Życie w samotności - Henryk Langner

Kup ebooka

12.12 zł
10.06 zł (12,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pamiętnik Kordiana - oto są początki

12 grudnia 1912 roku

Mam na imię Kordian. Nazwiska niestety nie mogę podać, ponieważ żyję, jak mi rodzice co dzień powtarzają w strasznych dla Polski czasach. I faktycznie one takie są. Jestem Polakiem, chodź inni mówią, że jestem Niemcem. W tym roku skończę jedenaście lat.

Obecnie nie ma Polski na wszystkich mapach świata. Widziałem w szkole na geografii wiele map całego świata i na żadnej z nich nie było Polski. Polska od bardzo wielu lat jest pod zaborami trzech państw zaborczych. Wszystko zaczęło się w 1772 roku, gdy Polska straciła część swoich terytoriów na rzecz Prus, Rosji oraz Austro-Węgier. Ja niestety zamieszkuję tereny należące do zaboru pruskiego. Wszystkim jest ciężko. Codziennie ktoś ginie. Niemcy są dla nas katami. Naprawdę bardzo chciałbym mieszkać gdzieś, gdzie będę szczęśliwy, bo tutaj nie jestem.

Codziennie w szkole i nie tylko w niej, również w sklepie i w innych miejscach Prusacy wmawiają mi, że jestem Niemcem, byłem Niemcem i zostanę Niemcem. A ja nie chcę być cholernym Niemcem. Przecież czuję się Polakiem. Chcę nim być i powiem dużo więcej, ja nim byłem, jestem i będę. Może Polski nie ma na żadnej z map, ale głęboko w mojej duszy wierzę, że Polska się odrodzi. Nie wiem jaka ona będzie ogromna, ale na pewno będzie wielka.

Mój najlepszy nauczyciel od filozofii, którego bardzo lubię, w związku z kolejnym zbliżającym się nowym rokiem 1913, poradził mi, żebym założył swój własny pamiętnik, w którym zapisywałbym swoje najważniejsze wydarzenia z życia. Bardzo spodobał mi się ten pomysł. Więc oto mój pamiętnik, a razem z nim pierwsze zapisane słowa. Mój pan od filozofii opowiedział mi o tym pomyśle tylko mi z mojej klasy. Zostałem chwilę po lekcji z panem, na przerwie, co za skutkowało tym, że dostałem spóźnienie na następnej lekcji. Ale czy się tym przejąłem - jakoś nie za bardzo, bardziej byłem zainteresowany słowami mojego nauczyciela, bo był on Polakiem, jak i ja. Niestety dostałem po rękach ogromną linijką od nauczyciela, na którego lekcję się spóźniłem. Ręce moje były całe od krwi, a za to zeszyt, w którym pisałem miał czerwone ślady. Ten drugi nauczyciel uczył mnie geografii i był właśnie Niemcem. Ale też się tym nie przejąłem, przywykłem do takich rzeczy, że za nic można zostać nawet zabitym. Cieszyłem się, że nie zaczął mnie walić tą linijką przez całą lekcję geografii, i że mocniej nie dostałem. Wracając do tych słów, które powiedział mi nauczyciel filozofii, to już wiecie jakie one były. Chodź bardzo chciałem jeszcze na ten temat coś dodać. Dlaczego tylko mi pan podał taki pomysł z tym pamiętnikiem? Dlatego, że tylko ja interesuję się historią. Nie było drugiego ucznia, jak ja, co by tak bardzo był zainteresowany tą niezwykłą nauką, jaką jest historia. W dodatku nikt mnie nie lubi, a pan uczący mnie filozofii, to widzi i czasem ze mną rozmawia, bym chociaż przez chwilę mógł się pouśmiechać.

Urodziłem się w Poznaniu, który jest pod pruskim zaborem. Moi przodkowie pochodzą również z tych obszarów, co ja. Pradziadkowie z strony mamy pochodzą z Poznania, ale z strony taty, to już z Krobi, nieopodal Leszna. Za młodu walczyli o wolność Polski, z Napoleonem Bonapartym na czele. Prababcie zostawały w domu, a pradziadkowie brali za broń. Na do widzenia dostali tylko całusa w policzek oraz wełniany beret na głowę, na zimne wieczory i mrozy.

Pamiętnik Kordiana - historyk, który mnie nie uczył

Gdy nie było mojej pani od historii w szkole, na zastępstwo przychodził pan bibliotekarz. Chodź w szkole pełnił on funkcję nauczyciela biblioteki, to tak naprawdę był on kimś innym. Oprócz siedzenia w bibliotece szkolnej całymi dniami (a biblioteka znajdowała się w szkolnej piwnicy) był on też nauczycielem wychowania obywatelskiego, ale z tej funkcji przyznano mu bardzo mało godzin lekcyjnych, z wykształcenia natomiast był historykiem, uzyskał nawet tytuł doktora nauk humanistycznych. Był szczupły, na głowie miał mało włosów, które były siwe, na nosie leżały mu okrągłe okulary, zawsze był ubrany w garnitur, wiek jego mógł osiągać około lat czterdzieści a pięćdziesiąt.

Bardzo uwielbiał uczyć historii, zwłaszcza historii Polski, mówił nam o niej po cichu, by Niemcy nie usłyszeli słowa "Polska". Był on wręcz zakochany w wykładaniu historii, ona była całym jego życiem, jego pasją. Podejrzewam, że on o niej chyba nawet śnił po nocach, jak uczy młodzież w szkole historii.

Na lekcjach historii z nim było widać, że historia to jego drugie imię. Gdy zadawał pytania, to były one najczęściej kierowane do mnie. Czasem, gdy było trudno słowo do wymowy, to musiał mi pomóc, wtedy dzieliliśmy się słowem na pół - ja zaczynałem, a on dokańczał. Gdy czegoś nie wiedziałem, nie krzyczał na mnie, tylko mówił, że następnym razem będzie lepiej i tak był zawsze ze mnie zadowolony, iż zawsze więcej wiedziałem niż inni siedzący obok mnie.

Przy innych nauczycielach zawsze mnie chwalił. Mówił wszystkim, że lekcje ze mną są dla niego prawdziwą przyjemnością, on by chciał tylko takich uczniów jak ja, bo inni hałasują, jak on mówi, a ja natomiast siedzę spokojnie i słucham jak na ucznia przystało. Mówił im również, że jak ma mnie na lekcji w ławce szkolnej, to mu od razu chce się prowadzić lekcje historii, że jestem prawdziwym skarbem dla każdego nauczyciela.

Lecz pewnego dnia, podczas wakacji, przyszedł do pani dyrektor i się zwolnił. Znalazł inną szkołę, on był wielkim historykiem, go znał cały Poznań, jest autorem wielu artykułów, nie chciał już dłużej siedzieć w bibliotece, pragnął uczyć tylko historii.

Zmiana decyzji

25 kwietnia

Ciężko jest opuścić swoją starą szkołę, w moim przypadku jest to szkoła podstawowa. Zawsze kogoś będzie ci brakować. Mi akurat najbardziej niektórych nauczycieli. Na pewno od wychowania fizycznego, wychowania obywatelskiego, matematyki. Chociaż nie zawsze było tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać, to i tak było fajnie.

Ja już miałem padnięte swoje wybory dotyczące nowej szkoły, to pod tymi kierunkami je wybierałem. Ja wybrałem liceum, choć moja mama zmuszała mnie do pójścia do technikum, w którym musiałbym od rana do późnego wieczora wyliczać zadania z matematyki i fizyki, natomiast dziadkowie ze strony mamy chcieliby, żebym poszedł najlepiej do szkoły zawodowej, by mieć jak najszybciej jakiś zawód i zarabiać pieniądze. Tak jak i oni, wszyscy byli pażerni na dolary i nawet sąsiedzi również wysyłali mnie do zawodówki. Jak i mamy, tak i babci pomysły odrzuciłem. Bo to ja szedłem do nowej szkoły i to ja musiałem ją wybrać, a nie ktoś inny za mnie, jak próbowano tego dokonać. Technikum mi się nie podobało, ponieważ z tą matematyką jakoś bym nawet przeszedł, bo ją lubię, ale z fizyką bym chyba umarł. A szkołę zawodową, to wiadomo chyba dla wszystkich, dlaczego odrzuciłem. Ponieważ nie chciałem być jak większa część mojej rodziny. Tato jak już wcześniej pisałem był ślusarzem, dziadek od strony mamy hydraulikiem, od strony taty - rolnikiem i mularzem, wujek - też hydraulikiem. Jakbym poszedł w podobnym kierunku, to bym już żadnej przyszłości dla siebie samego nie widział. Wielcy mi filozofowie. Wiem, że rodzina wybiera swojemu dziecku zawód i szkołę, ale ja nie zamierzam marnować się w liczeniu mocy prądu żarówki i naprawianiu czyiś kibli.

Rozważałem różne ścieżki dalszej edukacji. Najpierw nie wiedziałem, że się idzie do kolejnych szkół. Myślałem, że swoją edukację skończę na szkole podstawowej. Wielkie zaskoczenie pojawiło się na mojej twarzy, gdy się o wszystkim dowiedziałem.

Na początku myślałem o kierunku artystyczno-plastycznym. Oj, pchano mnie najpierw tam drzwiami i oknami. Moja plastyczka w szkole podstawowej zawsze powiadała, że się tam nadaję. Lecz ja wybrałem historię.

Rozdział 2

List od dziadka dla rodziny

17 lutego 1905 rok

Moi Kochani!

Wiem, że jest wam wszystkim trudno bez ze mnie. Nie ma kto was rozmieszać. Ale bardzo was proszę nie płaczcie. Jeszcze wszystko będzie dobrze. Na razie jestem cały. Co najważniejsze żyję. Pewnie już nie długo mnie zabiją. Nic nie wiem. By napisać do was musiałem oddać swoje trzydniowe pożywienie. Więc czeka mnie głodówka. Myślę, że i tak lepiej głodować niż jeść nie wiadomo co. W zamian za jedzenie otrzymałem kartkę i ołówek. Piszę takimi małymi literkami, ponieważ chcę do was napisać jak najwięcej. Pisząc nieustannie płaczę za wami. By list do was trafił, a mam taką nadzieję, że do was trafi, będę musiał oddać już nie trzydniowy posiłek, tylko tygodniowy. W więzieniu nic nie ma za darmo, nawet wśród Polaków. Tu każdy próbuje przeżyć jak najdłużej. Ja to rozumiem. Warunki są straszne. Rzadko nas karmią, tylko jak im się spodoba. Najczęściej dostajemy tylko po jednym drobnym posiłku dziennie. Raz dostałem ucho jakiegoś zwierzęcia wraz z jego krwią. Byłem godny więc zjadłem, ale później leżałem z bólu. W swojej celi nie mam żadnego okna. Pisząc do was piszę po ciemku, więc nie wiem, czy się doczytacie. Jest mi zimno. Nie ma tu ani łóżka ani niczego. Śpię na twardej ziemi. Na nogach i rękach mam łańcuchy. Choć na początku napisałem, że jestem cały, to miałem na myśli, że żyję. Jestem pobity, ciało moje jest całe od krwi. Znęcają się nade mną. Kopią mnie, deptają po mnie, walą kijami. Właśnie dziś mnie ogolili. Z głowy leciało mi przerażająco dużo krwi, ponieważ robili to na siłę, bile jak. Nie rozparzajcie po mnie! Ale pamiętajcie o mnie. Wiem, że będziecie o mnie pamiętać.

Doczekałem się wnuka. Bardzo się cieszę z tego powodu. Bardzo chciałbym dowiedzieć się co tam słychać u małego Kordiana. Wiem, że będzie wspaniałym chłopakiem. Będę nad im czuwał po swojej śmierci. Wyrośnie na wielkiego człowieka.

Marysiu, moja kochana córeczko. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że Cię mam. Pamiętam jak mama się bardzo cieszyła, kiedy się urodziłaś. Byłaś naszym największym marzeniem. Pamiętam jak kiedyś bawiłaś się w piaskownicy, lepiąc babki z piasku. Pamiętam Cię jaka byłaś słodka w wózku. Jak razem z mamą jeździliśmy razem na długie spacery. Pamiętam również jak razem z mamą kupiliśmy Ci lizaka, za ostatnie nasze pieniądze, który później okazał się twoim lubionym lizakiem. Przepraszam Cię, że już nie będę Ciebie chronił.

Mateuszu, to teraz Ty przejmujesz po mnie pałkę. Opiekuj się nimi. Pamiętaj, że masz wspaniałą żonę i nie pozwól, by ktoś jej zrobił krzywdę. Rozumiemy się? Zaopiekuj się Kordianem, Marysią i moją ukochaną, bo ja już tego nie zrobię. Proszę, o nic więcej Cię nie proszę.

Natalko, nie żałuję, że Ciebie wtedy poderwałem, w tym parku. Pamiętam, jak pięknie wtedy wyglądałaś. Miałaś na sobie białą sukienkę. Byłaś naprawdę bardzo piękna wtedy. Byłaś najlepszym wyborem. Aż sam sobie zazdroszczę, że mam taką wspaniałą dziewczynę. Razem stworzyliśmy coś jeszcze bardziej wspaniałego, naszą małą Marysie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że już mnie przy Tobie nigdy nie będzie. Jeśli popełniłem jakieś błędy w naszym związku, to przepraszam. Bardzo cieszę się, że się wtedy zgodziłaś zostać moją dziewczyną i razem chodziliśmy na randki. Nigdy nie przestanę Ciebie kochać.

Mam nadzieję, że byłem dobrym chłopakiem, a później mężem, tatą i dziadkiem.

Pa!

Kocham Was.

Rozdział 4

Pamiętnik Kordiana - życie w szkole

Opieranie się o szkolny parapet niejednego dnia było moim zajęciem, można by było powiedzieć, że nawet smutne hobby, jeśli nie nawet uprawiany sport. Stojąc pod oknem obserwowałem różne pory roku, od wiosny do następnej wiosny, po lato, jesień i mroźną zimę. Nie raz nie mogłem patrzeć przez nie, więc stałem plecami do słońca, które mnie radziło w oczy. Gdy natomiast padał deszcz, którego w żaden sposób nie czułem, wpatrywałem się w go. On był dla mnie czym bliskim, czym co każdego następnego dnia czuję oraz doświadczam. Czułem mocną więź między mną a deszczem. Zostaliśmy połączeni w jedno ciało. Byliśmy jednością. Zawsze podczas załamania się pogody, właśnie wtedy, gdy padały łzy, to one nie leciały tylko z nieba, lecz i także z moich oczu. Szarość i ponurość obydwu nas opanowało. Czy może lepiej bez tego słowa "obydwu".

Znaleźli się

I.

W jedności połączeni - w romantyczność obudzeni.

Choć dwa różne ciała, dwie różne materię.

Przez wiele lat spotykali się.

Nie dotykali się, lecz czuli to samo.

Smutni oboje.

Lecz oboje nie przydatne w tym przypadku.

II.

Na początku byli obcy.

Lecz pogrążeni w samotności odnaleźli się.

W początkach, w sytuacji zupełnie sobie nieznani.

A po kilku miesiącach w wspólnym języku w rozmowę połączeni.

Nowym językiem - językiem łez!

Wiosna, lato, jesień, zima.

Spotkanie utrudniało im słońce tylko - innym słowy promieniejąca pogoda.

III.

Czuli i doświadczali wspólnego.

Aż poczuli, że przybrali postać kropli jednej.

Byli jak ciało jedno - nierozłączne - jak regulamin idei romantycznej radę daje.

IV.

O łzach, o których mowę dałem - padały z dwóch różnych stron.

Z jednej - z nieba.

Z drugiej - z oczu - z jednego z nich.

Czy jednak im nieznane jest słowo - obydwu?

Między mną a Sonią były duże podobieństwa. Zachowywaliśmy się praktycznie tak samo. Jedynie to ja byłem tym bardziej spokojniejszym i bardziej opanowanym, iż Sonia lubiła od czasu do czasu trochę poszaleć. Lecz mi się to akurat podobało. W szkole, podczas klasówek znajdowały się piątki, czwórki, a nawet gdzieś tam po kątach pochowane trójki. Zachowywałem się spokojnie na każdej z lekcji. Byłem zawsze bardzo chwalony przez nauczycieli. Ale na ten temat tylko tyle, ponieważ już wcześniej w moim pamiętniku o tym pisałem.