Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie - Jesper Juul

Kup ebooka

25.00 zł
20.75 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

W ca­łej Eu­ro­pie ży­cie ro­dzin­ne jest dzi­siaj w mniej­szym lub więk­szym stop­niu na­zna­czo­ne przez nie­pew­ność - i cie­ka­wość. Tra­dy­cyj­na ro­dzi­na ze swo­im sztyw­nym po­dzia­łem ról mię­dzy ko­bie­tą a męż­czy­zną - oraz sen­ten­cją "Póki śmierć nas nie roz­łą­czy" - ode­szła w prze­szłość. Moje po­ko­le­nie, pierw­sze po prze­mia­nie, pró­bo­wa­ło ra­dzić so­bie z po­mo­cą no­wych za­sad oraz licz­nych roz­wo­dów, jed­nak do­pie­ro w cią­gu ostat­nich pięt­na­stu lat wy­kształ­ci­ły się nowe re­gu­ły part­ner­stwa i ro­dzi­ciel­stwa. Za­sad­ni­cze zna­cze­nie ma fakt, że nie opie­ra­ją się one te­raz na żad­nym ogól­nie obo­wią­zu­ją­cym po­dzia­le ról czy ka­no­nie war­to­ści, tyl­ko na usta­le­niach, któ­re każ­da para po­dej­mu­je dla sie­bie.

Dzi­siej­sza ro­dzi­na to nie tyl­ko mat­ka, oj­ciec i dzie­ci. Oso­by sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­ce dzie­ci prze­sta­ły być uwa­ża­ne za nie­szczę­śli­wy wy­ją­tek i tak­że za­li­cza­ją się do tej ka­te­go­rii. Co­raz wię­cej jest rów­nież ro­dzin pat­chwor­ko­wych, w któ­rych żyją dzie­ci "two­je" ",moje" oraz "na­sze". Po­dob­nie roz­wie­dzio­ny oj­ciec lub mat­ka, któ­rzy okre­so­wo miesz­ka­ją ze swo­imi dzieć­mi, two­rzą z psy­cho­lo­gicz­ne­go i eg­zy­sten­cjal­ne­go punk­tu wi­dze­nia bez wąt­pie­nia ro­dzi­nę. Do tego do­cho­dzą pary ho­mo­sek­su­al­ne wy­cho­wu­ją­ce dzie­ci lub nie, ro­dzi­ny za­stęp­cze, ro­dzi­ny, któ­re ad­op­to­wa­ły dzie­ci, oraz ro­dzi­ny wie­lo­po­ko­le­nio­we miesz­ka­ją­ce pod jed­nym da­chem.

Zmia­ny te są czymś wię­cej niż tyl­ko zwy­kłą prze­mia­ną po­ko­le­nio­wą, dla­te­go przy­no­szą ze sobą wie­le nie­pew­no­ści. W nie­któ­rych kra­jach, na przy­kład w Skan­dy­na­wii, dzie­więć­dzie­siąt pro­cent lu­dzi, któ­rzy dzi­siaj zo­sta­ją ro­dzi­ca­mi, spę­dzi­ło po­nad dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy go­dzin w in­sty­tu­cjach pe­da­go­gicz­nych: żłob­kach, przed­szko­lach i szko­łach. Ozna­cza to, że mie­li wię­cej do czy­nie­nia z za­wo­do­wą pe­da­go­gi­ką niż z wy­cho­wa­niem ro­dzin­nym. Dla­te­go nie po­win­no dzi­wić, że czu­ją się za­gu­bie­ni wśród wie­lu py­tań do­ty­czą­cych dzie­ci i ro­dzi­ny.

Co mamy ro­bić, gdy nasz dwu­la­tek nie może sam za­snąć w łó­żecz­ku? Co po­wie­dzieć dzie­się­cio­let­niej cór­ce, któ­ra chce mieć ta­tu­aż? Co zro­bić, gdy nasz czte­ro­la­tek od­ma­wia je­dze­nia wa­rzyw? Każ­de­go ran­ka w na­szym domu pa­nu­je to­tal­ny cha­os. Jak to zmie­nić? Czy jest coś złe­go w tym, że sta­ram się za­wsze uni­kać kon­flik­tów w domu? Kie­dy mój mąż zo­sta­je sam z dzieć­mi, nig­dy nie ma z nimi ta­kich pro­ble­mów jak ja. Skąd to się bie­rze? Mój part­ner lubi jeść w ci­szy. Czy jest to do­bre dla dzie­ci? Mało ze sobą roz­ma­wia­my. Jak mo­że­my to zmie­nić? Czę­sty seks jest dla mnie bar­dzo waż­ny, ale mo­je­mu mę­żo­wi wy­star­czy, je­śli śpi­my ze sobą raz w mie­sią­cu. Czy po­win­nam się z tym po­go­dzić?

Nie­pew­ność w kwe­stiach wy­cho­wa­nia i part­ner­stwa to nic no­we­go. Wszy­scy ro­dzi­ce za­wsze sta­wia­li py­ta­nia. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga na tym, że dzi­siaj wy­ra­ża­ją oni swą nie­pew­ność zu­peł­nie otwar­cie, a cza­sy, kie­dy każ­dy wie­dział, co jest "słusz­ne", a co "nie­słusz­ne", bez­pow­rot­nie mi­nę­ły.

Jesz­cze ge­ne­ra­cję wcze­śniej ży­li­śmy we względ­nie izo­lo­wa­nych spo­łecz­no­ściach, w ob­rę­bie któ­rych rzą­dzi­ły mniej wię­cej te same war­to­ści. Kie­dy w 1960 roku - mia­łem wów­czas dwa­na­ście lat - po­pro­si­łem ro­dzi­ców o zgo­dę na wyj­ście do klu­bu jaz­zo­we­go, otrzy­ma­łem jed­no­znacz­ną od­po­wiedź: "Na­wet nie ma mowy!". A gdy od­wa­ży­łem się za­py­tać: "Dla­cze­go?", usły­sza­łem tyl­ko: "W two­im wie­ku tego się nie robi. Ko­niec dys­ku­sji!". Za­py­ta­łem póź­niej swo­ich ko­le­gów i rze­czy­wi­ście: ża­den nich nie po­szedł do klu­bu. Owa wie­dza o tym ",co się robi, a cze­go się nie robi", była wiel­ką pod­po­rą dla po­ko­le­nia mo­ich ro­dzi­ców. Wspie­ra­ło ją tak­że sil­ne prze­ko­na­nie, że w żad­nym wy­pad­ku nie na­le­ży od­bie­gać od owych słusz­nych stan­dar­dów.

Dzi­siej­si ro­dzi­ce, któ­rzy mu­szą wy­ja­śnić swo­je­mu dwu­na­sto­lat­ko­wi, dla­cze­go nie chcą, żeby zro­bił so­bie kol­czyk w pęp­ku, mają trud­niej­sze za­da­nie. Mu­szą też wy­tłu­ma­czyć szes­na­sto­let­nie­mu sy­no­wi, dla­cze­go nie ku­pią mu te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go na abo­na­ment i z ja­kie­go po­wo­du nie chcą, żeby pił al­ko­hol. Ar­gu­ment, że "tak się po pro­stu nie robi", ła­two ode­przeć jed­nym sms-em do ko­le­gów, któ­rzy po­twier­dzą, że owszem, inni tak ro­bią. Ro­dzi­ce są za­tem zmu­sze­ni roz­ma­wiać z in­ny­mi ro­dzi­ca­mi, kon­sul­to­wać się z psy­cho­lo­ga­mi, pe­da­go­ga­mi i le­ka­rza­mi. Nie­ste­ty, czę­sto nie daje się roz­wiać wszyst­kich wąt­pli­wo­ści, po­nie­waż eks­per­ci nie za­wsze są ze sobą zgod­ni.

Jesz­cze pięć­dzie­siąt lat temu oso­by, któ­re mia­ły de­cy­du­ją­cy głos w spo­łe­czeń­stwie, ży­wi­ły sto­sun­ko­wo ja­sne prze­ko­na­nia do­ty­czą­ce war­to­ści, co wi­dać w ów­cze­snych de­ba­tach po­li­tycz­nych i spo­łecz­nych oraz w pod­ręcz­ni­kach pe­da­go­gicz­nych dla na­uczy­cie­li. Rów­nież Ko­ścio­ły gra­ły zde­cy­do­wa­nie więk­szą rolę niż dzi­siaj, je­śli cho­dzi o de­fi­nio­wa­nie fun­da­men­tu war­to­ści dla spo­łe­czeń­stwa. Obec­nie w wie­lu kra­jach mają pro­blem z tym, żeby do­trzeć do lu­dzi ze swo­im po­zy­tyw­nym prze­sła­niem.

Dzi­siaj trud­no by­ło­by sfor­mu­ło­wać ja­kiś ka­non war­to­ści dla wszyst­kich. Na­wet naj­bar­dziej wy­ra­zi­ste oso­bo­wo­ści okre­śla­ją się ra­czej w opo­zy­cji do cze­goś - niż za czymś. Spo­łe­czeń­stwu nie otwie­ra­ją się żad­ne per­spek­ty­wy war­to­ści ani od stro­ny po­li­ty­ki ro­dzin­nej, ani szko­ły, któ­ra pod­le­ga tym sa­mym kon­flik­tom i tej sa­mej nie­pew­no­ści.

Je­śli za­sta­no­wi­my się, ja­kim re­gu­łom pod­le­ga na­sze spo­łe­czeń­stwo, to doj­dzie­my do wnio­sku, że są to pra­wa ryn­ku. Trud­no dzi­siaj na­wet my­śleć o czło­wie­ku, nie bio­rąc ich pod uwa­gę. I mimo że nie na­da­ją się na pod­sta­wę war­to­ści ro­dzin­nych, to w co­raz więk­szym stop­niu wni­ka­ją w tę sfe­rę. Na przy­kład, wie­lu mło­dych lu­dzi uza­leż­nia szan­sę na zna­le­zie­nie part­ne­ra lub part­ner­ki albo za­ło­że­nie ro­dzi­ny od umie­jęt­no­ści sprze­da­nia sie­bie: czy to w klu­bie, In­ter­ne­cie czy w in­nych miej­scach, gdzie sin­gle spraw­dza­ją swo­ją war­tość ryn­ko­wą. Od­no­to­wu­je się wzrost licz­by sa­mo­bójstw wśród za­chod­nio­eu­ro­pej­skich ko­biet, któ­re nie po­tra­fią po­go­dzić się z tym, że ich ob­wód w biu­ście albo dłu­gość nóg nie od­po­wia­da­ją ide­ało­wi ryn­ku.

Rów­nież dzie­ci by­wa­ją w nie­po­ko­ją­cym stop­niu re­du­ko­wa­ne do ran­gi przed­mio­tu kup­na i sprze­da­ży. Nie do­ty­czy to tyl­ko han­dlu dzieć­mi w celu wy­ko­rzy­sta­nia sek­su­al­ne­go, ad­op­cji lub po­zy­ska­nia or­ga­nów do prze­szcze­pów dla cho­rych i bo­ga­tych do­ro­słych. Mer­kan­ty­li­za­cja cią­ży po­wo­du­je, że z całą po­wa­gą dys­ku­tu­je się, na przy­kład, o moż­li­wo­ści za­cho­wa­nia tyl­ko jed­ne­go dziec­ka z bliź­nia­cze­go pło­du. Zbli­ża­my się do cza­sów, kie­dy każ­dy bę­dzie mógł wy­brać płeć dziec­ka, jego ko­lor oczu, wzrost i ilo­raz in­te­li­gen­cji.

Nie tak daw­no gło­śna była spra­wa pew­nej pary, któ­ra do­ma­ga­ła się pra­wa do od­da­nia ad­op­to­wa­ne­go dziec­ka, po­nie­waż kil­ka lat po ad­op­cji mat­ka za­szła w cią­żę. Oso­by zaj­mu­ją­ce się ad­op­cją do­no­szą, że ro­dzi­ce czę­sto re­zy­gnu­ją z dzie­ci, któ­re nie od­po­wia­da­ją ich wy­obra­że­niom. Róż­ne in­sty­tu­cje od lat po­słu­gu­ją się ję­zy­kiem, w któ­rym znaj­du­ją się ta­kie okre­śle­nia, jak "dziec­ko do­brze funk­cjo­nu­ją­ce" lub "źle funk­cjo­nu­ją­ce" - jak­by cho­dzi­ło o wy­po­sa­że­nie ku­chen­ne, któ­re musi od­po­wia­dać eu­ro­pej­skim stan­dar­dom ja­ko­ści. Wszyst­ko to spra­wia wra­że­nie, jak­by­śmy sta­cza­li się po etycz­nej rów­ni po­chy­łej. Tak da­le­ko za­szły spra­wy z na­szy­mi war­to­ścia­mi okre­śla­ny­mi przez pra­wa ryn­ku. Dla­te­go po­win­ni­śmy po­sta­wić so­bie py­ta­nie: czy na­praw­dę chce­my przy­kła­dać je do na­sze­go ży­cia ro­dzin­ne­go?

Mał­żeń­stwo nie jest dzi­siaj spo­łecz­ną ani mo­ral­ną ko­niecz­no­ścią, lecz oso­bi­stym wy­bo­rem - po­dob­nie jak po­sia­da­nie dzie­ci czy każ­dy inny zwią­zek. Nikt nie czu­je się zmu­szo­ny do ży­cia z dru­gą oso­bą. Nikt nie musi ule­gać czy­jejś do­mi­na­cji ani ustę­po­wać przed prze­mo­cą tyl­ko ze wzglę­du na ko­niecz­ność ży­cia w jed­nym domu. Do­ty­czy to w każ­dym ra­zie miesz­kań­ców państw eu­ro­pej­skich, któ­re stwo­rzy­ły od­po­wied­nią pod­sta­wę praw­ną i spo­łecz­ną.

War­to­ści się zmie­ni­ły. Kie­dyś mó­wio­no: "Trze­ba wy­trwać ra­zem za wszel­ką cenę". Dzi­siaj mówi się: "Trze­ba trak­to­wać sie­bie po­waż­nie". Co praw­da, jak póź­niej po­ka­żę, te dwie za­sa­dy wca­le nie mu­szą się wy­klu­czać.

W kul­tu­rze zdo­mi­no­wa­nej przez pra­wa ryn­ku czę­sto mówi się o na­rzę­dziach, mo­de­lach, kon­cep­cjach i me­to­dach. Szu­ka­ją ich ro­dzi­ce i part­ne­rzy roz­glą­da­ją­cy się za po­mo­cą spe­cja­li­stów. Pro­blem jed­nak w tym, że nie ma me­tod, któ­re nie­chyb­nie pro­wa­dzą do suk­ce­su w ży­ciu ro­dzin­nym. Lu­dzie są zbyt róż­ni i żyją w tak wie­lo­stron­nych re­la­cjach, że nie da się za­sto­so­wać do wszyst­kich jed­nej me­to­dy. Ta­kie zda­nie może brzmieć nie­co dziw­nie w ustach czło­wie­ka, któ­ry całe swo­je ży­cie za­wo­do­we spę­dził na "ba­za­rze eks­per­tów", peł­nym roz­ma­itych me­tod, kon­cep­cji i roz­wią­zań moż­li­wych pro­ble­mów. A jed­nak za­wsze my­śla­łem w ten spo­sób - i nie znam żad­nej psy­cho­lo­gicz­nej ani pe­da­go­gicz­nej pod­sta­wy na­uko­wej, któ­ra uza­sad­nia­ła­by ja­ką­kol­wiek ogól­nie obo­wią­zu­ją­cą me­to­dę.

Lu­dzie nie są ma­szy­na­mi i dla­te­go nie po­trze­bu­ją "na­rzę­dzi" czy "in­stru­men­tów". Py­ta­nie: "Ja­kie na­rzę­dzia mogą po­móc mi w usy­pia­niu dziec­ka?" jest z per­spek­ty­wy war­to­ści o lata świetl­ne od­da­lo­ne od py­ta­nia: "Ja­kie umie­jęt­no­ści mu­szę w so­bie roz­wi­nąć, żeby moje dziec­ko mo­gło spo­koj­nie za­sy­piać?" Po­dob­nie py­ta­nie: "Czy są ja­kieś na­rzę­dzia, któ­re po­zwa­la­ją po­ko­nać nie­chęć ko­biet do sek­su?" róż­ni się od: "Na­sze ży­cie sek­su­al­ne po­pa­dło w ru­ty­nę. Jak mam po­roz­ma­wiać o tym z żoną, żeby nie po­czu­ła się kry­ty­ko­wa­na i jesz­cze bar­dziej nie stra­ci­ła ocho­ty na seks?". To samo do­ty­czy me­tod. Spraw­dza­ją się tyl­ko o tyle, o ile dru­ga stro­na po­zwa­la zre­du­ko­wać się do roli przed­mio­tu.

Lu­dzie źle się roz­wi­ja­ją, kie­dy czu­ją się obiek­ta­mi kon­cep­cji lub me­tod. Wy­star­czy o to spy­tać oso­by, któ­re wy­ro­sły w izra­el­skim ki­bu­cu albo ra­dziec­kim domu dziec­ka. Owszem, wie­lu z nas żywi okre­ślo­ne wy­obra­że­nia, jak bę­dzie wy­glą­da­ła ich ro­dzi­na, ale re­ali­za­cja tych wy­obra­żeń za­le­ży od tego, czy zda­je­my so­bie spra­wę, że ro­dzi­na to żywi lu­dzie. Sztyw­ne teo­rie są jak sek­ty: funk­cjo­nu­ją tyl­ko wte­dy, gdy ich człon­ko­wie cał­ko­wi­cie pod­da­ją się woli ja­kie­goś guru. Cha­rak­te­ry­stycz­na jest przy tym tak­że bar­dzo mała to­le­ran­cja dla od­szcze­pień­ców.

Je­śli cho­dzi o wy­cho­wa­nie dzie­ci, to naj­więk­szy pro­blem z "me­to­da­mi" po­le­ga na tym, że wszyst­kie słu­żą jed­ne­mu i temu sa­me­mu ce­lo­wi: po­słu­szeń­stwu dziec­ka woli ro­dzi­ca. Ich sku­tecz­ność ro­śnie, je­śli ro­dzi­ce two­rzą wspól­ny front, a ro­dzi­na pro­wa­dzi względ­nie izo­lo­wa­ny tryb ży­cia. Sku­tecz­ność ta nie wy­ni­ka jed­nak z do­sko­na­ło­ści me­to­dy, ale z nie­zwy­kłej zdol­no­ści i woli wszyst­kich dzie­ci do do­pa­so­wa­nia się i pod­po­rząd­ko­wa­nia do­ro­słym, któ­rych ko­cha­ją i od któ­rych są za­leż­ne. Ta wola współ­dzia­ła­nia jest tak wiel­ka, że moż­na ją zna­leźć na­wet u osób do­ro­słych, któ­re przej­mu­ją me­to­dy wy­cho­waw­cze swo­ich ro­dzi­ców - czy­li do­pa­so­wu­ją się do nich - mimo że czę­sto same cier­pia­ły z ich po­wo­du. Stąd bie­rze się mię­dzy in­ny­mi coś, co na­zy­wa­my ne­ga­tyw­nym dzie­dzic­twem spo­łecz­nym, czy­li, na przy­kład, dzie­dzi­cze­nie prze­mo­cy fi­zycz­nej i psy­chicz­nej.

Prze­moc fi­zycz­na to nie­wąt­pli­wie jed­na z naj­bar­dziej sku­tecz­nych me­tod wy­cho­waw­czych - je­śli przez sku­tecz­ność ro­zu­mie­my szyb­kie osią­gnię­cie za­mie­rzo­ne­go celu. Przy­glą­da­jąc się ro­dzi­nom lub spo­łe­czeń­stwom ak­cep­tu­ją­cym prze­moc, za­uwa­ży­my, jak szyb­ko moż­na skło­nić dzie­ci, na przy­kład, do je­dze­nia tego, cze­go nie lu­bią, zdu­sić ich pro­test z po­wo­du do­zna­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści albo uło­żyć do snu, choć jesz­cze chwi­lę wcze­śniej nie chcia­ły o tym sły­szeć. Jed­nak w kon­se­kwen­cji mamy wie­lu mło­dych i do­ro­słych lu­dzi, skrzyw­dzo­nych na cie­le i du­szy, ży­ją­cych w de­struk­cyj­nych związ­kach ze swo­imi dzieć­mi, part­ne­ra­mi i ro­dzi­ca­mi. Mimo to lu­dzie cią­gle uży­wa­ją prze­mo­cy, po­nie­waż zga­dza się ona w pe­wien spo­sób z ich war­to­ścia­mi. Na tym wła­śnie, mię­dzy in­ny­mi, po­le­ga wiel­ka moc war­to­ści.

Nie da się pro­wa­dzić za­do­wa­la­ją­ce­go ży­cia, idąc po li­nii naj­mniej­sze­go opo­ru i sta­le pro­sząc in­nych o radę lub po­moc w roz­wią­zy­wa­niu swo­ich pro­ble­mów. Nie­pew­ność ro­dzi­ców jest rów­nie upo­ka­rza­ją­ca, co wy­cień­cza­ją­ca, i zo­sta­wia trwa­łe śla­dy w re­la­cjach z dzieć­mi. A mimo to wciąż do­ty­ka wie­lu osób. Są ro­dzi­ce, któ­rzy żyją od kon­flik­tu do kon­flik­tu, sta­le po­szu­ku­jąc roz­wią­za­nia ja­kie­goś pro­ble­mu: z za­sy­pia­niem, za­bu­rze­nia­mi od­ży­wia­nia, po­ran­ny­mi awan­tu­ra­mi, bra­kiem kon­cen­tra­cji u dziec­ka, nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu i in­ny­mi. A prze­cież nie ma go­to­wych roz­wią­zań, któ­re spraw­dza­ją się u wszyst­kich!

Są za to pew­ne war­to­ści i za­sa­dy, któ­re po­ma­ga­ją znaj­do­wać in­dy­wi­du­al­ne roz­wią­za­nia. Za­miast żyć w cią­głym lęku przed ko­lej­nym kon­flik­tem, le­piej na­uczyć się od­róż­niać to, co za­czerp­nę­li­śmy od eks­per­tów, ro­dzi­ców i przy­ja­ciół, od tego, co od­po­wia­da na­szym wła­snym war­to­ściom. Mogą one nam słu­żyć jako kie­run­kow­skaz. I tak samo jak sta­le spraw­dza­my, na ja­kich pod­sta­wach bu­du­je­my nasz zwią­zek z part­ne­rem, mu­si­my wciąż na nowo re­wi­do­wać na­sze re­la­cje z dziec­kiem, od­po­wia­da­jąc na nie­zli­czo­ne py­ta­nia, któ­re kie­dyś roz­strzy­gał za nas spo­łecz­ny kon­sen­sus wzglę­dem war­to­ści. Do tego celu po­trze­bu­je­my wła­sne­go fun­da­men­tu war­to­ści, na któ­ry za­wsze mo­że­my się po­wo­łać.

Zi­lu­stru­ję to na przy­kła­dzie jed­ne­go z waż­nych pro­ble­mów - nad­wa­gi. Do­ty­czy on co­raz więk­szej licz­by dzie­ci i na­sto­lat­ków, za­gra­ża­jąc nie tyl­ko ich zdro­wiu, ale tak­że eko­no­micz­nej sta­bil­no­ści spo­łe­czeń­stwa. Jego przy­czy­ną jest przede wszyst­kim wzmo­żo­na kon­sump­cja na­po­jów sło­dzo­nych, tłu­stych prze­ką­sek, junk­fo­odu i fa­st­fo­odu. Pro­duk­ty spo­żyw­cze, któ­rych trzy­dzie­ści lat temu nie było albo były spo­ży­wa­ne oka­zjo­nal­nie, dzi­siaj sta­ły się ele­men­tem co­dzien­ne­go od­ży­wia­nia.

Fakt ten sta­wia ro­dzi­ców przed wy­zwa­niem, ja­kim jest ko­niecz­ność ure­gu­lo­wa­nia spo­ży­cia przez dzie­ci pro­duk­tów szko­dli­wych dla zdro­wia. Wspar­cie ze stro­ny pań­stwa nie­wie­le daje w sy­tu­acji, kie­dy dziec­ko zdą­ży­ło się już przy­zwy­cza­ić do tego ro­dza­ju je­dze­nia albo z za­zdro­ścią zer­ka na ko­le­gów, któ­rzy cie­szą się swo­bod­nym do­stę­pem do nie­go. Po­wo­ła­nie się na za­le­ce­nia le­ka­rzy lub re­ko­men­da­cje mi­ni­ster­stwa zdro­wia nie zro­bi na dziec­ku żad­ne­go wra­że­nia. Ro­dzi­ce mu­szą prze­ciw­sta­wić mu swój wła­sny au­to­ry­tet, a ten moż­na zbu­do­wać tyl­ko na trwa­łych war­to­ściach.

Czym są war­to­ści? Są to my­śli i idee, do któ­rych przy­kła­da­my szcze­gól­ne zna­cze­nie i któ­re kie­ru­ją na­szym co­dzien­nym ży­ciem i my­śle­niem. W ro­dzi­nie - wspól­no­cie lu­dzi zbu­do­wa­nej na mi­ło­ści - naj­waż­niej­sze py­ta­nie o war­to­ści brzmi:

 J a k   m a m   w y r a ż a ć   s w ą   m i ł o ś ć   z a   p o m o c ą   c z y n ó w,   n i e   p o ś w i ę c a j ą c   j e d n a k   s w o j e j   i n t e g r a l n o ś c i,   t a k   a b y   m o i   b l i s c y   o d b i e r a l i   j e   j a k o   p r z e j a w   m i ł o ś c i?

War­to­ści i za­sa­dy są punk­ta­mi orien­ta­cyj­ny­mi i kie­run­kow­ska­za­mi w na­szych po­szu­ki­wa­niach od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Nie są tym sa­mym, co cele, któ­re sta­wia­my so­bie w ży­ciu. Opi­su­ją ra­czej, jak ma wy­glą­dać na­sza dro­ga do tych ce­lów.

War­to­ści, o któ­rych będę mó­wił w tej książ­ce, nie są moim wy­na­laz­kiem. Ich śla­dy moż­na od­na­leźć w wie­lu źró­dłach i kul­tu­rach. Moja pra­ca po­le­ga­ła po pro­stu na ich ze­bra­niu i nada­niu czę­ścio­wo no­wych nazw i zna­czeń. Moż­li­we, że wy­da­dzą się ko­muś nie­co bla­de, po­nie­waż ogra­ni­cza­ją się do psy­chicz­ne­go i spo­łecz­ne­go do­bro­sta­nu czło­wie­ka. Jed­nak są to war­to­ści, któ­re naj­le­piej ro­zu­miem. Od­no­szą się one w rów­nej mie­rze do dzie­ci i do­ro­słych. Ko­rzy­sta­jąc z nich, każ­dy może roz­wi­jać swój fi­lo­zo­ficz­ny, po­li­tycz­ny, kul­tu­ral­ny czy du­cho­wy świa­to­po­gląd. Moje do­świad­cze­nie po­ka­zu­je, że ży­cie sta­je się lep­sze, kie­dy ży­je­my zgod­nie ze swo­imi war­to­ścia­mi. Kie­dy są one czymś wię­cej niż tyl­ko środ­kiem do ra­cjo­na­li­za­cji na­szych za­cho­wań.

Mia­łem w ży­ciu przy­wi­lej po­zna­nia ro­dzin z naj­róż­niej­szych stron świa­ta i mogę z ca­łym prze­ko­na­niem po­wie­dzieć, że czte­ry war­to­ści, o któ­rych będę mó­wił, nio­są ze sobą uni­wer­sal­ne zna­cze­nie dla wszyst­kich kul­tur. Mogą słu­żyć za dro­go­wskaz eu­ro­pej­skim i nie­eu­ro­pej­skim ro­dzi­com, w rów­nej mie­rze od­no­szą się do męż­czyzn i ko­biet, do­ro­słych i dzie­ci. Mają one uni­wer­sal­ny, ludz­ki cha­rak­ter.

W pierw­szych czte­rech roz­dzia­łach książ­ki oma­wiam wspo­mnia­ne war­to­ści, de­mon­stru­jąc ich zna­cze­nie na licz­nych przy­kła­dach z ży­cia ro­dzin­ne­go. Jed­no­cze­śnie wy­ja­śniam za­sa­dy, któ­re z nich wy­ni­ka­ją. Ich ko­lej­ność bie­rze się tyl­ko z tego, że jed­ne wy­pły­wa­ją z dru­gich, cho­ciaż wszyst­kie są tak samo waż­ne. W ostat­nich dwóch roz­dzia­łach opi­su­ję prze­strzeń, w któ­rej re­ali­zu­ją się war­to­ści: wspól­no­tę ega­li­tar­ną i wspól­no­tę zbu­do­wa­ną na hie­rar­chii.

Za­wsze war­to po­rów­ny­wać swo­je war­to­ści z war­to­ścia­mi in­nych lu­dzi. Duża na­uka pły­nie tak­że z re­flek­sji nad tym, jak prze­kła­da­ją się one na na­sze czy­ny. Czę­sto wy­glą­da to in­a­czej, niż nam się wy­da­je albo niż­by­śmy chcie­li, żeby wy­glą­da­ło. Ja­kie war­to­ści i nor­my prze­ję­li­śmy od ro­dzi­ców? Któ­re z nich były sfor­mu­ło­wa­ne expli­ci­te, a któ­re obo­wią­zy­wa­ły do­myśl­nie? Czy rze­czy­wi­ście prak­ty­ko­wa­no je w domu, czy też po­zo­sta­wa­ły ra­czej w sfe­rze de­kla­ra­cji?

Lu­dzie, któ­rzy prze­pro­wa­dzi­li taką re­flek­sję, czę­sto do­cho­dzą do wnio­sku, że ła­twiej jest mó­wić o war­to­ściach niż na­praw­dę wcie­lać je w ży­cie. Ro­dzi­ny po­trze­bu­ją nie­kie­dy lat, żeby zhar­mo­ni­zo­wać teo­rię z prak­ty­ką w tej dzie­dzi­nie.

Od wie­lu po­ko­leń po­ja­wia się ten sam pro­blem: lu­dzie nie mają ja­sno­ści co do wła­snych prze­ko­nań i war­to­ści. Moim zda­niem, nie wy­ni­ka to z le­ni­stwa ani nie­doj­rza­ło­ści po­szcze­gól­nych jed­no­stek, ale z pew­ne­go ro­dza­ju ko­lek­tyw­nej nie­doj­rza­ło­ści. Nasz roz­wój spo­łecz­ny zda­je się nie na­dą­żać za roz­wo­jem świa­ta. Być może czę­ścio­wym tego wy­ja­śnie­niem jest fakt, że ludz­ki mózg nie zmie­nił się w cią­gu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy lat. Każ­dy z nas może prze­ko­nać się, jak strasz­li­wie cien­ka jest war­stwa kul­tu­ry na na­szym ży­ciu spo­łecz­nym i jak prze­ra­ża­ją­co mały dy­stans dzie­li em­pa­tię od pry­mi­tyw­nej wal­ki o byt. Nie do­ty­czy to tyl­ko lu­dzi, któ­rzy mają za sobą tak zwa­ne nie­szczę­śli­we dzie­ciń­stwo i zo­sta­li za­ra­że­ni przez nie­ludz­kie, de­struk­cyj­ne war­to­ści. Do­ty­czy to tak­że mnie i cie­bie, i wszyst­kich tych, któ­rzy żyją w na­szym oto­cze­niu.

Po­trak­tuj­cie za­tem sfor­mu­ło­wa­nie i ugrun­to­wa­nie swych oso­bi­stych war­to­ści jako krok w roz­wo­ju oso­bi­stym, a nie śro­dek do wal­ki lub do­mi­na­cji nad in­ny­mi ludź­mi. Ro­dzi­na każ­de­go z nas jest w grun­cie rze­czy wy­ra­zem wy­obra­że­nia, jak po­win­na wy­glą­dać wspól­no­ta ro­dzin­na na po­cząt­ku trze­cie­go ty­siąc­le­cia.

Za­le­ży mi, aby moje pro­po­zy­cje nie były trak­to­wa­ne jako praw­dy ab­so­lut­ne i aby nie ro­bio­no z nich za­mknię­te­go sys­te­mu. Je­śli każ­dy czło­nek wa­szej ro­dzi­ny jest za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go ży­cia, nie ma po­wo­du, żeby co­kol­wiek w niej zmie­niać. Je­śli jed­nak tak nie jest albo gdy nie­pew­ność od­bie­ra wam siłę dzia­ła­nia, mo­że­cie po­trak­to­wać moje do­świad­cze­nia jako in­spi­ra­cję i po­moc. Wy­cho­wa­nie dzie­ci i ży­cie z part­ne­rem są po pro­stu wiel­kim eks­pe­ry­men­tem, któ­ry trwa całe ży­cie i w któ­rym nie da się unik­nąć róż­nych głupstw i błę­dów. Jed­nak w ży­ciu nie cho­dzi o to, aby po­stę­po­wać "wła­ści­wie" czy też "do­sko­na­le", ale aby ca­łe­mu temu cha­oso­wi nadać sens. Jed­nym ze spo­so­bów na to może być wcie­la­nie w czyn war­to­ści wo­bec lu­dzi, dla któ­rych chce­my coś zna­czyć.

Nie­zwy­kle do­ce­niam fakt, że tak wie­le ro­dzin udzie­li­ło mi do­stę­pu do swo­je­go ży­cia w cią­gu wie­lu lat mo­jej prak­ty­ki te­ra­peu­tycz­nej. To wła­śnie im - oraz wła­snym trzem ro­dzi­nom - za­wdzię­czam to, że stop­nio­wo sta­łem się świa­do­my swo­jej roli we wspól­no­cie.

Ni­niej­sza książ­ka jest tak­że po­cząt­kiem no­we­go roz­dzia­łu w moim ży­ciu: mię­dzy­na­ro­do­we­go pro­jek­tu Fa­mi­ly-Lab In­ter­na­tio­nal, któ­ry jest nie­ja­ko otwar­tym la­bo­ra­to­rium ro­dzin­nym. Mogą z nie­go ko­rzy­stać ro­dzi­ce, żeby czer­pać dla sie­bie wspar­cie i in­spi­ra­cję1.