiek w skromnym cottage'u, jak również potężny arystokrata w pałacu, akceptowali swoje miejsce w społeczeństwie jako z góry przesądzone i całkiem naturalne. Zadziwiające jest doprawdy, jak mało niechęci wzbudzała na Wyspach na przestrzeni wieków ta zamożna i dominująca klasa społeczna! Jednym z historycznych powodów tego stanu rzeczy była zapewne tzw. Wspaniała Rewolucja (The Glorious Revolution), która w 1688 roku skutecznie i długoterminowo ograniczyła absolutyzm monarchii na korzyść arystokracji i ziemiaństwa. Klasa wyższa stała się wręcz opiekunką społeczeństwa przed tyranią monarchii. Deklaracja Praw Narodu Angielskiego (Bill of Rights) z 1689 roku w radykalny sposób ograniczyła władzę króla na rzecz parlamentu, w którym zasiadały...arystokracja i ziemiaństwo. Anglia przekształciła się w monarchię parlamentarną, a parlament stał się najważniejszym organem władzy w państwie. W ten sposób zaczęły się de facto rządy arystokracji i ziemiaństwa. Nawet w 1879 roku, kiedy kraj był już uprzemysłowiony, pisarz T. H. S. Escot tak jednoznacznie określił sytuację w państwie: "Wpływy i potęga wielkich rodzin w Anglii są wszechobecne".
Jeszcze do niedawna arystokracja miała władzę i wpływy poprzez archaiczną wprawdzie, ale nadal sprawnie funkcjonującą Izbę Lordów. Dopiero w 1999 roku rząd Tony'ego Blaira przeprowadził reformę, usuwając większość z 759 dziedzicznych parów, a więc odcinając arystokrację od realnej władzy, ale nadal pozostawiając 92 osoby. Pomimo utraty władzy, arystokracja wykazała się dużymi zdolnościami adaptacyjnymi. Zachowała sporą część majątków ziemskich i rezydencji, które mogą rywalizować wspaniałością i rozmiarami z królewskimi. Nadal posiada prestiżową pozycję społeczną za sprawą monarchii, pomimo że ich więzy coraz bardziej się rozluźniają. Arystokraci są nadal preferowani jako patroni, prezesi lub przewodniczący organizacji charytatywnych i innych ważnych instytucji. Warto zadać sobie więc pytanie: w jaki sposób udało się arystokracji uniknąć krwawej rewolucji oraz utrzymać tak mocną pozycję w kraju, pomimo rewolucji...przemysłowej i urbanizacji? Inna nurtująca kwestia to: jak udało jej się odejść na dalszy plan w sposób pokojowy oraz do dziś zachować poważanie u większości społeczeństwa. Postaramy się odpowiedzieć na te pytania.
Znany brytyjski dziennikarz Jeremy Paxman już wiele lat temu wyjawił w swoim bestsellerze Friends in High Places. Who runs Britain? (Przyjaciele na wysokich stanowiskach, Kto rządzi Brytanią?, 1990), że utytułowane rodziny są nadal właścicielami co najmniej 1/3 powierzchni kraju. Oczywiście nie mówi się o tym zbyt wiele. Sekrety to angielska specjalność! Wręcz przeciwnie, panuje nawet obiegowa opinia, że zubożała arystokracja nazywana czasem nouveaux pauvres (z francuska "nowi-biedni", w przeciwieństwie do "nowobogackich"), w ugodowy sposób ustąpiła z polityki i z życia publicznego, z gracją akceptując swoją umniejszoną sytuację i przyjmując pozycję "dekoracyjnego splendoru". Czy jest to prawda? Jak wynika z listy najzamożniejszych ludzi w kraju sporządzonej przez gazetę "The Sunday Times", na trzecim miejscu nadal plasuje się zamożny arystokrata, książę Westminsteru, z majątkiem oszacowanym na 6,75 mld funtów. Jego rodzina posiada 120 ha najdroższych londyńskich dzielnic Mayfair i Belgravia oraz słynnej handlowej ulicy Oxford Street, 5000 ha ziemi w okolicy Eaton, 5700 ha w Północnej Walii, 400 ha w hrabstwie Kent, 160 ha w Shropshire, jak również majątki w dawnych koloniach: w Nowej Południowej Walii, Brytyjskiej Kolumbii, na Hawajach i w Australii. Według innych źródeł, książę Westminsteru jest właścicielem 57 000 ha w Zjednoczonym Królestwie oraz 150 000 ha za granicą. Co ciekawe, pomimo posiadania tak ogromnych majątków rozrzuconych niemalże po całym świecie, książę znajduje jeszcze czas, aby wziąć udział w ponad 200 uroczystościach charytatywnych w roku! Jednym z największych właścicieli ziemskich w kraju jest książę Buccleuch, z majątkiem w Szkocji szacowanym na 100 000 ha, a w Anglii na 4500 ha.
W rzeczywistości wcale nie jest łatwo dojść prawdy, jeśli chodzi o rozmiar arystokratycznych majątków. Jak pisała gazeta "The Times", połowa ziemi w kraju (czyli około 12 milionów ha) jest od ponad stu lat niezarejestrowana. Nie wiadomo, kto naprawdę jest jej właścicielem. Według innych wiarygodnych źródeł, okazuje się, że 90 proc. Brytyjczyków mieszka na jedynie 10 proc. terytorium kraju, a ziemi pod budowę domów wciąż brakuje na tej zatłoczonej wyspie. Jak doniosła kilka lat temu gazeta "The Independent", zaledwie 0,6 proc. Brytyjczyków, w tym arystokratów, ma w posiadaniu aż 69 proc. ziemi w kraju, w większości odziedziczoną w XIX wieku. Zaledwie 103 osoby posiadają na własność aż 30 proc. powierzchni Szkocji. Gorzej jest jedynie w Hiszpanii, w kraju, który w dużej mierze zachowuje wzorce gruntów narzucone przez reżim generała Franco, gdzie 70 proc. ziemi jest własnością 0,2 proc. populacji. Daje to chyba do myślenia...
Arystokracja zgromadziła ogromne majątki ziemskie przekazywane nienaruszone lub nawet powiększone z pokolenia na pokolenie, gdyż cały majątek w rodzinie dziedziczyła wyłącznie jedna osoba, według systemu zwanego primogeniture (pierworództwo) - najstarszy syn, który dostawał w spadku tytuł, pałac lub dwór, ziemię, dzieła sztuki, meble i kosztowności. Ponieważ młodsi synowie (tzw. younger sons) nawet najbogatszych lordów nie dziedziczyli ani tytułów, ani majątków, a jedynie pewną sumę pieniędzy i dobre wykształcenie, musieli sami sobie dawać radę w życiu. Nie czekała ich oczywiście bieda, ale nie mogli liczyć na rodzinny majątek. Tradycyjnie zajmowali się tak zwanymi professions, czyli robili karierę oficerską w wojsku (army), w marynarce wojennej (Navy), w dyplomacji, w hierarchii Kościoła anglikańskiego, a w ostatnich czasach również w londyńskim City. Byli i nadal są, choć teraz w dużo mniejszym stopniu, częścią Establishmentu, który za rządów konserwatystów był wyjątkowo obfity w członków klasy wyższej. Po objęciu rządów przez Partię Pracy w 1997 roku sytuacja się zmieniła i coraz więcej zdolnych, ambitnych i wykształconych ludzi z klasy średniej i pracującej dostało się do elit. Za to wykształcenie dziewcząt z klasy wyższej do niedawna było uznawane za zbyteczne, jak widać na przykładzie księżnej Diany, która choć ze słynnego rodu Spencerów, wykonywała zawód przedszkolanki i nie poszła na studia. Dla dobrze urodzonej dziewczyny ważne było przede wszystkim korzystnie wyjść za mąż. Klasa wyższa tradycyjnie trzyma się razem (wszyscy się znają), a więc często zawierano związki małżeńskie między sobą.
Pomimo ogromnych arystokratycznych majątków ziemskich, prawdziwych latyfundiów, w kraju panuje ogólne przekonanie, że klasa wyższa jest zubożała w porównaniu ze swoimi potężnymi przodkami. W wielu przypadkach właściciele ziemscy muszą uciekać się do sprzedaży majątków, do otwierania pałaców i dworów dla publiczności (za sporą opłatą), do wyprzedawania kolekcji obrazów starych mistrzów na aukcji lub do wynajmowania skrzydeł pałacowych na apartamenty. Niektórzy z nich, tak jak ekscentryczny siódmy Marquess of Bath, polityk, pisarz, malarz i dawny hipis, którego miałam przyjemność poznać, zrobił z odziedziczonego majątku świetnie prosperujący interes. Przekształcił swój pałac i park Longleat House w hrabstwie Wiltshire w popularną atrakcję dla turystów, z parkiem safari włącznie. Kiedy jego ojciec, szósty markiz, otworzył safari park ponad 40 lat temu, mieszkańcy okolicznych wiosek byli ogromnie zaniepokojeni tym faktem. Istniały obawy, że lwy i tygrysy uciekną z ogrodzonego terenu! Markiz otworzył park pomimo protestów lokalnej ludności, pozwalając zwiedzającym zbliżać się do zwierząt, co było jedynie możliwe w ogrodach zoologicznych. Markiz Bath to tytuł w parostwie Wielkiej Brytanii, który powstał w 1789 roku dla Thomasa Thynne'a, trzeciego wicehrabiego Weymoutha. Rodzina Thynne'ów wywodzi się od dworzanina sir Johna Thynne'a (zm. 1580), który wybudował Longleat House pomiędzy rokiem 1567 i 1579. Co do siódmego markiza Bath, to chociaż urodził się w Londynie, dorastał w Longleat, wielkim elżbietańskim pałacu położonym na terenie parku krajobrazowego zaprojektowanego przez słynnego ogrodnika Capability Browna. Jego wczesne życie było typowe dla arystokratów: uczył się w Eton, studiował w Oxfordzie. Do niedawna zasiadał w Izbie Lordów, do której należał od czasu odziedziczenia tytułu markiza po ojcu. W 1969 roku poślubił węgierską aktorkę Annę Gael Gyarmathy, z którą ma dwoje dzieci. Żona spędza większość czasu w Paryżu, a jedynie tydzień w miesiącu w Longleat. Lord Bath jest znany z wyjątkowo kolorowego i niekonwencjonalnego stylu życia z dużą liczbą "przyjaciółek"! Znany jest również z szalenie barwnego stylu ubierania, który pochodzi z okresu, kiedy studiował sztukę w Paryżu. Na pałacowych ścianach sypialni namalował psychodeliczne, erotyczne sceny z Kamasutry! Sukces całego przedsięwzięcia, jakim jest Longleat za czasów siódmego markiza, przypisuje się nie tylko jego niespożytej energii, ale właśnie artystycznemu wizerunkowi, który zapewnił mu rozgłos. Arystokratom wiele się w tym kraju wybacza, a ekscentryczność jest wręcz ich cechą charakterystyczną. Marquess of Bath jest poza tym bardzo zamożnym i przedsiębiorczym człowiekiem biznesu. Znajduje się na 359. miejscu w rankingu The Sunday Times Rich List 2009, z majątkiem ocenianym na 157 milionów funtów. Pomimo kłopotów finansowych i umniejszonych wpływów, arystokracja to nie tylko barwna przeszłość, ale również fascynujące (i nierzadko ekscentryczne!) realia teraźniejszości.
Anglicy przyznają, że ich arystokracja była bardzo małą, ale za to niezwykle zamożną, pewną siebie i wpływową grupą społeczną. W sumie szacowano utytułowaną elitę na zaledwie 10 000 - 15 000 osób, czyli na wyjątkowo mało w porównaniu ze szlachtą europejską. Jak podają angielskie źródła (J. V. Beckett), XVIII-wieczna Rosja liczyła 500 000 członków arystokracji, Polska nawet 700 000 - 800 000, a Francja około 350 000. Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że w Anglii majątek i tytuł dziedziczyła tylko jedna osoba (primogeniture), a w Europie całe rodziny nosiły arystokratyczne tytuły i dziedziczyły majątek. Angielscy parowie byli najmniejszą i najbardziej ekskluzywną arystokracją w Europie, za którą stały mocno skoncentrowane majątki ziemskie oraz olbrzymie dochody z nich płynące. W swej książce More Equal than Others. The Changing Fortunes of the British and European aristocracies ("Równi i równiejsi. Zmienne losy brytyjskiej i europejskich arystokracji", 1970), autor lord Montagu of Beaulieu tłumaczył typowy dla angielskich arystokratów brak ostentacyjności i chwalenia się majątkiem faktem, że byli zupełnie pewni swojej uprzywilejowanej i stabilnej sytuacji w społeczeństwie. Nie musieli na nikim robić wrażenia, nikomu imponować. Ich bogactwo nie kłuło w oczy zwykłych ludzi i nie wzbudzało niepotrzebnej zazdrości. Niektórzy co bardziej ekscentryczni arystokraci ubierali się tak niechlujnie, że brano ich za włóczęgów! Gdy kiedyś zapytano piętnastego księcia Norfolku, dlaczego tak niedbale się nosi, dowcipnie odpowiedział: "Nie ma znaczenia, jak ubieram się na wsi, ponieważ tam wszyscy wiedzą, kim jestem i nie jest ważne, jak ubieram się w Londynie, bo tam nikt nie wie, kim jestem!". Angielskiego para było po prostu stać na to, by być sobą. Indywidualność i ekscentryczność były i nadal są typowymi cechami arystokracji na Wyspach. Z tych samych powodów patrycjusze nie musieli prowadzić rozrzutnego trybu życia, przestrzegać dworskiej etykiety, czy przyjaźnić się jedynie z ludźmi o błękitnej krwi - nic nie zagrażało ich mocnej pozycji w społeczeństwie. Mogli skoncentrować się na inwestowaniu w usprawnianie rolnictwa, w budowę kanałów, czy w kopalnie węgla i minerałów. Angielski par absolutnie pewny swojej podniosłej rangi i majątku, mógł również poświęcić sporą część czasu sprawom państwowym. Służba społeczna była wręcz jego obowiązkiem, według zasady noblesse oblige (szlachectwo zobowiązuje). Patrycjuszy stać było na bycie ustępliwym wobec klas niższych. Nawet, jeżeli poszli na kompromisy, to nie czekała ich ani bieda, ani hańba, tak jak działo się w Europie.
Angielskie ziemiaństwo i arystokracja mieszkali przez większość roku w majątku ziemskim na wsi, a resztę czasu spędzali w Londynie i za granicą. Byli tradycyjnie mocno związana z ziemią. Nigdy nie odseparowali się od ludzi we wsi, tak jak na przykład wyrafinowana francuska noblesse, spędzająca wiekszość czasu na dworskich rozrywkach w kapiącym od złota Wersalu. Angielscy lordowie nie zapominali w ciężkich chwilach o swoich ubogich pracownikach rolnych i nie pamiętali jedynie, jak to czyniło możnowładztwo kontynentalne, o własnych interesach. Wręcz przeciwnie. Arystokraci byli uważani za opiekunów ludu i nie traktowali chłopów jak poddanych. Trzeba pamiętać, że już w XVI-wiecznej Anglii praktycznie zanikła pańszczyzna. Chłopi stali się oczynszowanymi dzierżawcami lub najemnymi robotnikami folwarcznymi. Warto zaznaczyć, że w większości państw kontynentalnych podobny proces nastąpił dopiero pod koniec XIX wieku, czyli dużo później niż na Wyspach. Sytuacja mas pracujących na roli była więc w Anglii pomyślniejsza niż w Europie. Emancypacja klas rolnych oraz równość prawna przeprowadzone tak wcześnie znacznie złagodziły konflikty klasowe. Za to dwór królewski był od XVIII wieku zdominowany przez niemiecką dynastię Hanowerczyków, uważanych przez arystokrację za... mało pociągających i niewyrafinowanych! Nie cieszył się więc zbytnią atrakcyjnością, tak jak francuski, i nie przyciągał rodzimej arystokracji. Sama arystokracja była zresztą na wskroś angielska - to między innymi cecha, która pomogła jej przetrwać na przestrzeni wieków i długo cieszyć się popularnością wśród narodu. W Rosji na przykład, arystokracja była dumna z tego, że mówi jedynie po francusku lub po angielsku. Wiemy, jak to się dla niej skończyło.
Inną pozytywną cechą arystokracji w Anglii był fakt, że była przynajmniej w teorii elitą otwartą. W XVIII wieku klasa wyższa przyjmowała w swoje szeregi zamożnych ludzi, którzy zdobyli majątek ziemski oraz przyjęli arystokratyczny styl życia. Snobizm klasowy, do dzisiaj narodowa cecha Anglików, był małą ceną do zapłacenia za płynne granice pomiędzy klasami. Według lorda Montagu, w Europie szlachtę i ludzi z klas niższych dzieliła ogromna przepaść. Angielska klasa wyższa była zdecydowanie mniej kastowa niż europejska, ale w praktyce dostać się do ścisłej arystokracji było niezwykle trudno. Dostać się do parów było o wiele trudniej niż np. wejść w szeregi francuskiej noblesse. Łatwiej było bowiem zakupić szlachecki tytuł (tzw. la vente des offices, czyli sprzedaż nobilitujących urzędów) oficjalnie lub na czarnym rynku, który działał w XVIII wieku we Francji. W Anglii, aby dostać się do elit, trzeba było nie tylko nabyć spory majątek ziemski oraz dwór (country house), ale również nabrać odpowiednich nawyków i akcentu oraz nauczyć się arystokratycznego sposobu bycia. A na to potrzeba było przynajmniej jednego pokolenia, a najlepiej dwóch lub trzech. Dla człowieka wspinającego się po szczeblach drabiny klasowej najkorzystniej było poślubić przedstawicielkę klasy wyższej, a synów posłać do public schools, czyli prywatnych szkół z internatem, gdzie nabrali ogłady i odpowiedniego akcentu. Posiadanie ziemi było niezbędne i zapewniało wysokie zyski w formie dzierżawy farm, eksploatacji lasów i kopalni minerałów znajdujących się na terenie majątku. Pozwalało również na głosowanie w wyborach, na miejsce w lokalnym i centralnym rządzie, oraz na udział w prestiżowych sportach zarezerwowanych tylko dla elit - w polowaniach na lisy oraz w strzelaniu do ptactwa i zwierzyny (tzw. hunting and shooting). Te sporty były przywilejem upper class i bardzo liczyły się w społeczeństwie. Na możliwość zasiadania w Izbie Lordów odnoszący sukcesy zamożny biznesmen z klasy średniej musiał niestety poczekać aż do XX wieku.
Oprócz wyżej wymienionych cech, które pomogły arystokracji przetrwać do dnia dzisiejszego, miała ona również sporo szczęścia, chociażby ze względu na położenie geograficzne kraju. Zjednoczone Królestwo jako wyspa było odseparowane od rewolucyjnych tendencji w Europie. Arystokracja miała również sporo szczęścia w długowieczności monarchii. Dodatkowymi atutami angielskich elit była ich elastyczność, brak uprzedzeń i zdolności adaptacyjne. Inną cechą charakteryzującą zasiadających w Izbie Lordów parów był realizm, a w razie niezbędnej potrzeby gotowość pójścia na kompromis. Umiarkowanie i rozsądek brały na ogół górę. Starano się nie stawiać spraw na ostrzu noża. Francuz, hrabia de Mirabeau, tak napisał z Anglii w 1784 roku, na kilka lat przed Wielką Rewolucją Francuską: "Jeżeli we Francji wybuchnie rewolucja, to drżę o arystokrację: jej châteaux będą obrócone w popiół, a jej krew popłynie strumieniami. Za to angielski chłop dzierżawca będzie bronił swojego lorda do samego końca!".
Reasumując: upodobanie arystokracji do życia na wsi oraz pewien stopień wolności chłopów gwarantowały bezpieczeństwo i spokój życia na angielskim dworze. Jak pisał na początku XIX wieku Amerykanin Ralph Waldo Emmerson: "Najbardziej zatwardziały radykał natychmiast zdejmuje czapkę i zmienia swój ton wobec lorda". I wcale nie przez snobizm.
Definicja angielskiej, czy tym bardziej brytyjskiej, arystokracji jest nawet dla samych Wyspiarzy niejasna, co przyznają ich historycy. Dla cudzoziemców wydaje się być prawdziwą łamigłówką. Na przykład jedynie połowa nobility to prawdziwa arystokracja, a reszta to life peers, czyli parowie, których tytuły są nadane jedynie na okres ich życia. A wśród samej arystokracji tylko 1/3 ma szlacheckie tytuły, a reszta to rodziny młodszych synów. Nie wiadomo również, ile osób znajdowało się w niższych rangach klasy wyższej, czyli wśród ludzi noszących tytuły esquire i gentleman. A kim tak naprawdę był gentleman? Odpowiedzmy, cytując rozmowę dwóch nauczycieli z prestiżowej szkoły Rugby, kiedy w 1895 roku rozmawiali o nowo mianowanym dyrektorze: "Powiedz mi, czy pastor James jest dżentelmenem? Zrozum, nie pytam, czy mówi poprawnie po angielsku (z akcentem Queen's English), ale czy miał dziadka?". Chodziło oczywiście o dziadka... z rodowodem! Dawniej uważano, że potrzeba co najmniej trzech pokoleń, aby stać się prawdziwym dżentelmenem. W 1806 roku było w całym kraju jedynie około 20 000 dżentelmenów. Jeszcze mniej ludzi kwalifikowało się do ścisłej arystokracji. W 1900 roku było tu zaledwie 520 parów i 20 diuków (czyli niekrólewskich książąt). Wśród nich istniały różne gradacje i snobizmy. Najstarsza arystokracja, sięgająca korzeniami epoki Normanów i zamierzchłych czasów Wilhelma Zdobywcy (1066 roku), uważała za "wulgarne" nosić tytuł nadany po czasach... Tudorów (XV-XVI wiek)! Najstarsze rodziny pochodzące od Normanów to Mowbray, Neville, Talbot, Courtney, Stanley czy Percy. Szlacheckie rodziny i tytuły są także skomplikowane ze względu na fakt, że arystokraci dziedzicząc tytuły i majątki, zmieniali również... nazwiska. Na przykład znany polityk i dyplomata sir Alec Douglas-Home w dzieciństwie nazywał się Alexander Douglas-Home, później lord Dunglass, po odziedziczeniu po ojcu tytułu i majątku - The Earl of Home, a następnie sir Alexander Douglas-Home. Wreszcie pod koniec życia przybrał tytuł The Lord Home of the Hirsel. Inny przykład: Henry Ian Russell Robin z pałacu Woburn Abbey. W dzieciństwie nazywano go lordem Howland, później nosił nazwisko Marquess of Tavistock, a wreszcie 14th Duke of Bedford. Czy to może dla zmylenia?
Przybliżmy teraz (w ogólnym zarysie) złożoną hierarchię rodziny królewskiej i arystokracji (order of precedence), które obowiązują w brytyjskim społeczeństwie do dzisiaj. Na czele rodziny królewskiej stoi, jak wiadomo, królowa Elżbieta, a potem w kolejności jej mąż - książę Edynburga; Karol - książę Walii; książę Yorku; hrabia Wessex; książę William; książę Henry (znany jako Harry); książę Gloucester; książę Kentu i książę Michael of Kent. Co ciekawe, arystokracja najwyższej rangi wcale nie jest najstarszą! To dziś zaledwie dwudziestu czterech dukes - czyli niekrólewskich książąt, którzy są wszyscy ze sobą skoligaceni. Endogamiczność (inbreeding) sprzyja niestety chorobom psychicznym, których wśród nich nie brakuje. Diukowie mają prawdziwą obsesję swojej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie. U arystokracji tradycyjny porządek pierwszeństwa wygląda następująco: najpierw diukowie, później niektórzy mniej ważni członkowie rodziny królewskiej, ministrowie i zagraniczni wysłannicy, markizowie, najstarsi synowie książąt, hrabiowie, najstarsi synowie markizów, młodsi synowie książąt, wicehrabiowie, najstarsi synowie hrabiów itd. Porządek ten podaję z konieczności w skrócie ze względu na dużą złożoność zagadnienia. Na samym dole tej arystokratycznej piramidy znajdują się baronowie i ich synowie, jak również synowie wicehrabiów i hrabiów. Może warto jedynie zapamiętać następujący porządek tytułów (peerage) według starszeństwa: Duke (np. Duke of Marlborough, żona - Duchess), Marquess (tytuł lord i lady, np. Lord Bath), Earl (hrabia: żona - countess, synowie - honourable, córka - lady przed imieniem, np. lady Sarah), Viscount (wicehrabia), Baron oraz baronet (tytułowany sir). Te sześć tytułów jest dziedzicznych (na ogół przez najstarszego syna) lub nadawanych przez państwo. Nie można żadnego z nich kupić. Life peerage (parostwo na okres życia) to tytuł nadawany od roku 1958, którego nie można dziedziczyć. Knighthood (kawalerstwo, rycerstwo), to inny szlachecki tytuł nadawany przez państwo, którego również nie można dziedziczyć. Istnieją natomiast tytuły, które można kupić, nawet za stosunkowo niedużą sumę. Na przykład Lord of the Manor jest tytułem feudalnym z epoki Normanów, który można nabyć za pośrednictwem organizacji The Manorial Society of Great Britain. Właściciel tego feudalnego tytułu ma prawo do tytułu Lord of the Manor of... (tu nazwa np. wioski lub miasta), nie może jednak używać tytułu: lord + nazwisko lub miejsce, zarezerwowanego dla "prawdziwej" arystokracji. Niektóre z tytułów na sprzedaż mają nawet historyczne znaczenie, ale ponieważ nie figurują w oficjalnych genealogiach, takich jak Burke's Peerage, nie liczą się w kręgach arystokracji. Można również kupić tytuł "Szkockiego Feudalnego Barona" na stronie internetowej www.baronytitles.com. Właściciel tytułu ma prawo używać go w następującej formie: nazwisko + tytuł (tu: Baron) + miejsce. Ale czy warto? Arystokracja i tak nie przyjmie go w swoje szeregi.
Przy okazji wspomnijmy o popularnych w Anglii książkach poświęconych genealogii arystokracji, pomimo ich niezwykle szczegółowej i nudnej przecież zawartości. Ponieważ wielu patrycjuszy wcale nie posiada szlacheckiego tytułu, uważają słynną publikację Burke Peerage and Gentry ("Parowie i Ziemiaństwo") obejmującą również landed gentry (czyli ziemiaństwo bez tytułów) za ważniejszą od Debretta The Correct Peerage of England, Scotland and Ireland ("Właściwa księga genealogiczna parów w Anglii, Szkocji i Irlandii"). Debrett jest starym angielskim wydawnictwem specjalizującym się w genealogii, dobrych manierach i ogólnie wykwintnym guście. Firma jest prawdziwym arbitrem życia wyższych sfer na Wyspach! Powstała w Londynie w 1769 roku, a jej założycielem był John Debrett, francuski Hugenot urodzony w Anglii. W 1802 roku Debrett wydał pierwszą księgę poświęconą rodowodom arystokracji, która szybko osiągnęła popularność i... dotąd nie wyszła z mody! Doczekała się już 145 wydań i nadal ukazuje się pod tytułem Debrett's Peerage & Baronetage. Większość snobistycznych Brytyjczyków po cichu marzy, aby się w niej znaleźć, choć nie chce się oczywiście do tego przyznać. Ta gruba księga o ponad trzech tysiącach (!) stron rejestruje genealogiczne personalia wszystkich książąt, markizów, wicehrabiów, hrabiów, baronów i baronetów oraz żyjących członków ich rodzin w linii męskiej. Konkurencyjną publikacją jest Burke, Peerage and Gentry, która jest dostępna w Internecie. W formie książkowej kosztuje niebagatelną sumę 300 funtów. Peerage, Baronetage & Knightage (107 wydanie), nazywana arystokratyczną biblią, od 175 lat rejestruje korzenie brytyjskiej arystokracji. Idąc z duchem demokratycznych czasów, tom Landed Gentry ("Ziemiaństwo") obejmuje wszystkie elity, i to niezależnie od ich pochodzenia.
Zastanawiające jest dla nas, cudzoziemców, w jak dużym stopniu Anglicy akceptowali nierówności społeczne jako niezbędną część życia, a nawet podziwiali arystokratów, którzy nimi rządzili. I to co najmniej do czasów pierwszej wojny światowej. W 1871 roku gazeta "The Times" napisała, że "zwykli ludzie nie tylko tolerują, ale nawet podziwiają arystokrację (...). Widzą ich prawdziwe zasługi, których nie zauważają gdzie indziej". Więcej, typowy przedstawiciel dorabiającej się klasy średniej był snobem, kochał lorda i starał się we wszystkim go naśladować. Chłop także szanował i podziwiał lokalnego dziedzica. Ważną rolę odegrał w tym zapewne ideał szlachetnego gentlemena, który stał się najwyższą wartością w społeczeństwie. Był również jedną z więzi łączących wszystkie klasy społeczne, cały naród. Prawdziwy dżentelmen, dawniej jedynie arystokrata lub ziemianin, a później każdy, kto posiadał odpowiednie cechy charakteru i zachowania, był rycerski, szlachetny, honorowy, dobrze wychowany, dobroczynny, wspaniałomyślny, odważny oraz godny szacunku. Takie cechy przypisywano w Anglii prawdziwemu arystokracie. Tego się po nim wręcz spodziewano! Francuskie wprawdzie, ale potocznie używane w Anglii określenie noblesse oblige, oznaczało, że przywileje klasowe wiązały się z odpowiedzialnością. Arystokraci byli dla przeciętnego człowieka praktyczną gwarancją bardziej życzliwego, honorowego i dżentelmeńskiego zachowania, niż to, "co był w stanie wyprodukować jedynie własny interes". Innymi słowy, społeczeństwo bardziej ufało arystokracji o wielowiekowych tradycjach i wysokim statusie społecznym i materialnym niż "dorobkiewiczom" z klasy średniej, którzy wzbogacili się w handlu czy przemyśle. Po szlachcie spodziewano się więcej, i więcej od niej oczekiwano. Gwarancją dobrego postępowania wobec ludzi było właśnie ich pochodzenie i wychowanie. Cnota była uważana za dziedziczną - arystokracja reprezentowała zbiorową mądrość poprzednich pokoleń. Ideał szlachetnego dżentelmena nazywano w Anglii drugą religią.
Trzeba zauważyć, że czasy, kiedy w Izbie Lordów zasiadali parowie, a w Izbie Gmin sami dżentelmeni był również czasem największej świetności kraju. Czyżby był to tylko zbieg okoliczności? Wysokie mniemanie o angielskiej arystokracji podzielali cudzoziemcy odwiedzający Wyspy. Amerykański poeta i filozof Ralph Waldo Emerson tak pisał o angielskich elitach w swojej książce Essays and English Traits ("Eseje i angielskie cechy"), na początku XX wieku: "Ich dobre postępowanie zasługuje na swoją sławę; mają w sobie prostotę oraz spokój, które są najlepszymi ozdobami wielkości. (...) Mają poczucie wyższości, brak wszelkiego ambitnego wysiłku, który tak wzbudza wstręt u aspirujących klas, czystą nutę myśli i uczuć oraz siłę opanowania, a wśród innych luksusów obecność najznakomitszych ludzi podczas spotkań towarzyskich". Emerson opisuje typowego angielskiego arystokratę jako "odważnego, przystojnego, znakomitego i wielkiego serca". Dodaje również: "Angielscy baronowie w każdym okresie byli odważni i wielcy, według oceny i opinii swoich czasów".