Życie w rozproszonym świetle. Eseje - Jacek Gutorow

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
O większości zawartych w tej książce tekstów można powiedzieć, że to eseje o ambicjach biograficznych. Nie chodzi wszakże o klasycznie rozumiany paradygmat gatunkowy. Tradycyjne życiopisanie pozostaje poza zasięgiem moich zainteresowań. Zajmuje mnie tutaj biografia myśli, wyobraźni i wrażliwości, a formą szczególnie mi bliską jest wypracowana w kulturze anglosaskiej konwencja biografii intelektualnej, skupiającej się na rozwoju, statusie i miejscu świadomości krytycznej. Czytając ponownie teksty napisane na przestrzeni kilkunastu lat, zauważyłem, że przewija się przez nie chęć odnalezienia krytycznego języka egzystencji, bez fałszujących najczęściej uogólnień, za to z całym bagażem idiosynkrazji i niepowtarzalnych znamion konkretnej myśli. Z tego samego powodu odrzuciłem silną pokusę uogólniania i kreślenia portretu grupowego, choć przyznaję, że jednym z przemożnych odczuć towarzyszących mi w trakcie pisania była chęć zrozumienia roli, jaka w świecie współczesnym przypadła owej dziwnej istocie, która z uporem określa siebie mianem inteligenta. Ponieważ skupiam się w tej książce na myślicielach i twórcach, których działalność krytyczna i twórczość związane są z bardzo szeroko pojętym przełomem modernistycznym, idea biografii wspólnotowej, wyrażającej zbiorowy dramat inteligencji postawionej wobec wyzwań i antynomii nowoczesności i ponowoczesności, nie była mi obca. Od czasu do czasu nawiedzała mnie także myśl, aby dać czytelnikowi coś w rodzaju zwielokrotnionych "żywotów równoległych" (dzieło Plutarcha pozostaje jedynym w swoim rodzaju modelem biograficznym). Czułem jednak, że i takie zadanie przekracza moje siły, zdecydowanie bardziej zależy mi zaś na próbie nakreślenia i zrozumienia pojedynczej egzystencji, pojętej nie jako nagromadzenie faktów biograficznych, lecz jako rozwijający się, dynamiczny, niezamknięty program bądź cykl życia umysłowego.
Esej jest próbą myślenia w sytuacji, gdy wyczerpały się wszystkie wielkie narracje i pozostała nam tylko możliwość lokalnej wizji i prowizorycznej prawdy. Pisanie w trybie eseistycznym to pisanie w przeświadczeniu, że nie jesteśmy już w stanie ogarnąć całości, choćby całości własnego, pojedynczego życia, i że istnieją tylko fragmenty, punktowe światła, oderwane intuicje, na podstawie których możemy podjąć próbę rekonstrukcji życia umysłu. Przekonanie o autorskim obiektywizmie jest według mnie mitem. Pisanie eseju przypomina trochę proces zaangażowanej, nieobojętnej lektury - eseista włącza siebie w nurt rozwijanych idei, wypróbowując je, by tak rzec, na samym sobie. Oczywiście łatwo przesadzić. Uważam, że autor esejów powinien dążyć do ideału, jakim jest połączenie momentu świadomości intencjonalnej i zaangażowanej z momentem nieuprzedzonego spojrzenia. A więc z jednej strony żywioł empatycznej polifonii, nakazujący nam mnożenie punktów widzenia i pozwalający umieścić bądź odnaleźć siebie w polu czytanego tekstu, z drugiej zaś przykazanie krytycznej powściągliwości tudzież imperatyw temperowania nazbyt subiektywnych zapędów. Nie twierdzę, że udało mi się ten ideał osiągnąć. Miałem go jednak na względzie. Część zamieszczonych w tej książce tekstów to zapis poszukiwania języka, który dobrze wyraziłby tak charakterystyczne dla konwencji eseistycznej oscylowanie między dystansem i bezpośredniością, podmiotem i przedmiotem, argumentem i krytyczną aporią. Sądzę, że to jedno z istotniejszych doświadczeń, jakie składają się na świadome życie umysłu.
W kilku miejscach zwracam uwagę na istnienie i podkreślam wagę "sceny pisania". Sformułowanie to pojawia się w konkretnych kontekstach krytycznych, niesie wszakże dla mnie sens dodatkowy, niezależny od poszczególnych interpretacji, wyrastający z przekonania, że na portret intelektualny składają się nie tylko formacja umysłowa i biografia myśli, lecz również język. Ten ostatni to coś więcej niż przełożenie i horyzont intencji ("granice mojego języka oznaczają granice mojego świata"). Słowa nie wyczerpują się w nadanych im znaczeniach. W języku zawarta jest przeszłość, a także, potencjalnie, przyszłość. Język pomaga wydobyć to, co nieuświadamiane, zapomniane, stłumione bądź zlekceważone, a co bez wątpienia jest częścią nas samych. Stąd za dużo stylu i idiomu pisarskiego, melodii zdania bądź rytmu akapitu. Nie chodzi o filologiczne dzielenie włosa na czworo. Stawka jest znacznie wyższa. Sposoby użycia języka raczej nie są przypadkowe; życie umysłu charakteryzuje się zresztą tym, że przypadkowe impulsy i intuicje mają często ważniejsze znaczenie niż intencje. To, jak ktoś mówi, jest nierzadko istotniejsze niż sens wypowiedzi. Sposób formułowania myśli, wybór tego, a nie innego słowa, tonacja frazy - wszystko to może się okazać, i najczęściej okazuje, nader znaczące. Dlatego tak wielką wagę starałem się przykładać do momentu językowego. Splatają się w nim wszak treści świadome i nieuświadamiane, intencjonalne i rozmyślnie marginalizowane, osobiste i przekraczające horyzont osoby.
Scena pisania to także przestrzeń spotkania autora i czytelnika. Nigdy za wiele mówienia o fenomenologicznym wymiarze każdej twórczości literackiej i nie tylko literackiej. Uważne, krytyczne czytanie nie ma nic wspólnego z biernym przyswajaniem sobie czyichś myśli i intencji. To również nadawanie sensu. Mówiąc aforystycznym skrótem: czytając, współtworzymy. Z jednej strony odnajdujemy w sobie intencję tekstu, z drugiej zaś w samym tekście odkrywamy siebie. Tego rodzaju intencjonalna wymiana dokonuje się, rzecz jasna, w bardziej złożony sposób, na wielu poziomach i etapach, w skomplikowanych procesach wiążących czytelnicze oczekiwania i kompetencje z rzeczywistymi aktami czytania, nie tyle w rytmie następujących po sobie zdań, ile w rytmie całego naszego życia, świadomego i nieświadomego. Ta wymiana pozostaje jednak, według mnie, podstawowym wyznacznikiem uważnego i nieobojętnego czytania. W pomieszczonych w tej książce esejach chodziło mi nie tylko o wydobycie myśli i rekonstrukcję projektu. Istotny był również, a może przede wszystkim, moment przekroczenia tautologicznego kręgu czytelniczego "ja" i wyjścia ku innemu tekstowi, innemu językowi, innej egzystencji. Warta podkreślenia wydaje mi się przy tym nieprzewidywalność krytycznych interwencji, które często ujawniają przestrzeń zupełnie nowych dla nas doświadczeń i myśli.
Dodam jeszcze, że po namyśle zrezygnowałem z przygotowanych wcześniej esejów poświęconych autorom dziewiętnastowiecznym. W pierwszej wersji książki było kilka takich tekstów, nadal uważam je za istotne. Kierkegaardowska kategoria powtórzenia, stanowiąca jedną z podstawowych intuicji napędzających nowoczesność, Nietzscheański dramat autokreacji, fikcje przełomów (romantycznego czy antypozytywistycznego), problem zmieniających się form życia w twórczości Henry'ego Jamesa czy melancholijnej, zwielokrotnionej jaźni w prozach Conrada - to tylko niektóre kwestie składające się na istotną perspektywę krytyczną, której nie chciałbym do końca porzucać i która tak czy inaczej jest w tym tomie obecna. Wszystkie tropy prowadzą jednak do wieku dwudziestego. Skądinąd można dość dokładnie określić zakres czasowy prezentowanych w niniejszej książce tekstów. Po Gadamerowskiej uwerturze przechodzę do dramatycznej sceny z 1914 roku: Ludwig Wittgenstein płynący na spotkanie końca i rozświetlający mrok punktowym światłem reflektora. Kończę dwoma esejami napisanymi po śmierci Jacques'a Derridy (wrzesień 2004 roku) - osobiste, nieco oniryczne in memoriam złożone mistrzowi myślenia. Przywołuję w nich czas, który chyba nie tylko dla mnie był symbolicznym znakiem końca pewnego stylu krytycznego. Kto wie, może jest to czas kolejnego przesilenia intelektualnego i językowego?
Czytelnik bez problemu dostrzeże, że do formuły biografii intelektualnej najbardziej zbliżam się w dłuższych sekwencjach tekstów rozwijających projekty krytyczne Hannah Arendt i Edwarda Saida. Powinienem odnotować, że na obie tekstowe konstelacje złożyły się szkice pisane niezależnie, to znaczy bez myśli o jakiejś wspólnej logice wywodu (pomijając oczywiście ogólną perspektywę nowoczesności, którą stale miałem na widoku). Spotkania z wielowymiarową i wieloznaczną twórczością Arendt i Saida były dla mnie częstokroć zaskakujące i dużo mi dały, przede wszystkim jako propozycje myśli zaangażowanej, politycznej i wspólnotowej. Dotyczy to i pozostałych tekstów. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że każdy z zamieszczonych w zbiorze esejów jest efektem długiego, wieloletniego obcowania z tematami i pytaniami, które nadal są dla mnie ważne. Chętnie podkreślam przy tym intrygującą dwuznaczność słowa "obcować" (bądź słowa "gościnność"; jak na pierwszych stronach wydanej niedawno książki Odys gość pisze Cezary Wodziński, wyraz ten daje się także zapisać i rozumieć jako "gość-inność"). Można bowiem mówić o doświadczeniu podwójnego związania przez teksty, które nie pozostawiają nas obojętnymi. Z jednej strony mamy moment fascynacji, z drugiej zaś wszelkiego rodzaju problematyzacje wynikające z tego, że próbujemy uruchomić w sobie potencjał innego myślenia, myślenia o innym i poprzez to, co inne. Mówię tutaj o niezapomnianych doświadczeniach lekturowych i przygodach intelektualnych wykraczających poza zwykły akt czytania, stanowiących za to mocno przeżyty fakt egzystencjalny. Bo choć światło stale ulega rozproszeniu, to życie nie przestaje być ani odrobinę mniej życiem.
Najciekawszy w myśleniu krytycznym jest moment, w którym wychodzi ono poza indywidualny widnokrąg i rozwija się dalej w konfrontacji z innymi punktami widzenia. Sądzę, że myślenie krytyczne nabiera właściwego sobie sensu w żywiole współbycia i współodczuwania. Bez niego jest jedynie intelektualnym grymasem. W tej intencji napisane zostały bodaj wszystkie poniższe szkice. Dramat myśli poszukującej trwałej sankcji swojego istnienia - niech to będzie dyskretny, niewyróżniony epigraf książki, którą przekazuję w ręce czytelników.