Życie to bajka - Ewa Minge

Reflow text when sidebars are open.
Obrzydliwe słowo. Kariera. No cóż, winna jestem pewnie przepis w pigułce tym, którzy sięgnęli po moje myśli, żeby dostać recepturę na sukces zawodowy, ten bardziej komercyjny niż macierzyństwo, które jest dla mnie moją największą karierą.
Kłaniam się jednak w stronę ciekawości związanej z matematycznym zakresem ważonych wartości dodanych do siebie kolejno celem osiągnięcia mistrzowskiej potrawy. No cóż, niestety nie da się powiedzieć, ile talentu, miłości i pracy trzeba umieścić w naczyniu z napisem "marzenia", żeby osiągnąć cel - szczyt marzeń. Nie tylko dlatego, że droga była zawiła i wytrącało mnie z niej milion zdarzeń, ale także z tego powodu, że mój szczyt nadal jest jeszcze przede mną. I choć piszę ten rozdział w mojej ulubionej Ristorante na Via Venecia i mogłoby się zdawać, że sto metrów dalej mój świat dopełniony stoi w sercu Mediolanu w pięknym showroomie po samym mistrzu Armanim, to widzę na razie tylko dotknięcie małego punktu na mapie marzeń.
Ten punkt to stara przepiękna kamienica w prestiżowym miejscu i otoczeniu najbardziej kultowych marek na świecie, marmurowe podłogi, ręcznie kute poręcze z alabastrem wplecionym w konstrukcje. Fasada zdobiona rzeźbami, portier i szum luksusu pod oknami. Moja kolekcja zaprojektowana z rocznym wyprzedzeniem przeglądana przez klientów z całego świata. Mieszanka języków, kolorów skóry, śmiech, zapach najlepszego rumu na świecie Dictador, którym częstujemy gości, cygara tej samej marki dla koneserów i kawa, też Dictador. Stworzyliśmy małą enklawę luksusu w tym wielkim mieście światowego biznesu modowego. Wszystko z najwyższej półki, wszystko jak z bajki, a to przecież dopiero początek. W tle retrospektywnie błyszczy długa droga pełna niepokoju, troski, bitew, łez, zwątpienia. Klęski i kopniaki pamiętam najbardziej, bo one paradoksalnie dodawały mi najwięcej energii. Sukcesy, zwycięstwa były oczywistą koroną wygranej w poszczególnych bitwach, ale nie wojny. Ona trwa nadal. Staram się nieustannie, by była bezkrwawa i jak najbardziej etyczna, choć w tym dzisiejszym świecie coraz trudniej o czysty oręż.
Patrzę przez okno na główną ulicę Mediolanu, przeglądam ludzkie twarze i delektuję się najwspanialszymi ravioli w okolicy. Właściciele, typowi Włosi, na tyle przywykli do mnie, że bez pytania o określonej godzinie nastawiają wodę na polską mieszankę, jak nazywają mój kaprys kulinarny z trzech różnych smaków, których żaden porządny Włoch nie połączyłby na jednym talerzu. Ravioli z grzybami, ravioli z serem i ravioli z dynią. Popijam to wodą zamiast winem, łamiąc kolejny miejscowy zwyczaj. Na odchodne dostaję w kieszeń czekoladowe cukierki i życzenia fantastycznego dnia.
Na początku było marzenie. Jak to w bajce. Marzenie rosło z kolejną wyprawą po jego kawałek i często zaskakiwało swoim zakresem do zrealizowania. Oczywiste było, że przede mną jest siedem gór i siedem rzek do pokonania, że trzeba będzie zmierzyć się z niejednym trollem czy smokiem. Było oczywiste, że niejeden raz pomylę drogę lub dobrowolnie z niej zejdę, gdy mój równoległy projekt, ważniejszy - rodzina - będzie tego wymagał. Życie koryguje wstępny plan i dorzuca nowe cele czy zadania. Nie da się precyzyjnie przewidzieć następnego dnia, a co dopiero całego życia, które jest długą drogą do celu. Cel jest prosty - odejść z tego świata w poczuciu szczęścia i spełnienia. Odejść tak, by mieć świadomość zbudowania czegoś wartościowego, by mieć całe mnóstwo marzeń jeszcze na kolejne wcielenia. Być przekonanym, że niczego się nie żałuje, że wszystko, i to dobre, i to złe, było kluczem do celu, konsekwencją naszych wyborów, ale i trochę losowych zadań odgórnych. Mieć świadomość, że nikt przeze mnie nie cierpiał, a jeżeli się tak zdarzyło, dałam radę przeprosić i mi wybaczono. I że ja wybaczyłam innym.
Od zawsze marzyłam o tym, żeby stworzyć coś na pokolenia. Moda stała się tylko narzędziem. Pasją jest budowanie marki. Silnej, mądrej, o szerokim spektrum rozwoju. Wzornictwo przemysłowe, obok sztuki, tej do pieszczenia zmysłów, zawsze wydawało mi się połączeniem poezji z matematyką. Jedno i drugie kocham. Z zamiłowania do logiki drogę układałam krok po kroku i na fundamencie równych proporcji między sztuką a ekonomią. Ktoś, kto twierdzi, że moda jest sztuką powołaną jedynie do budzenia emocji, i nie myśli o tym, że ona musi się sprzedawać, błądzi. Moda to potężny biznes. Pięćdziesiąt procent dochodu narodowego Włochów bierze się z tego przemysłu - nakręcanego przez kreatorów, producentów materiałów, manufaktury, gdzie tworzy się tkaniny takimi samymi metodami od pokoleń. Polska moda cierpi na przerost formy nad treścią przez szkoły, które przez lata kreowały wizje ubrań z papieru i opon. Jasne, jak we wszystkim i w modzie jest miejsce na oderwanie od rzeczywistości, na podróże w niczym nieograniczonej fantazji. Ale to tylko żart, który zwraca uwagę na markę, twórczy happening. Mało kto, zwłaszcza dzisiaj, chce się na świecie przebierać. Ludzie się ubierają. Przez pęd cywilizacji i tempo naszego życia ubierają się coraz wygodniej. Mniej w modzie sztuki dla sztuki kosztem połamania nóg, masowo sprzedają się trampki i T-shirty. Moda schodzi na ziemię, dostosowuje się do ulicy. W knajpkach na skwerkach najbardziej kultowych dzielnic miast na całym świecie siedzą ludzie zatrudnieni przez korporacje modowe i godzinami przyglądają się przechodniom. Ci z nich, którzy wyłapią w tłumie świeże niuanse i podyktują trendy, są niezwykle cenni. Nos do mody, która będzie odpowiedzią na pragnienia mas osadzone w realnym, możliwym kontekście użytkowym, to fortuna na koncie firm odzieżowych. Chętnie otaczamy się przedmiotami, które budzą emocje. Ale nie zawsze mamy bal czy święto. Ubrania muszą być też w tych ciężkich czasach odpoczynkiem wojownika.
Zrozumienie kilku podstawowych zasad budowania marki i pozycjonowania jej na rynku oraz możliwości rozwoju to gwarancja sukcesu. Trzeba rozmawiać z samym sobą często. Już na wstępie należy odpowiedzieć sobie na pytanie, o co nam chodzi. Czy celem jest błyszczenie na ściankach w rodzimym wydaniu, czy może próba globalnego opanowania świata?
Nie bierzemy się za coś, w co nie wierzymy, co wydaje nam się abstrakcją, lotem w kosmos. Ludzie dzielą się na pełzających lub chodzących po ziemi i takich, którzy potrafią latać. Dostosuj więc swój plan do swojej wiary. Mierz siły na zamiary. Nie wierzysz w coś? Próżny trud. Nie osiągniesz celu, gdy nie widzisz sensu w wydzieraniu światu swojego marzenia. Jak obudzić w sobie potencjał, energię, siłę, wiarę? Otocz się ludźmi lepszymi, mądrzejszymi od siebie. Takimi, którzy mogą być autorytetem. Podpatruj ich drogę, ale nie powielaj. Każdy z nas ma inne zadanie, inne predyspozycje czy ułomności. Podglądaj sposoby walki z wiatrakami. Podobno nie da się z nimi wygrać, a ja uważam, że to możliwe. Patrz, jak walczyć z wrogiem i czy potrzeba do tego nóg, a może serca. Kiedy wali się świat, poszukaj przyczyny. Czy przypadkiem nie jest to konsekwencja fałszywej cegły w konstrukcji? Zakreśl swoje pole działania i podeprzyj je ludźmi. Nie rzucaj się na głęboką wodę z osobami o wątpliwym kręgosłupie, w strategicznych momentach obok ciebie jest miejsce tylko dla wypróbowanych w boju przyjaciół. Punkty mniej ryzykowne powierz mądrym i dobrym, choć jeszcze może niedoświadczonym. Pielęgnuj tych, którzy idą z tobą, dbaj o ich komfort i szczęście. Z niewolnika nigdy nie zrobimy partnera. Pójdzie tam, gdzie więcej zapłacą. Odejdzie, gdy trafi się droga mniej wymagająca. Nie da się udźwignąć dużych marzeń w pojedynkę. Jeden człowiek nie pokona wszystkich trolli i czarownic. Musisz zaufać ludziom. Relacja z nimi jest tak samo ważna, jak twoja siła i dobry plan.
Najcięższym grzechem zawsze jest ślepa wiara w siebie i swoją moc nadprzyrodzoną. Jeżeli do tego otoczymy się dworem komercyjnych klakierów, klęskę mamy zapewnioną. Mury będą się trząść, ale głośne oklaski zagłuszą odgłosy katastrofy, dopóki starczy kasy na opłacanie klaki. Przyjaźni, tej prawdziwej, nie da się kupić. Lojalność nie ma ceny. Moi ludzie są szczerzy i niesłychanie krytyczni. W firmie nie ma monarchy. Pełnię rolę zapalnika, przynoszę pomysły. Recenzje "to jest złe", "nie przekonuje mnie", "mam wątpliwości", "trudno to będzie sprzedać" są mile widziane. Rozmawiamy o projektach, dzielimy się opiniami, argumentujemy, spieramy się, zastanawiamy, jak rysunek zamienić w ubranie czy torebkę. Włoska familijna atmosfera, żadne lizanie pośladków. Na pudrowanie przymilne mam alergię. Tak jak na niszczenie w jakiejkolwiek formie kogoś, kto wydaje się niżej ustawiony w hierarchii. Nikt w mojej ocenie nie jest ani prosty, ani szeregowy. Nie toleruję braku szacunku dla ludzi.
Każdy najdrobniejszy element drogi wymaga precyzyjnych działań, szczególikami bowiem okazują się potężne zadania w kontekście globalnego zakresu całości. A jak mówi przysłowie, diabeł tkwi w szczegółach. Najlepszy architekt świata nie osiągnie celu realnego bez dobrego precyzyjnego murarza. Prosty człowiek? Nie. Mistrz swojego odcinka. Często ubolewam nad polskim szkolnictwem zawodowym. Zniszczyliśmy piękne zawody, zdeprecjonowaliśmy mistrzostwo rzemiosła. Wmówiliśmy młodzieży, że byle jakie wyższe wykształcenie z uczelni znikąd ma milion razy większą wartość od dobrego zawodu po szkole zawodowej. Ale nie ma to przełożenia na logikę i sensu głębszego.
A jeśli już uda nam się stworzyć coś na tyle interesującego, że znajdą się ludzie, którzy chcą na to wydać pieniądze, czeka nas strzał, który zawsze pada znienacka. Krytyka - spotkanie z wszechwiedzącymi moralizatorami od dziedzin wszelakich. Moda w naszej rzeczywistości to szafiarze i fanaberia krawcowej z aspiracjami. Skoro więc mamy dziedzinę z teatrzyku kukiełkowego, to najlepiej oddelegować do jej oceny przeróżne jednostki. Na modzie znają się u nas wszyscy poza tymi, co się od niej dystansują, mówiąc, że się nie znają, bo ich domeną jest na przykład literatura. Uważam, że lepiej dać ocenić swoje dzieło z dziedziny sztuki użytkowej pisarzowi niż pani/u od wszystkiego. Polska krytyka modowa to poszukiwanie wzorców wśród już istniejących potentatów na rynku międzynarodowym. Jak jest podobne do Valentino czy Armaniego, to rewela, jak niczego i nikogo nie przypomina, to kicz. Już trochę czuć odwilż i zmarzlina postkomunistyczna zachodnich ideałów popuszcza. Zaczynamy odróżniać pomysł oryginalny od kopii i rozumieć, że jedna kiecka kolekcji nie czyni, że żadna ścianka czy znany grzbiet nie zbuduje marki bez zaplecza wyjątkowych wizji człowieka, który za nią stoi. Wizji osadzonych w trendach, ale jednak podanych w niepowtarzalnym DNA.
Trzeba wierzyć we własne marzenia i swoje wizje, żeby nie dać się opluć, zmieszać z błotem i zostać wyklętym. Nie świat jest problemem, ale przebrnięcie przez własne rodzime podwórko. Mamy genialnie uzdolniony naród, tyle że głównie miernoty biorą się za krytykę. Owocuje to w opinii ogólnej i własnym narodowym przekonaniu, że Polak to świetny hydraulik czy kafelki genialnie ułoży, ale prochu nie wymyśli. A właśnie, że może wymyślić. Zabrać tylko komputery i dostęp do mediów tym, co nie robią nic poza budowaniem swojej pozycji dzięki chodzeniu po głowach innych i zabijaniu w nich marzenia. Oni są śmiertelnie szkodliwi. Obniżają kreatywność krajową. Wolę milion kiczowatych wytworów ludzkiej wyobraźni od wojen na argumenty z dupy sięgające dna moralnego. Wojen niesprawiedliwych, bo twórca zawsze zdany jest na łaski medialne, więc okładka wykreuje, co zechce autor komentarza do dzieła. I nawet jeżeli dzieło jest wątpliwe, dzięki ludzkiej wyobraźni zamienionej w czyny - przedmioty, obrazy czy słowa - powstaje kultura.
Przypominam, że dzisiaj koronki z Koniakowa to dobro narodowe i ponadczasowy element modowy, a powstawały między patroszeniem kury i gotowaniem kapusty. Studiowanie estetyki udowodni nam, że nieszkodliwe i dyskusyjne jest słowo "brzydota". A etyka powinna zatrzymać lawinowe hodowanie braku podstawowej tolerancji, która objawia się znajomością marek już w przedszkolu, co nakreśla przynależność do absurdalnych grup społecznych.
Nie powinnam żyć. Kilka razy otarłam się o śmierć. Miałam wrażenie, że umieram, kiedy po kolei odchodzili moi bliscy. Umierałam, gdy rozpadała się moja rodzina, gdy zawodzili mnie przyjaciele. Jakąś cząstkę z nas zabija każdy człowiek, który nas zdradza, oszukuje, zawodzi. Jakąś cząstkę zabija każda ludzka podłość. Nawet jeśli nie dotyczy nas, tylko innych ludzi, którzy cierpią. Wyspecjalizowałam się w podnoszeniu się, zbieraniu zgliszczy, ratowaniu tego, czego uratować się nie da. Trening oparty na własnym bólu stworzył ze mnie mistrza. Podobno na drugie imię mam Siła. Moi synowie w dzieciństwie nazywali mnie Mama Rambo.
Kiedyś miałam ciężki wypadek samochodowy. Kobieta, która widzi przeszłość i przyszłość, opowiedziała mi o każdym szczególe zderzenia. Powiedziała też, że miałam zginąć. To, że wyszłam bez żadnego urazu, było cudem. Według jej wizji los oszczędził mnie, żebym mogła pomagać słabszym.
Trzeba w życiu przejść wiele, zdobyć skarb czterdziestu rozbójników, lampę Aladyna, wybrać kilka gwiazd na niebie, by je zaadoptować, wsiąść do wymarzonej fury, ubrać wypasioną skórę i dostać na urodziny najdroższą komórę, na przykład z serii Vertu, by zrozumieć, że fura, skóra i komóra z najgorętszej nawet półki nie są nic warte. Tak jak widok wody na Malediwach i karmienie rybek z kibla. Tak, tak, w ekscentrycznym apartamencie trzysta metrów kwadratowych z nudów, podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych, karmiłam rybki paryskimi bułkami w kształcie serduszka z moimi inicjałami pieczonymi specjalnie dla mnie na śniadanie. Karmiłam, bo mój kibel był lux de lux i szklana podłoga miała otwory przyrodnicze by love natura.
Więc ja fenks za te śmigłowce, prywatne odrzutowce i brylanty od Tiffany'ego. Ci, którzy znają mnie od lat, byli świadkami, jak odrzucałam niewiarygodne historie o współczesnym Kopciuszku i szłam dalej w poszukiwaniu swojego złotego Graala. Dzisiaj wiem, że to, czego szukałam, już mam - kilkoro cudownych bliskich mi ludzi, poczucie spełnienia i szczęścia pomimo drogi często pod prąd i mocno cierniowej.
Moi przyjaciele z Los Angeles dzwonili do mnie cały poranek, opowiadając o kończącym się tam właśnie party w obszarze luksusu i celebrytów, na które miałam zaproszenie. A ja jestem najszczęśliwsza na świecie dlatego, że udało mi się wykręcić z tego cyrku i móc utulić niedzielnie tych, których kocham, w tym moje pluszaki. Część mojego odnalezionego Graala, bardziej niż złotego.
Gdybym odzyskała czas... ograniczyłabym swoje życie do powoływania materii wedle mojego projektu, szlifowania jej doskonałości i tworzenia z niej obrazów, form, dźwięków, zapachów. Urodziłam się, by stworzyć świat z mojej wyobraźni, świat jak z bajki, kolorowy, piękny, czarodziejski... dobry. W życiu trzeba przejść przez siedem gór i siedem rzek. Możesz zabić smoka, ale możesz się też z nim zaprzyjaźnić. Możesz walczyć z czarownicą lub zamienić ją w dobrą wróżkę. Możesz ominąć trolla, ale czasami musisz z nim stoczyć bój.
Wychowałam się na prowincji zatopionej w różanych krzewach i słodkim zapachu pierniczków. Ekstatyczny aromat unosił się nad moim domem dzięki fabryce słodyczy Słowianka. Pracownicy fabryki ukradkiem podawali przez okno hali ciasteczka nam, dzieciakom osiedlowym. Nieco dalej pierniczki zastępował zapach pączków, bo obok szkoły miałam najlepszą na świecie cukiernię z pączkami. Świeży pączek był za złotówkę, wczorajszy za pięćdziesiąt groszy. Jeszcze dalej pachniał chleb i bułki drożdżowe z piekarni. Moje dzieciństwo i lata szkoły podstawowej to te trzy obezwładniające piękne zapachy-punkty - pierniczków, świeżych pączków, gorącego chleba. I jeszcze lodziarnia z lodami lepszymi niż te w Wenecji na placu świętego Marka czy przy słynnym wachlarzu Sieny, gdzie robią je podobno najlepsi cukiernicy. Za czasów komuny liczba smaków była sensacyjna, a posypki i sosy wręcz objawieniem. Pamiętam też pierwsze w mieście hot dogi i boskie pierogi ruskie w barze mlecznym.
Świat kończył się na sklepie papierniczym. Byłam uzależniona od tej dziupli z kredkami, długopisami, zeszytami, pachnącymi gumkami i chińskimi temperówkami w bajecznej formie postaci z bajek.
Moja prowincja to Szczecinek. Urokliwe miasteczko osiemdziesiąt kilometrów od morza, położone wśród lasów, między jeziorami, a nad jednym z nich wręcz pochylone. Małe klimatyczne uliczki ze starymi willami, dostojny ogromny kościół, który od dziecka przyprawiał mnie o lekkie dreszcze. Kiedy organista dotykał klawiszy, świat zmieniał się w nadrealną przestrzeń Pana Boga.
Moje miasteczko miało park jak z bajki. Jakie tam piękne były rzeczy do podziwiania - kalendarz kwiatowy, rzeźby z kwiatów w kształcie zwierząt, pawie w klatce i kuropatwy, domki dla kaczek na jeziorze, łabędzie ze swoim małym pałacykiem i statek spacerowy. W Szczecinku były dzikie plaże i te strzeżone, zimą kilka lodowisk, w tym jedno potężne, kiedy zamarzało jezioro. Była muszla koncertowa i dwa stadiony. Czas odmierzały rozgrywki sportowe, koncerty, występy kabaretów, zespołów ludowych, seanse w dwóch kinach, przedstawienia w teatrzyku kukiełkowym. Książki kupowało się w jednej z dwóch księgarni, zakupy robiło w małych albo dużych delikatesach. Był też wielki cmentarz, na który uwielbiałam chodzić na spacery jesienią, w porze zbiorów kasztanów. Zawsze, kiedy zaglądam we wspomnienia z tamtych lat, widzę słońce lub piękną zimę. Nie mam żadnych złych wspomnień.
W dzieciństwie byłam gruba, piegowata, ruda i wysportowana. Pływałam, grałam w koszykówkę i szczypiorniaka. Pyskata, zarozumiała, zawsze z najgorszymi uczniami w paczce. Byłam prymuską, ale zachowanie notorycznie obniżano mi za bójki z chłopakami i gadanie na lekcjach. Czułam się wyjątkowa. Nie obchodziło mnie to, że żadne jeansy nie mieszczą moich ud. Gotowa odpowiedź na wszystko i samozachwyt sprawiały, że tata był najdumniejszym ojcem na świecie. W życiu nie widział tak pewnego siebie bachora, który bez żadnych kompleksów zarządza światem i rozstawia wszystkich po kątach. Byłam córeczką tatusia i często lądowałam u niego w pracy. Prowadził dom kultury. Biegałam więc pomiędzy fortepianem, galerią sztuki a wieczorkami poezji śpiewanej. Zakwalifikowałam się nawet do prowadzonego tam zespołu dziecięcego, ale żeby tacie nie psuć reputacji, zrezygnowałam po pierwszej próbie. Potrafiłam w wieku kilku lat narysować konia w galopie i ulepić pięciocentymetrowego krasnoludka z pełnym rynsztunkiem, jak druciane okulary i sprzęt narciarski. Z wydawaniem dźwięków było jednak dramatycznie. Wyłam, rzęziłam, skrzeczałam, ale z pewnością nie śpiewałam.
Uwielbiałam wakacje, coroczne rodzinne, wielopokoleniowe wypady pod namiot - dwumiesięczne, niemal cygańskie obozowiska. Nad jeziorem Wierzchowo spędzałam całe wakacje z kuzynostwem. Starszyzna zmieniała się ograniczona urlopami. Trafialiśmy pod kuratelę wujków i ciotek w rozmaitych składach. Byliśmy szczęśliwi. Nasze problemy ograniczały się do wynegocjowania możliwie jak najdłuższego moczenia się w jeziorze. Budowaliśmy domki na drzewie lub w młodniaku. Ścigaliśmy się w zbieraniu poziomek, odkrywaniu nowych jagodników i łapaniu na podbierak żywczyków - małych rybek, na które potem tata i wujkowie łowili duże ryby. Zbiorowo skrobaliśmy i patroszyliśmy ich łupy. Pierwsze lekcje anatomii kończyły się strzelaniem z pęcherza pławnego. Mama i ciotki smażyły potem kilka godzin zdobycze swoich mężczyzn, a rodzinny zarządca - babcia Tosia - każdego popołudnia dowoziła gorące jagodzianki i inne pyszności. Dziadek Franek jedynie trzymał kierownicę, procesem jazdy samochodem zawsze sterowała babcia, jak i pozostałymi rodzinnymi pomysłami.
Babcia miała piękne czarne kręcone włosy i puszystą figurę. Jak wszyscy w mojej rodzinie uważała, że kochanego ciała nigdy za wiele. Byłam ulubionym rodzinnym tucznikiem, bo jako jedyna z mojego kuzynostwa nie uciekałam przed jedzeniem. Ostatnia byłam za to do recytowania wierszyków, pomimo że Brzechwę miałam opanowanego na pamięć. Wolałam siedzieć w beczce po ogórkach kiszonych niż dawać przedstawienie. Moimi najlepszymi kumplami byli pies rasy bokser, kuzynki Ania, Gosia i Dorota oraz kuzyni Jacek i Romek. Kiedy całą siódemką zarządzaliśmy światem, byłam najszczęśliwsza. Uwielbialiśmy spać w jednym namiocie z komarami i talią kart. Podpatrzone u dorosłych remik i makao mieliśmy opanowane do perfekcji, a z czasem zgłębiliśmy tysiąca. I kiedy starszyzna męska grała w karty o to, kto jutro wiosłuje potężną, ciężką drewnianą łódką rybacką na szczupaki, my w nocy przy latarce graliśmy... na pieniądze. Zbierane przez cały rok drobne grosiki traciliśmy i zdobywaliśmy na nowo w wakacyjnym hazardzie. Wygrane-przegrane składaliśmy do kupy i kupowaliśmy w niedzielę lody, które przywoził na plażę pan specjalnym samochodem-lodownią. Lody były w trzech smakach - czekoladowe, owocowe i waniliowe. Jeden kosztował pięćdziesiąt groszy, a za dwa zety był komplet z premią w postaci dwóch dodatkowych lodów. Zawsze wybieraliśmy czekoladowe.
Na wakacje szykowaliśmy się cały rok. Omawialiśmy plan obozowiska, zbieraliśmy książki na leniwe popołudnia, szyliśmy stroje do poszczególnych zabaw, kompletowaliśmy garderobę. Ciotka Jadwiga wyplatała nam podobne sweterki na drutach. Mama miała dwie lewe ręce do robótek ręcznych, ale za to zdobywała wełnę. Ciocię Jadzię uwielbiałam bezgranicznie, byłam w siódmym niebie, kiedy nocowałam u niej i jej dwóch córek. Cierpiałam na brak rodzeństwa, moje kuzynostwo zastępowało mi je.
Ciocia potrafiła zawsze zrobić coś z niczego, upiec ciasto kryzysowe czy wykonać cukierki. Kiedy na półkach był tylko ocet, moja rodzina jak większość polskich rodzin umiała wyprodukować domowym sposobem niemal wszystko - czekoladę na talerzu, lizaki z cukru, tęczę z galaretek. Kreatywność w tym czasie była nieprawdopodobna w dziedzinach wszelakich i załapałam się jeszcze na jej obfitość. Dała mi niezłe podstawy do tworzenia własnej wyobraźni.
Kiedyś zrobiłam baleriny z tenisówek i pokruszonych bombek zdjętych z choinki. Tenisówki obszyte ręcznie atłasową tasiemką wyciągniętą z bukietu kwiatów i posmarowane klejem butaprenem, po czym zanurzone w pokruszonej na pył bombce były absolutnym hitem na szkolnej dyskotece. W efekcie uruchomiłam pierwszą poważną produkcję w wieku czternastu lat, bo koleżanki też chciały mieć takie buty. Po pantofelkach w ruch poszły prześcieradła i ręczniki frotte. To, co potrafiłam wyczarować z najdziwniejszych surowców na świecie, budziło zachwyt u znajomych ze szkoły oraz podwórka i zgrozę u dorosłych. Chodziłam w bluzie z żółtych ręczników i w czerwonych spodniach z ufarbowanego w garnku prześcieradła. Żółty koc zmieniłam w marynarkę. Brak wszystkiego plus zachodnie seriale i kolorowe czasopisma, które przemycały modę ze zgniłego Zachodu, budziły najdziwniejsze i śmiałe pomysły. Czasy podsycały wyobraźnię i dopingowały do działania. Sklepy świeciły pustkami, a Polki chodziły doskonale ubrane.
Myślę, że skomplikowany czas kryzysu i późniejsze przemiany polityczne pozwalały łatwiej się wykazać. Teraz toniemy w nadmiarze przedmiotów, giną takie zawody, jak krawcowa czy szewc.
Losowi najbardziej jestem wdzięczna za moją rodzinę, cudownych dziadków, ciotki, wujków, kuzynostwo, i moją piękną prowincję zatopioną w słodkim zapachu i niebotycznej zieleni odbitej w taflach jeziora. Przyroda uszlachetnia, uwrażliwia, poszerza horyzonty, działa na zmysły, a ludzie, którzy w niej wyrośli, mają szanse na słoneczne wspomnienia. Ile razy w moim ogrodzie widzę pająka na pajęczynie ozdobionej kroplami rosy, przypomina mi się czas mojego dzieciństwa i zlepianie z kuzynkami pajęczyn. Żałuję, że pęd cywilizacji sprawia, że nasze dzieci rzadko mają okazję pochylać się nad ogromną sztuką małego pająka.