Rozdział 1
Minął rok od śmierci Igora. Prawie półtora, odkąd odeszła Lotka. Od dwudziestu pięciu lat nie było z nią mamy. Smutne, że od jakiegoś czasu zgony najbliższych stały się dla niej punktami orientacyjnymi w czasoprzestrzeni.
Smutne. Było jej smutno. Przez chwilę smakowała to słowo na języku, usiłując dopiąć spódnicę. Na darmo, nie było szans, brakowało z pięciu centymetrów.
Szlag, przytyła i dłużej nie dało się tego faktu ignorować. To ją wkurzało. Wkurzało ją. Znowu zatrzymała się na dłużej nad nazewnictwem. Psycholożka kazała jej jak najczęściej nazywać emocje, przynajmniej próbować. Z początku uważała ten pomysł za głupi, ale naprawdę nie miała wiele do stracenia. No i obiecała Idze, że będzie się starać. Więc to robiła.
Już pierwszego dnia okazało się, że pomysł nie był wcale taki głupi, na jaki wyglądał. Dobrze pamiętała, jak wyjmując butelkę oleju, zahaczyła nią o rant szafki i zawartość chlusnęła na podłogę. Zaklęła, rozejrzała się gorączkowo za szmatą (wolała posprzątać, nim zjawi się ojciec i skomentuje jej żałosne poczynania). Dostrzegła ją w kącie, chciała po nią sięgnąć, ale zatrzymała się w pół ruchu. Miała nazywać swoje emocje. Właśnie rozlała na kafelki pół butelki oleju. Spływał także po jej łydkach. Jak się z tym czuła?
Odpowiedź znalazła dopiero na kolejnej terapii, wspólnie z psycholożką. Wiele tygodni później dowiedziała się, że niemożność nazwania własnych emocji nie musi od razu oznaczać, że nie potrafi ich rozpoznać. Mogła je także wypierać, czy może raczej nie pozwalać sobie na ich odczuwanie. Taka opcja też niezbyt jej się podobała, ale z czasem przyznała, że w jej przypadku tak właśnie było: przez długi czas odmawiała sobie prawa do emocji. Dlatego nie zdołała opłakać Lotki i dlatego znalazła się nad Wisłą tamtego mroźnego wieczoru. Oczywiście był to tylko jeden z powodów, ale istotny, i nie zamierzała go bagatelizować.
Tymczasem spódnica nadal się nie dopinała i w końcu Ola musiała ten fakt zaakceptować. Przez chwilę rozważała pożyczenie czegoś od siostry, ale najdrobniejsza insynuacja, jakoby szukała w jej szafie alternatywy, bo nie mieściła się w swoje rzeczy, mogłaby Elizę wkurzyć. Fakt, była trochę pulchniejsza od niej, ale bez przesady, nie miała powodów do kompleksów i Ola nigdy nie mogła zrozumieć, skąd się biorą. Sama chętnie by się z nią zamieniła i nacieszyła trochę kobiecymi kształtami. Za jej własnymi mężczyźni raczej się nie oglądali.
Ostatecznie włożyła bawełnianą sukienkę, która skutecznie maskowała niedoskonałości, i wyszła wreszcie do przedpokoju. Eliza krzątała się między łazienką a swoją sypialnią, gderając pod nosem.
- Za pięć minut będę gotowa - oznajmiła Ola, co nie było do końca zgodne z prawdą, ale nie miała wątpliwości, że w tej sytuacji właśnie to należy powiedzieć.
- Za pięć minut powinnyśmy być u ojca. Czy mogłabym choć raz w życiu się przez ciebie nie spóźnić?
Sama jeszcze nie była gotowa, więc było to trochę niesprawiedliwe, ale Ola pominęła to milczeniem. Elizka od rana chodziła dziwnie podenerwowana, zapewne z powodu nadchodzącej wizyty na cmentarzu. Wydawało się nawet odrobinę dziwne, że ani ona, ani ojciec nie próbowali wymigać się od wspólnej wyprawy. Kiedy chodziło o mamę czy Lotkę, nie mieli skrupułów, a w przypadku Igora oboje zdawali się uważać to za swój obowiązek.
- Słuchaj, Elizka... - Ola zatrzymała się w połowie drogi do łazienki. Objęła się w pasie obronnym gestem, bo przeczuwała, co za moment nastąpi. - Skoro już będziemy w pobliżu, może zaszlibyśmy do mamy?
- Dlaczego tylko do mamy? - warknęła Eliza w odpowiedzi. - Może odwiedźmy wszystkie nagrobki. I nie zapomnij wziąć szczotki, posprzątamy przy okazji!
- Nie mówię o wszystkich, mówię o mamie...
- Nie jestem tobą, nie zamierzam pół życia spędzić na cmentarzach. Mam lepsze rzeczy do roboty. - Zdjęła kurtkę z wieszaka i popatrzyła na siostrę wyczekująco. - Pięć minut minęło.
Ola spojrzała tęsknie w stronę łazienki. Wiedziała, że wkurzanie Elizy od rana to kiepski pomysł, zwłaszcza w taki dzień. Bardzo chciała, by wspólna wizyta na cmentarzu przebiegła możliwie bezkonfliktowo i warto było w to zainwestować. A załatwić się mogła przecież później.
Chwyciła kurtkę, torebkę i uśmiechnęła się, trochę może zbyt szeroko.
- Jestem gotowa - oznajmiła.
***
Samochód ojca podskakiwał na wybojach, skutecznie zagłuszając toczącą się z przodu dyskusję. I dobrze. Ola siedząca na tylnej kanapie mogła bez przeszkód oddać się rozmyślaniom.
Denerwowała się, musiała to przyznać. Trochę tak, jakby miała tremę, co nie było zbyt mądre, biorąc pod uwagę okoliczności. Pogrzeb to co innego, dużo ludzi, bardziej i mniej znajomych, każdy miał jakieś oczekiwania - czy to względem niej, czy samej ceremonii. Ale wizyta na cmentarzu w zwykły dzień (zwykły dla przeciętnego człowieka, bo dla niej absolutnie szczególny) nie wiązała się z koniecznością pokazania ludziom. Mieli jej towarzyszyć jedynie Eliza i ojciec, najbliższa rodzina. Człowiek, którego zamierzała odwiedzić, nie żył, więc nawet jego oczekiwania nie wchodziły już w grę. Dlaczego więc coś boleśnie ściskało ją w dołku?
Odpowiedź nadeszła całkiem szybko, z kolejnym wybojem: chciała, by wszystko było idealnie, a w tej rodzinie mało co takie bywało. Chciała przeżyć ten dzień jak należy, w zgodzie ze sobą, ale też w zgodzie z tym, czego - według niej - życzyłby sobie Igor. Nie była całkiem przekonana, czy jej towarzysze zechcą to uszanować.
Ojciec zatrzymał się przed główną bramą. Znicze i kwiaty zabrali z bagażnika, nigdy nie kupowali ich przy cmentarzu - przynajmniej kiedy przyjeżdżali razem. Przez chwilę sprzeczali się o konfigurację pakunków ("Ty weź ten karton, a ja reklamówkę", "Przełóż to, do cholery, bo rączki pękną!"), Ola wspomniała coś jeszcze o toalecie, ale w końcu ruszyli centralną alejką.
Pogoda im sprzyjała. Dzień okazał się iście wiosenny, ciepły jak na marzec, słoneczny. Ola starała się nie doszukiwać w tym znaczeń. Wodziła wzrokiem po bezlistnych wciąż gałęziach drzew, umiejętnie omijając nagrobki. Czuła się niemal jak na spacerze i jedynym przypomnieniem, że na nim nie jest, była rączka reklamówki wpijająca się boleśnie w dłoń.
- Naustawiali jak na wiejskim jarmarku. - Głos ojca ściągnął Olę na ziemię. - Bo im więcej, tym lepiej. A słoma z butów wystaje.
- Człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy - podsumowała Eliza.
Ola powiodła wzrokiem w kierunku nagrobka, którego wygląd tak barwnie komentowali. Faktycznie kompozycja nie miała wiele wspólnego z elegancją, sztuczne kwiaty we wszystkich kolorach tęczy ktoś poustawiał chyba dość przypadkowo, bez większego ładu. Znicze podobnie, różniące się między sobą znacząco kolorem, kształtem i wielkością. Ola nie widziała w tym jednak nic złego. Każdy z tych przedmiotów był symbolem świadczącym o pamięci, tęsknocie, miłości. Co z tego, że grób jej mamy wyglądał jak z katalogu, skoro nikt prócz niej go nie odwiedzał?
Przez chwilę chciała stanąć w obronie ludzi dbających o rzeczony pomnik, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu. Spieranie się o sprawy nieistotne nie było przejawem rozsądku, a ona od pewnego czasu starała się nie rozstawać z nim ani na moment.
Skręcili z głównej alejki i przez chwilę lawirowali między nagrobkami w akompaniamencie utyskiwań ojca ("Kto tu postawił tę cholerną ławkę?!" oraz "Trzeba nie mieć rozumu, żeby sadzić te idiotyczne tuje"). Ola z daleka widziała rdzawy pomnik - pojedynczy, całkiem elegancki, co musiała przyznać, choć nie brała udziału w wyborze.
Dotarłszy na miejsce, odstawiła reklamówkę na ziemię i się rozejrzała. Z ulgą stwierdziła, że grób wygląda nieźle. Śnieg stopniał niedawno i płyta z pewnością wymagała umycia, ale całość prezentowała się dość schludnie - brak chwastów, na które w marcu było jeszcze za wcześnie, brak liści, które z kolei wymiatała regularnie jesienią. Przychodziła co miesiąc, celując mniej więcej w okolice dziesiątego i starając się nie myśleć, że to kolejne miesięcznice jego śmierci. Wspólnie z terapeutką ustaliły, że taka częstotliwość będzie optymalna - dostatecznie często, by uczcić jego pamięć, a jednocześnie na tyle rzadko, by nie zwariować. Sprzątała więc regularnie, wymieniała kwiaty, zapalała znicze. I teraz nie musiała się wstydzić, bo pomnik wyglądał na zadbany.
- Nie wiem, po co nakupowałaś tyle tych kwiatów. - Ojciec wyjął wiązankę z reklamówki i spojrzał na nią krytycznie. - Poprzednie są dobre.
Miał rację, były. Wymieniała je niedawno, nic im nie dolegało, ale była rocznica i jakoś głupio jej było przyjść z pustymi rękami.
Powiedziała mu o tym, co skomentował prychnięciem.
- Trzeba było za życia tak o niego dbać. Teraz twoja troska już na nic mu się nie zda.
Zamarła. Zabolało tak, jakby ktoś kopnął ją w żołądek. Zwłaszcza że ojciec miał przecież sporo racji. Wpatrując się tępo w wiązankę, starała się zachować spokój.
"To nie była twoja wina. To nie była twoja wina".
Głos Igi otulił ją szczelnie jak kokon - ciepły, przytulny, bezpieczny. Wszystko było w porządku, to nie była jej wina. Nie zabiła go. A teraz przyniosła kwiaty na rocznicę i to także nie było nic złego, nie powinna się z tego tłumaczyć.
Ostrożnie odchrząknęła, choć nie zamierzała odpowiadać. Wiedziała, że wyjście z ojcem i Elizą ma swoją cenę, ale i tak poczuła irytację. Irytację! Iga byłaby z niej dumna. Z nie do końca jasnych dla Oli powodów cieszyła się za każdym razem, kiedy widziała jej złość. Kiedyś powiedziała, że to zdrowsze niż ciągłe wyrzuty sumienia. Może coś w tym było?
Bez słowa wyjęła zmiotkę i zabrała się do pracy. Szło jej sprawnie, ale ojciec i tak nie przestawał komentować.
- Wyliż to jeszcze - warczał. - Myślisz, że tak zagłuszysz wyrzuty sumienia? Nie mam na to czasu, do jasnej cholery! Ja pracuję, twoja siostra także!
"Ja też" - pomyślała. Choć na temat jej obecnej pracy w laboratorium miał znacznie lepsze zdanie niż o klinice Ostaszewskiej (czy klinikach weterynaryjnych w ogóle), i tak niespecjalnie ją szanował. Dla niego to był kolejny błąd, bo nie poszła jego ścieżką. Nadal usilnie się przed tym broniła.
- Dobra, niech szoruje - mruknęła Elizka.
Kiedy Ola uchwyciła jej ponure spojrzenie, nie dostrzegła w nim zrozumienia, ale siostra stanęła w jej obronie. Jeśli coś miało szansę uspokoić ojca, to tylko jej interwencja.
Poprawiła szalik, bo zaczął już zamiatać płytę razem z nią, i wyjęła z reklamówki płyn do pomników. Wolała to zrobić szybko, wiedziała, że cierpliwość ojca należy do zasobów, które wyczerpują się w zaskakującym tempie.
- Jeśli cię teraz widzi, ma niezły ubaw. - Nie odpuszczał. - Żebyś ty z takim zapałem sprzątała, jak jeszcze żył. Żebyś mu gotowała! Kto wie, może nie musiałabyś teraz szorować pomników?
"To nie była twoja wina". Ola przymknęła na moment oczy, nie ustając w sprzątaniu. Logika ojca była pokrętna, aż dziw, że sam tego nie widział. Przecież Igor nie umarł dlatego, że unikała domowych obowiązków. Prawdopodobnie jednak nie logika była najważniejsza w tych uwagach, a celność. Miało zaboleć i zabolało.
Ale też i odrobinę rozbawiło, choć nie była przekonana, czy to odpowiednie określenie. Ojciec nigdy nie wierzył w życie pozagrobowe, nie zakładał więc z całą pewnością, że Igor ich teraz obserwuje. Wspominał o tym tylko po to, by zrobić jej na złość. Działało, musiała to przyznać, ale już nie tak skutecznie jak jeszcze pół roku temu.
"Kolejny powód do dumy, Iguś" - pomyślała. Uśmiechnęła się nawet nieco pod nosem na myśl o przyjaciółce, ale szybko ten przebłysk optymizmu przegoniła. Ojciec mógłby to źle zrozumieć. Albo wziąć sobie za punkt honoru, by doszczętnie zrujnować jej nastrój.
Nie umyła pomnika do końca, to nie było w tamtej chwili najważniejsze. Schowała szczotkę, szmatkę i płyn, obiecując sobie w myślach, że następnym razem zrobi to porządnie. Sama. Albo w towarzystwie Igi, która pozwoli jej szorować płytę przez godzinę.
Ustawiła kwiaty, wyjęła znicze, zaczęła szukać zapalniczki.
- Miał do ciebie świętą cierpliwość. - Ojciec pokręcił głową, wpatrując się w zdjęcie na pomniku z pewną nostalgią. Ola zatrzymała się w pół ruchu, oczarowana tym nagłym uczuciem. On naprawdę tęsknił za Igorem, choć nigdy nie powiedział tego wprost. - Bóg mi świadkiem, że na jego miejscu już dawno bym ją stracił.
Potrząsnęła głową. W Boga także nie wierzył, nie było sensu go w to mieszać.
- Tyle razy dawał ci szansę. Tyle razy go przepraszałaś i dalej robiłaś swoje. Ciągle siedział w domu sam, młody, zdrowy facet. Jak pustelnik, bo ty zawsze miałaś ważniejsze sprawy na głowie.
"To nie była twoja wina".
Znalazła zapalniczkę i usiłowała zrobić z niej użytek, ale ręce nie wiedzieć kiedy zaczęły jej drżeć. Dlaczego, u licha? Przecież nie przejmowała się aż tak bardzo! Wiedziała, jaki jest ojciec, wiedziała, że próbuje ją jedynie zranić, bo jego zdaniem to przypominanie o błędach z przeszłości najskuteczniej uchroni ją przed popełnianiem kolejnych. Nie powinna się przejmować, powinna po prostu zapalić te znicze i zakończyć wizytę, póki nie doszło do niczego gorszego.
Próbowała przypomnieć sobie twarz Igi, jej ciepłe oczy, kiedy po raz kolejny ze stoickim spokojem powtarzała, że śmierć Igora nie miała z nią nic wspólnego. Tyle że nie mogła. Wspomnienia zatarły się jakoś, jakby należały do innej rzeczywistości, a w jej świecie został tylko ten cmentarz, z utyskującym ojcem i milczącą Elizą. I pomnikiem umytym do połowy.
- Żeby to cię chociaż czegoś nauczyło! - ryknął niespodziewanie ojciec. Rąbnął dłonią w ławkę tak, że obie kobiety podskoczyły. - Ale ty dalej nic sobie z tego nie robisz! Był dla mnie jak syn, do cholery! Ale ty musiałaś rozpieprzyć tę rodzinę!
- Tato... - wtrąciła ostrzegawczo Eliza.
Rzadko stawała w obronie siostry, zwłaszcza jeśli ojciec zdążył się już rozpędzić. Ale nawet jej zdaniem sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli.
Być może była jeszcze szansa, że ojciec się opamięta, zawsze liczył się ze zdaniem starszej córki. Tego jednak nigdy się nie dowiedzieli, bo w Oli właśnie wtedy coś pękło.
- Był dla ciebie jak syn?! - wykrzyknęła. - A ja kim jestem?! Dlaczego ty nigdy nie stoisz po mojej stronie?! Dlaczego nie broniłeś mnie, kiedy mnie zdradził?! Dlaczego nigdy nie wziąłeś pod uwagę, że wina może leżeć po jego stronie?!
Nie wiedzieć kiedy łzy stanęły jej w oczach. Sądziła, że nad nimi panuje, ale jakimś pojedynczym udało się jednak wyrwać. Otarła je zdecydowanym ruchem, wściekła na siebie za tę chwilę słabości. I w pełni świadoma, że właśnie pogorszyła sprawę. Ojciec nienawidził, gdy płakała.
- Srał tam, nie zdradził! - Jego twarz spurpurowiała, kropelki śliny trysnęły we wszystkich kierunkach. - Nawet w takim dniu go oczerniasz! Nie masz za grosz przyzwoitości! Nie radziłaś sobie ze sobą, a on wciąż musiał rekompensować twoje braki! To go właśnie zabiło!
- Tato! - Eliza zaprotestowała po raz kolejny, ale ojciec nie zareagował.
- Gdybyś była wtedy w domu, zamiast użalać się nad sobą, Igor nadal by żył!
- Albo zginęłabym razem z nim i nie miałbyś kogo obwiniać!
Wiedziała, że przesadziła, ale poczucie niesprawiedliwości było nie do zniesienia. Już prawie nie słyszała krzyków ojca, znowu była jednym wielkim bólem. Tak jakby ten rok, cała jej ciężka praca... jakby to poszło na marne. Jakby nie istniało.
Kiedy pół godziny później w grobowej ciszy zbliżali się do samochodu, nie czuła nic. Była całkowicie otępiała, pusta, jakby ktoś odebrał jej wszystko i zostawił tylko skorupkę. Słońce nadal świeciło, ptaki wesoło ćwierkały nad ich głowami, zwiastując wiosnę, a ona miała wrażenie, że umarła. Że została na tym cmentarzu, na grobie Igora, gdzie chyba było jej miejsce.
***
Minęła szósta, kiedy Ola uświadomiła sobie, że nie może być dłużej sama. Znała siebie, wiedziała, dokąd prowadzi uczucie wszechogarniającej pustki i przerażenia, jakby miała ją wciągnąć czarna dziura. Już to przerabiała, była w tym miejscu, wiedziała, jak cienka jest granica pomiędzy "dam radę" a garścią tabletek. Nie chciała powtarzać tego błędu. No i obiecała komuś, że zadzwoni, jeśli tylko poczuje się choć w połowie tak źle jak tamtego wieczoru nad Wisłą.
Iga pisała do niej przez cały dzień, choć była w pracy. Ani razu nie zapytała o samopoczucie i dobrze, bo co można odpowiedzieć na tak postawione pytanie? Rozmawiały o głupotach; komentowały zachowania klientów kliniki, zaśmiewały się z najnowszych memów i omawiały wzajemnie sprzeczne przepisy na sernik pistacjowy. Żadną z tych rzeczy Ola nie była tak naprawdę zainteresowana i wiedziała, że Iga także nie jest, ale to był sposób na bycie razem tego dnia.
Ola nie chciała dzwonić do przyjaciółki, choć to właśnie obiecała. Wiedziała, że Iga jest w pracy, a Ostaszewska pewnie dyszy jej w kark. Nie chciała też jednak dłużej czekać. Wsiadła do samochodu i pojechała za miasto, prosto do domu, w którym spędziła dwa najgorsze i jednocześnie najważniejsze miesiące w swoim życiu. Dokładnie rok temu.
Otworzyła jej Matylda, z jasnymi włosami upiętymi jak zawsze wysoko, w schludnym sweterku w błękitno-szare pasy. Olę zawsze fascynowało jej podobieństwo do trzy lata młodszej Igi - miały te same rysy, jasną karnację, włosy w kolorze niezbyt atrakcyjnego blondu; roztaczały jednak wokół siebie zupełnie inną energię. Podczas gdy Iga była osobą z natury ciepłą, delikatną, bardzo wrażliwą, Matylda na pierwszy rzut oka mogła wydać się chłodna. Dla niej najważniejsze były zasady, działanie według ściśle wytyczonego schematu, pewna ostrożność i dystans.
- Wiem, że Iga jest jeszcze w pracy - rzuciła Ola na jej widok. - Ale pomyślałam, że może na nią zaczekam.
Matylda wpuściła ją bez wahania, choć osłoniła się przy tym swetrem w obronnym geście. Ola wiedziała, że introwertyków nie powinno się nachodzić z zaskoczenia, zwłaszcza w ich własnym domu, ale liczyła, że będzie jej to wybaczone. W końcu w ciągu ostatniego roku była w tym miejscu częstym gościem. Gospodyni na pewno przywykła do jej towarzystwa.
- Jak ci minął dzień? - zagadnęła Matylda, parząc herbatę.
Ola siedziała przy stole w kuchni, wodząc spojrzeniem po piaskowych ścianach otwartego salonu. Jak jej minął dzień? Można by książkę napisać...
- Dzisiaj mija rok od śmierci Igora - powiedziała w końcu z namysłem. - Ale pewnie już wiesz. - Spojrzała na nią.
Matylda przytaknęła. Herbata znalazła się w końcu na stole, a obok niej talerz z domowymi drożdżówkami. Ola zdała sobie sprawę, że od rana nic jeszcze nie jadła, a Matylda piekła naprawdę doskonale. Zanim jednak sięgnęła po smakołyk, jej wzrok przyciągnął kubek. Jeden kubek.
- Przepraszam, mam dużo pracy. - Matylda jakby czytała jej w myślach. - Poradzisz sobie?
- No pewnie.
Prawdę mówiąc, Ola liczyła na towarzystwo, ale kiedy została sama, doszła do wniosku, że i tak jest o niebo lepiej niż w domu. Czuła się tu dobrze, komfortowo. Choć wspomnienia wiązały się z bardzo trudnym okresem w jej życiu, nie były bolesne. Kiedy o tym myślała, ogarniały ją spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tak działał na nią ten dom. I obecność Igi, choćby nawet tak ulotna jak teraz.
***
- Ola? - Kiedy Iga weszła do domu, jej wzrok od razu padł na przyjaciółkę. Na kubek z resztką zimnej już herbaty, okruszki po drożdżówce z malinami i jej nieśmiały uśmiech. Ola spodziewała się pytań, może wyrzutów ("Dlaczego nie zadzwoniłaś?!"), ale nic takiego nie padło. Kiedy już początkowe zaskoczenie minęło, Iga zdjęła buty, odwiesiła kurtkę i ruszyła w jej stronę, uśmiechając się tak, jakby wszystko było na swoim miejscu. - Dobrze, że jesteś.
- W domu było strasznie pusto - przyznała. - No i... chciałam pogadać.
Iga pokiwała głową.
- Zjesz ze mną obiad? Umieram z głodu. - Nie czekając na odpowiedź, umieściła garnek na płycie. - Był taki ruch, że nie miałam kiedy zjeść kanapki. Jak ciotka nie zatrudni w końcu kogoś na twoje miejsce, wykończy nas wszystkich.
Ola uśmiechnęła się słabo. Na myśl o pracy, którą kiedyś kochała, poczuła bolesne ukłucie w dołku. Niezbyt silne, były to przecież zamierzchłe czasy, ale jednak wyczuwalne.
- Jakieś ciekawe przypadki? - zapytała niby od niechcenia.
Poczuła na sobie badawcze spojrzenie, ale nie dała się sprowokować. Iga, nie wyczuwszy najwyraźniej nic podejrzanego, zaczęła opowiadać. Skupiała się jak zawsze na kwestiach medycznych i samych pacjentach, zręcznie omijając temat stosunków panujących w klinice. Taki system się sprawdzał.
Kiedy na stole znalazły się dwa talerze obłędnie pachnącej pomidorowej z makaronem, Ola wróciła myślami do spraw, które przywiodły ją do przyjaciółki. Zjadła kilka łyżek, pozwalając Idze dokończyć opowieść o maltańczyku, który panicznie bał się śmieciarek, ale w jej głowie już kłębiły się natrętne myśli.
- Chyba głupio zrobiłam, wybierając się dziś na cmentarz z Elizką i ojcem - wypaliła w końcu, wykorzystując chwilę ciszy. - Miałaś rację.
- Przecież nic nie mówiłam.
- Ale swoje pomyślałaś. Wiedziałaś, że to się źle skończy.
Odpowiedziało jej westchnienie. Iga popatrzyła na nią współczująco znad pełnej łyżki.
- Jak źle?
Zupa nadal była pyszna, ale wspomnienie kłótni na cmentarzu trochę ją jednak popsuło. Ola się przygarbiła.
- No... pewnie mogło być gorzej - przyznała. - Ale pokłóciłam się z ojcem. Wydzieraliśmy się na siebie nad grobem Igora, a on tego tak nie znosił... Zawsze mówił, że to przecież mój ojciec, rodzina, powinnam go szanować.
Iga nie zapytała, czego dokładnie dotyczyła kłótnia. Rozumiała, że nie w tematyce leży problem. Przez chwilę jadła w milczeniu, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią, a Ola wykorzystała ten czas, by wyrzucić z siebie wątpliwości.
- W ogóle nie chodzi o kłótnię. - Odłożyła łyżkę na talerz i przez chwilę szukała czegoś, na czym mogłaby zawiesić wzrok. Ostatecznie padło na przekwitły storczyk stojący na parapecie, widoczny doskonale tuż nad ramieniem Igi. - Co chwilę o coś się kłócimy. - Wzruszyła ramionami. - Problem w tym, że spodziewałam się po tym dniu czegoś innego. Chciałam spędzić go jakoś tak... należycie, rozumiesz? Chciałam pójść na cmentarz, powspominać. Może trochę popłakać. - Zaśmiała się nerwowo. - A tak naprawdę nie miałam w ogóle czasu, żeby pomyśleć o Igorze. Wszystko pochłonęła ta awantura. A na domiar złego okropnie chciało mi się siku i jak już przestaliśmy się kłócić, mogłam myśleć tylko o tym.
Popatrzyła wreszcie na przyjaciółkę. Wcześniej bała się, że się rozpłacze, jak tylko wspomni o tej paskudnej wizycie, ale teraz była od tego daleka. Zmęczenie i rezygnacja zdominowały wszystko inne.
- Wiem, że Igorowi już jest to obojętne. - Wzruszyła ramionami.
- Ale tobie nie jest. - Iga włożyła pusty talerz do zmywarki i odgarnęła włosy z twarzy. - Powinnaś spędzić ten dzień jak należy, to ważne. Na szczęście nic straconego.
Ola spojrzała na nią zaskoczona.
- Czasu nie cofniemy - wyjaśniła spokojnie Iga - ale możemy pojechać na cmentarz jeszcze raz. I możesz upamiętnić ten dzień tak, jak chciałaś.
- Już późno...
- Ale nie za późno. Nadal jest rocznica, prawda? - Iga wzruszyła ramionami. - Weźmiemy Atosa. Zjedz tylko - dodała, wskazując na wciąż do połowy pełny talerz przyjaciółki - a ja się przebiorę.
Nie czekała na odpowiedź, pobiegła na górę przygotować się do wyjścia. A Atos, uchwyciwszy spojrzenie Oli, zamerdał wesoło ogonem.
***
- To głupie - powtórzyła Ola po raz trzeci.
- Wcale nie.
Maszerowały główną alejką cmentarza, oświetlając drogę latarką, bo wokół - jeśli nie liczyć zniczy - panowała całkowita ciemność. Noc nie należała do jasnych, księżyc co chwilę chował się za chmurami, ale wbrew temu, czego spodziewała się Ola, wyprawa nie okazała się wcale przerażająca. Może dlatego, że Iga zachowywała całkowity spokój, albo z powodu Atosa drepczącego obok nich. Wszystko wydawało się na swoim miejscu.
Choć Ola odwiedzała Igora regularnie, po ciemku wszystko wyglądało inaczej i przez długi czas miała problem z odnalezieniem właściwego pomnika. Kluczyły między nagrobkami, odczytując kolejne nazwiska w świetle latarki.
- Odpuśćmy - westchnęła. Nie dlatego, że faktycznie tego chciała, ale czuła, że wystawia cierpliwość przyjaciółki na próbę. - Przyjdziemy jutro.
- Jutro to już nie będzie to samo.
Ola zerknęła na nią z mieszaniną czułości i niedowierzania. Idze zdawało się zależeć jeszcze bardziej niż jej. Upierała się tak długo, aż w końcu udało im się trafić we właściwe rejony. Rozpoznały kilka nazwisk, które regularnie mijały, i niedługo później znalazły się w końcu nad grobem Igora. Dochodziła dziesiąta, ale Iga miała rację: nadal była rocznica.
Znicze wciąż się paliły - nie tylko te, które po wielu trudach udało jej się rano zapalić drżącymi rękami. Były też inne, zapewne od rodziców Igora, może od jakichś jego kolegów. Ola z nikim nie utrzymywała kontaktów, ale wiedziała, że nie tylko ona regularnie odwiedza jego grób.
- Dziwne - powiedziała, obejmując się ramionami. - Tak tu spokojnie...
W istocie tak było. Po ciepłym dniu nie został nawet ślad, zapowiadała się mroźna noc, ale wiatr ustał i zrobiło się jakoś cicho. Ola spojrzała w niebo przekonana, że gdyby chmury rozstąpiły się choć na moment, ujrzałaby tysiące gwiazd.
- Igor... - Zawahała się. Tak ciężko było ubrać myśli w słowa. Pokręciła głową i zaśmiała się, co w ciszy nocy, zwłaszcza tu, zabrzmiało dziwnie obco. - On rzadko bywał spokojny. Rozumiesz, co mam na myśli? - Popatrzyła na przyjaciółkę. - Nigdy się nie zatrzymywał. Był jak żywioł. Wciąż targały nim emocje, wciąż... - Urwała. Nie mówiła o awanturach, a jednak to one przyszły jej teraz na myśl. Czy Iga tak to zrozumiała? - Nasze życie było pełne pasji dzięki niemu - powiedziała stanowczo. - We wszystko, co robił, wkładał całego siebie.
Nie chciała mówić o konkretach, nawet w towarzystwie Igi. Wspominać tych wszystkich imprez do rana, może trochę za mocno doprawionych alkoholem i trawą, ale jednak szaleńczo udanych. Wspólnych wyjazdów, wycieczek, ognisk. I seksu.
Nagle, niespodziewanie dla samej siebie, ogarnęła ją niepohamowana tęsknota. Nie była pewna, czy za samym Igorem, czy bardziej za życiem, które wiedli... A może za tą wersją siebie, którą gdzieś zagubiła? Teraz już nie była królową imprez, nie pływała motorówką, nie skakała na bungee. Czy to oznaczało, że barwne życie zawdzięczała jemu?
- A teraz tak tu leży... - dokończyła cicho. - Robię rzeczy, które kiedyś go wkurzały, i nawet nie może tego skomentować. Wiesz, jakie to dziwne?
Iga uśmiechnęła się.
- Tęsknisz?
- Wiem, co myślisz. - Ola popatrzyła na przyjaciółkę, jakby chciała ubiec nadciągające komentarze. - Pamiętam, jak było, nie jest przecież tak, że to wyparłam. Po prostu wy wszyscy... - Potrząsnęła głową. - Każdy z was widzi coś innego, ale to tylko wycinki rzeczywistości. Prócz nas dwojga nikt nie wie, jak było naprawdę.
- Teraz musisz pamiętać za was oboje.
Ola popatrzyła na przyjaciółkę, na próżno doszukując się ironii czy choćby pobłażania. Iga pozostała spokojna i wszystko wskazywało na to, że mówi szczerze. Ola przysiadła na ławce, podwijając kurtkę, by ochronić się przed zimnem.
- Z jednej strony chciałabym już zostawić to za sobą i zacząć od nowa, a z drugiej wciąż się boję, że zacznę zapominać.
Iga usiadła obok. Wyjęła z reklamówki znicz i podała przyjaciółce zapałki.
- To, że zaczniesz od nowa, nie znaczy, że zapomnisz - zauważyła rozsądnie. - Igor zawsze będzie dla ciebie kimś ważnym, ale też nie musisz opłakiwać go w nieskończoność. W ogóle nic nie musisz. Jeśli będziesz gotowa zostawić to za sobą, to tak zrobisz. Jeśli nie, to nie. To twoja decyzja i nic nikomu do tego.
Zapałka nie chciała zająć się ogniem, jak na złość, a kiedy w końcu się udało, Ola nie bardzo wiedziała, co z nią zrobić. Wpatrywała się w płomyk tak długo, aż Iga zgasiła go dmuchnięciem, by nie poparzył jej palców.
- Mówiłaś, że powinnam zapomnieć - przypomniała Ola, podnosząc na przyjaciółkę wzrok.
Iga potrząsnęła głową.
- Mówiłam, że powinnaś sobie wybaczyć. - Zapaliła znicz, zamknęła wieczko i podała Oli, unosząc znacząco brwi. - To różnica.
- Bo to nie była moja wina?
- Właśnie tak.
Przez moment Ola wpatrywała się w płomyk tańczący wewnątrz szklanej kuli, potem w końcu pokiwała głową. Wstała, by umieścić znicz w odpowiednim miejscu, między pozostałymi. Niby to tylko jeden znicz, jedno światełko więcej, a miała wrażenie, że dopiero teraz grób wyglądał tak, jak powinien w tym dniu. Na cmentarzu panował spokój, w jej sercu także. Zupełnie jakby Iga miała rację.
Rozdział 2
Dochodziła jedenasta, a Olka nie wracała. Nie żeby Eliza martwiła się o nią, co to, to nie, ale musiała przyznać, że powód nieobecności siostry o tak późnej porze zaczynał ją już nie tyle intrygować, co wręcz niepokoić.
W ogóle cała sytuacja była niepojęta. Na cmentarzu, zgodnie z przewidywaniami, doszło do wielkiej awantury. Olka straciła nad sobą panowanie, co ostatnio nie zdarzało się często, przez to było jeszcze zabawniej. Eliza była przekonana, że jej siostra resztę dnia spędzi w domu, analizując każde słowo i wypłakując oczy. Wracała więc nastawiona na konfrontację, zdecydowana powiedzieć kilka słów na temat ojca, który nie zasłużył na takie traktowanie. Potem mogłaby też wspomnieć o sobie, że przecież zamierzała godnie uczcić pamięć Igora, a z powodu niedojrzałości emocjonalnej Olki żadne z nich nie miało na to szansy. Śmiała się już na samą myśl.
Tyle że w domu nikogo nie było, a po śladach ludzkiej obecności trudno było oszacować, jak długo utrzymywał się ten stan. Olka równie dobrze mogła wyjść przed chwilą, jak i nie spędzić w mieszkaniu ani minuty. Elizie nie robiło to w zasadzie wielkiej różnicy, ale wolała wiedzieć takie rzeczy. Nie lubiła niespodzianek.
Z godziny na godzinę sytuacja stawała się coraz dziwniejsza. Olka nie wracała, a nawet nie dzwoniła i Eliza w końcu zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś sobie nie zrobiła. Byłby to naprawdę niespodziewany zwrot akcji i rozwaliłby zupełnie jej życiowe plany.
W końcu, piętnaście minut po jedenastej, rozległ się dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Eliza oglądała właśnie jakiś niezbyt porywający dramat, w którym główni bohaterowie non stop płakali, i jadła orzeszki w panierce curry. Nie przepadała za nimi, ale nie znalazła nic innego godnego uwagi.
- Cześć! - zawołała od progu Olka.
Jak na gust Elizy, miała zdecydowanie zbyt dobry humor.
Sądząc po odgłosach, rozebrała się w przedpokoju i wstąpiła do łazienki. Potem zaszła również do kuchni, chyba nalała szklankę wody. Eliza wolała się nie odwracać, nie chciała okazać siostrze zainteresowania, słuchała jednak uważnie, śledziła jej ruchy. Odzyskiwała kontrolę.
W końcu Olka weszła do salonu. Przez moment stała w drzwiach, przyglądając się obrazom przesuwającym się na ekranie telewizora; potem opadła na kanapę obok siostry.
- Jestem wykończona - mruknęła, opierając głowę na jej ramieniu.
Eliza z trudem powstrzymała się, by ją strącić. To było właśnie najgorsze we wspólnym mieszkaniu, te wszystkie mikroczułości, z których Olka za nic w świecie nie chciała zrezygnować.
- Trzeba było wrócić jeszcze później. Rano idziesz do roboty.
- Wiem. - Stłumiła ziewnięcie kocem, który już zaczęła sobie zawłaszczać, i sięgnęła po orzeszki. - Fuj - skrzywiła się. - Co to?
- Curry. Najlepsze.
Wbrew temu, co mówiła, Olka sięgnęła po kolejne, moszcząc się wygodniej obok siostry.
- Byłam u Igi - wyznała, nie wiadomo po co. Dobrze wiedziała, że Eliza wielką fanką Igi nie jest. - Musiałam pogadać.
Eliza wywróciła oczami, ubolewając nad kolejną irytującą cechą młodszej siostry: nieznośną tendencją do prowokowania rozmów o uczuciach. Teraz należało zapytać o powody tej nagłej potrzeby i wtedy Olka mogłaby już spokojnie wylewać żale. Ale nie z Elizą te numery, o nie.
- No i byłyśmy na cmentarzu. - Olka obracała przez moment orzeszek w palcach, a ostatecznie i tak nie włożyła go do ust. Opuściła dłoń na koc, podniosła się na łokciu i spojrzała na siostrę. - Myślałam, że to głupie, ale Iga miała rację, naprawdę tego potrzebowałam. Spędziłyśmy tam chyba z godzinę, tak w spokoju, bez nerwów. I od razu poczułam się lepiej.
Eliza omal się nie zagotowała. Od początku wiedziała, że z tą całą Igą będą same problemy. Ciągle podsuwała Olce jakieś durne pomysły, jak choćby ten z terapią. A najgorsze było to, że Olka słuchała jej we wszystkim, jakby była jakąś cholerną wyrocznią. I potem wychodziły takie kwiatki jak ten dzisiejszy.
- Fantastycznie, że ci lepiej - rzuciła cierpko Eliza. - Mam nadzieję, że ojcu także. Skarżył się na bóle zamostkowe, już się bałam, że to zawał. Na szczęście leki na uspokojenie pomogły.
Wyprostowała się, żeby nie stanowić już tak doskonałej poduszki, podciągnęła wyżej koc i ustawiła stabilnie miskę z orzeszkami.
- Od tygodnia przeżywał ten dzień, dobrze wiesz, jak nie lubi chodzić na cmentarze. - Nie patrzyła na siostrę, wzrok skupiła na ekranie telewizora, ale głos zdradzał poruszenie. W ten sposób miała wyjść na osobę, która z trudem mówi o problemach, bo tak dogłębnie je przeżywa. - Myślałam, że będziesz wyrozumiała chociaż dziś, że kto jak kto, ale ty zrozumiesz, jak ważne jest, by w tym dniu nie rozpraszały nas awantury. Sądziłam, że mu ustąpisz, żeby mógł w spokoju pożegnać Igora. Ale ty oczywiście musiałaś skupić na sobie całą uwagę, bo jak zawsze jesteś jedyną cierpiącą.
Olka wydawała się zaskoczona. Przez moment otwierała i zamykała usta, jakby nie mogła zdecydować, co odpowiedzieć. Szeroko otwarte oczy zdradzały, że podobny punkt widzenia wcześniej nie wpadł nawet do tej ślicznej główki.
- Elizka, przecież ja... - wykrztusiła w końcu.
- O sobie już nawet nie wspomnę. - Otrzymawszy sygnał, że pierwsza część wypowiedzi została przetworzona, Eliza spokojnie przystąpiła do drugiej. Wyglądało na to, że wszystko idzie zgodnie z planem. - Ja tu nie jestem najważniejsza, chociaż też miałam nadzieję na odrobinę spokoju w takim dniu. Ale nieważne, ja sobie poradzę, jak zawsze. Martwię się jedynie o ojca. Nie chcę, żeby kolejny pogrzeb był jego.
Wstała, trochę jakby była obrażona, choć nie do końca. Koc zsunął się na podłogę, ale nie schyliła się po niego - tak jak się spodziewała, zrobiła to Olka. I chwilę później podążyła za nią do kuchni, wszystko zgodnie z przewidywaniami Elizy.
- Nie miałam pojęcia, że tak to odbieracie! - zapewniła cała przejęta. - Po prostu to był naprawdę okropny dzień, bałam się tej wizyty, a jak ojciec zaczął... - Potrząsnęła głową. - Wiem, powinnam mu ustąpić, ale po prostu coś we mnie pękło. Przecież nie chciałam go zdenerwować!
Eliza nie odpowiedziała. Wstawiała popcorn do mikrofalówki, pozwalając, by siostra mówiła do jej pleców.
- Tobie też nie chciałam sprawić przykrości. - Olka stanęła obok, oparła się o blat i próbowała zajrzeć siostrze w oczy. - Elizka, proszę cię, nie złość się na mnie! Odpuść mi chociaż ty!
- Nie rozumiem, dlaczego zawsze mam ci odpuszczać. - Odwróciła się, skrzyżowała ręce na piersiach. - Nie tylko ty masz problemy, wiesz?
- Wiem. - Ola położyła dłoń na splecionych rękach siostry. - Wiem, Elizka, naprawdę. Przepraszam.
Przez chwilę mierzyły się spojrzeniami - Eliza pozornie poirytowana, Olka wciąż pełna nadziei. W końcu przerwała im mikrofalówka, informując, że popcorn gotowy. Eliza przesypała zawartość do miski i podreptała do salonu, z powrotem pod swój koc. A Olka, jak cień, za nią.
- Przecież wiesz, że robię, co mogę - spróbowała ponownie. - Staram się. Poszłam na terapię! I jest coraz lepiej, musisz to przyznać.
Film nadal był równie beznadziejny i Eliza zaczynała się zastanawiać, czy nie poszukać innego. W gruncie rzeczy bawiła się jednak doskonale, odłożyła więc tę decyzję na później.
- Przepraszam - powtórzyła Olka ze szczerą skruchą w głosie. Chyba była bliska łez, z czego Eliza zdała sobie sprawę nie bez satysfakcji.
- Dobra już, daj spokój - burknęła. Umościła się wygodniej i nabrała garść popcornu. - Idź spać.
- Nie chcę spać.
I znowu usiadła obok Elizy i zaanektowała sporą część koca. A potem się przytuliła, jak za pierwszym razem, opierając głowę na jej ramieniu.
Eliza miała ochotę westchnąć ciężko. Nie na takie zakończenie liczyła, zwłaszcza że kilka minut później Olka już spała. Trzeba było jednak przyznać, że sprawy nie potoczyły się najgorzej, przynajmniej jak na obecne okoliczności. Olka znowu czuła się winna. Rano miała się zapewne obudzić z niezłym moralniakiem, a to z kolei nieźle wróżyło na przyszłość. A że musiała się przy tym gnieździć na jej ramieniu, jakby znowu miała pięć lat... Cóż. Ostatecznie nie była to chyba zbyt wysoka cena.
***
Rano Elizę obudziły rozmowy, co w pierwszej chwili wydało się zaskakujące. Olka miała do tej pory dość rozumu, by nie sprowadzać do jej mieszkania nikogo obcego, czyżby coś się w tej kwestii zmieniło?
Na szczęście szybko okazało się, że rozmowa nie oznacza wcale wizyty gości, a jedynie telefoniczne przekomarzanki z Konradem. Na samą myśl Eliza wywróciła oczami. Ten człowiek irytował ją nawet przez telefon - i to kiedy rozmawiał z kimś innym!
Przeciągnęła się i utkwiła wzrok w suficie. To miał być dobry dzień. Olka miała wstać targana wyrzutami sumienia, przygotować jakieś smaczne śniadanie i zaproponować popołudniową wizytę u ojca - głównie po to, żeby trochę się pokajać. Eliza zaś mogła ostatecznie z łaskawością na to przystać. Jakim cudem rzeczywistość odbiegła tak daleko od scenariusza? Co, u licha, wydarzyło się, kiedy spała?
- Wiem, wiem - szczebiotała tymczasem Olka. - Ale zdzwonimy się jeszcze, dobrze? Nie jestem pewna, o której wyjdę z pracy, a wieczorem spotykam się z Igą.
Trudno było nie przewrócić oczami. Może i Olka zmieniła pracę, może nie angażowała się tak jak kiedyś (bo i niby jak angażować się w ślęczenie nad mikroskopem?), ale dogadanie się z nią nadal graniczyło z cudem. Praca, praca, praca! Cholerna prymuska!
Olka roześmiała się niespodziewanie tuż za ścianą, zupełnie nieświadoma odczuć siostry.
- No coś ty!
"Co za idiotka" - pomyślała Eliza coraz bardziej poirytowana. Spuściła nogi z łóżka i przez chwilę szukała stopami kapci. "Co za niewdzięczna idiotka. Już ja ci dam spotkanie z Igą, zobaczysz".
Zarzuciła szlafrok na ramiona i wyszła z sypialni, podążając za odgłosami wydawanymi przez siostrę. Olka zdążyła już pożegnać się z Konradem i teraz krzątała się w łazience przy otwartych drzwiach. Eliza zwalczyła w sobie pokusę sprowokowania porannej awantury, rzuciła tylko okiem na kosmetyczkę na zlewie i wilgotne włosy siostry, po czym ruszyła do kuchni po kawę. Chwilę później dobiegł ją miarowy szum suszarki.