Życie towarzyskie i uczuciowe - Leopold Tyrmand

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ DRUGI

1.

Nie chciał, ani nie po­trze­bo­wał wód­ki. Po­sta­wił nie­do­pi­tą set­kę na kon­tu­arze; na­szła go chęć zje­dze­nia ja­jecz­ni­cy z kieł­ba­są lub ka­wał­ka pie­cze­ni. Pój­dę do Kry­sty­ny - po­my­ślał, lecz uświa­do­mił so­bie za­raz, że Kry­sty­na na pew­no nic w domu nie ma, jest za­pra­co­wa­na i roz­tar­gnio­na, ze­chce pójść do re­stau­ra­cji. Oczy­wi­ście, nie był od­po­wied­nio ubra­ny do wi­zyt w re­stau­ra­cjach, miał na so­bie sta­rą wia­trów­kę z Unry, a ra­czej bat­tle-dress ame­ry­kań­ski, z ciem­no­zie­lo­ne­go dre­li­chu, pod nim żoł­nier­ską ko­szu­lę kha­ki, oraz sta­re wel­we­to­we spodnie. Tak się ubrał rano w sta­re ła­chy, w któ­rych wy­da­wa­ło się, że cofa czas lub przy­najm­niej coś ury­wa prze­mi­ja­niu. Po­tem cały dzień zszedł mu już nie wia­do­mo na czym, aż do owej nie­szczę­snej ko­mi­sji, na któ­rą udał się tak wła­śnie ubra­ny, co ubar­wi­ło jego upa­dek bo­le­sną god­no­ścią po­ko­na­ne­go pa­ja­ca. To tak­że, że po po­łu­dniu za­czął pa­dać deszcz, wio­sen­ny, roz­ma­zu­ją­cy war­szaw­ski kurz w bło­to, nie było ni­czy­ją winą; zda­rza się, że nie­od­po­wied­nie ubra­nie speł­nia swą zło­wiesz­czą funk­cję aż do koń­ca. Nie czuł jed­nak żalu do ubra­nia, lu­bił zno­szo­ne, do­brze przy­le­ga­ją­ce do czło­wie­ka rze­czy, wtu­lał w nie twarz i chło­nął za­pach lat współ­ży­cia z ma­ry­nar­ką czy swe­trem do­cho­wu­ją­cym wier­no­ści, roz­pa­da­ją­cym się jak isto­ta żywa pod cio­sa­mi bie­gną­cych bez­myśl­nie lat. - Co ja pani lecę? - spy­tał bu­fe­to­wą. - Trzy wód­ki i piwo? - Bu­fe­to­wa spoj­rza­ła na nie­go z otę­pie­niem, tłu­sty­mi od na­czyń pal­ca­mi wzię­ła się do mo­zol­ne­go spi­sy­wa­nia ra­chun­ku, jej spo­co­na twarz pod żół­to­blond trwa­łą on­du­la­cją wta­pia­ła się w geo­me­trycz­ne mo­zai­ki nad bu­fe­tem. Mi­ko­łaj od­wró­cił się od nie­do­pi­tej wód­ki, któ­ra bu­dzi­ła w nim za­że­no­wa­nie, od ma­zo­wiec­ko wę­dli­niar­skiej twa­rzy bu­fe­to­wej na tle sztu­ki abs­trak­cyj­nej w li­chym tyn­ku. Wo­ko­ło, wśród woni go­to­wa­nej ka­pu­sty i pod­grze­wa­nych so­sów, tło­czo­nej przez wen­ty­la­tor do środ­ka, a nie wy­py­cha­nej na ze­wnątrz na sku­tek błę­du w kon­struk­cji, sie­dzie­li Po­la­cy i pili wód­kę lub piwo, za­ką­sza­li fla­ka­mi, że­ber­ka­mi wie­przo­wy­mi, nóż­ka­mi w ga­la­re­cie, lub - w przy­pły­wie pro­stra­cji i zwąt­pie­nia - ze­szło­rocz­nym ogór­kiem kwa­szo­nym. To były bar­dzo nie­do­bre da­nia, Mi­ko­łaj wie­dział i współ­czuł Po­la­kom, któ­rzy znaj­do­wa­li od­ku­pie­nie za swe grze­chy w uciąż­li­wym, kwa­śnym tra­wie­niu za­bi­tych przez biu­ro­kra­cję po­traw. Po­la­cy - my­ślał z mi­ło­ścią bo­le­sną i gorz­ką - za­gu­bi­li na ja­kimś za­krę­cie dzie­jów kie­re­zy­je, kon­tu­sze, suk­ma­ny, hu­sar­skie pió­ro­pu­sze i ułań­skie ama­ran­ty. Prze­isto­czy­li się w na­ród w be­re­tach, w płasz­czach desz­czo­wych do ko­stek i z tecz­ka­mi miast sza­bli w ręku. Co to zna­czy? Od­wró­cił się i wy­pił set­kę do koń­ca, ani dla sma­ku, ani z po­trze­by, lecz za zdro­wie Po­la­ków.

Na uli­cy deszcz sią­pił nie­mra­wo i przy­tul­nie; na­sta­wił koł­nierz wia­trów­ki i ru­szył Chmiel­ną w stro­nę No­we­go Świa­tu. Tro­chę po­stał na trój­kąt­nym pla­cy­ku, przy zbie­gu Kru­czej i Brac­kiej. Uczu­cie za­ma­za­nej, wiel­ko­miej­skiej przy­tul­no­ści, któ­re go tu ogar­nia­ło, ro­sło z nie­pa­mięt­nych mro­ków dzie­ciń­stwa, peł­zło wo­kół ser­ca wraz ze świa­tła­mi lamp ulicz­nych i wy­staw skle­po­wych, skła­dał się na nie i sam śro­dek mia­sta, i dom to­wa­ro­wy, przed woj­ną Bra­ci Jabł­kow­skich, z któ­re­go mat­ka wy­pro­wa­dza­ła go za rącz­kę, pła­czą­ce­go z po­czu­cia nie­moż­no­ści ogar­nię­cia tego, cze­go nie umie po dziś dzień na­zwać. Szedł wol­no środ­kiem jezd­ni. Chęt­nie przy­sta­wał przed wi­try­na­mi, roz­świe­tlo­ny­mi flu­orem z li­lio­wych tu­lej. Ko­bie­ty spo­glą­da­ły nań z uko­sa, dzi­wiąc się so­bie, że czło­wiek tak wy­gnie­cio­ny i nie­po­zor­ny cią­gnie ich wzrok, lecz gdy od­cho­dził, smu­kły, nie­co przy­gar­bio­ny, z rę­ka­mi w kie­sze­niach wel­we­to­wych spodni, zzięb­nię­ty i sku­lo­ny pod na­sta­wio­nym koł­nie­rzem, wie­dzia­ły już, co każe im pa­trzeć za nim i po­pra­wić od­ru­cho­wo wło­sy. Przed No­wym Świa­tem spo­tkał Kost­kow­skie­go.

- Do­kąd się wle­czesz? - spy­tał Kost­kow­ski. - Bez płasz­cza, w taką po­go­dę?

- A tak... - rzekł Mi­ko­łaj; nie miał ocho­ty na Kost­kow­skie­go, ale uwa­żał, że po­tok ży­cia przy­no­si lu­dzi bez pra­wa wy­bo­ru. - Snu­ję się...

- Za­twier­dzi­li? - spy­tał Kost­kow­ski.

- Skąd wiesz? - zdzi­wił się Mi­ko­łaj.

- Z tego żyję, że wiem. Za to mi pła­cą.

- Nie - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Nie za­twier­dzi­li.

Mil­cząc, we­szli w uli­cę Fok­sal. - Chodź - po­wie­dział Kost­kow­ski - po­sta­wię ci jed­ną wód­kę, bie­da­ku. Nie - za­strzegł się - to nie ta­nia po­cie­cha. To ob­jaw so­li­dar­no­ści.

- Nie mam ocho­ty na wód­kę.

- Cho­ry je­steś? - za­trosz­czył się Kost­kow­ski i pchnął go lek­ko w wej­ście Ka­me­ral­nej. Usie­dli na wy­so­kich stoł­kach, przy okrą­głej pół­ce z imi­ta­cji gra­ni­tu: w jej krę­gu wzno­si­ła się prze­szklo­na lo­dów­ka, peł­na wa­ria­cji na te­mat ma­jo­ne­zu. Mi­ko­łaj wpa­trzył się w san­da­cza na zim­no i jaj­ka mol­lets z nie­ocze­ki­wa­nym po­żą­da­niem. - Dla pana jak zwy­kle, set­ka czy­stej? - spy­ta­ła Mi­ko­ła­ja bar­man­ka o mi­łej twa­rzy spe­cja­list­ki od za­strzy­ków do­żyl­nych. - Czy mógł­bym do­stać ja­jecz­ni­cę? - spy­tał Mi­ko­łaj. - Bar­man­ka uśmiech­nę­ła się cie­pło. - Źle się pan dziś czu­je? O tej po­rze ja­jecz­ni­cę... - We­zwa­ła wzro­kiem po­moc nie­ba w kwe­stii ludz­kie­go sza­leń­stwa i po­sta­wi­ła przed nimi dwie duże wód­ki bez py­ta­nia.

- Nic piję wód­ki - po­sta­no­wił Mi­ko­łaj z mocą.

- Nie wy­głu­piaj się - rzekł Kost­kow­ski. - Re­for­my oby­cza­jo­we w ta­kim dniu?

- Masz ra­cję - rzekł Mi­ko­łaj i wy­pił. Na­tych­miast opa­no­wa­ło go zwy­cię­skie prze­ko­na­nie o cel­no­ści strza­łu, al­ko­hol znów stał się cen­nym sprzy­mie­rzeń­cem, od­sie­czą bie­żą­cą z okrzy­kiem "Hur­ra!", gdy już za­czy­nał sła­niać się pod ude­rze­nia­mi brud­nych prze­ciw­no­ści i zwąt­pień. Kost­kow­ski wy­pił wód­kę i oczy za­szły mu łza­mi, nie na­le­żał do ry­ce­rzy bło­ny ślu­zo­wej prze­ły­ku i żo­łąd­ka. Jego prze­mi­ła twarz o uro­dzie pup­ki zdro­we­go dziec­ka eks­po­no­wa­ła od razu dzia­ła­nie al­ko­ho­lu. Po­pa­dał przy tym w ar­bi­tral­ność głu­pa­wych są­dów, co czy­ni­ło ob­co­wa­nie z nim nie­zno­śnym. Dziś jed­nak - po­my­ślał Mi­ko­łaj - nie mam pra­wa spo­dzie­wać się od ży­cia ni­cze­go... Kost­kow­ski grze­bał w kie­sze­niach ga­bar­dy­no­we­go gar­ni­tu­ru, krzy­wiąc fu­la­ro­wy kra­wat. - O, mam... - wy­jął za­pro­sze­nie spo­re­go for­ma­tu. - Re­wia mody. Mo­del­ki wprost z Me­dio­la­nu. Po­kaz wło­skiej bie­li­zny z włó­kien syn­te­tycz­nych. Idzie­my rwać?

Mi­ko­łaj uśmiech­nął się. - Syn­ku - po­wie­dział, mru­żąc oczy peł­ne sza­re­go błę­ki­tu w lek­ko za­czer­wie­nio­nych ob­wód­kach - pły­nie­my bez szans w tej kon­ku­ren­cji. Po­patrz, jak ja wy­glą­dam.

- Bar­dzo ory­gi­nal­nie - ob­ru­szył się Kost­kow­ski - jak nie­za­wi­sły eg­zy­sten­cja­li­sta. War­saw by ni­ght! Już je obej­rza­łem, świet­ne. Wło­sy ace­ty­len przy spa­wa­niu, noga dłu­ga, cia­ło ni­kiel z mle­kiem. A kie­dy tu był ten fran­cu­ski te­atr nie po­de­rwa­łem jed­nej? Gwiaz­da, gra­ła żonę Hek­to­ra. Waż­niej­sza niż mo­del­ka, mia­ła po­je­dyn­czy po­kój w Bri­sto­lu.

- I oko­ło pięć­dzie­siąt­ki. Gra­ła mat­kę Hek­to­ra.

- Ale jaka na cho­dzie, czło­wie­ku! I jak się umia­ła za­chwy­cić męż­czy­zną! Po­lka nig­dy tak nie po­tra­fi.

- Ty masz coś do za­chwy­ca­nia - przy­znał Mi­ko­łaj.

- Wy­star­czy chęć - za­pew­nił żar­li­wie Kost­kow­ski. - One nie lecą na for­sę, cud go­spo­dar­czy mają na śnia­da­nie. Chęć to wszyst­ko.

Chęć - za­my­ślił się Mi­ko­łaj - coś za­czy­na się, gdy ktoś chce, żeby dwa ko­lo­ry ze­sta­wia­ły się tak, a nie in­a­czej. Po­cząt­ko­wo ni­ko­go to nic nie ob­cho­dzi, lecz fa­cet chce upar­cie i z cza­sem cały świat o nim mówi, a jego na­ród sta­wia mu po­mni­ki. Ktoś chce, żeby lu­dzie byli inni i od tego za­czy­na się re­li­gia, ktoś chce, żeby lu­dziom było le­piej i od tego za­czy­na się hi­sto­ria albo re­wo­lu­cja, albo przy­najm­niej mał­żeń­stwo. Chcą, a po­tem coś im nie wy­cho­dzi i na­stę­pu­ją jat­ki...

Kost­kow­ski usu­wał za­pał­ką reszt­kę fi­le­tu śle­dzio­we­go z zę­bów. - Jesz­cze dwie wód­ki - po­wie­dział do bar­man­ki. - Gno­ili cię? - za­py­tał.

- Tak so­bie - rzekł Mi­ko­łaj.

Na pew­no go gno­ili! - my­ślał Kost­kow­ski. - Włó­czy­li za wło­sy, ta­rza­li w bło­cie i ko­pa­li po ja­jach! Tak dzie­je się za­wsze na ko­mi­sjach i ko­le­giach, nie mo­gło być in­a­czej, zwłasz­cza z nim, z Plan­kiem, tym bez­czel­nym gów­nia­rzem... Ja­kaś zła re­kom­pen­sa­ta pły­nę­ła mu wraz z wód­ką przez klat­kę pier­sio­wą i pa­li­ła za­miast koić?

- A kto naj­go­rzej?

- Lar­biń­ski.

- Co mó­wił?

- Róż­ne brzyd­kie rze­czy. Wy­gło­sił wzo­ro­we prze­mó­wie­nie. Oskar­żył mnie o nie­mo­ral­ność, an­ty­lu­do­wość i bła­zeń­stwo.

Kost­kow­ski wes­tchnął cięż­ko. - Musi mor­do­wać kon­ku­ren­cję w za­rod­ku - oświad­czył. - Boi się cie­bie. Prze­ra­stasz go o kil­ka pię­ter.

Mi­ko­łaj wy­pił, po­wo­li wy­peł­nia­ły go my­śli nie­pre­cy­zyj­ne, mięk­kie i da­ją­ce się ugnia­tać, ob­le­pia­ją­ce kształ­ty słów i rze­czy za­miast się z nimi zde­rzać. - Przed­wczo­raj - po­wie­dział - pi­łem z nim wód­kę w SPA­TiF-ie. Roz­pły­wał się nade mną i tym pro­jek­tem. Fe­la­ko­wi oświad­czył, że po­ło­ży się tru­pem, ale go prze­for­su­je.

- Fe­lak wró­cił? - za­in­te­re­so­wał się Kost­kow­ski i za­no­to­wał coś na rogu wy­ję­tej z kie­sze­ni ga­ze­ty. - Nick... - po­wie­dział i wpa­trzył się czuj­nie w Mi­ko­ła­ja - to­pią cię w gno­jów­ce, na pe­ry­fe­riach Eu­ro­py, i świat nig­dy nie do­wie się, jaki ty je­steś na­praw­dę wspa­nia­ły. Tu jest pro­win­cja. Waż­ne rze­czy robi się tyl­ko na wschód albo na za­chód od nas.

- Pro­win­cja - rzekł Mi­ko­łaj - to wy­mysł im­po­ten­tów. Wszę­dzie moż­na po­wie­dzieć coś mą­dre­go.

- E, tam - zwąt­pił Kost­kow­ski. - Nikt cię tu nie ro­zu­mie ani nie ceni. W Pa­ry­żu czy Lon­dy­nie już wie­dzie­li­by, co w to­bie sie­dzi. Lar­biń­ski win­du­je się na two­ich ko­ściach. Nie wie­rzysz? Czy­taj... - Roz­wi­nął "War­szaw­ski Wie­czór": na pierw­szej ko­lum­nie, obok trzysz­pal­tów­ki o prze­kształ­ca­niu Płoc­ka w sto­li­cę pe­tro­che­mii, wid­nia­ła mała fot­ka Lar­biń­skie­go, w ciem­nych oku­la­rach i z faj­ką przy ustach; obok krót­ka in­for­ma­cja o wspól­nej pro­duk­cji z Fran­cu­za­mi, któ­rą w imie­niu Pol­ski or­ga­ni­zu­je zna­ko­mi­ty i uta­len­to­wa­ny fil­mo­wiec Lu­cjan Lar­biń­ski.

- Prze­cież on nie pali faj­ki - za­uwa­żył Mi­ko­łaj.

- Ele­ment fo­to­ge­nicz­ny - wy­ja­śnił Kost­kow­ski. - Waż­ne jest, że po­je­dzie w na­gro­dę za zgno­je­nie cie­bie. Za to do­sta­nie pasz­port kon­su­lar­ny i ogrom­ne fun­du­sze, któ­re po­zwo­lą mu tam sie­dzieć bez ogra­ni­czeń i wy­da­wać de­wi­zy na hi­po­chon­drię.

Mi­ko­łaj uśmiech­nął się: - Mi­nę­ły cza­sy, kie­dy lu­dzie ro­bi­li ka­rie­ry w ten spo­sób.

- Może mi­nę­ły - Kost­kow­ski uniósł wy­so­ko brwi i wy­cią­gnął w dół ką­ci­ki ma­łych, wi­śnio­wych ust. - Po­wie­dział mi tyl­ko, że jest czło­wie­kiem za­ufa­nia tych, któ­rzy de­cy­du­ją o fil­mie. Na za­ufa­nie trze­ba za­słu­żyć. Róż­ny­mi spo­so­ba­mi. Naj­lep­sza, cią­gle jesz­cze, jest me­to­da na stró­ża. Ła­twa i wy­pró­bo­wa­na. Chcesz wie­dzieć, co on za­bie­ra ze sobą, aże­by po­ka­zać Fran­cu­zom osią­gnię­cia i no­wa­tor­stwo w fil­mie pol­skim? Two­je krót­kie me­tra­że.

- Skąd o tym wiesz?

Kost­kow­ski roz­ba­bry­wał wi­del­cem sa­łat­kę śle­dzio­wą. - Ktoś mu­siał na­pi­sać tę not­kę, nie? - rzekł po­god­nie, z uśmie­chem uma­za­ne­go cze­ko­la­dą ma­lu­cha. - Tak, bra­cie - wes­tchnął - prze­gra­łeś z tą ka­na­lią. Ale ty się nie ugniesz, co? Walcz, broń się...

- Po­móż mi - rzekł Mi­ko­łaj nie­dba­le; jego ja­sne, zmru­żo­ne oczy opie­ra­ły się lek­ko o twarz Kost­kow­skie­go. Kost­kow­ski nie­na­wi­dził tego spoj­rze­nia, lecz po­trze­bo­wał go jak cia­ło naj­prost­szych za­bie­gów hi­gie­ny. - Dla­cze­go, na przy­kład, nie na­pi­sa­łeś, co wie­zie Lar­biń­ski dla Fran­cu­zów? Dla­cze­go opu­ści­łeś ten sym­pa­tycz­ny szcze­gół?

- Lar­biń­ski po­wie­dział: "Tyl­ko niech pan o tym nie pi­sze, do­brze? Jak się w Pol­sce do­wie­dzą, Plank może mieć przy­kro­ści i ja też. Za­zdrość i tak da­lej, ro­zu­mie pan? A tak po­ka­żę za gra­ni­cą, ja­kie­go mamy tu w Pol­sce wspa­nia­łe­go fa­ce­ta. Chcę mu po­móc, cho­ciaż może na­wet nie będę mógł ogło­sić jego na­zwi­ska".

- Może na­wet po­wie, że są jego? - za­sta­no­wił się Mi­ko­łaj. - Cie­ka­we, jak da­le­ko moż­na po­su­nąć taką grę? Nie chcę, że­byś mnie źle zro­zu­miał Kost­kow­ski, ale zwra­cam ci uwa­gę na fakt, że pa­trzysz na łaj­dac­two i nie prze­ciw­dzia­łasz mu.

- O to­bie nie na­pi­szę nig­dy - rzekł Kost­kow­ski we­so­ło. - Ty je­steś tref­ny. Siu­lim! - uniósł kie­li­szek, wy­pił i roz­kasz­lał się, aż mu ślicz­ne, zie­lon­ka­we oczy wy­szły z or­bit.

Mi­ko­łaj ude­rzył go parę razy moc­no w ple­cy. - Le­piej? - spy­tał. - Wła­ści­wie po­wi­nie­neś się udu­sić, ty szma­to, tak by­ło­by ko­rzyst­niej dla cie­bie i dla świa­ta.

- Nick... - wy­se­ple­nił Kost­kow­ski - czy to moja wina? Jak na­pi­szę i tak nie wy­dru­ku­ją, a jak wy­dru­ku­ją, to ktoś za­dzwo­ni przed uka­za­niem się nu­me­ru, że po co o to­bie? Nie, nie cen­zu­ra. Ktoś tam, nikt nig­dy nie wie kto, ja­kiś zna­jo­my ciot­ki se­kre­ta­rza re­dak­cji, któ­ry się orien­tu­je, co moż­na, a cze­go nie na­le­ży. I zdej­mą. A ja do­sta­łem etat, o, za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć... W "War­szaw­skim Wie­czo­rze".

- Gra­tu­lu­ję - rzekł Mi­ko­łaj. - Wła­ści­wy czło­wiek na wła­ści­wym miej­scu. - Na­gle po­rwał go żal i go­rycz. - Ty gno­ju! - szep­nął. - Cze­mu pa­ku­jesz łapy w klo­akę? Dla­cze­go nie za­bie­rzesz się do pi­sa­nia o naj­więk­szym ru­ro­cią­gu naf­to­wym w Eu­ro­pie albo o wy­do­by­ciu siar­ki? - Ści­snął w dło­ni ga­bar­dy­no­we kla­py Kost­kow­skie­go, lecz za­raz pu­ścił, wsty­dząc się bez­sen­sow­no­ści gnie­wu i bun­tu.

Kost­kow­ski wy­gła­dził wy­nio­śle ma­ry­nar­kę. - Ja pi­szę o lu­dziach - rzekł har­do - a nie o ru­ro­cią­gach. Już taki je­stem... - Brzmia­ło to jak de­kla­ra­cja nie­pod­le­gło­ści i tak wła­śnie wy­glą­da­ło w oczach Kost­kow­skie­go, dum­ny był z tego, al­bo­wiem sta­rał się to ro­bić już wte­dy, gdy pi­sa­nie o ru­ro­cią­gach i ko­pal­niach było je­dy­nym obo­wiąz­kiem dzien­ni­ka­rza; w związ­ku z czym uwa­żał się za bo­jow­ni­ka. Czuł śmiesz­ność ta­kich ob­wiesz­czeń, a jed­no­cze­śnie mę­czy­ło go, że Mi­ko­łaj mówi o tym, o czym nikt nie od­wa­ża się wspo­mnieć w trwo­dze przed ty­ra­nią fa­so­nu - mody na nie­wy­ra­żal­ne naj­prost­szych po­trzeb su­mie­nia. - Nick - po­wie­dział - trze­ba żyć, praw­da?

- Prze­cież nie z Lar­biń­skie­go? - rzekł Mi­ko­łaj drwią­co. Ma mnie za zu­peł­ne­go dę­cia­ka... - po­my­ślał Kost­kow­ski.

Nie mógł znieść, że ktoś nim gar­dzi, a jed­no­cze­śnie ma go za fra­je­ra. Przy­ty­ki mo­ral­ne, pro­szę bar­dzo, to nie od­no­si się do nie­go, lecz do wszyst­kich bez wy­jąt­ku, ale po­li­to­wa­nie... - Jak my­ślisz - rzekł zim­no - ile jest war­ta ta za­ja­wa dla ta­kie­go Lar­biń­skie­go?

- Nie po­wiesz, że od­pa­la ci za to ka­fla... - Mi­ko­łaj uśmiech­nął się.

Kost­kow­ski po­czer­wie­niał aż po gład­kie czo­ło, za­pę­dził się zbyt da­le­ko w po­go­ni za ho­no­rem, mi­ło­sier­ny uśmiech Mi­ko­ła­ja ob­na­żał w nim dur­nia. - Ile jest wart ten kra­wat? - rzekł ze swo­bo­dą sztan­gi­sty wal­czą­ce­go o przed­ostat­nie miej­sce w tur­nie­ju, po­ka­zał ład­ny kra­wat z fu­la­ru w żół­to-srebr­ne roż­ki. - Z pięć do­la­rów, nie? I dru­gi taki, to ra­zem dy­cha. I krem do go­le­nia Yar­dleya, to ile? Pa­tyk zbie­rze się lek­ko. Fa­cet jeź­dzi, nie tak jak ty albo ja. War­to się po­uże­rać, żeby tekst o nim szedł na pierw­szej ko­lum­nie, przy na­ra­dzie w spra­wie in­we­sty­cji bu­dow­la­nych i no­wi­nach o re­ak­to­rze ato­mo­wym w Świer­ku...

Mi­ko­łaj od­wró­cił się i oparł wy­su­nię­ty­mi do tyłu łok­cia­mi o kon­tu­ar. Nie słu­chał już Kost­kow­skie­go, dla­cze­go miał roz­wa­żać swe par­szy­we klę­ski z tym śmie­ciem? Wo­ko­ło Po­la­cy pili ja­rzę­biak lub wód­kę z we­rmu­tem i je­dli ob­sma­ża­ne przy ko­ści ko­tle­ty scha­bo­we z fry­ta­mi, zra­zy za­wi­ja­ne z ka­szą, sznyc­le cie­lę­ce z jaj­kiem unu­rza­ne w za­wie­si­stej mar­chew­ce lub kieł­ba­sę z ka­pu­stą; wszyst­ko o wie­le za tłu­ste, gnio­tą­ce wnętrz­no­ści jak nie­od­stęp­na tro­ska, sy­cą­ce cię­ża­rem, a nie za­spo­ko­je­niem po­trzeb; w zwa­łach ukła­da­ne­go w żo­łąd­ku po­ży­wie­nia wód­ka drą­ży­ła małe, mu­li­ste je­zior­ka, jak kra­te­ry wul­ka­nów, bul­go­cą­ce wzdę­cia­mi i na­pa­stli­wą we­so­ło­ścią. Mi­ko­łaj pa­trzył na Po­la­ków i łza­we, złe szczę­ście pod­cho­dzi­ło mu do gar­dła; jak­że umiał im prze­ka­zy­wać ich ma­lut­kie, me­lan­cho­lij­ne mą­dro­ści i kar­ło­wa­te praw­dy za trzy gro­sze ro­sną­ce na skraw­ku za­po­mnia­nej zie­mi mię­dzy as­fal­tem a szy­na­mi tram­wa­jo­wy­mi, ja­ło­wej i usia­nej wsze­la­kim od­pad­kiem... I wie­dział o tym, że umie, a tak­że Po­la­cy o tym wie­dzie­li. Przez całe ży­cie - my­ślał z re­zy­gna­cją - zbie­ram ogrom­ną, nie­po­trzeb­ną wie­dzę o obu­wiu, twa­rzach i bu­tel­kach od wody so­do­wej. Zbyt wiel­ką i do­głęb­ną, by ją prze­ka­zać ko­mu­kol­wiek, za­pi­sać lub uka­zać. - Prze­gra­łeś, sta­ry... - po­wta­rzał Kost­kow­ski z upo­rem, bez chę­ci po­ni­ża­nia, jak­by szu­ka­jąc dla sie­bie udzia­łu w cier­pie­niu, któ­re nie jest wca­le cier­pie­niem, lecz do­le­gli­wo­ścią dnia po­wsze­dnie­go. Mi­ko­łaj nie­na­wi­dził prze­gry­wa­nia, lecz prze­gry­wa­jąc, od­kry­wał swo­ją siłę. Uśmie­chał się wte­dy ską­po, od­sła­nia­jąc fo­rem­ne, tro­chę znisz­czo­ne pa­le­niem zęby, od­czu­wał cię­żar swych rąk, spo­sob­nych do wszel­kiej pra­cy, lecz zgnu­śnia­łych i wy­klę­tych przez hie­rar­chię po­trzeb i do­znań mó­zgow­ca. Prze­gry­wa­jąc, wie­dział, że ma przed sobą odej­ście, któ­re nie jest uciecz­ką, któ­re­go się nig­dy nie bał ani nie wsty­dził, któ­re na swój spo­sób uko­chał i wy­ma­rzył, acz­kol­wiek od­su­wa­ne cią­gle w pu­stą prze­strzeń przy­szło­ści sta­wa­ło się co­raz bar­dziej mi­tem i tę­sk­no­tą. Była to tę­sk­no­ta za nie­koń­czą­cą się wę­drów­ką przez wą­wo­zy ka­mien­nych miast, po­śród świa­teł, neo­nów i pul­so­wa­nia bez­i­mien­nych mas ludz­kich. Nie być ko­lek­cjo­ne­rem okre­ślo­nych ko­dek­sem spo­łecz­nym eg­zy­sten­cji, ucie­kać przed gro­ma­dze­niem miesz­kań, sta­no­wisk, ładu za­mie­rzeń, sys­te­ma­ty­ki roz­wo­ju i wzno­sze­nia się, sa­mo­cho­dów i po­dró­ży na czyjś koszt! Wszyst­ko, cze­go chciał, to po­ja­wiać się na pro­gu ka­wiarń, re­stau­ra­cji, kin, dan­cin­gów, bu­fe­tów, dwor­ców, urzę­dów pocz­to­wych - z rę­ka­mi w kie­sze­niach ta­nie­go płasz­cza - i być sobą, od­czu­wać w peł­ni miej­ską roz­pacz i bez­ce­lo­wość prze­mi­ja­nia, bez­si­łę wal­ki o od­ci­śnię­cie swe­go ist­nie­nia w ce­men­to­wej pla­zmie świa­ta. Smu­ci­ło go wte­dy tro­chę, że Lu­kre­cjusz, By­ron i Rim­baud nic już nie zna­czą dla je­dzą­cych tu pa­rów­ki i pi­ją­cych piwo lub sto­ją­cych w ogon­ku na film z Ma­ry­lin Mon­roe, że cały wy­si­łek i do­sko­na­łość tych tam kie­dyś nie­war­te są za­pa­chu ben­zy­ny, uno­szą­ce­go się nad jezd­nią, ani dro­bi­ny ener­gii lamp ja­rze­nio­wych, sie­ją­cych świa­tło i wy­zwa­la­ją­cych jed­na­ko­we twa­rze z mro­ku. Ra­do­wa­ło go przez chwi­lę, że bez gra­ma żalu przy­cho­dzi mu re­zy­gna­cja z na­śla­do­wa­nia Lu­kre­cju­sza, By­ro­na i ich zdo­by­czy, o któ­rych my­ślał kie­dyś z pie­ką­cą za­wi­ścią; że tak ła­two przy­cho­dzi mu za­do­wo­lić się ład­ny­mi no­ga­mi ko­biet, że wy­star­czy mu te­raz za­chwyt na wi­dok ulep­szo­nej po­le­wacz­ki ulicz­nej, akt kup­na pu­deł­ka pa­pie­ro­sów lub mo­ment od­bie­ra­nia fi­li­żan­ki kawy z eks­pre­su. Gar­dził wte­dy ko­niecz­no­ścia­mi, mio­ta­ją­cy­mi nim nad ra­nem po źle prze­spa­nej nocy, na któ­re skła­da­ły się: wia­ra w sie­bie i drę­czą­ce po­żą­da­nie błysz­czą­cych do­ko­nań. Roz­ta­piał się wte­dy w szczę­ściu stwier­dze­nia, że po­zo­sta­nie ma­łym ni­kim, jak ci wszy­scy, i tak jest słusz­nie i wy­god­nie. Tu jest moja oj­czy­zna... - mó­wił so­bie, pa­trząc na uli­ce, mo­sty, po­ła­cie oka­le­czo­nych przez woj­nę slum­sów i hek­ta­ry no­wych po­miesz­czeń dla współ­cze­snych, psz­cze­lich prze­zna­czeń - ...a w oj­czyź­nie umie­ra się bez­i­mien­nie. A mimo to pra­gnął iść, iść przed sie­bie, bez ozna­czo­ne­go celu, wy­ła­niać się z co­raz to no­wych dwor­ców i scho­dów me­tra, wprost na nowe gma­chy, na­roż­ni­ki ulic i peł­ne neo­nów pla­ce, wę­dro­wać do­kądś po coś, cze­go nig­dy nie na­le­ży okre­ślać, al­bo­wiem kon­kret jest nie­uchwyt­ny, a spo­kój nie do od­na­le­zie­nia. Ale po to, aby iść, trze­ba mieć pasz­port za­gra­nicz­ny, rzecz nie do wy­ło­wie­nia z mo­rza urzę­dów, oraz po­rzu­cić Kry­sty­nę wraz z mi­ło­ścią i jej wię­za­mi z gumy, któ­re dają się tar­gać, ale nie ze­rwać.

Na uli­cy do­padł go Kost­kow­ski. - Nie wy­głu­piaj się - po­wie­dział roz­ża­lo­ny. - Prze­cież rwa­łeś się do pła­ce­nia - po­wie­dział Mi­ko­łaj - nie chcia­łem ci prze­szka­dzać. - Nie o to cho­dzi... - rzekł Kost­kow­ski; nie po­tra­fił sfor­mu­ło­wać ura­zy bez po­ni­ża­ją­cych skam­lań o wza­jem­ność uczuć. Mi­ko­łaj szedł z rę­ka­mi w kie­sze­niach, sku­lo­ny, jak­by mu było zim­no. - Do­kąd idzie­my? - spy­tał Kost­kow­ski. - Ja idę do Dzien­ni­ka­rzy - rzekł Mi­ko­łaj.

Lo­kal klu­bo­wy Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy ce­cho­wa­ła po­zor­na eks­klu­zyw­ność i po­zor­na ele­gan­cja: przy wej­ściu stał por­tier w czar­nym gar­ni­tu­rze i wpusz­czał do środ­ka każ­de­go bez wy­jąt­ku. Hol był bo­ga­to upstrzo­ny ko­mu­ni­ka­ta­mi na plu­skiew­kach; na sali re­stau­ra­cyj­nej me­ble mia­ły sie­dze­nia prze­tar­te aż do nie­she­blo­wa­ne­go drze­wa, wy­so­kie okna po­zba­wio­no za­słon. Nie­mniej obec­ni za­cho­wy­wa­li się jak w świe­żo otwar­tych sa­lo­nach ho­te­lu Cla­rid­ge, pa­nie uno­si­ły fi­li­żan­ki z kawą w dwóch pal­cach, od­gi­na­jąc do tyłu trzy po­zo­sta­łe, pa­no­wie po­pra­wia­li co chwi­la per­ło­we kra­wa­ty i ko­lo­ro­we ka­mi­zel­ki z Gal­lu­xu. Mi­ko­łaj usiadł przy sto­li­ku i za­mó­wił dużą wód­kę, po czym Kost­kow­ski przy­wlókł się z to­a­le­ty; al­ko­hol na­ru­szył już go wy­raź­nie, w wy­my­ty, gład­ki wy­gląd wkra­dła się asy­me­tria. Mi­ko­łaj nie zwra­cał na nie­go uwa­gi, prze­cho­dził wła­śnie okres mę­czą­cej ja­sno­ści my­śli, któ­rą spi­ło­wać mógł tyl­ko żół­cio­wy smak wód­ki.

- Le­żysz, bra­cie - jęk­nął Kost­kow­ski. - Dla­cze­go nic dla mnie nie za­mó­wi­łeś? Chodź, pój­dzie­my na tę re­wię mody, po­kle­pie­my je tro­chę po tył­kach. Pra­sie wszyst­ko wol­no. Dla­cze­go mnie tak trak­tu­jesz? Dla­cze­go nie dają mi tu her­ba­ty?...

Dla­cze­go? - Mi­ko­łaj usi­ło­wał zro­zu­mieć, co uczy­nił Lar­bin­ski. My, ar­ty­ści - mó­wi­ła przed­wczo­raj kwa­śno za­cię­ta fa­cja­ta Lar­biń­skie­go za za­pot­nia­ły­mi oku­la­ra­mi - mu­si­my się trzy­mać ra­zem. Łą­czy nas świę­ty so­jusz prze­ciw tym zza biu­rek w KC i mi­ni­ster­stwach... Elż­bie­ta uśmie­cha­ła się wy­twor­nie i głu­pio, An­drzej po­ta­ki­wał po­waż­nie, choć nie słu­chał, nic go to nie ob­cho­dzi­ło, ale on, Mi­ko­łaj, czuł, jak ogar­nia go sym­pa­tia dla Lar­biń­skie­go, mimo że za­wsze uwa­żał go za nud­ne­go par­ta­cza i nad­ska­ku­ją­ce­go słu­gu­sa ko­mu­ni­stów. Pań­ski sce­na­riusz to re­we­la­cja! - mó­wił Lar­biń­ski, a Mi­ko­łaj to­nął w po­chleb­stwach, wy­mie­sza­nych z wód­ką: na­resz­cie zna­lazł praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la i do­rad­cę, któ­ry go po­jął i do­ce­nił. On mnie zro­zu­miał - my­ślał uspo­ko­jo­ny - on wie, ile ten film dla mnie zna­czy. Po­przez ten film do­trę do lu­dzi, któ­rzy będą po­trzą­sać mą ręką i wo­łać: "Ko­cha­my cię za to, co wiesz o nas!"...

- Naj­gor­sze - po­wie­dział Kost­kow­ski - że jak coś zro­bisz, to nie moż­na o tym nie mó­wić. Oto, co do­pro­wa­dza ta­kich Lar­biń­skich do śle­pej pa­sji. Za­du­si­li­by cię wła­snym sza­li­kiem. A ty nie od­róż­niasz ich od praw­dzi­wych przy­ja­ciół, tych, co chcą do­brze... Ucie­kasz od nich... - po­skar­żył się.

Kost­kow­ski miał ra­cję, głasz­czą­cą próż­ność, lecz nie­bez­piecz­ną. Tak było wła­śnie z jego fil­mem o nie­su­mien­nym li­sto­no­szu. Lu­dzie po­kła­da­li się przez dzie­sięć mi­nut ze śmie­chu, gdyż był to nad­pro­gram. Pierw­sza ode­zwa­ła się Dy­rek­cja Poczt; od­po­wie­dzial­ni za łącz­ność urzęd­ni­cy wska­za­li na fakt, że ła­two jest kry­ty­ko­wać z ze­wnątrz, na­to­miast ci, któ­rzy sie­dzą w środ­ku, wie­dzą, z ja­ki­mi trud­no­ścia­mi bo­ry­ka się pocz­ta przy bra­ku sprzę­tu, in­sta­la­cji i wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych pra­cow­ni­ków. Rze­czy­wi­ście, li­sto­nosz Mi­ko­ła­ja do­pusz­czał się róż­nych prze­nie­wierstw, wy­wo­łu­ją­cych dra­stycz­ne po­wi­kła­nia, a tak­że za­nie­dby­wał obo­wiąz­ki, lecz czy­nił to w imię mi­ło­ści. To wy­wo­ła­ło opry­skli­wą re­ak­cję Związ­ku Za­wo­do­we­go Pocz­tow­ców, któ­ry wy­ka­zał, że Mi­ko­łaj po­mi­nął mil­cze­niem zna­ny fakt prze­ciw­sta­wia­nia się przez pocz­tow­ców z bro­nią w ręku Hi­tle­ro­wi. Ogól­ne wa­run­ki ży­cia - do­wo­dzi­li - wy­ma­ga­ją pew­nych wy­rze­czeń i cięż­kiej pra­cy, od któ­rej pocz­to­wiec pol­ski nie uchy­lał się nig­dy, a co do­pie­ro te­raz, gdy wszyst­ko jest wła­sno­ścią ludu, cze­go w tym fil­mie, pre­ten­du­ją­cym do mia­na fil­mu o po­czcie, zu­peł­nie nie ma. W mię­dzy­cza­sie przed ki­nem po­ja­wi­ły się tłu­my, a bi­le­ty moż­na było do­stać tyl­ko u ko­ni­ków, cze­go na pew­no nie spo­wo­do­wał głów­ny film, nud­na, au­striac­ka ope­re­ta o wal­ce Cy­gan­ki z hra­bią o dzie­wi­czą cześć; tym bar­dziej że za­raz po do­dat­ku Mi­ko­ła­ja lu­dzie opusz­cza­li ma­so­wo kino, ocie­ra­jąc łzy śmie­chu. Na­to­miast pe­wien dy­gni­tarz z Mi­ni­ster­stwa Kul­tu­ry wy­łusz­czył z prze­ką­sem pod­czas te­le­wi­zyj­ne­go wy­wia­du, że gu­sta pu­blicz­no­ści są nie­od­gad­nio­ne, że nie może do­strzec, co urze­ka wi­dzów w owym dro­bia­zgu, a tak­że, że jego mi­ni­ster­stwo uwa­ża ten fil­mik za nie­smacz­ny, zaś - co gor­sze - wy­pa­cza­ją­cy rze­czy­wi­stość, al­bo­wiem, jak to ła­two za­uwa­żyć, zo­stał on na­krę­co­ny na za­cho­dzie kra­ju, co daje nie­praw­dzi­wy ob­raz sto­sun­ków na Zie­miach Od­zy­ska­nych i może sta­no­wić ar­gu­ment w nie­miec­kiej hecy re­wi­zjo­ni­stycz­nej i an­ty­pol­skiej. Po czym do­dał, że pro­duk­cja tego fil­mu jest efek­tem nie­uwa­gi, któ­ra się nie po­wtó­rzy. To wy­star­czy­ło, aby kry­ty­ka pod­li­zu­ją­ca się mi­ni­ster­stwu ude­rzy­ła w sur­my alar­mo­wych szy­derstw. Sto­imy oko w oko z prze­ja­wem no­we­go ter­ro­ru - pi­sał je­den z mia­ro­daj­nych kry­ty­ków, nie­ja­ki No­wa­ra - ter­ro­ru pseu­do­lu­do­wej sztu­ki od­pu­sto­wych gip­sa­tur. Nie wol­no nam tego ba­ga­te­li­zo­wać! Zu­peł­ną nie­spo­dzian­ką było za­cho­wa­nie sa­lo­nu pani Stoll; za­zwy­czaj wy­star­czył cień nie­chę­ci władz wo­bec ko­goś, aby prze­mie­nić jego by­wal­ców w drwią­cych Wol­te­rów, ob­łud­nie gra­tu­lu­ją­cych po­ko­na­ne­mu klę­ski. Suk­ces Mi­ko­ła­ja przy­ję­ty tam zo­stał jed­nak z fu­rią, wy­zwi­ska i gro­my mio­ta­no na wszyst­kich: na na­ród, na kie­row­nic­two po­li­tycz­ne i na sa­me­go Mi­ko­ła­ja, a Hry­nie­wicz na­pi­sał na­wet mały esej (pe­reł­kę, jak mó­wi­ła pani Stoll), w któ­rym stwier­dził, że kul­tu­ra pol­ska nig­dy nie bę­dzie dum­na z pana Plan­ka i nie może się on za­li­czać do jej współ­twór­ców, tak jak... - tu wy­mie­nił dwa na­zwi­ska re­ży­se­rów fil­mo­wych, jed­ne­go, któ­ry wła­śnie za­ku­pił pra­wo sfil­mo­wa­nia jed­nej z jego no­wel, i dru­gie­go, któ­ry te­le­fo­no­wał doń pi­ja­ny po no­cach, cy­tu­jąc frag­men­ty jego utwo­rów i na­zy­wa­jąc go war­szaw­skim Go­ethem. Wszy­scy ata­ku­ją­cy mie­li wy­ro­bio­ne zda­nie na te­mat fil­mu o nie­su­mien­nym li­sto­no­szu, na­wet gdy go nie oglą­da­li, od ucha do ucha szep­ta­no so­bie, jaki jest wul­gar­ny, okrop­ny, płyt­ki, a na­wet że uwła­cza so­cja­li­zmo­wi, co wy­ma­wia­no sar­ka­stycz­nie i z za­do­wo­le­niem, a tak­że jako do­bry dow­cip. Ktoś przy­po­mniał, jak Mi­ko­łaj de­mon­stro­wał prze­ciw sza­rzyź­nie ży­cia w po­cząt­kach lat pięć­dzie­sią­tych za po­mo­cą ko­lo­ro­wych skar­pe­tek w pa­ski, ktoś inny pod­kre­ślił jego al­ko­ho­lizm, a jesz­cze ktoś do­dał krót­ko: "Bła­zen..." i tak już zo­sta­ło. Opi­nie nie­za­leż­ne­go i opo­zy­cyj­ne­go sa­lo­nu pani Stoll prze­do­sta­ły się z dziw­ną ła­two­ścią do wia­do­mo­ści zwal­cza­nych władz kul­tu­ral­nych i zna­la­zły tam przy­chyl­ny od­dźwięk: Mi­ko­ła­jo­wi Plan­ko­wi nie po­wie­rzo­no już nig­dy krę­ce­nia żad­ne­go fil­mu.

- Cie­ka­we, jak dłu­go bę­dziesz mnie jesz­cze igno­ro­wał? - po­skar­żył się Kost­kow­ski z ura­zą.

- Idzie Hoj­da - rzekł Mi­ko­łaj. - Bę­dziesz miał to­wa­rzy­stwo.

- Moż­na? - spy­tał Hoj­da, pod­cho­dząc. - Nie prze­szka­dzam wam? - Stał chwi­lę nad sto­li­kiem, bar­dzo wy­so­ki, sze­ro­ki w ra­mio­nach i wą­ski w bio­drach, ubra­ny w same wło­skie na­byt­ki z ostat­niej po­dró­ży.

- Nie, po­ma­gasz - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Głu­pie py­ta­nia, głu­pie od­po­wie­dzi - do­dał wy­ja­śnia­ją­co.

- Ty, Ma­rek - spy­tał Hoj­da Kost­kow­skie­go - kto to jest ta ci­zia? - Wska­zał na sto­lik, przy któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­na dziew­czy­na nad dużą kawą. Kost­kow­ski zlo­ka­li­zo­wał spoj­rze­nie z pew­nym wy­sił­kiem. - Ta tam? - spy­tał, aby zy­skać na cza­sie: nie mógł przy­znać, że ko­goś tu nie zna lub nic o nim nie wie. - Ach, ta! - roz­ja­śni­ło mu się. - Taka mała kur­wa, któ­ra tro­chę nie ma gdzie spać, z tych, co to przy­jeż­dża­ją z Sie­dlec i z Rze­szo­wa w po­go­ni za ka­rie­rą w fil­mie lub na polu roz­ryw­ko­wym. W szat­ni ma wa­liz­kę, a w niej zmia­nę maj­tek i pu­sty bru­lion na pa­mięt­nik.

- Nie­zła - wes­tchnął Hoj­da.

- Przy­ga­daj ją - po­ra­dził Kost­kow­ski. - Bę­dziesz miał ucie­chy co nie mia­ra. Ta jest na­wet mi­luch­na. I wca­le nie flej­tuch, myje się. Bo­że­na czy Dan­ka, już nie pa­mię­tam.

- Ja tego nie ro­bię - wes­tchnął Hoj­da nie­chęt­nie; miał mło­dzień­czą, ja­sną twarz o za­dar­tym no­sie pod przy­kar­bo­wa­ną falą pło­wych wło­sów, uśmie­chał się życz­li­wie, z wy­mu­szo­ną re­zer­wą.

- Idź po nią - rzekł Mi­ko­łaj do Kost­kow­skie­go.

- Chcesz? - zdzi­wił się Kost­kow­ski. - Na­praw­dę?

Wstał, po­pra­wił się w ma­ry­nar­ce i po­szedł. Przez chwi­lę stał nad sto­li­kiem dziew­czy­ny, po czym się przy­siadł. Dziew­czy­na roz­ma­wia­ła z nim obo­jęt­nie.

- Przy­tar­ga ją? - spy­tał Hoj­da.

- Na pew­no - rzekł Mi­ko­łaj.

Dziew­czy­na wsta­ła, wzię­ła z są­sied­nie­go krze­sła tor­bę lot­ni­czą, prze­wie­si­ła przez ra­mię i po­szła za Kost­kow­skim.

- Pan­na Ilo­na - przed­sta­wił Kost­kow­ski. - Pan Mi­ko­łaj Plank, pan Wło­dzi­mierz Hoj­da. - Wy­ma­wiał na­zwi­ska z na­masz­cze­niem, pod­ko­lo­ro­wa­nym wód­ką i sno­bi­stycz­ną przy­jem­no­ścią.

- Ma­rio­la Prr­rss­ska - przed­sta­wi­ła się oględ­nie dziew­czy­na.

Kel­ner, któ­re­go do­tąd przy­zy­wa­no nada­rem­nie, zna­lazł się na­tych­miast - Czym mogę słu­żyć? - po­chy­lił do­stoj­ną, szpa­ko­wa­tą gło­wę nad sto­li­kiem i prze­ło­żył brud­ną ser­we­tę na dru­gą stro­nę, po któ­rej była tak samo brud­na. - Pół li­tra eks­por­to­wej, po­mi­do­ry, pu­deł­ko sar­dy­nek, ser ro­qu­efort, woda mi­ne­ral­na - za­dys­po­no­wał Hoj­da.

- Phi! - gwizd­nął Kost­kow­ski. - In­we­sty­cje?... Opa­mię­taj się, po­mi­do­ry jesz­cze in­spek­to­we, po osiem­dzie­siąt zet kilo.

- Mam za­miar zjeść ko­la­cję - rzekł zim­no Hoj­da. - Pani stu­diu­je? - zwró­cił się przy­mil­nie do dziew­czy­ny.

- Ży­cie... - wtrą­cił Kost­kow­ski.

- Mia­łam taki za­miar - od­par­ła dziew­czy­na - ale nic z tego nie wy­szło. Nie przy­ję­li mnie do szko­ły dra­ma­tycz­nej.

- Musi pani strzą­snąć z sie­bie go­rycz po­raż­ki - rzekł Hoj­da z uj­mu­ją­cym uśmie­chem. - Naj­le­piej dzię­ki naj­prost­szym ra­do­ściom.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na Hoj­dę jak na rzecz, na któ­rej się nie­źle ro­zu­mie, tak­su­ją­co, ze znaw­stwem. - Cze­mu nie - po­wie­dzia­ła. - Bar­dzo lu­bię tań­czyć. Pan, zda­je się, pra­cu­je w te­le­wi­zji, nie? - spy­ta­ła.

- Nie - od­parł Hoj­da z krzy­wym uśmie­chem. - Ale znam tam coś z sze­ściu dy­rek­to­rów. - Wy­da­wa­ło mu się, że Kost­kow­ski do­sta­tecz­nie wy­raź­nie wy­po­wie­dział jego na­zwi­sko, aby nie było nie­po­ro­zu­mień.

- Mał­pecz­ko - po­wie­dział Kost­kow­ski - to jest pan Hoj­da. Nig­dy nie sły­sza­łaś? Taki pi­sarz. Nie uczy­łaś się o nim w szko­le?

- Ależ oczy­wi­ście - rze­kła przy­tom­nie dziew­czy­na. - Pan Hoj­da. Czy chcesz przez to po­wie­dzieć, że nie cho­dzi­łam do szko­ły? - ob­ra­zi­ła się na Kost­kow­skie­go.

- Nie ma o czym mó­wić - za­ła­go­dził Hoj­da. Uprzej­ma skłon­ność do ustępstw le­ża­ła u pod­ło­ża jego ka­rie­ry; dzię­ki niej pa­so­wa­ny zo­stał w swo­im cza­sie na czo­ło­we­go in­te­lek­tu­ali­stę, wszy­scy przy­zna­li mu głę­bię my­śli i uj­rze­li w nim re­pre­zen­tan­ta twór­czej re­zy­gna­cji. Po woj­nie ze­rwał z Ar­mią Kra­jo­wą i za­pa­trzył się w nowe, re­wo­lu­cyj­ne ide­ały całą mocą swej uczci­wej har­cer­skiej wy­obraź­ni. Za Sta­li­na, gdy wszel­ka wieść o ist­nie­niu AK-owców była w li­te­ra­tu­rze za­ka­za­na (wol­no było uka­zy­wać ich wy­łącz­nie jako po­miot sza­ta­na z de­mo­no­lo­gii Hie­ro­ni­ma Bo­scha) Hoj­da wpadł na po­mysł dość pro­sty: na­pi­sał po­wieść o bar­dzo nik­czem­nym AK-owcu, któ­re­go bo­lał wrzód na dwu­nast­ni­cy. Rzecz ja­sna, nie wy­ja­śnił zbyt do­kład­nie, czy AK-owiec po­peł­nia swe be­ze­ceń­stwa na sku­tek ide­olo­gicz­nej wred­no­ści, czy pod­świa­do­mych skrzy­wień psy­cho­so­ma­tycz­nych, wy­wo­ły­wa­nych per­ma­nent­nym bó­lem brzu­cha. Mo­gło być tak lub in­a­czej, pew­ne było to tyl­ko, że AK-owiec jest skoń­czo­nym dra­niem. Ten nie­skom­pli­ko­wa­ny chwyt za­pew­nił Hoj­dzie na dłu­gie lata sła­wę hu­ma­ni­sty i ar­ty­sty, któ­re­go pi­sar­stwo szu­ka do­głęb­nej wie­dzy o czło­wie­ku i nie cofa się przed żad­nym te­ma­tem.

Kel­ner wrzu­cił na stół mnó­stwo rze­czy i roz­lał wód­kę. - Za pani pra­cę w te­le­wi­zji - po­wie­dział Mi­ko­łaj i wy­pił. - Mam na­dzie­ję - do­dał - że pan Hoj­da uczy­ni wkrót­ce z pani gwiaz­dę szkla­ne­go ekra­nu.

- W te­le­wi­zji już też pró­bo­wa­łam... - zwąt­pi­ła dziew­czy­na. Skrzy­wi­ła szczu­płą, trój­kąt­ną twarz o krót­kim, zgrab­nym no­sie i ja­snych oczach pod sztucz­nie czar­ny­mi brwia­mi i masą si­wych wło­sów, far­bo­wa­nych u ta­nie­go fry­zje­ra. No­si­ła ciem­no­czer­wo­ne poń­czo­chy, zi­mo­wą spód­ni­cę i czar­ną bluz­kę, daw­no nie­pra­ną, sze­ro­ko wy­cię­tą wo­kół szyi. Otwo­rzy­ła tor­bę, w po­przek któ­rej biegł na­pis "Ste­war­dess-Air­ways": kłę­bi­ły się w niej po­dar­te rę­ka­wicz­ki, li­gni­na, róż­ne sa­szet­ki z brud­ną watą i kred­ka­mi do ust - i wy­ję­ła z niej pacz­kę pa­pie­ro­sów mar­ki Win­ston. Po­czę­sto­wa­ła wszyst­kich ru­chem dys­tyn­go­wa­nym, po czym wsta­ła, po­wie­dzia­ła: - Prze­pra­szam... - i po­szła do to­a­le­ty.

- Aleś za­dzia­łał... - rzekł Kost­kow­ski do Hoj­dy. - Prze­cież mo­żesz się z nią zdrzem­nąć bez sar­dy­nek i po­mi­do­rów w kwiet­niu.

- Nie martw się - uśmiech­nął się sze­ro­ko Hoj­da. - Je­steś dziś moim go­ściem.

Dziew­czy­na wró­ci­ła z to­a­le­ty w ny­lo­nach za­miast czer­wo­nych poń­czoch. Twarz mia­ła po­pra­wio­ną, po­wie­ki moc­no wy­tu­szo­wa­ne, ręce czy­ste. Usia­dła i wzię­ła się po­waż­nie do je­dze­nia.

- Sły­sza­łem, że cię dziś to­pi­li - rzekł Hoj­da do Mi­ko­ła­ja.

- Fakt - przy­znał Mi­ko­łaj

- Coś tam na­pi­sał, że ich tak roz­wście­czy­ło?

- Czy ja wiem? - za­sta­no­wił się Mi­ko­łaj. - Chy­ba praw­dę.

- Cóż to jest praw­da? - rzekł Hoj­da.

- Już gdzieś to sły­sza­łem - po­wie­dział Kost­kow­ski.

- Na­pi­sa­łem, jak jest śmiesz­nie, kie­dy dwo­je lu­dzi chce się ze sobą prze­spać i nie mogą - wy­ja­śnił Mi­ko­łaj.

- Co im za­wa­dza? - spy­tał Kost­kow­ski. - Kon­we­nans? Mo­ral­ność? Strach?

- Świat - od­parł Mi­ko­łaj. - Ma­lut­kie po­trze­by in­nych lu­dzi. A tak­że win­dy, ogło­sze­nia ma­try­mo­nial­ne i ko­sme­ty­ka.

Dziew­czy­na prze­sta­ła jeść i wpa­trzy­ła się w nie­go. - Ja pana ro­zu­miem - po­wie­dzia­ła.

- Czy to moja wina, że tak jest? - za­strzegł się Mi­ko­łaj. - Na­wet wszy­scy przy­zna­li mi ra­cję, że tak jest. - Po­czuł chęć mó­wie­nia do dziew­czy­ny, spra­wia­ło mu przy­jem­ność, że mówi i że ona go słu­cha.

- Za­wsze ma­rzy­łam o tym, żeby pana po­znać - rze­kła dziew­czy­na. - Jak po­wiem róż­nym fa­ce­tom i fa­cet­kom, że z pa­nem sie­dzia­łam u Dzien­ni­ka­rzy, to za­tłu­ką mnie z za­zdro­ści. - Nie wi­dzia­ła już przy sto­li­ku ni­ko­go poza Mi­ko­ła­jem.

Mi­ko­łaj wstał, po­wie­dział: - Prze­pra­szam... - i po­szedł do to­a­le­ty. Wy­cho­dząc z niej, omi­nął wej­ście na salę. W holu, przy wyj­ściu, stał Kost­kow­ski już w płasz­czu. - He, he - za­śmiał się z za­do­wo­le­niem - znam cię jak swo­ją pra­wą nogę. Wie­dzia­łem, że tak zro­bisz. - Prze­cież nie zo­sta­wisz mu tej dziew­czy­ny - rzekł Mi­ko­łaj. - A cóż ona mnie ob­cho­dzi? - wzru­szył ra­mio­na­mi Kost­kow­ski. - Co ja mogę mieć wspól­ne­go z tym to­wa­rem? Nie­pew­ny ele­ment nie prze­kra­cza pro­gu mych apar­ta­men­tów, za­re­zer­wo­wa­nych dla pań z to­wa­rzy­stwa i gwiazd ekra­nu. Nie zo­sta­wiaj mnie sa­me­go. Nick... - po­pro­sił bez­rad­nie. - Idę do Kry­sty­ny - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Do­syć na dzi­siaj. - Pój­dę z tobą - ła­sił się Kost­kow­ski. - Ku­pi­my w noc­nych de­li­ka­te­sach bu­tel­kę wina. Kry­sty­na się ucie­szy. - Ma dużo ro­bo­ty - rzekł Mi­ko­łaj. - Nie je­stem pe­wien, czy ucie­szy się. - Wiem, wiem - rzekł Kost­kow­ski - robi sce­no­gra­fię do Otel­la. Po­dob­no re­we­la­cyj­ną. Zro­bię z nią wy­wiad do "Ko­bie­ty i Ży­cia". Wła­śnie za­mó­wi­li u mnie coś ta­kie­go... - Wy­cią­gnął świ­stek pa­pie­ru z kie­sze­ni i za­czął coś szyb­ko no­to­wać. Mi­ko­łaj po­sta­wił koł­nierz wia­trów­ki i wy­szedł. Na uli­cy do­go­nił go Kost­kow­ski. Szli, mil­cząc, na rogu No­we­go Świa­tu Mi­ko­łaj przy­sta­nął. - Ko­cha­ny - po­wie­dział - od­pa­lan­tuj się ode mnie, do­brze? - Do­brze - rzekł Kost­kow­ski po­tul­nie. - Idę na tę re­wię mody. - Mi­ko­łaj od­wró­cił się bez sło­wa i po­szedł w stro­nę Pla­cu Trzech Krzy­ży.

2.

Na pla­cu Trzech Krzy­ży prze­wró­cił się pi­jak. Mi­ko­łaj szedł za nim od paru mi­nut i na­wet dość mu się ten pi­jak po­do­bał. Deszcz prze­stał sią­pić, uli­ce były wil­got­ne, niby wy­my­te. Pi­jak le­żał przez chwi­lę spo­koj­nie, z twa­rzą po­mię­dzy roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi, od­na­la­zł­szy ci­chą przy­stań na bru­ku. Po czym za­brał się do wsta­wa­nia, lecz nie mógł prze­zwy­cię­żyć po­śli­zgu gu­mo­wych po­de­szew, zre­zy­gno­wał więc na ra­zie z tego przed­się­wzię­cia i usi­ło­wał coś za­śpie­wać, chcąc pie­śnią wy­rów­nać klę­skę fi­zycz­nej nie­mo­cy. Prze­chod­nie mi­ja­li go obo­jęt­nie lub bo­jaź­li­wie, na ni­kim nie czy­ni­ło wra­że­nia, że czło­wiek szo­ru­je no­sem po tro­tu­arze, a je­śli na­wet ktoś z prze­cho­dzą­cych od­czu­wał to jako za­kłó­ce­nie norm współ­ży­cia albo za­chwia­nie sto­sun­ku czło­wie­ka z na­tu­rą, to dłu­go­let­ni staż spo­łecz­nych po­jęć bez­sen­su pa­ra­li­żo­wał chęć in­ter­wen­cji. Trzy małe dziew­czyn­ki ki­bi­co­wa­ły wier­nie dro­dze krzy­żo­wej pi­ja­ka; ich za­an­ga­żo­wa­nie ce­cho­wa­ła zdro­wa emo­cja, śmia­ły się ser­decz­nie lub wy­krzy­ki­wa­ły zgod­nym chó­rem: "Oooo!" - gdy pi­jak in­au­gu­ro­wał nową ak­cję bez­ład­nych, roz­pacz­li­wych ru­chów koń­czyn. Mi­ko­łaj po­chy­lił się nad pi­ja­kiem: wie­dział do­sko­na­le, co bę­dzie da­lej, lecz nie mógł tego nie uczy­nić. Czuł się od­po­wie­dzial­ny za tego tu, dru­gie­go czło­wie­ka, gno­ja cuch­ną­ce­go wy­mio­ta­mi, któ­re­go naj­chęt­niej sko­pał­by po brzu­chu za udrę­ki swo­je, jego i wszyst­kich lu­dzi, ska­za­nych na sie­bie wza­jem­nie. Uniósł go za ra­mio­na i po­wie­dział: - No, ko­le­go, raz i do góry... - Pi­jak spoj­rzał roz­pły­nię­ty­mi w dzi­wacz­nych świa­tach ocza­mi; na zmierz­wio­nych, mło­dych wło­sach wci­śnię­tą miał czap­kę szo­fe­ra au­to­bu­sów miej­skich z pęk­nię­tym, la­kie­ro­wa­nym dasz­kiem. Ob­jął kark Mi­ko­ła­ja gru­bym, nie­mra­wym ra­mie­niem, unu­rza­nym w bło­cie, i dźwi­gnął się: na twarz wpły­nę­ła mu mi­łość na­gła i wszech­moc­na. - Ty... - za­beł­ko­tał - ty je­steś kla­wy! Ko­cha­ny... ty... ko­leś... czło­wiek... oby­wa­tel... ty je­steś cud­ny! - Do­bra, do­bra - po­wie­dział Mi­ko­łaj - mon­tuj się, bra­cie, nie spę­dzisz prze­cież resz­ty ży­cia na tym cho­ler­nym tro­tu­arze. Żeby cho­ciaż ja­kiś traw­ni­czek, co? - Pi­jak stał już na no­gach. - Ma­niek... Ju­rek... ta­kie bla­dzie... - skar­żył się mo­zol­nie. - Ale czło­wiek za­wsze znaj­dzie czło­wie­ka, nie?... - Śmier­dział dość po­tęż­nie wy­rzy­ga­ną gdzieś na szla­ku za­gry­chą. - Po­wiedz, nie jest tak?... - po­chy­lił się nie­bez­piecz­nie ku Mi­ko­ła­jo­wi i ob­jął go obu­rącz za szy­ję. - No, ko­leś... - uwol­nił się ła­god­nie Mi­ko­łaj - już je­steś do­bry. Te­raz po­pru­jesz spo­koj­nie do ko­cha­ją­cej żony i ja­sno­wło­sych dzia­tek. Mam na­dzie­ję, że nie trze­ba ci kom­pa­su? - Nie - od­parł zgod­nie pi­jak. - Skąd wiesz, że mam żonę?- Mi­ko­łaj przy­sta­wił go dla pew­no­ści do ścia­ny domu i rzekł: - Cześć. Trzy­maj się. - Nie... - pi­jak po­trzą­snął gło­wą dłu­go i z upo­rem. - Te­raz pój­dzie­my na wód­kę. Ty i ja... - Ko­cha­ny, mu­szę iść - uśmiech­nął się Mi­ko­łaj. - Nig­dzie nie mu­sisz - za­parł się pi­jak. - Mu­sisz ze mną się na­pić. Może ci nie wy­pa­da, bo ja taki?... - Za­cią­gał tam i z po­wro­tem ekle­ry wy­ty­tła­nej, skó­rza­nej kurt­ki, dba­jąc go­rącz­ko­wo o ele­gan­cję. - Tu jest je­den ba­rek... - rzekł to­nem po­uf­nym. - Nie mo­żesz mi od­mó­wić... - Od­pa­da - rzekł Mi­ko­łaj i od­wró­cił się, lecz nie po­stą­pił kro­ku: twar­dy uchwyt przy­trzy­mał go bru­tal­nie w miej­scu. - Ob­ra­żasz mnie śmier­tel­nie... - ję­zyk pi­ja­ka po­ty­kał się na sy­la­bach: jego ciem­ne, roz­mię­kłe spoj­rze­nie zbie­gło się na­raz kłu­ją­co w jed­nym punk­cie nad czar­nym, pol­skim wą­si­kiem. - Może my­ślisz, że nie mo­głem sam wstać?... Że je­stem taka ście­ra, zbie­ra­na z rynsz­to­ka... No, po­wiedz? Nie mo­żesz tak mnie po­ni­żać! Dy­rek­tor, kur­wa go mać, pić mu ze mną nie wy­pa­da! - Krzy­czał już na całą uli­cę, trzy­ma­jąc kur­czo­wo Mi­ko­ła­ja za kla­py. Prze­chod­nie ob­cho­dzi­li co­raz szer­szym ko­łem ich wstręt­ne, pi­jac­kie roz­li­cze­nia, któ­re prze­mie­nią się za­raz w bój­kę. - Do­brze - po­wie­dział Mi­ko­łaj z re­zy­gna­cją - mogę wy­pić kie­li­cha...

Pi­jak oparł na nim roz­ro­słe, bier­ne cia­ło i tak wto­czy­li się do baru Go­dło, trze­ciej ka­te­go­rii. Usie­dli przy sto­li­ku ob­le­pio­nym mo­krą, pa­pie­ro­wą ser­we­tą, po­śród za­sło­ny dym­nej z ty­to­niu. Wo­ko­ło było nie­wie­lu Po­la­ków; opie­ra­li się gło­wa­mi o sie­bie i szep­ta­li coś nad ku­fla­mi piwa, roz­pra­sza­jąc za­mro­cze­nie krót­ki­mi okrzy­ka­mi: - Osk!... - ozna­cza­ją­cy­mi na prze­mian za­chwyt i gro­zę. - Ty się nie na­wa­laj - rzekł pi­jak - ja mam dziadź­ki. - Wy­jął z kie­sze­ni plik no­wiut­kich pięć­dzie­się­cio­zło­tó­wek z wy­pła­ty. Pod­szedł bar­dzo ni­ski i bar­dzo gru­by mło­dy fa­cet w kel­ner­skiej kurt­ce z od­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi: przed­ra­mio­na mia­ły gru­bość uda, nad to­ną­cą w fał­dach i pod­bród­kach, ró­żo­wą, obo­jęt­ną twa­rzą wzno­sił się wy­bry­lan­ty­no­wa­ny pu­kiel.

- Pół li­tra i piwo - za­żą­dał pi­jak. - Może je­steś głod­ny, ko­cha­ny? - po­chy­lił się czu­le ku Mi­ko­ła­jo­wi. - Jak ty się na­zy­wasz? - Mi­ko­łaj. - Jak ten świę­ty? - Zu­peł­nie tak samo.

- Ge­nial­ne! A ja Edward. - Jak ten król - rzekł Mi­ko­łaj. - Jaki król? - spy­tał pi­jak. - An­giel­ski - od­parł Mi­ko­łaj i za­śpie­wał: - "Nad brze­giem mo­rza stał Edward ósmy, li­ście aka­cji ob­ry­wał, przy­bądź, ach przy­bądź, ty moja Simp­son, tak swo­ją Simp­son przy­zy­wał... - Ge­nial­ne! - ucie­szył się pi­jak. - Co to jest Simp­son? - Za dużo by o tym mó­wić - wes­tchnął Mi­ko­łaj. - Ro­bię przy au­to­bu­sach - po­in­for­mo­wał go pi­jak - na Inf­lanc­kiej. Spe­cjal­ność wtry­ski­wa­cze. I żonę mam w de­chę. Blon­dyn­ka, duża rzecz! Pra­cu­je w ce­de­cie. Jak coś przy­cho­dzi z im­por­tu, po­ni­ma­jesz, to le­piej ko­goś znać, od razu się znaj­dzie. A ja je­stem czło­nek rady za­kła­do­wej. Może po­trzeb­na ci ro­bo­ta? Ty gdzie ty­rasz? - Krę­cę się - zwie­rzył się nie­ja­sno Mi­ko­łaj. - Ty je­steś na­uczy­ciel - orzekł pi­jak. - Jak cię wi­dzę... Chro­mo­lę, ale je­steś na­uczy­ciel, że­bym tak sko­nał... Zga­dłem? - Zga­dłeś - rzekł Mi­ko­łaj. Ni­ski gru­by przy­niósł wód­kę. - Płat­ne z góry - po­wie­dział. Pi­jak za­pła­cił i dał pięć­dzie­siąt zło­tych na­piw­ku. - Na­pij się z nami - do­dał. Kel­ner przy­niósł so­bie an­giel­kę, na­lał i wy­pił. - On jest na­uczy­ciel - po­wie­dział pi­jak - i ge­nial­nie śpie­wa. - Kel­ner po­szedł, Mi­ko­łaj wy­jął z kie­sze­ni małą, pięk­nie opraw­ną ksią­żecz­kę. - Co to jest? - za­py­tał pi­jak i ob­jął go tkli­wie za szy­ję. - Do na­bo­żeń­stwa? Czy me­try­ka ślu­bu? - Paul Va­le­ry - od­parł Mi­ko­łaj. - No to co? - rzekł pi­jak. - Mogę ci coś prze­czy­tać? - spy­tał Mi­ko­łaj. - Mowa... - rzekł pi­jak z ob­ja­wa­mi sen­no­ści w gło­sie.

"My, cy­wi­li­za­cje - za­czął Mi­ko­łaj - je­ste­śmy śmier­tel­ne. Za­pa­dły się ce­sar­stwa... ze­szły w nie­zba­da­ną głąb wie­ków, wraz z ich bo­ga­mi i ich pra­wa­mi, z ich aka­de­mia­mi i słow­ni­ka­mi, z ich kla­sy­ka­mi, ro­man­ty­ka­mi i sym­bo­li­sta­mi, z ich kry­ty­ka­mi i kry­ty­ka­mi ich kry­ty­ków. Ni­ni­wa i Ba­bi­lon to były pięk­ne, obce imio­na, cał­ko­wi­ta ich ru­ina zna­czy­ła dla nas tak mało, jak ich ist­nie­nie. Dziś wi­dzi­my, że prze­paść hi­sto­rii jest dość głę­bo­ka, by po­chło­nąć cały świat. Cy­wi­li­za­cja jest tak samo kru­cha, jak ży­cie. Oko­licz­no­ści, któ­re ka­za­ły­by dzie­łom Ke­at­sa i Bau­de­la­ire'a dzie­lić los dzieł Me­nan­dra nie są już nie do po­ję­cia: czy­ta­my o nich w ga­ze­tach...".

Pi­jak spał, z gło­wą w mo­krym pa­pie­rze. Mi­ko­łaj zsu­nął mu czap­kę na oczy, żeby go nie ra­zi­ło świa­tło i wstał. Pi­jak ock­nął się. - Ty skur­wy­sy­nu - po­wie­dział - od­daj for­sę! - Wy­szarp­nął ksią­żecz­kę z rąk Mi­ko­ła­ja i rzu­cił na za­dep­ta­ną piw­ną ma­zią pod­ło­gę. Mi­ko­łaj schy­lił się i za­raz po­czuł kop­nię­cie w ner­ki, sil­ne, lecz mało pre­cy­zyj­ne. Zwi­nął się, unik­nął na­stęp­ne­go cio­su, po czym ude­rzył ze skło­nu, szyb­ko dwa razy: raz w kor­pus i po­pra­wił w szczę­kę; le­d­wie zdą­żył pod­nieść książ­kę, gdy po­czuł, że uno­si się w po­wie­trzu, prze­by­wa wy­wa­lo­ne nogą drzwi i lą­du­je, za­ta­cza­jąc się na uli­cy. W drzwiach otrze­py­wał bez sło­wa ręce ni­ski, gru­by kel­ner. Obok, na że­la­znej ża­lu­zji są­sied­nie­go skle­pu, zwi­sał pi­jak i pła­kał do­no­śnie.

Mi­ko­łaj po­pra­wił wia­trów­kę i po­wlókł się przez pu­sty plac. Od­czu­wał znów głód al­ko­ho­lu, żal mu było nie­wy­pi­tej w ba­rze wód­ki. Gdzie są prze­śla­dow­cy? - my­ślał le­ni­wie, prze­ci­na­jąc Ale­je Je­ro­zo­lim­skie. - Na ko­le­gium fil­mo­wym? W re­dak­cji Kost­kow­skie­go? W ba­rze Go­dło? W tym bia­łym gma­chu? W sa­lo­nie pani Stoll? - i tak do­szedł do Bri­sto­lu.

Do­bi­jał się do okra­to­wa­nych drzwi, por­tier w koń­cu otwo­rzył, lecz nic chciał go wpu­ścić. - Cze­gój tak wa­li­cie? - ofuk­nął go. - Bez ka­po­ty nie wol­no. - Miał na my­śli ma­ry­nar­kę i na­pie­rał pę­ka­tą kupą swych chłop­skich ko­ści i mię­śni na Mi­ko­ła­ja, wy­py­cha­jąc go za próg. - No, go­spo­da­rzu, na­stąp się - roz­legł się rów­ny, nie­co se­ple­nią­cy głos za Mi­ko­ła­jem i dłu­ga, chu­da ręka od­su­nę­ła wiel­ko­pań­skim ge­stem por­tie­ra-wie­śnia­ka. - Nie wi­dzisz, kto idzie, ciu­ba­ry­ku! - krzyk­nął szat­niarz z góry wy­ło­żo­nych czer­wo­nym dy­wa­nem scho­dów. W ro­ze­źlo­nych pro­się­cą za­cie­kło­ścią oczkach por­tie­ra od­bi­ła się idio­tycz­na bez­rad­ność. - Je­den gada to, dru­gi tam­to... - mach­nął ręką i splu­nął za drzwi, na prze­wrot­ne sub­tel­no­ści ży­cia w wiel­kim mie­ście. - Moje usza­no­wa­nie dla pana hra­bie­go - rzekł pół­gło­sem szat­niarz, gdy we­szli na scho­dy. - Ale ten pan jest w stro­ju nie­co... hmm... nie­od­po­wied­nim... - wska­zał grzecz­nie na Mi­ko­ła­ja. - Ten pan jest wnu­kiem mar­szał­ka Pił­sud­skie­go - rzekł wy­so­ki męż­czy­zna o dłu­ga­wym no­sie w zmię­tej, przy­stoj­nej twa­rzy. - W związ­ku z tym ma ka­pry­sy. - To co in­ne­go - zgo­dził się szat­niarz, in­ka­su­jąc dwa­dzie­ścia zło­tych. - Pan też jest wnu­kiem mar­szał­ka - uzu­peł­nił wy­so­ki pan. - Wszy­scy je­ste­śmy wnu­ka­mi. Ten po­nu­ry sa­tra­pa wy­ma­gał od spo­łe­czeń­stwa, aby go na­zy­wa­ło dziad­kiem. - Byli tacy, co wy­ma­ga­li, pa­nie hra­bio - wy­po­wie­dział się enig­ma­tycz­nie szat­niarz.

- Bie­gasz tu za hra­bie­go? - spy­tał Mi­ko­łaj z uzna­niem. - Mój dro­gi - rzekł wy­so­ki pan - mam nie­kwe­stio­no­wa­ne po­cho­dze­nie szla­chec­kie, a że lud, zbun­to­wa­ny przez ko­mu­ni­stów i zdez­o­rien­to­wa­ny drob­ny­mi na­piw­ka­mi, po­słu­gu­je się dziś nie­pra­wi­dło­wo ty­tu­ła­mi, to już nie moja wina. Je­śli ze­chcesz wy­pić ze mną, przyjdź do baru. Baw się do­brze.

Mi­ko­łaj zaj­rzał na salę, gdzie Po­la­cy o mało sko­dy­fi­ko­wa­nych do­cho­dach, lub wspar­ci po­li­ty­ką bodź­ców eko­no­micz­nych, odzia­ni w ko­szu­le no­naj­ro­no­we ze spół­dziel­ni imie­nia Fry­de­ry­ka En­gel­sa i w wie­deń­ską kon­fek­cję ze skle­pów ko­mi­so­wych, tań­czy­li wdzięcz­nie w takt me­lo­dii How high the moon, wy­ko­ny­wa­nej na zło­tych sak­so­fo­nach cze­skiej pro­duk­cji. Po czym po­szedł do ob­szer­ne­go kok­tajl baru, spo­wi­te­go we wzo­rzy­ste szma­ty, o ścia­nach po­kry­tych strzę­pia­stym de­se­niem. Trzy sze­re­gi do­brze ubra­nych lu­dzi róż­ne­go wie­ku i płci sta­ło tu w po­sta­wach swo­bod­nych i piło wi­śnia­ki, śli­wo­wi­ce, star­ki, ko­nia­ki i li­kie­ry; nie­licz­ni sie­dzie­li na wy­so­kich krze­seł­kach, je­dli zim­ne fry­ty i pili sok grejp­fru­to­wy; wszy­scy współ­ży­li na za­sa­dzie cia­sno­ty i wza­jem­ne­go przy­le­ga­nia do sie­bie; cu­dzo­ziem­cy - kup­cy, dzien­ni­ka­rze, lub pra­cow­ni­cy mię­dzy­na­ro­do­wych li­nii lot­ni­czych - na­rze­ka­li w róż­nych ję­zy­kach na cie­płe piwo. - Mi­ko­ła­ju - rzekł wy­so­ki pan - pro­szę, oto kie­li­szek hen­nes­sy. - Mó­wił ci­cho, z wy­tre­no­wa­ną umie­jęt­no­ścią po­ro­zu­mie­wa­nia się w za­tło­czo­nych ba­rach, tak aby nikt nie­po­wo­ła­ny nie sły­szał. - Przed­staw się - ob­ró­cił Mi­ko­ła­ja ku dwóm ko­bie­tom: obie były ja­sne, oka­za­łe, roz­ko­ły­sa­ne al­ko­ho­lem, peł­ne owej zie­miań­skiej dys­tynk­cji, prze­nie­sio­nej szczę­śli­wie przez lata nie­odwo­łal­nych upad­ków. Wy­so­ki pan obej­mo­wał je za ra­mio­na. - Bar­dzo mi miło pana po­znać, pa­nie Plank - rze­kła star­sza. - Tyle o panu sły­sza­łam. - Po czym każ­da po­ca­ło­wa­ła wy­so­kie­go pana w po­li­czek ze swej stro­ny, z iro­nicz­ną tkli­wo­ścią, i po­szły do swe­go sto­li­ka. - Mat­ka z cór­ką - rzekł wy­so­ki pan. - Spa­łem z obie­ma. - Gra­tu­lu­ję - rzekł Mi­ko­łaj - pięk­ne osią­gnię­cie. - Prze­łknął śli­nę z obrzy­dze­niem; ta de­kla­ra­cja im­po­no­wa­ła, a za­ra­zem za­da­wa­ła ból mimo tylu lat że­glu­gi po męt­nych to­niach ży­cia płcio­we­go. Z tłu­mu wy­nu­rzy­ła się We­ro­ni­ka i przy­lgnę­ła do wy­so­kie­go pana z re­kla­mo­wym od­da­niem, ca­łu­jąc go w po­li­czek. - Wy­obraź so­bie, Mi­ko­ła­ju - po­wie­dzia­ła - że sto­czy­łam o cie­bie po­twor­ną wal­kę u Stol­lo­wej. - Dzię­ku­ję ci - rzekł Mi­ko­łaj. - Lar­biń­ski opo­wia­dał cuda o two­im sce­na­riu­szu - po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka. - Zresz­tą nie wąt­pi­łam nig­dy w two­ją nad­zwy­czaj­ność.

- Po­dob­no gnę­bio­no cię dzi­siaj - rzekł wy­so­ki pan. - Na ja­kimś wszech­po­tęż­nym ko­le­gium? - Owszem - przy­znał Mi­ko­łaj oszczęd­nie. - Nie będę ro­bił tego fil­mu. - Och, sor­ry - po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka. - Czy­ta­łeś, co na­pi­sał o to­bie ja­kiś kre­tyn w "Prze­glą­dzie Fil­mo­wym"? - Czy­ta­łem - uśmiech­nął się Mi­ko­łaj; chcia­ło mu się pła­kać z bez­wład­nej krzyw­dy, gdy czy­tał owe pry­mi­tyw­nie ja­do­wi­te zda­nia. - Za­baw­ne... - do­dał, gdyż nie mógł oka­zać tym lu­dziom swo­je­go roz­go­ry­cze­nia i swej sła­bo­ści, czy­li do­star­czać im świe­że­go su­row­ca do ich pła­skich, okrut­nych dow­ci­pów. - Cie­ka­wam, kto go in­spi­ro­wał? - po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka. - Nie wy­obra­ża­cie so­bie, jaki wpływ mają ta­kie nik­czem­ne wy­po­wie­dzi na ko­le­gial­ne de­cy­zje róż­nych prze­lęk­nio­nych urzęd­ni­ków. Nie do wia­ry... Lu­dzie do­brej woli, jak Lar­biń­ski, nic już nie mogą po­tem zdzia­łać. - Mój dro­gi Mi­ko­ła­ju - rzekł wy­so­ki pan - nie mo­żesz mieć wszyst­kie­go. Na­tu­ra to prze­wi­dzia­ła i roz­dzie­li­ła spra­wie­dli­wie, każ­de­mu co jego. Ty masz ta­lent, wo­bec tego nie mo­żesz mieć uzna­nia. Da­ruj in­nym sła­wę, pie­nią­dze i za­szczy­ty, tym, któ­rzy spę­dza­ją bez­sen­ne noce na gry­zie­niu pal­ców, świa­do­mi wła­snej ni­co­ści. - Da­ru­ję - rzekł Mi­ko­łaj - nie mów­my o dro­bia­zgach. - Miał ocho­tę strze­lić wy­so­kie­go pana w dłu­ga­wy nos i zno­szo­ną ma­chę, lecz ro­zu­miał że ja­ki­kol­wiek prze­jaw bun­tu nie wy­ma­że słusz­no­ści za­war­tej w jego sło­wach. - Jesz­cze je­den ko­niak? - spy­tał wy­so­ki pan Mi­ko­ła­ja. - Może sa­li­gnac, tym ra­zem? Po­wi­nie­neś po­roz­ma­wiać z Le­win­so­nem. To przy­zwo­ity czło­wiek. A poza tym nowy wład­ca za­wsze jest skłon­ny do ak­tów ła­ski. - Ko­niak sma­ko­wał Mi­ko­ła­jo­wi. - To­niesz w do­bro­by­cie - za­uwa­żył po­błaż­li­wie. - Dzie­ci pła­cą - po­wie­dział wy­so­ki pan. - Pol­ska dzia­twa, pło­wo­wło­sa, ko­cha­na. Wła­śnie dziś pod­pi­sa­łem umo­wę na sto dwa­dzie­ścia wier­szy­ków o upań­stwo­wie­niu prze­my­słu. Dla ma­lu­chów do lat sze­ściu. Na­kład osiem­dzie­siąt ty­się­cy. - Pa - po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka. - Spo­tka­my się pod ko­niec ty­go­dnia. - Pa - po­wie­dział wy­so­ki pan i do­dał do Mi­ko­ła­ja: - Na pew­no spo­tka­my się kie­dyś w łóż­ku. Wszy­scy. Wpierw czy póź­niej. - Wy­łu­skał z tłu­mu ja­kie­goś kota w brud­na­wym swe­ter­ku i roz­trzę­sio­nej fry­zu­rze, oto­czył go ra­mie­niem; unio­sła ku nie­mu z za­chwy­tem po­kry­te gru­bą war­stwą sma­ru po­wie­ki i po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek. Mi­ko­łaj wpa­try­wał się od pew­ne­go cza­su w sie­dzą­cą obok por­ce­la­no­wą blon­dyn­kę: była schlud­na i za­cho­wy­wa­ła się z drob­no­miesz­czań­ską re­zer­wą do­brze wy­cho­wa­nych có­rek za­moż­nych ad­wo­ka­tów lub le­ka­rzy. Z obu flank ase­ku­ro­wa­li ją dwaj mło­dzień­cy o szczu­płych, przy­stoj­nych twa­rzach pod scze­sa­ny­mi do przo­du czu­pryn­ka­mi, ob­le­cze­ni w czar­no prąż­ko­wa­ne gar­ni­tu­ry. Wy­glą­dam przy nich jak że­brak... - po­my­ślał Mi­ko­łaj i tro­chę go to ucie­szy­ło. Dziew­czy­na po­trą­ci­ła go przez nie­uwa­gę i po­wie­dzia­ła gor­li­wie: - Prze­pra­szam. - Do­bry wie­czór - rzekł Mi­ko­łaj - świet­nie, że pa­nią wi­dzę. Wła­śnie mia­łem pani coś do po­wie­dze­nia. - Mnie? - zdzi­wi­ła się dziew­czy­na, mło­dzi lu­dzie przy­słu­chi­wa­li się czuj­nie i bez przy­chyl­no­ści. - Jo­lan­to - rzekł je­den - twój drink. - Jo­lan­ta wy­pi­ła, po czym zręcz­nym ru­chem spra­wi­ła, że obaj mło­dzień­cy zna­leź­li się po jed­nej stro­nie, zmu­sze­ni za­jąć się roz­mo­wą mię­dzy sobą. - Prze­cież ja pana nie znam - po­wie­dzia­ła do Mi­ko­ła­ja. - Słusz­nie - przy­znał Mi­ko­łaj - ale po­win­ni­śmy się znać od daw­na. To wła­śnie chcia­łem pani po­wie­dzieć. - In­te­re­su­ją­ce... - za­my­śli­ła się nie bez pozy. - Chodź­my się przejść - rzekł Mi­ko­łaj. - Nad Wi­słę. Niech pani zo­sta­wi tych sym­pa­tycz­nych chłop­ców ich wła­snym lo­som. - No, wie pan? - po­wie­dzia­ła Jo­lan­ta z ura­zą. - ...Przy­szłam z tymi pa­na­mi. - Od­wró­ci­ła się od Mi­ko­ła­ja i po­grą­ży­ła w wy­mia­nie osten­ta­cyj­nych we­so­ło­ści. Mi­ko­łaj od­wró­cił się ku wy­so­kie­mu panu, któ­ry wy­mie­niał uwa­gi na te­mat szans Ken­ne­dy'ego w wal­ce z Ni­xo­nem z mło­dym, ły­sym i bez­zęb­nym fa­ce­tem. Usły­szał ci­che. - Halo... - i skło­nił gło­wę ku Jo­lan­cie, nie pa­trząc na nią. - Niech pan na mnie za­cze­ka w holu - po­wie­dzia­ła. Mi­ko­łaj po­że­gnał się z wy­so­kim pa­nem. - Baw się do­brze - po­wie­dział wy­so­ki pan.

W szat­ni Mi­ko­łaj stwier­dził, że po­sia­da wy­łącz­nie bi­lon na sumę trzy­dzie­stu zło­tych. Mało - za­tro­skał się. - Co ja z nią po­cznę? Za chwi­lę przy­pru­ła Jo­lan­ta i oświad­czy­ła: - Po­wie­dzia­łam im, że idę do to­a­le­ty. Chodź­my szyb­ko.

Ze­szli na dół, śli­ma­kiem uli­cy Ka­ro­wej. Na ma­łym wia­duk­cie Mi­ko­łaj za­trzy­mał Jo­lan­tę przy se­ce­syj­nej ba­lu­stra­dzie i po­ca­ło­wał. Jo­lan­ta bro­ni­ła się nie­co, po­ca­łu­nek wy­padł nie­szcze­gól­nie. Pach­nia­ła do­brym my­dłem i dro­gą wodą ko­loń­ską, war­gi mia­ła doj­rza­łe, lecz nie­zręcz­ne. - No, no... - po­wie­dzia­ła, jak­by z nie­za­do­wo­le­niem - prze­cież nie po to wy­szli­śmy z Bri­sto­lu. - A po co? - spy­tał Mi­ko­łaj. - Spa­cer - od­po­wie­dzia­ła. - Kto są ci dwaj fa­ce­ci? - spy­tał. - Je­den jest ar­chi­tek­tem - od­po­wie­dzia­ła. - Mamy się po­brać. A dru­gi mnie ko­cha. - Ze­szli na Wy­brze­że Ko­ściusz­kow­skie, było tu chłod­no i po­ły­skli­wie: lśni­ły drze­wa i bul­war po nie­daw­nej mżaw­ce, blask rze­ki roz­ry­wa­ły przy­mglo­ne pla­my po­głę­bia­rek i ho­low­ni­ków. Mi­ko­łaj wie­dział, jak bę­dzie za chwi­lę, za­wsze moż­na prze­wi­dzieć fa­tal­ne kon­se­kwen­cje czy­nu, któ­re­go nie spo­sób unik­nąć ani wstrzy­mać. - Zejdź­my ni­żej - po­wie­dział - usią­dzie­my na szy­nach ko­le­jo­wych. Tam, mię­dzy wa­go­na­mi. - Nie - po­wie­dzia­ła Jo­lan­ta. - Usiądź­my na ław­ce. - Usie­dli i tym ra­zem po­ca­łu­nek wy­szedł świet­nie, prze­cią­gle i doj­mu­ją­co. Ko­cha ją mło­dy, kla­wy fa­cet i na pew­no cho­le­ra by go bra­ła, gdy­by to wi­dział - my­ślał Mi­ko­łaj przej­rzy­ście. - Na­wet nie bar­dzo mi się po­do­ba, cho­ciaż mu­szę przy­znać, że wszyst­ko ma świe­że i w do­sko­na­łym ga­tun­ku. To świń­stwo, co z nią ro­bię... - Nie - po­wie­dzia­ła Jo­lan­ta - tu nie. Tu nie­wy­god­nie. - Mi­ko­łaj rzekł z spo­koj­ną iro­nią: - Nie mogę cię za­brać do domu. Miesz­kam w su­te­ry­nie, na ośmiu me­trach kwa­dra­to­wych, z troj­giem dzie­ci i spa­ra­li­żo­wa­ną bab­ką cio­tecz­ną... - Czuł czy­jąś ża­ło­sną krzyw­dę, ale nie mógł już po­wstrzy­mać stę­żo­nej cho­re­ogra­fii rąk: ich wza­jem­ny do­tyk był zim­ny i pach­ną­cy po­wie­trzem nocy. Jo­lan­ta za­śmia­ła się jak z do­bre­go dow­ci­pu. - Co ty so­bie wła­ści­wie my­ślisz? - po­wie­dzia­ła. - Nig­dy nie po­szła­bym do domu męż­czy­zny, któ­re­go znam pół go­dzi­ny. - Nie! - my­ślał Mi­ko­łaj. - Nie chcę! Cała na­sza cy­wi­li­za­cja wzno­si się na pró­bie prze­ła­ma­nia zła. Na­wet ci, któ­rzy wie­rzą, że zło jest nie­usu­wal­ne z ob­ra­zu świa­ta, nie chcą się na nie zgo­dzić. Zmień się! Tak po­win­no brzmieć pierw­sza przy­ka­za­nie... Bądź inny! - Lecz ręce jego prze­czy­ły my­ślom, usta Jo­lan­ty po­świad­cza­ły za­chłan­no­ścią chy­bio­ną przy­dat­ność my­śli. - Chodź­my stąd - po­wie­dział Mi­ko­łaj. - Nie... - szep­nę­ła - te­raz nie. Za­cze­kaj... Czyż­byś my­ślał o czymś in­nym? - Czy nie za dłu­go prze­by­wasz w to­a­le­cie? - po­wie­dział i Jo­lan­ta ro­ze­śmia­ła się po­god­nie war­ga­mi przy­le­gły­mi do jego warg, z dłoń­mi uto­pio­ny­mi w piesz­czo­cie. - Ilu mia­łaś męż­czyzn? - spy­tał to­nem kon­wer­sa­cji. - Nie­wie­lu - od­par­ła. - Mniej, niż my­ślisz. - Za­wsze wy­da­je im się, że ba­gaż jest ma­lut­ki i lek­ki - roz­wa­żał gorz­ko - że praw­da jest bar­dziej bła­ha, niż to, co ja my­ślę. Każ­da licz­ba ko­chan­ków wy­da­je im się drob­nost­ką, a to, co ja my­ślę, za­wsze prze­sa­dą. Zresz­tą, po co ci praw­da o tej dziew­czy­nie? Praw­da jest źró­dłem zgry­zot i nie­sma­ku. A jed­nak chciał wie­dzieć, czym są jej prze­szka­dza­ją­ce ręce: sa­mo­uspra­wie­dli­wie­niem, pro­wo­ka­cją czy pro­lon­ga­tą przy­jem­no­ści. Chciał wie­dzieć, gdzie ro­sną ko­rze­nie tego, co nie ma na­zwy. Jo­lan­ta wes­tchnę­ła głę­bo­ko. - Już nie - po­wie­dzia­ła nie­chęt­nie, po czym się­gnę­ła po to­reb­kę, z któ­rej wy­ję­ła pu­der­nicz­kę i grze­bień. - Co ty wła­ści­wie ro­bisz? - spy­tał Mi­ko­łaj. - Je­stem stu­dent­ką psy­cho­lo­gii - od­par­ła z pew­ną dumą. - Ach, tak... - po­wie­dział Mi­ko­łaj; nie po­tra­fił ukryć po­dejrz­li­wej kpi­ny w gło­sie. Jo­lan­ta ode­rwa­ła kred­kę od warg, zbli­ży­ła twarz do jego twa­rzy i po­ca­ło­wa­ła go le­ciut­ko w czu­bek nosa. - Nie bądź śmiesz­ny - po­wie­dzia­ła. - Co też przy­cho­dzi ci do gło­wy? Oczy­wi­ście, uwiel­biam wszyst­ko, co na­pi­sa­łeś, na­ry­so­wa­łeś, na­krę­ci­łeś. Wy­cho­wa­łam się na two­ich ar­ty­ku­łach o moim po­ko­le­niu. Ale tak samo uwiel­biam He­min­gwaya i Ca­mu­sa, a czy my­ślisz, że po­ło­ży­ła­bym się z nimi do łóż­ka? Za kogo ty mnie masz?

Od­pro­wa­dził ją do Bri­sto­lu. - Gdzie się po­dzie­wa­łaś? - spy­tał Jo­lan­tę ar­chi­tekt. - By­łam w to­a­le­cie - od­par­ła. - Tak dłu­go? - zdzi­wił się lek­ce­wa­żą­co. - Spo­tka­łam zna­jo­me­go w holu i tań­czy­li­śmy - wy­ja­śni­ła do­dat­ko­wo. - Za­glą­da­łem na par­kiet - po­wie­dział dru­gi, ten za­ko­cha­ny. - Nig­dzie nic mo­głem cię do­strzec. - Wi­docz­nie źle pa­trzy­łeś - po­wie­dzia­ła Jo­lan­ta. - Daj­cie mi się cze­goś na­pić.

3.

Nie chciał, rzecz ja­sna, ani nie mógł wra­cać do domu: lę­kał się bez­sen­no­ści. Mię­dzy po­dusz­ką a udrę­czo­ną gło­wą cze­ka­ły go nie­usta­ją­ce po­le­mi­ki: wy­po­le­ro­wa­ne zda­nia, miaż­dżą­ce i bez­a­pe­la­cyj­ne, lo­gicz­ne i kon­se­kwent­ne aż do bólu, roz­sa­dza­ją­ce prze­ciw­ne słusz­no­ści i wła­sną czasz­kę, już na­za­jutrz za­po­mnia­ne i nie­moż­li­we do po­now­ne­go sfor­mu­ło­wa­nia. Na ty­łach No­we­go Świa­tu wszedł w bra­mę nie­udol­nie sty­li­zo­wa­ne­go domu; po­zo­ry do­brej dziel­ni­cy roz­wie­wa­ła klat­ka scho­do­wa: ob­łu­pa­ne stop­nie, nad­ła­ma­na po­ręcz, po­ry­so­wa­ne ścia­ny. Scho­dy koń­czy­ły się stry­cho­wą plat­for­mą; nie było tu już miesz­kań, lecz je­dy­ne drzwi, któ­re otwo­rzył wy­ję­tym z kie­sze­ni klu­czem. W nie­re­gu­lar­nej pla­mie świa­tła sta­rej ni­to­wej lam­py okrę­to­wej, przy­bi­tej do stry­cho­we­go wspor­ni­ka, sie­dzia­ła nad raj­zbre­tem Kry­sty­na, w ba­weł­nia­nej ko­szu­li w kra­tę i wą­skich dżin­sach na dłu­gich no­gach.

- Nie śpisz? - spy­tał Mi­ko­łaj głu­pio.

- Cze­kam na cie­bie.

Mi­ko­łaj po­ło­żył się na tap­cza­nie, nie roz­pi­na­jąc wia­trów­ki.

- Dla­cze­go nie za­te­le­fo­no­wa­łeś? - spy­ta­ła Kry­sty­na, po­chy­la­jąc gło­wę mię­dzy wznie­sio­ny­mi obron­nie bar­ka­mi.

- Nie mia­łem ci nic cie­ka­we­go do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia.

- Zo­sta­niesz?

- Nie. Pój­dę do domu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1.

Więk­szość do­mów w do­rze­czu uli­cy Tam­ka to domy ob­szar­pa­ne. Tu i ów­dzie łata się spar­szy­wie­nia mu­rów, obok po­wsta­ją domy nowe. Na Po­wi­ślu po­ża­ry sza­la­ły oszczęd­niej, to­też za­raz po woj­nie za­miesz­ka­ło tu bar­dzo dużo lu­dzi. Po­ko­je, kuch­nie i ła­zien­ki za­lud­ni­ły się do gra­nic wsty­du i od­por­no­ści psy­chicz­nej, bio­lo­gia ma­sa­kro­wa­ła po­czu­cie jed­nost­ko­wej god­no­ści, a tak­że fu­try­ny i ar­ma­tu­rę sa­ni­tar­ną. Na­to­miast mury nie drgnę­ły, sta­ły się tyl­ko ka­pra­we, całe w li­sza­jach i ły­si­nach. Na­resz­cie w oj­czyź­nie - po­my­ślał An­drzej, wcho­dząc w bra­mę. Skle­pie­nie bra­my zia­ło pust­ką po wy­łu­pa­nej pięt­na­ście lat temu gla­zu­rze, sta­lo­wa obu­do­wa win­dy wy­pru­ta była ze szkła. Pol­ska, co? - pęcz­niał w ser­cu za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czał gra­ni­cę, kie­dy stwier­dzał, że mu coś sma­ku­je, kie­dy szo­fer tak­sów­ki z war­szaw­ską in­to­na­cją zre­fe­ro­wał mu swe po­glą­dy na sy­tu­ację mię­dzy­na­ro­do­wą.

Na­ci­snął dzwo­nek czte­ry razy, zgod­nie z in­struk­cją na jed­nej z kar­te­czek po­kry­wa­ją­cych drzwi. Drzwi otwo­rzy­ły się, uwal­nia­jąc za­pa­chy ciem­ne­go ko­ry­ta­rza: ko­tów, sma­żo­nej sło­ni­ny, sta­rych me­bli. W szpa­rze po­ja­wi­ła się siwa gło­wa w pa­pie­ro­wych pa­pi­lo­tach. - Dzień do­bry - uśmiech­nął się An­drzej - pani Ste­fa­nio. - Oczy ko­bie­ty zła­god­nia­ły. - A, pan Fe­lak - po­wie­dzia­ła, wy­cie­ra­jąc ręce w far­tuch. - Pro­szę bar­dzo. Jak miło! Kie­dy pan wró­cił? - Wczo­raj - rzekł An­drzej. - Na­resz­cie... - Wy­ma­wiał sło­wa przy­jaź­nie, cie­pło: tym, dla któ­rych były prze­zna­czo­ne, wy­da­wa­ły się we­so­łe i krze­pią­ce.

- Niech pan sia­da - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta po chwi­li, w po­ko­ju czy­stym i cia­snym: dwa wy­so­ko za­sła­ne łóż­ka i jesz­cze ra­dio, na ra­diu lamp­ka i książ­ki, na książ­kach bu­dzik, na bu­dzi­ku mały mu­rzy­nek z ce­lu­lo­idu, na ścia­nie ob­raz z pod­mo­kłą łąką i po­ran­ną mgłą wśród eg­zal­to­wa­nych brzóz i bro­dzą­cych cza­pli, obok ka­len­darz li­nii lot­ni­czych Sa­be­na, pre­zen­tu­ją­cy w tym mie­sią­cu pa­go­dę w Bang­ko­ku.

- Nie ma jak w domu - wes­tchnął An­drzej. - Za­le­ży komu - uśmiech­nę­ła się ko­bie­ta. - Jak ktoś ma ta­kie miesz­ka­nie jak pan. - Za to są inne kło­po­ty. Zna pani Po­la­ka bez kło­po­tów? - Mę­czy­my się - zgo­dzi­ła się ko­bie­ta. - Wie pan jak jest? - Wiem - przy­tak­nął An­drzej skwa­pli­wie. - No więc? - skrzy­wi­ła się. - Pan prze­cież też tak kie­dyś miesz­kał. - Ach - roz­ma­rzył się An­drzej - cu­dow­ne cza­sy... By­łem mło­dy i chcia­ło mi się wszyst­kie­go. Są­sie­dzi pani też la­ta­mi się nie ru­sza­ją? - Do­kąd? - po­wie­dzia­ła na­pa­stli­wie. - Kto im coś da? Krost­ko­wa ma stra­gan na ba­za­rze, Ga­jek jest akwi­zy­to­rem w ubez­pie­cze­niach, pan Torf­man szy­je ko­szu­le dla spół­dziel­ni. Ja sprzą­tam. Tyle że Irka ma szan­sę. W niej cała na­dzie­ja. Jest już na­wet bli­sko na li­ście. - Wła­śnie! - ucie­szył się An­drzej. - Jak Irka? - Le­piej - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. - Bar­dzo jej po­mógł ten or­to­pe­dycz­ny but. Je­zus Ma­ria!... Jesz­cze panu na­wet nie po­dzię­ko­wa­łam... - Pani Ste­fa­nio - uczy­nił gest pro­szą­cy - nie ma o czym mó­wić. - Jak to... - po­ru­szy­ła się nie­cier­pli­wie. - Dok­to­ra pan za­ła­twił i przy­słał pan tę wkład­kę. Na pew­no za do­la­ry, praw­da? - Ale za pań­stwo­we - uspo­ko­ił ją. - Dzię­ku­ję panu - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta ci­cho. - Irka te­raz cho­dzi le­piej, mniej się mę­czy. W pra­cy same awan­se, jest już kie­row­nicz­ką dzia­łu. W ogó­le, do­bra cór­ka, mam z niej po­cie­chę. Po no­cach nie lata, do kina, do te­atru, wszę­dzie ze mną. - Pani Ste­fa­nio, wpad­nie pani do nas po­sprzą­tać? - E, tam - od­par­ła nie­chęt­nie - już zno­wu znie­śli tro­chę świąt ko­ściel­nych. Tyle co nie­dzie­la czło­wie­ko­wi zo­sta­ła. - Parę zło­tych się pani przy­da - rzekł układ­nie - i... - za­wa­hał się - mam jesz­cze do pani mały in­te­res...

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, po czym we­szła chu­da, zwię­dła ko­bie­ta. - O, prze­pra­szam - po­wie­dzia­ła, ale nie wy­szła, tyl­ko tar­ła tłu­sty nos. - Co się sta­ło, pani Krost­ko­wa? - spy­ta­ła Ste­fa­nia po­god­nie. - Niech pani zgad­nie, ile ode mnie chcą za te parę sztuk ny­lo­no­wych maj­tek i kre­my do twa­rzy? - Krost­ko­wa po­sta­wi­ła pro­blem ja­sno i bez wstę­pów. - Te, co mi wczo­raj sio­strze­niec przy­słał z Fran­cji, wie pani? - Z pięć­set zło­tych? - zga­dła Ste­fa­nia fa­cho­wo. - Dzie­więć­set pięć­dzie­siąt z czymś - ob­wie­ści­ła Krost­ko­wa. - Pod­nie­śli cło o dzie­sięć pro­cent. - Coś po­dob­ne­go... - za­fra­so­wa­ła się Ste­fa­nia. - Pod­nie­śli cło? - za­in­te­re­so­wał się An­drzej. - Na wszyst­ko? - Nie wiem - rze­kła Krost­ko­wa zgryź­li­wie. - Na majt­ki i ko­sme­ty­ki, to wiem. - Nie dają lu­dziom żyć - wes­tchnę­ła Ste­fa­nia. - Co to komu szko­dzi, że ja do­sta­nę z za­gra­ni­cy i sprze­dam! - de­ner­wo­wa­ła się Krost­ko­wa. - Ten, co po­trze­bu­je, ma, ja za­ro­bię, a rze­czy w Pol­sce przy­by­wa, no nie? - No tak - zgo­dził się chęt­nie An­drzej. - Co to komu szko­dzi? - Ech, sko­nać moż­na! - pani Krost­ko­wa wy­da­ła z sie­bie ro­dzaj za­wo­dze­nia i opu­ści­ła na­raz po­kój.

- Bied­na ko­bie­ta - uża­lił się An­drzej. - Nie taka bied­na - po­in­for­mo­wa­ła go Ste­fa­nia. - Majt­ki i kre­my nie od sio­strzeń­ca, tyl­ko od jed­nej eme­ryt­ki z ka­mie­ni­cy obok, któ­ra ma ko­goś w Pa­ry­żu. Jak pod­no­szą cło, to łu­pią w sta­rusz­kę, gdyż Krost­ko­wa nie może tra­cić na han­dlu. Zna pan ży­cie? - Znam - przy­znał An­drzej. - Mój szwa­gier - po­wie­dzia­ła Ste­fa­nia z prze­ką­sem - do­stał spa­dek, gdzieś pod Wil­nem. Po­je­chał do Ro­sji, sprze­dał zie­mię i przy­wiózł za to no­we­go mo­skwi­cza. I wie pan co? Taki po­da­tek wła­do­wa­li, że mu­siał sprze­dać mo­skwi­cza i jesz­cze z pen­sji żony do­ło­żyć. A obo­je pra­cu­ją­cy, on na­wet ja­kiś rad­ny w Ra­dzie Dziel­ni­co­wej. I co z tego ma? - Smut­ne - rzekł An­drzej. - Co bę­dzie z pra­niem, Ste­fa­nio? - Dla­cze­go pro­sty czło­wiek nie może so­bie przy­wieźć mo­skwi­cza? - Ste­fa­nia że­glo­wa­ła po za­gad­kach ży­cia, pcha­na wi­chra­mi nie­uko­jo­nych go­ry­czy. - Za wła­sne pie­nią­dze, po oj­cach ro­bot­ni­kach i chło­pach? Pra­nie? - przy­szła do sie­bie. - Kto dziś bie­rze pra­nie? My­dło dro­gie, zdro­wie dro­gie i w ogó­le co za ho­nor? Niech prze­mysł pie­rze... - Ode mnie pani weź­mie... - rzekł An­drzej słod­ko - i niech pani słu­cha: ma do mnie coś przyjść z za­gra­ni­cy. - Co? - spy­ta­ła z na­głą gor­li­wo­ścią. - Pod­ło­ga z two­rzyw sztucz­nych. Wy­glą­da jak pu­szy­sty dy­wan w róż­nych ko­lo­rach. Może wi­dzia­ła pani kie­dyś w ki­nie albo na ilu­stra­cjach? - Nie - po­wie­dzia­ła Ste­fa­nia pod­nie­co­na - ale musi być faj­ne. - Jest - przy­znał An­drzej. - Fir­ma w Szwaj­ca­rii cze­ka na ad­res, aby wy­słać prze­sył­kę. To bę­dzie pani ad­res, do­brze? - Chęt­nie - zgo­dzi­ła się - Dla pana wszyst­ko, pa­nie re­dak­to­rze. Tyl­ko po co ten nu­mer? - Do­sta­nie pani for­sę i za­pła­ci pani cło - rzekł An­drzej. Ste­fa­nia mil­cza­ła, za­sta­na­wia­jąc się, co kry­je się w tym, ale wszyst­ko wy­da­wa­ło się czy­ste i w po­rząd­ku, jak na jej ro­ze­zna­nie. - Może wy­stą­pić o zniż­kę? - spy­ta­ła. - Jako pra­cu­ją­ca. Pra­cu­ję te­raz ofi­cjal­nie, sprzą­tam w Naj­wyż­szej Izbie Kon­tro­li. - Nie - po­wie­dział An­drzej - za­pła­ci pani, ile będą chcie­li. Żad­nych kom­bi­na­cji. To bę­dzie duża prze­sył­ka i cięż­ka, opła­ci się pani ją ode­brać... - Ro­zu­miem... - po­my­śla­ła, spły­nę­ła na nią bło­gość po­zna­nia. Wszyst­ko ka­pu­ję. On nie chce, żeby do nie­go przy­cho­dzi­ły ta­kie luk­su­sy. Czło­wiek na sta­no­wi­sku nie może so­bie na to po­zwo­lić... - Za­ła­twi­my jak na­le­ży - po­wie­dzia­ła usłuż­nie. - Och! - do­da­ła ze współ­czu­ciem - nie dają lu­dziom żyć. Co im to szko­dzi, że ktoś ma pu­szy­stą pod­ło­gę z pla­sti­ku? Że so­bie spro­wa­dzi ze Szwaj­ca­rii? Prze­cież w ten spo­sób kraj się wzbo­ga­ca, nie?...

2.

Urok do­brych dziel­nic - my­ślał An­drzej, wy­sia­da­jąc z tak­sów­ki. Jak koło mo­stu d'Alma, albo na Park Lane. Za­pła­cił szo­fe­ro­wi, do­da­jąc nie­zły na­pi­wek. Szo­fer na­wet nie po­dzię­ko­wał.

Ale­je Ujaz­dow­skie lśni­ły mo­krym as­fal­tem po­śród świe­żej zie­le­ni roz­le­głych, wio­sen­nych par­ków. Wszedł w bocz­ne wej­ście gma­chu o ce­chach ze­szło­wiecz­nej ar­chi­tek­tu­ry rzą­do­wej: po obu stro­nach ta­bli­ce z go­dłem na­ro­do­wym od­ry­so­wa­nym skru­pu­lat­nie, co do jed­ne­go pió­ra. Ci­chy, czy­sty ko­ry­tarz, wy­ło­żo­ny ma­li­no­wym chod­ni­kiem, pro­wa­dził wśród bia­łe­go la­kie­ru dwu­skrzy­dło­wych drzwi o klam­kach umiesz­czo­nych wy­so­ko i wzbu­dza­ją­cych re­spekt przed na­ci­śnię­ciem; w po­wie­trzu uno­sił się za­pach wła­dzy ad­mi­ni­stra­cyj­nej Eu­ro­py Środ­ko­wej, jed­na­ki w ta­kich gma­chach po­mię­dzy Woł­gą a Re­nem. Nie jest to zresz­tą naj­gor­szy za­pach - za­ku­rzo­nych akt, ko­bie­cych per­fum, do­bre­go ty­to­niu, sta­rych dy­wa­nów i no­wej far­by nie­usta­ją­cych od­nów - mą­dre księ­gi na­szej kul­tu­ry prze­sy­co­ne są nim do­szczęt­nie.

Za­pu­kał do drzwi i wszedł: w głę­bi wą­skie­go po­ko­ju o ogrom­nym oknie se­kre­tar­ka unio­sła gło­wę. - Moje na­zwi­sko Fe­lak - rzekł, pod­cho­dząc do biur­ka. - Te­le­fo­no­wa­łem rano.

- Tak - po­wie­dzia­ła se­kre­tar­ka - pan re­dak­tor Fe­lak. - Uśmiech­nę­ła się uj­mu­ją­co: mia­ła ład­ne oczy w zmę­czo­nej twa­rzy, ma­ki­jaż nie był w sta­nie za­trzeć dłu­gie­go dnia pra­cy. - Po­wia­do­mi­łam mi­ni­stra o pań­skim te­le­fo­nie. Bar­dzo prze­ła­do­wa­ny dzień... Pro­szę, niech pan spo­cznie - se­kre­tar­ka wsta­ła i ob­cią­gnę­ła w ta­lii pu­lo­wer z cien­kiej weł­ny. Była bar­dzo zgrab­na, - Zo­ba­czę, co się da zro­bić - uśmiech­nę­ła się i na­ci­snę­ła ostroż­nie klam­kę obi­tych drzwi. An­drzej za­pa­lił pall mal­la i usiadł przy pseu­do­em­pi­ro­wym sto­le, po­kry­tym sta­ry­mi nu­me­ra­mi "Przy­jaź­ni", "Kra­ju Rad" i "Po­lo­nii". Się­gnął po po­piel­nicz­kę, drzwi od ko­ry­ta­rza otwo­rzy­ły się i sta­nę­ła w nich ele­ganc­ko ubra­na pani.

Na­tych­miast na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz en­tu­zja­stycz­nej ra­do­ści, bar­dzo ko­le­żeń­ski, a jed­no­cze­śnie pe­łen dys­tyn­go­wa­ne­go trze­po­ta­nia po­wiek i rzęs - czy­li taki wy­raz twa­rzy, za po­mo­cą ja­kie­go wy­twor­ne damy uda­ją ser­decz­nych sier­żan­tów, wi­ta­ją­cych nie­wi­dzia­ne­go od lat kum­pla; uczy­ni­ła pół­przy­siad, wy­chy­li­ła gło­wę do przo­du i krzyk­nę­ła: - An­drzej! - za­cho­wu­jąc kon­tro­lę nad do­no­śno­ścią okrzy­ku i jego dziar­sko­ścią, aże­by nie ze­psuć cha­rak­te­ru wi­do­wi­ska, a jed­no­cze­śnie ni­ko­mu nie prze­szka­dzać. - An­drzej! - po­wtó­rzy­ła z umiar­ko­wa­ną fre­ne­zją. - Ty w War­sza­wie? Już? - Ro­zej­rza­ła się uważ­nie na stro­ny, jak­by nie wie­dzia­ła, że w po­ko­ju ni­ko­go poza nimi nie ma. - Nie mo­że­my tu ro­bić tyle ha­ła­su... - ści­szy­ła głos jak mały chło­piec w kon­spi­ra­cji przed ro­dzi­ca­mi. - Jesz­cze nas stąd wy­rzu­cą... - Mó­wiąc to, zda­wa­ła się wie­rzyć, że ktoś kie­dyś ze­chciał­by ją skądś wy­rzu­cić, cho­ciaż jest mo­ro­wa, słod­ka, bez­rad­na, usto­sun­ko­wa­na, cza­ru­ją­ca, wy­kwint­na, dow­cip­na oraz pięk­na. - Teo­do­zja! - ucie­szył się An­drzej i po­ca­ło­wał ją w oba po­licz­ki. - Nie wie­dzia­łem, że już je­ste­ście w kra­ju. Jak An­to­ni? - An­to­ni... - za­czę­ła Teo­do­zja ta­jem­ni­czo, jak­by szy­ko­wa­ła się do opo­wie­ści z ży­cia Tom­ka Sa­wy­era. - Ach, An­to­ni ma mi­lion kło­po­tów - zmie­ni­ła na­gle ton na wiel­ko­świa­to­wy. - Przede wszyst­kim... zło­te ryb­ki. Wy­obraź so­bie, że te naj­rzad­sze oka­zy ja­poń­skie... na­zy­wa­ją się "Ble­ek" czy coś ta­kie­go, tego nikt na pew­no nie wie... co to je An­to­ni zbie­rał la­ta­mi i kosz­to­wa­ły ma­ją­tek... wy­obraź so­bie, nie mogą się w Pol­sce za­akli­ma­ty­zo­wać. Dwie już zde­chły. Coś im się tu­taj nie po­do­ba. Jak my­ślisz, co?... - Uśmiech­nę­ła się ca­łym gar­ni­tu­rem olśnie­wa­ją­cych zę­bów, pie­lę­gno­wa­nych w naj­droż­szych ame­ry­kań­skich in­sty­tu­tach; te zęby, cięż­kie blond wło­sy ko­lo­ru sta­re­go zło­ta i czar­ne, cie­pło pa­trzą­ce oczy były je­dy­ny­mi atry­bu­ta­mi sku­tecz­nych walk w twa­rzy dość po­spo­li­tej, utrzy­my­wa­nej w sta­nie go­to­wo­ści bo­jo­wej przez osią­gnię­cia współ­cze­snej che­mii. An­drzej śmiał się dys­kret­nie: - Ach, Teo­do­zjo, za­wsze taka sama... - Pra­gnął zri­po­sto­wać jej alu­zję, lecz nie po­tra­fił: czuł się za­wsze gor­szy w obec­no­ści tej ko­bie­ty, mę­czył go przy niej nie­do­wład by­stro­ści i dow­ci­pu, za co jej nie cier­piał. Zda­wał so­bie jed­nak w peł­ni spra­wę, ja­kim grze­chem jest nie zno­sić ko­goś tak uczyn­ne­go, uży­tecz­ne­go i usto­sun­ko­wa­ne­go, prze­to ją uwiel­biał.

- A ty? - szep­nę­ła Teo­do­zja. - Na co tu cze­kasz?

- Mam kło­po­ty z sa­mo­cho­dem - rzekł An­drzej z prze­ję­ciem. - To zna­czy z cłem. Wóz stoi jesz­cze w urzę­dzie cel­nym.

- Je­śli by­łeś po­nad rok za gra­ni­cą nie po­trze­bu­jesz w ogó­le pła­cić cła! - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja trium­fal­nie. - Zu­peł­nie nic. Nie wiem, czy o tym wiesz? Tak jak my.

- Nie do­cią­gną­łem do roku. Gdzie mnie do was? - do­dał z zja­dli­wą życz­li­wo­ścią. - Mu­szę pła­cić. A na co ty tu cze­kasz? - Nie zdo­łał się po­ha­mo­wać, acz­kol­wiek wie­dział, że nie na­le­ży py­tać.

- Ko­cha­nie - Teo­do­zja była samą wy­lew­no­ścią - czy my­ślisz, że moż­na coś za­ła­twić w tym kra­ju? Wszy­scy po­ma­ga­ją ci jak mogą i cią­gle ci cze­goś brak. Ach, żeby wresz­cie po­czuć się na­praw­dę za­in­sta­lo­wa­nym i móc za­pro­sić was na san­dwi­cza i bu­tel­kę cam­pa­ri!

- Cóż wam bra­ku­je? - do­bro­tli­wą iro­nią usi­ło­wał wy­rów­nać jej nie­do­mó­wie­nia.

- Kil­ku­set rze­czy - od­pa­ro­wa­ła szyb­ko. - Od pie­nię­dzy do cza­su. Po­przez mi­lio­ny par poń­czoch dla mo­ich có­rek i nu­mer re­je­stra­cyj­ny dla psa. Nie poj­mu­ję tyl­ko, po co tu przy­sze­dłeś.

An­drzej wska­zał na wy­pol­ste­ro­wa­ne drzwi. - Są­dzę, że on mi coś po­mo­że.

- Nie, z prze­mi­łym uśmie­chem nie za­ła­twi ci ni­cze­go, uszczę­śli­wio­ny, że nie musi ci ni­cze­go od­mó­wić. Po­in­for­mu­je cię tyl­ko, że te spra­wy za­ła­twia han­del za­gra­nicz­ny lub Cen­tral­ny Za­rząd Ceł. Po czym po­li­czy in­for­ma­cję za wy­świad­czo­ną ci przy­słu­gę. Uwa­żaj, to twar­dy ka­wał ło­tra!

An­drzej uśmiech­nął się po­błaż­li­wie. - Nie za­mie­rzam za­do­wo­lić się grzecz­ną in­for­ma­cją. Po­pro­szę o te­le­fo­nik. Je­den i sku­tecz­ny. Do han­dlu za­gra­nicz­ne­go lub Za­rzą­du Ceł.

- Po co? - oczy Teo­do­zji były peł­ne od­da­nia. - Pan re­dak­tor Fe­lak sam może udać się gdzie trze­ba i za­ła­twić co trze­ba, bez stra­ty punk­tu tam, gdzie nie trze­ba. Zresz­tą...

- Co zresz­tą? - spy­tał czuj­nie.

- Coś mi przy­szło do gło­wy...

- Teo­do­zjo... - głos An­drze­ja wy­peł­nił się proś­bą i po­dzi­wem.

- Jesz­cze dziś do cie­bie za­dzwo­nię. Ach, prze­cież i tak spo­tka­my się wie­czo­rem...

An­drzej skło­nił się lek­ko. - Ty i ja? - spy­tał zna­czą­co, na pod­kła­dzie ochron­nej drwi­ny. Nig­dy nie za­mie­rzał dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest go­tów, nig­dy też nie po­wie­dział jej tego otwar­cie, bo­jąc się śmiesz­no­ści.

- Oba­wiam się, że nasz czas jesz­cze nie nad­szedł... - Teo­do­zja wes­tchnę­ła za­lot­nie: była to za­lot­ność uni­wer­sal­na, pa­so­wa­ła do każ­de­go; prze­su­nię­cie w bar­wie gło­su zmie­nia­ło ją do­wol­nie na szy­der­stwo, kor­dial­ność albo so­lid­ną pro­po­zy­cję ero­tycz­ną. - Po pro­stu zo­ba­czy­my się u pani Stoll. Mó­wi­ła, że bę­dzie­cie.

Se­kre­tar­ka wy­szła ci­cho z ga­bi­ne­tu. - Dzień do­bry, pani - uśmiech­nę­ła się do Teo­do­zji. - Ko­cha­nie - roz­pro­mie­ni­ła się Teo­do­zja - dla­cze­go taka mi­zer­na? Za­pra­co­wa­ne bie­dac­two... - Uśmiech se­kre­tar­ki skrzy­wił się nie­co: tro­skli­wość Teo­do­zji była dla niej za­szczy­tem, uwa­gi na te­mat wy­glą­du mo­bi­li­zo­wa­ły na­tu­ral­ną wro­gość; w po­ko­ju znaj­do­wał się męż­czy­zna, nie za­le­ża­ło jej na nim zu­peł­nie, ale był.

- Pan mi­ni­ster - za­czę­ła se­kre­tar­ka ostroż­nie - prze­pra­sza pana re­dak­to­ra, ale oba­wia się...

Co się bar­dziej opła­ca? - my­ślał An­drzej. - Ob­ra­zić się czy oka­zać do­bro­dusz­ną wy­ro­zu­mia­łość? Mi­ni­ster nie był ani po­li­ty­kiem, ani ar­ty­stą, ani czło­wie­kiem z to­wa­rzy­stwa, lecz dy­gni­ta­rzem, urzęd­ni­kiem, któ­re­go nie spo­ty­ka się pry­wat­nie. - Ro­zu­miem - prze­rwał se­kre­tar­ce z przy­ja­znym gry­ma­sem. - Nie ma o czym mó­wić. Po pro­stu wpa­dłem nie­umó­wio­ny.

- Pan mi­ni­ster prze­pra­sza i pro­po­nu­je... - se­kre­tar­ka usi­ło­wa­ła po­wie­dzieć do­kład­nie, co mia­ła na­ka­za­ne: była zna­ko­mi­tą se­kre­tar­ką i wie­dzia­ła, że świat sto­sun­ków jest nie­prze­nik­nio­ny, wy­my­ka się wszel­kie­mu po­zna­niu, ście­ra­ją się w nim cha­otycz­nie siły naj­bar­dziej nie­opa­no­wa­ne­go przy­pad­ku. - Ależ nie ma o czym mó­wić - prze­rwał An­drzej i wy­cią­gnął do niej rękę, po­da­ła mu swo­ją z le­d­wie za­uwa­żal­ną uni­żo­no­ścią. An­drzej trzy­mał jej dłoń o uła­mek se­kun­dy dłu­żej w swo­jej: nie uczy­ni­ło jed­nak to na niej wra­że­nia, a przy­najm­niej ni­czym nie dała po­znać, że ode­bra­ła sy­gnał. - Za­te­le­fo­nu­ję - rzekł An­drzej - i umó­wię się. Czy pani tu za­wsze urzę­du­je? - Zmie­nia mnie ko­le­żan­ka - po­wie­dzia­ła se­kre­tar­ka - ale ją uprze­dzę. Nie bę­dzie pan miał żad­nych trud­no­ści, pa­nie re­dak­to­rze.

- Może pani po­zwo­li - rze­kła se­kre­tar­ka do Teo­do­zji.

Uchy­li­ła wy­pol­ste­ro­wa­ne drzwi. - Pa - ski­nę­ła Teo­do­zja An­drze­jo­wi. - Tym­cza­sem - od­parł An­drzej. - Do wi­dze­nia. - I wy­szedł. Teo­do­zja szyb­kim ru­chem zrzu­ci­ła na krze­sło płaszcz z de­li­kat­nej skó­ry śmie­tan­ko­we­go ko­lo­ru, po­pra­wi­ła wło­sy i roz­ło­ży­ła ra­mio­na ru­chem ta­necz­nym, a tak­że nie­co ru­basz­nym, lecz bez nad­mier­nej po­ufa­ło­ści. - Ko­cha­ny! - za­wo­ła­ła w głąb ga­bi­ne­tu. - Nie wi­dzie­li­śmy się od wie­ków! Po­nad dwa dni, czyż nie?... - We­szła lek­kim kro­kiem do środ­ka.

Se­kre­tar­ka za­mknę­ła za nią ci­cho drzwi i po­de­szła do krze­sła, na któ­rym le­żał płaszcz. Dłu­go ba­da­ła koń­ca­mi pal­ców wraż­li­wą mięk­kość skó­ry, gła­dząc jej chłod­ną po­wierzch­nię, po czym wło­ży­ła płaszcz i przej­rza­ła się do­kład­nie w szy­bie otwar­te­go okna, opar­tej o ciem­ną szto­rę.

3.

W miesz­ka­niu pa­no­wał nie­ład: ku­rze nie­ście­ra­ne od mie­się­cy, ścia­ny i me­ble po­kry­te war­szaw­skim wszę­dzie prze­ni­ka­ją­cym py­łem, roz­rzu­co­ne wa­liz­ki, bie­li­zna i przy­bo­ry to­a­le­to­we.

An­drzej krę­cił się nie­zde­cy­do­wa­nie, wresz­cie wy­brał od­le­głą pół­kę w sza­fie ścien­nej i po­ło­żył tam książ­kę. Usi­ło­wał od­wie­sić płaszcz, lecz wszę­dzie było brud­no, wo­bec tego rzu­cił go na krze­sło. Fo­tel, na któ­rym chciał usiąść, aby przej­rzeć stos pocz­ty, był tak za­ku­rzo­ny, że do­tyk jego po­rę­czy po­kry­wał ręce war­stwą bru­du. Sta­nął więc przy oknie, dość bez­rad­nie. Lu­bił to miej­sce: ma­szy­na do pi­sa­nia sta­ła na biur­ku, w głę­bi po­ko­ju, za­zwy­czaj scho­dził parę kro­ków przez dy­wan ku oknu, o sto­pień ni­żej, w okien­ną wnę­kę, i opie­rał łok­cie o pa­ra­pet. Wra­cał za­wsze do tego miesz­ka­nia z uczu­ciem czło­wie­ka wzru­sza­ją­ce­go się je­dze­niem ulu­bio­nej po­tra­wy. Z okna wi­dać było prze­ciw­le­gły brzeg Wi­sły, as­fal­to­wą jezd­nię bul­wa­ru, nad nią drze­wa Ogro­du Zoo­lo­gicz­ne­go, nad nimi ogrom­ną kon­struk­cję neo­no­wych li­ter: ZOO; z le­wej ro­sły punk­tow­ce Pra­gi II. My­ślał nie­chęt­nie: Nowa pod­ło­ga ze Szwaj­ca­rii wy­ma­ga cze­goś lep­sze­go niż to miesz­ka­nie. Paw­ła nie moż­na w nie­skoń­czo­ność trzy­mać w Gdań­sku, dwa po­ko­je z kuch­nią to tro­chę za mało dla trzech osób i po­mo­cy do­mo­wej.

Spu­ścił wie­ko roz­ło­ży­stej se­kre­ta­ry i po­ło­żył na­rę­cze ko­pert, li­stów i dru­ków; po tej czyn­no­ści wi­zy­ta w ła­zien­ce sta­ła się nie­unik­nio­na. Żół­te i czar­ne ścia­ny ła­zien­ki, po­kry­te far­bą emul­syj­ną, spro­wa­dzo­ną w ze­szłym roku z Ho­lan­dii, wy­da­ły mu się ob­la­złe i wy­le­nia­łe, w wan­nie peł­no było sa­dzy. Z od­krę­co­ne­go kur­ka po­to­czy­ło się parę kro­pel że­liw­nej wody, po czym rury umil­kły i tro­chę bru­nat­ne­go szla­mu ze­bra­ło się na dnie umy­wal­ni. W tym kra­ju - po­my­ślał - ka­na­li­za­cja ma ży­cie wła­sne, nie­za­leż­ne od woli czło­wie­ka...

Prze­cho­dząc obok te­le­fo­nu wy­krę­cił nu­mer, sły­chać było łą­cze­nie, lecz po dru­giej stro­nie nikt się nie mel­do­wał. Co się dzie­je z tą idiot­ką? - po­my­ślał z roz­draż­nie­niem. Wy­krę­cił nowy nu­mer.

- Halo? - roz­legł się głos le­ni­wy i znu­dzo­ny. - Czy to ad­mi­ni­stra­cja? - spy­tał An­drzej. - Zga­dza się. Co jest? - U nas nie ma wody - rzekł An­drzej układ­nie. - A kto mówi? - głos oka­zał po­gar­dę dla no­wi­ny. - Fe­lak - rzekł An­drzej i po­czuł się pew­niej, jak za­wsze gdy zry­wał z ano­ni­mo­wo­ścią. - Aaa, re­dak­tor Fe­lak - głos prze­ja­wił ce­chy ura­do­wa­nia. - Do­brze, że pan dzwo­ni. Wła­śnie skie­ro­wa­li­śmy pań­ską spra­wę do sądu. - Moją? - zdzi­wił się An­drzej. - A to dla­cze­go? - He, he, he, pa­nie re­dak­to­rze, nie pła­ci pan je­de­na­ście mie­się­cy ko­mor­ne­go i pyta pan dla­cze­go... - Zo­sta­wi­łem pi­smo w ad­mi­ni­stra­cji, za­po­wia­da­ją­ce mój wy­jazd służ­bo­wy. Czy jest kie­row­nik Ko­py­ciń­ski? - Nie ma - od­parł głos bez­tro­sko - i już nie bę­dzie. Aresz­to­wa­ny. Jest nowy kie­row­nik. - Czy to zna­czy, że nowy kie­row­nik nie za­ła­twia sta­rych spraw? - Nie znam się na tym - głos ochłódł wy­raź­nie. - Kie­row­nik ma pra­wo nie wie­dzieć, co pan za­ła­twiał ze sta­rym kie­row­ni­kiem. Za­rząd Go­spo­dar­ki Miesz­ka­nio­wej wier­cił mu dziu­rę w brzu­chu, po­dał do sądu i ma spo­kój. - Niech mu pan po­wie - rzekł An­drzej - że jak nie wy­co­fa na­tych­miast skar­gi, to gorz­ko tego po­ża­łu­je. I wy wszy­scy. Co z wodą? - Nie moja rzecz - głos ob­ra­ził się. - Ja je­stem od in­ka­sa. Od wody są hy­drau­li­cy. - An­drzej po­ło­żył słu­chaw­kę bez sło­wa.

Roz­legł się od­głos klu­cza w zam­ku i we­szła Elż­bie­ta. - Nie ma wody - po­wie­dział An­drzej.

- Woda jest - rze­kła Elż­bie­ta. - Rano, jak wy­sze­dłeś, za­czę­ła się na­gle lać ze wszyst­kich kur­ków. Do­zor­ca za­krę­cił coś w kuch­ni.

An­drzej zna­lazł pod zle­wem okrą­głe, ostre kół­ko i zra­nił so­bie od razu pa­lec. Po czym roz­legł się do­no­śny szum i w ca­łym miesz­ka­niu po­pły­nę­ła wart­ko woda z kur­ków. Umył szyb­ko ręce i rzu­cił się do za­krę­ca­nia.

W po­ko­ju Elż­bie­ta sta­ła nad otwar­tą szu­fla­dą ko­mo­dy imi­tu­ją­cej styl bie­der­may­er. - Przy­nio­słam rano pocz­tę - po­wie­dzia­ła spo­koj­nym gło­sem, za­cie­ra­jąc le­ciut­ko kon­tu­ry słów. - Aha... i to było jesz­cze dziś w skrzyn­ce.

Po­da­ła An­drze­jo­wi dużą ko­per­tę, z któ­rej wy­jął bia­ły kar­to­nik, po­kry­ty wy­kwint­nym dru­kiem: pod tło­czo­nym her­bem wid­nia­ło za­wia­do­mie­nie o przy­jem­no­ści, ja­kiej do­zna am­ba­sa­dor Fran­cji, je­śli bę­dzie miał oka­zję ucie­szyć się to­wa­rzy­stwem re­dak­to­ra An­drze­ja Fe­la­ka wraz z mał­żon­ką na przy­ję­ciu o cha­rak­te­rze kok­taj­lo­wym. - Nie dają czło­wie­ko­wi spo­ko­ju - po­wie­dział. - Już na kok­tajl.

- Co ty po­wiesz? - zdzi­wi­ła się uprzej­mie Elż­bie­ta; wie­dzia­ła, rzecz ja­sna, co za­wie­ra­ła nie­za­pie­czę­to­wa­na ko­per­ta. Kok­tajl sta­no­wił oko­licz­ność sprzy­ja­ją­cą, Elż­bie­ta uwa­ża­ła, że trze­ba szyb­ko po­ka­zać to, co się ma do po­ka­za­nia po przy­jeź­dzie z Pa­ry­ża: na­le­ża­ło być pierw­szą na ryn­ku osią­gnięć, to li­czy­ło się w ży­ciu, po­dziw i za­zdrość in­nych da­wa­ły ci­che uko­je­nie ser­cu.

An­drzej grze­bał w na­rę­czu pocz­ty. - By­łem u Ste­fa­nii - po­wie­dział.

- Zgo­dzi­ła się?

- Zgo­dzi­ła.

- Świet­nie - Elż­bie­ta po­de­szła do An­drze­ja i po­gła­dzi­ła go po po­licz­ku. - Ję­dru­siu, uwierz swo­jej głu­piej żo­nie. Tak jest le­piej. Za­le­d­wie za­pła­cisz cło za sa­mo­chód, we­zwą cię do urzę­du skar­bo­we­go, gdzie dłu­go i wy­czer­pu­ją­co bę­dziesz tłu­ma­czył, skąd wzią­łeś pie­nią­dze na jego kup­no.

- To samo cze­ka Ste­fa­nię.

- Już ty się o nią nie martw. Wie, że za­pła­cisz za nią po­da­tek. I do­ło­żysz za fa­ty­gę.

- Bę­dzie mu­sia­ła zło­żyć wy­ja­śnie­nia, skąd ta pod­ło­ga.

- Le­piej, że ona skła­mie, niż że­byś ty po­wie­dział praw­dę. Po­wie, że przy­słał jej Char­lie Cha­plin. Jest z nim spo­krew­nio­na lub był jej ko­chan­kiem w Hisz­pa­nii pod­czas woj­ny do­mo­wej.

- Moja dro­ga - An­drzej wzru­szył ra­mio­na­mi - te­raz jest in­a­czej. Do­ga­nia­my ka­pi­ta­lizm. Kie­row­nic­two wi­dzi chęt­nie ogól­ny pęd do ni­we­la­cji róż­nic mię­dzy nami a za­cho­dem. Każ­dy na swój spo­sób: je­den ku­pu­je mo­to­cykl mar­ki Ju­nak, inny pod­ło­gę z two­rzyw sztucz­nych. W tym nie ma nic zdroż­ne­go. Wszy­scy ulep­sza­ją swe ży­cie po­wsze­dnie, wzbo­ga­ca­ją sie­bie oraz łącz­ną sumę dóbr użyt­ko­wych kra­ju...

- Ko­cha­nie, niech inni wzbo­ga­ca­ją się na oczach ogó­łu. Ty wzbo­ga­caj się tak, żeby tego nikt nie wi­dział.

- Wy­star­czy spoj­rzeć na cie­bie - uśmiech­nął się krzy­wo.

- Do­brze ubra­na żona jest świa­dec­twem two­jej po­zy­cji - uśmiech­nę­ła się nie­ustę­pli­wie. - A pod­ło­ga z dłu­gim wło­sem to fa­na­be­ria. Wca­le nie je­stem pew­na, czy się spodo­ba róż­nym lu­dziom, mimo że ty wiesz le­piej, cze­go dziś kie­row­nic­two chce.

- Nie przy­pusz­czam, żeby pod­ło­ga mo­gła mi zruj­no­wać opi­nię.

- To się oka­że. Róż­ni lu­dzie zaj­mu­ją się tyl­ko roz­mo­wa­mi o tym, co kto ma i ile. Nie są groź­ni ci, któ­rzy dep­czą u nas tę pod­ło­gę, lecz ci, któ­rzy o niej mó­wią. Te po­ga­węd­ki za­czy­na­ją się już w urzę­dzie skar­bo­wym.

An­drzej za­pa­lił pa­pie­ro­sa i mil­czał. - Roz­trzą­sa­nia te trze­ba uciąć z miej­sca, od razu - po­wie­dział. - Za­ro­bi­łem, ku­pi­łem i już. Ko­niec. Mam pra­wo za za­ro­bio­ne pie­nią­dze ku­pić, co chcę.

- Co ty po­wiesz? - zdzi­wi­ła się Elż­bie­ta. - Za­ro­bi­łeś aż tyle, że ci star­czy­ło na po­byt tam, sa­mo­chód i tę cho­ler­ną pod­ło­gę? No, to za­raz spraw­dzi­my, czy wszyst­ko się zga­dza... tak po­wie­dzą in­spek­to­rzy po­dat­ko­wi. Nie miej ich za głup­szych, niż są. Chy­ba że... - Elż­bie­ta za­wa­ha­ła się i spoj­rza­ła ostro, bez­li­to­śnie na An­drze­ja.

- Chy­ba że co? - twarz An­drze­ja wy­ra­ża­ła obo­jęt­ność za wszel­ką cenę.

- Chy­ba - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta chłod­no - że opo­wiesz o tej for­sie, któ­rą do­sta­łeś od Szwaj­ca­rów za ko­rek­tu­ry agen­cyj­ne...

Twarz An­drze­ja zmarsz­czy­ła się. - Tak, krzycz o tym na całe mia­sto, idiot­ko! - rzekł ci­cho, zwil­ża­jąc raz po raz war­gi. - Naj­le­piej leć do Ban­ku Na­ro­do­we­go i po­proś, żeby ob­li­czy­li, ile za­ro­bi­łem! Żeby za­żą­da­li wy­rów­na­nia, po któ­rym już w ży­ciu nie pod­nie­sie­my się...

- Czy ty tro­chę nie prze­sa­dzasz, Ję­dru­siu? - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta. - Czy nie za­wo­dzą się ner­wy? Osta­tecz­nie, je­ste­śmy sami w miesz­ka­niu, je­śli nie li­czyć pa­ją­ków. Mąż i żona, jed­na du­sza w dwóch cia­łach, czyż nie?

Nie... - po­my­ślał An­drzej. - Wca­le nie... - Ko­cha­nie - rzekł po­wo­li - mu­si­my pa­mię­tać o przy­szło­ści. Nie mo­że­my być za­wsze za­leż­ni od za­faj­da­nych diet, wy­rwa­nych Pra­sie z gar­dła, od tych paru nędz­nych do­la­rów na po­dróż i ho­tel.

- Oczy­wi­ście - zgo­dzi­ła się Elż­bie­ta. - I dla­te­go le­piej bę­dzie, jak na­bę­dziesz tę pod­ło­gę tu, na miej­scu. Od nie­ja­kiej Ste­fa­nii, któ­ra otrzy­ma­ła ją ze Szwaj­ca­rii.

- Za­kła­da­jąc, że dana Ste­fa­nia nig­dy nie ujaw­ni tego ma­łe­go ko­ło­wrot­ku.

- Prze­cież to twój czło­wiek. Wier­ny i od­da­ny. - To była praw­da, a przy­najm­niej An­drzej chciał, żeby to była praw­da, wo­bec tego nic już nie mógł po­wie­dzieć. Elż­bie­ta od­wró­ci­ła się do nie­go i uśmiech­nę­ła: usta jej roz­chy­la­ły się okrą­gło w uśmie­chu, gię­ły de­li­kat­nie i mięk­ko, uka­zu­jąc nie­zbyt rów­ne, nie­co krót­kie zęby, pod­bró­dek sta­wał się peł­ny, dzie­cin­nie cięż­ki; ten po­god­ny uśmiech bu­dził nie­gdyś w An­drze­ju tkli­wość. - Dzwo­ni­ła pani Stoll - po­wie­dzia­ła. - Pój­dzie­my? - Sta­ra snob­ko - po­wie­dział czu­le. - Jak­byś mo­gła po­mi­nąć taką oka­zję...

- Co z książ­ką? - spy­ta­ła.

- Go­to­wa. Nie­ba­wem uka­że się w skle­pach.

Wy­cią­gnę­ła rękę po ko­le­żeń­sku, ser­decz­nie. - Win­szu­ję. Moje gra­tu­la­cje... A jak w re­dak­cji?

- For­sy mniej, niż się spo­dzie­wa­li­śmy. Na rękę do­sta­łem tyl­ko dzie­sięć ty­się­cy.

- Mat­ko świę­ta... - wes­tchnę­ła Elż­bie­ta. - Za książ­kę wzię­li­śmy już wszyst­ko. Jak my so­bie damy radę?

- Nie wiem - wes­tchnął An­drzej. - Mu­szę pi­sać.

- Kie­dy po­je­dzie­my po dziec­ko?

- Mu­szę się wresz­cie wziąć do ro­bo­ty - po­wtó­rzył. - To naj­pew­niej­szy spo­sób za­ro­bie­nia pie­nię­dzy.

- Co z dziec­kiem? - spy­ta­ła kłó­tli­wie.

Te­raz na­le­ża­ło ustą­pić od razu lub przy­jąć wal­kę. - Nie będę się od­ry­wał od na­gro­ma­dzo­ne­go z ta­kim tru­dem ma­te­ria­łu - po­wie­dział. - Nie rzu­cę pra­cy, nie­za­ła­twio­nej spra­wy auta, nie­za­pła­co­nych dłu­gów dla bzdur­ne­go kon­we­nan­su. Po­je­dziesz sama.

- Do­brze - zgo­dzi­ła się zim­no. - Cho­ciaż uwa­żam to za świń­stwo. Zresz­tą... czy­taj - wy­ję­ła z to­reb­ki list i po­da­ła An­drze­jo­wi.

An­drzej nie wy­cią­gnął ręki. - Opo­wiedz wła­sny­mi sło­wa­mi - rzekł.

- Po­dob­no Pa­weł za­cho­wu­je się aro­ganc­ko w szko­le i w domu. Pysz­ni się, że ma ro­dzi­ców za gra­ni­cą. Kłu­je w oczy swym oj­cem, sław­nym re­dak­to­rem, i od­no­si się do in­nych dzie­ci z po­gar­dą. Ostat­nio gro­ził na­uczy­ciel­ce, że jak mu się spodo­ba, to po­pro­si ta­tu­sia, żeby ją wy­rzu­ci­li z po­sa­dy, bo ta­tuś może w War­sza­wie wszyst­ko za­ła­twić. Co ty na to?

- Nic - po­wie­dział An­drzej obo­jęt­nie. Nie we mnie się wro­dził... - po­my­ślał za­wzię­cie. - Nie­zu­peł­nie wie­rzę w to, co pi­sze two­ja mat­ka. Zbyt do­brze ją znam.

- Nie wia­do­mo - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta - co w to­bie bar­dziej po­dzi­wiać? Głu­po­tę czy brak wy­cho­wa­nia?

Za­raz usły­szę o mym po­cho­dze­niu... - po­my­ślał An­drzej ze znu­że­niem - mogę jej to zresz­tą uła­twić. - Prze­cież za­wie­ziesz im pre­zen­ty - rzekł swo­bod­nie. - Na pew­no będą z nich bar­dzo za­do­wo­le­ni.

Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza. - Mam na­dzie­ję - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta - że po­my­śla­łeś już o pie­nią­dzach dla wuja Raj­mun­da?

Było to ude­rze­nie nie­ocze­ki­wa­ne i moc­ne. - Moje głów­ne zmar­twie­nie - mruk­nął An­drzej. - Nie chciał­bym, żeby wuj Raj­mund źle so­bie o mnie po­my­ślał.

- I tak so­bie o to­bie źle my­śli - uśmiech­nę­ła się Elż­bie­ta po­god­nie. - Tym się nie przej­muj. Waż­ne jest, co uczy­ni, gdy od­wle­czesz mu w nie­skoń­czo­ność zwrot tej po­życz­ki. Jak za­cznie roz­ra­biać, plot­ka roz­nie­sie się i cała kom­bi­na­cja na nic. Dro­ga z lon­dyń­skie­go klu­bu Ogni­sko do war­szaw­skich władz fi­nan­so­wych jest krót­sza, niż się na po­zór wy­da­je.

Mia­ła ra­cję i An­drzej o tym wie­dział. Elż­bie­ta nie zna­ła do­kład­nie prze­bie­gu per­trak­ta­cji. "Dla­cze­go mam ci po­móc? - py­tał wuj Raj­mund z szy­der­czym uśmiesz­kiem pod pło­wym wą­sem - czy dla­te­go, że słu­żysz ko­mu­ni­stom? Że ro­bisz wszyst­ko, cze­go od cie­bie żą­da­ją?". Do­wiódł mu, że wła­śnie dla­te­go. "W ten spo­sób masz mnie w ręku", po­wie­dział bra­wu­ro­wo i ta bra­wu­ra zo­bo­wią­zy­wa­ła ich oby­dwu, tyl­ko że An­drze­jo­wi ser­ce wa­li­ło jak źle pod­łą­czo­ny młot pneu­ma­tycz­ny, wuj Raj­mund zaś zda­wał się roz­ba­wio­ny. "Za­wsze mo­żesz zde­ma­sko­wać moje wa­lu­to­we ma­chloj­ki i po­grze­bać mnie, słu­gu­sa ko­mu­ni­stów, ty, uczci­wy, pol­ski pa­trio­ta!". Oka­za­ło się że wuj Raj­mund ba­wił się do­sko­na­le. "Prze­cież w Pol­sce nie wol­no mieć sa­mo­cho­dów, nie? Jest źle wi­dzia­ne przez wa­sze wła­dze?". An­drzej ode­tchnął z ulgą: te­raz miał go, ryba po­łknę­ła ha­czyk. "Tym bar­dziej po­wi­nie­neś cie­szyć się, że so­bie ku­pu­ję... To mnie wy­koń­czy w oczach to­wa­rzy­szy par­tyj­nych i rzą­do­wych!". Wuj Raj­mund wes­tchnął i rzekł: "Do­brze. Je­dy­ne, co mnie cie­szy, to fakt, że w ten spo­sób wy­pom­pu­ję z kra­ju tro­chę do­brych do­la­rów...".

- I tak cud się stał, że go na­mó­wi­łeś - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta, w oczach jej mi­go­ta­ło uzna­nie.

An­drzej za­pa­lił pa­pie­ro­sa, zbli­żył się do Elż­bie­ty i dmuch­nął jej żar­to­bli­wie dy­mem w twarz, po czym za­raz po­ca­ło­wał w po­li­czek. - Bro­nił się jak lew - po­wie­dział.

- Co te­raz zro­bisz?

- La­ver­tis­se i Groh­mann prze­ka­żą mu de­wi­zy. Mu­szę tyl­ko bar­dzo szyb­ko im tu za­pła­cić w zło­tych.

- Po co im pol­skie pie­nią­dze?

- Na dziw­ki.

Elż­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­wie­dzia­ła: - Nie do wia­ry... - Słu­chaj - do­da­ła - mam na­dzie­ję, że po­my­śla­łeś o paru ty­sią­cach dla mnie?

- Na co? - An­drzej usiadł w fo­te­lu, po­ło­żył so­bie stos li­stów na ko­la­nach i wer­to­wał je po­wo­li.

- Na wy­jazd do Kry­ni­cy. Je­stem zmę­czo­na tym nie­ustan­nym krę­ce­niem się po Eu­ro­pie. No i mu­szę wresz­cie za­cząć le­cze­nie, nie?

- Tak - rzekł nie­chęt­nie. - Mu­sisz. To fakt. - Wstał, za­pa­lił no­we­go pa­pie­ro­sa i pod­szedł do okna: na­le­ża­ło szyb­ko kon­stru­ować prze­ko­nu­ją­ce nie­za­do­wo­le­nie. - Czy­li że mam zo­stać sam z Paw­łem, pra­co­wać i opie­ko­wać się dziec­kiem. Stać w ko­lej­ce po ma­sło i szyn­kę i rów­no­cze­śnie ro­bić dal­szą ka­rie­rę. Czy tak?

- Przyj­mie­my słu­żą­cą. - Elż­bie­ta usia­dła w opusz­czo­nym przez An­drze­ja fo­te­lu i za­głę­bi­ła się w roz­plą­ty­wa­niu srebr­ne­go łań­cusz­ka.

- Zro­bi­my in­a­czej. Za­bie­rzesz Paw­ła do Kry­ni­cy. Przy­da mu się tro­chę gór­skie­go po­wie­trza po nad­mor­skiej wil­go­ci.

- Wy­klu­czo­ne. Mu­szę wy­po­cząć. - Elż­bie­ta przy­twier­dza­ła łań­cu­szek do okrą­głe­go ze­gar­ka, sta­re­go i srebr­ne­go, z od­ska­ku­ją­cym wiecz­kiem: ta­kie ze­gar­ki no­si­ły na ob­fi­tych biu­stach damy II Ce­sar­stwa. Pro­wa­dzi­ła grę przej­rzy­stą i bez­względ­ną: mały żan­darm, do­no­si­ciel i za­wa­li­dro­ga, miał mu spa­ra­li­żo­wać wszel­ką swo­bo­dę ru­chów na czas jej nie­ogra­ni­czo­nej wol­no­ści; je­śli się nie zgo­dzi, bę­dzie po pro­stu złym oj­cem. Wsta­ła i za­ło­ży­ła łań­cu­szek na szy­ję: ze­ga­rek wi­siał ni­sko, nie­mal na bio­drach. - Ład­nie? - spy­ta­ła rze­czo­wo.

- Zna­ko­mi­cie - rzekł An­drzej. - Kie­dy je­dziesz do Gdań­ska? Bar­dzo się za nim stę­sk­ni­łem. - Mięk­ka po­jed­naw­czość chro­ni­ła nie­co przed jej ta­len­tem osa­cza­nia.

- Po kok­taj­lu u Fran­cu­zów.

Twarz An­drze­ja zła­god­nia­ła, ma­lo­wał się na niej przy­mil­ny spo­kój. Co z Te­re­są? - po­my­ślał nie bez tro­ski. - Gdzie ona się włó­czy? - W grun­cie rze­czy je­steś nie­oce­nio­na - po­wie­dział.

- Praw­da? - od­par­ła Elż­bie­ta i unio­sła ku nie­mu twarz. Było coś w Elż­bie­cie, w jej chę­ciach, od­ru­chach, za­mia­rach, oso­bie, twa­rzy, co obez­wład­nia­ło An­drze­ja mimo wszel­kich jego prze­wag. Ta twarz szczu­pła i krą­gła, o uwy­dat­nio­nych szczy­tach po­licz­ków, nie­rów­no osa­dzo­nym, mięk­kim no­sie pod wy­so­kim czo­łem i dość ubo­gi­mi wło­sa­mi, wy­glą­da­ła nie­usta­ją­co in­a­czej: wy­star­czy­ło spoj­rzeć na nią z jed­nej, a po­tem z dru­giej stro­ny, by to stwier­dzić. I cią­gle jesz­cze wy­star­czy­ło An­drze­jo­wi za­wie­sić na niej wzrok o kil­ka­na­ście se­kund dłu­żej, aby prze­siąk­nąć po­żą­da­niem, być może już nie­zbyt do­tkli­wym. Co w niej wi­dzą męż­czyź­ni? - za­sta­na­wiał się nie­raz. - Dla­cze­go wiecz­nie wo­kół niej krą­żą, przy­mie­rza­ją się, le­pią? Prze­cież nie jest ani cu­dem świe­żo­ści i kształ­tów z "Vo­gue'a", ani pło­mie­niem na­mięt­no­ści. Prze­cież jest pu­sta i nud­na... Wie­dział aż za do­brze, w jaki spo­sób osią­ga się efekt her­me­ty­zmu za po­mo­cą obo­jęt­no­ści i umie­jęt­nej sty­li­za­cji ba­na­łu; lecz pa­trząc na jej nie­wy­so­ką, szczu­płą syl­wet­kę o ni­kłych pier­siach, wą­skich bio­drach i po­ślad­kach, o drob­nych udach i łyd­kach, ro­zu­miał, jak da­le­ce wie­dza ta jest po­zo­rem. Miał wte­dy przed sobą od­sło­nię­ty sche­ma­cik po­tę­gi ro­dzą­cej się z prze­mia­łu ma­te­rii w ener­gię: jak­że nie­waż­ny wy­da­wał się fakt, że ma­te­rii było nie­wie­le, re­kom­pen­so­wa­ła bra­ki dzia­ła­niem. Pierw­szy od­krył to Mi­ko­łaj, An­drzej zaś wie­rzył Mi­ko­ła­jo­wi in­stynk­tow­nie, acz­kol­wiek był­by zdu­mio­ny i obu­rzo­ny, gdy­by ktoś po­wie­dział, że mu wie­rzy- całe swe ży­cie był prze­ko­na­ny, że nie przy­wią­zu­je naj­mniej­szej wagi do jego są­dów ani słów. "Elż­bie­ta - mó­wił nie­gdyś Mi­ko­łaj - sprze­da­je sie­bie nie­ustan­nie, bez chwi­li prze­rwy na sen lub je­dze­nie. Jest jak ge­nial­nie skon­stru­owa­ny apa­rat do wy­dzie­la­nia ko­bie­co­ści, któ­re­go pre­cy­zyj­ny werk krę­ci się na za­sa­dzie per­pe­tu­um mo­bi­le. To nic, że apa­rat wy­ko­na­ny jest z li­che­go ma­te­ria­łu, obu­do­wa na nim tan­det­na, prze­wo­dy i złą­cza z na­mia­stek, cien­kie i wą­tłe. Ale funk­cjo­nu­je. Bez ustan­ku drga, ru­sza się, ocie­ra, wy­pi­na, co może i jak może. Dzia­ła... - Ko­cha­nie - po­wie­dział An­drzej - to szcze­ra praw­da. Cóż uczy­nił­bym bez cie­bie? Od sze­ściu lat... - do­dał z dwu­znacz­ną po­wa­gą.

- Pa­mię­ta­łeś? - Elż­bie­ta się za­ru­mie­ni­ła. Umie się tak mie­szać na za­wo­ła­nie - po­my­ślał An­drzej. - Ju­tro bę­dzie od sze­ściu lat - po­wie­dział - w związ­ku z czym po­zwo­lę so­bie zło­żyć ci coś w da­rze...

Przy­niósł książ­kę i wrę­czył Elż­bie­cie. - Chłop­cze - po­wie­dzia­ła cie­pło - nie przy­zna­łeś się, że już masz eg­zem­plarz... - An­drzej usiadł na fo­te­lu i po­cią­gnął Elż­bie­tę na ko­la­na. - Ser­decz­ne gra­tu­la­cje z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu - rzekł bar­dzo ofi­cjal­nie; wtu­lił twarz w oko­li­ce jej ucha, ca­ło­wał szy­ję i wło­sy. Elż­bie­ta wa­ży­ła w ręku książ­kę: na jej okład­ce wid­niał ty­tuł: Pi­kiel­hau­ba z plek­si­gla­su, ry­su­nek twa­rzy pru­skie­go ofi­ce­ra w mo­no­klu i heł­mie z epo­ki Bi­smarc­ka na tle no­wo­cze­snej ar­chi­tek­tu­ry, oraz na­zwi­sko "An­drzej Jó­zef Fe­lak". Skrzy­wi­ła le­ciut­ko usta: mo­gło to ozna­czać za­rów­no ura­do­wa­nie, jak iro­nię. Pre­zent - my­śla­ła so­bie - dość tani. Wręcz gra­ti­so­wy. Mógł­by się szarp­nąć na pier­ścio­nek z nie­du­żym bry­lan­ci­kiem... An­drzej my­ślał: Jest roz­cza­ro­wa­na. Po tej licz­bie kur­tek za­mszo­wych i szpi­lek od Jo­ur­da­in'a, jaką za­in­ka­so­wa­ła w cza­sie ostat­niej po­dró­ży... - Za­po­mnia­łeś mi za­de­dy­ko­wać ten eg­zem­plarz - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta. - Nie za­po­mnia­łem - rzekł An­drzej: tuż za kar­tą ty­tu­ło­wą, na pu­stej stro­nie, wy­dru­ko­wa­ne były sło­wa: "Elż­bie­cie - mo­jej żo­nie". - Tę książ­kę to­bie po­świę­cam... - uzu­peł­nił żar­to­bli­wie. Ob­ję­ła go obu­rącz za szy­ję, uf­nie i go­rą­co, i przy­tu­li­ła po­li­czek do jego po­licz­ka, dzię­ku­jąc żar­li­wie, jak mała dziew­czyn­ka za naj­więk­szą w ży­ciu lal­kę; po czym po­wo­li po­ca­ło­wa­ła go w usta, dłu­go, nie­co na­tręt­nie, lecz ze znaw­stwem nie­uchron­ne­go skut­ku. My­śla­ła przy tym: To nie obo­jęt­ność ani skąp­stwo ka­za­ło mu dać taki pre­zent, lecz skłon­ność do pod­nio­słych na­stro­jów. Dzię­ki temu wła­śnie zro­bi wiel­ką ka­rie­rę, osią­gnie w ży­ciu mnó­stwo, zaj­dzie wy­so­ko... Będę u jego boku w cza­sie osią­gnięć i ukło­nów ze wszyst­kich stron. Cóż wte­dy zna­czą bry­lan­ty, fu­tra, sza­fy peł­ne su­kien, po­dró­że i ho­te­le w oko­li­cy pla­cu Ven­dôme?... Są na­tu­ral­nym skład­ni­kiem co­dzien­no­ści, nie trze­ba ich na­wet pra­gnąć... Ręka An­drze­ja po­wę­dro­wa­ła wzdłuż ud Elż­bie­ty, unio­sła lek­ko spód­ni­cę. - Rocz­ni­ca? - szep­nę­ła Elż­bie­ta ła­god­nie. - Czy bie­rzesz to aż tak se­rio? - Wła­ści­wie - po­my­ślał An­drzej - będą trud­no­ści z miej­scem. Wszę­dzie peł­no ku­rzu, brud­no... Chy­ba że w sy­pial­ni. Ale... czy war­to tasz­czyć się aż do sy­pial­ni? Za­mi­go­ta­ło mu na­raz zu­peł­nie coś in­ne­go w wy­obraź­ni, inna chęć, inne do­zna­nie. - Prze­pra­szam - rzekł sztyw­no. - Czy masz mi to aż tak za złe? - Jak­że na rękę był mu ten cień opo­ru: moż­na się było ob­ra­zić, wy­co­fać się. - Skąd­że zno­wu... - Elż­bie­ta była już w peł­ni sobą. - Masz do tego wszel­kie pra­wa - po­wie­dzia­ła. Chwi­lę mil­cze­li, przy­le­ga­jąc do sie­bie bez żad­ne­go po­wo­du ani uza­sad­nie­nia.

4.

An­drzej wią­zał kra­wat przed lu­strem w sy­pial­ni. Wóz daje moż­li­wo­ści... - my­ślał ze zło­ścią. - Trze­ba go grzać, moż­na sko­czyć po ben­zy­nę. A tak, bez wozu... Elż­bie­ta sta­nę­ła w drzwiach: była w sa­mej kom­bi­na­cji, czar­nej, bar­dzo krót­kiej; twarz mia­ła bla­dą i świe­żą, po my­ciu, lecz przed ma­ki­ja­żem. Po­de­szła do An­drze­ja i po­gła­dzi­ła dłoń­mi kla­py ma­ry­nar­ki. - Świet­nie wy­glą­dasz - po­wie­dzia­ła. - Wła­ści­wie zro­bi­łam z cie­bie czło­wie­ka. - Ujął ją obu­rącz w ta­lii i po­ca­ło­wał w oczy. Znów na­szło go zby­tecz­ne po­żą­da­nie. Za­wsze mam na nią naj­więk­szą ocho­tę - my­ślał z upodo­ba­niem - tuż przed spo­tka­niem z inną. - Za­raz będę go­to­wa - od­par­ła i na­le­ża­ło jej wie­rzyć, była spraw­na, go­spo­dar­na i nie spóź­nia­ła się nig­dy. - Może zej­dę po tak­sów­kę? - spy­tał nie­pew­nie. - Oczy­wi­ście - za­wo­ła­ła z ła­zien­ki - idź. Za­raz będę na dole. - Wy­zna­wa­ła za­sa­dę, że trze­ba uła­twiać małe, przej­rzy­ste pod­stę­py, aby nie zmu­szać prze­ciw­ni­ka do po­szu­ki­wań trud­niej­szych do prze­nik­nię­cia.

Ry­nek Sta­re­go Mia­sta był oży­wio­ny, choć ciem­na­wy, pe­łen aut, tu­ry­stów i po­bla­sków zło­ceń ze szczy­tów ka­mie­nic. Na pocz­tę czy do Kro­ko­dy­la? - sku­pił się przed istot­ną de­cy­zją. Pro­blem wy­ła­niał się za­wsze w nie­zmien­nym kształ­cie: re­dak­tor Fe­lak nie miał po­wo­du po­słu­gi­wać się ani ka­wiar­nia­nym au­to­ma­tem, ani ka­bi­ną w urzę­dzie pocz­to­wym na rogu, miesz­kał tuż obok i na pew­no ma te­le­fon w domu. Kiosk te­le­fo­nicz­ny w Kro­ko­dy­lu był po­nad­to oszklo­ny, eks­po­no­wał roz­ma­wia­ją­ce­go jak pi­ja­ka na środ­ku jezd­ni, a ka­bi­ny na po­czcie sta­le za­ję­te. Po­zo­sta­wał jesz­cze au­to­mat w ka­wiar­ni przy Ka­mien­nych Schod­kach, lecz wi­siał na ścia­nie, tuż obok sto­li­ków wiecz­nie ob­le­pio­nych przez nie­śmia­łych biu­ra­li­stów, pa­lą­cych pa­pie­ro­sy na­prze­ciw nie­śmia­łych ma­ga­zy­nie­rek, któ­rych rand­ki prze­bie­ga­ły pod zna­kiem nie­po­rad­ne­go mil­cze­nia; i jesz­cze te­le­fon w szat­ni na­roż­ne­go domu kul­tu­ry, peł­ne­go wy­staw ma­lar­skich i mod­nych klu­bów w ja­skra­wo po­pstrzo­nych piw­ni­cach, lecz w szat­ni sie­dzia­ła nie­zmien­nie ta sama sta­ra ko­bie­ta i bra­ła udział w każ­dej roz­mo­wie za po­mo­cą po­nu­re­go, ba­wo­le­go spoj­rze­nia. Sa­mo­chód prze­no­sił w cią­gu paru mi­nut na pocz­tę przy Mio­do­wej lub do Klu­bu Li­te­ra­tów, dziś trze­ba było przy­jąć trud­niej­sze roz­wią­za­nie. W kil­ku spiesz­nych kro­kach do­padł pocz­ty i wbiegł na górę. Obie ka­bi­ny były wol­ne. W pierw­szej wrzu­cił pięć­dzie­siąt gro­szy do au­to­ma­tu i za­czął wy­krę­cać nu­mer: w słu­chaw­ce nie usta­wa­ło bu­cze­nie sy­gna­łu, dal­sze krę­ce­nie tar­czy sta­ło się bez­ce­lo­we. Dwa moc­ne ude­rze­nia dło­nią na płask w au­to­mat nie po­pra­wi­ły sy­tu­acji. Dru­ga ka­bi­na była już za­ję­ta i cze­ka­ły przed nią dwie za­no­szą­ce się od śmie­chu dziew­czy­ny w ce­ra­to­wych wia­trów­kach. - Ze­psu­ty? - spy­ta­ła jed­na, kie­dy wy­szedł, pod­czas gdy dru­ga, ko­na­jąc z we­so­ło­ści, usta­wi­ła się ase­ku­ra­cyj­nie przed na­stęp­ną ka­bi­ną. Zbiegł na dół i ru­szył w lewo. Przed Kro­ko­dy­lem na­dział się na krę­pe­go fa­ce­ta w wel­we­to­wych spodniach i czar­nym swe­trze, roz­cią­gnię­tym be­stial­sko przy szyi i wi­szą­cym do ko­lan. - An­drzej - po­wie­dział fa­cet. - Kopę lat. - Jak się masz? - uśmiech­nął się An­drzej zdaw­ko­wo; nie mógł się nie za­trzy­mać, ta­kie były pra­wa dziel­ni­cy. - Co sły­chać? - spy­tał z re­zy­gna­cją. - U mnie? - fa­cet zmarsz­czył ciem­ną, sfał­do­wa­ną twarz, usia­ną naj­róż­niej­szym bru­dem, od wą­grów po ani­li­no­wo-olej­ne plam­ki. - Co może być... Ma­lu­ję bez­na­dziej­nie i do upo­je­nia. Nie wiem po co? - Dla gło­wy - skrzy­wił się An­drzej. - Sły­sza­łem o to­bie na­wet w Pa­ry­żu. - Bar­dzo nie lu­bił sły­szeć o kimś w Pa­ry­żu. - Gów­no sła­wa - rzekł fa­cet i splu­nął na prze­jeż­dża­ją­ce­go mer­ce­de­sa. - Po­trze­bu­ję pie­nię­dzy. Chcę so­bie ku­pić ka­jak z ża­glem. Ale ty, bra­cie, co za roz­głos! Wszyst­kie ga­ze­ty nic, tyl­ko re­dak­tor Fe­lak... Pol­ski Kisch! - Nie od­cze­pi się... - po­my­ślał An­drzej z roz­pa­czą. - Cie­szę się, że cię zno­wu wi­dzę - krzyk­nął. - Pa! - Do­padł wej­ścia do Kro­ko­dy­la w sam czas, by umknąć prą­cej nań ko­bie­cie o po­tęż­nych lę­dź­wiach w blue dżin­sach: nio­sła na­rę­cze bu­te­lek wody mi­ne­ral­nej w siat­ce i wy­dę­ła na jego wi­dok wy­łu­pia­ste oczy z po­wi­tal­nym en­tu­zja­zmem. Za­mknął się w ka­bi­nie, na­krę­cił nu­mer i w słu­chaw­ce roz­legł się nie­mal od razu głos Te­re­sy. - Halo? - spy­ta­ła le­ni­wie i ci­cho.

- Je­śli nie mo­żesz mó­wić, to odłóż słu­chaw­kę - po­wie­dział. - Niby po­mył­ka, ro­zu­miesz?

- Mogę mó­wić - po­wie­dzia­ła wol­no Te­re­sa. - Kie­dyś przy­je­chał?

- Przed­wczo­raj - rzekł osch1e. - Dzwo­ni­łem do cie­bie dwa­dzie­ścia razy. Albo za­ję­te, albo nikt się nie od­zy­wa.

- Te­le­fon u nas tro­chę nie tego... Poza tym co­kol­wiek pra­cu­ję i nie ma mnie w domu.

- Twój mąż w War­sza­wie?

- A jak­że - po­wie­dzia­ła bez­tro­sko.

- Więc jak się skon­tak­tu­je­my? - spie­szył się. - Te­raz nie mam chwi­li.

- Tak się stę­sk­ni­łeś? - w szep­cie Te­re­sy drgał śmiech. - Czyż­byś był za gra­ni­cą z żoną?

- Nie wy­głu­piaj się. Więc jak?

- Za­dzwo­nię do cie­bie ju­tro, do­brze? - I do­da­ła piesz­czo­tli­wie: - Cie­szę się, że już je­steś.

- Nie - stłu­mił głos. - Nie do domu. Po­ju­trze, o je­de­na­stej do re­dak­cji, tak?

- Tak - zgo­dzi­ła się. - Przy­wio­złeś nowy sa­mo­chód?

- Pa - rzekł An­drzej. - Tyl­ko punk­tu­al­nie, sły­szysz?

- Sły­szę - szep­nę­ła. - Pa..

Po dru­giej stro­nie Ryn­ku sta­ła Elż­bie­ta, uwi­kła­na w roz­mo­wę z wy­so­kim męż­czy­zną: była od­wró­co­na i nie mo­gła wi­dzieć, że wy­szedł z Kro­ko­dy­la. - Pa­aan re­dak­tor juuż z wo­ja­żów? - za­chły­snął się wy­so­ki przy po­wi­ta­niu. - Jak pan wi­dzi, pro­fe­so­rze - rzekł An­drzej usłuż­nie: był od­prę­żo­ny, spo­koj­ny, skłon­ny do uprzej­mo­ści. - Je­eesz­cze je­stem do­oocen­tem - rzekł wy­so­ki. - Nie­eeste­ty, nie z mo­oojej wiii­ny.

- Upior­na dziel­ni­ca - rzekł An­drzej, już w tak­sów­ce. - Praw­dzi­we get­to. Wiesz, ilu zna­jo­mych spo­tka­łem, szu­ka­jąc tak­sów­ki? - Elż­bie­ta po­ki­wa­ła gło­wą ze zro­zu­mie­niem. Nie pa­mię­ta­ła, ile wy­sił­ku ich kosz­to­wa­ło, aby tu za­miesz­kać.

5.

- No i jak tam było? - spy­ta­ła pani Stoll.

Sta­ła przed An­drze­jem i Elż­bie­tą we wła­ści­wej so­bie po­sta­wie, zro­śnię­tej z nią jak to, co róż­ni wy­gląd od­chy­lo­ne­go od pio­nu drze­wa od in­nych drzew: dol­na po­ło­wa jej ca­ło­ści, mniej wię­cej do pasa, utrzy­my­wa­ła się pro­sto­pa­dle do pod­ło­gi, gór­na, wraz z po­jem­nym biu­stem i zło­żo­ny­mi pod nim rę­ko­ma, od­gię­ta była do tyłu i jak­by zdaw­ko­wo uśmiech­nię­ta. No­si­ła bi­no­kle, da­wa­ły jej apa­ry­cję su­fra­żyst­ki, zgod­nie z ce­nio­ny­mi ostat­nio ak­ce­so­ria­mi se­ce­sji i lat dwu­dzie­stych. Nie była zresz­tą wca­le cie­ka­wa, jak tam było, gdyż wie­dzia­ła wszyst­ko i za­wsze le­piej.

- Jak w ło­nie cy­wi­li­za­cji - rzekł An­drzej z nie­pew­nym uśmie­chem: uśmie­chał się krzy­wo, gdy chciał bły­snąć uwa­gą mą­drą, cię­tą i bu­dzą­cą ogól­ne uzna­nie; zda­wał so­bie bo­wiem spra­wę, że ode­zwa­nia ta­kie mu­szą być szyb­kie, krót­kie i za­baw­ne, a za­tem ry­zy­kow­ne, a ni­cze­go tak się nie oba­wiał, jak ry­zy­ka.

- Ach... - wes­tchnę­ła pani Stoll: wes­tchnie­nie nie an­ga­żo­wa­ło wy­sił­ku i za­wsze mo­gło o niej do­brze świad­czyć. Zresz­tą nie za­le­ża­ło jej na opi­nii An­drze­ja, mia­ła go w grun­cie rze­czy za pę­ta­ka. Na ogół wszyst­kich mia­ła za pę­ta­ków: była na to dość bo­ga­ta, a po­nad­to bez­błęd­nie usta­wio­na, co zna­czy, że suma jej za­sług, przy­mio­tów i ko­nek­sji prze­wyż­sza­ła w każ­dym ukła­dzie obo­wią­zu­ją­cej sy­tu­acji sumę jej pra­gnień, win i błę­dów. Nie ujaw­nia­ła zresz­tą nig­dy po­gar­dy, któ­rą prze­sią­kła, o lu­dziach mó­wi­ła z uzna­niem, rów­nież o An­drze­ju. Wro­gość ją mę­czy­ła, wcho­dząc na jej ścież­ki, ugi­na­ła się pod cię­ża­rem pa­sji nisz­cze­nia. Da­le­ko le­piej czu­ła się w ra­mach swej ży­cio­wej mocy, ba­nal­nej, lecz wy­god­nej. Od­umar­ło ją kil­ku ko­lej­nych mę­żów - je­den ad­wo­kat, je­den wy­daw­ca i je­den ma­te­ma­tyk - każ­dy zo­sta­wia­jąc nie­co. Ra­zem ze­bra­ło się na ma­ją­tek dość po­ręcz­ne­go typu: ła­two go moż­na było prze­nieść i uchro­nić przez lata woj­ny, oku­pa­cji i so­cja­li­zmu. Zda­rza­ją się for­tu­ny, któ­rych nie jest w sta­nie uszczk­nąć zmien­ność ko­niunk­tur: ad­wo­kat bro­nił przed woj­ną ko­mu­ni­stów, nie za dar­mo, ale ze szla­chet­nym po­świę­ce­niem; wy­daw­ca pu­bli­ko­wał po­stę­po­wych pi­sa­rzy: za­ra­biał na nich gro­sze, lecz ce­nił so­bie prze­wi­du­ją­ce przy­jaź­nie z ludź­mi za­cny­mi i świa­tły­mi; pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki, do­cho­dząc swych dni po woj­nie, był już pra­wi­dło­wym do­brem spo­łecz­nym. Pani Stoll od po­cząt­ku dru­giej nie­pod­le­gło­ści za­pa­dła w od­męt pro­duk­cji kul­tu­ry i róż­nych in­sty­tu­cji re­gu­lu­ją­cych ten pro­ces: w ży­cio­ry­sie jej ist­nia­ły wszel­kie re­al­ne po temu prze­słan­ki. Pięt­na­ście lat dzia­łal­no­ści na­mięt­nej i nie­prze­ry­wa­nej prze­two­rzy­ło ją w ba­stion i dało pew­ną nie­za­leż­ność po­glą­dów, nie­usta­ją­ce ob­co­wa­nie z ludź­mi trud­nią­cy­mi się za­wo­do­wo po­sia­da­niem wła­sne­go sądu zbu­dzi­ło w niej nie­zdro­we am­bi­cje. Do nie­na­ru­szal­no­ści po­sta­no­wi­ła do­dać pe­wien laur: opi­nię czło­wie­ka prze­ciw­sta­wia­ją­ce­go się. Pierw­szym kro­kiem na no­wej dro­dze było ufun­do­wa­nie sa­lo­nu. W War­sza­wie sa­lon li­te­rac­ki jest przed­się­wzię­ciem eko­no­micz­nym: przede wszyst­kim wy­ma­ga in­we­sty­cji te­re­no­wych i ka­pi­ta­łu. Na ca­ło­pa­le­nie zo­sta­ło rzu­co­ne wła­sne miesz­ka­nie: żal było dep­ta­nych dy­wa­nów kau­ka­skich i bu­char­skich z epo­ki ad­wo­ka­ta i wy­daw­cy, lecz sło­wo się rze­kło i cze­ka­ło na owo­ce chwa­ły. Chwa­ła zaś roz­kwi­ta­ła raz w ty­go­dniu.

Duży po­kój wy­pcha­ny był me­bla­mi i ludź­mi, cia­sno jak za­wsze, gdy kil­ka­na­ście osób zbie­rze się w zbu­do­wa­nym po woj­nie war­szaw­skim miesz­ka­niu. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach pa­ró­wek w so­sie po­mi­do­ro­wym i nie­złej wody ko­loń­skiej. Na ścia­nach wi­siał zbi­ty tłum ob­ra­zów: od sym­bo­li­stycz­nych, ostrych w kon­tu­rach sza­rad, po­przez por­tre­ty róż­nych szkół i zie­lo­no-fio­le­to­wy gu­lasz pol­skie­go post­im­pre­sjo­ni­zmu; była to sche­da po ad­wo­ka­cie, przy­ja­cie­lu prze­śla­do­wa­nych i ar­ty­stów. Po wy­daw­cy, bu­dow­ni­czym kul­tu­ry, wi­sia­ły anon­se te­atral­ne z epo­ki Tal­my, Bo­gu­sław­skie­go i pre­mie­ry Zbój­ców, a na­wet wcze­śniej­sze: zbie­rał je skru­pu­lat­nie całe ży­cie i za­mie­rzał prze­ka­zać ja­kie­muś mu­zeum, lecz nie zdą­żył. Parę lat temu za­uwa­ża­ło się tu jesz­cze krzep­kie po­sta­cie hut­ni­ków o na­brzmia­łych mię­śniach i dum­nym spoj­rze­niu, wrzu­ca­ją­cych coś do pie­ca, z któ­re­go bu­chał żar, te­raz zni­kły, a na ich miej­scu po­ja­wi­ły się ta­szy­stow­skie i abs­trak­cyj­ne kom­po­zy­cje, wy­ra­ża­ją­ce dra­ma­tyzm zma­gań ko­lo­rów mię­dzy sobą: na­le­ża­ło przy­pusz­czać, że kom­po­zy­cje i hut­ni­cy były owo­cem na­tchnień tych sa­mych ar­ty­stów, al­bo­wiem współ­cze­sna ko­lek­cja pani Stoll skła­da­ła się z ak­tów wdzięcz­no­ści za wy­rzą­dzo­ne przy­słu­gi, a jej ulu­bień­cy i dłuż­ni­cy nie zmie­nia­li się nig­dy: zmie­nia­ły się tyl­ko ich prze­ko­na­nia, po­glą­dy i wia­ry.

- Ewa wy­glą­da do­sko­na­le - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta do pani Stoll. Było to cel­ne po­cią­gnię­cie. - Praw­da? - wes­tchnę­ła pani Stoll. - A jak się uczy ostat­nio... Całe dnie i noce. - Ewa po­de­szła z dwo­ma ta­le­rzy­ka­mi. - Dziś pa­rów­ki - po­wie­dzia­ła z mi­łym uśmie­chem. - Zu­peł­nie nie z mo­jej winy. - Uśmie­cha­jąc się, za­cie­ra­ła nie­co ude­rza­ją­cą brzy­do­tę: to­por­ny nos, nie­kształt­ne usta, zie­mi­sto-prysz­cza­tą cerę. - A może tro­chę ca­lva­do­su? - spy­ta­ła. Ca­lva­dos skła­dał się z pły­nu jabł­ko­we­go zmie­sza­ne­go ze zwy­kłą wód­ką. - Ewa jest du­szą na­szych ze­brań - rze­kła Stol­lo­wa: ko­cha­ła Ewę po­nad wszyst­ko, wię­cej od in­tryg i wła­snej po­tę­gi. Zbyt mą­dra, aby po­zwo­lić so­bie na za­śle­pie­nie, nie mo­gła da­ro­wać świa­tu jej brzy­do­ty. - Umie­ram z nu­dów - szep­nę­ła Ewa An­drze­jo­wi. - Kar­mie­nie ży­wych po­mni­ków pa­rów­ka­mi nie jest za­ję­ciem dla sie­dem­na­sto­let­nie­go czło­wie­ka. Dziś w Pal­la­dium gra­ją rock and roll... - do­da­ła po­ro­zu­mie­waw­czo: An­drzej wy­glą­dał dość mło­do i przy­tom­nie, aby mu się zwie­rzyć z tę­sk­not. - To leć - uśmiech­nął się An­drzej. - Sam bym to zro­bił. - So­li­da­ry­zo­wał się na­tych­miast, z przy­zwy­cza­je­nia: w grun­cie rze­czy nie zno­sił kon­cer­tów roc­kan­drol­lo­wych. - Nie mogę tego zro­bić mat­ce - wes­tchnę­ła cięż­ko. - Ona tak lubi, jak roz­ma­wiam z Hry­nie­wi­czem. Żeby cho­ciaż ca­lva­dos był praw­dzi­wy...

Po­środ­ku grup­ki pań i pa­nów z kie­lisz­ka­mi w rę­kach stał bar­dzo gru­by, bar­dzo ni­ski i bar­dzo łysy fa­cet w dwu­rzę­dow­ce fa­so­nu szma­ty do pod­łóg. Mó­wił: - Moi ko­cha­ni! Prze­cież to ko­niec świa­ta! Cze­go oni chcą? Toż to czy­sty ab­surd... - In­to­no­wał tak w kół­ko, ci obok słu­cha­li grzecz­nie i z sza­cun­kiem, każ­dy my­śląc so­bie, że sta­ry Hry­nie­wicz goni w pięt­kę. - Dzień do­bry - przy­wi­tał się z An­drze­jem czło­wiek o du­żym czo­le i mię­ciut­kim pod­bród­ku. - Daw­no pana tu nie było, re­dak­to­rze. - Co no­we­go? - spy­tał An­drzej. - Nisz­czą nas - po­skar­żył się czło­wiek. - Już nie­mal nic nie moż­na pi­sać. Poza tym ku­pi­łem sa­mo­chód. Ale sy­re­nę... - do­dał gorz­ko. - Tan­de­ta. Wie pan... - zni­żył głos - mówi się, że Hry­nie­wicz ma trud­no­ści z wy­da­niem no­wej książ­ki. Zda­wa­ło się, że jest nie­ty­kal­ny, a jed­nak?... W grun­cie rze­czy to do­brze, że nie ma nie­ty­kal­nych, trans­cen­dent­na spra­wie­dli­wość wy­ma­ga, żeby każ­dy do­stał po krzy­żu. Ne­me­zis... nikt nie uj­dzie dło­ni ka­rzą­cej, praw­dzi­wy urok no­wych cza­sów... Zresz­tą Hry­nie­wicz, po­ety­ka wcze­snych lat dwu­dzie­stych... Nie czy­ta­łem, ale po­dej­rze­wam, że jest to po pro­stu zła książ­ka i cen­zu­ra chro­ni w ten spo­sób mit Hry­nie­wi­cza. - Do­my­ślam się - po­de­szła Stol­lo­wa - że mó­wi­cie o Hry­nie­wi­czu? - Jej wzrok za bi­no­kla­mi był twar­dy i prze­ni­kli­wy. - Wszy­scy o tym mó­wią. To akt po­nu­rej prze­mo­cy. Pan - zwró­ci­ła się do czło­wie­ka o nie­mow­lę­cej dol­nej szczę­ce - jako kry­tyk li­te­rac­ki zna­ny z sub­tel­no­ści wie naj­le­piej, ja­kim pi­sa­rzem jest Hry­nie­wicz. - Zna­ko­mi­tym - od­parł kry­tyk sta­now­czo. - Głę­bo­kim i przej­rzy­stym. I wie, cze­go chce. Ta książ­ka jest pło­mien­ną obro­ną ge­ne­ral­nych war­to­ści. - Zda­wa­ło mi się... - zdzi­wił się An­drzej - Nie - prze­rwał mu kry­tyk. - Nie czy­ta­łem jej, ale o niej sły­sza­łem. Zresz­tą całe ży­cie i pi­sar­stwo Hry­nie­wi­cza po­świę­co­ne było po­le­mi­ce o wa­lor naj­wyż­szy. Dla­cze­go tym ra­zem mia­ło­by być in­a­czej? - Tu go nisz­czą - po­wie­dzia­ła Stol­lo­wa - ale jak trze­ba ko­goś po­ka­zać za gra­ni­cą, to kogo się wy­sy­ła? Wła­śnie zo­stał prze­wod­ni­czą­cym de­le­ga­cji na sym­po­zjum Pen Clu­bu w Lyonie. - Duch roz­sąd­ku jesz­cze nie zgi­nął - rzekł An­drzej. - Czu­ję, że ma­cza­ła pani w tym pal­ce? - Ja? - Stol­lo­wa od­gię­ła się jesz­cze bar­dziej do tyłu i spu­ści­ła oczy. - Co ja mogę, bied­na, mała urzęd­nicz­ka? - Mięk­ki pod­bró­dek kry­ty­ka drgnął roz­pacz­li­wie. - Dzię­ki pani wszyst­ko... - szep­nął An­drzej z po­wa­gą. Te sło­wa opu­ści­ły go dość au­to­ma­tycz­nie, cały czas za­sta­na­wiał się nad ewen­tu­al­no­ścią skom­po­no­wa­nia książ­ki z re­por­ta­ży, któ­re nie­ba­wem na­pi­sze. Miał już na­wet ty­tuł: Szczę­ście ga­lan­te­ryj­ne. Mogą się cze­piać - po­my­ślał z nie­po­ko­jem - że zbyt czo­ło­bit­ne wo­bec za­cho­du. Ale od cze­go Stol­lo­wa? Hry­nie­wicz do­strzegł An­drze­ja i za­wo­łał tu­bal­nie: - Pa­nie An­drze­ju! Już w oj­czyź­nie?... - Wy­cią­gnął obie ręce i ru­szył ku An­drze­jo­wi, po­trą­ca­jąc sto­ją­cych na dro­dze. An­drze­jo­wi uszy za­pło­nę­ły szczę­ściem i rzu­cił się w stro­nę Hry­nie­wi­cza. - Obie­cu­ją­cy mło­dy czło­wiek - po­wie­dzia­ła Stol­lo­wa - in­te­li­gent­ny i do­sko­na­ły dzien­ni­karz, praw­da? - Ru­chli­wy - przy­znał kry­tyk i do­dał ostroż­nie: - Gdy­by jesz­cze umiał pi­sać... - Ba... - wes­tchnę­ła Stol­lo­wa - wte­dy chciał­by być pi­sa­rzem. Albo kry­ty­kiem. Do­brze mówi się o jego ostat­niej książ­ce, któ­ra się nie­ba­wem uka­że - do­rzu­ci­ła to­nem po­ucze­nia. - Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście - ustą­pił kry­tyk bez wal­ki. Strzegł swej nie­za­leż­no­ści jak źre­ni­cy oka, ale ro­zu­miał tak­że, że je­śli Stol­lo­wa mówi, iż do­brze mó­wią o tej książ­ce, to zna­czy, że na­le­ży o niej do­brze mó­wić. "Ist­nie­ją cele inne, niż do­sko­na­łość sama w so­bie - umiał so­bie po­wie­dzieć - a po­zna­nie i uzna­nie ich nie ma nic wspól­ne­go ani z pła­skim dy­dak­ty­zmem, ani z bez­ro­zum­ną wier­no­ścią. Po pro­stu pew­ni lu­dzie pi­szą do­bre książ­ki, na­wet gdy nie są one do­bre, tego wy­ma­ga sze­rzej po­ję­ty in­te­res kul­tu­ry...". Re­dak­tor Fe­lak cie­szył się wy­raź­ną opie­ką pani Stoll, kry­tyk zaś nie uwa­żał, że na ba­ry­ka­dach na­le­ży umie­rać za opi­nie: wy­po­wia­da­nie opi­nii po­win­no przy­no­sić sła­wę, au­to­ry­tet i ko­rzy­ści ma­te­rial­ne, a nie cio­sy i uni­ce­stwie­nie. Naj­wyż­szym kunsz­tem kry­ty­ka jest mil­cze­nie - po­my­ślał z ulgą. - Czy mam za­dzie­rać z tą ję­dzą tyl­ko dla­te­go, że uwa­żam Fe­la­ka za spry­cia­rza i ka­rie­ro­wi­cza?...

- Już pana od­wo­ła­li? - spy­tał Hry­nie­wicz, gdy usie­dli pod ścia­ną. My­li­ły mu się fak­ty i oko­licz­no­ści i nie mia­ło sen­su z tym wal­czyć; od­zna­czał się wy­bor­ną pa­mię­cią do twa­rzy, na­zwisk, skan­da­li ero­tycz­nych i to­wa­rzy­skich, oraz ewe­ne­men­tów ku­li­nar­nych, na­to­miast nig­dy nie wie­dział, co kto robi. Lek­ce­wa­żył skru­pu­lat­nie wszyst­ko, co ro­bi­li inni, al­bo­wiem wie­rzył, że je­dy­ną rze­czą god­ną uwa­gi, sza­cun­ku i mi­ło­ści jest to, co robi on. - Prze­cież był pan gdzieś? - za­trosz­czył się ze skru­chą, wy­strze­gał się bo­wiem pa­nicz­nie ura­ża­nia in­nych, czy­li mniej­szych i gor­szych. - Prze­by­wa­łem dłu­żej tu i ów­dzie - wy­ja­śnił An­drzej usłuż­nie. - A pro­pos - oży­wił się Hry­nie­wicz - był pan ostat­nio w Lyonie? - Daw­no nie - rzekł An­drzej. - Szko­da - za­sę­pił się Hry­nie­wicz. - Wi­dzi pan, jadę tam te­raz i mar­twi mnie, czy aby do­brze wy­bra­no miej­sce na ten zjazd? Od trzy­dzie­stu pię­ciu lat nie by­łem w Lyonie. Owszem, kie­dyś Lyon sły­nął z przy­rzą­dza­nia wie­przo­wi­ny, ale czy to prze­trwa­ło? Czy woj­na i po­wo­jen­ny nie­po­kój umy­słów nie zruj­no­wa­ły tej pięk­nej tra­dy­cji? Jak pan my­śli? Bo taki zjazd to ban­kie­ty. Są tacy, któ­rzy są­dzą, że cię­żar ga­tun­ko­wy leży w de­kla­ra­cjach Pen Clu­bu, ja za­wsze mia­łem od­wa­gę uwa­żać ich za fa­ry­ze­uszów. De­kla­ra­cje wscho­dzą z ja­kiejś gle­by, z czar­no­zie­mu lub z pia­sku, a nie­pod­le­głość in­stynk­tów, ro­dzą­cych ży­cie... - Jego roz­lew­ny, wy­so­ki głos za­mu­lał sło­wa i my­śli for­mu­ło­wa­ne w ten spo­sób, aby w każ­dej chwi­li moż­na było ob­ró­cić w żart lub fi­ne­zyj­ną iro­nię to, co nie było ani dow­ci­pem, ani prze­wrot­ną cien­ko­ścią za­baw­nych bon mo­tów, lecz kon­kret­nym, zru­ty­ni­zo­wa­nym wy­bo­rem. - Mi­strzu - rzekł An­drzej uro­czy­ście - po­dob­no ma pan trud­no­ści? - A, tam - Hry­nie­wicz mach­nął ręką. - Ko­cha­ni... Głu­po­ta! Głu­po­ta urzęd­ni­ków. Wie pan, jak jest, dziś się coś ko­muś nie po­do­ba, ju­tro się spodo­ba. Na­szą rze­czą jest trwać, a za­rzą­dzeń zmie­niać się. - Żeby pan wie­dział, że spo­łe­czeń­stwo... - przy­po­mniał so­bie w porę, że Hry­nie­wicz jest za­twar­dzia­łym szlach­ci­cem - ... że na­ród nie opusz­cza pana w do­bie prze­śla­do­wań, że o panu nie za­po­mi­na w po­trze­bie... - Wy­jął z kie­sze­ni małą fiol­kę z na­pi­sem: "Bel­ler­gal - 25 dra­ge­es ge­gen neu­ro-ve­ge­ta­ti­ve Störun­gen - San­doz A. G. Ba­sel" i rzekł: - Pro­szę, to dla pana. - Pa­mię­tał pan... - za­nu­cił Hry­nie­wicz z bez­mier­nym li­ry­zmem - jak­że to ślicz­nie z pana stro­ny... Pa­mię­tał pan o sta­rym, bez­bron­nym, po­trze­bu­ją­cym czło­wie­ku... - Miał łzy w oczach, au­ten­tycz­ne, pięk­nie błysz­czą­ce, za­gnał się bez resz­ty w li­te­rac­ką tkli­wość, w pięk­no sy­tu­acji, w skwi­to­wa­nie rzew­no­ścią hu­ma­ni­stycz­ne­go ob­ja­wie­nia po­śród groź­nej pust­ki świa­ta, skon­stru­owa­nej prze­ciw czło­wie­ko­wi, ści­ślej: prze­ciw nie­mu, Hry­nie­wi­czo­wi. - Pa­mię­ta­łem o wiel­kim pi­sa­rzu - rzekł An­drzej przy­tom­nie. - Jak się panu od­wdzię­czyć? - spy­tał Hry­nie­wicz płacz­li­wie, do­bi­jał do gra­ni­cy au­ten­ty­zmu wzru­szeń. - Może pan przyj­dzie do mnie na obiad czwart­ko­wy? Tym ra­zem będą wi­ce­mi­ni­ster kul­tu­ry, pe­wien nor­we­ski so­cjo­log i nasz przed­sta­wi­ciel w Une­sco. - Z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią - od­parł An­drzej skrom­nie i god­nie. Od daw­na ma­rzył, aby być za­pro­szo­nym na obiad czwart­ko­wy do Hry­nie­wi­cza.

- Halo - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja, pod­cho­dząc. Trzy­ma­ła w ręku kie­li­szek nie­po­rów­na­nym chwy­tem wy­traw­nych re­kor­dzi­stek świa­to­wych kok­tajl par­ty: tak trzy­ma­ny kie­li­szek słu­żył jako po­moc do pod­kre­śla­nia fint w roz­mo­wie, a tak­że jako na­rzę­dzie tak­tycz­nych wy­pa­dów i od­wro­tów. - Mam ci coś do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia - ob­wie­ści­ła An­drze­jo­wi dys­tyn­go­wa­nym szep­tem. Prze­su­nę­li się nie­co w stro­nę drzwi. - Roz­ma­wia­łam z tym go­ściem z han­dlu za­gra­nicz­ne­go - po­in­for­mo­wa­ła dys­kret­nie. - Po­wie­dział, że­byś do nie­go wpadł. Utrzy­mu­je, że cię zna z cza­sów, gdy dzia­ła­łeś dla ma­cie­rzy­ste­go im­por­tu i eks­por­tu. Poza tym na­mięt­nie cię czy­tu­je. Wi­dzisz? - Jak on się na­zy­wa? - spy­tał An­drzej. - Jak on się na­zy­wa?... - za­sta­no­wi­ła się Teo­do­zja w po­zie ma­łej dziew­czyn­ki, gnę­bio­nej in­ten­syw­nym na­my­słem. - An­to­ni... - rzu­ci­ła za sie­bie, nie od­wra­ca­jąc się.

An­to­ni Lo­rant stał tuż obok, ple­ca­mi do nich. W ob­rót wło­żył tyle uprzej­mo­ści, swo­bo­dy i po­wścią­gli­wej ele­gan­cji, że uwa­ga sto­ją­cych da­lej i wca­le tym fak­tem nie­za­in­te­re­so­wa­nych ze­środ­ko­wa­ła się na nim. Wiel­kość An­to­nie­go Lo­ran­ta po­le­ga­ła na tym wła­śnie, że zwra­cał uwa­gę i bu­dził sym­pa­tię ni­czym, samą obec­no­ścią, za­zna­cze­niem swe­go ist­nie­nia. Wy­so­ki, szczu­pły, ja­sno­wło­sy i zwię­dły, spo­wi­ty w cien­kie weł­ny Prin­ce de Gal­les, o oszczęd­nych ru­chach: na kon­fe­ren­cjach mię­dzy­na­ro­do­wych mó­wi­ło się, że de­le­gat pol­ski, pan Lo­rant, wpraw­dzie re­pre­zen­tu­je ko­mu­ni­stów, ale jest dżen­tel­me­nem w każ­dym calu: moż­na z nim przy­jem­nie spę­dzić czas, a na­wet po­grać w gol­fa. Ostat­nie nie bar­dzo od­po­wia­da­ło praw­dzie: Lo­rant nig­dy nie grał i nie umiał grać w gol­fa, pro­po­nu­ją­cym zaś da­wał do zro­zu­mie­nia, że golf jako roz­ryw­ka mi­lio­ne­rów jest źle wi­dzia­ny przez jego wła­dze nad­rzęd­ne i dla­te­go le­piej bę­dzie, je­śli od­mó­wi on so­bie tej przy­jem­no­ści, cho­ciaż wy­rze­cze­nie to spra­wia mu nie­zno­śną przy­krość. Dy­plo­ma­ci an­glo­sa­scy po­ta­ki­wa­li ze zro­zu­mie­niem: po­chwa­la­li taki kie­szon­ko­wy ma­kia­we­lizm w służ­bie oj­czy­zny, peł­ni byli uzna­nia dla kwa­li­fi­ka­cji za­wo­do­wych pana Lo­ran­ta i współ­czu­cia dla roz­mia­rów jego po­świe­ce­nia, ro­zu­mie­li jego ofia­rę i jego ból. W ten spo­sób fakt, że Lo­rant nie trzy­mał nig­dy kija gol­fo­we­go w ręku, nie prze­szko­dził na­ro­dzi­nom le­gen­dy, za­wie­ra­ją­cej dy­rek­ty­wę: na­le­ża­ło Lo­ran­ta ża­ło­wać, wspo­ma­gać i mó­wić o nim: "Ten bied­ny Lo­rant, sami ro­zu­mie­cie...". Nie­któ­rzy skłon­ni byli upa­try­wać w za­leż­no­ści Lo­rant-golf za­gad­nie­nie ide­owe i mo­ral­ne: Lo­rant uwiel­bia gol­fa, mó­wi­li, lecz aby słu­żyć oj­czyź­nie skła­da go na oł­ta­rzu pa­trio­ty­zmu, gdy­by zaś, po­wo­do­wa­ny na­głą sła­bo­ścią, wy­brał gol­fa, na kraj jego spa­dły­by po­twor­ne, za­gad­ko­we klę­ski. Zresz­tą, po­ta­jem­nie i jak Tal­ley­rand wal­czy on o swe pra­wo do gol­fa i nie­ustę­pli­wie zbli­ża się ku in­sty­tu­cjo­nal­nym zdo­by­czom: nie chce in­dy­wi­du­al­nych przy­wi­le­jów, o nie! Nie pra­gnie oso­bi­stej i jed­nost­ko­wej kon­ce­sji ze stro­ny pry­mi­tyw­nych gol­fo­żer­ców w sta­li­now­skich kurt­kach - żąda trium­fu za­sa­dy "Każ­dy Po­lak gra w gol­fa!", ale po ci­chu, z tro­ską o efek­tyw­ność wy­sił­ków. Nie­co in­a­czej rzecz przed­sta­wia­ła się od stro­ny Pol­ski: tu Lo­rant utrzy­my­wał, że zmu­szo­ny jest grać na za­cho­dzie w gol­fa dla sku­tecz­no­ści swej mi­sji w spra­wie świa­to­we­go po­ko­ju. Nikt nie był w sta­nie spraw­dzić, czy i jak gra on gol­fa, al­bo­wiem sport ten nie jest u nas upra­wia­ny, zaś dys­ku­sja pra­so­wa na ten te­mat ra­czej nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę. Na­to­miast wy­two­rzy­ło się prze­ko­na­nie, że jest on je­dy­nym czło­wie­kiem w tym kra­ju, któ­ry po­wi­nien gry­wać gol­fa w imię obro­ny na­ro­du przed ja­kąś apo­ka­lip­tycz­ną ka­ta­stro­fą, co siłą rze­czy roz­grze­sza go w oczach wszyst­kich, od góry do dołu. Trud­no było dojść, kto sze­rzy te po­glą­dy, ko­rze­nie ich tkwi­ły zresz­tą w pew­nych dość oględ­nych wy­po­wie­dziach sa­me­go Lo­ran­ta. Z cza­sem wszyst­ko roz­pły­nę­ło się w męt­nej sym­bo­li­ce: nikt już Lo­ran­ta nie py­tał, czy gra, czy umie, albo czy nie gra i dla­cze­go, golf i Lo­rant zro­śli się w po­ję­cie psy­cho­lo­gicz­nie nie­po­dziel­ne, o któ­rym się nie mówi, lecz któ­re­go obec­ność sta­no­wi je­den z ak­sjo­ma­tów po­to­ku rze­czy­wi­sto­ści. - An­to­ni - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja - jak się na­zy­wa ten dy­rek­tor z han­dlu za­gra­nicz­ne­go, co był dla nas tak miły? - Ma­jew­ski - od­parł Lo­rant. - O tego ci cho­dzi? Jak się masz, An­drze­ju. Cie­szę się, że cię wi­dzę. - Za każ­dym ra­zem, gdy Lo­rant mó­wił doń po imie­niu, igieł­ki roz­ko­szy bie­gły An­drze­jo­wi po krę­go­słu­pie. - Sły­sza­łem, że gnę­bią cię ja­kieś kło­po­ty? - Wy­ra­żał się sty­lem umię­dzy­na­ro­do­wio­nych dy­gni­ta­rzy, któ­rym ży­cie pły­nie w sa­mo­lo­tach trans­oce­anicz­nych i ku­lu­arach ONZ-u: ten styl był bę­kar­tem dzie­więt­na­sto­wiecz­nej po­wie­ści an­giel­skiej o do­bro­tli­wych lor­dach i wy­wia­dów z gwiaz­da­mi fil­mo­wy­mi, ale po­wo­li zdo­by­wał ce­chy ory­gi­nal­no­ści. - Każą mi pła­cić cho­ler­nie wy­so­kie cło - po­skar­żył się An­drzej. - Mój Boże - wes­tchnął Lo­rant - kie­dy to pań­stwo sta­nie się sa­mo­wy­star­czal­ne? Kie­dy prze­sta­nie­my je utrzy­my­wać?

We­szli We­ro­ni­ka i Lar­biń­ski; na We­ro­ni­kę spoj­rze­li wszy­scy, na za­sa­dzie od­ru­chu. Nie dla­te­go, że wy­glą­da­ła ład­nie, pro­sto od fry­zje­ra, w kunsz­tow­nie zróż­ni­co­wa­nych od­cie­niach pasm blond wło­sów; w ca­łej Pol­sce re­ago­wa­no już tak na gło­wę We­ro­ni­ki, jak tyl­ko po­ja­wia­ła się na ekra­nie te­le­wi­zyj­nym, by za­po­wie­dzieć au­dy­cję; da­wa­ło jej to spo­sob­ność do ob­łud­nych na­rze­kań na nad­miar po­pu­lar­no­ści przy każ­dej oka­zji. Przez dłu­gie lata We­ro­ni­ka, oso­ba nie­by­wa­le ga­da­tli­wa, zu­ży­wa­ła bez­mier­ne siły na przy­cią­ga­nie uwa­gi ludz­kiej, czy­ni­ła to, nie oglą­da­jąc się na wkład pra­cy i zdro­wia, gdyż uwiel­bia­ła być ośrod­kiem za­in­te­re­so­wa­nia. Te­le­wi­zja uczy­ni­ła z niej czło­wie­ka szczę­śli­we­go. - Nowa para? - spy­tał An­drzej Teo­do­zję. - Nic o tym ofi­cjal­nie nie wia­do­mo - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja.

- Wy­obraź­cie so­bie - za­czę­ła We­ro­ni­ka - że Kry­sty­na De­rec­ka ucze­sa­ła się na Polę Ne­gri. Co wy na to? - To się nie przyj­mie - za­uwa­ży­ła Elż­bie­ta spo­koj­nie. - De­rec­ka musi być za­wsze pierw­sza - po­wie­dzia­ła Stol­lo­wa z po­błaż­li­wo­ścią, któ­ra ją dużo kosz­to­wa­ła. - Wy­obraź­cie so­bie - We­ro­ni­ka przy­cią­gnę­ła ster roz­mo­wy twar­dą dło­nią - że Lu­mum­bę aresz­to­wa­li... A jed­nak! Wła­śnie wra­cam z te­le­wi­zji. - W Afry­ce by­li­śmy za­wsze krót­ko, praw­da, ko­cha­nie? - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja do męża. - Do­brze by­ło­by tam po­miesz­kać. - Za go­rą­co - wy­po­wie­dział się Lo­rant oszczęd­nie i wie­lo­znacz­nie. - Wy­obraź­cie so­bie - funk­cjo­no­wa­ła We­ro­ni­ka - że Mi­ko­łaj Plank krę­ci film. Opo­wiedz im, to za­kra­wa na skan­dal. - Fakt - przy­znał Lar­biń­ski kwa­śno: miał już za­wsze taką minę za oku­la­ra­mi, łyso kwa­śną, jak­by roz­gryzł ta­blet­kę sa­li­cy­lu; mó­wił ci­cho i chył­kiem, nie ad­re­su­jąc wprost ani swych słów, ani swe­go gło­su. - Plank sta­ra się o po­wie­rze­nie mu pro­duk­cji fil­mu. Sam na­pi­sał sce­na­riusz, chce re­ży­se­ro­wać i grać głów­ną rolę. Nie­ba­wem zbie­ra się ko­mi­sja w tej spra­wie. Mamy to roz­strzy­gnąć. - Re­ne­san­so­wy czło­wiek - rzekł kry­tyk z prze­ką­sem. - Jar­marcz­na po­stać - rzu­ci­ła Stol­lo­wa nie­chęt­nie. - Pro­du­cent roz­ryw­ki dla sze­ro­kich mas i po­szu­ki­wacz ta­nie­go po­kla­sku. - Zga­dzam się z tobą, Me­la­nio - rzekł tu­bal­nie Hry­nie­wicz. - Dzi­wi mnie, dla­cze­go czło­wiek tak uta­len­to­wa­ny i miły, i in­te­re­su­ją­cy po­świę­ca tyle wy­sił­ku two­rze­niu war­to­ści wa­go­no­wych i do po­dusz­ki. - Elż­bie­ta spoj­rza­ła na An­drze­ja, jak­by szu­ka­jąc cze­goś w jego oczach. Dla­cze­go oni go tak nie­na­wi­dzą? - za­sta­no­wił się An­drzej: stwier­dze­nie tego fak­tu bo­la­ło go, ale i cie­szy­ło za­ra­zem, roz­po­ście­ra­ło w nim bło­gość bez­pie­czeń­stwa, po­twier­dza­ło słusz­ność jego ży­cia. - Jaki jest ten sce­na­riusz? - spy­tał. - Po­dob­no ode­rwa­ny od ży­cia, bez­i­de­owy, amo­ral­ny - orze­kła We­ro­ni­ka - a przy tym pe­łen ta­niej wul­gar­no­ści. - A co pan o tym są­dzi? - spy­tał An­drzej Lar­biń­skie­go. - In­te­re­su­ją­cy - od­parł Lar­biń­ski ci­cho, kwa­śno i w bok. - Ale wie pan... - skrzy­wił się w spo­sób, z któ­re­go moż­na było wnio­sko­wać, że jest cu­dow­nie lub fa­tal­nie, albo jak się komu po­do­ba. An­drzej po­pa­trzył na We­ro­ni­kę; nikt nie za­uwa­żył tego spoj­rze­nia, ale We­ro­ni­ka ugię­ła się pod nim: mie­li ze sobą za­daw­nio­ne po­ra­chun­ki i We­ro­ni­ka bała się An­drze­ja. - Tak mó­wią w ko­łach mia­ro­daj­nych - po­wie­dzia­ła nie­pew­nie. - Że jest ode­rwa­ny od ży­cia. Ty, An­drzej, przy­jaź­nisz się z Mi­ko­ła­jem, więc wiesz, o co mają za­wsze do nie­go pre­ten­sje. Wiesz zresz­tą, jak do­brze mu ży­czę... - Wiem jak mu ła­mią ży­cie - po­my­ślał An­drzej - ta­kie małe, cham­skie de­nun­cja­cje i plot­ki w pry­wat­nych roz­mo­wach. Tych, co mu do­brze ży­czą... Znał me­cha­ni­kę la­win, grze­bią­cych am­bi­cje i prze­zna­cze­nia, któ­rych im­pul­sem było zwie­lo­krot­nio­ne echo to­wa­rzy­skich kon­wer­sa­cji i życz­li­wych opi­nii, mie­lo­nych zło­wro­go przez uszmin­ko­wa­ne war­gi We­ro­ni­ki; ale dziś We­ro­ni­ka była po­tę­gą, więc nie na­le­ża­ło jej mo­bi­li­zo­wać do ak­cji obron­nej, wy­star­czy, że się go jesz­cze boi, że czu­je jego prze­wa­gę. - Przy­jaźń to za wie­le - uśmiech­nął się ostroż­nie. - Po pro­stu go lu­bię. - Koła mia­ro­daj­ne - po­wie­dzia­ła Stol­lo­wa za­wzię­cie - są dziś nie­kom­pe­tent­ne w wy­ro­ko­wa­niu, co jest ode­rwa­ne od ży­cia, a co nie. Nie im orze­kać, w ja­kiej mie­rze to, co robi Plank, jest kłam­stwem lub szmi­rą. Sąd o tym, co no­wa­tor­skie i twór­cze, na­le­ży do lu­dzi bez prze­są­dów, nie­za­leż­nych od kry­te­riów po­za­ar­ty­stycz­nych. I acz­kol­wiek a prio­ri pew­na je­stem, że czyn­ni­ki urzę­do­we nie mają ra­cji, pew­na je­stem tak­że, że Mi­ko­łaj Plank nie może stwo­rzyć nic war­to­ścio­we­go. Jest on pła­skim, płyt­kim pro­fe­sjo­na­li­stą. - Pi­jak - po­wie­dzia­ła Teo­do­zja z nie­sma­kiem. - Wła­ści­wie tyl­ko w tym kra­ju mówi się tak dużo i tak nie­po­trzeb­nie o na­ło­go­wym al­ko­ho­li­ku. W spo­łe­czeń­stwie na­praw­dę cy­wi­li­zo­wa­nych tacy nie wkra­cza­ją do po­waż­nych roz­mów. Są, ale nie mówi się o nich. - Nie plwaj na ten kraj, Teo­do­zjo - po­wie­dział Hry­nie­wicz. - Jest tu bar­dzo pięk­nie, ci­che rży­ska, ostre i pach­ną­ce, wierz­by nad krę­tą i błot­ni­stą rzecz­ką... To daje spo­kój, war­to dla tego żyć, a na­wet go­dzić się z tym lub owym... - Pan Plank jest w de­chę! - wtrą­ci­ła Ewa. - Co za zwro­ty! - obu­rzy­ła się Stol­lo­wa, ale nie za bar­dzo: chęt­nie da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że bawi ją kon­takt z ję­zy­kiem ży­wym. - Wy­da­wa­ło mi się do­tąd - po­wie­dział mło­dy czło­wiek sto­ją­cy pod ścia­ną - że każ­da ini­cja­ty­wa, tę­pio­na przez tak zwa­ne kie­row­nic­two par­tii i rzą­du, za­słu­gu­je na po­par­cie. - Był ni­ski, czar­ny, tę­czów­ki bie­ga­ły mu szyb­ko w róż­ne stro­ny; nie od­zy­wał się do­tąd dla­te­go chy­ba, że bez prze­rwy jadł pa­rów­ki i po­pi­jał roz­cień­czo­ną wód­ką. - Ni­hi­lizm, mło­dzień­cze, tak nie moż­na - ob­ru­szył się Hry­nie­wicz. - Wszyst­ko w mia­rę. Nie­umiar­ko­wa­na kry­ty­ka ro­dzi pry­mi­tyw­ne po­twor­ki. - Nie­mniej - uparł się fa­cet - jak kto usi­łu­je za­wal­czyć, to na­le­ży go po­przeć. - Nie od­po­wia­dam za głup­stwa w po­li­ty­ce i po­tę­piam je - oświad­czy­ła Stol­lo­wa z god­no­ścią - ale do­brze wiem, kogo na­le­ży po­przeć w kul­tu­rze. To, że ktoś ma trud­no­ści, nie kwa­li­fi­ku­je go jesz­cze na mego pro­te­go­wa­ne­go. De­cy­du­ją pew­ne war­to­ści, w któ­rych obro­nie wy­stę­po­wa­łam całe ży­cie. Plank nie ma żad­nych spo­łecz­nych zo­bo­wią­zań i pod­czas gdy ja... to zna­czy my wy­stę­pu­je­my w obro­nie ja­kichś za­sad, on do­ma­ga się wy­łącz­nie pra­wa gło­su dla sie­bie. Mam o nim wy­ro­bio­ne zda­nie i nikt mi nie za­kne­blu­je ust! Nie zno­szę nędz­ne­go opor­tu­ni­zmu i schle­bia­nia za­rów­no nie­wy­bred­nym gu­stom, jak od­gór­nym za­rzą­dze­niom i dy­le­tanc­kim dy­gni­ta­rzom... - Bra­wo! - za­wo­ła­ła Teo­do­zja. Stol­lo­wa od­gię­ła się bar­dziej do tyłu, na po­licz­kach mia­ła ce­gla­ste wy­pie­ki za­an­ga­żo­wa­nia w słusz­ną spra­wę. - To ja już so­bie pój­dę - po­wie­dział ni­ski fa­cet. Po­ca­ło­wał Stol­lo­wą nie­zręcz­nie w rękę. - Umó­wi­łem się z ko­bie­tą - wy­ja­śnił roz­pacz­li­wie, w ci­szy kon­ster­na­cji. - Zdol­ny po­eta - orze­kła Stol­lo­wa, gdy wy­szedł. Lo­rant skrzy­wił war­gi bez apro­ba­ty. - Po­eta-mu­rarz - do­da­ła Ewa we­so­ło. - Tak o so­bie mówi. Bar­dzo za­baw­ny. - Ta nowa po­ezja... - za­czę­ła roz­ło­ży­sta blon­dyn­ka, żona kry­ty­ka. Do­tąd nie ob­ja­wi­ła żad­nych cech ży­cia we­wnętrz­ne­go, poza kon­tyn­gen­tem po­ta­ki­wań i uśmie­chów; prze­pi­sy­wa­ła na ma­szy­nie ar­ty­ku­ły męża i pa­mię­ta­ła z nich całe zda­nia, to­też na­gle po­sta­no­wi­ła za­zna­czyć się, te­raz lub nig­dy. - Wy­obraź­cie so­bie - prze­rwa­ła jej We­ro­ni­ka - że jest już nowy szef wy­dzia­łu kul­tu­ry Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go Par­tii. Mia­no­wa­ny dziś rano. Gło­wę daję, że nie zgad­nie­cie kto? - Kto? - spy­ta­ła Teo­do­zja bez uśmie­chu: ta wia­do­mość do­ty­czy­ła wszyst­kich jed­na­ko­wo do­tkli­wie. We­ro­ni­ka po­to­czy­ła spoj­rze­niem do­ko­ła, z uzna­niem; był to jej mo­ment wie­czo­ru, za chwi­lę lu­dzie ci będą świad­ka­mi wy­da­rze­nia - usły­szą naj­now­szą sen­sa­cję bez­po­śred­nio z jej ust. - Wy­obraź­cie so­bie - po­wie­dzia­ła, sma­ku­jąc kon­cen­tra­cję uwa­gi - że Le­win­son. - Ja­kub Le­win­son? - ucie­szył się Hry­nie­wicz. - Bar­dzo po­rząd­ny czło­wiek. Znam go ty­siąc lat. Tyle że pryn­cy­pial­ny i upar­ty. - Sza­le­nie ide­owy - uśmiech­nął się Lo­rant wą­sko, mo­gło to zna­czyć za­rów­no uzna­nie jak drwi­nę. - Tyl­ko rzad­ko się myje. - Ten sta­ry wrak - odę­ła się Stol­lo­wa. - Prze­cież jest cięż­ko cho­ry na ser­ce? - Le­win­son... - An­drzej po­my­ślał nie bez tro­ski i wes­tchnął nie­zau­wa­żal­nie dla ni­ko­go. - Czy mogę cię pro­sić na chwi­lę - Lo­rant zna­lazł się na­raz tuż za nim. Po­wie­dział to ci­cho i An­drzej od­bił od gru­py roz­ma­wia­ją­cej. - Mój dro­gi - rzekł Lo­rant - w tych dniach przy­jeż­dża do War­sza­wy nie­ja­ki pan Gre­en­le­af, Ame­ry­ka­nin, ge­ne­ral­ny dy­rek­tor przed­się­biorstw Trans World Traf­fics i Trans Eu­ro­pe­an Con­ti­nen­tal Mo­bi­les. Nie wiem, czy mó­wią ci coś te na­zwy? - Bar­dzo wie­le - rzekł An­drzej, sku­pił się na­tych­miast, jak nad wi­docz­ną z wy­so­ka zdo­by­czą. - Pan Gre­en­le­af - Lo­rant mó­wił nie­dba­le, lecz grzecz­nie - bę­dzie per­trak­to­wał w spra­wie otwar­cia fi­lii w War­sza­wie. Są­dzę, że po­wi­nie­neś być pierw­szym dzien­ni­ka­rzem, z któ­rym zo­ba­czy się w Pol­sce. Oczy­wi­ście - uśmiech­nął się uj­mu­ją­co - nie mó­wię o tych płot­kach z pism co­dzien­nych, o re­por­te­rzy­nach od wy­wia­dów w ho­te­lo­wych ho­lach. Po pro­stu zje­my obiad w trój­kę, jak tyl­ko przy­je­dzie, do­brze? - Dzię­ku­ję ci - rzekł An­drzej i cze­kał, lecz Lo­rant nic już nie po­wie­dział i wró­ci­li na śro­dek po­ko­ju. Cze­go on za to bę­dzie chciał? - za­sta­no­wił się An­drzej. - Jaką po­sta­wi cenę? Za dy­rek­to­ra Ma­jew­skie­go, za pana Gre­en­le­afa? Jesz­cze nie sły­sza­łem, żeby Lo­rant za­ła­twił coś ko­muś bez­in­te­re­sow­nie, a nie w imię wy­mia­ny usług. Wła­śnie za to uwa­ża się go za przy­zwo­ite­go czło­wie­ka, a na­wet lubi...

Elż­bie­ta roz­ma­wia­ła z Lar­biń­skim, śmie­jąc się cie­pło i ci­cho. Ze spo­so­bu, w jaki ba­wi­ła się wi­szą­cym na szyi łań­cusz­kiem od ze­gar­ka, do­szły An­drze­ja pra­sta­re sy­gna­ły. Lar­biń­ski? - po­my­ślał - taka plu­skwa? Roz­ma­wia­ją­cy zbi­ci byli wo­ko­ło w bez­kształt­ną, za­wie­si­stą pul­pę. W cia­snym po­miesz­cze­niu sło­wa od­bi­ja­ły się od ob­wie­szo­nych ob­ra­za­mi ścian i wię­zły w kre­to­no­wych, wzo­rzy­stych za­sło­nach okien. Sły­chać było: - So­cja­lizm!... Wol­ność sło­wa!... Praw­dzi­wa sztu­ka!... De­mo­kra­cja!... Kłam­stwo!... Pa­ryż!... Fał­szy­wa po­ezja!... Wło­skie obu­wie!... Pol­ski film!... So­cja­lizm!... - Co ro­bi­my z tak pięk­nie za­czę­tym wie­czo­rem? - za­gad­nął go Lar­biń­ski. - Chodź­my do SPA­TiF-u - za­pro­po­no­wa­ła Elż­bie­ta. - Jesz­cze nie by­li­śmy tam po po­wro­cie. - To grzech - rzekł Lar­biń­ski. - Albo nie­do­pa­trze­nie. - Chodź­my - rzekł An­drzej.

6.

Na uli­cy Lar­biń­ski otwo­rzył drzwi sze­ro­kie­go w za­dzie wozu mar­ki Sim­ca-Aria­ne. - Pięk­ny - rzekł An­drzej nie­chęt­nie. - Jak pan go zdo­był? - Wy­obraź­cie so­bie, że ku­pił go nie­mal za bez­cen - po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka - od jed­ne­go z tych dy­gni­ta­rzy, co to sta­le krę­cą się za gra­ni­cą. - Kupa bla­chy - po­wie­dział Lar­biń­ski kwa­śno - i po czter­dzie­stu ty­sią­cach ki­lo­me­trów. - Po­mniej­szał na­mięt­nie swe suk­ce­sy i osią­gnię­cia; krył się w tym ro­dzaj za­bo­bon­ne­go ma­so­chi­zmu, wy­mie­sza­ne­go z in­stynk­tem sa­mo­za­cho­waw­czym. Wie­rzył, że fał­szy­wa skrom­ność i ten­den­cyj­ne wy­krzy­wia­nie fak­tów są mo­dli­twą o suk­ce­sy na­stęp­ne.

SPA­TiF był pe­łen i roz­chy­bo­ta­ny, jak we­so­ła i brzyd­ka bar­ka na fa­lach pod­nie­co­ne­go oce­anu. Przy po­dej­rza­nej czy­sto­ści sto­li­kach go­ście, ubra­ni wie­czo­ro­wo lub w swe­try, sta­re wia­trów­ki i bez kra­wa­tów, je­dli źle przy­rzą­dzo­ne po­tra­wy, płu­cząc je stru­mie­nia­mi wód­ki. Ścia­ny, zdob­ne w bo­aze­rię z sze­ro­kich, ciem­nych li­stew, no­si­ły śla­dy odra­pań i za­cie­ków nad pięk­ny­mi świecz­ni­ka­mi ze sta­re­go brą­zu. Fa­cet w gru­bych oku­la­rach, mam­ro­czą­cy coś bez prze­rwy do sie­bie, grał Pe­ti­te fleur: po­wta­rzał re­fren nie­zno­śnie i cią­gle zno­wu, trud­no było się zo­rien­to­wać, czy uko­chał tę me­lo­dię, czy nie umiał nic in­ne­go. Ze­szło­wiecz­na li­to­gra­fia z da­ge­ro­ty­pu, pre­zen­tu­ją­ca lu­mi­na­rzy war­szaw­skie­go te­atru sprzed stu dzie­się­ciu lat, wi­sia­ła krzy­wo nad for­te­pia­nem. Na bez­ład­nie usta­no­wio­nej prze­strze­ni tań­czy­ły pary, ob­rzu­ca­jąc się wza­jem­nie wy­mu­szo­ny­mi czu­ło­ścia­mi i ha­ła­śli­wą ser­decz­no­ścią lu­dzi przy­zwy­cza­jo­nych do po­ka­zy­wa­nia się w za­mian za uzna­nie. W ge­stach ich i in­to­na­cjach uno­sił się też ja­kiś po­głos obron­ne­go scep­ty­cy­zmu, da­le­ki od ko­me­dianc­twa, prze­obra­ża­ją­cy ak­tor­stwo w wa­lor nowy, po­wsta­ły przez ka­ta­li­zę, a może tyl­ko styk z roz­sia­ny­mi tu gę­sto ły­sy­mi gło­wa­mi sta­rych, mą­drych Ży­dów, z za­łu­pie­żo­ny­mi czasz­ka­mi mę­czą­cych ka­bo­ty­nów o ge­nial­nych po­my­słach i pła­ski­mi fry­zur­ka­mi mło­dych, na­mięt­nych kom­bi­na­to­rów - wszyst­kich tych re­ży­se­rów i ar­chi­tek­tów, sce­no­gra­fów i au­to­rów ra­dio­wych, tek­ścia­rzy ka­ba­re­to­wych i spe­ców od fil­mo­we­go mon­ta­żu, so­cjo­lo­gów, rzeź­bia­rzy, fa­chow­ców od te­le­wi­zji, pro­jek­tan­tów ko­stiu­mów te­atral­nych i ar­ty­stów od ry­sun­ko­wych dow­ci­pów - peł­nych jadu i ma­rzeń, i wiecz­ne­go nie­do­sy­tu, któ­ry wy­zna­cza ich dro­gę i cięż­kie wes­tchnie­nia. Gło­wy te, a wśród nich wy­so­kie, uta­pi­ro­wa­ne koki, ską­pe czu­pryn­ki i na­wi­słe ki­ście wło­sów - he­ba­no­we, zja­dli­wie rude, nie­zdro­wo fio­le­to­we lub z oksy­do­wa­nej pla­ty­ny - ob­ra­ca­ły się na za­sa­dzie ko­mór­ki świa­tło­czu­łej: nowa twarz w wej­ściu wię­zła w grzą­skiej chwy­tli­wo­ści na­tych­miast for­mu­ło­wa­nych opi­nii. Czar tego spię­cia był nie­po­wta­rzal­ny, może tyl­ko wbie­ga­ją­ca wśród hu­ra­ga­no­wej owa­cji na bo­isko eki­pa pił­kar­ska od­czu­wa ta­kie upo­je­nie, nie­po­mna, że wy­nik me­czu jest nie do prze­wi­dze­nia.

Chwi­la sta­tycz­na w wej­ściu wy­zwa­la­ła obu­stron­ną roz­kosz: oglą­da­ją­cych i oglą­da­nych. Ta kon­fi­gu­ra­cja sta­no­wi­ła ob­fi­ty łup spoj­rzeń, de­to­na­tor szep­tów, pie­ką­cych uwag, sma­ko­wi­tych ko­men­ta­rzy: wy­pro­fi­lo­wa­na up-to-date ja­kość Elż­bie­ty, re­kla­mo­wa twarz We­ro­ni­ki, ofen­syw­na skrom­ność An­drze­ja, no i Lar­biń­ski - po­ten­tat fil­mo­wy, ogni­sku­ją­cy przy­mil­ne, le­pią­ce ape­le ak­tor­skich oczu. Spoj­rze­nia wi­ro­wa­ły wo­kół nich, na­ła­do­wa­ne po­dzi­wem, za­wi­ścią, roz­ba­wie­niem i cie­ka­wo­ścią.

Usie­dli i Lar­biń­ski za­mó­wił u kel­ner­ki mnó­stwo rze­czy, na któ­re nikt nie miał ocho­ty. We­ro­ni­ka prze­sia­dła się za­raz do in­ne­go sto­li­ka. - Wy­obraź so­bie... - jej głos niósł da­le­ko; mó­wi­ła do na­la­ne­go sza­ty­na w musz­ce pod hi­po­po­ta­mią szy­ją, gła­dząc go bez­tro­sko po opa­słym udzie; fa­cet był od­le­głym wy­obra­że­niem o męż­czyź­nie, moż­na so­bie przy nim było po­zwo­lić na ry­zy­kow­ne ru­chy rąk.

- Pro­win­cjo­nal­ne sła­wy - rzekł Lar­biń­ski z po­gar­dą. - Już pra­wie wszy­scy jed­na­ko­wo wy­glą­da­ją.

- Nie ma Mi­ko­ła­ja - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta. - Dziw­ne, nie?

- To zdol­ny gość - mruk­nął Lar­biń­ski. - Uta­len­to­wa­ny. Mar­nu­je się. Ten jego film może być re­we­la­cją. - Po­chy­lił się nad sto­li­kiem i pa­trzył tak­su­ją­co na Elż­bie­tę, po czym rzekł na­gle: - Wszyst­ko, do cze­go do­sze­dłem, za­wdzię­czam cięż­kiej pra­cy. Wszyst­ko, co mam, osią­gną­łem za cenę nisz­czą­ce­go wy­sił­ku, nie­prze­spa­nych nocy, uże­ra­nia się z idio­ta­mi i nie­okrze­sa­ny­mi ćwierć­in­te­li­gen­ta­mi, któ­rzy de­cy­du­ją spo­za biu­rek.

- A pań­ski ta­lent? - spy­ta­ła Elż­bie­ta. - O któ­rym gło­śno w świe­cie?

Rysy Lar­biń­skie­go zła­god­nia­ły, zni­kła z nich kwa­śna mi­zan­tro­pia, wy­gła­dzi­ły się se­ra­ficz­nie, jak pod ko­ją­cą piesz­czo­tą. - Mój ta­lent - rzekł po­tul­nie - jest źró­dłem klęsk. Wła­śnie za ta­lent spo­ty­ka­ją mnie krzyw­dy. Nic, prócz ska­le­czeń ze wszyst­kich stron.

Cze­go ci brak, dra­niu?... - po­my­ślał An­drzej. - Masz mnó­stwo pie­nię­dzy i ko­biet, pięk­ne miesz­ka­nie, sa­mo­chód, a na­wet tro­chę sła­wy. O wie­le wię­cej, niż ci się na­le­ży. Tra­fi­łeś za­wód, w któ­rym otrzy­mu­je się sła­wę za nic, za fra­jer, za parę po­my­słów, naj­czę­ściej kra­dzio­nych z cu­dzych fil­mów i ksią­żek... - Nie jest pan wy­jąt­kiem - po­wie­dział z uprzej­mą iro­nią.

- W na­szym za­wo­dzie jest naj­go­rzej - po­skar­żył się mimo to Lar­biń­ski. - Okra­da­ją nas z na­szych po­my­słów i za­rob­ków. Pro­szę so­bie uświa­do­mić, ja­kie sumy w de­wi­zach przy­no­szą moje fil­my. I co ja z tego mam? Nie­daw­no od­mó­wio­no mi przy­dzia­łu paru nędz­nych do­la­rów na prze­pro­wa­dze­nie ku­ra­cji zdro­wot­nej w Wied­niu. W ten spo­sób ro­dzi się krzyw­da i nie­spra­wie­dli­wość w tym kra­ju.

- Co panu do­le­ga? - za­trosz­czy­ła się Elż­bie­ta.

- Nic na ra­zie. Mia­ła to być ku­ra­cja prze­ciw­ko sta­rze­niu. Za za­ro­bio­ne prze­ze mnie pie­nią­dze.

- Po co panu? - spy­ta­ła Elż­bie­ta za­lot­nie. - Taka ku­ra­cja?

- Wszy­scy tam to ro­bią - rzekł po­waż­nie Lar­biń­ski. - Żeby dłu­żej cie­szyć się ży­ciem. - Po­pa­trzał prze­cią­gle na Elż­bie­tę, głos mu zma­to­wiał, przy­cichł aż do szep­tu.

Po­do­bam mu się od daw­na - po­my­śla­ła Elż­bie­ta rze­czo­wo - i cią­gle jesz­cze. Aż skrę­ca się, taką ma na mnie chęć. - Ku­ra­cja ge­ria­trycz­na - do­dał Lar­biń­ski - jest po pro­stu ozna­ką przy­na­leż­no­ści do cy­wi­li­za­cyj­nej czo­łów­ki, któ­ra ceni po­stęp i zdo­by­cze wie­dzy. Pro­szę mnie zro­zu­mieć... - mó­wił te­raz gło­śniej i prze­cie­rał ner­wo­wo chust­ką usta - że wolę sie­dzieć z Bri­git­te Bar­dot w Tour d'Ar­gent niż tu­taj... - Ze słów jego bił ja­kiś pry­mi­tyw­ny smu­tek lu­dzi, któ­rzy co­kol­wiek mają, chcą cze­goś wię­cej i in­a­czej. - Mar­nu­je­my się - mó­wił. - Wszy­scy. I pan, i ja. Sie­dzi­my w SPA­TiF-ie za­miast w Mi­ra­bel­le na May­fa­ir, albo gdzieś na Park Ave­nue. Nie, nie... - po­chy­lił się żar­li­wie nad sto­li­kiem - to nie spro­wa­dza się tyl­ko do wy­kwin­tu wnętrz, ho­ma­ra za­miast śle­dzia w śmie­ta­nie i pon­tia­ca za­miast sy­ren­ki... To jest klę­ska na­szych moż­li­wo­ści, ja­ło­wość na­szych wy­sił­ków, mar­no­wa­nie ta­len­tów! Ja­kaś pie­kiel­na ba­rie­ra pro­win­cjo­nal­nej eg­zy­sten­cji, za­wsze by­li­śmy ofia­ra­mi na­szych par­szy­wych od­ręb­no­ści. Jak pa­trzę na tych my­dł­ków, któ­rych wy­po­co­ne bred­nie fil­mu­je się przy mi­lio­no­wych kosz­tach, któ­rych mon­stru­al­ne zdję­cia na tle do­pie­ro co ku­pio­nych zam­ków w Ga­sko­nii wy­peł­nia­ją "Elle", czy "Life", to rzy­gać mi się chce! Prze­cież ja od nich wię­cej wiem, wię­cej umiem, wię­cej po­tra­fię...

An­drzej bęb­nił pal­ca­mi po bla­cie sto­li­ka. Pa­mię­tał do­brze dzie­ła Lar­biń­skie­go o im­pe­ria­li­stycz­nych szpie­gach lub aniel­skich in­ży­nie­rach tra­wią­cych ży­cie na so­cja­li­stycz­nym uprze­my­sło­wia­niu: szły za­wsze w pu­stych ki­nach. Może nie były do­bre? - po­my­ślał z ucie­chą. - Może nic nie po­tra­fisz? Wie­dział do­brze, ile żmud­ne­go zno­ju kosz­to­wa­ło Lar­biń­skie­go do­kład­ne ka­mu­flo­wa­nie słu­żal­czo­ści, jaką na­sy­cał wszyst­ko: nie zu­ży­wał się w wal­ce o swo­je wi­dze­nie świa­ta, lecz w po­tę­pień­czym tru­dzie ukry­wa­nia bra­ku ja­kiej­kol­wiek wi­zji; uda­wa­ło mu się to zresz­tą zna­ko­mi­cie, z cza­sem do­szedł w tech­ni­ce ka­mu­fla­żu do ta­kie­go mi­strzo­stwa, że okrzyk­nię­ty zo­stał bo­jow­ni­kiem o nie­za­leż­ność sztu­ki.

- Dla mnie - po­wie­dzia­ła Elż­bie­ta lek­ko - jest to wy­łącz­nie prze­wa­ga ho­ma­ra nad śle­dziem i Har­rod­sa nad Cen­tral­nym Do­mem To­wa­ro­wym. Uwiel­biam ho­ma­ra.

- Za parę dni lecę do Pa­ry­ża - rzekł Lar­biń­ski. - Niech się pani ze mną wy­bie­rze, Elż­bie­to - za­żar­to­wał, lecz w gło­sie jego, za­miast bu­fo­na­dy, po­ja­wił się zgrzy­tli­wy to­nik nie­szcze­ro­ści.

- Z mo­jej stro­ny nie bę­dzie prze­szkód - rzekł An­drzej swo­bod­nie. - Mu­si­cie tyl­ko stwo­rzyć nie­za­wod­ny sys­tem po­zo­rów. Cho­dzi mi przede wszyst­kim o pana. Jako czło­nek par­tii nie może pan so­bie po­zwo­lić na zbyt otwar­te eska­pa­dy z cu­dzą żoną za pań­stwo­we pie­nią­dze.

Wca­le nie je­stem pew­na, czy żar­tu­je... - po­my­śla­ła Elż­bie­ta mści­wie. - Ach, Lu­cja­nie - po­wie­dzia­ła do Lar­biń­skie­go, kła­dąc piesz­czo­tli­wie obie dło­nie na jego trzy­ma­ją­cej wi­de­lec ręce. - Ma­rzy­ła­bym o tym. Na pew­no nosi pan pi­ża­my z ha­fto­wa­ny­mi ini­cja­ła­mi "L.L.", czyż nie? Lecz nie mogę się ru­szyć z War­sza­wy. Cóż An­drzej po­czął­by beze mnie? Nie zda­je pan so­bie spra­wy, ile nas łą­czy. - Lar­biń­ski uśmie­chał się ską­po i zim­no, uwa­żał An­drze­ja za chłyst­ka, któ­ry po­wo­dze­nie swe za­wdzię­cza męt­nym za­gra­niom, coś na kształt sprze­da­wa­nia ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne­go to­wa­ru. Poza tym moż­li­wo­ści An­drze­ja wy­da­wa­ły mu się ogra­ni­czo­ne do spryt­ne­go oli­wie­nia funk­cjo­nu­ją­cej ma­chi­ny służ­bo­wej, pod­czas gdy on, Lar­biń­ski, za­le­żał od sa­me­go sie­bie. Tak mu się przy­najm­niej wy­da­wa­ło i dla­te­go do gło­wy mu nie przy­szło, by ser­wo­wać swe trzeź­we i bez­sen­sow­ne pro­po­zy­cje w ko­ko­nie żar­tów.

Gę­sty dym pa­pie­ro­so­wy uno­sił się nad pod­ło­gą, jak opar nad mo­krą łąką. Przez dym prze­bi­ja­ła me­lo­dia, wy­stu­ki­wa­na za­ją­kli­wie i nie­dba­le na kla­wi­szach. Wtu­lo­ne w sie­bie pary chy­bo­ta­ły się w miej­scu, skle­jo­ne spo­co­ny­mi po­licz­ka­mi; pod­śpie­wy­wa­ły su­mien­nie i li­rycz­nie, to­piąc du­sze w tek­ście o sta­rym por­tie­rze, któ­ry ko­muś wrę­czał klucz. An­drzej roz­parł się wy­god­nie w fo­te­lu: wła­ści­wie czuł się świet­nie i wie­dział dla­cze­go. On nie ma ra­cji - po­my­ślał o Lar­biń­skim chłod­no. - Poza sno­bi­zmem pcha go wy­łącz­nie głód luk­su­su. Nie ro­zu­mie, że li­czy się zu­peł­nie coś in­ne­go... Stę­żo­na woń dymu, wód­ki, per­fum i potu oraz nie­zbyt świe­że­go bef­szty­ka po ta­tar­sku draż­ni­ła go i da­wa­ła mu po­czu­cie mocy, ro­zu­miał do­sko­na­le, że nic nie dzie­je się w próż­ni, że wszyst­ko sta­je się na za­sa­dzie ja­kie­goś od­nie­sie­nia. Nie ma osią­gnięć sa­mych w so­bie - my­ślał spo­koj­nie, z za­do­wo­le­niem. - Zdo­bycz jest za­wsze funk­cją ja­kie­goś bra­ku. Ci tu­taj są lak­mu­sem mo­ich zy­sków. Bez nich nie wie­dział­bym nic i nic by mi nie sma­ko­wa­ło. Kli­ma­ty­zo­wa­ne, bez­won­ne wnę­trze ho­te­lu Do­rche­ster po­zba­wia mnie cze­goś, co tu otrzy­mu­ję w peł­nej glo­rii zdo­byw­cy...

W wej­ściu sta­nął Mi­ko­łaj Plank. Za­ma­cha­li mu przy­jaź­nie dłoń­mi, Lar­biń­ski na­wet wstał, czy­niąc ser­decz­ne ge­sty. Mi­ko­łaj uśmiech­nął się mgli­ście i ru­szył w ich stro­nę, mię­dzy sto­li­ka­mi, po­trą­ca­jąc sie­dzą­cych. Był bar­dzo pi­ja­ny.