Życie w słoiku. Ocalenie Ireny Sendler - Jack Mayer

Reflow text when sidebars are open.
Pretensje do świata
Kansas 1999
Liz przycisnęła czoło do szyby w okienku odrzutowca, wypatrując, jak słońce zaczyna podskubywać czarną krawędź oceanu. Niekończąca się, bezsenna noc w przytłumionym huku odrzutowych silników. Samolot łagodnie przechylił się na prawo, horyzont się nakłonił na lewo, wrażenie było niesamowite. Wolałaby już powrócić do tej nudy niekończącego się lotu, zamiast przechyłów i zapadania się w coś niewiadomego, coś dziwnego, coś ryzykownego. Kiedy wszystko to się zaczynało, kiedy osiemnaście miesięcy temu przeczytała w amerykańskim News & World Report ów pierwszy, dręczący akapit o Irenie Sendler, któż oprócz jakiejś wariatki mógłby sobie wyobrazić, że Liz Cambers będzie siedziała przy tym oknie, w tym odrzutowcu 747, lecąc za ocean, do Europy, do Polski?
W wieku czternastu lat na pewno nie zgłosiłaby się do czegoś tak niewyobrażalnego jak ten nadprogramowy projekt na Dzień Historii Narodowej, dzisiaj nagle tak rzeczywisty i znaczący jak ten przechylony za oknem wschód słońca.
Dziadkowie, nauczyciele, przyjaciele i krewni nie kryli swego zdziwienia, nikt jednak nie był tak oszołomiony jak sama Liz. Tak samo nie do pojęcia było, ażeby Liz wybrała się w podróż ze swoją koleżanką z klasy, Megan Stewart, obydwie tak różne od siebie jak światło księżyca i słońca, wspólną mając tylko datę promocji. Ciemna głowa Megan, schylona we śnie po drugiej stronie przejścia, kryła twarz w gęstwie rozczochranych włosów. Liz nie miała wątpliwości, że gdyby mogła wyprzedzić czas i przeczytać w szkolnym roczniku tekst informacyjny pod zdjęciem Megan, z jej pewną siebie twarzą niby księżyc, zobaczyłaby tam długi wykaz osiągnięć, klubów i wyróżnień, zakończony formułą: "Celująca w roczniku 2003. Zapowiedź dalszych sukcesów." A pod nieśmiałym uśmiechem samej Liz w tymże roczniku? Typowa lecz niezbyt obiecująca formułka dla przegranych: "Powodzenia!"
Odwracając się znów do okienka, Liz przeciągnęła sobie palcami po krótkich, jasnych włosach i mimo woli przyszło jej na myśl to świeże w jej słowniku, dokuczliwe określenie: dziedzictwo. Była zaskoczona odkryciem, że jakieś słowo może się okazać tak ważkie.
Dziedzictwo. Ich wykładowca od nauki o społeczeństwie i konsultant od Dnia Historii Narodowej, pan Conard, oznajmił, że w ich ręku spoczywa dziedzictwo Ireny Sendler. To, co rozpoczęło się półtora roku temu jako zwykły projekt na DHN, czyli Dzień Historii Narodowej, nabrało własnego życia jako Projekt o Irenie Sendler. Zaprezentowały Życie w słoiku w programach na Dzień Historii Stanu (w Abilene, Kansas) i Dzień Historii Narodowej (w College Park, Maryland). Jednakże na tym się nie skończyło, jak w innych projektach na DHN. Już zdążyły wykonać Życie w słoiku dla Żydowskiej Fundacji dla Sprawiedliwych w New York City, dla Zarządu Szkolnictwa w Kansas oraz dla kilku synagog w Kansas City.
Życie w słoiku - prosta, ktoś by rzekł: naiwna sztuka - ukazywało Irenę Sendler, jak puka do różnych drzwi żydowskich, prosząc matki w warszawskim Getcie, żeby oddały swoje niemowlęta i trochę starsze dzieci, by je ocalić. Dla Liz odkrywanie zapomnianych dziejów Ireny Sendler stało się czymś fascynującym, ciekawym i strasznym, czymś okropnym, od czego już nie mogła odwrócić oczu.
Matki oddające swe dzieci.
Pojęcie dziedzictwa nabrało dla Liz całkiem innego znaczenia: mniej heroicznego, bardziej osobistego. Jej matka pozbyła się swego dziecka: pozbyła się Liz mającej pięć lat. Zatroskana o swe osobiste dziedzictwo, o to przekleństwo niosące ciężar dziedzicznej konieczności, przekazywane z matki na córkę jak nieuleczalna choroba, Liz wpatrywała się w coraz to jaśniejszy za okienkiem horyzont.
Poczuła, jak słabnie dudnienie silnika i jak ciśnienie lądowania zatyka jej uszy. Słońce rozjaśniło już ocean na tyle, że dostrzegła kilwater jakiegoś statku. Rozluźniła pas u nieprzyjemnego fotela, wsparła się plecami, rozpierzchła się w tym cała jej zaduma. Zasłoniła okienko, tym bardziej upchnięta w tym latającym blaszaku, w tych myślach, od których tym ciężej tłukło się jej serce. Mimo zamkniętych oczu cała w natrętnych wspomnieniach i wpatrzona w nie.
* * *
Zdarzyło się to w zachodnim Kansas, kiedy Liz miała pięć lat, przy wieczornym posiłku w zapuszczonej kuchni na farmie, gdzie wichry z prerii wdmuchiwały pył i chłód przez deski szalunku. Liz i jej matka żyły już w bezliku takich miejsc. Przynajmniej własny pokój miała Liz na tej farmie, którą prowadzili dwaj właściciele, starzejący się bracia. Pamiętała jeszcze inny spór między swoją matką i jej ówczesnym chłopakiem. Usiłowała pogryźć łykowaty kawałek mięsa, jaki ten chłopak (czy nie Reggie mu było na imię?) wmuszał w nią. Liz myślała, że to zwyczajny zgryz, przysłuchiwać się, jak matka się wykłóca; teraz już wiedząc, że od narkotyków i chlania. Ale to była ostatnia kłótnia. Matka zerwała się precz od stołu, przewróciła krzesło, z trzaskiem wypadła za siatkowe drzwi. Po kilku chwilach Liz usłyszała zgrzyt starego, zjechanego silnika, że nagle ruszył. Zsunęła się z krzesła i dopadła drzwi akurat na czas, żeby zobaczyć matkę w starym Buicku Reggiego, opony zakręciły się, plując błotem, jakby sam diabeł ją gonił. Wtedy Liz widziała ją po raz ostatni. Nawet nie pożegnała się. Liz przyglądała się, jak chmura kurzu za jej matką leci za faliste wzgórza i wreszcie staje się nie do odróżnienia od horyzontu.
Zapamiętała ten moment wyraźnie, jak fotografię, ale wszystko inne rozmyło się: mętne wspomnienie, jak plama niewyraźna i nie do zmycia.
Życzliwy pracownik społeczny zapewnił jej opiekę państwową i ustalił, że jej ojciec nie kwalifikuje się na opiekuna; lecz ojciec jej ojca, dziadzio Bill, i jego żona Phyllis byli "gotowi spróbować" i adoptowali ją. Też niełatwa sprawa; całe pokolenie odlegli od rodziców. Mimo wszystko starali się, jak mogli, ale krzywda została wyrządzona.
Z wiekiem Liz przyjęła zwyczaj strzyżenia się tak krótko, żeby nie można było jej pomylić z długowłosą blondynką na dwóch zdjęciach, które trzymała w nigdy nie otwieranym pudełku po butach na dnie szafy. Zaczęły do niej docierać strzępki rodzinnych rozmów, w których przewijały się takie słowa jak "narkotyki i prostytucja", układające się po trochu w tragiczną historię jej matki. Ale powód, że czuła się napiętnowana, był dużo głębszy. Dotarło do niej, że dziadzio Bill musiał być ustawiany przez psychologów albo pracowników społecznych; bo przy każdej okazji wygłaszał tę samą formułkę w odpowiedzi na jej powtarzające się pytanie: "To nie znaczy, żeby cię nie kochała, serduszko, po prostu nie mogła się tobą zajmować. Ale nie z twojej winy."
Ojciec Liz mieszkał w pobliżu, ale prawie jej nie odwiedzał; a jeżeli już czasem przyszedł, to Liz miała wrażenie, że się jej lęka i zawsze pilno mu do wyjścia, jak gdyby ona była chora i mogła go czymś zarazić. Co roku przysyłał jej kartki na urodziny i Boże Narodzenie, choć ostatnia przyszła w dwa tygodnie po urodzinach. Jacyś doradcy i pracownicy społeczni gadali z nią i ciągle gadali o tym, że taka porzucona, jaki to zamęt w uczuciach, jak to gniewa, zawstydza i martwi. Zwykle wysłuchiwała tych terapeutów przez obowiązkowe pięćdziesiąt minut i wychodziła rozdrażniona, pełna jakichś niejasnych, dręczących uczuć.
* * *
Dziadzio Bill był postawnym mężczyzną, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ale krzepkim, w brązowych okularach od słońca i z dużą głową. Przeważnie w bejsbolowej czapce z napisem The Fort, bo pracował jako kierowca autokaru obwożącego po historycznym Fort Scott. On, babcia Phyllis i Liz żyli w skromnym domku w farmerskim Mapleton, nie liczącym nawet stu mieszkańców, w południowo-wschodnim Kansas.
Liz sporo przebywała w domu i zgodnie z prognozami terapeutów miała problemy w szkole. Nie mogła spokojnie usiedzieć, nie uważała, nie wypełniała tego, na co nie miała ochoty, i ciągle uczestniczyła w kłótniach. Z roku na rok wychowawcy zwracali uwagę na jej nawyki. Lubiła przeklinać, co dziadzio Bill jej wytykał, że to niezbyt pasuje do metodystów. Niektórzy ze szkolnych doradców starali się przebić do Liz, inni kończyli na machnięciu ręką. W szóstej klasie doradca powiedział dziadkowi, w obecności Liz, że jej gniewny charakter to nic dziwnego, przy takim życiorysie. Na co duży Bill popatrzył na nią i westchnął, co dla niej znaczyło: "Kocham cię, ale męczysz mnie."
Jadąc do domu, zadał jej retoryczne pytanie: dlaczego jest taka trudna? Po kilku minutach odpowiedziała mu pytaniem: "A dlaczego ona mnie zostawiła?"
"Na dalszą metę to już diaska warte, co za różnica - odparł. - Miałaś dopiero pięć lat, kochanie, a twojej mamie i tacie nigdy nie brakowało problemów. Tata je ma do dzisiaj. A gdzie jest mama, to Bóg raczy wiedzieć. Jeśli w ogóle żyje."
Liz już widziała po tym, jak się odwrócił i zamilkł, że dla niego to "diaska warta" różnica. I tak samo "diaska warta" była ta różnica dla niej, ale nie płakała z tego powodu; tylko chowała te pytania w jakimś ciemnym zakątku, a one się tam kitłasiły.
Jedno tylko, co wyjątkowo dobrze potrafiła, to grać na saksofonie altowym: była w tym najlepsza spośród młodzieży z drużyny futbolowej i zespołu muzycznego w Uniontown. Nie znosiła rapu i hip-hopu, uwielbiała jazz i blues, byli jej doskonale znani Duke Ellington, John Coltrane i Charlie Parker; ten gust muzyczny ją różnił od kolegów z zespołu; i to właśnie jej odpowiadało. Kiedy miała zły dzień, a takich było mnóstwo, szła do swego pokoju, zaciągała w oknach zasłony i wyjmowała saksofon. Stojąc przed pełnej wysokości lustrem za drzwiami, w szkłach przeciwsłonecznych, zwróciwszy sobie na twarz pełne światło lampy do czytania - tak bliskie, żeby czuć jej ciepło - jak punktowy reflektor w zadymionym barze jazzowym w Kansas City, zaczynała głośno zawodzić.
* * *
Liceum zaczęło się niepomyślnie dla Liz Cambers. Już pierwszego dnia zgnębiła ją wiadomość, że na ten rok znowu wpisano ją do klasy studiów społecznych pana Kayharta. W zeszłym roku na wywiadówce pan Kayhart powiedział do dziadka Billa: "Liz ma takie pretensje do świata, że one są rozmiarów całego Kansas."
Większość nauczycieli miała problemy z Liz, ale przynajmniej udawali jakieś zrozumienie albo usiłowali przedrzeć się przez jej arogancką skorupę. Tylko nie pan Kayhart. Jeśli chodzi o Liz, był to jeden z najbardziej gnębiących nauczycieli, z jakimi kiedykolwiek miała do czynienia: taki, że ani go nie mogła ignorować, ani też zawrzeć z nim pokoju. Dziadzio Bill mówił, że między nimi jest po prostu "niedobra chemia" i że Liz "powinna się postarać". Tylko że Liz rzadko kiedy robiła, co jej powiedziano, i w drugim dniu zajęć zwróciła się do pana Conarda z prośbą, żeby zgodził się na jej przeniesienie do jego własnej klasy na zajęcia w czwartym okresie jego Twórczych Studiów Społecznych.
"W mojej klasie to jest ciężka praca - odpowiedział jej. - Czy dasz radę, Elizabeth?"
"Proszę mi mówić Liz. Nie lubię być Elizabeth. Owszem, na pewno dam radę. - Nie było to formalnie kłamstwo, jednak za plecami skrzyżowała palce. - A poza tym, gdybym miała jeszcze rok spędzić z panem Kayhartem, to wkurzyłabym się i wybuchła."
Już wyobrażała sobie, że usłyszy: nie. On przecież wysłuchiwać musiał historyjek od innych nauczycieli przez osiem lat i nie zechce mieć w swojej klasie takiej wichrzycielki jak Liz.
Tymczasem on popatrzył Liz w oczy, ku jej zakłopotaniu, po czym skinął głową, raczej zastanawiając się niż godząc. "Liz - odezwał się wreszcie. - Moja klasa nie jest taka jak inne klasy. Ona nie bez powodu nosi nazwę Twórczych Studiów Społecznych. Ja się dużo spodziewam po każdym, kto się w niej uczy. Każdego zachęcam, aby rozważył projekt jakiegoś Dnia Historii Narodowej, chociaż to dobrowolne. Wiąże się to z pracą badawczą po godzinach szkolnych. To jest zobowiązanie. Czy jesteś na to przygotowana?"
Jakie to oklepane, pomyślała Liz. Chyba każdemu nauczycielowi się wydaje, że jego klasa jest najważniejsza na świecie.
"O, tak. Żaden problem."
Ku ogólnemu zadowoleniu przeniesiono ją tegoż dnia i Liz usiadła w ostatnim rzędzie, w pokoju 104. Był on bardziej przestronny niż większość klas w Uniontown High School, przewiewny i rozległy, z freskami na ścianach, i wciąż pętała się tam jakaś młodzież, omawiając historyczne projekty. Połączony z nim, izolowany akustycznie, pokój bez okien zawierał trzy magnetowidy kasetowe, kamerę wizyjną z magnetowidem i magnetofonem, rzutniki do filmów i do slajdów, ekrany i zbiór audiowizualnych nagrań z ponad czterdziestu poprzednich projektów Dnia Historii Narodowej. Na klasowej Ścianie Zasług widniały tabliczki informujące o zdobytych już nagrodach.
W pierwszym dniu pan C. omawiał Dzień Historii Narodowej i niektóre z projektów na temat różnorodności i tolerancji, stworzonych przez uczniów jego klasy. Do najbardziej dramatycznych należał projekt dotyczący spotkania Elizabeth Eckford, jednej z "Dziewiątki z Little Rock", dziewięciorga uczniów, którzy jako pierwsi Afroamerykanie zostali w 1957 roku przyjęci do liceum w Little Rock, i Kena Reinhardta, jednego z niewielu w tej szkole białych, którzy się z nią zaprzyjaźnili. Pan C. wyłożył swe nauczycielskie posłannictwo, jakim jest uczenie szacunku i zrozumienia, niezależnie od rasy, wyznania i wiary, poprzez projekty, dokumentacje i wystawy na temat przemilczanych bohaterów, oraz kształcenie w oparciu o te projekty. Do roku 1999, po jedenastu latach nauczania w Uniontown, jego uczniowie wyprodukowali ponad czterdzieści projektów Dnia Historii Narodowej, z których wiele dotyczyło walki o prawa obywatelskie, Wielkiego Kryzysu, spraw szacunku dla rozmaitości i tolerancji, oraz problemów wielokulturowości.
"Spodziewam się - ciągnął - że te projekty historyczne dokonają przeobrażenia w waszym życiu, nauczą was umiejętności badawczych i zachęcą do współpracy, z sięganiem do źródeł wyjściowych. Mam nadzieję, że zrozumiecie, jak wielką siłą rozporządza pojedynczy człowiek dla przeobrażania historii; i że wy możecie być tym człowiekiem."
Liz siedziała przygarbiona w ostatnim rzędzie, nie umiejąc i nie chcąc poważnie przyjąć jego słów do wiadomości, nie pojmując hasła tej klasy, zawieszonego nad czarną tablicą:
Kto zmienia jednego człowieka, zmienia cały świat.
Żydowski Talmud
Zbieranie kamieni
Kansas 1999
Było to we czwartek 23 września (zbieżność dat będzie później nawiedzać cały projekt), że w klasie pojawił się Dzień Historii Narodowej 2000 roku. Pan C. zdawał się patrzeć wprost na Liz, kiedy zagaił: "Tematem na ten rok będą Punkty zwrotne w historii. Nigdy nie wiadomo, do czego to może dojść. - Tu wskazał na Ścianę Zasług. - Uczestniczy w tym pół miliona dziatwy z całego kraju. Tacy jak wy, z naszego małego liceum w Uniontown, zbierali już Nagrody Okręgowe, Stanowe, i nawet Państwowe. - Odczytał na głos kilka nazwisk ze złotym liściem dyplomów szczebla państwowego. - Dzień Historii Narodowej to takie jakby szkolne mistrzostwa w koszykówce, tylko że dla umysłu. Może i wasze nazwiska któregoś dnia znajdą się na tej ścianie.
Wątpliwe, pomyślała Liz, opierając głowę z zamkniętymi oczyma o ścianę za plecami.
Uczniowie podzielili się na nieduże grupki, każda z kartonową teczką Dnia Historii Narodowej. Liz wybrała taką z nagłówkiem: DHN - Idee - 1995. Przekartkowała pod kciukiem jej zawartość, bez większego zainteresowania czy uwagi, aż pojawił się artykuł wydarty z nieznanego jej czasopisma: U.S. News and World Report, 21 marca 1994, pod ty-tułem Inni Schindlerowie. Niektóre ustępy zakreślono czerwonym markerem:
POLSKA: IRENA SENDLER, PRACOWNIK SPOŁECZNY
Zapewniła nową tożsamość dla 2500 dzieci i zabezpieczyła ich prawdziwe nazwiska, zakopując je.
Kiedy Hitler w 1940 roku stworzył Warszawskie Getto i spędził za jego mury 500 000 polskich Żydów, aby tam czekali na uśmiercenie, większość polskich gojów odwróciła się od tego plecami, albo nawet przyklaskiwała temu. Lecz nie Irena Sendler. Jako pracownik społeczny w Warszawie, wydębiła zezwolenie na wstęp do przeludnionego Getta i wypatrywanie tam objawów tyfusu, ponieważ hitlerowcy obawiali się, że mógłby się on rozszerzyć poza obręb Getta.
Zaszokowana tym, co zobaczyła, Sendlerowa przystąpiła do "Żegoty", drobnej komórki w ruchu podziemnym, zajmującej się pomocą dla Żydów, i wybrała sobie pseudonim "Jolanta". Już rozpoczęły się deportacje, i ponieważ ratowanie dorosłych było niemożliwe, Sendler zaczęła wywozić w karetce pogotowia dzieci. "Czy może Pani zagwarantować, że przeżyją?" Takie pytania padały z ust ich zrozpaczonych rodziców. Ale zagwarantować mogła tylko tyle, że gdyby zostały, to umrą.
Teraz powiada: "W snach do dzisiaj słyszę krzyki tych dzieci, kiedy porzucały rodziców."
Sendler przemyciła skutecznie z Getta w bezpieczne miejsca około 2500 żydowskich dzieci, załatwiając im tymczasowo nową tożsamość. Ażeby zapamiętać, kto jest kim, zapisywała ich prawdziwe nazwiska na kartkach papieru, zakopując je następnie w butelkach w swoim ogrodzie. Znalezienie chrześcijan, którzy by ukryli te dzieci, okazało się niełatwe: "Niewielu było Polaków chcących pomagać Żydom, nawet i dzieciom." Mimo to Sendler zorganizowała siatkę rodzin i zakonów, gotowych je przechować. "Pisałam, że mam odzież dla zakonu; a zakonnica przychodziła i zabierała dzieci."
Liz kilkakrotnie przeczytała sobie ten krótki tekst, po czym zaniosła go do biurka na przodzie klasy. "Panie C... Czy ta kobieta jest, że tak powiem, sławna?"
On to przeczytał i wzruszył ramionami. "Nie, Liz, nie jest sławna. Ja nigdy o niej nie słyszałem. To może być błąd maszynowy - no wiesz - nie 2500 dzieci - tylko 250. Mogłabyś to sprawdzić."
"Więc ona jest... no... kimś nieznanym? - Liz wydęła usta. - To jakieś... niedokładne."
"Właśnie w tym rzecz, Liz - odparł. - Nie opiewani bohaterowie. Każdy może zmienić świat, nawet i ty. Może przespałabyś się z tym. Jutro mi powiesz."
Nie tylko "przespała się z tym". Nosiła ze sobą przez cały dzień opowieść o Irenie Sendler. Natrętne wyobrażenia Ireny Sendler, pseudonim Jolanta, proszącej matkę o jej dziecko, dręczyły ją w długiej drodze autokarem do domu, przeszkadzały w nutach ćwiczącej na saksofonie, wpychały się w miejsce dowodów z geometrii. Jak ona przekonywała matkę, żeby oddała dziecko? I co czuła, kiedy matka i dziecko w ostatniej chwili płakały wciąż i płakały? Liz wyobrażała sobie, jak Irena Sendler niesie takie dzieciątko pod płaszczem do czekającej karetki, żeby je tam łagodnie ukryć wśród bandażów. A gdyby tak dziecko zapłakało? Czy hitlerowcy nie przeszukiwali wjeżdżających i wyjeżdżających samochodów? A gdyby ją złapano? W wyobraźni ciągle miała wściekłego wartownika hitlerowskiego przy bramie do Getta. Liz zastanawiała się, czy jej matka płakała uciekając; czy w ogóle myślała o pięcioletniej Liz czekającej u siatkowych drzwi na jej powrót? Te pierwsze dziewięć miesięcy Liz spędziła płacząc i złoszcząc się, lecz jej zasoby żalu nieubłaganie przeobrażały się w urazę. Jej matka nie płakała po Liz; więc ona też nie będzie płakać po matce; ani użalać się nad sobą.
Przy wieczornym obiedzie siedziała tak cicho, aż dziadzio zapytał: "Nic ci nie jest?" Wreszcie usnęła długo po północy.
Nazajutrz Liz czekała po zajęciach, aż pozostał tylko pan C. "Chyba sprawdzę tę panią Irenę Sendler - odezwała się. - Ale nie wiem, od czego zacząć."
"Dobrze, Liz. To nie będzie łatwe. Może lepiej, żebyś się dogadała jeszcze z kilkoma osobami na takie jakby przedstawienie... coś w rodzaju Listy Schindlera."
"Kogo?"
Wskazał jej nazwisko Schindlera w tytule artykułu. "Lista Schindlera. To prawdziwa historia człowieka, który podczas drugiej wojny światowej uratował ponad tysiąc Żydów od śmierci. Dlatego myślę, że to może być błąd... drukarski. Wszyscy znają Schindlera. Nikt nie zna..." Wziął jej z ręki tę kartkę.
"Ireny Sendler", rzekła Liz.
"No widzisz, Liz. Już się znasz na tym. Wiesz lepiej ode mnie."
Podsunął pomysł, żeby stworzyła zespół z bystrą i chętną Megan Stewart z pierwszego roku, która też zapisała się na Dzień Historii Narodowej. Liceum Uniontown było nieduże, klasa pierwszorocznych liczyła tylko 29 uczniów i czy to lepiej, czy gorzej, ale o każdym coś już było wiadomo. Megan Stewart była wszystkim tym, czym Liz nie była. Liz miała długą twarz, surowo przez siebie ocenianą w lustrze, podczas gdy jasna, rumiana i okrągła twarz Megan z natury promieniała w uśmiechu, nawet kiedy ona była poważna. Krótkie blond włosy Liz, proste i delikatne jak jedwab, trzepotały przy najlżejszym z powiewów; grube i ciemne kędziory Megan, starannie wyszczotkowane, zwisały jej na ramiona godnie i bujnie jak aksamitna draperia. W kafeterii Liz spostrzegła, że Megan przed jedzeniem odmawia modlitwę.
Mimo że Megan Stewart nie pasowała do żadnej z wygodnych i popularnych szufladek, w jakich zwykło się umieszczać większość młodzieży, wszyscy ją chyba lubili. Natomiast Liz miała pewność, że do niej się to nie odnosi; była raczej przekonana, że tacy jak Megan unikają takich jak ona. Przewidywała więc jej grzeczną odmowę, jakieś nie-dziękuję-zaczekam-do-przyszłego-roku, albo chyba-wolałabym-jakiś-inny-projekt, albo z-każdym-tylko-nie-z-tobą-Liz. Aż zastanawiała się Liz: po co ja to właściwie robię? Co ją przymusza do czegoś tak niespodziewanego, tak niepodobnego do Liz Cambers? Może właśnie czas się powstrzymać. Ale ku jej zdumieniu, gdy zapytała Megan, czy nie chciałaby zająć się projektem z Ireną Sendler, usłyszała odpowiedź: "Owszem, chyba to byłoby dobre. Mam nadzieję, że dałabym radę. Robię już tyle innych rzeczy! jako czirliderka, w Bractwie Chrześcijańskich Sportowców, kapela, golf. I właśnie wstąpiłam do Stowarzyszenia Młodzieży w Kansas."
Liz doznała osobliwej ulgi słysząc od Megan to wyliczenie jej działalności; była zbyt zajęta, żeby kierować tym projektem! Już poczuła coś w rodzaju broniącej się zazdrości. Jednak ucieszyło ją zainteresowanie ze strony Megan, chociaż w porównaniu z nią czuła się całkiem nieporadna, magia atrakcyjności, energia, kompetencja i blask Megan były niezaprzeczalne. Przede wszystkim zaś Liz lękała się swego żałosnego niepowodzenia, gdyby sama jedna się tym zajęła.
"Możemy porozmawiać o tym dzisiaj na zajęciach inicjatywnych?" spytała Liz.
"Oczywiście."
Później tegoż popołudnia, kiedy zostały same w pokoju 104, Liz poczuła się znów niezręcznie i niepewnie. Nie uczestniczyła dotąd w pracy zespołowej, nie miała takich aspiracji, i nie wiedziała, jak się do tego zabrać.
Megan starannie odłożyła swój wypchany plecak. "Mieszkasz w Mapleton?"
"Tak. A ty zdaje się w Bronson, co?"
"Tak, Bronson - odrzekła Megan. - W porównaniu z twoim to już coś w rodzaju wielkiego miasta."
Liz próbowała się roześmiać, ale wyszło jej to nerwowo i głupio. Wręczyła Megan artykuł o Innych Schindlerach. "Wiem tylko tyle - wzruszyła ramionami Liz - ale jeżeli prawda, to raczej zdumiewające. Może drukarski błąd - wiesz - 250 dzieci, a nie 2500."
Liz przyglądała się twarzy Megan, patrzyła, jak jej uśmiech przygasa i znika, kiedy czytała te parę akapitów raz, drugi, po czym podniosła wzrok na Liz, już ze zmarszczonym czołem.
"Oho. - Megan w zamyśleniu skinęła głową. - To zdumiewające. Jeżeli to prawda. - Ciągle jeszcze wpatrzona w Liz odezwała się: - Mówią, że taki Dzień Historii to kawał ciężkiej roboty. Że trzeba przychodzić po godzinach. I zostawać do późna."
Liz pomyślała, że Megan dziwnie na nią spogląda, jakby badając ją, sprawdzając, czy ona tak naprawdę, czy na niej można polegać. "Tak - odparła Liz. - Mnie też tak mówiono."
* * *
Kiedy już Megan się zgodziła, u Liz pojawiły się duże wątpliwości. Czy nie lepiej porzucić tę sprawę Ireny Sendler, zanim okaże się zbyt wielka i trudna. Okropne uczucie! Nie miewała trudności, aby powiedzieć: nie! kiedy nie chciała czegoś zrobić - ale to było coś innego. Prześladowało ją to, zwłaszcza nocą, kiedy zbyt łatwo jej wyobraźnia odtwarzała moment, gdy Irena Sendler puka do drzwi, a żydowska matka oddaje swe dziecko - a czasami niemowlę - tej nieznajomej, ażeby je ocalić. Było coś wyjątkowo wstrząsającego w przywoływaniu takiego wydarzenia.
Trudne też okazało się dotarcie do aktualnych wiadomości. Poszukiwania w sieci dały tylko jedno trafienie: JFR czyli Żydowską Fundację dla Sprawiedliwych, organizację wspierającą nie-Żydów, którzy ratowali Żydów podczas Holokaustu.
Podczas czwartego okresu nauki zastanawiała się, kiedy ma panu C. oznajmić, że w tym roku nie będzie robiła DHN. Kiedy zbierała książki do wyjścia, z teczki wypadł tamten artykuł: Inni Schindlerowie. Przeważyła ciekawość i zamiast od razu wyjść, zapytała pana C. o ten film, Lista Schindlera.
"To wybitny film, Liz, ale z ograniczeniem cenzuralnym dla młodzieży. Nie mogę ci go polecić."
"Czy Irena Sendler występuje w tym filmie?"
"Nie. Ale gdybyś znała fabułę Listy Schindlera, wyczuwałabyś, czego dotyczy ten projekt z Ireną Sendler."
Liz pomyślała: po co sobie tym zaprzątać głowę? Ruszyła do drzwi.
"Liz? - podniósł wydruk z JFR, który odłożyła. - Zadzwoń do nich. Już teraz, nim zapomnisz. Tu masz kartę do telefonu."
W pół godziny później siedziała w sekretariacie, gapiąc się na telefon i zbierając odwagę, żeby zadzwonić do New York City. Znowu zadawała sobie pytanie: po co ja to robię? Przed każdym naciśnięciem głęboko nabierała tchu, ustawiała palec i czuła, jak coś ponaglało ją w środku. Ci ludzie w New York City... chyba zbyt zajęci, aby rozmawiać z jakąś głuptaską z dziewiątej klasy w Kansas, niezbyt wiedzącą nawet, co działo się w warszawskim Getcie, a nawet co to właściwie jest Getto, tylko że gdzieś w Polsce, gdzieś w Europie i że druga wojna światowa.
O centrum Kansas City też mówiło się: ghetto, gdzie niebezpiecznie zapuszczać się po nocy, bo narkotyki, gangi, morderstwa i mnóstwo ubogich czarnuchów. Ani jeden czarny nie mieszkał w szkolnym okręgu Uniontown, a w liceum, o ile jej wiadomo, nigdy nie było innego dziecka niż białe. W Kansas City mieszka też wielu Żydów, ale była raczej pewna, że do liceum Uniontown nigdy nie chodziło dziecko żydowskie. Warszawa i Kansas City to różne światy - a Żydzi i czarni to różni ludzie - jej zaś aż dotąd nie zdarzyło się o tym wiele rozmyślać.
"Halo. Halo. Ja... jestem... tu mówi Liz... Elizabeth... Elizabeth Cambers, z Kansas... w Ameryce. Potrzebuję pomocy w zadaniu szkolnym."
Cisza w telefonie.
Wreszcie operator przemówił: "Chwileczkę. Połączę cię z asystentką pani Stahl."
Nagranie. Co za ulga! Liz wypuściła powietrze nagromadzone w płucach i czekała na bipnięcie. "Mówi Elizabeth Cambers. Jestem na pierwszym roku liceum w Uniontown. To znaczy... w Kansas. Czytałam w piśmie U.S. News and World Report o kobiecie, która uratowała 2500 dzieci. Nazywała się Irena Sendler... - Zajrzała znów do swoich notatek. - Miała pseudonim Jolanta... w Getcie warszawskim. Proszę do mnie oddzwonić pod numer 620-720-4090. Do widzenia. Och... dziękuję."
Liz usiadła już swobodniej w sekretariacie, spocona pod pachami. O ileż łatwiej być za kłótliwego wałkonia, co przypadkiem się napatoczył! Tak czy owak nic z tego nie będzie.
Nazajutrz podczas geometrii panienka z sekretariatu zajrzała do klasy i skinęła na Liz, żeby wyszła. Uspokoiła ją, że tym razem obejdzie się bez kłopotów. Telefon z New York City. Liz odebrała go w głównej kancelarii, pod okiem sekretarki.
"Halo? Tak, Elizabeth... to znaczy Liz."
"Tu mówi asystentka pani Stanlee Stahl z Żydowskiej Fundacji dla Sprawiedliwych. Pani wczoraj do nas telefonowała w sprawie Ireny Sendler?"
"Tak. Tej pani, co ratowała żydowskie dzieci."
"W czym mogę pomóc?"
Liz chwyciła z kosza kawałek makulatury i ołówek wymagający zatemperowania. "Tak. Ja... chciałam się, że tak powiem... dowiedzieć. Czy to prawda, że... uratowała 2500 dzieci, czy to błąd?"
"Błąd? Nie, nie, skądże! To prawda. Ona pomogła wykraść ponad 2500 dzieci z Getta warszawskiego i uratowała im życie. To zdumiewająca historia. Jest uznana przez Yad Vashem. Pani wie, co to Yad Vashem?"
"Nie, proszę panią, nie wiem."
"To pomnik Holokaustu w Izraelu. Yad Vashem znaczy po hebrajsku Pamięć o Imieniu. Tam się uznaje sprawiedliwych gojów... nie-Żydów, którzy narażali swe życie, aby ratować Żydów podczas drugiej wojny światowej... podczas Holokaustu. Ta kobieta, której pani szuka... ta Irena Sendler, to jedna z tych bohaterek. Ona została w 1965 roku... Irena Sendler... uznana za Sprawiedliwą Wśród Narodów Świata. Na jej cześć zostało posadzone w Izraelu w 1983 roku drzewo oliwne."
"Więc to naprawdę jest... ee... prawda? A dlaczego ona to zrobiła... to znaczy ratowała wszystkie te dzieci?"
"Bo te dzieci byłyby pozabijane razem z rodzicami. Prawie wszyscy w Getcie warszawskim podczas wojny zostali zabici przez hitlerowców. Ta kobieta... - Nastąpiła dłuższa przerwa, podczas której Liz słyszała szelest papierów. - Ona przekonywała rodziców, żeby oddali swoje dzieci... żeby ona je mogła przemycić z Getta i poumieszczać w przybranych domach albo w klasztorach. Pani w szkole uczy się o Holokauście?"
"Tak jakby. To projekt historyczny. Może mi pani o niej przysłać jakiś materiał?"
"Możemy przysłać też o innych ratujących."
"Tak... to świetnie. Ale właściwie potrzebuję o Irenie Sendler."
Kiedy Liz odłożyła słuchawkę, zwaliła się na nią cała burza pytań, które jeszcze chciałaby zadać tej pani z New York City. Jak to możliwe, że ktoś taki odważny, taki dobry, pozostaje nieznany? Właściwie jak ona wydostawała te dzieci? Czy to było niebezpieczne? A gdyby ją złapano? Kiedy umarła? Po co to robiła? A potem jeszcze bardziej dręczące pytania... takie pytania, na które pani z New York City nie mogłaby odpowiedzieć. Jak te dzieci musiały to przeżywać? A ich rodzice? Czy gdyby Liz była wtedy w Warszawie, miałaby tyle odwagi co Irena Sendler? A czy oddałaby swoje dziecko? Jedno Liz wiedziała już z całą pewnością: że bohaterstwo Ireny Sendler było równie zadziwiające jak tchórzostwo jej własnej matki jest niewybaczalne.
* * *
W kilka dni później przybyła z Żydowskiej Fundacji dla Sprawiedliwych paczka z opisami wyczynów, jakich dokonywało wielu ratowników od Holokaustu, łącznie z krótkim artykułem o bohaterstwie Ireny Sendler, już z bardziej rzeczowymi opowieściami o dzieciach przemycanych z Getta w skrzynkach stolarskich, trumnach i ambulansach, o dzieciach przeprowadzonych w bezpieczne miejsca przez gmach sądów, przez kościół, przez dziurę w murze. Był też wykaz ocalonych z Holokaustu w rejonie Kansas City, gotowych ze studentami rozmawiać i opowiadać im swoje historie. Liz dała ten artykuł Megan przed geometrią i chociaż wiedziała, że nie powinna, Megan podczas lekcji przeczytała go ukradkiem na swoich kolanach. Ani razu nie podniosła ręki, a kiedy wychodziła, nauczyciel zapytał, czy nie czuje się chora.
Megan myślała, że tylko przeleci wzrokiem tekst otrzymany od Liz, ale wszystkie jego szczegóły tak ją wciągnęły, że jej wyobraźnia od razu przekształciła to w scenę dramatyczną dla projektu DHN. Nie mogła się oprzeć myśli, że jej matka Debra Stewart była pod wieloma względami podobna do Ireny Sendler, nie w czynach, lecz w charakterze; obydwie skromne i bez pretensji, a czyniące tyle dobrego z niespożytą energią i pokorą. Nawet i wygląd miały troszkę podobny, sądząc po jedynym zdjęciu 29-letniej Ireny Sendler z wojennej Warszawy.
Rozmyślania o projekcie nie dawały Megan spokoju, lecz pochłaniał ją też osobliwy związek, tworzący się pomiędzy nią a Liz, niemalże wbrew jej woli, jak gdyby działało tu coś większego niż któraś z nich, coś niepokojąco poza jej kontrolą. Coś ni do rymu, ni do rzeczy - tak różne jedna od drugiej, że trudno bardziej - i wiadomo, że Liz bywa trudna. Pastor od zielonoświątkowców poradziłby swojej Megan: "A co zrobiłby Jezus?" lub wygłosiłby do młodzieży kazanie na temat "palca Bożego, który popycha was na Jego ścieżkę, jakkolwiek dziwną czy nieprawdopodobną... jakkolwiek niepojętą".
Mimo wątpliwości co do współpracy z Liz wyczuwała w niej Megan także coś frapującego. Wszyscy wiedzieli, jak to Liz wychowana została przez dziadków, i Megan czuła dla niej coś w rodzaju siostrzanego respektu za to, z czym zdołała się uporać. Nie wyobrażałaby sobie życia bez własnej matki. Gdyby nie łaska Boża! myślała Megan i to również pomogło.
Sama usiłowała się kształtować na wzór swej matki, szczupłej małżonki farmera, wieśniaczki na miejskim poziomie, prowadzącej buchalterię ich gospodarstwa, zakupy, gotowanie i sprzątanie, a także pełniącej swe obowiązki w gminie zielonoświątkowców. Megan czuła, jak ciepło i pewnie jej się robi na sercu, kiedy panie z kościoła zwracają się do jej matki: "Megan to źrenica twego oka!" i: "Niedaleko pada jabłko od jabłoni!"
Swój pokój utrzymywała w tak samo nienagannym porządku jak matka ich dom na farmie, codziennie ścieląc łóżko, z porządkiem i czystością na biurku, obuwie w parach, odzież porządnie rozwieszona w szafie. Dorośli zgodnie świadczyli, że z niej "dobre dziecko", nie obija się i nie próżniaczy. Chociaż często spóźniała się i ciągle skarżyła, jak wiele ma do roboty, życie miała wypełnione i nie przeszkadzał jej zbytnio brak wolnego czasu dla przyjaciół.
W życiu Megan DHN nie było ani jedynym nowym zajęciem, ani najbardziej wciągającym ją emocjonalnie.
Kilka tygodni wcześniej pojawił się w jej życiu Kenny i życie to, zwykle jakby niełatwa lecz przewidywalna zawierucha, stało się raptem podobniejsze do trąby powietrznej. W pierwszym tygodniu szkoły, na próbach orkiestry, Kenny Felt grający na trąbce, w golfa i koszykówkę, gawędził z nią po szkole co najmniej przez pół godziny. Megan była nieco zakłopotana, lecz powiedziała swej matce, że "puszczają do siebie oko". Nigdy jeszcze się tak nie czuła, aż tu raptem niebo się okazało trochę mniej niedostępne. Kenny poprosił ją na pierwszą randkę zaledwie kilka godzin wcześniej niż Liz przedstawiła jej projekt z Ireną Sendler.
W każdy weekend Megan ubierała się po wiejsku i pracowała na farmie z małomównym ojcem, mającym na imię Mark, i 10-letnim bratem o imieniu Travis, tak nieśmiałym (według jej ojca "powściągliwym") jak to częste u mężczyzn z Kansas. Jesień, kiedy skończyły się sianokosy, zbiory pszenicy i orka w polach, to był czas na kamienie. Megan nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ich farma produkuje więcej kamienia niżeli upraw, a do jej zadań należało jeżdżenie w pola sfatygowaną furgonetką Toyota i zbieranie kamieni. Pierwsze z nich wpadały z tyłu do paki z donośnym, metalicznym brzękiem - ostrym, nieprzyjemnym - ale kiedy ich stos urastał i Toyota osiadała na resorach, odgłos robił się przygłuszony, rytmiczny i balsamicznie łagodny.
Obliczyła, że przeciętnie 500 kamieni na jeden ładunek, w dobrym dniu po dwa lub trzy ładunki, to znaczy, że zebrała w życiu z pól jakieś 100 tysięcy kamieni. W odróżnieniu od innych zajęć farmerskich "zbieranie kamieni" było dziwnie relaksujące, choć pod wieczór bolały mięśnie. Kamień nie miał zwyczaju odpowiadać, jego kawałki nie wymagały przyjścia na czas, były przewidywalne i nie wymagały szczególnych umiejętności, kiedy przyszło do ich zbierania, w przeciwieństwie do wszystkich innych czynności wykonywanych przez Megan. Zbieranie kamieni to był dobry czas na ustawianie spraw we właściwej perspektywie; na życie bez ciągłej organi-zacji zajęć. Dobry czas na to, żeby pomyśleć o Jezusie i o rodzinie; żeby się pomodlić. Fizyczna praca usługowa, wedle kazań jej pastora, to był czas na pokorne rozważanie swych stosunków z Jezusem i z Bogiem. "Wykorzystujcie jakoś dar swego życia", tak pastor zachęcał młodzież. Jednakże, prawdę mówiąc, to Kenny w upałach babiego lata pochłaniał największą część jej myśli, a kiedy nie myślała o Kennym, to zastanawiała się nad Ireną Sendler.
Swój czas dla nauki własnej w bibliotece Megan spędzała odczytując raz po raz dzieje Ireny Sendler. Chwilami czuła jeżące się włoski na rękach, jakby od przejścia duchów. Ta drobna kobiecina - jakoby nie sięgająca półtora metra wzrostu - ta martwa bohaterka wywierała jakiś magiczny wpływ na nią i chyba również na Liz - moc spoza grobu.
Spotkały się z Liz u wyjścia z pokoju 104 i trafiły we wzbierający przepływ uczniów z klasy do klasy. Umysł jej pogalopował i przemówiła śpiesznie, świadoma krótkości czasu: "Ta pani, ta Irena Sendler, była drobna i bardzo dobrze zorganizowana. Miała całą siatkę ratujących. Wszystkie nazwiska dzieci miała zapisane i ukryte przed hitlerowcami w słoikach. A słoiki zakopywała pod jabłonią. Dzień w dzień oszukiwała hitlerowców, przekradając się do Getta i z Getta. Używała pseudonimu Jolanta (Megan wymawiała to przez dż). Czy to nie odlotowe?"
"Owszem - rzekła Liz. - Dość odlotowe. Posłuchaj, pomyślałam sobie, że jedna scena w sztuce koniecznie musi być o tym, jak ona stara się przekonać rodziców, żeby jej oddali swoje dzieci... i..."
"To okropne - podjęła Megan, jak gdyby Liz w ogóle się nie odezwała. - Mogłybyśmy mieć scenę w Getcie, jak niemiecki żołnierz jej grozi, a ona mimo to wciąż ratuje te dzieci. A także scenę z przybraną rodziną, która bierze dziecko. Ciekawe, kiedy ona umarła?"
"A mój pomysł? Jak uważasz?"
"Tak. Dobry. Dobry - odparła Megan, myśląc równocześnie o kilku innych scenach. - Aha, znasz Sabrinę Coons?"
"Tę nową? Tak. Ona jest na moim czwartym okresie Studiów Społecznych. A bo co?"
"Pan C. wczoraj zatrzymał mnie w holu. Ona wpisała się na Dzień Historii, a on myśli, że powinna się do nas przyłączyć. To juniorka - dopiero co się tutaj skądeś przeniosła - chyba z Oklahomy. Jej tata, zdaje się, jest wojskowy czy coś. Widziałam się z nią, jest chyba całkiem fajna. Taka cicha i trochę nudziara, ale fajna. Myślę, że całkiem bystra. Powiedziałam jej, żeby się z nami spotkała jutro po szkole."
"Chwileczkę - sprzeciwiła się Liz. - Ja wcale nie powiedziałam, że chcę ją mieć w mojej grupie. To jest mój projekt, wiesz. Ja pierwsza go wymy-śliłam."
Megan westchnęła. "Myślałam, że obydwie bierzemy w tym udział." (Jak postąpiłby Jezus?)
"Chyba że tak. Ale ktoś powinien mnie spytać."
"Dobrze. Więc pytam cię." (Proszę. Zmiłuj się Panie Boże.)
Liz ruszyła do wyjścia.
"Więc jutro po szkole?" krzyknęła za nią Megan.
"Tak. A niech będzie."
* * *
Tej nocy Liz przepytała dziadka Billa o Getto warszawskie i o wojnę. Odpowiedział jej, że wtedy był dzieckiem, ale pamięta straszliwe opowieści dorosłych. Że to były okropne czasy i "najgorsza z tego była ta historia z Żydami. Ludzie powariowali".
Powiedziała mu o Irenie Sendler, że to było jak z Listy Schindlera, i czy pozwoliłby jej obejrzeć ten film, chociaż nie dopuszczany przez cenzurę. Dziadek pomyślał i odrzekł: "Skoro to szkolny projekt... czemu nie." Czy będzie z nią razem oglądał?
"Nie - odparł. - Ja nie lubię tego rodzaju filmów."
Już pierwszym zaskoczeniem było dla Liz, że to film czarno-biały, więc od razu taki stary, dziwnie autentyczny, zupełnie inny od tych zwykłych. Na zakończenie, kiedy ocaleni przez Oskara Schindlera oraz ich dzieci przechodzą koło jego grobu, zostawiając nabożnie po jednym kamieniu przy jego nagrobku, Liz uświadomiła sobie, że płacze... co się jej nie zdarzało.
Gdzie Irena jest pochowana?
Kansas w lutym 2000
Kansas w lutym jest wymarłe i wietrzne, lód zamarza na pyskach cielaków dość nieszczęsnych, aby drzewa ich nie osłaniały od wiatru. Na bocznych dróżkach lód zamarza na beton, a prowincjonalne szkoły, takie jak liceum w Uniontown, często bywają zamknięte ze względu na pogodę. Ferie przeminęły; ludzie podatni na depresje od wątłego światła łatwo się złoszczą, jeśli nie popadli w głębokie przygnębienie.
Megan walczyła o siłę ducha.
W poniedziałek po Okręgowym Dniu Historii pismo Fort Scott Tribune zamieściło taką relację:
Dwudziestu jeden licealistów z Uniontown zdobyło nagrody i wyróżnienia w Dniu Historii Narodowej w Columbus. Jeden ze zwycięskich projektów, Życie w słoiku, stał się już tematem opowieści w lokalnych środkach przekazu. Liz Cambers, Sabrina Coons i Megan Stewart zajęły pierwsze miejsce w swojej kategorii za dramatyczne przedstawienie na temat Ireny Sendler, zapomnianej bohaterki z Holokaustu, która podczas II wojny światowej uratowała 2500 żydowskich dzieci od pewnej śmierci w Getcie warszawskim. Ten wstrząsający dramat będzie pokazany publiczności wieczorem w najbliższy czwartek w Kościele Metodystów w Uniontown.
* * *
Po Okręgowym Dniu Historii dziewczęta nadal ulepszały swój skrypt, ze świeżym optymizmem oraz determinacją. Liz i Megan wciąż nie szczędziły głów, dopracowując poszczególne linijki lub sceny, spotykając się na próbach, choć już nie tak zawzięcie.
Na dzień ich spektaklu w miejskim Kościele Metodystów trójka dziewcząt szykowała się po lekcjach. Megan przyszyła umyślnie postarzały brzeg do stroju pani Rosner. Sabrina sprawdzała emaile, a Liz grzebała w swoim plecaku.
"Nic nie przyszło z Polski?" pytała Megan, z góry znając odpowiedź. Każdy kolejny dzień bez wiadomości z Polski od Adama, syna Ireny, stanowił świeże rozczarowanie.
"Nic", odrzekła Sabrina, nie podnosząc oczu znad komputera. Odwróciła się ku nim i Megan sądziła, że coś powie, ale zdusiła to w sobie i tylko przemówiła do Liz: "To cud, że ty w ogóle coś możesz tam znaleźć."
"To samo mówi moja babcia. Ale możesz wierzyć lub nie wierzyć, a ja zwykle i tak znajduję, czego szukam."
"Ty masz chyba swój własny rodzaj organizacji... system Liz." Sabrina wróciła do ekranu i przewijała jakiś nową witrynę. "Z tym Gettem warszawskim wszyscy powinniśmy wprowadzić jakiś zupełnie nowy system. Nie można trzymać się za długo tej samej historii czy obrazka. Robi się za blisko... jak dla mnie to zbyt żałosne albo zbyt obłędne... Wszystko to jest takie przerażające."
Megan zapytała, czy tego wieczora przyjdzie matka Sabriny, a Sabrina popatrzyła na nią, potem na Liz, wydymając niepewnie usta. "Moja mama choruje - odrzekła z wahaniem. - Zażywa mnóstwo leków. Ma ciężką cukrzycę. Chyba dostała jej, kiedy byłam w pierwszej klasie, ale nie jestem pewna." Tu Sabrina przerwała i Megan pomyślała, że chyba zastanawia się, czy mówić dalej, czy na tym skończyć. "Parę lat temu rozbiła się w samochodzie. To był ciężki wypadek i długo trwało, zanim z tego wyszła. Wciąż jeszcze ma problemy. Dwa razy dziennie wstrzykuje sobie insulinę i ciągle robi badania krwi. Ja ludziom raczej nie mówię o tych sprawach, więc nie powtarzajcie. Tylko pomyślałam, że wy o tym powinnyście wiedzieć."
* * *
Tego popołudnia zaczął padać śnieg i kiedy przyszedł czas na ich pierwszy publiczny występ, drogi stały się niebezpieczne, tak iż Kościół Metodystów napełnił się ledwie do połowy.
Megan już nie musiała rezerwować dwóch miejsc w pierwszym rzędzie dla swoich rodziców, jednak zrobiła to, mimo wątpliwości, czy jej matka w ogóle się pojawi. Debra Stewart rozpoczęła drugą serię chemioterapii, toteż znowu była chora i słaba.
Żadna z nich wiele się nie spodziewała po spektaklu tego wieczora. Pan C. powitał niewielkie audytorium i wyjaśnił, jak ten projekt został "wymyślony i zrealizowany przez trzy odważnie i gorliwie zajmujące się nim młode niewiasty". Wychwalał ich gruntowne badania i poświęcenie się dla spektaklu o szacunku dla innych i o niesłychanej odwadze jednej kobiety. Później będzie czas na pytania i odpowiedzi.
Megan wykonywała trzy role: Marii wspólnie konspirującej z Ireną, niemieckiego żołnierza i pani Rosner, Żydówki, którą Irena "przekonała do oddania swych dzieci" tuż przed tym, jak ona i jej mąż zostali wysłani na śmierć do Treblinki. Wypatrywała przez kurtynę i rozpoznawała przeważnie miejscowych, trochę starszych ludzi, nieliczne dzieci ze szkoły. Była też matka Sabriny, jej siostra Sarah, dziadek Bill i babcia Phyllis. Sabrina wyszła na scenę w nowym kostiumie, w płaszczu z 1939 roku. Poczekała, aż w nawie ucichły szmery i odgłosy poruszeń.
Narratorka:
Wyruszamy w podróż, która nie będzie łatwa. Musimy stąpać lekko, bo wspomnienia, których to dotyczy, są kruche i cenne. Irena Sendler była polską katoliczką, działaczką społeczną, kobietą drobnej postawy, mającą mniej niż półtora metra wzrostu...
Weszła Megan jako pani Rosner, z ciemną chustą zawiązaną na głowie, niosła starą i obdrapaną walizkę, prowadząc za rękę dziecko niewidzialne, tylko wyobrażone.
Pani Rosner:
(Nagrane odgłosy paniki, w głębi ludzie przeraźliwie krzyczący)
Prędko, Icek, prędko, Haniu, nie patrzcie na nich, nie patrzcie na tych niemieckich oficerów. Salomon, nie pozwalaj dzieciom się zatrzymywać.
Po pierwszej scenie Megan się pośpiesznie przebrała w zbyt wielki dla niej wojskowy mundur niemiecki, potem znów przebrała się za Marię, jedną z pracownic społecznych Ireny, pomagającą jej w przemycaniu dzieci z Getta.
Irena:
Mario, muszę się przedostać do Getta warszawskiego i zobaczyć, co tam się dzieje.
Maria:
To bardzo niebezpieczne. A gdyby Niemcy pomyśleli, że jesteś Żydówką? I dlaczego mieliby cię tam wpuścić?
Irena:
Mam dokumenty. Jestem zatrudniona w opiece nad dziećmi, Polka i chrześcijanka. Na to mam dowody. I powiem... że jestem pielęgniarką, że sprawdzam warunki. Mam też od Niemców zezwolenie na wejście do Getta i sprawdzanie, na co tam chorują.
Maria:
(z uśmiechem) Już cię widzę jako pracownicę społeczną, a może należącą do Żegoty! (Znów się uśmiecha)
Irena:
(gniewnie) Nie mów tak. Nawet nie wyobrażaj sobie, że pracuję dla Żegoty, nawet jakbyś o tym wiedziała, (głośno) to nigdy o tym nie mów!
Maria:
Przepraszam cię. Masz rację. Ale ty jesteś Jolanta. Znam twój pseudonim. Inni też mogli go poznać. Bądź ostrożna w tym Getcie.
Na widowni zaszeleściło i Megan dostrzegła w mroku żółty kombinezon, noszony przez jej matkę do chemioterapii, oraz ciemną, wielką postać ojca, sadowiącego ją na zarezerwowanym krześle. Matka pochwyciła jej spojrzenie i uśmiechnęła się.
Na scenie Irena i Maria przekroczyły zespawaną bramę z napisem GETTO W WARSZAWIE. Za płaską dekoracją na scenie Sabrina puszczała taśmę z nagraniem zgiełku i paniki, z odgłosami Żydów zapędzanych do Getta, które cichnąc gubiły się w żałosnym solo Arii Eug?ne Bozza, granej na saksofonie przez Liz.
Megan:
(jako 14-letnia Megan Stewart) Podczas długiej nocy Holokaustu do niewielu jasnych punktów należeli mężczyźni oraz kobiety, narażający własne życie, aby ratować innych.
Sabrina:
Ci ludzie byli punktem zwrotnym jednego z największych punktów zwrotnych w dziejach, jakim był Holokaust.
Liz:
(wciąż jeszcze przebrana za Irenę, ale teraz już niedwuznacznie Liz we własnej osobie) W roku 1965 Irena Sendler otrzymała tytuł Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata. Nikt nie wie, kiedy umarła i gdzie jest pochowana. Jej odwaga, ta odwaga jednej drobnej kobiety o wielkim sercu, pokazała, jak odwaga i poświęcenie zmieniają świat.
Pan C. otarł sobie oczy i znowu zdumiał się, jak niezwykłą siłę ma ten prosty i niewinny dramat; jak przy krajaniu cebuli, obojętne, ile razy oglądałby to i odczytywał skrypt, zawsze zbierało mu się na łzy.
* * *
Mimo że Dzień Historii dla Kansas był odległy jeszcze o trzy miesiące, Megan ogłosiła surowy terminarz prób.
"W marcu po trzy dni w tygodniu. W kwietniu po cztery dni w tygodniu, a w ostatnim tygodniu codziennie. Sądzę, że ten skrypt wymaga jeszcze mnóstwo roboty."
"A płaską dekorację trzeba przemalować", rzekła Sabrina.
W sklepie z używaną odzieżą w Fort Scott Megan kupiła suknię i bluzkę dla pani Rosner, o jeden rozmiar za duże, aby podkreślić, jaka była w Getcie zagłodzona.
Nie zaprzestały poszukiwań; i chociaż doskwierało to Megan, czuła się obowiązana czytać wszystko, co tylko mogła, o Getcie warszawskim. Najbardziej gnębiły ją fotografie, czarno-białe wizerunki zagłodzonych dzieci i sierot, wpatrujących się w nią przez tajemnicę czasu i dotkliwy mróz bolesnej chwili. Z pewnością wszystkie te dzieci umarły wkrótce po zrobieniu im tych zdjęć. To nie była już abstrakcja zwana "Holokaust" ani z wyobraźni poczęta rekonstrukcja w słowach; to były konkretne dzieci, tak rzeczywiste, aż miała poczucie, że mogłaby wejść w ich fotografie, lub też one mogłyby wyjść ze swojego piekła. Błagały ją ich twarze, wychudłe na szkielet, ich kościste dłonie wyciągały się do niej po chleb.
* * *
Po dalszych tygodniach bezowocnych poszukiwań informacji o Irenie Sendler Liz pożaliła się panu C.: "Dlaczego to takie trudne? Chodzi mi o to, że ona jest bohaterką; robiła rzeczy zadziwiające. Dlaczego jej nie ma w każdej książce o historii? Dlaczego Polacy o niej nie wiedzą?"
"Mnie to również zdumiewa, Liz", odparł.
"Mogliby przynajmniej kwiaty położyć na jej grobie raz do roku, ale nikt nawet nie wie, gdzie ten grób jest. Kiedy znajdziemy jej grób, wyślę pieniądze do kogoś w Polsce, żeby kładł na nim kwiaty, przynajmniej w dniu jej urodzin."
Srebrna łyżeczka
Warszawa, od kwietnia do 18 lipca 1942
Do wiosny 1942 roku w Polsce wydawano już prawie pięćdziesiąt różnych podziemnych czasopism. Każda polityczna, religijna czy etniczna organizacja narażała się na śmiertelne niebezpieczeństwo, byle ogłaszać swe partyzanckie opinie. Ryzyko to wreszcie stało się faktem, znanym później pod nazwą "Krwawej Nocy", w piątek 17 kwietnia 1942 roku, kiedy Niemcy przeprowadzili w Warszawie rozległą akcję, w której schwytali sześćdziesięciu żydowskich prominentów i dokonali na nich ulicznej egzekucji. Wszyscy oni byli, w ten czy inny sposób, związani z prasą podziemną: drukarze, autorzy, rozprowadzający ją i finansujący. Najdotkliwszym okazał się przy tym raport naocznego świadka, że SS posługiwało się listą sporządzoną przez SP, czyli żydowską policję.
W kwietniu Żydzi uciekający z getta w Lublinie dotarli do Warszawy z przerażającymi opowieściami o Żydach pakowanych w bydlęce wagony, ponad stu do jednego, i wywożonych do Bełżca. Wiadomości o likwidacji getta w Krakowie i o 30 tysiącach Żydów deportowanych z getta we Lwowie szerzyły się jak grypa hiszpanka. W tydzień później dotarły podobne wieści z Mielca. Biuletyn Informacyjny, wydawany przez rząd na emigracji, powiadomił o uruchomieniu nowego obozu w Treblince, gdzie nie było nawet baraków dla więźniów, o 100 kilometrów na północny wschód od Warszawy, przy linii kolejowej.
Prasa podziemna też donosiła o wywózkach i mordach. Irena czytała niektóre z podziemnych gazet, zwłaszcza Biuletyn Informacyjny, przekazujący "rzetelnie uzasadnione pogłoski na temat obozów śmierci" w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze. Uciekinierzy z getta w Rydze donosili o masowych mordach, jakich dokonywano w pobliskich lasach. Żydów z getta lubelskiego wywożono do Bełżca; nikt nigdy nie powrócił z tego miejsca, które nazywano w tym piśmie "fabryką śmierci". Niemcy wciąż obstawali przy twierdzeniu, jakoby wszystkie deportacje kierowane były wyłącznie do obozów pracy.
Ostatnio jednak docierało do Ireny coraz więcej pogłosek, że na północny wschód od Warszawy powstaje nowy obóz: Treblinka. Podziemne kontakty Stefana sugerowały, że to również może być fabryka śmierci. Nie istniały tam baraki dla więźniów, tylko wysokie kominy. Skądinąd zwłaszcza Judenrat i SP upierały się, że nie ma w tym nic okropniejszego niżeli stacja przejściowa w drodze do "obozów pracy" albo "przesiedlenia" na wschód. Co za wschód? Niektórzy mówili, że aż do Arabii, a inni, że na Ukrainę. Każda pogłoska, choćby najbardziej dziwaczna, była powtarzana i przetwarzana w pewność.
Po drodze do pracy w poniedziałek po "Krwawej Nocy" Irena przeczytała na murach świeże plakaty z ostrzegawczym opisem zbrodni i egzekucji dokonywanych na Żydach:
Dopóki będzie się ukazywała prasa podziemna, dopóty będą trwały egzekucje. Żydzi muszą położyć kres tej zdradzie.
Każdy działacz podziemia lub jego sympatyk był odnotowany; Irena zastanawiała się, czy jej nazwisko też figuruje w Gestapo na listach podejrzanych. Jednak prasa podziemna nie dała się zastraszyć; następny numer tygodnika Jediot ukazał się nie tylko we właściwym czasie, ale nawet w obszerniejszej niż zwykle edycji.
Wiosną 1942 roku w słownictwie każdego Żyda pojawił się nowy wyraz: deportacja. Była to już nie tylko pogłoska, gdyż oficjalne publikacje niemieckie rozpatrywały sprawę "obowiązkowego przeniesienia Żydów do obozów pracy". W całej Polsce przymusowo zabierano ich z miejsc zamieszkania w gettach i "przewożono koleją", jak nazywało się to u Niemców, czyli "stłoczywszy w bydlęcych wagonach", jak informowała prasa podziemna... dokąd?
Po prostu znikali.
Ewa, niezłomna optymistka, zgadzała się z poglądem Szmuela, że dotyczy to obozów pracy. Żydzi byli dla Niemców zbyt cenni jako wojenna siła robocza. Poza tym Niemcy mają pełnię władzy. Lepiej pogodzić się z ich żądaniami niż prowokować gwałtowne reakcje. Natomiast Adam, brat Ewy, dochodził do całkiem odwrotnego wniosku i był przekonany, że zamiarem Niemców jest uśmiercenie każdego Żyda w Polsce i że deportacja oznacza śmierć.
W tydzień po "Krwawej Nocy" Irena była w CENTOSie z pieniędzmi dla Ewy, która wyglądała tak jakby nie spała od wielu nocy. Przez osiemnaście miesięcy od czasu zamknięcia Getta Irenie wydawało się, jakby jej przyjaciółka postarzała się o dziesięć lat. "W dzień po Akcji - powiedziała Ewa - przybyły tysiące nowych uchodźców z Theresienstadt. Prawie że nie mieliśmy dla nich jedzenia i żadnego miejsca, by ich umieścić, oprócz głównej synagogi. Co najdziwniejsza, nie mogliśmy dla nich zrobić prawie niczego poza tym, żeby mieli dach nad głową, a oni już za to byli wdzięczni."
"Chciałabym jakoś bardziej im pomóc. Gdybym mogła."
Uśmiech Ewy, jakkolwiek smutny, powrócił. Jakże brakowało Irenie tego prawdziwego, z lepszych czasów! "Moja droga, droga przyjaciółko! Nigdy tak nie myśl. Cokolwiek robisz... przywracasz moją wiarę w człowieczeństwo."
Irena poczuła się zakłopotana jej pochwałą i zapytała o jej Koło Młodych.
"Staram się, żeby nie spostrzegli mojej rozpaczy. Tylko tobie to powiem, bo jesteś dla mnie tak drogą i zaufaną przyjaciółką, ale obawiam się, że mój optymizm zawodzi; coraz bardziej spodziewam się niepowodzenia i tragedii. - Ewa spuściła oczy, jakby zawstydziły ją słowa, które wymknęły się jej przez nieuwagę. - To przedziwne, co może się obecnie wydać cudem. Przestałam liczyć na wyzwolenie. Teraz już dostatecznie cudowne jest, że przeżyło się do następnego dnia."
Irena podała Ewie kopertę złotówek na jedzenie z czarnego rynku. "Muszę iść. Mam się zobaczyć z rodziną Pinkusa."
"Ireno, bądź ostrożna przy bramie na Leszno. Tam jest nowy strażnik niemiecki. Nazywają go Frankenstein. Strzela do ludzi z najbłahszego powodu, a czasem ot tak, na oślep."
Irena spodziewała się, że to nieprawda. "Tyle się plotkuje."
"Nie, Ireno. Widziałam to na własne oczy. Szłam wczoraj po Lesznie i usłyszałam strzelanie z pistoletu. Później dopadł mnie cały tłum ludzi uciekających w panice. "Idzie Frankenstein! Idzie Frankenstein!" Przyglądałam się z wejścia, jak ten całkiem zwyczajny z wyglądu żołnierz niemiecki idzie samotnie środkiem Leszna i strzela do Żydów kulących się w wejściach do domów. Mogłam to być ja. Zatrzymał się, żeby naładować pistolet, i ruszył dalej, strzelając. Nie wiem, ilu zabił."
* * *
W godzinę później Irena stanęła w wejściu do mieszkania Pinkusa, które dzielił on z piętnastoma innymi uchodźcami. Poszukała na dnie swej pielęgniarskiej torby i znalazła sfałszowaną kenkartę aryjską na nazwisko Tadeusza Marca, świeży dowód dla Aleksandra Pinkusa, niemowlęcia, którego życie miało się przeobrazić.
Już wpisała go na swoją kwietniową listę:
Kwiecień 1942: Aleksander Pinkus ? Tadeusz Marzec, Szaserów 68
Po chwili zobaczyła matkę Aleksandra, tulącą go do twarzy. To był dla Ireny najgorszy moment: pożegnanie. "Po wojnie dostaniecie go z powrotem - zapowiedziała po raz kolejny rodzicom Aleksandra, wrzucając mu do buzi bursztynową kapsułkę luminalu. - Prowadzę taką listę - dodała, pokazując im zapis. - Jego polskie imię Tadeusz jest tylko po to, żeby ocalić mu życie." Pani Pinkus upadła na kolana, trzęsąc się i płacząc u wyjścia. Nie mogła zrozumieć słów Ireny. Luminal szybko zadziałał. Irena zawinęła małego Aleksandra w kocyk, po czym opuściła go do jutowej torby przeznaczonej do "kontroli zakażenia" z dziurkami do oddychania. Wyszła przez bramę na Gęsią, niosąc Aleksandra pod pachą jak opakowanie medyczne, wieczorem, kiedy wracają do Getta wysłani do przymusowych robót; a strażnicy są zaprzątnięci liczeniem tych niewolników i sprawdzaniem, czy nie przynoszą jakiejś kontrabandy. Raczej nie zwracają wtedy uwagi na Aryjczyków, jak Irena, opuszczających Getto.
Najbardziej ryzykowne było pierwsze 500 metrów, gdzie czyhali agenci Gestapo, donosiciele i szmalcownicy. Dawanie ochrony Żydom w aryjskiej Warszawie nazywano teraz "chowem kotów". Jeżeli szmalcownikowi zapachniało jakby umykającym Żydem, podchodził od tyłu z miauczeniem: sygnalizując, że zamierza donieść, jeżeli mu się nie zapłaci. Oczywiście nie było gwarancji, że mimo to nie doniesie, aby zyskać drugą zapłatę od Gestapo.
* * *
Maj 1942: Awram Hofman ? Ludwik Wirski, Praga, Chłodnicza 6
Leon Szeszko, motorniczy tramwajowy i mąż jednej z łączniczek u Ireny, wyprowadził poranny tramwaj z remizy na Placu Muranowskim, mieszczącej się jeszcze w murach Getta. W początkach maja uzgodnili z Ireną, że pomoże jej wypróbować nową drogę ucieczki, przemycając w swoim tramwaju z Getta trzyletniego Awrama Hofmana. O piątej rano, w mieszkaniu przy ul. Miłej naprzeciw Placu Muranowskiego, jedna z kurierek Ireny, nastolatka o pseudonimie Wika, podała Awramowi luminal i śpiewała mu słodką piosenkę, gdy usypiał od narkotyku. Włożyła go do kartonowego pudła zawiniętego w brązowy papier i obwiązanego szpagatem, ze skrytymi dziurkami do oddychania. Była jeszcze godzina policyjna, kiedy Wika z tą paczką wyszła z mieszkania, kryjąc się w cieniu. Pan Szeszko ubiegłej nocy pozostawił boczne drzwi remizy nie zamknięte na klucz. Weszła do tramwaju pana Szeszki, stojącego na pierwszym torze z lekko odsuniętymi drzwiami, i wsunęła pudło pod siedzenie. Jeszcze raz sprawdziła, że dziurki nie są przysłonięte, i wyszła. Prawie w godzinę później, kilka minut po szóstej, przychodzący jak zwykle do pracy pan Szeszko sprawdził pudło, odciągnął hamulec i przesunął korbę, wyjeżdżając z remizy, z Getta, i pojawiając się jeszcze pustym wozem na pierwszym przystanku w aryjskiej Warszawie.
Irena była pierwszą pasażerką i usiadła wprost nad paczką. Czuła na sobie oczy innych pasażerów. Wszyscy musieli zauważyć, że wsiadła do tramwaju bez żadnej paczki. Pudło zaczęło ją trącać w stopę i wydało jej się, że słyszy skargę budzącego się niemowlęcia. Na pierwszym przystanku podniosła już ruszającą się paczkę i dosłyszała kwilenie, co musieli także słyszeć inni pasażerowie. Wysiadła z tramwaju i poczuła lekki zawrót głowy, wzrok jej się przyćmił, rozpaczliwie siliła się, by nie zemdleć. Już nogi zaczęły jej się plątać, gdy znalazła koło tramwaju ławkę i usiadła, głęboko dysząc, aż serce jej się uspokoiło.
Zastanowiła się, czego musi doświadczać mały Awramek, podrzucany w twardej kołysce, budząc się w ciemności?
Przybrana rodzina, która miała przyjąć Awramka, rozmyśliła się usłyszawszy, że to chłopczyk; obrzezani chłopcy łatwo demaskowali swe przybrane rodziny. Więc Irena dostarczyła go Jadze na Lekarską 9, tylnym zaułkiem i przez ogródek.
Zdesperowana złożyła wizytę siostrze Matyldzie Getter, która umieściła Awramka u jednej z sióstr w klasztorze Rodziny Maryi.
* * *
Kiedy znowu spotkały się w CENTOSie, Ewa zdawała się czymś pochłonięta i przemówiła jak gdyby porywczo, w poczuciu winy: "Szmuel chce się ze mną ożenić." Jej mowa była troszkę niewyraźna, oczy ciężko przymknięte i podbiegłe krwią, jakby po lekkim nadmiarze alkoholu albo przez zagłodzenie.
Irena się nie odezwała, rozczarowana.
"Przydałoby mi się trochę kosmetyków - powiedziała Ewa, policzki mając wpadnięte z głodu, nie wytrzymując spojrzenia Ireny. - Kosmetyki! - Udała, że się naśmiewa. - Kto by pomyślał, że kosmetyki staną się historycznym kuriozum?"
"Wyglądasz na zmęczoną - rzekła Irena. - I przestraszoną."
"Szmuel mnie zapewnia, że gdyby doszło do deportacji, to wielu Żydów tutaj pozostanie: Rada Żydowska, Służba Porządkowa, pracownicy sklepów i fabryk, ich żony i dzieci. Co najgorsze, to że nie wiadomo. Czy z tym da się jeszcze zasnąć?"
"Czy wychodząc za Szmuela dostaniesz własny Ausweis?"
"Nie, ale będę chroniona przez jego dowód osobisty. - Zarumieniła się. - Ludzie żenią się jak zwariowani... taki rodzaj epidemii... pożądany jest każdy mający Ausweis. Pobierają się nawet bracia i siostry, byle dostać pozwolenie na pracę. Rabini też podpisują umowy! Powiadają, że to dla ratowania życia."
"Co powiedziałaś Szmuelowi?"
"Że zastanowię się. Znam go już tyle czasu. On nie jest taki zły. Matka i ojciec chcą, żebym się zgodziła."
Irena nie powiedziała Ewie, jak brutalny był Szmuel przy bramie z tym szmuglującym dzieciakiem. "Ewo, tak łatwo bym cię mogła stąd wydostać."
Ewa zamknęła oczy i potrząsnęła głową. "Proszę cię, Ireno, już mnie do tego nie namawiaj. Rodzice mnie potrzebują. Moje Koło Młodych mnie potrzebuje. Wydostawszy się stąd, po stronie aryjskiej, byłabym tylko ściganym zwierzęciem."
"W takim razie wyjdź za niego, Ewo. Zrób to."
Zapadło między nimi wymuszone milczenie, wreszcie Irena spytała: "A co sądzi o tym Adam?"
"Adam? On kompletnie zwariował. Przeniósł się na ulicę Miłą. Kilka dni temu odwiedziłam go, a on mi pokazał pistolet i bomby benzynowe. Wybuchła między nami straszna kłótnia. On powiada, że Niemcy chcą wszystkich nas wymordować i że on woli umrzeć walcząc. Adam to zupełny wariat! On jest wariat i żyje wśród wariatów. Oni ściągają ryzyko na nas wszystkich."
* * *
OBWIESZCZENIE: 15 LIPCA 1942
Godzina policyjna zostaje skrócona i przesuwa się jej początek z 9.00 na 10.00 wieczór. Warsztaty i fabryki pozostaną otwarte o godzinę dłużej, do 9.00 wieczorem.
* * *
W lipcu wszyscy Żydzi w Getcie już ostatecznie pogodzili się z faktem, że deportacja nastąpi. Pozostawało pytanie: kiedy? Zdesperowani mężczyźni wystawali w kolejkach, by zapewnić sobie cenny Ausweis, dokument roboczy, chroniący ich z najbliższą rodziną przed deportacją, zezwalający, aby wzięto ich do pracy niewolniczej w warsztatach produkujących niemieckie mundury i szczotki.
Odźwierny Józef zdobył nowy klucz od drzwi do podziemia i budynek sądów na Lesznie znów stał się dostępny dla przemycania dzieci z Getta. Irena w działaniach swych przyjęła założenie, że dziesięcioro dzieci na tydzień to granica wydolności jej siatki. Obawiała się, że masowe deportacje drastycznie zmienią te wyliczenia. Czy będzie mogła je zabierać po piętnaście? albo po dwadzieścia? Czy to byłaby jakaś różnica?
W połowie lipca Ewa zadzwoniła do Ireny i poprosiła ją o jak najszybsze przybycie, bo sprawa jest paląca. Po upływie godziny Ewa już powitała Irenę w CENTOSie i dyskretnie zamknęła drzwi do swego biura.
"Szmuel powiada, że przybył nowy Sturmbahnführer. Podsłuchał, jak oficerowie SP omawiają deportacje, nazywając je 'relokacjami' albo 'zmniejszeniem Getta'. Zaznaczył, żebym koniecznie tobie o tym powiedziała. Widzisz: on jest jednym z nas. To dobry człowiek."
Wyszedłszy z CENTOSu Irena od razu poszła szukać Szmuela przy jego bramie, i spytała go o pogłoski na temat deportacji. Szmuel przedstawiał się jakby niezręcznie, ale wyglądał na szczerze uradowanego widokiem Ireny, albo dobrze udawał. Zanim zdążył odpowiedzieć, Irena odwdzięczyła mu się wyrozumiałym gestem.
"Słyszałam, że pobieracie się z Ewą?"
Odpowiedział jej obłudnym uśmiechem, którego Irena nie znosiła, ze szczeliną w zębach; ale może on mógłby ocalić Ewę?
"Podsłuchałem, co planują w pokoju odpraw przy Ogrodowej 15 oficerowie SP... te relokacje... Niemcy mówią, że do obozów roboczych na Wschodzie. Tylko tyle wiem."
"A kiedy, Szmuel? Kiedy?"
Skręcił się w sobie. "Ja... nie wiem. Ale niezadługo."
Uśmiechnęła się doń. "Ewa ucieszy się słysząc, jak mi pomogłeś."
Wróciwszy do swego biura Irena odbyła pilną rozmowę z Ireną Schultz, jak można by zareagować na takie nagłe deportacje. "Wiem dokładnie, co powinnyśmy zrobić - oznajmiła Irena. - Możemy podwoić naszą wydajność po prostu skracając dla każdego dziecka okres doraźnej opieki z 5-6 dni do 2-3. Możemy umieszczać na raz po kilkoro dzieci w jednym miejscu. Siostra Getter jest gotowa przyjąć ich więcej, mamy w Getcie kurierów, a droga ucieczki przez gmach sądów jest znowu dostępna. Możemy zabierać dwa lub trzy razy tyle dzieci... albo i dziesięć razy więcej."
"Wytrzymasz to nerwowo? - spytała Irena Schultz. - Co innego kilka sierot na tydzień, a dziesięć razy tyle... i nawet nie sierot... to już zupełnie co innego. Trudno utrzymać to w sekrecie. Doniosą na ciebie... A to już kara główna."
Ten problem ryzyka oszałamiał Irenę. Oczywiście lękała się; każdy w Warszawie się lękał. Walczyła z Niemcami w jedyny sposób, jaki był jej dostępny; w duchu swojego ojca; i to w niej podtrzymywało jego zasady. Nie miała wątpliwości, że jej dobrze zorganizowana siatka mogłaby zdziałać dużo więcej. Brakowało im tylko pieniędzy, a była pewna, że może dostać więcej od Armii Krajowej, rządu emigracyjnego i Jointu. "Jesteście najpewniejszymi z moich sprzymierzeńców! - mówiła do Ireny Schultz. - Deportacja rozpocznie się lada moment. Żeby tego dokonać, potrzebuję waszego wsparcia i waszego zwiadu."
Irena Schultz wzruszyła ramionami. "Ireno, mam do ciebie pełne zaufanie. Tylko powiedz."
Uścisnęły się przelotnie. "Porozmawiam z Jagą i z Dobraczyńskim - odrzekła Irena. - Nie mamy ani chwili do stracenia."
* * *
Irena zapukała po raz drugi. O wiele głośniej.
"Czego chcesz?" Stłumiony głos spoza drzwi.
"Nazywam się Jolanta - odrzekła Irena. Drzwi się nie otworzyły, aż dodała: - Przyjaciółka Ewy Rechtman."
Izrael Koppel, z wilgotnymi i czerwonymi oczyma, otworzył drzwi do elegancko urządzonego mieszkania, niezwykłego jak na Getto. Przed wojną był bankierem i ubranie jego, chociaż czyste i świadczące o zamożności, wisiało na nim jakby o numer za duże, na miarę ograniczeń żywnościowych, których wówczas nie mogli całkowicie uniknąć nawet ludzie dobrze sytuowani. Na zgięciu łokcia wierciło się i gaworzyło dziecko opatulone w miękki dziecinny kocyk.
Pan Koppel odstąpił od drzwi, żeby wpuścić Irenę. "Ewa powiedziała, że moglibyście ocalić nasze dziecko. - Podniósł do góry kwilące mu w ramionach zawiniątko. - Nazywa się Elżbieta Koppel, czyli Elżunia. Urodziła się sześć miesięcy temu w śnieżnej zamieci. Stanisława, to znaczy położna, przyszła do nas w burzę. - Dziecko ssało mały palec ojcowski. Izrael Koppel odchylił fałdy, żeby Irena mogła zobaczyć buzię jego córeczki, jej błyszczące oczka. - Czy to nie najwspanialsze niemowlę, jakie pani widziała w życiu? Jest chudziutka, ale dobrze się chowa, więc radzi sobie z tym słabym jedzonkiem. Gdyby nie czarny rynek..." Spoza ojca wyszła jego małżonka, której szmaragdowe oczy lśniły, świetliste i ogromne, a jasne włosy wyróżniał niezwykły połysk. Powiedziała, że ma 24 lata, była tylko rok młodsza od Ireny i niezwykle piękna.
"Wasze dziecko trafi do kochającej rodziny; tylko do końca wojny. Przez kilka dni zajmie się nią ta sama położna, która odebrała ją, Stanisława Bussoldowa. Potem będzie u Rumkowskich w Otwocku."
Elżunia zaczęła gaworzyć i pan Koppel pokołysał ją w ramionach, łagodnie ją uciszając. Po dłuższej przerwie spytał:
"Jakie mamy gwarancje?"
Irena oczywiście nie mogła niczego zagwarantować. W sprawie sierot nikt nie porywał się na tak ważne pytanie. Teraz wszyscy żądali gwarancji; musiała dosłownie przekonywać rodziców i namawiać ich do pozbycia się dziecka. Irenie już sto razy przyszło wygłaszać te same odpowiedzi, w słowach równie dotkliwych jak zawsze. "Jeśli Elżunia trafi do Treblinki, to umrze." Za każdym razem, kiedy Irena wypowiadała te słowa, świadoma ich prawdziwości, odczuwała powracającą wątpliwość, jaka jest właściwie jej rola, kiedy tak przekonuje. Jak może ona, nie mająca własnych dzieci, zrozumieć, co czuje Henia oddając swoje dziecko? Jak mogłaby kiedykolwiek odczuć bezradność Koppela?
Rodzice mieli jeszcze dalsze pytania: "Czy zostanie ochrzczona? Czy wyrośnie na katoliczkę? Czy pozna swoje nazwisko? Czy dostaniemy ją z powrotem, kiedy skończy się wojna?"
"Przechowuję spis tych dzieci", odparła Irena i pokazała im wykaz z bieżącego tygodnia. Na końcu bibułki widniało nazwisko Elżuni:
18 lipca 1942: Elżunia Koppel ? Stefcia Rumkowska, Otwock, Radosna 5
"Musicie od razu się zdecydować - oznajmiła państwu Koppel. - Trzeba wszystko urządzić, muszą być dokumenty..."
Myślała, że pan Koppel już się godzi, kiedy Henia chwyciła go za przedramię i zwróciła swe promienne oczy na Irenę. "Jutro - powiedziała. - Chcę mieć jeszcze tę jedną noc. Tylko jedną noc, proszę..."
Irena spodziewała się, że jutro nie byłoby za późno. Państwo Koppel przychodzili jej na myśl, ilekroć się obudziła z niespokojnego snu, a następnego ranka udała się prosto do ich mieszkania. Nim zapukała do drzwi, słyszała wyraźnie, jak Henia płacze, i głęboko przejęta rozmyślała, co to musiała być za noc dla Heni i dla Izraela, noc, której udręka i rozpacz czyniły po prostu kpiną jej własną, Ireny, bezsenność i zastanawianie się. Izrael Koppel otworzył drzwi z Elżunią na ręku. Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł. Dziadek Aron Rochman, szczupły starzec w drucianych okularach, stał obok syna i mówił za niego. "Nie znamy pani, lecz Ewa ręczyła za pani wiarygodność, a my całkowicie wierzymy Ewie. Proszę wziąć Elżunię. Dzisiaj, zanim się rozmyślimy."
"Za dwie godziny - odparła Irena. - Niech będzie gotowa na dziesiątą."
Powróciła o ustalonej godzinie, niosąc pustą skrzynkę stolarską. Henia ostatni raz tuliła swą córeczkę. Elżunia uśmiechnęła się do mamusi i z lekka jej się odbiło. Henia głęboko nabrała tchu i wydęła usta. Jeszcze ostatni uścisk, ostatni pocałunek - chwile, których obawiała się Irena - i ostatni rozpaczliwy przejaw miłości, kiedy Henia ułożyła ją łagodnie w stolarskiej skrzynce, wysłanej dziecinnym kocykiem, i zawinęła go, jak należy. Kiedy Elżuni już nic nie brakowało, Irena włożyła jej do buzi luminal, a ona zagruchała i znowu się uśmiechnęła, gdy Irena brała się do zamknięcia wieka. Henia powstrzymała ją i nachyliła się, aby dziewczynkę ucałować i po raz ostatni pogłaskać jej twarzyczkę. Sięgnęła po coś do kieszeni i włożyła to do pudła, coś połyskliwego w przyćmionym świetle, co zamigotało przy główce Elżuni: srebrną łyżeczkę z napisem:
Elżunia 5 stycznia 1942
Henia odwróciła oczy. Oczka Elżuni zadygotały wskutek połączenia luminalu i ciepłego mleka. Izrael Koppel odchrząknął. "Musi pani upewnić się, pani Sendlerowa, że nowi rodzice Elżuni przechowają tę łyżeczkę. - Łzy mu wezbrały i szorstko przetarł sobie oczy rękawem. - Musi wiedzieć, że to jest podarek... od jej mamusi i tatusia."
Henia płakała z głową na jego piersi.
Irenie odebrało głos. Koszmar państwa Koppel już niemal się zakończył; może za tydzień, za miesiąc lub za dwa miesiące będą deportowani do Treblinki, gdzie podług Ireny czeka ich pewna śmierć.
Irena pogmerała jeszcze przy dziurkach, aby należycie przepuszczały powietrze, po czym zamknęła skrzynkę i wyszła z mieszkania. Skrzynka była cięższa, niżeli się spodziewała, lecz nie śmiała przystanąć, by ją postawić. Każde niemowlę inaczej reaguje na luminal; nie było pewności, czy uśpienie Elżuni potrwa wystarczająco długo.
Polski murarz Henryk czekał już w zacienionej części podwórza i odebrał Irenie skrzynkę. Polacy często wywozili z Getta ładunki cegieł, gruz po zbombardowanych budynkach. Jego płaska ciężarówka, załadowana stosem ocalałych cegieł, stała na ulicy z nierówno warczącym silnikiem. Irena, bacząc na patrole SS i SP, łagodnie wstawiła skrzynkę pomiędzy cegły, układając tam luźne cegły tak, żeby zakryły otwór.
Poleciła Henrykowi wyjechać bramą z Nalewek, wychodzącą na Ogród Krasińskich, ale stała tam wyjątkowo długa kolejka. Spodziewała się trafić na Szmuela, który mógłby przyśpieszyć ich przejazd, ale dziś nie było SP przy tej bramie. W pobliżu rozległy się, jeden po drugim, trzy prędkie wystrzały z pistoletu. Irenę aż zatchnęło i podrzuciło na siedzeniu.
Henryk przytrzymał ją za ramię.
Nie mieli wyboru, musieli stanąć wobec polskich granatowych policjantów i Niemców, z których jeden skinął, aby ich wóz podjechał. Czy zdawało jej się, czy usłyszała ciche pojękiwanie lub gaworzenie ze stosu cegieł? Może doza luminalu była za mała, może Elżunia z niej trochę wypluła. Zimny pot oblał Irenę. Strażnik niemiecki wywołał ich oboje z wozu i starannie oglądał dokumenty, a granatowy Polak badał leżący na płaskim ładunek. Ukrainiec pomacał, czy Henryk nie chowa broni w odzieniu. Henryk mówił trochę głośniej niż zwykle, udając niezbyt rozgarniętego, i jeszcze ględził, kiedy granatowy Polak już nie miał więcej pytań.
Zezłościło to niemieckiego strażnika, który cisnął jego dokumenty na ziemię i kazał mu je zgarniać w przykucnięciu. Wreszcie złapał go za kołnierz kombinezonu i wepchnął do ciężarówki. Dwaj Niemcy przez chwilę pogawędzili, a potem przybył do zatłoczonej bramy kolejny roboczy batalion niewolników do sprawdzania i obszukiwania. Wreszcie podniosły się w bramie żelazne sztaby i machnięto, że ich ciężarówka ma odjechać. Irena już myślała, że zwymiotuje.
Henryk zaparkował po drugiej stronie ogrodów, wyskoczył i wydobył skrzynkę stolarską. Postawił ją, łupnąwszy o bruk, najwyraźniej chcąc się już tego pozbyć. Irena dała mu zwitek banknotów, których nawet nie przeliczył. Wskoczył do swej szoferki i odjechał, ryknąwszy, zostawiając po sobie chmurę spalin.
Irena zniosła skrzynkę z głównego placyku w boczną ścieżynkę ogrodów. Uważnie postawiła ją na ławce i otwarła. Skąpana raptem w cętkach słonecznego blasku Elżunia przestała płakać. Wygrzebała się rękoma z pieluszek i zdołała jakoś uchwycić srebrną łyżeczkę, która zalśniła w słońcu.
Irena zostawiła skrzynkę pod ławką i zaniosła dziecko na Pragę, po drugiej stronie Wisły, na ulicę Kałuszyńską 5, do domu jej tymczasowo przybranej matki, Stanisławy Bussoldowej, położnej, która odebrała ją była z porodu. Ponieważ było to jedno z miejsc używanych w nagłej potrzebie, Stanisława przyjęła już kilka sierot w tym tygodniu, jedną z nich oddała przybranej rodzinie, dwie przeoryszy Matyldzie Getter i dwie inne karmelitankom.
Jakkolwiek imię nadane dziecku w fałszywej kenkarcie brzmiało Stefcia, Irena wyjaśniła Stanisławie: "Ona faktycznie ma na imię Elżbieta. Jeżeli ją pokochasz i zatrzymasz, mów jej Elżunia."
Już nie jesteśmy w Kansas
Warszawa, w maju 2001
Sala przylotów na międzynarodowym lotnisku im. Fryderyka Chopina roiła się od wielojęzycznego tłumu podróżnych, rozbrzmiewała komunikatami w językach polskim, angielskim i niemieckim, stłumioną kakofonią i niepokojem podróżnych. Umundurowani funkcjonariusze i dyskretne zapory powiodły do wyjścia przybyszów z Kansas, trzy nastolatki i pięcioro dorosłych.
"Lizzie! - zawołał do niej dziadzio Bill. - Zwolnij. Żebyś się tu nie pogubiła. - Nachylił się do ucha pana C. i zapytał: - Jak się mówi po polsku: no comprende?"
Pan C. wyciągnął z tylnej kieszeni polski rozmówniczek. "Nie rozumiem."
"A miejsce, gdzie się można załatwić?" Duże oczy Billa Cambersa biegały niespokojnie na boki.
"Gdzie są toalety."
Liz idąca przodem wrzasnęła: "Hej, panie C.! A jeżeli nie wyszli po nas?" Uśmiechnięta, jak z dobrego żartu.
"Spokojnie, Liz!" odparł, chociaż sam wcale się nie czuł spokojnie. Elżbieta Ficowska dała im znać w emailu, że "młodzi przyjaciele" odbiorą ich z lotniska. Kolejny przypływ wiary i niepewności. Jakie to dziwne, a nawet zabawne, że Irena Sendler potrafiła zorganizować skomplikowaną sieć ratowników i ocalić tysiące młodych żywotów, a próba sprowadzenia ósemki Amerykanów do Warszawy okazuje się taka skomplikowana.
Polska służba celna była szybka i sprawna, ci szeroko wypatrujący zaś Amerykanie ze swymi dziewiczymi paszportami tak niewinni, jakich w życiu nie oglądała żadna grupa celników. Załatwiwszy to czekali na swój bagaż u wyjścia z sali międzynarodowych przylotów, przy sprytnie jednokierunkowym lustrze, przez które dziewczęta nie mogły wyjrzeć, ale oczekujący pasażerów mogli zajrzeć do środka. Za każdym razem, kiedy drzwi się otwierały, pokazywał się przez moment hałaśliwy tłum; błyskanie fotoaparatów, ludzie krzyczący i wymachujący.
Sabrina spytała: "Czyżby leciał z nami ktoś sławny?"
"Może Britney Spears", zażartowała Liz.
Odebrawszy swój bagaż ruszyli przez te drzwi. Natychmiast obskoczył ich cisnący się tłum, dopadnięto ich z mikrofonami, błyskaniem kamer i prztykaniem migawek, faceci z kamerami wideo, przepychający się i rojący. Nie sposób było zrozumieć, co który mówi.
Nagle ponad ciżbę wypchnięto znak: "Sendlerowa Girls." Megan podeszła do trzymającego i powiedziała: "To my jesteśmy dziewczęta od Sendlerowej."
Dopadły ich soczewki operatora, reporter przepchał się przez tłum i wcisnął do rąk Liz bukiet kwiatów, potem w jej twarz mikrofon. "Jakie to uczucie - zapytał - być tymi dziewczętami, które wyciągają na światło historię polskiej bohaterki?"
Bombardowały je całe salwy pytań w różnych odmianach angielszczyzny. Megan odwróciła się i poszukała oczu pana C. "Co mamy robić?" On wzruszył ramionami: "Trzymajcie się w kupie i odpowiadajcie na pytania!" Palcem wskazującym nakreślił sobie na twarzy olbrzymi uśmiech. "I uśmiechajcie się!"
Już nie trzymały się za ręce, każda wypytywana przez innego reportera. Błyskały światła. Polacy pchali się do uścisku dłoni. Starała się zająć ich uwagę młoda kobieta z plakietką Wall Street Journal: "Mam limuzyny czekające was przy krawężniku. Chodźcie ze mną." Przegadał ją ciemnowłosy młodzieniec: "Przepraszam, jestem Adam, a to moja siostra Maria. Nasza matka, Zofia, kazała was zabrać."
Dwie niewiasty w średnim wieku przepchały się przez tłum. Niższa z nich, wskazawszy Adama i Marię, przemówiła wyborną angielszczyzną: "Oni są z nami. - Zadyszana, rzekła stanowczo, przedstawiając się z wyciągniętą ręką: - Renata Zajdman z Montrealu. Znamy się z emailów. To moja przyjaciółka, Elżbieta Ficowska. Ona nie mówi po angielsku. Irena uratowała ją, jako niemowlę. Chodźcie z nami, proszę. Nasze samochody czekają."
Elżbieta uśmiechnęła się i uściskała każdą z dziewcząt, jakby się dobrze znały. Ze łzami w oczach. Podała panu C. kopertę. "To nowy rozkład - wyjaśniła. - Od Ireny."
Młoda dziennikarka z Wall Street Journal wtrąciła się, powtarzając, że ma czekające limuzyny. Nastąpiła krótka wymiana zdań, po polsku, i odwróciła się z niesmakiem. Adam z Marią przeprowadzili ich przez tłum błyskających kamer i wykrzykujących dziennikarzy.
Wyszli z terminalu w upalne i wilgotne powietrze, tumult nagle się uciszył. Adam i Maria zaprowadzili ich do czterech małych samochodzików, polskich Fiatów, zaparkowanych w podwójnym szeregu przy krawężniku. Światła fotografów nagle znowu się rozjarzyły i jakiś operator sfilmował, jak upychają w tych samochodzikach swój bagaż, dekoracje i wreszcie sami wciskają się do nich.
Liz odwróciła się w przednim siedzeniu i jak najpoważniej zapytała pana C.: "To jakby strasznawe. Jesteśmy w porządku, nie?"
On przytaknął. "W porządku, Liz."
* * *
Kiedy meldowali się w warszawskim hotelu "Ibis", pan C. otrzymał plik przesyłek, a najpilniejszą z ambasady amerykańskiej, w której ambasador Christopher Hill zawiadamiał, że bardzo pilnie chce się z nimi spotkać. Czy mogliby jak najszybciej zadzwonić do ambasady, żeby potwierdzić wywiad ustalony przez Irenę Sendler na piątek 25 maja o 14.30? W innych przesyłkach głównie instytucje prasowe, radio i stacje telewizyjne prosiły o wywiady.
W hotelu Sabrina i Liz zbadały swoją łazienkę. Liz sprawdziła podróżne próbki wody kolońskiej, mydła i szamponu. "Sabrina, czujesz się tak samo w nerwach jak ja?"
"Chyba tak... owszem. To jakieś zwariowane. Jak myśmy się tutaj dostały? Oni zobaczą, że my same nie wiemy, co robimy."
* * *
Megan zbudziła się na dzwonek telefonu i na postękiwanie Liz w sąsiednim łóżku. Sięgnęła omackiem po słuchawkę, z trudem otwierając oczy, i godzinę widząc na elektrycznym zegarku. 6.45.
Pozdrowił ją energiczny głos męski. "Dzień dobry. Halo? Tu polska telewizja. Czy możecie się u nas krótko pokazać, tylko jedną scenkę z waszej sztuki, byłybyście tak dobre? Nakręcilibyśmy to, jeżeli pozwolicie, przed pomnikiem bojowników Getta."
Megan usiadła i odgarnęła sobie z twarzy włosy potargane od snu. "Może pan zaczekać. Jeden moment. Poczekać."
Tak głośno, jakby reporter był głuchy.
"Liz! Liz! Obudź się. Dzwoni facet z polskiej telewizji. Żebyśmy zagrały jedną scenkę."
Liz znikła po kocem. "Ja śpię", wymamrotała.
Megan znów sięgnęła po słuchawkę. "Może pan zadzwonić do naszego profesora? Pokój 534. Pięć... trzy... cztery."
W kilka minut później pan C. oddzwonił do ich pokoju. "Megan, zrobimy to. Natychmiast. Scenę z panią Rosner. Pięć minut." Po kilku minutach zapukał do ich drzwi. "Jesteście gotowe? Oni czekają w holu. Pośpieszcie się!" Cała grupa umówiona została na zebraniu polskiego Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu w synagodze Nożyków o 10.00 rano. W najlepszym razie ten niespodziewany występ telewizyjny zapewni im wejście z rozbiegu i przestawienie się z dezorientacji w czasie, spowodowanej przez długi przelot; a w najgorszym razie po prostu rozbije im dzień. Urzędnik przy biurku i dwaj biznesmeni wypisujący się z hotelu na wczesny przelot wytrzeszczali oczy na Megan w postrzępionej i zmiętoszonej sukni z lat 1940-tych, z brudną i podrapaną twarzą, kiedy szła przez hol jako pani Rosner, wspaniałe włosy mając obwiązane w chłopską poplamioną chustę, a stopy wbite w spękane czarne buciory swej babci na kwadratowych obcasach. Ona zaś kroczyła dumnie, całkiem rozbudzona mimo różnicy czasu i tak wczesnej godziny. Podczas gdy Liz, z natury żaden ranny ptaszek, tylko na wpół zbudzona, szurała za Megan jako Irena ubrana w swój biały fartuch pielęgniarki.
Choć Sabriny nie ma w tej scenie, jednak zabrała się z nimi. Nie, wcale jej nie brakowało tu własnego występu. "To najlepsza ze scen! - mówiła. - Życzę połamania nóg!"
Furgonetka Telewizji Polskiej zygzakowała po Warszawie w rannej godzinie szczytu, aż nagle zahamowała przed niespodzianą powagą masywnego pomnika bohaterów Getta, wyrzeźbionego w 10-metrowej bryle granitu, jak olbrzymi nagrobek przed kilkoma prostokątnymi blokami domów mieszkalnych pośród dobrze utrzymanych trawników i ciętych drzewek. "Jesteśmy w Getcie - poinformował ich producent. - Żydowska kwatera główna jest trochę dalej, przy ulicy Miłej."
Megan wyszła z telewizyjnej furgonetki, nie do warszawskiego Getta, tylko w nieduży miejski park, w poranny chłód, rozległe milczenie i łagodnie rysującą się zieleń. Wyczuwała, że ma pod nogami szkielety i z pewnością mnóstwo duchów. A jednak był to po prostu park, jak każdy park w dowolnym mieście, wszystko wokół niej zbyt normalne, zbyt spokojne jak na miejsce niebywałych cierpień, o których teraz już sporo wiedziała. Ten skrajny dysonans wprawił ją w drżenie. Było na tyle wcześnie, że słońce, wschodzące za pomnikiem, rzucało dramatyczne cienie tej siódemki bojowników z Getta, nadnaturalnej wielkości, wynurzających się z granitu. Ekipa z telewizji rozkładała oświetlenie, przeciągała kable, rozstawiała kamery. Zgodnie z żydowską tradycją przy odwiedzaniu grobów ludzie nakładli kamyczków u podstawy pomnika.
Ich tłumacz wskazał na pomnik i przemówił: "Te bloki granitu, z których składa się pomnik, pochodzą ze Szwecji. Ironia losu sprawiła, że pierwotnie zamówił je osobisty rzeźbiarz Hitlera, Arno Breker, na pomnik Hitlera w Berlinie." Spojrzał na zegarek i zamienił słowo z reżyserem telewizyjnym. "Mamy trochę czasu, zanim będą gotowi. Polecono mi, abym opowiedział wam o tym miejscu.
Pomnik zbudowano w 1948 roku, kiedy ja się urodziłem. Stalin go aprobował, mimo jego sławnej nienawiści do Żydów. Rodzice mówili mi, że kiedy rozpoczęto jego budowę, wokół nie było jeszcze nic oprócz gruzów, jak okiem sięgnąć. Wyobraźcie to sobie. - Zatoczył w krąg ramieniem. - Wyobraźcie sobie, że nie ma tu nic prócz tego ogromnego pomnika... jak nagrobek. Wszyscy to podejrzliwie odbierali, dlaczego komuniści pozwolili to wykonać jako jedyny pomnik z tej wojny."
"Jedno z naszych pytań - rzekła Liz - to dlaczego nikt w Polsce nie wie o Irenie Sendler."
"Może o niej wie niewielu Polaków - odparł tłumacz. - Ale każdy Polak zna kogoś takiego jak ona. Problem, według mnie, polega na tym, że my Polacy zaniemówiliśmy. Znamy fakty, daty, przebieg wydarzeń. Niektórzy mówią, że nie chcą, aby twarze im pakowano do tego błocka: co było, to przeszło, idziemy dalej. Za komunizmu konieczna była wielka ostrożność. Dwie podstawowe zasady: Nie mów źle o Związku Radzieckim i nie mów dobrze o polskich partyzantach i o powstaniu, jakie wywołali w 1944 roku przeciw Niemcom. Brudny sekret, znany każdemu Polakowi, to że Rosjanie zdradzili Polaków walczących o wolność. Armia Czerwona stała i czekała po drugiej stronie Wisły, kiedy Niemcy zabijali ponad dwieście tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, równając Warszawę z ziemią. Po czym Stalin od nowa napisał historię, sławiąc wybawienie Polski przez Armię Czerwoną i Związek Radziecki. Polska partyzantka i ruch oporu, nasi bohaterowie, raptem okazali się szczytem bezprawia. Dziesięć lat temu poszedłbym do więzienia, gdybym to wam powiedział.
A Stalinowi się powiodło; przekształcił pamięć. Ten pomnik jest, można by rzec, metaforą. Kiedy go stawiano, nie było tutaj nic oprócz tego pomnika. Nie sposób było tego nie zauważyć. A teraz popatrzcie. - Znów zatoczył ramieniem wskazując na otaczające miasto. - Nasi nowi panowie, Rosjanie, odbudowali Warszawę wokół tego wspaniałego pomnika. Pobudowali kwadratowe bloki mieszkań dla proletariatu i niebawem ten pomnik, już nie nagrobek w martwym mieście, stał się po prostu jednym więcej sześcianem w mieście z kamiennych sześcianów."
"Ciągle nie rozumiem - rzekła Megan. - Jeżeli to jedyny pomnik dla partyzantów i ruchu oporu, na jaki pozwolili komuniści, to dlaczego wybrano bunt Żydów? Po co w ogóle go zbudowano?"
"Stalin zaakceptował ten pomnik zaraz po wojnie - cyniczny prezent dla nas, Polaków, przyjęty przez nas jako jeszcze jedna rosyjska zdrada - obelga dla pamięci bohaterów polskiego podziemia. Pomogło to również zachować uczucia wrogie żydostwu. Władze komunistyczne co roku inicjowały upamiętniającą to uroczystość przy pomniku mimo wspieranego przez państwo antysemityzmu.
Jak na ironię, obecnie ten pomnik stał się symbolem oporu. Od roku 1983 'Solidarność' urządzała tu zgromadzenia, przywołując ducha Powstania w Getcie."
Pan C. spojrzał z ukosa na sylwetkę pomnika w słońcu. "Sądzę, że nasza wizyta może rozbudzić bolesne wspomnienia. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie."
"Tak, oczywiście - odpowiedział rzeczowo. - Ale to również oznaka jakiejś nadziei, że Polska się zmienia. Za komunistów nigdy by nie dopuszczono do waszych odwiedzin. - Wskazał poprzez zieleń. - Widzicie te porozrzucane kamyki z czarnego marmuru? Symboliczne nagrobki. To jest cmentarz. Wielu tutaj umarło."
Ustawili się po zacienionej stronie pomnika i kiedy tak czekali, Megan przyglądała się twarzom bojowników, wychodzącym z kamienia, zwłaszcza dziewczynie, może w tym wieku co Megan, trzymającej karabin, mogącej być kurierką od Ireny. Patrzyła na spokojną, zieloną przestrzeń, pustą z wyjątkiem kilku Polaków śpieszących do pracy, młodej matki z dzieckiem, pustych ławek i stolików szachowych, usiłując sobie wyobrazić pole bitwy Żydów, nie tak dawno jeszcze walczących z hitlerowcami. Znów zastanowiła się, czy to w porządku, że oni tu będą pokazywać swe przedstawienie.
Rześki podmuch wiatru sprawił, że Liz przytrzymała swą chustkę, ustawiając się przed pomnikiem. Polski kamerzysta dał znak. Dziennikarz stuknął po zegarku i zaczęli odgrywać scenę z panią Rosner na granitowej krawędzi pomnika.
Większość przechodniów zatrzymywała się, a niektórzy pytali filmowców, o co chodzi. Na lewo od pomnika, między dwiema lipami, Sabrina spostrzegła, że przygląda się im starsza niewiasta, wsparta na lasce. Z pewnością na tyle stara, że podczas wojny była już dziewczyną. Kiwnęła znacząco głową, kiedy Irena wzięła dziecko od pani Rosner. Stała na tyle blisko Sabriny, że mogła dostrzec jej naszyjnik ze złotą gwiazdą Dawida i łzy cicho spływające po jej policzku. Kiedy scena dobiegła końca, odeszła kusztykając i znikła między drzewami.
Gdy Megan i Liz przyłączyły się do innych, tłumacz potrząsnął ich dłońmi. "Wzruszające. Spodziewam się obejrzeć całość."
Megan spytała o dziwnie uformowany kamień pamiątkowy na prawo od pomnika, wystający z ziemi jak sponiewierany nagrobek.
"To pomnik dla Żegoty - wyjaśnił tłumacz. - Wiecie, co znaczy Żegota?"
"Wiemy, że Irena Sendler była związana z Żegotą."
Tłumacz zajrzał do swego przewodnika. "Tak, jest o tym. Wrzesień 1995. Amerykańscy Przyjaciele ŻEGOTY. Odbyło się uroczyste poświęcenie z udziałem głównego rabina z Warszawy i polskiego biskupa."
Zebrali się wokół kamienia, na którym wyryto po angielsku i polsku:
1942 - ŻEGOTA - 1945 ORGANIZACJA UTWORZONA PRZEZ POLSKIE PAŃSTWO PODZIEMNE DLA RATOWANIA ŻYDÓW W CZASACH HOLOKAUSTU WŚRÓD JEJ PODOBNYCH DZIAŁAJĄCYCH W OKUPOWANEJ EUROPIE BYŁA JEDYNĄ FINANSOWANĄ PRZEZ SWÓJ RZĄD, RZĄD RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ NA UCHODŹSTWIE
Twarz Megan ożywiła się nagle, gdy przypomniała sobie obietnicę daną przed wyjazdem. "Bożenna! Musimy sfotografować się przy tym pomniku dla Bożeny." Megan wyjaśniła ich tłumaczowi: "Bożenna to jedna z naszych polsko-amerykańskich przyjaciółek. Pomagała w załatwieniu tego pomnika."
Kiedy ustawiły się razem nad kamieniem ku czci "Żegoty", pan C. pomyślał sobie, jak ogromną historię opowiada ten prosty napis. Zastanowił się, czym, jeżeli czymkolwiek, różnią się ich starania, by opowiedzieć tę historię z Holokaustu; a jest ich tak wiele, każda przekazywana w szczególny sposób, jak gdyby duchy umarłych nakazywały żywym co najmniej utrwalenie ich w przekazie.
Czy to ich upór, czy niewinność? czy jedno i drugie? Może właśnie przyszedł na to właściwy moment. Wiedział, że historia bywa tak właśnie kapryśna w doprowadzaniu do pewnych rozstrzygających momentów, a dlaczego? nie sposób stwierdzić. Jedno jest pewne: w toku historii nikt nie zna przyszłości.
Trzeba nieść pochodnię, kiedy zostanie ci wręczona.
Życie w słoiku to zbeletryzowana literatura faktu. Książka powstała na podstawie następujących źródeł:
wywiady z Ireną Sendler, z innymi ocalającymi, z osobami, które przeżyły uratowane jako dzieci, z polskimi naukowcami, jak również z nauczycielem Normem Conardem odpowiedzialnym za Projekt o Irenie Sendler oraz jego niezwykłymi uczennicami: Megan (Stewart) Felt, Elizabeth Cambers-Hutton, Sabriną Coons-Murphy, Jessiką Shelton-Ripper, a także innymi uczniami, którzy zaangażowali się w ten projekt; Matka dzieci Holokaustu. Historia Ireny Sendlerowej (Warszawa 2004 Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA), biografia Ireny Sendler opracowana przez Annę Mieszkowską z udziałem Janiny Zgrzembskiej oraz Ireny Sendler; artykuły napisane przez Irenę Sendler; odniesienia do losów Ireny Sendler w publikacjach naukowych na temat warszawskiego Getta.Obszerna bibliografia została zamieszczona na końcu książki.
* * *
Wyobrażone dialogi oparte są na przeprowadzonych badaniach i wywiadach. W części drugiej, dotyczącej Polski w czasie wojny, nadałem nazwiska kilku osobom, które występują w tej historii, ale bezimiennie. Prof. Pikatowski czyli "Pika": nazwisko tego nauczyciela z liceum Ireny Sendler nigdy nie zostało wymienione, chociaż wszystkie wydarzenia z dzieciństwa Ireny oraz jej doświadczenia na Uniwersytecie Warszawskim są prawdziwe. Szmuel, żydowski policjant z Getta: Irena nigdy nie wymieniła imienia żydowskiego policjanta, który jej pomógł. Adam, bojownik z Getta i "brat" Ewy Rechtman: według mojej wiedzy Ewa Rechtman nie miała brata będącego bojownikiem z Getta, Irena zaś nie współpracowała ściśle z żydowskim podziemiem. Nazwiska kilku funkcjonariuszy niemieckich zostały zmyślone, choć historie ich są prawdziwe. W części pierwszej i trzeciej niektóre postacie noszą fikcyjne nazwiska: pan Kayhart, prowadzący klasę studiów społecznych w Uniontown High School, oraz kilkoro uczniów.
Oto historia o duchach.
W zimną noc styczniową 2004 roku przyszedłem do mego gabinetu pediatrycznego, aby przyjąć pacjenta. Na biurku mym leżał numer Ladies' Home Journal z grudnia 2003 otwarty na artykule Marti Attoun Kobieta, która kochała dzieci, o Irenie Sendler i nastolatkach z Kansas. Nie trzymam tego pisma w mej poczekalni. Do dzisiaj nie wiem, kto mi podrzucił ten artykuł, lecz wyprawił mnie on w podróż prowadzącą do Życia w słoiku i projektu o Irenie Sendler.
Kim jesteś?
* * *
Nie mógłbym napisać tej książki, gdyby nie Norm Conard i jego uczennice z Kansas, Megan (Stewart) Felt, Liz Cambers-Hutton, Sabrina Coons-Murphy i Jessica Shelton-Ripper, występujące w tej opowieści. Obdarzyły mnie godzinami rozmów, przynosiły zdjęcia, odpowiadały na pytania, cierpliwie i z wdziękiem.
Na podziękowania zasłużyli Karen Conard, serdeczna i urocza gospodyni, u której czułem się miłym gościem, jeżdżąc do Kansas, i Bill Cambers, dziadek Liz, któremu zawdzięczam niezapomnianą wycieczkę po Fort Scott. A także profesor Jacek Leociak, głęboko zainteresowany Projektem o Irenie Sendler, czołowy polski głos historycznej rzetelności na rzecz pamięci, prawdy i pojednania. W niezapomnianym dniu, jaki w 2005 roku spędziłem chodząc z nim po ulicach Warszawy, gdzie niegdyś było Getto, zauważył on: "To aż niewiarygodne, że oprócz paru naukowych wyjątków nie istniała w Polsce pełna historia warszawskiego Getta." Ten brak nadrobiło dopiero w 2001 roku dzieło jego i Barbary Engelking Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście (przekład amerykański: Yale University Press, 2009). Leociak wymienia jeszcze dwie ważne książki: pierwsza jest autorstwa izraelskiego historyka Yisraela Gutmana The Jews of Warsaw. 1939-1943: Ghetto, Underground, Revolt, przełożona z hebrajskiego przez Inę Friedman (Bloomington, Indiana University Press, 1982), druga została napisana przez polskiego historyka, Rutę Sakowską, Ludzie z dzielnicy zamkniętej (1975 i II wyd. 1993).
Nie sposób opisać, jak ważną dla tej książki była moja żona Chip, mój pierwszy, drugi, trzeci i ostatni czytelnik. Cenię jej sokole oko, słuch językowy i osąd edytorski. Moja wdzięczność i miłość są głębokie i rozległe. Na szczególną wdzięczność jej i moją zasłużył Ludwik Stawowy za swą przyjaźń i pomoc, kiedy w 2005 roku byliśmy w Polsce.
Dużej podzięki wymaga Eva Garcelon, wierna przyjaciółka i polska tłumaczka, która godzinami tłumaczyła mi polskie teksty i artykuły. Nie tylko pomagała mi w zrozumieniu polskiej kultury, świąt, idiomatycznych wyrażeń itd. Była też cennym czytelnikiem kilku szkiców mego rękopisu i uczestniczyła w październiku 2008 w objeździe stanu Vermont z Życiem w słoiku oraz przy gromadzeniu wybornej kolekcji obrazów, w których Getto warszawskie przedstawił Władysław Brzosko, naoczny świadek powstania w Getcie i jego unicestwienia.
Serdecznie dziękuję też memu przyjacielowi Jeanowi Shappee, który w 2008 roku obwoził studentów po całym Vermont, okazując im swą niezawodną pomoc i życzliwość.
Moim przywilejem było korzystanie z umiejętności edytorskich powieściopisarza Michaela Lowenthala. Jego dziadek urodził się w Polsce i Michael do głębi serca rozumie tę historię.
Wielkim darem byli dla mnie wnikliwi czytelnicy i przyjaciele, chętnie sprawdzający i komentujący szkice mojego rękopisu. Należą do nich Priscilla Baker, Margie Beckoff, Carol Crawford, Susan DeWind, David Gusakov, Mary Kellington, Margaret Olson, David Rosenberg, Jean Shappee, Eva Simon, Ron Slabaugh, Anne Wallace, Adam Woods i Alex Wylie.
Mój długoletni przyjaciel Win Colwell przyłożył się sercem, wyobraźnią i znawstwem technicznym do starannego kształtu graficznego tej książki.
Dzięki ci, moja edytorko Amy Graham, wprowadziłaś straszliwe mnóstwo przecinków.
Doceniam też Stacey Rheaume i Hannah Minton, moje anielice od kserowania.
AUTORSKIE WYWIADY:
Z Ireną Sendler
Z córką Ireny, Janiną Zgrzembską
Z Hanną Piotrowską-Rechowiczową, córką Jadwigi Piotrowskiej, współuczestniczącej z Ireną w konspiracji. Hanna miała 12 lat, kiedy przyglądała się, jak jej matka z Ireną zakopują słoiki z nazwiskami dzieci na jej podwórku za domem przy Lekarskiej 9, gdzie mieszka do dziś.
Wywiady z inicjatorami z Kansas:
Norm Conard
Elizabeth Cambers (i jej dziadkowie, Bill i Phyllis Cambers)
Megan Stewart (i jej rodzice, Mark i Debra Stewart)
Sabrina Coons
Jessica Shelton
Wywiady z innymi uczestniczącymi licealistami z Kansas:
Jaime Walker
Travis Stewart
Melissa Query (i jej rodzice)
Z osobami, które przeżyły uratowane jako dzieci z Getta:
Elżbieta Ficowska
Michał Głowiński
Renata Zajdman
Lea Balint
Z polskimi naukowcami:
Michał Głowiński, ocalony przez Irenę Sendler. Profesor literatury w Polskiej Akademii Nauk i znany autor
Jan Jagielski, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie
Jacek Leociak, profesor, znany specjalista od historii Getta
Z różnymi Polakami:
Ada (Szymańska) Boddy, przeżyła jako dziecko
Rena Szymańska, przeżyła jako dziecko
Michael Schudrich, naczelny rabin Polski
Ludwik Stawowy, przyjaciel Ireny i jej rodziny
Michael Traison, prawnik w Warszawie
Jadwiga Zynek, przyjaciółka Ireny
Wywiady w Stanach Zjednoczonych:
Randy Rockhold, superintendent szkolny w Uniontown
Howard i Rosalyn Jacobson, filantropi w Kansas City
Bruce i Gayle Krigel, filantropi w Kansas City
Bart Altenbernd, były dyrektor liceum w Uniontown
INNE WYWIADY Z IRENĄ SENDLER:
Mieszkowska, Anna: Matka dzieci Holokaustu. Historia Ireny Sendlerowej. Warszawa 2004 Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA
Zajdman, Renata: Wywiad z Ireną Sendler - Warszawa 1999. Światowa Federacja Żydowskich Dzieci Ocalonych z Holokaustu
Dudziewicz, Michał: Lista Sendlerowej. Film dokumentalny, 2002. Nagroda specjalna na międzynarodowym festiwalu filmów dokumentalnych, Sztokholm 2003
Nockowska, Maria: Odwiedziny. Film dokumentalny o Życiu w słoiku w wykonaniu licealistów podczas ich wizyty w Polsce. Warszawa 2005 Telewizja Polska
GŁÓWNE ŹRÓDŁA:
Ackerman, Diane: The Zookeeper's Wife. New York 2007 W.W. Norton & Co.
Attoun, Marti: "The Woman Who Loved Children". Grudzień 2003 Ladies' Home Journal, str. 94-105
Bartoszewski, Władysław i Lewin, Zofia: Righteous Among Nations: How Poles Helped the Jews 1939-1945. London 1969 Earlscourt Publications LTD
Chesnoff, Richard: "The Other Schindlers". 21 marca 1994 U.S. News & World Report, str. 56-64
Czerniakow, Adam: The Warsaw Diary of Adam Czerniakow. Ed. Hilberg, Raul; Staroń, Stanisław; Kermisz, Józef. Jerusalem 1968 Yad Vashem
Davies, Norman: Rising '44: The Battle for Warsaw. New York 2003 Viking, Penguin Group
Gross, Jan T.: Fear: Anti-Semitism in Poland After Auschwitz. New York 2006 Random House
Gross, Jan T.: Neighbors: The Destruction of the Jewish community in Jedwabne, Poland. New Jersey 2001 Princeton University Press
Grupińska, Anka; Jagielski, Jan; Szapiro, Paweł: Warsaw Ghetto. Warszawa 2004 Parma Press
Grynberg, Michał, ed.; Words To Outlive Us: Voices from the Warsaw Ghetto. Translated by Philip Boehm. New York 2002 Henry Holt and Co.
Gutman, Yisrael: The Jews of Warsaw, 1939-1943: Ghetto, Underground, Revolt. Bloomington 1982 Indiana University Press
Jagielski, Jan: Jewish Sites in Warsaw. Warszawa 2002 Żydowski Instytut Historyczny
Kacyzne, Alter: Poyln: Jewish Life in the Old Country. Edited by Marek Web. New York 1999 Henry Holt & Co.
Kaplan, Chaim A.: Scroll of Agony: The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan. Translated by Abraham I. Katsh. New York 1965 Simon & Schuster Inc.
Kassow, Samuel: "A Stone Under History's Wheel: The Story of Emanuel Ringelblum and the Oneg Shabes Archive". Amherst, MA 2003 Pakn Treger, Magazine of the National Yiddish Book Center, str. 14-23
Keneally, Thomas: Schindler's List. New York 1982 Simon & Schuster
Korczak, Janusz: Ghetto Diary. New Haven 2003 Yale University Press
Leociak, Jacek: Text in the Face of Destruction: Accounts from the Warsaw Ghetto Reconsidered. Translated by Emma Harris. Warszawa 2004 Żydowski Instytut Historyczny
Lifton, Betty Jean: The King of Children: A Biography of Janusz Korczak. New York 1988 Schocken Books
Ringelblum, Emmanuel: Notes from the Warsaw Ghetto: The Journal of Emmanuel Ringelblum. Translated by Jacob Sloan. New York 1958 McGraw-Hill
Roland, Charles: Courage Under Siege: Starvation, Disease, and Death in the Warsaw Ghetto. New York 1992 Oxford University Press
Sendler, Irena: "The Valor of the Young". 1993 Dimensions: A Journal of Holocaust Studies, tom VII, nr 2, str. 20-25
Sendler, Irena: "Actions of Youth in the House Committees of Warsaw Ghetto". Warszawa 1981 Bulletin of the Jewish Historical Institute, tom 118, nr 2
Szpilman, Władysław: The Pianist: The Extraordinary True Story of One Man's Survival in Warsaw, 1939-1945. Translated by Anthea Bell. New York 1999 Picador
Tomaszewski, Irene i Werbowski, Tecia: Żegota: The Council for Aid to Jews in Occupied Poland, 1942-1945. Montreal 1994 Price-Patterson LTD
Yitzhak, Arad: Belzec, Sobibor, Treblinka: The Operation Reinhard Death Camps. Bloomington 1987 Indiana University Press
DODATKOWE ŹRÓDŁA:
Berg, Mary (pseudonim): Warsaw Ghetto: A Diary. Edited by S.L. Shneiderman. Prepared by Norbert Guterman and Sylvia Glass. New York 1945 L.B. Fischer Publishing Corporation
Davies, Norman: God's Playground: A History of Poland. New York 1982 Columbia University Press
Davies, Norman: Heart of Europe: A Short History of Poland. Oxford 1984 Clarendon Press
Dwork, Deborah, ed.: Voices & Views: A History of the Holocaust. New York 2002 The Jewish Foundation for the Righteous
Dwork, Deborah: Children with a Star: Jewish Youth in Nazi Europe. New Haven 1991 Yale University Press
Dwork, Deborah; van Pelt, Robert: Holocaust: A History. New York 2002 W.W. Norton & Co.
Frank, Anne: Anne Frank: The Diary of a Young Girl. New York 1952 Doubleday & Co.
Gilbert, Martin: The Righteous: The Unsung Heroes of the Holocaust. New York 2003 Henry Holt and Co.
Gilbert, Martin: A History of the Twentieth Century. Vol. 2: 1933-1951. New York 1998 Avon Books
Gilbert, Martin: The Holocaust: A History of the Jews of Europe During the Second World War. New York 1985 Henry Holt and Co.
Hersey, John: The Wall. New York 1950 Alfred A. Knopf
Kazik (Rotem, Simha): Kazik: Memoirs of a Warsaw Ghetto Fighter. New Haven 1994 Yale University Press
Korboński, Stefan: Fighting Warsaw: The Story of the Polish Underground State 1939-1945. New York 1956 Macmillan
Krall, Hanna: Shielding The Flame: An Intimate Conversation with Dr. Marek Edelman, the Last Surviving Leader of the Warsaw Ghetto Uprising. Translated by Joanna Stasińska and Lawrence Weschler. New York 1986 Henry Holt & Co.
Kumove, Shirley: Words Like Arrows: A Collection of Yiddish Folk Sayings. Toronto 1984 University of Toronto Press
Kurek, Ewa: Your Life Is Worth Mine: How Polish Nuns Saved Hundreds of Jewish Children in German-Occupied Poland, 1939-1945. New York 1997 Hippocrene Books
Kurzman, Dan: The Bravest Battle: The Twenty-eight Days of the Warsaw Ghetto Uprising. New York 1976 Putnam
Łukowski, Jerzy i Zawadzki, Hubert: A Concise History of Poland. Cambridge 2001 Cambridge University Press
Michener, James A.: Poland. New York 1984 Ballantine Publishing Group
Shirer, William L.: The Rise and Fall of the Third Reich. Vol. I and II. New York 1959-1960 Simon & Schuster
Shirer, William L.: Berlin Diary. New York 1941 Alfred A. Knopf
Spiegelman, Art: MAUS: A Survivor's Tale. New York 1973 Pantheon Books
Stewart, Gale: Life in the Warsaw Ghetto. San Diego 1995 Lucent Books
Uris, Leon: Mila 18. New York 1961 Doubleday