Życie umysłowe i uczuciowe - Jadwiga Staniszkis, Cezary Michalski


Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
1. Dom bez ojca i z ojcem
Ojciec i dziadek / Tradycja endecka / Gdańsk 1947 / Wstyd wobec niemieckiej rówieśniczki / Zabawa w strach /Lampa z ludzkiej skóry /Niania kapo ze Stutthofu / Aresztowanie ojca / Mały Koreańczyk i komunistyczna pokusa / Ironiczny uśmieszek matki / Wypraszanie z rodzinnego obiadu / Wasiutyński, Piasecki i Powstanie Warszawskie / Warunek postawiony Panu Bogu / Problem z antysemityzmem / Czerwiec'56 - pierwsza krew / "Odwilż" / Podróż do Anglii / Romans na statku / Londyn / Emigracja - slumsy z pretensjami / Wypadek / Szpetna blizna
2. Z domu na socjologię
Ucieczka z rodzinnego domu / Dlaczego socjologia a nie filozofia / Internat, w którym zakonnice myją księżom podłogi / Podziw dla Hochwelda / Fałsz Ossowskich / Ocena Leszka Kołakowskiego / Pierwszy pocałunek, pierwszy seks, pierwszy mąż / Napięta atmosfera na uniwersytecie / Teoria czerwonej sukienki / Rozwód / Próba odebrania córki / Więzienny makijaż / W kręgu "komandosów" / Flirt z Karpińskim / Sąsiad z "Czerwonej Orkiestry" / Złamane życiorysy powojennych rodzin / Perypetie mieszkaniowe / Fascynacja silnym mężczyzną z literatury amerykańskiej
3. Wszystkie drogi prowadzą do Marca
Spory z "komandosami" / Milczenie o rodzicach z kręgu władzy / Kuroń, Michnik, Modzelewski, Blumsztajn, Mencwel, Smolar, Toruńczyk, Gross, Lityński, Król , czyli who is who Marca '68 / O co naprawdę chodziło Gomułce / Straszna wpadka na studenckim wiecu / Wstyd i poczucie winy / Pierwszy areszt / Rozmowy o Weberze i ubikacji / Marzenie o tańcu na stole przed Kotarbińskim / Romans z czechosłowackim inżynierem / Dziecko, które się nigdy nie urodzi / Więzienie / Bez znieczulenia w więziennym szpitalu / Grypsy od kryminalisty / Poczucie katastrofy
4. Alik i Irek, czyli lata siedemdziesiąte
Wywalona z uniwersytetu / Związek z Alikiem Smolarem / Radość Wolińskiej po masakrze na Wybrzeżu / Alik musi odejść / W czerwonych bucikach i czarnej sukience, czyli pierwsze spotkanie z Iredyńskim / Papieros w uchu partyjnego dziennikarza / Rozmowy z Irkiem, awantury z Irkiem, rany od smyczy / Szukanie wódki na melinach / Widziani z bliska: Brycht, Grochowiak, Nowakowski, Orłoś, Krzeczkowski, Karasek, Hertz/ Diagnoza ks. Klimuszki: pani nie ma, dusza nieobecna /Koniec z Irkiem / Poznanie Jarosława Kaczyńskiego w pociągu relacji Warszawa - Białystok
5. Karnawał i post
Sierpień '80 w stoczni gdańskiej/Na strajk w najelegantszej sukience / Wałęsa, Geremek, Mazowiecki, Gwiazda, Walentynowicz i ich zachowania / Kurczaki a rewolucja / Mity o brataniu się z robotnikami / Kto Wałęsie wyciągał krzyżyk spod koszuli / Stan wojenny - zejść im z oczu / Bujak w lenonkach i kolejarskim mundurze / Kolejny raz wyrzucona z pracy / Utrata pamięci / Dlaczego byłam złą matką / Zimmerer, Strzelecki i amerykański romans / Nowotwór /Lata 80. między Polską a Ameryką / Tajemnicza platoniczna miłość do człowieka z komunistycznej władzy
6. Pożegnanie z komunistami
Oceny komunistycznych przywódców / Gomułka i jego gra geopolityczna / Gierek kombinował, Zachód to honorował / Kłopot z Jaruzelskim i tajemnice wprowadzenia stanu wojennego / Urban: inteligentny, brutalny, ograniczony, nie zna języków, niewiele przeczytał, nie rozumie świata / Kwaśniewski, czyli nieistnienie o podwyższonej temperaturze, ciepłe puszyste miejsce podszyte niepewnością / Pałac Prezydencki pełen typów o tandetnych manierach / Rywin, Miller, Michnik na pożarcie / Sygnał dla postkomuny: "Gazeta Wyborcza" nie jest już waszą biblią / Miller, jego energia i tożsamość
7. Postkomunizm
Złość na nową Polskę / Cieć w Urzędzie Rady Ministrów wie więcej niż premier / Balcerowicz napięty jak struna / Konflikt z Jarosławem Kaczyńskim / Miotanie się po całym świecie / Strach o groszową emeryturę / Powrót do Polski / AWS i chmara snujących się przegranych facetów / Krzaklewski fryzjerczyk / Buzek, którego niczym obrazić nie można / Spotkanie z Michałem / Mężczyzna, który otulił mnie kurtką / Drugie małżeństwo, dobre na drugą połowę życia / Nauka negocjacji z partnerem / Cena, jaką zapłaciłam za swoją biografię
8. Pytania do biografii
Autystka to ja / Uszkodzony mózg po wypadku / Trzykrotna morderczyni, czyli rozważania o aborcji i fundamentalizmach / Dlaczego nie lubię feministek / Przerażająco słabi polscy mężczyźni / Twarde polskie kobiety /Rada dla Moniki Olejnik / Korzyści z medialnej sławy / Wszystkie moje domki i mieszkanka / Wszystkie moje zwierzęta / Trauma w związku z listą Wildsteina / Tęsknota za rzucaniem kałamarzem / Spóźniona nienawiść do komunizmu / Poczucie zmarnowania życia / Uroda i strach mężczyzn / Starość jako wyzwolenie / Pochwała niedoskonałości
9. Posłowie
Nieoczekiwana zmiana w życiu: rozwód z Michałem
List do czytelników tej książki
Skrzydełko
Okładka
1. DOM BEZ OJCA i Z OJCEM
Rozmowa pierwsza. Ojciec i dziadek / Tradycja endecka / Gdańsk 1947 / Wstyd wobec niemieckiej rówieśniczki / Zabawa w strach /Lampa z ludzkiej skóry /Niania kapo ze Stutthofu / Aresztowanie ojca / Mały Koreańczyk i komunistyczna pokusa / Ironiczny uśmieszek matki / Wypraszanie z rodzinnego obiadu / Wasiutyński, Piasecki i Powstanie Warszawskie / Warunek postawiony Panu Bogu / Problem z antysemityzmem / Czerwiec'56 - pierwsza krew / "Odwilż" / Podróż do Anglii / Romans na statku / Londyn / Emigracja - slumsy z pretensjami / Wypadek / Szpetna blizna
CEZARY MICHALSKI: Zacznijmy od pani ojca i dziadka. Obaj byli wybitnymi działaczami endecji. Dziadek, Witold Teofil Staniszkis, jeszcze z pokolenia Zet-u i Ligi Narodowej, blisko Romana Dmowskiego. Ojciec, działacz Falangi, młody endecki radykał... Co to wówczas oznacza?
JADWIGA STANISZKIS: Nie wiem, bo ja nigdy o tym z ojcem nie rozmawiałam. Kiedyś zapytał mnie o to samo Zbigniew Brzeziński, bo był ciekawy tej międzywojennej endeckiej polityki. Powiedziałam mu, że nawet nie chciałam rozpoczynać z ojcem na ten temat rozmowy. Kiedy byłam dzieckiem, on był w więzieniu, a kiedy wrócił, ja zaczęłam dorastać i nawet nie było sposobu, żeby się o to pokłócić, bo z jednej strony chciałam być jak najdalej od endecji, a z drugiej strony... to jednak było stalinowskie więzienie.
Po tym wystawiać jeszcze ojcu jakieś rachunki byłoby głupio...
Kiedy on poszedł do więzienia, w 1948 roku, miałam sześć lat, a kiedy wyszedł po kilku latach, w czasie dużej amnestii, trzeba się było w ogóle jakoś poznać, nauczyć się ze sobą rozmawiać.
Zaraz po wojnie, przed aresztowaniem, on się jednak próbuje ułożyć z historią i z nową władzą. Wie, że nie da się wierzgać przeciw ościeniowi.
Tak, on już w czasie wojny - mimo że działał w konspiracji - uważał, że cała ta powstańcza tradycja nie ma większego sensu. Po wojnie próbował wziąć udział w odbudowie. Pojechał z nami do Gdańska, gdzie się zatrudnił w Biurze Odbudowy Portów. Mieszkaliśmy naprzeciwko tego biura z mamą, moim młodszym bratem i najmłodszą siostrą, urodzoną w 1947 roku, a ojciec chodził tam do pracy. Gdańsk to wtedy w dużej części puste i zburzone miasto. Pamiętam, że zajęliśmy poniemieckie mieszkanie, a tam była dziewczynka w moim wieku z matką. Dostałam jej cudowny dziecinny pokoik z lalkami, a ta dziewczynka zapytała mnie bardzo potulnie, czy może wziąć swoje sanki, żeby zapakować na nie jakieś tobołki. Poczułam straszny wstyd.
To piękna historia, estetycznie dopracowana, ale czy takie rzeczy naprawdę się zdarzają? Czy czteroletnia dziewczynka może coś takiego zapamiętać?
Powinny się zdarzyć, a czteroletnie dziewczynki pamiętają więcej, niż pan może przypuszczać. Na przykład doskonale pamiętają emocje, bo ja wtedy musiałam mieć bardzo silne emocje i może nawet byłam jeszcze bardziej empatyczna niż teraz. Mój autyzm pojawił się dopiero później, choć nie narzekam, bo autyzm jest super. Ale świetnie pamiętam także inną scenę z tamtego okresu: bawiliśmy się w ruinach i brat mojego kolegi wszedł na granat. Lała się krew, przybiegli dorośli, a ja powiedziałam do innych dzieci: "Chodźmy się bawić gdzie indziej". I one mnie posłuchały. Do dzisiaj często się tak zachowuję. Gdy pojawia się problem, po prostu odchodzę.
To jest scena bardziej prawdopodobna niż ta z niemiecką dziewczynką. Bardziej realistyczna w wydaniu cztero-, czy pięcioletniej dziewczynki.
Całe moje dzieciństwo było związane z różnymi podobnymi sytuacjami, które w sumie można nazwać takim misterium strachu, bo to przecież świeżo powojenne dzieciństwo w zrujnowanym mieście. Moja ulubiona zabawa lampą w domu rodziców - ta lampa przetrwała, po śmierci ojca wziął ją ktoś z rodziny - o której mówiliśmy z bratem "zrobiona z ludzkiej skóry"... Wiedzieliśmy oczywiście o obozach, byliśmy na wycieczce szkolnej, czy nawet jeszcze przedszkolnej, w Stutthofie, mieliśmy niańkę, która, jak się okazało, była tam kapo. Może stąd brały się jej sposoby karania. I w ogóle, inne jej metody pedagogiczne. Przed aresztowaniem ojca mieliśmy przez chwilę mieszkanie we Wrzeszczu i taki drewniaczek przy samej plaży w Jelitkowie. I ta niania stawiała obok łóżeczek dziecinnych miskę z zimną wodą morską i gąbkę. Dziecko było wypychane od razu z łóżeczka stopami do tej miski i nacierane wodą morską. Byliśmy z bratem zamykani przez nią za karę w różnych ciemnych komórkach, wieszaliśmy się wtedy na rękach, dwa metry nad betonową podłogą. Potem, kiedy się okazało, że ona była kapo, moja mama ją zwolniła. To była taka zdrowa, kaszubska dziewoja. My w ogóle, jako dzieci, lubiliśmy się bać, bo to był strach, nad którym mieliśmy kontrolę, bo wszystko było opowiedziane. Ale przeżywaliśmy to trochę jak teatr. W dzieciństwie chciałam być reżyserem, przerabiałam bajki na sztuki, wystawiałam je z udziałem innych dzieci. A potem przyszedł strach prawdziwy - komunizm. Dopada moją rodzinę, ale rodzina nic nie mówi. Matka o niczym z nami nie rozmawia, niczego nie tłumaczy, uważa, że każde słowo może pogorszyć sytuację, bo jak któreś z nas coś powtórzy w szkole... To trwa przez całe dzieciństwo i może z tego wzięła się moja najbardziej trwała rysa, że ja bezpośrednio nie mówię o swoich emocjach. I bezpośrednio ich nie przeżywam. A całe moje dzieciństwo to będzie właściwie taka sytuacja bawienia się w strach. Nawet nie chodzi o to, że pewnego dnia przychodzą, robią rewizję, świecą nam do łóżek i zabierają ojca. Takie pierwsze oswajanie strachu to właśnie Gdańsk i zabawa w strach polegająca na wymyślaniu sobie wojny przez dzieci. Wymyślanie, bo jak wojna jeszcze trwała, to byliśmy za mali, żeby coś zapamiętać. A w Gdańsku mieszkaliśmy praktycznie w ruinach, oczywiście w bardzo ładnym ocalałym domu, ale pośród morza ruin. Chodziliśmy do szkoły przez te górki gruzu, tam gdzie teraz są wysokościowce, a wtedy mieli się ukrywać esesmani, tak wszyscy sobie opowiadali. I my się bawiliśmy w to, że ci esesmani rzeczywiście się tam ukrywają i próbują nas łapać, a my im uciekamy, chowamy się przed nimi. Ale to wszystko - dopóki ojciec nie idzie do więzienia - ma jednocześnie jakąś aurę nadziei. Mama założyła firmę transportową, w mieście ruin to była bardzo sensowna, pożyteczna decyzja, mieliśmy oczywiście gosposię... I tylko bawimy się między śladami wojny, aż przychodzi moment aresztowania ojca, przy tym brutalna rewizja. Potem mama wysyła nas do Łodzi, do stryja, bo nas oczywiście wyrzucono z tego domu po aresztowaniu ojca. I po paru miesiącach w Łodzi kolejna fala, aresztowanie stryja, rewizja, to świecenie po oczach, znowu jest grzebanie w naszych łóżeczkach. Wtedy mama nas zabiera do Poznania, gdzie już definitywnie zamieszkamy. Mama ciągle się trzęsie, że nas zabiorą do domu dziecka, bo ciągle ją wzywano i tym straszono.
Co to wówczas znaczy dla pani, co pani z tego rozumie?
Myślę, że właśnie wtedy nauczyłam się manipulować strachem, manipulować swoimi emocjami. Stąd te dwa strachy - prawdziwy, którego staram się nie dopuszczać do siebie, i ta zabawa w strach, zabawa w wojnę, straszenie się z bratem, że za chwilę przez okno wejdzie esesman, nawet wskoczy do naszego pokoiku na pierwsze piętro z przywiązanymi do butów sprężynami z materaca, jednego z tych, których się pełno walało w ruinach. Strach przed Niemcami był dla nas zabawą, przedłużaniem sobie wymyślonej sytuacji wojennej, a to, co się działo realnie, w czasie teraźniejszym, pozostawało w milczeniu.
Wiele "dzieci katyńskich" opowiada, że milczenie w domu na temat ojców było tak szczelne - dla dobra tych dzieci - że one jeszcze bardziej chciały się zintegrować z rówieśnikami, ze szkołą, z systemem, jeszcze szybciej wstępowały do pionierów, a później do ZMP.
Też chciałam jak najszybciej gdzieś wstąpić, ale nikt mnie nie chciał przyjąć, a ja nie wiedziałam dlaczego. Nie wiedziałam, że oni się bali przyjmować dziecko więźnia politycznego, bo mogły być z tego jakieś kłopoty. Byłam bardzo dobrą uczennicą. Wtedy tacy przodownicy szkolni byli gdzieś tam wysyłani na festiwale, na obozy, nawet do Związku Radzieckiego, do Arteku. A ja nigdy nie pojechałam na żaden zlot młodzieży, no bo ojciec w więzieniu. Z jednej strony milczenie w domu, a z drugiej jakaś nie do końca wyrażona nieufność w szkole. Mama, bojąc się, że jak cokolwiek od nas usłyszą, to nas wezmą do domu dziecka, niczego nam nie wyjaśniała, a ja próbowałam sobie to wszystko ułożyć. Raz dochodziłam do wniosku, że z tym aresztowaniem taty to musiała być jakaś pomyłka, a kiedy indziej, że może rzeczywiście jesteśmy czemuś winni, tata zrobił coś bardzo złego. Mnie się naprawdę jako dziecku podobała ta atmosfera ożywienia w szkole, że wszyscy są razem, działają, jest ten wspaniały Bierut, te książeczki o Pawce Morozowie, który bohatersko doniósł na swoich rodziców kontrrewolucjonistów. Nawet się kiedyś sama zastanawiałam, czy napisać do Bieruta donos na gosposię, bo był żywy karp w wannie, a potem ten karp jest na stole, chyba ona go zabiła... Może nawet weszłabym jako dziecko w jakąś działalność, tyle że mnie "czerwony" nie chciał, odpychał... Odebranie mi w latach pięćdziesiątych możliwości emocjonowania się razem z innymi mogło być wtedy dla mnie jakimś problemem. Zresztą mieliśmy w dzieciństwie takie maleńkie doświadczenie z entuzjazmowaniem się tym, czym entuzjazmowali się wszyscy dookoła. Trwała wojna koreańska, czyli musiało to być gdzieś około 1950 roku. Nie wiem, dlaczego mama przyprowadziła nam małego Koreańczyka do domu. Była taka koncepcja pedagogiczna, że sieroty koreańskie wysyłano z Korei Północnej do krajów socjalistycznych, sojuszniczych i w pierwszej fazie pozostawały tam w rodzinach. I ten mały Koreańczyk pojawił się u nas w Poznaniu. Ja już wtedy miałam swój mały własny pokoik, ale w pokoju dziecinnym nadal mieszkali mój brat z siostrą i tam wstawiono jeszcze jedno łóżeczko, w którym spał ten mały Koreańczyk sierota. Myśmy się nim opiekowali, prowadziliśmy go razem do szkoły, wszyscy byliśmy zachwyceni. Ale bardzo szybko oni się zorientowali, komu go dali, i oczywiście go od nas zabrali.
A co odpowiada matka, kiedy dziecko pyta, dlaczego ojciec siedzi?
Moja mama nie wiedziałaby, co mi odpowiedzieć, ale ja nie zadawałam takich pytań, bo miałam z tyłu głowy, że jeśli w tym ustroju zamykają, to musi coś w tym być, więc wolałam nie wiedzieć. Mama jeździła do Warszawy, bo ojciec siedział na Koszykowej, zresztą początkowo z Władysławem Bartoszewskim w jednej celi, potem na Rakowieckiej, na tym samym oddziale, gdzie ja potem siedziałam po Marcu, a już na samym końcu siedział na Gęsiówce, gdzie pozwolili mu nawet pracować, robić jakieś projekty, bo on, jako inżynier z zawodu, nadal chciał być przydatny przy odbudowie kraju. Mama jeździła do niego na widzenia, ale pamiętam z tego tylko tyle, że zawsze chodziła na bazar na Polną i przywoziła nam cykorię. Lubiliśmy cykorię, a w Poznaniu nie można było jej dostać. Właściwie te jej wyjazdy do ojca kojarzyły się nam wyłącznie z cykorią, nie zadawaliśmy pytań.
Kiedy pani to sobie wszystko jakoś ułożyła?
Właściwie dopiero po 1956 roku zaczęłam to wszystko jako tako rozumieć. Czym jest ten ustrój, że nie tylko źli ludzie są w nim karani. Jeszcze jak miałam 14 lat, w czerwcu 1956 r., kiedy robotnicy szli na Kochanowskiego, pod budynek UB, myśmy z młodszym o rok bratem leżeli w krzakach, dokładnie tam, gdzie teraz jest pomnik, czyli naprzeciwko uniwersytetu poznańskiego. Patrzyliśmy zza żywopłotu i nikt, ani my, ani ci robotnicy, nie wierzył, że ta władza może po prostu strzelać. Naprawdę wtedy nie baliśmy się. To pokazuje pewną moją cechę, że dla mnie emocje muszą być nazwane, poprzedzone jakąś refleksją, żebym mogła w ogóle je przeżyć. Tamta sytuacja w komunizmie była taka niejasna, że wszystko - także to, co dotyczyło mnie i mogło się okazać okropne - uważałam za jakąś pomyłkę, która zaraz się wyjaśni i będzie z powrotem klawo w tym socjalizmie. Kiedy ojciec wrócił z więzienia, to mama wysłała mnie na jakiś czas do szkoły z internatem, potem zdałam maturę, a wreszcie wybrałam studia, których nie było w Poznaniu - czyli socjologię.
Może właśnie dlatego, że ich nie było w Poznaniu.
Tak, tym bardziej, że z tą socjologią to nie było wcale oczywiste, bo bardziej interesowała mnie filozofia. I w konsekwencji, praktycznie aż do śmierci ojca, nigdy właściwie o tej endeckości na poważnie z nim nie porozmawiałam. No, może na początku, powiedzmy, parę razy próbowałam. Starliśmy się przy stole i... byłam wyrzucana z obiadu. Ale ta endeckość w jego wydaniu, po wojnie, po więzieniu, jak to pamiętam, to nie była jakaś ideologiczna formuła, ale raczej bardzo integralna forma, sposób przeżywania świata, który ojciec i matka podzielali z wieloma przyjaciółmi z tego środowiska, z którymi się spotykali, z którymi razem próbowali przetrwać. Których ja także mogłam dzięki temu poznać.
Jaki był ten późnoendecki sposób przeżywania świata?
On był taki - przynajmniej ja go takim widziałam - zdroworozsądkowy, taki dotykający bezpośrednio materii życia, powiedzmy, co należy zrobić w danej sytuacji. Unikający rekonstrukcji typu teoretycznego, intelektualnego, ideologicznego... Jak ojciec wyszedł z więzienia, to - pewnie trochę także po to, żeby nawiązać z nami kontakt - czytał nam na przemian "Żywoty sławnych mężów" Plutarcha, a do tego Szwejka i Kiplinga.
Nieoczywisty zestaw...
Ja go nie cierpiałam. A już szczególnie Szwejka, tej jego rubaszności i tej ludowości. Jak miałam sama wybierać, to zaczynałam czytać "Dziennik" Bronisława Malinowskiego. Szczególnie fragmenty, w których on opisuje siebie w dzieciństwie - taki mały podpatrywacz własnej rodziny i jej wszystkich dziwactw, zupełnie jak ja. Teoretyk tego, co się dzieje wokół niego na co dzień, trochę odizolowany od tych pierwszych obiektów badań - swoich krewnych, domowników - tak naprawdę właśnie wtedy wymyślający całą swoją późniejszą antropologię, metodę badawczą. Użyje jej potem, jak pojedzie na tę wyspę i też niczego nie będzie rozumiał, więc sobie wymyśli.
Jego Trobriandczycy, którzy ponoć nie kojarzyli aktu seksualnego z poczęciem dziecka, to tak naprawdę krakusy?
Kto wie, a ja byłam taką właśnie dziewczynką, jak mały Malinowski w swojej konserwatywnej krakowskiej rodzinie. W odróżnieniu ode mnie z moimi rodzicami, a szczególnie z ojcem, potrafił rozmawiać Lutek Dorn, kiedy się ukrywał w ich mieszkaniu na początku stanu wojennego. Jego nawet zachwyciła wtedy wizja mojego ojca jako tego pozytywistycznego inżyniera, który buduje mosty, trzyma się konkretów i zdrowego rozsądku, kiedy wszystkich dookoła opętało jakieś szaleństwo i mówią o absurdach, o abstrakcjach.
Ale u Dorna te mosty od razu przybierają kształt elektrowni atomowych, co zdradza, że jest rasowym radykałem z wizją, a nie "endeckim inżynierem".
Co do Dorna, to trochę się zgadzam, ale mojego ojca też już dzisiaj lepiej "teoretycznie" rozumiem. Rozumiem, że tego typu ludzie, przez 20 lat Polski międzywojennej, wszystko jedno, po której byli stronie, za Sanacją czy przeciwko niej, próbowali coś konkretnego zorganizować, zbudować, usprawnić... Ja w Warszawie przez jakiś czas wynajmowałam pokój u Andrzeja Wierzbickiego, działacza gospodarczego od monopolu zapałczanego, Lewiatana, a wcześniej też z Zet-u i Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. W jego starym mieszkaniu rozmawiałam z nim o tym wszystkim dłużej niż kiedykolwiek z ojcem. To po prostu byli ludzie, których pierwsze pytanie brzmiało: "co można zrobić", a nie "jak to można zrozumieć, jak przeprowadzić krytykę, jak intelektualnie zdekonstruować...".
I to panią, jako młodą intelektualistkę, odrzucało?
Nie to mnie u nich odrzucało, tylko brak czegoś więcej, nieprzechodzenie tego myślenia endecji na poziom umownego, metaforycznego Jedwabnego (bo o konkretnym Jedwabnem jeszcze nie wiedziałam), pewnych konsekwencji, także konsekwencji w postaci słabości Polski, jej nieprzygotowania intelektualnego do historii, do historycznych wyzwań. Ich cała krytyka tego, co się tutaj wydarzyło, pozostawała na poziomie narzekania, w rodzaju: "ten głupi Beck...". Ja oczywiście, pomimo całego milczenia mojej matki, pomału coraz więcej jednak wiedziałam o prawdziwej historii Polski, wiedziałam już w pewnym momencie o Katyniu, wiedziałam o wejściu bolszewików do Polski w 1939 roku, brat mojej mamy zginął wtedy na Ukrainie, pod Winnicą. Ale mimo tej całej dziecięcej wiedzy, która powinna wymusić na mnie lojalność, ostatecznie zapamiętałam tę endeckość jako programowy antyintelektualizm, ucieczkę przed refleksją, sprowadzanie wszystkiego do banału, także do banału "Żyda" czy "dobrego" lub "podejrzanego pochodzenia".
Pani tak wyrzeka na endeckich przodków, ale przecież pani później odtworzy cały ten endecki "realizm", endecką podejrzliwość wobec "gadanego" radykalizmu, w swoich książkach. Ludzie dokoła będą biegać z bibułą i na manifestacje, a pani pisze o Czerwcu, Marcu czy Sierpniu jako o prowokacjach, walkach frakcyjnych w aparacie władzy, "regulacji przez kryzys". Albo o "nietransformacyjnym" charakterze "Solidarności".
Ale ja tego wcale nie uważam u siebie za zaletę, zresztą w tym samym czasie też biegałam z bibułą i do niej pisałam. A poza tym u mnie to będzie wynikało z zupełnie innego aparatu pojęciowego, teoretycznego, a nie z takiego najprostszego "zdroworozsądkowego", "przyziemnego" endeckiego realizmu. Zawsze byłam poważną dziewczynką, która, powiedzmy, lubi tańczyć na prywatkach, ale jednocześnie rozmawia o poważnych rzeczach, analizuje otoczenie, nawet czasami odstraszając od siebie rówieśników. Poza tym "endecki realizm" też jest pewnym stereotypem. Mój dziadek przecież się ukrywał, ktoś go tam wydał. Był w grupce profesorów, często właśnie przedwojennych endeków, którzy w czasie okupacji, kiedy zobaczyli, co robią hitlerowcy z Żydami, szmuglowali dokumenty, żeby można było uratować jak najwięcej żydowskich dzieci z getta. I dlatego dziadek trafił do Oświęcimia i tam zginął. Ojciec z kolei trzymał się bliżej Wojciecha Wasiutyńskiego, był bardziej sceptyczny wobec podziemia niż Bolesław Piasecki, w czasie okupacji ich drogi się rozeszły. I ja oczywiście nie byłam wychowywana w kulcie Powstania Warszawskiego, raczej przeciwnie. Już jako dziecko słuchałam opowieści o ludziach z okolic dowództwa AK, którym nawet Niemcy przed wybuchem powstania mówili, że wokół Warszawy są rozmieszczone dywizje SS, a Rosjanie nie przyjdą z pomocą. Więc żeby lepiej tego nie rozpoczynano.
Niemcom się wtedy nie opłacała nawet taka drobna akcja policyjna na tyłach frontu, a dla Polaków to była zagłada.
Ja to wszystko bardzo wcześnie wiedziałam. Byłam wychowana w tradycji, że Powstanie Warszawskie to był od początku błąd. I że błędem była cała tradycja, która do tego doprowadziła. Ale nawet mój ojciec, jak podczas okupacji mieszkał w Świętokrzyskiem, to mimo całego sceptycyzmu wobec podziemia w coś się angażował, w jakieś narodowe struktury konspiracyjne. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam, ale to zawsze było takie podwójne wychowanie. Należało się powstrzymać od głupich decyzji przy tak niekorzystnym układzie sił, ale jak już się zaczęło, to nie było wyjścia, trzeba to było honorowo doprowadzić do końca.
Pani właściwie nigdy nie poznała swojego ojca, nawet teraz bardziej się pani kłóci czy godzi z jego projekcją, z wymyślonym przez siebie teoretycznym wizerunkiem. On trafia do więzienia, kiedy ma pani sześć lat, potem, kiedy on wraca, z kolei pani bardzo szybko ucieka z domu.
To było jeszcze bardziej skomplikowane. Wiedziałam na przykład, że mój ojciec jest bardzo pobożny. To pomogło mu przetrwać więzienie. Nawet polecił mamie podczas jednego z widzeń, żebyśmy w domu zrobili sobie ołtarzyk i co wieczór odmawiali modlitwy - powiedzmy do Matki Boskiej. I mama to robiła, bo była wobec niego lojalna, choć z takim lekkim dystansem. Już jako dzieci odczuwaliśmy, że to jest wymuszone. Pamiętam, jak otwarłam kiedyś oczy w czasie modlitwy, bo często zamykałam, żeby się lepiej skupić - i zobaczyłam, jak ona się lekko uśmiecha, jakby ironicznie.
Takie rzeczy zauważa dziewczynka autystka? Zawsze wiedziałem, że ten autyzm pani sobie tylko wymyśla jako technikę obronną.
Są różne odmiany autyzmu, mój autyzm rozwinął się później, poza tym autyzm jest super. Pozwala manipulować własnymi emocjami i dystansem wobec innych. Nie trzeba lamentować, że się do czegoś nie przynależy, albo że się zostało wykluczonym.
Wróćmy do pani dzieciństwa. Matka jest lojalna wobec ojca, ale ironicznie. Pani to dostrzega.
Myśmy jako dzieci odczuwali, że to jest lojalność przez coś wymuszona, to tworzyło jakieś pęknięcie w stosunku do ojca. Mama była niesłychanie aktywna i inteligentna. Jeszcze w roku 1980, w czasie "Solidarności", była bardzo zaangażowana w tworzenie struktur związku na Mazowszu, zresztą razem z Antonim Macierewiczem. A w tamtym czasie, w latach pięćdziesiątych, mogła być adwokatem, nawet skończyła aplikację, ale dla żony więźnia politycznego było to trudne. Dorabiała na wykładach po wsiach, jeździła po całej Polsce, tak jak ja w czasach "Solidarności" i później. A wtedy też jeździłam z nią jako dziecko, obserwowałam ją bardzo uważnie. Spędziła kilka lat sama i miałam wrażenie, że to wszystko, małżeństwo z moim ojcem, cała nasza rodzina, jest utrzymywane przez jakieś poczucie obowiązku. Ja też jej niczego nie ułatwiałam. Mam ogólne wspomnienia z Poznania, ale to jedno wyraźnie pamiętam: w naszym poznańskim mieszkaniu, w starej kamienicy, stała na korytarzu wielka drewniana skrzynia. Jak mama późno wracała, to ja w wystudiowany sposób zasypiałam na tej skrzyni - chociaż miałam przecież swój pokój - żeby mama czuła się winna. A jednocześnie jej dystans do tego modlenia się, o które poprosił ojciec. Z drugiej strony ja także bardzo szybko stałam się niewierząca, bo wcześniej po prostu dałam Bogu trzy miesiące, żeby mój tata wyszedł z więzienia i powiedziałam: jak tego nie zrobisz, to przestaję wierzyć. I przestałam. Mimo że potem przychodził do nas słynny ojciec Bogdan, palotyn, przyjaciel mojej rodziny. Prowadził ze mną godzinami dyskusje teologiczne, coraz bardziej zdziwiony moim uporem, kiedy taka mała dziewczynka, nie mając już żadnych innych argumentów, mówiła mu "nie, bo nie". A z ojcem o tym wszystkim porozmawiać nie zdążyłam.
Ale przecież on żył bardzo długo, był do końca aktywny, angażował się nawet w odrodzenie ruchu narodowego po roku 1989.
W pewnym sensie mój ojciec uratował nawet karierę Romana Giertycha. Jakoś go tam poparł na jednym ze zjednoczeniowych zjazdów ruchu narodowego. Ale nie umiałam z nim o tym rozmawiać, mnie takie rozmowy męczą, nie umiem rozmawiać nawet w sytuacji, w której chcę się czegoś rzeczywiście dowiedzieć. A tutaj wydawało mi się, że nie ma niczego, co mogłoby mnie zainteresować. Ogromnego wysiłku wymagał także pewien rodzaj konwencjonalności w kontaktach z moim ojcem, bo ta rodzina, która się tak rozlepiała przez więzienie i przez różne inne niedopasowania, utrzymała się jednak również dzięki niesłychanej przyzwoitości, konwencji. Dzięki temu to wszystko się później pozlepiało. A mój ojciec potem uważnie mnie obserwował, powiedzmy, w 1968 roku. Polubił też bardzo mojego drugiego męża, Michała, który jest Żydem. Był jednak człowiekiem bardzo zamkniętym i naprawdę do końca oboje nie próbowaliśmy rozmawiać o różnych ważnych rzeczach. Miał 99 lat jak umarł, i jeszcze w zupełnie ostatnich latach jego życia przychodziły jakieś anonimy z pogróżkami na temat jego endeckości. Oskarżające go o tę endeckość, to się zdarzało jeszcze około 2000 roku.
Co niebezpiecznego można mu było zarzucać w związku z jego endeckością w 2000 roku?
To są nieważne szczegóły, ale do samego końca jego identyfikacje z tym środowiskiem tworzyły dla niego pewne zagrożenie. A z drugiej strony, on nie był w stanie zrozumieć mojego sposobu funkcjonowania, to także tworzyło między nami pewien rodzaj rezerwy. Ale jednocześnie bardzo silnie akcentowanym motywem od czasów dzieciństwa, i to przez oboje rodziców, było to, że jestem, powiedzmy, wielonarodowa w sensie etnicznym. Mój ojciec leży w grobie rodziny mojej matki, która wywodzi się z Paschalisów, Ormian, jest tam też Ryksówna, córka jakiegoś Ryksa, który był Holendrem, ochmistrzem Stanisława Augusta. Pojawia się też wśród naszych przodków Wernik, tutaj mam jego zdjęcie, przysłała je jakaś kobitka z Londynu, ten Wernik jest ewidentnie pochodzenia żydowskiego i w domu mówi się o tym. Litwin pradziadek, prababka Niemka bałtycka, panna Schmidt. Jeszcze w dodatku jeden z moich prapradziadków był po prostu bogatym litewskim chłopem, a jego syn, mój pradziadek, już po awansie na inteligenta, jako nauczyciel łaciny i greki kierował narodowym litewskim towarzystwem kulturalnym, bardzo mocno antypolskim, uważającym Polaków za najeźdźców i okupantów, którzy wynarodowili Litwinów. Mój ojciec nigdy tego wszystkiego przede mną nie ukrywał. I nigdy nie próbował zmienić mojego przekonania, że poczucie narodowe nie jest jakimś etnicznym przymusem, ale jest pewnym wyborem. Wyborem obszaru, za który się odpowiada.
Stanisław Piasecki, redaktor naczelny "Prosto z Mostu" jest synem asymilowanej Żydówki i lewicującego legionowego oficera, po czym się po prostu przeciwko rodzicom buntuje, jak, powiedzmy, Frondyści przeciwko pokoleniu profesora Geremka. Etniczny nacjonalizm jest takim samym mitem, kiedy używa jej endecja, jak wówczas, kiedy jest używana przeciwko endecji.
Mimo wszystko mnie to odrzucało, bo właśnie takie rozdwojenie powodowało, że kategoria Żyda stawała się jedyną używaną przez ten rodzaj endecji abstrakcją, jedyną dozwoloną abstrakcją, która stawała się spoiwem w lukach tego "praktycznego" z pozoru i pozornie "zdroworozsądkowego" rozumowania. Mnie to po prostu odrzucało jako sposób myślenia.
Ale w rozmowach z ojcem to się nie pojawiało.
Nie pojawiało się do momentu, do którego one trwały, bo kiedy zaczynałam mówić coś bardziej emocjonalnie, to rodzice kończyli rozmowę.
Czyli próbowała pani czasem z nim porozmawiać o endeckości i Żydach?
Czasami, wcześniej. Potem już nie, ani kiedy pojechałam do Warszawy na studia i przyjeżdżałam do domu na święta, ani po roku 1968. Ale najbardziej przeszkadzał mi w domu pewien brak luzu. Ja byłam - to może zabrzmi dziwacznie - ale naprawdę byłam hipiską. I w jakimś stopniu pozostałam.
Raczej bitniczką, to byli tacy ojcowie założyciele hipisów. Kiedy jeszcze nie było tłumów na Woodstock. Oni się buntowali w tym samym kierunku, ale raczej samotnie.
Nie musi mi pan tłumaczyć, kim byli bitnicy. Ja przejechałam kiedyś wielokrotnie całą Amerykę autobusami linii Greyhound, mając "W drodze" Kerouaca pod pachą.
Chylę czoło.
W jakimś stopniu mi to hipisostwo czy też bitnikostwo zostało. Choć nie paliłam marihuany ani nie używałam żadnych innych narkotyków, bo zawsze najbardziej bałam się utraty kontroli nad sobą. Ale miałam potrzebę luzu, drażniły mnie wszystkie konstrukcje zbyt proste, zbyt przewidywalnie się kończące, w ogóle najbardziej drażni mnie przewidywalność. Może właśnie dlatego tak jestem przywiązana do rozważań o formie, która daje luz, daje możliwość wyboru, daje wolność. I przez całe dzieciństwo miałam dwa doświadczenia uczenia się tej formy. Pierwsze, to ten uśmieszek mojej mamy przy rozmodlonych dzieciakach. Drugie, kiedy moja mama zrobiła rzeczywiście dobre posunięcie i posłała mnie do Miejskiego Domu Kultury w Poznaniu, na ulicę Stalingradzką, gdzie była sekcja historii sztuki prowadzona przez panią z uniwersytetu.
Ile ma pani wtedy lat, dwanaście, trzynaście?
Chyba miałam dziewięć, ale chodziłam tam aż do końca mojego pobytu w Poznaniu. Myśmy zresztą już w domu mieli piękne albumy z reprodukcjami, jeszcze z tego poniemieckiego mieszkania, ale dopiero w MDK-u poznałam całą historię sztuki europejskiej. To odkrywanie formy, zmiany form, możliwości manipulowania formą, było najlepszym antidotum na socrealizm, a także na to milczenie, w którym żyłam. W ten sposób nauczyłam się także miłości do Europy jako miejsca, w którym te wszystkie formy były tworzone i naprawdę przeżywane, zyskiwały ontologiczną powagę. Gdzie tomizm miał swoją formę i swoją sztukę, przełom nominalistyczny Okchama swoją, reformacja swoją, kontrreformacja jeszcze inną - barok. W ten sposób ludzie musieli świadomie wybierać, przeżywać te formy... Dzięki temu chodzeniu do MDK-u zawsze będę później wolała dyktat formy, konkurowanie ze sobą form, uwodzenie od zwykłej, brutalnej przemocy.
Zgłębia pani historię sztuki europejskiej, kiedy przychodzi rok 1956.
Szczęśliwie wtedy właśnie dorastałam i to był mój formacyjny okres. Erupcja literatury zachodniej. Dla mnie "odwilż" zaczęła się jeszcze w Poznaniu poprzez kontakty i dyskusje na tych zajęciach z historii sztuki europejskiej, gdzie przychodzili też ludzie starsi, studenci. Miałam 14 lat, a tutaj nagle ze studentami zaczęłam wydawać odwilżowe pismo "Wyboje-bis", dano nam tam prowadzić dodatek dla licealistów. Spędzałam całe wieczory w studenckim klubie "Odnowa" obok dawnej synagogi w Poznaniu, przerobionej na pływalnię. No i jeszcze z tego Poznania, przed studiami, pojechałam do Anglii, właściwie popłynęłam. Przed maturą mama wysłała mnie tam do swojej koleżanki, a tata uprzedził jakichś swoich emigracyjnych znajomych, żeby mnie przyjęli i żeby się mną tam zaopiekowali. Tymczasem ja, już w drodze, na statku, zakochałam się w mechaniku okrętowym, Polaku, dużo starszym ode mnie. To była właśnie taka "kręcąca" historia dla dziewczyny prosto z żeńskiego liceum. Do tego stopnia kręcąca, że skończyła się dla mnie ciężkim wypadkiem i blizną na twarzy na całe życie. Umówiliśmy się mianowicie, że kiedy jego statek znowu przypłynie do Anglii, on do mnie zadzwoni. Zadzwonił, umówiliśmy się w Londynie na randkę, na konkretną godzinę, i ja popędziłam na rowerze ze szkoły angielskiego w Cambridge do domu, żeby zdążyć na pociąg i nie spóźnić się na spotkanie z moim mechanikiem. Na zakręcie wpadłam pod samochód, konkretnie pod ciężarówkę. Miałam uraz czaszki, trafiłam do szpitala, do randki nie doszło. Kiedy wracałam do Polski z blizną na twarzy, ten człowiek czekał na mnie w Gdyni i rzeczywiście miał wobec mnie poważne plany. Ponieważ byłam młodziutka, "uszanował moją cnotę". Przyszedł jeszcze na mój bal maturalny - ale potem pojechałam na studia do Warszawy i poznałam swojego przyszłego męża. Zaszłam w ciążę, wyszłam za mąż... Taka była kolejność.
Jak wygląda Londyn po stalinowskiej Polsce?
Wprawdzie pracowałam jako opiekunka w angielskim domu, ale obracałam się w środowisku ludzi z polskiej politycznej emigracji, także u dawnych znajomych moich rodziców, w domu Wasiutyńskich itp. Przeraził mnie wtedy stopień ich rozgoryczenia i pauperyzacji. Byli biedni nawet na tle środowiska, z którego przyjechałam. Miałam wrażenie slumsów z pretensjami. Z drugiej strony uderzała mnie ich archaiczność, nawet w definiowaniu komunizmu, także u najświatlejszej ich części. Kiedy wyjeżdżałam na Zachód z PRL-u, to nie to, że broniłam tam komunizmu, ale mówiłam o czymś, z czego ci polscy emigranci na Zachodzie byli wyłączeni. Na przykład podkreślałam moje uczestnictwo w wyższej kulturze, bo oni żyli w kulturze masowej. Co prawda mama wcale nie wysyłała mnie co tydzień do opery, ale miałam za sobą te zajęcia z historii kultury europejskiej w poznańskim MDK-u. I to wystarczyło. Może faktycznie one były prowadzone na poziomie uniwersyteckim, a może mi się tak wtedy tylko wydawało, ale uczyłam się o manieryzmie, o związkach sztuki ze wszystkimi przełomami intelektualnymi, a w Londynie spotkałam się z moimi rówieśnikami, dziećmi tych emigrantów, nawet emigracyjnych działaczy politycznych, którzy byli po prostu zakompleksieni i zahukani wobec Zachodu. Zresztą tylko podczas tego pierwszego wyjazdu przeżywałam jeszcze ten świat tak bezpośrednio. Potem stałam się za bardzo socjologiem, zaczęłam przeżywać świat poprzez teorie, które poznałam wcześniej. Nie miałam już nigdy bezpośredniego kontaktu z czymkolwiek, bo nawet jak nie miałam teorii, która by mi pasowała, to ją wymyślałam.