Spoglądałam przez szybę jadącego autobusu na znajome i bliskie mi miejsca. Hipnotycznie wpatrywałam się w połyskujące promienie słońca, migoczące daleko na powierzchni zimnego Morza Północnego. Patrzyłam na zmieniający się krajobraz, który wywoływał coraz silniejsze emocje. Zbliżałam się do miejsca dla mnie szczególnego, po pięciu latach wracałam do Edynburga. Jechałam pełna obaw i wątpliwości. I dopóki nie zobaczyłam tych charakterystycznych wzniesień i zatok wschodniego wybrzeża, ciągnących się wzdłuż drogi, byłam spokojna, czułam się silna i zwarta. Teraz z każdym kilometrem przybywało wspomnień i emocji. Zdałam sobie sprawę, że choćby minęło sto lat, ja będę pamiętać, kiedy pierwszy raz wyjechaliśmy na wakacje do Polski. I te krótkie weekendowe wyprawy. Spacery po plaży i odkrywanie nowych zakątków. Zwiedzanie i smakowanie kolejnej przygody.
Zdawało mi się, że jeszcze wczoraj tędy jechałam, że czas się zatrzymał, a ja wciąż mieszkam w Szkocji. Miarowy warkot silnika i ledwie słyszalne rozmowy pasażerów nie stanowiły przeszkody, bym zanurzyła się w swoim wewnętrznym życiu, odtwarzając w pamięci tylko mi znane wydarzenia. Na nowo przeżywałam te piękne chwile, czułam tę samą ekscytację nowym i nieznanym. Jakaś część mnie została w tych miejscach i te widoki zapadły do mojego jestestwa. Nawet cieszyłam się, że widzę to wszystko znowu. Poczułam spokój i pomyślałam, że może nie będzie tak strasznie, mam również miłe wspomnienia. Odkręciłam butelkę, wzięłam kilka łyków i poczułam, jak woda spływa do środka mojego ciała. Po chwili oparłam głowę i zamknęłam oczy. Nieważne, czy mi się podoba, czy nie, za kilka chwil wysiądę w Edynburgu. Przeszłość nie może mi zagrażać, jestem bezpieczna – pocieszałam się. Siedząca obok mnie kobieta potrąciła mnie w nogę. Otworzyłam oczy, rejestrując to co się dzieje. Sąsiadka powiedziała przepraszam, jak gdyby nigdy nic, i grzebała w swojej torbie.
Znowu wbiłam wzrok w umykające drzewa. Rozglądałam się czujnie i spostrzegłam drogowskaz z napisem St Abbs. Moje ciało zareagowało gwałtownie. Z trudem mogłam pohamować łzy. Tutaj zginął Robert. Mój spokój, drżący i niestabilny, roztrzaskał się jak kryształowy wazon potrącony przez nieuwagę, zamieniając się w stertę nieregularnych szklanych kawałków eksplodujących we wszystkich kierunkach.
Nie spodziewałam się takiego silnego uderzenia żalu i goryczy. Smutek i rozpacz poraziły mnie niczym ukryta w zaroślach pułapka na drapieżnego zwierza. Byłam zdruzgotana. Czułam, że moja twarz robi się czerwona niczym pomidor. Jak ukryć to, co się ze mną działo, w jaki sposób opanować drżenie? Czy musiała potrącić mnie właśnie teraz? Po co mi to doświadczenie? – gryzłam się z myślami. I mimo że bardzo się starałam, nic mi nie pomagało, ani rozsądek, ani żadne uzasadnienia. Czułam ogromny żal i boleść. W żaden sposób nie mogłam przed tym uciec.
Nasz przyjaciel spadł z klifu. To była nagła i przedwczesna śmierć. Ogromny wstrząs i niewymowna tragedia. Mnie jednak wyrwała z głębokiej depresji. I choć była przeraźliwie bolesna, ja oderwałam się od własnego cierpienia.
– Witaj Robercie, mój przyjacielu – mówiłam w myślach. – Bardzo mi ciebie brakuje. – Łzy napływały mi do oczu. – Cieszę się, że cię poznałam i mogłam przez chwilę dzielić z tobą los. Kiedyś się spotkamy.
Przetarłam twarz. Załzawionymi oczami biegłam wzrokiem po wierzchołkach drzew. Nie patrzyłam na nie. Nie widziałam ich. Umykały obce i dalekie. Byłam nieobecna.
W Szkocji spędziłam kilka lat życia. Dostosowałam się do nowej rzeczywistości i mogłam poszczycić się pewnymi sukcesami. Miałam dobrego i troskliwego męża, pracę i mieszkanie. Byłam z tego zadowolona i zdawało mi się, że mam wszystko, czego mi trzeba. Życie jednak miało dla mnie inny scenariusz. Porwało mnie nagle i uczyłam się żyć od nowa.
Drugi raz urodziłam się dziewięć lat temu. Tak, urodziłam się ponownie i odkrywałam siebie na nowo. Obudziłam się w tym samym ciele, przy boku tego samego męża i w tej samej rodzinie, a jednak byłam kimś zupełnie innym. Patrzyłam na tych samych ludzi, ten sam dom, pamiętałam, co do tej pory się wydarzyło, miałam tę samą historię, ale w środku byłam zmieniona. Robiłam rzeczy, o których wcześniej nie miałam odwagi nawet pomyśleć. Czułam i myślałam zupełnie inaczej.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo się zmieniłaś – pewnego razu pożalił się Stanisław, mój mąż.
Spojrzałam na niego zdumiona i jakby z ulgą. On też widzi, że jestem inna. Poczułam się jak dziecko przyłapane na wykradaniu cukierków z kredensu, które są właśnie dla niego.
– Tak, zmieniłam się – odparłam. – Przykro mi, jeżeli ci to przeszkadza. Nie jestem tym samym człowiekiem, sama siebie nie poznaję – wycedziłam.
Ale Stach nic nie odpowiedział. Patrzył na mnie pustym wzrokiem i wrócił do krojenia pomidora.
Coraz częściej zdawałam sobie sprawę, że robię dziwne rzeczy, jakby wbrew sobie. Mówiłam słowa, które nie należały do mojego dotychczasowego słownika. Na początku niepokoiłam się, ale gdy moje nowe ja przeprowadziło mnie przez zasieki, labirynty i rynsztoki życia, zaczęłam ufać swojej intuicji. Dziewięć lat uczyłam się siebie i prowadziłam śledztwo, kim jestem. Czytałam, szukałam i pytałam. W końcu wróciłam do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Gdzie mój świat przewrócił się do góry nogami. Niczym oprawca, który powraca do miejsca zbrodni. Z ogromnym lękiem dotarłam do naszego mieszkania, w którym rozpoczęłam moje dorosłe życie ze Staszkiem i gdzie miała swój początek moja osobista przemiana.
– Dzień dobry. Mam na imię Zbyszek, jestem tatą Karola – usłyszałam ciepły głos w telefonie.
– Dzień dobry – odpowiedziałam i czekałam, co będzie dalej.
– Zrobiłem dla pani miejsce w szafie, proszę się rozgościć. Warunki są, jak pani widzi, skromne. Proszę używać wszystkich narzędzi, są tam pod łóżkiem w kartonach – mówił mężczyzna, jakby się śpieszył.
– Dziękuje, jakoś sobie radzę. Chcę pomalować drugi raz ścianę. Wczoraj byłam za bardzo zmęczona – odparłam, usprawiedliwiając się.
– Bardzo dobrze, musiała pani odpocząć po podróży – powiedział troskliwie.
– Przyjechało trochę rzeczy z Polski i zrobił się bałagan – rzuciłam badawczo.
– Nic nie szkodzi. Panele się przydadzą – żartował.
– Też tak myślę – odrzekłam z ulgą, bo czułam, że ten człowiek docenia moje starania.
– W lodówce jest jedzenie. – Zmienił temat. – Zostawiłem ciasteczka. Proszę się poczęstować i powiedzieć, czy smakowało. Chleb jest w szafce i jakieś wędliny w lodówce, na co ma pani ochotę. I proszę koniecznie spróbować chorizo. Nie każdy lubi, może pani zasmakuje, bo ja bardzo lubię. Kawa, herbata i cukier na lodówce.
– Znalazłam. Wypiłam herbatę – wyjaśniłam, dając dowód, że sobie radzę.
– To dobrze. Zadzwonię na drugiej przerwie, po trzynastej. Teraz już muszę wracać do pracy.
– Dobrze.
– Do widzenia.
– Do usłyszenia.
Trzymałam w ręku telefon i odtwarzałam w pamięci całą rozmowę. Lodówka, narzędzia pod łóżkiem w kartonach. Pan Zbyszek, muszę zapisać, bo za chwilę zapomnę. Ojciec Karola, rozumię.
– Zbyszek – wypowiedziałam głośno imię i wstukałam w ostatnie połączenie. Zapisz. Ok. Mężczyzna wzbudził moje zainteresowanie. Był miły, żartował. Ciekawiło mnie, jak wygląda właściciel tego ciepłego głosu.
Rozejrzałam się dookoła. Miałam wrażenie, że ktoś mnie podgląda. Ktoś przez słuchawkę mówił, gdzie co jest i co mam robić. Jak w big brother. Złapałam się na tym, że szukałam kamer. Jestem przecież w swoim mieszkaniu. Dobrze znam to miejsce. Tylko ono bardzo się zmieniło. Nie było moich mebli, mojego biurka i półek z książkami. Mentorów, którzy wyjaśniali mi kartka po kartce, jak sobie radzić i którzy dawali nadzieję, że kiedyś pogodzę się z tym, co się ze mną stało. Kończyłam jedną książkę i zaczynałam drugą. Czekałam na nie wiem co. Czytałam i szukałam. A kiedy traciłam cierpliwość i poddawałam się, kiedy zdawało mi się, że już nic się nie zmieni, nic się nie poprawi, przychodziła ulga. Wyjątkowy stan ukojenia, trwający jakiś czas, by dalej szukać odpowiedzi na dręczące mnie pytania.
Przy nadziei trzymało mnie to, że autorzy książek zaznali spokoju ducha, tak przynajmniej zapewniali. A jeżeli im się udało, to w końcu mnie się też kiedyś uda. Usiadłam na krawędzi łóżka. Biały sufit odbijał się wyraźnie od szarych ścian. Zagubiona śledziłam otaczającą mnie przestrzeń. Pod oknem stał duży karton, a na nim leżały robocze spodnie. Poczułam pod palcami nieregularne punkciki. Spojrzałam za siebie i dopiero spostrzegłam, że łóżko było przykryte prześcieradłem pochlapanym farbą.
– Kto je tak naciągnął – zastanawiałam się. Czy ten mężczyzna o magnetycznym głosie był ojcem Karola? Byłam oszołomiona, nie rozumiałam właściwie, co się dzieje. Skąd wzięły się te wszystkie rzeczy? Do kogo należą? Czy to Karol zgromadził to wszystko? Może jego ojciec?
Schyliłam się pod łóżko. Rozpoznałam szeroki asortyment narzędzi i różnych drobiazgów potrzebnych do budowy czy remontu mieszkania. Ujęło mnie to i zachwyciło. Jakieś urwane rozmowy, niczym szczekanie psa, wpadały przez uchylone okno. Krzew przysłaniał widok na ulicę, ale i tak widziałam przechodniów i samochody. Kiedyś żaluzje i firanki chroniły to domowe ognisko. Teraz czułam się rozebrana, byłam jak naga.
Podeszłam do szafy. Rozsunęłam szklane drzwi. W pustym pomieszczeniu odgłos toczących się rolek po szynie stał się głośniejszy niż zwykle. Wszystkie półki były zajęte, prócz jednej. Dwa wieszaki dźwigały nadmiar koszul i spodni. Na dnie stały kolejne kartony. Położyłam swoje rzeczy i plecak tam, gdzie było wolne miejsce. Zasunęłam szafę i poszłam do salonu.
W większości szkockich mieszkań czuć było wilgoć. Ile stoczyłam potyczek, aby pozbyć się tego zapachu. Wietrzyłam, paliłam kadzidełka i świeczki, kupowałam odświeżacze powietrza, a po jakimś czasie zapach ten powracał jak niechciane wspomnienie. Istniał jak towarzysz doli i niedoli. Teraz unosił się wraz odorem wypalonych papierosów. Stanęłam na środku swojego i zarazem obcego mi pokoju. Słyszałam własne kroki, skrzypienie podłogi, a jednak zdawało mi się, że mnie tu nie ma. Czego mam się uchwycić? Jak zejść na ziemię? Od czego mam zacząć?
Otworzyłam lodówkę. Jak wszędzie dookoła, tam też panował przemyślany porządek. Na jednej półce wędliny, masło w zamkniętym pudełku, poniżej słoiki, a na samym dole warzywa. Odnalazłam ciasteczka. Pochyliłam się i wyjęłam mały kartonik. W środku były zafoliowane babeczki, których sama bym nie kupiła. Wyjęłam jedną. Poczułam smak maślano-piaskowej masy i słodkiej płynnej galaretki. Nie wiedział, że nie lubię tego rodzaju słodyczy. Nie mogłam mieć do niego pretensji. Starał się być miły. Sam fakt, że zaproponował, żeby się poczęstować, był ujmujący. Docierało do mnie, że ten nieznany mi jeszcze mężczyzna prowadził tutaj swoje skromne życie i umilał je sobie, jak mógł.
Wszystko było starannie poukładane. Podobał mi się bardzo ten porządek. Ja takich rzeczy nie potrafię. Nie segreguję nic, prócz śmieci. Z szacunkiem patrzyłam na wykonaną do tej pory pracę. Na przygotowane, przeszlifowane ściany i drzwi. Wiem dobrze, jak niewdzięczne to zadanie i jakie brudne. Pył wdziera się w każdą szczelinę, osadza się na każdym milimetrze powierzchni. Wystarczy przeszlifować jeden zaszpachlowany ubytek, a kurz jak cukier puder unosi się w powietrzu i żyje jak chce. Teraz została najprzyjemniejsza część, czyli malowanie, a sufit był już biały, czyli był gotowy. Wstydziłam się, że pan Zbyszek nocuje w takich warunkach. Wczoraj pomalowałam dwie ściany w salonie. Jednakże odór wciąż był bardzo intensywny. Gdybym nie była zmęczona po podróży, pewnie wczorajszego dnia odświeżyłabym całe mieszkanie.
Teraz mogłam spokojnie rejestrować zmiany. Kuchnia, niegdyś funkcjonalne miejsce zabudowane szafkami i blatem w literę U, wzbudzało litość jak zdezelowany samochód pozostawiony na skraju drogi, ograbiony z lusterek i reflektorów. Dziury w ścianach i szare mazaje kleju po płytkach odpychały jak puste oczodoły trupich czaszek. Z trudem dopuszczałam myśl, że całe umeblowanie kuchenne zniknęło. W mojej pamięci istniała funkcjonalna kuchnia i chciałam wierzyć, że tak jest, ale było zupełnie inaczej. Pozostały tylko część blatu pod zlewem i dwie szafki. Płyta elektryczna do gotowania, przykryta ręcznikiem, jakby się wstydziła, stała na jednej z szafek. W drugiej mieściło się skromne wyposażenie, czyli dwa talerze, kubeczki, patelnia i dwa garnki, mniejszy i większy.
Ogarnęła mnie bezsilność. Zostałam postawiona przed faktem, że kuchni nie ma i trzeba ją urządzić od nowa. Nie byłam w stanie zastanawiać się, jak to się stało. Dlaczego do tego doszło i to tak szybko? Patrzyłam na to wszystko i nie przyjmowałam do wiadomości, co się w zasadzie stało. Kto to zrobił i dlaczego? Stało się i koniec. Lubiłam zabudowę tej szkockiej kuchni. Wydawało mi się, że jest bardzo zgrabna i użytkowa. Wszystko było pod ręką. Z prawej i lewej strony miałam dostęp do kuchenki. Blisko zlew i dużą powierzchnię roboczą. Miejsce na sokowirówkę, ekspres do kawy i czajnik elektryczny. Miałam gdzie robić kopytka i pierogi. Bardzo szybko odnalazła się w tej kuchni moja mama. Kiedy wyszłam ze szpitala, starała się spełniać wszystkie moje zachcianki kulinarne. Zrobiła pasztet i pieczeń, i wszystko, na co miałam ochotę. Pamiętam ten zniewalający zapach pieczonego mięsa i smak tylko matczynej kuchni. Właśnie w tym mieszkaniu spędziłam z matką ostatnie chwile naszego wspólnego życia. Po tej wizycie, kiedy ja dochodziłam do siebie, moja mama zmarła.
We wspomnieniach widziałam ją w tej nieistniejącej już kuchni. Nie chciałam się rozczulać bardziej i poszłam do łazienki po wałek. Na stres najlepsze jest fizyczne zmęczenie. Wczorajsza zielona ściana wymagała ponownego malowania. Kucnęłam do kuwety. Rozwinęłam folię, w którą zawinięty był wałek i wróciłam do salonu. Dwie ściany mają być wściekle zielone, a dwie pozostałe jasnożółte. Przechyliłam pojemnik z farbą i patrzyłam, jak powoli rozlewa się zielona masa na dnie niebieskiej kuwety. Otarłam krawędź puszki pędzlem i umoczyłam wałek. Byłam gotowa malować. Każde pokrycie farby znikało w głębi koloru pierwszej warstwy. Tylko pod światło widziałam mokrą jeszcze powierzchnię. Od kiedy w wieku szesnastu lat pierwszy raz, jeszcze w moim rodzinnym domu, pomalowałam ściany, nigdy później nie wzywałam żadnych malarzy. Podobało mi się, jak szybko można zmienić wystrój wnętrza.
Moją pracę przerwał telefon. Krzysiek, kolega z pracy, dowiedział się, że przyjechałam do Edynburga. Razem zaczynaliśmy pracę. Gdybym nie wyjechała, przepracowałabym dwanaście lat w tej samej firmie co on. Szmat czasu, a pamięta się najbardziej początki. Pierwszy dzień, pierwszą wpadkę i pierwszych współtowarzyszy. To pierwsze doświadczenie zapada w pamięć i jest wyznacznikiem pozostałych przeżyć. Każde następne jest porównywane do tego modelowego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. To taki wzornik, który nas buduje.
Krzysiek zapadł mi w pamięć jako człowiek pewny siebie, który swoje wie i chadza własnymi drogami. Uśmiechał się życzliwie, ale mimo to wyczuwałam w tym uśmiechu kpinę i szyderczość. Nigdy jednak nie zawiodłam się na nim. Dotrzymywał słowa i dzielił się swoją wiedzą. Podziwiałam go za to, że robił swoje i nie zważał na byle jakie mody.
– Cześć, jesteś w domu – zapytał.
– Tak, możesz przyjechać.
Nie rozgadywaliśmy się i wróciłam do pracy. Szkoda mi było pięknego słońca, ale kiedy przyjechał na rowerze po dwudziestu minutach, zaproponowałam spacer nad morzem. Krzysiek się zgodził. Złapałam klucze, telefon i wyszliśmy w stronę morza.
Rozglądałam się dookoła z uwagą. Te same domy, te same ulice. Chciałam zobaczyć jakiekolwiek ślady upływającego czasu. Minęło przecież kilka lat, odkąd stąd wyjechałam. Musiało się coś zmienić. Szłam tą samą drogą, kiedy wróciłam ze szpitala. Wtedy pod ramię trzymali mnie mój mąż Staszek i mama. Byłam tak słaba, że z ogromnym wysiłkiem przeszłam te dwieście metrów do brzegu morza. To był mój tryumf. Wróciłam z innego świata i przywitałam się z morzem. Byłam z siebie bardzo dumna i nieprzeciętnie szczęśliwa.
Tamto zwycięstwo wróciło. Zobaczyłam ten sam brzeg morza nad zatoką, wzgórza ponad miastem i wznoszący się łagodnie drugi brzeg. Nic się nie zmieniło. Czas jakby nie istniał. Zdawało mi się, że byłam tu wczoraj. Promenada wyglądała tak samo. Ta sama asfaltowa ścieżka, ławki, klomby i ludzie z psami, matki z dziećmi. Jak dawniej, szum morza, szczątki rozmów i wiatr, tym razem ciepły wiatr. Znowu czułam zapach jodu i wodorostów. Wzięłam głęboki oddech. Świeże powietrze wypełniło moją klatkę piersiową. W nozdrzach czułam intensywny solankowy bukiet, który przywoływał klimat ciechocińskich tężni z czasów dzieciństwa. Boże, w jakim pięknym miejscu mieszkałam. Co prawda, plaża w Portobello była ładniejsza, z białym piaskiem, a tu był szary, brudny, ale to w Musselburgh było spokojniej. Szliśmy wzdłuż brzegu i rozmawialiśmy. Zza moich pleców wybiegła dziewczyna ze słuchawkami na uszach. Wodziłam wzrokiem za jej falującym kucykiem włosów. Zaabsorbowane rozmową starsze kobiety na chwilę umilkły, by wyrazić swoją uprzejmość uśmiechem. Odpowiedziałam tym samym gestem i spojrzałam na taflę wody. Delektowałam się tą uroczą chwilą.
– Chcesz usiąść – zapytał Krzyś, kiedy doszliśmy do zakrętu.
– Nie, ale zróbmy zdjęcie – odparłam.
– Ok.
Wyciągnęłam telefon. Ustawiłam przednią kamerę i zrobiłam dwa zdjęcia. Spojrzałam na ekran telefonu, dochodziła dwunasta.
– Możemy wracać – powiedziałam.
Szliśmy ze słońcem. Widoczność była rewelacyjna. Wyraźny zarys góry Artura, ciągnące się przy linii brzegowej budynki i kominy z nitkami pary. Porośnięty budynkami drugi brzeg przyciągał moją uwagę. Daleko na horyzoncie wznosiły się szkockie góry.
– Ciotka – zaczął Krzysiek – nie chcesz sprzedać tego mieszkania. Przecież to ciężko ciągnąć dwa domy. Ceny poszły w górę. Wzięłabyś za to dobrą kasę.
– Teraz? Mam je wynająć Karolowi. Tak się umówiliśmy.
– Znajdzie sobie inne mieszkanie. A ty będziesz miała spokój.
– Tak myślisz? – zdziwiłam się i słuchałam dalej z niedowierzaniem.
– Ja na twoim miejscu sprzedałbym. Albo niech on kupi.
– Krzyś, na tę chwilę muszę zrobić generalny remont.
– Jasne. – I zaczął po chwili – Ciotka, rób, jak uważasz, to twoje mieszkanie.
– Dzięki, że mi przypominasz, że to moje mieszkanie, bo wcale tego nie czuję. Dziwnie się zmieniło – śmiałam się.
– Kilka lat cię nie było – uśmiechnął się również. Lecę, ciotka, muszę małą przed pracą odebrać.
– Fajnie, że wpadłeś. Miłej pracy – pożegnałam mojego kolegę.
Patrzyłam na Krzyśka jadącego na rowerze do chwili, gdy znikł za zakrętem, daleko przy porcie. W górze nad dachami przelatywały białe skrzydlate drapieżniki. Słońce odbijało się w szybach jadących samochodów. Podniebni mieszkańcy, przekrzykując się wzajemnie, burzyli senność ulicy. Odwróciłam się w stronę domu i zobaczyłam sąsiada. Ucieszył się na mój widok. Grim jakby się skurczył i poszarzał. Cóż, parę lat mu przybyło. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań i weszłam do mieszkania. Słońce było zniewalające i stwierdziłam, że chcę coś robić na zewnątrz. W tych kartonach na pewno znajdę potrzebne mi rzeczy do skrobania starej farby z okien.
– O! Jesteś! – wykrzyknęłam, podnosząc znalezioną szczotkę drucianą. W pustym pokoju echem odbił się mój głos. Miał taką fajną wibrację. Wróciłam myślami do chwili obecnej. Zauważyłam, że odpływam w swoje światy za często. Przenoszę się jak Alicja w krainie czarów, a to kilka lat wstecz, a to jeszcze dalej. W jednej chwili jestem gdzieś tam i raptem wracam. Znalazłam jeszcze papier ścierny i wyszłam na zewnątrz. Podniosłam głowę do słońca i zamknęłam oczy. Dziękuję, że jesteś – wyszeptałam tym razem do siebie. Farba na oknach była mocno spękana. Złuszczona stara skorupa odrywała się niczym nasiona przekwitłych dmuchawców. Brudna robota, ale cieszyło mnie ciepło promieni słonecznych na moich plecach. Nie czułam się taka samotna. W oknach sąsiednich domów odbijało się słońce niczym w oczach kibiców na meczu piłki nożnej. Może właśnie to sprawiało wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Odwracałam się zobaczyć, czy czasem ktoś mnie nie podgląda, ale nikogo nie było. Zanurzyłam się w pracy. To, co się dało, zdzierałam szczotką, a resztę papierem. Kiedyś już malowałam te okna. I znowu odleciałam do tamtych chwil. Za dużo było emocji i wspomnień. Jak ja sobie z tym poradzę. W nikim nie mam oparcia. Staszek był daleko. Musiałam sobie radzić sama.
Odezwał się telefon.
– Cześć Karol – przywitałam starego druha.
– Cześć siostra. Dajesz radę?
– Jestem przerażona. Mieszkanie jest straszne. Nie zdawałam sobie sprawy.
– Mówiłem ci, on nic nie sprzątał.
– Przykro mi, że musiałeś przyjąć to wszystko w pierwszej linii.
– Daj spokój, najważniejsze, że już tego kolesia nie ma.
– Racja.
– Wracam w niedzielę wieczorem. Wpadnę do ciebie w poniedziałek. Trzymaj się.
– Super. Ty też się trzymaj.
Wsunęłam telefon przez uchylone okno. To są plusy mieszkania na parterze. Od czasu do czasu wiatr przywiewał zapach róż. Krzew wypuszczał pąki przez całe lato. Chcąc wejść do domu, przechodziło się obok cudownego zapachu. Niekiedy pokusiłam się i zrywałam jedną gałązkę do wazonu. Tylko zapach szybko się zmieniał i później już tego nie robiłam. Wąchałam na krzaku i cieszyłam się jak dziecko przepiękną wonią krzewu różanego. Gdyby można było, zabrałabym ten krzew do Polski.
Znowu dzwonił telefon. Otrzepałam ręce i złapałam aparat. Zbyszek – przeczytałam.
– Słucham.
– Zrobiła sobie pani przerwę?
– Przerwę – powtórzyłam. – Tak. I rozmawiałam z Karolem, proszę pana – śmiałam się.
– O!? To fajnie. A jak pani, o przepraszam, jak ci idzie?
– Malowanie? Szybko. Teraz czyszczę okna.
– To tam jest szczotka druciana.
– Znalazłam.
– Zuch dziewczyna. I schodzi?
– Na zewnątrz tak. W środku troszkę gorzej.
– To tylko zmatowić. Nie trzeba skrobać całej farby.
– Niemożliwe – żartowałam.
– Niemożliwe, niemożliwe – śmiał się Zbyszek – i sobie żarty robi – dodał.
– A jak się panu podoba moje malowanie?
– Farba nie zeszła? – spytał poważnie.
– Nie.
– To chyba jakiś fachowiec malował.
– Fachowiec to przygotował ściany.
– Ej tam. Ja tylko pomagam.
– Bardzo dziękuję.
– Zjadła coś?
– Ciasteczko, ale wolałabym inne.
– Aaa, to tak kupiłem, bo lubię słodkie. A kiełbaska smakowała?
– Nie jadłam.
– Eee, to koniecznie proszę spróbować.
– Jak zgłodnieję.
– I niech wszystkiego nie robi. Proszę coś dla mnie zostawić.
– Wszystkiego nie. Coś zostawię.
– To dobrze. Muszę już kończyć. Będę po dziewiętnastej. Do widzenia.
– Do widzenia.
Wróciłam do pracy. Nie znoszę bezczynności, a teraz zajęcie było mi bardzo potrzebne. Przez te okna na parterze ulica wchodziła jak nieproszony gość. Każdy samochód przejeżdżał przez pokój i każdy człowiek ze swoimi sprawami wchodził do środka. Krępowało mnie to. Szlifowałam teraz ramy okienne w środku. I znowu zadzwonił telefon. Tym razem mój kochany mąż.
– Gdzie jesteś i czemu nie dzwoniłeś tak długo.
– Dopiero dojechałem do Gravenzande.
– Coo? A co się stało, dlaczego tak późno?
– Prom dryfował pięć godzin po Kanale La Manche.
– No co ty?!
– Daj spokój, miałem być rano, a byłem... – zrobił pauzę – godzinę temu wjechałem. Wszystko diabli wzięli. Żebym tylko do Lubeki zdążył.
– O rany. Ty to masz szczęście.
– Dopiero teraz musisz kręcić pauzę.
– Tak, zaniosłem im numer i położę się spać.
– Dobrze. Pośpij sobie. Ja już pomalowałam ścianę i skrobię okna. Jakoś sobie radzę.
– Kocham cię i uważaj na siebie. Tydzień szybko zleci.
– Też cię kocham. Daj mi znać, jak ruszysz.
Nie mogłam powiedzieć Stasiowi, jak wygląda mieszkanie. Nie chciałam go denerwować. Zawsze mogło być gorzej – pocieszałam się. Najważniejsze, że nie będzie stało puste i z Karolem to się dogadamy. Byłam już trochę głodna, ale odrywać się od tej brudnej roboty nie chciałam. Napiłam się soku i spostrzegłam Magdę. Jest już tak późno? Miała przyjść po pracy. Wczoraj tak się umówiłyśmy.
– Cześć – odezwała się, przechodząc przed oknem.
– Cześć – odpowiedziałam.
Karol wysłał mi jej zdjęcia, ale dopiero wczoraj widziałam ją po raz pierwszy. Mojego wzrostu, średniej budowy ciała. Miała taki dziwny chód, poruszała się jak kot, czujnie i niepewnie. Uśmiechała się mdło, tylko na twarzy, bez wewnętrznej radości, a miała ładne usta i ładne zęby. Chciałam się z nią zaprzyjaźnić, ale trzymała mnie na dystans. Spojrzałam jej w twarz. Ukrywała coś za szkłami okularów. Fajnie, że jesteś, ale nie zbliżaj się za mocno – odbierałam taki komunikat. Zobaczymy, co będzie dalej.
– Jak w pracy? – spytałam.
– Dobrze. Tylko kolano mnie boli.
– Acha. Karol coś mówił – przypomniałam sobie. A jak to się stało, że jednak jesteś w Edynburgu? Chyba nie chciałaś tu przyjeżdżać?
– Karol mnie namówił. Ja nie lubię dużych miast.
– Dlatego boli cię kolano – stwierdziłam stanowczo. Tak wyraża się opór przed przemieszczaniem. Kolana to ruch, a ty nie chciałaś się ruszać.
– Eeee. Byliśmy na nartach i skręciłam sobie nogę.
– Cokolwiek byś robiła, nawet idąc chodnikiem, źle stanęłabyś i nieszczęście gotowe. To jest wewnętrzny konflikt.
Widziałam, że nie rozumie, o czym mówię. Muszę dać jej trochę czasu. Jak będzie chciała, to sama zapyta, o co chodzi.
– Jadłaś coś? – zapytała po chwili.
– Nie miałam czasu. Co chwila jakiś telefon i – przerwałam, pokazując zakurzone ręce – brudna jestem.
– To zrobię ci kanapki. Chcesz?
– Jasne, że chcę. – Wzięłam to za dobry sygnał. Może nie będzie tak źle?
– Lubię gotować.
– Słyszałam. Ja, niestety, nie znoszę. Gotuję dopiero, jak jestem głodna. Przepraszam, ale o kuchni nie pogadamy. A jakie filmy lubisz? – zmieniłam temat.
– Nie lubię chodzić do kina, nie mam jakichś specjalnych ulubionych filmów.
O Boże, to będzie ciężkie. Im bardziej się starałam, tym robiło się gorzej. Magda usiadła na drabince, a ja na panelach naprzeciw niej. Unikała kontaktu wzrokowego.
– Powiedz mi, czy mają być firany w oknach?
– Karol ci nie mówił.
– Nie kojarzę.
– Chcemy rolety.
– I co jeszcze? A w kuchni? – zapytałam, bo widzę, że to ona ma zachcianki.
– Fioletowe fronty na dole i jasne na górze. Jak na tym zdjęciu.
– A ja myślałam, że chodziło tylko o kolor ścian.
– I chcemy szkło na ścianach. Jest łatwe do mycia – dodała podekscytowana.
Chyba się przesłyszałam. O czym ona mówi? Owszem, ja też bym chciała, ale to jest cholernie drogie. Coś chyba ukryto przede mną. Czegoś nie wiem. Wzięłam głęboki oddech i najłagodniej, jak umiałam, zaczęłam.
– Wiesz, ja mogę wam zrobić standard. Zgodziłam się na nowe szafki, bo stare były śmierdzące. Ok. Płytki stanowią standardowe wykończenie. Jak chcecie szkło, nie ma problemu. Policzymy, ile kosztują płytki, a resztę dołożycie.
Magda nagle ucichła. Zamyśliła się. Czekałam, co powie.
– Too, jak Karol przyjedzie, pogadamy – wybrnęła sprytnie z sytuacji.
– Zgoda.
– Pójdę malować w sypialni – rzuciła moja rozmówczyni i zniknęła.
Wróciłam do brudnej roboty. Mam zadanie, czy się to komuś podoba, czy nie. Taka bezmyślna praca uspokaja. Z każdą minutą odpływały emocje. Przecież nie mogę sobie pozwolić, żeby poniosła mnie niekontrolowana wibracja. Odpłynęłam w swojej dłubaninie. Jedna krawędź, druga i kolejna. Na wierzchu, pod spodem, na dole i u góry. Dużo czasu zajmowało mi oszlifowanie jednego okna, a było ich pięć. Wychylona połową ciała za ramę, spostrzegłam mężczyznę idącego w kierunku drzwi wejściowych. Przystanął figlarnie i zaczął mi się przyglądać. Myślałam, że chciał zagadać, co robię. Uśmiechnęłam się, jak to było w brytyjskim zwyczaju. A on odezwał się.
– Czy to pani Anita?
– Tak – potwierdziłam. Czas jakby zwolnił i sekunda po sekundzie odczuwałam jego bieg. Jak przez peryskop obserwowałam każdy szczegół. Kolorową bluzę w szerokie pasy, intensywność pomarańczowego i niebieskiego, dżinsy i trampki. Szczególnie te trampki za kostkę. Twarz miał łagodną, uśmiechał się życzliwie i patrzył. Było w tym człowieku coś figlarnego, coś prowokacyjnego. Wyraźnie chciał zwrócić na siebie uwagę.
– Ta pani Anita? – spytał ponownie.
I wtedy mnie olśniło. To był pan Zbyszek, ojciec Karola.
– Aaa!? Dzień dobry. To pan.
– Miało być po imieniu – wtrącił.
– Właśnie, coś nam to opornie idzie. Proszę – zawiesiłam głos – zapraszam do środka.
Wszedł, zamknął za sobą drzwi. Klucz włożył do zamka. Zatrzymał się w progu, jakby na coś czekał. Dopiero teraz widziałam ogromne wąsy i duże ciemne oczy, świecącą łysinkę i szron na skroniach. Uśmiechał się zaczepnie.
– Ooo!? – wykrzyknął. – Jest i Magda.
Zdjął torbę przewieszoną przez ramię i postawił w salonie. Sam został w korytarzu.
– O! Dzień dobry – dziewczyna musnęła go w policzek.
– Przerwa była?
– Była – odpowiedziała Magda.
– Jadłyście coś? – spytał, przyglądając mi się.
– Zrobiłam kanapki – wyjaśniła dziewczyna.
– Już, umyję się i zrobię obiad.
– Jest jeszcze zupa – dodała.
– Zupka! Też zjem.
Zbyszek znikł z mojego pola widzenia i wróciłam do swojego zajęcia.
Najpierw poznałam Karola, potem jego brata Piotra, a teraz przyszła kolej na ojca. Często byłam świadkiem, kiedy Karol rozmawiał z ojcem lub wysyłał zdjęcia i czytał wiadomości. Wtedy byłam ciekawa, jak wygląda, jaki jest, ale na przestrzeni kilku lat naszej przyjaźni nigdy nie widziałam ani jednego zdjęcia. Zdawało mi się, że w pewien sposób Karol go ukrywa. Nie dlatego, żeby się wstydził, ale jakby ten człowiek należał tylko do niego i do nikogo więcej.
– W lodówce są moje kropelki. – Zbyszek wszedł do salonu i szukał czegoś na półce przymocowanej do drzwi lodówki. – Magda, chcesz? – zwrócił się do dziewczyny.
– Tak, pyszne kropelki – chichotała i wzięła łyk ze szklanki, którą trzymał.
Nie spodziewałam się takich wydarzeń, było to dla mnie coś dziwnego. W pierwszej chwili myślałam, że to naprawdę są jakieś ziółka, ale kiedy zobaczyłam, że płyn ma kolor coca-coli, wiedziałam, że to alkohol. Tylko co ma znaczyć to zamieszanie wokół tych kropelek?
– A ty Anita? Chcesz? – zwrócił się do mnie ojciec Karola.
– Nie, dziękuję, napiłam się przed chwilą soku.
– Pewnie sobie myśli, że jak każdy budowlaniec, musi sobie wypić?
– Nic nie myślę, jestem jeszcze w pracy. Chcę te okna na jutro, wiesz...
– Bardzo dobrze. A może łyczek? – dodał.
– Nie będę ci wypijać, jak to tylko kropelki. Jakby było więcej, to może.
– O! I humor ma.
– Życie bez humoru jest ponure.
– Anita, już cię uwielbiam.
Magda kręciła się zajęta sobą. Coś przyniosła, coś wyniosła. Była radosna i miła. Chwilę rozmawiała z tatą Karola o sprawach organizacyjnych. Na mnie nie zwracała uwagi, jakby mnie nie było. Nagle, przebrana w czyste ciuchy, powiedziała:
– Jadę do domu, jestem zmęczona.
– A obiadek? – Zbyszek próbował ją zatrzymać.
– Mam w domu, jutro przyjadę od rana, nie idę do pracy.
– No dobrze, tylko uważaj.
– Będę. Cześć.
– Cześć. – pożegnałam ją.
Zostaliśmy sami. Stałam przy oknie i szlifowałam dalej. Chciałam mieć już za sobą tę mozolną robotę, której nie widać.
– Co powiesz – pokazał garnek – na to? Wczoraj zrobiłem takie mięso z warzywami.
– A mam jakiś wybór? – odwróciłam się.
– Nie.
– Wiesz, ja zaraz też pójdę. Marek pewnie zrobił coś do jedzenia.
– No nie, człowiek się stara, gotuje, a tu żadnej wdzięczności.
– A to przepraszam – śmiałam się – oczywiście, że zjem.
– No, w końcu.
– Nie będzie ci przeszkadzało, jak będę te okna skrobać?
– Nie masz wyjścia – mówił poważnie Zbyszek. – Drzwi są zamknięte, zostały ci tylko okna.
Spojrzałam na niego, ale on nie reagował. Zajęty był gotowaniem.
– To ci kawalarz – pomyślałam. – Będzie wesoło. Jest w tym człowieku taka łagodność i grzeczność. Od razu go polubiłam. Całkowite przeciwieństwo Magdy.
– A Piotruś był? – zmieniłam temat.
– Był – śmiał się mężczyzna. I – zrobił pauzę – na takim wielkim kacu zmywał ściany. Hoo, hoo.
– Co?
– Wrócił, z Barcelony, a troszkę zabalował. Przyszedł zakręcony i pyta, co ma robić. – Na kaca najlepsza praca – powiedziałem mu i wręczyłem pędzel.
– O rany.
– Wyglądał żałośnie, ale dobrze mu szło.
– Muszę mu się jakoś odwdzięczyć – stwierdziłam.
– Wszyscy pomagali, Karol, jak miał wolne i Magda, i Piotr.
– Proszę, proszę, to po co ja tu przyjechałam?
– Ty też jesteś potrzebna. Przywiozłaś panele.
– Oczywiście.
Słońce wpadało od zachodu, przez okno w kuchni, ale dzień już się kończył. Za to gwar na ulicy robił się większy. W powietrzu unosił się zapach jedzenia. Zrobiłam się mocno głodna.
– Koniec na dziś – oznajmiłam. – Mam dosyć, bolą mnie palce.
– Usiądź – zaproponował Zbyszek. Już obiad prawie gotowy. Lubisz sałatki?
– Tak. Idę się umyć.
Kiedy wróciłam, mężczyzna nakładał na talerze coś, co przypominało gulasz.
– Wystarczy?
– Tak, dziękuję.
– To nałóż sobie sama – postawił pojemnik z zieleniną.
Przy skromnej zastawie stołowej Zbyszek gromadził plastikowe opakowania i wykorzystywał je na przykład jako miski do sałatki lub do masła. Wzięłam talerz i usiadłam na panelach. Zbyszek zrobił to samo.
– Jak ci się tu mieszka? – zaczęłam.
– Widzisz. Jestem przyzwyczajony do trudnych warunków. Na budowie jest różnie.
– Pracujesz na budowie?
– Nie. Pracowałem. Teraz mam inną pracę, ale kończę późno i niewiele mogę zrobić tutaj. Zostają soboty i niedziele.
– Dlatego przyjechałam. Chciałabym zrobić jak najwięcej. Remonty to moja specjalność – śmiałam się.
– Anita, spokojnie. Dopiero przyjechałaś. Widzisz, pomalowałaś i już widać.
– Chyba nie muszę ci mówić – wtrąciłam – jak czas szybko ucieka, gdy się coś robi.
– Są roboty, które widać i są takie, że robisz i robisz, i końca nie ma.
– Znaczy się rozumiemy.
– Bardzo dobrze – roześmiał się.
Nie czułam żadnego skrępowania przy tym człowieku. Patrzyłam, jak jadł, jak się poruszał, jak chodził. Miał na sobie pomarańczową podkoszulkę i stare dżinsy. Te ostre kolory odejmowały mu lat. Gdyby nie siwe włosy na skroniach i srebro na wąsach, wyglądałby jak młodzieniec. Jakby czas się go nie imał. Zdumiewało mnie to, ale takie odnosiłam wrażenie. Nie było w nim nic nienaturalnego. Cokolwiek robił, był w tym obecny, jakby życie nie miało przed nim tajemnic. Nie musieliśmy się do siebie przekonywać ani testować, a tym bardziej sprawdzać. Od pierwszych chwil było fajnie.
– Smakuje ci? – zapytał.
– Tak, lubię takie jedzenie. Tylko za dużo.
– A kto przywiózł tyle jedzenia.
– Oj tam, oj tam, zjemy. Nie spodziewałam się, że ktoś zrobił takie duże zapasy.
– Żebym miał z czego zrobić. Nie zawsze mam czas iść do sklepu.
Zagubiłam się w czasie. Zdawało mi się, że wszystko jest poza mną. Wessała mnie jakaś większa siła. Czułam się ubezwłasnowolniona. Istniałam w dwóch, a może w kilku światach naraz. Przeżyte chwile, emocje mieszały się z tym, co działo się teraz. Dopiero poznałam gościa, a miałam wrażenie, że znam go od zawsze. Myślami wędrowałam do Staszka. Co robi i gdzie jest. To znowu wracały wspomnienia. Jak ja sobie poradzę?
– Muszę jechać, zrobiło się późno – oznajmiłam, gdy Zbyszek zmywał naczynia.
– Zobaczę, o której masz autobus.
– Nie trzeba, jest ciepło, zaczerpnę świeżego powietrza.
– Poczekaj, mam truckera – powiedział i podszedł do okna. Tu nigdzie indziej nie ma zasięgu. Jaka linia? – przeciągał palcem po ekranie i stukał delikatnie w telefon. Dokąd? – pytał dalej.
– 26, do Tranent. Są dwa miejsca – dodałam. – Musi być do Tranent.
– Masz autobus za 10 minut.
– To idę – zerwałam się do sypialni, żeby zmienić spodnie i bluzkę.
– Wiesz, gdzie jest przystanek?
– Oj, Zbyszek. A w którą stronę?
– Już wiem, wczoraj musiałam się zastanowić.
– A widzisz – wtrącił dumnie.
– Do jutra.
Wyszłam. Szarzało. Od ścian budynków odbijały się echem czyjeś głosy. Miałam przewiązaną bluzę na biodrach. Wciąż było ciepło. Skręciłam w główną ulicę i zobaczyłam odjeżdżający autobus. A to niespodzianka, będzie późno, nim dojadę do Marka. Wieczorem kursują co pół godziny. W sklepie kręciło się parę osób. Tam zawsze był ruch. Zaczęłam iść w stronę kolejnego przystanku. Wieczór pogłębiał się. Co miało się wydarzyć, już się dokonało. Zamknięte biura, sklepy, pasaże. W domach gdzieniegdzie anonimowe postacie poruszające się w blasku światła. W samochodach zaprogramowani kierowcy nabijali kilometry w swych niestrudzonych autach. Życie toczyło się swym torem o każdej porze dnia i nocy. Ktoś się śmiał, a ktoś inny płakał.
Minęłam pusty przystanek i szłam do następnego. W dole, w całkowitych ciemnościach, rzeka swym krętym biegiem zmierzała do morza. Słyszałam jej szum. Wtapiałam się w znajomą przestrzeń, ale nie docierało do mnie, że znowu jestem w Szkocji. Nie dowierzałam, że to dzieje się naprawdę. Wydawało mi się, że śnię.
Na przystanku czekało kilka osób, a ja nie chciałam się zatrzymać. Krążyłam wkoło jak ochroniarz czekający na potencjalnego złodzieja. Autobus przyjechał nieco spóźniony. Usiadłam w pojedynczym fotelu. Było jeszcze sporo ludzi. Przez okno śledziłam umykające budynki i drzewa. Autobus kluczył jak w labiryncie to w prawo, to w lewo. Samochodem po prostej byłoby szybciej. Żałowałam, że nie zadzwoniłam po Marka.
W końcu dotarłam do mojego kolegi. Był już wykąpany i w piżamie. Wypiliśmy razem herbatkę i poszłam spać.
Spałam w maleńkim pokoju Szymona. Kiedyś były tu biurko z komputerem i kawalerskie wyrko. Teraz był to pokój dla przyjezdnych z dwoma pojedynczymi łóżkami i małym stolikiem z nocną lampką. Wpięłam telefon do prądu i wślizgnęłam się pod kołdrę.
– Cześć kochanie, co u ciebie? – zadzwoniłam do mojego męża.
– Jadę, załadowali mnie późno.
– Ale zrobiłeś przerwę?
– Tak i zatrzymam się na granicy niemieckiej, bo mi czasu zabraknie.
– Rozumiem.
Rozmawialiśmy ze Stasiem oddaleni o kilka tysięcy kilometrów. Uspokajał mnie jego głos. Był taki krzepiący i tak mi bliski. Szkoda, że go tu nie ma, ale razem nie dostaliśmy urlopu. Poszybowałam myślami do mojego męża. Nie mogłam mu powiedzieć tego wszystkiego, co się dzieje w moim wnętrzu. Wiedziałam, że sama muszę się zmierzyć z przeszłością.
– Dziwnie się czuję – zaczęłam. – Rozpoznaję miejsca, ale są mi obce.
– Trochę lat minęło. Nasze życie toczy się gdzie indziej – pocieszał mnie.
– Masz rację.
– Dasz radę, to tylko kilka dni.
– Owszem, kilka dni. Jedź spokojnie i pamiętaj, jestem przy tobie.
– Ja też jestem z tobą i czekam na ciebie.
Położyłam głowę na poduszce i nasłuchiwałam. Czasem przejechał samochód. Światła latarni wpadały przez szpary w żaluzjach. Było mi gorąco. Otworzyłam okno. O rany, jak mam zasnąć? Od dawna sama nie spałam. Byłam zmęczona, ale ciało było wzburzone. Próbowałam umysł zająć śledzeniem ruchu wahadła, liczeniem od stu do jednego, obecnością oddechu i nic nie pomagało. W końcu się poddałam i pozwoliłam istnieć moim myślom. Nie chciałam tu przyjeżdżać. Miałam nadzieję, że może Staś mnie wyręczy, ale on w ostatniej chwili się wycofał.
– Po coś tu jesteś, nie będzie tak źle. Dasz radę, dasz... Coś mi się śniło – stwierdziłam, kiedy rozpoznałam twarz mojej ciotki. To znaczy jakoś zasnęłam, ale nie na długo. Znowu przewracałam się z boku na bok. Układałam wierszyk.
Na dalekiej północy, piszę wiersze w nocy.
Do męża drogiego, co puściłam samego.
W drogę daleką, za lasem, za rzeką.
I tęsknię okropnie do chwili we dwoje.
Bo kocham twe serce i oczy te twoje.
Obudziły mnie ptaki. Ćwierkały, tukały i bulgotały. Słyszałam, jak Marek wszedł do łazienki. Już nie zasnę.
– Dasz radę, to nie jedna zarwana noc. Jesteś dzielna – pocieszałam się. I kiedy Marek zszedł na dół, wstałam.
– Dzień dobry. Jak się spało? – zapytał.
– Wczoraj lepiej.
– Robię śniadanie. Zobacz, czy będziesz to jadła.
– Ale mam dobrze. Śniadanko i spanko. Dobrych kolegów i małe zadanko.
– Anita, poetka z ciebie – śmiał się Marek.
Przyglądałam się, z jakim zaangażowaniem robi śniadanie. Może troszkę wyszczuplał i posiwiał, ale dalej był przystojnym mężczyzną. Miał wygląd kierowcy autobusu wycieczkowego albo pilota samolotu. Uprzejmy i grzeczny, schludny i czysty, gotowy pomóc swoim pasażerom.
Kiedyś prowadziłam w tej kuchni szalone dyskusje z Jolantą, żoną Marka. Teraz mój kolega mieszka z najmłodszym synem i to on prowadzi dom. Chyba trochę mu się nudzi, bo poświęcał mi dużo uwagi. Jola wróciła do Polski, nie podobało jej się w Szkocji, miała za ciężką pracę. Poznaliśmy się wiele lat temu. Chociaż rozmawiałam na tematy duchowe i z Markiem, i z Jolką, to oni razem nie mogli w tym temacie znaleźć wspólnej płaszczyzny. Z ich synem Szymkiem za to poruszałam najbardziej złożone problemy. Był moim przewodnikiem i tłumaczem. I mimo swojego młodego wieku był mocno wtajemniczony w świat ducha. Nie zawsze rozumiałam, co do mnie mówił, ale z czasem uświadomiłam to sobie i byłam bardzo zadowolona, że go znam. Teraz często cytuję jego słowa: Co ma być to będzie i czekam.
– Wiesz, Mareczku, lecę do siebie – oznajmiłam po śniadanku.
– Mam na dwunastą do pracy, może z powrotem przyjadę po ciebie.
– Możesz zajrzeć. Jak skończę, to się z tobą zabiorę.
Szybko wyszykowałam się i wyszłam na przystanek. To osiedle wciąż sprawiało wrażenie opuszczonego. Nie było w nim życia. Jak już pojawiły się pojedyncze osoby, szybko zapadały się pod ziemię. Samochody i dzieci na rowerach znikały jeszcze szybciej. Nie było żadnych sklepów ani kiosków. Dobrze, że autobus kończył niedaleko swój bieg. Stał już na przystanku. Przyśpieszyłam kroku, nie chciałam, żeby odjechał beze mnie. Z Tranent do mojego domu jedzie się około czterdziestu minut. Znowu z nosem przy szybie patrzyłam na chmury, drzewa oraz na stare i nowo pobudowane domy. W końcu wysiadłam. Było ciepło, ale miałam na biodrach przewiązaną tę samą bluzę. Jestem w Szkocji, pogoda w kratkę, to pamiętałam najbardziej.
– O! Anita! – przywitał mnie znajomy okrzyk.
– Dzień dobry.
– Nie porwał cię żaden Szkot?
– Nie dałam się. Walczyłam do utraty sił.
– A kto mi pomoże, jak nie masz sił? – mówił poważnie, ale oczy błyszczały mu jak u dziecka.
– Nie wiem. Może jak się przebiorę, mocy przybędzie. – Mówiąc to, poszłam do sypialni. Łóżko było tak samo przykryte pochlapanym prześcieradłem, jakby nikt tu nie spał. Czy można żyć w taki czysty sposób, bez śladu, jak zwierzę, które nie zostawia za sobą żadnych odcisków. Ja zostawiam, kubek, zeszyt, książki, gazety, ubranie, zawsze zaznaczam swój teren, a Zbyszek? Jak on to robi, że wszystko jest na swoim miejscu.
– Przepraszam, spałeś tutaj, czy w ogóle się nie kładłeś? – zaczęłam, wchodząc do salonu.
– A co?
– Łóżko wygląda tak samo jak wczoraj.
– Spałem – śmiał się. – Krótko, ale spałem. Jadłaś śniadanie?
– Nie wychodzę z domu bez śniadania. Mogę głodna położyć się spać, ale bez śniadania?
– A kawa była?
– Nie.
– To wstawiam wodę – i nalał do czajnika niewielką ilość. – Kofeinowa, bezkofeinowa, z mleczkiem – pytał, przeszukując worek z saszetkami.
– Z mlekiem, proszę, i łyżeczkę cukru.
Przyglądałam się zielonej ścianie, czy nie trzeba gdzieś poprawić. Rzuciłam okiem na okna. Nie było żadnych okuć.
– Zdjąłeś wszystko?
– Łatwiej będzie malować – wyjaśnił.
– Oczywiście, że łatwiej, ale że chciało ci się odkręcać.
– A ileż to roboty.
– Fajnie, dziękuję.
– Możesz malować.
– Oczywiście.
Wybrałam pędzelek i zaczęłam mieszać farbę.
– Zrobić ci coś do wycierania farby?
– Do wycierania farby? – powtórzyłam zaciekawiona.
– Zaraz zobaczysz.
Zakręcił się, przegrzebał w kartonie jednym i drugim. Odciął kawałek drutu i zaczął go wyginać.
– Gdzie masz puszkę? – zapytał.
– Proszę – postawiłam na blacie kuchennym, oczywiście na gazecie. Wiem, co znaczy otwarta puszka z farbą. Zostawia ślady. Zbyszek na wierzchu otwartej puszki zaczepił uformowany drut i umoczył pędzel w farbie. Nadmiar otarł o zainstalowany sprytny przyrząd i powiedział – proszę.
– Jakie sprytne – wykrzyknęłam z radości.
– Nie znasz tego.
– Nikt mi tego nie pokazał. Fajne.
Zaczęłam malować. Przyrząd Zbyszka się sprawdzał. Nie ukrywałam, że cieszyłam się tym jak dziecko.
Przyszła Magda. Wolałam usunąć się w cień i nie odzywałam się za wiele. Ale Zbyszek co chwila rzucił a to żart, a to jakąś opowieść, z której się śmiałam. Magda wtedy gasła. W pewnym momencie Zbyszek głośno zapytał, jak ma malować listwy podłogowe.
– Wszystko jedno – rzuciłam, nie odrywając się od pracy.
– Czyli jak? – powtórzył.
– Łatwiej byłoby od krawędzi, bo ja zamalowałam od góry kolorem.
– Mnie jest wszystko jedno – wyjaśnił.
I wtedy zabrała głos Magda.
– Mają być od góry, całe pomalowane – zadecydowała stanowczo.
Zbyszek czekał na moją reakcję. Ja wzruszyłam ramionami, że jest mi obojętne, ale nie mogłam pohamować irytacji. Drugi raz się wycofałam. To nie jest ważne, uspokajałam się, a raczej usprawiedliwiłam się sama przed sobą, że nie stanęłam we własnej obronie.
– Dobrze, maluję też górę.
– Tak ma być – zakończyła temat dziewczyna, ale coś zburzyło dotychczasowy klimat. Udawałam, że nic się nie stało, ale czułam, że to cisza przed burzą.
– Bez emocji, mała – uciszałam swoje wewnętrzne rozedrganie. – Jeszcze poczekaj, zanim wybuchniesz i będziesz tego żałować.
Pomalowałam okno w sypialni. Brązowa farba ładnie pokrywała w środku, na zewnątrz trzeba pociągnąć jeszcze raz. Dzień nie był już taki ładny jak wczoraj. Słońce chowało się czasem za chmury. Uciekło mi kilka godzin przy tym malowaniu. Magda pomalowała drugi raz sypialnię, a ojciec Karola nieszczęsne listwy podłogowe. Zostały mi dwa okna – w kuchni i w łazience.
– Maluj, maluj – zachęcał mnie mężczyzna. – O czwartej ma padać.
– Chyba żartujesz? I skąd to wiesz?
– Agnieszka z góry mówiła – wyjaśnił.
– Jaka Agnieszka? – spytałam.
– Mieszka tu taka Polka – dodała Magda.
– Zaraz czwarta – ratowałam sytuację. – Jeszcze deszczu nie ma.
– Jak pomalujesz dzisiaj, to jutro kładziemy panele – rzekł poważnie.
– Jutro? – powtórzyłam z niedowierzaniem i z radością.
Miałam ogromny zapał do pracy. Śmiałam się i żartowałam. Bawiłam się tą pracą, pogodą, nawet jak miał padać deszcz. Było mi fajnie. Wspomnienia trzymałam na wodzy, może dlatego, że miałam zajęcie.
– Zrobiłam kanapki – wtrąciła się Magda.
– Bardzo dobrze – odpowiedział Zbyszek. Odpocznij – zwrócił się do mnie.
– Najpierw mnie pogania, a teraz odpocznij. Ja sobie zapamiętam – droczyłam się.
– Dasz radę, dużo ci nie zostało, a zjeść też trzeba.
Widziałam, że Zbyszek starał się złagodzić napięcie, jakie rosło między mną a Magdą, a ono rosło mimo woli. Ja też nie chciałam, jednak nie miałam pomysłu, co z tym zrobić. Byłam dla niej jak obłok pary wodnej. Zbyszka stawiało to w niezręcznej sytuacji. Był ojcem Karola, nie mógł opowiedzieć się po żadnej ze stron i nie chciał uczestniczyć w konflikcie. Przyglądał się i próbował odwrócić uwagę, żartując. Doceniałam te jego starania.
– Dlaczego wyjechaliście do Polski? – zapytał, kiedy pracowaliśmy obok siebie.
– Nie wiesz, Karol ci nie mówił?
– Coś tam mówił, ale wiesz, jak nie znasz ludzi, to nic w głowie nie zostaje.
– I o których ludziach mówił, prawda?
– Wiem tylko, że był u was w Polsce, tam nad morzem.
– O właśnie. Coś jednak wiesz.
– Miałam wypadek. Ja to tak nazywam, bo wydarzenie nagle wywróciło nasze życie do góry nogami.
– A co się stało, jeżeli możesz o tym mówić?
– Już mogę, tylko tego nie sposób opowiedzieć. Zapadłam w śpiączkę. Znaczy się, miałam szok septyczny, tak to się tutaj nazywa i przez trzy tygodnie lekarze utrzymywali mnie w śpiączce farmakologicznej.
– Oj, to długo spałaś – Zbyszek żartował. – A śniłaś coś w tym czasie?
– Śniłam, a jak pięknie śniłam – też nie chciałam opowiadać o tym, co było bardzo bolesne. – Wiesz – dodałam po chwili – łatwo nie było, ale teraz jestem wdzięczna. To dzięki temu wydarzeniu jestem, jaka jestem.
– Nauczyłaś się malować okna? – wtrącił.
– Też – śmiałam się. – Z każdym tak pan żartuje? – spytałam.
– Tylko, jak ma poczucie humoru. I co z tym spaniem?
– To długa historia i chyba skomplikowana. Kilka lat mi zajęło, żeby zrozumieć, co się stało.
– Zamieniam się w słuch. Mamy dużo czasu.
– A interesuje cię życie poza ciałem?
– Czytałem o doświadczeniach z pogranicza śmierci – nagle zrobił się bardzo poważny. – Ale jeszcze nie spotkałem nikogo takiego.
– Wiesz, mało kto rozumie takie opowieści. Ludzie traktują je raczej jak sensacje, jak ciekawostki. Dawno już nikomu nie mówiłam.
– A ja chętnie posłucham, opowiadaj.
– Pierwszym moim świadomym wspomnieniem jest myśl, że zrobiłam błąd. Chęć posiadania dziecka oddzieliła mnie od mojej największej miłości, czyli mojego obecnego męża. I ze wszystkich sił chciałam do niego wrócić, chciałam go zobaczyć. Nic innego się nie liczyło. Nie do końca zdawałam sobie sprawę, że umarłam. Nie widziałam ani swojego ciała w szpitalu, ani żadnego tunelu. Wiedziałam, że jestem gdzie indziej, ale nie na Ziemi. Pamiętałam, kim jestem i co się stało. Nie czułam bólu, ale nie mogłam niczego dotknąć, poczuć fizycznie ani doświadczać spływającej łzy po policzku i nie mogłam przytulić drugiego człowieka. Owszem, wiedziałam, jakie to doznania, ale tylko w pamięci. Nie czułam strachu i samotności. Unosiłam się w jakiejś nie do określenia słowami wolnej przestrzeni. Chciałam wrócić do Staszka i to mi się udało.
– Można stamtąd wrócić? – zapytał.
– Tak. W chwili śmierci można zadecydować, czy chce się cofnąć. Nie wiem, czy tylko wtedy, gdy ciało nie jest całkowicie zmasakrowane, czy nie. Mówię o własnym doświadczeniu. Może to zależy od świadomości i przekonania, że można wrócić. Ale jestem tego pewna, bo ja to zrobiłam. Wróciłam.
– Interesujące.
– Bardzo. Widzisz, przeżyłam coś, czego nie rozumiałam, a dopiero później szukałam odpowiedzi. Jedna osoba miała odwagę mi powiedzieć, że mi tego doświadczenia zazdrości, bo ona miała ogromną wiedzę, ale tylko teoretyczną. Ja mogę się oprzeć na osobistym przeżyciu.
– A może to był sen?
– Gdyby to był sen, szybko bym się odnalazła. Nie powiedziałam ci wszystkiego. Właściwie nie da się tego ubrać w słowa. Jak widać uczucia? Skąd wiadomo, że przeżywasz smutek czy radość? U drugiego człowieka można rozpoznać po wyrazie twarzy, oczu i kiedy powie, co czuje. Ale to, co sam odczuwasz? Niekiedy możesz to nazwać, ale czasem nie umiesz. Zmienia się wibracja w ciele, to ono reaguje, prawda? – zrobiłam przerwę – Moja zaprzyjaźniona pielęgniarka, właśnie wtedy w szpitalu ją poznałam, powiedziała, że nie doszło u mnie do zatrzymania akcji serca. Pod względem medycznym serce nie przestało bić i nie doszło do zatrzymania pracy mózgu. Miałam wątpliwości. Nie wiedziałam, co z tym wszystkim począć. Jak się do tego ustosunkować. Zaczęłam czytać książki, pytać ludzi zajmujących się duchowością. Nie spotkałam nikogo o podobnej historii. Nikt mnie nie rozumiał. W końcu czytałam o sobie. Znalazłam coś, co przypominało moje własne doświadczenie. Łatwo nie było. Nie wiedziałam też nic o śmierci klinicznej. Z czasem otrzymałam pomoc od kilku osób. Wznosiłam się i upadałam na dno rozpaczy. Niczego nie byłam pewna i straciłam poczucie bezpieczeństwa. Kilka lat zajęło mi odzyskanie jako takiej równowagi.
Byliśmy tak pochłonięci naszą rozmową, że Magda przestała dla nas istnieć, nawet gdy o coś pytała. Nie było jej. I deszcz, który w końcu się pojawił, również nie przeszkadzał. Stałam pod uchylonym niemalże poziomo oknem i malowałam spodnią stronę futryny, tym razem w kuchni. To nie była ulewa, spadło tylko kilka kropel. Zbyszek, cokolwiek robił, był tuż obok mnie. A ja opowiadałam jak w transie.
– Widziałam Ziemię. Spadałam na nią, jak w filmie, klatka po klatce. Piękny widok. Taka urocza błękitna planeta. Zatrzymałam się nad oceanem, a właściwie nad statkiem rybackim, na pokładzie którego był mój mąż. Nie widziałam go, ale byłam pewna, że tam pracuje. Potem szłam brzegiem oceanu, widziałam bawiące się w wodzie humbaki albo delfiny. Skały na plaży przypominały mi australijskie górotwory, ten kolor i charakter. Doszłam do jakiegoś domu. Zbliżyłam się do otwartych drzwi i usłyszałam kobiecy głos. Wycofałam się, bo trafiłam do życia mojego męża, ale z inną kobietą. Szukałam dalej.
– Co jeszcze widziałaś. – pytał Zbyszek.
– Nie masz już dość?
– Słucham dalej.
– Nie wszystko od razu, bo ci się znudzi – śmiałam się. Teraz ty coś opowiedz.
– Co ja? Pracuję, teraz pomagam synowi. Szare życie.
– Tak, tak. Moje szare życie się przewróciło i zaczęłam od nowa.
– A widzisz. Masz nowe życie.
– Cóż, teraz w tym życiu jestem zmęczona. Ręce mnie bolą.
– Musisz to dzisiaj skończyć. Jutro zaczynamy panele.
Patrzyłam na Zbyszka i chciałam go udusić. Prawie cały dzień trzymałam pędzelek w ręce, wyginałam się, tańczyłam na drabinie, w środku i na zewnątrz. Dobrze wiedział, jaka to robota. I jak mistrz pokera, "Wielki Szu", odsłonił karty nie do pobicia. Byłam przyparta do ściany. Przyjechałam przecież układać panele. Chyba czytał w moich myślach, bo patrzył na mnie i się śmiał. W końcu powiedział:
– Idę robić obiad.
– Idź.
Nie zwracałam już na dziewczynę uwagi, było mi obojętne, co robi. Właściwie, przestała dla mnie istnieć. Zjadłam obiad jak gdyby nigdy nic i wróciłam do okien. Czułam zmęczenie. To potykałam się o drabinkę, to szmatka mi uciekała, jakby była w zmowie z nieczystymi mocami. Zostało mi ostatnie okno w łazience. Malowałam na zewnątrz i nie widziałam, kiedy Magda wyszykowała się do wyjścia. Rzuciła z korytarza chłodne cześć i wyszła.
Zostaliśmy sami. Zbyszek dopytywał się o to i tamto. Aż w końcu okna były skończone i usiadłam w salonie na panelach. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że Staszek nie dzwonił ani ja do niego. Bardzo długo było jasno na dworze. Myślałam, że jest dopiero dziewiętnasta, a było już grubo po dwudziestej pierwszej. Dlatego czułam takie zmęczenie. Późno było. O rany, taki kawał muszę jechać. Nie mogłam się zebrać. Jak dobrze mieć samochód – westchnęłam do siebie.