Gram konia.
Boże, nie gram nawet.
Bo naturszczyk - czy gra.
Co natomiast robi.
Wyobraża? Przedstawia? Markuje?
Namiastkuje. Zastępuje.
Więc tak, ja zastępcą konia jestem.
Za konia tu, w teatrze Tenatar (co rozszyfrowuje się: Teatr na
Targówku), jestem.
Teatr ten od jakiegoś czasu jak jeden mąż gra konia. Ja doproszony
jeszcze, tabun był za mały.
Jestem za konia.
Rządzi nam i rozkazuje przybyły z Paryża Raćborski. Energiczny,
entuzjastyczny, młody. Dynamit! Ambitny, obsesyjny, maniakalny. Pod
pachą skrypt, w garści książeczka z czekowymi kwitkami. W skrypcie
sztuka na wskroś postmodernistycznie awangardowa, osobliwie wykuglowana.
Bezludna, odludniona. Totalnie końska! Koń w koń, same konie, niebywałe!
Rżenie, tętnienie, huk. Kopyta, grzywy, ouzdane pyski. Od tygodni
ćwiczymy. W pojedynkę, parami, grupkami, całą trupą. Raćborskiemu roją
się prawdziwe konie, prawdziwe są jednak ponad jego awangardowe finanse
nawet.
Mści się na nas za te niemożności, odbija sobie. Godzinami, godzinami
bez przerwy, bez tchu koński krok. To udręka, to dla fachmanów, nawet
aktorskich zdzirusów, nie do zniesienia.
Co dopiero ja, prosty naturszczyk. Bezbronny byłem. Stępy, kłusy, galop,
kobyły, kto wie, co jeszcze po nocach mi się śniło. Tabuny końskie,
konnica stale. Zrywałem się z pianą na ustach. Koń wchodził we mnie z kopytami.
Upokorzony, przez konia poniżony.
Już to, że przez to zwierzę, by tak rzec, obrokowany. (Ale, ze
ściśniętym sercem rachowałem sobie: lepiej być niby-koniem niż nikim,
bezrobotnym naturszczykiem).
Koń tratował mnie. Byłem śmieć. Pot, jakim cuchnąłem po godzinach prób,
nie był moim potem... Doskwierało mi to zarówno, że niczym szkapa całymi
dniami tupię, kopytami biję w ziemię, jak i to, że moje postępy w koniochodzie są takie kiepskie. Inni grubo lepsi w te konie. Raćborski
opryskliwie popędzał mnie. Ujeżdżał brutalnie. Siliłem się, chciałem
sprostać. Zapominałem z wolna, jak porusza się człowiek. Szkapiałem
dosłownie.
Byłem oporny. Bardziej niż nieumiejętność i naturszczycką toporność
przezwyciężać i tłumić musiałem wewnętrzne swoje niezgody, złości.
Zgmatwane wszystko. Myśli powikłane, pomieszane uczucia. Wiek też robił
swoje. Sztywność, przeciwność... Późny ze mnie naturszczyk. Nie z powołania, nie dla przygody. Na przymusiku byłem, jak mówi się w obleśnym żargonie tenatarskim. Złości, żałości. Raćborskiego cugli mało,
sam musiałem się uzdać, tłamsić. Przychodziło trudno, ledwie aktorem,
mówię, nie byłem, przygodnym naturszczykiem tylko... Fach niefachowy taki.
Przyziemne względy czyniły mnie graczem, partaczem... W goryczy życia
siebie samego przede wszystkim grać musiałem co sił. Ażeby następnie być
w stanie w Tenatarze zastępować konia. Udawania, grania wikłały się,
piętrzyły.
Bo czy ja, mając już swoje lata, liczyć mogłem jeszcze, że będę kimś
więcej niż tym, czym teraz jestem, koniem. Wcale pewności takiej nie
było. Nawet nadziei takiej. Ani żadnej innej.
Chociaż jeśliby wykazać się jako koń, toby może dało się osiągnąć
cośkolwiek jeszcze. Przełamując słabości, odrazy, niechęci, ćwiczyłem
usilnie koński chód. Najtrudniejsze dla mnie były przejścia. Ze stępa w kłus, z kłusa w galop. Raćborski obrzucał mnie wzgardliwym spojrzeniem.
Nawet bydlęcia nie umiałem zastąpić.
Siliłem się bardzo, stary koń, trapiłem się, że po kątach naturszczyki
młodziki chichoczą: wałach.
Odstręczające te zajęcia i poczynania, nienawistne mi. Na pielęgnowanie
swojego człowieczeństwa mało, a nawet wcale nie miałem czasu; ani też
miejsca. Marne wszystko, smutne, zdeptane własnymi niby-końskimi
kopytami. Nie było się czym chwalić nawet przed samym sobą.
W strapieniu i zamęcie od samego rana... Gdyż, mieszkaniec dzielnicy
więcej niż peryferyjnej, na domiar wszystkiego mieszkałem na jej
zatraconym pobrzeżu, tuż pod murem bródzieńskiego cmentarza.
Piętra naszego wieżowca górowały nad nim i o świcie rzucały cień na
cmentarne alejki. Którejś bezsennej nocy próbowałem wymiarkować, który
grób przytłacza betonowy cień mojego lokalu mieszkalnego. Perwersyjne
rachunki! Nie to jednak trapiło i dokuczało mi najbardziej. Iść do pracy
w teatrze Tenatar czy tam pojechać? Banialuczna przecież rozterka! A moja utrapiona sprawa.
Jechało się tramwajem wzdłuż cmentarnych murów, przy rondzie Żabka
przesiadka na autobus 162. Szło się zaś prosto główną drogą cmentarza,
od jednej bramy do drugiej.
To było rozsądne - zrobić paręset ludzkich kroków, pobyć na świeżym
powietrzu, pod gołym niebem przed wielogodzinną stajnią.
Tymczasem rozmyślałem, wahałem się co dzień. Wiek tu zaznaczał się
znowu. Aura cmentarza wywierała na mnie silny a stale ujemny,
deprymujący wpływ. Głowa napełniała się ponurymi myślami. Cierpiałem i sztywniałem, umrę teraz, konia grając, w końskiej przecież na poły
postaci... To brzydziło mnie silnie. Bzdurności, pustoty! Co z tego, na
plecach mrowiły się cierpki, boleśnie garbowały mi skórę, w opuszkach
palców ukłucia, paznokcie sinieją. Nic to jeszcze. Ja w nawale mogił
poczynałem przed sobą samym tracić twarz, poczucie godności własnej
przestawało mnie ochraniać. Zbieszona wisielcza wyobraźnia z cyrkowym
bezwstydem galopować poczynała - na oklep na moim trupie.
To na nim bowiem, na moim własnym zdegradowanym, ubezwłasnowolnionym
ciele obsesyjnie koncentrowały się moje zdeprawowane myśli i litowały
się, i pogardzały nim... z nim rozwiąźle i obrzydle wierzgały. Ja
bezbronny wobec tych przesądnych prostactw, tej chorobliwej
nekroprostytucji, co lęgła się w mojej głowie. Nie miałem dość siły ani
charakteru, by te procedery wulgarne, poronione ukrócić, nie dać się
wodzić urojeniom, widmom. Ale rady nie widziałem innej, jak tylko omijać
te wprawiające mnie w takie zamęty i popłochy obszary... Wtedy podsuwający
te rozsądne rady rozum odwracał się przeciwko mnie, drwił sobie i wyszydzał mnie i mojego małego ducha. Rejterować przed omamem, przed
cmentarnym babokiem, ćmą wypłoszowatej wyobraźni. Ja przy zdrowych
zmysłach byłem, ja miałem zdolność gruntownego rozpoznania sytuacji, ja
umiałem zdać sobie sprawę z duractwa tych urojeń i wyobrażeń. Nawet
przecież nie dziecinady to były, wstydliwe szmatławości i tandety
rozmiękczonego, rozchybotanego, rozchwianego umysłu. Opierałem się
desperacko szybującym straszydłom i wylęknieniom - i nie umiałem oprzeć.
Jak to możliwe, bym miał tak pokraczne sprawy na głowie, jak czymś
podobnym mogłem się już nie trapić nawet, lecz wstrząsać i zadławiać.
Mogłem trapić się i wstydzić zmazy swojej wyobraźni, najtrzeźwiejsze
rozsądki nie miały tu jednak nic do rzeczy, lęki obalały postawione
przez rozum pewniki i prawdy z siłą właściwą nieokiełznanym biologicznym
żywiołom. Mogłem się karcić, przywoływać do rzeczywistości, nic to, nie
było tamy dla wybryków rozwydrzonej, chłystkowatej wyobraźni.
Chłystek, chłystek! Wzdragałem się. Dźgało mnie to słowo. Samo brzmienie
wstrętne. Ten chłyst, chłystanie chlupoczące, mamliwe, chlipkie.
Chłystek! Dotykało mnie do żywego słowo. Bardziej mną wstrząsało niż
cały poemat laureata Nagrody Nobla. Intensywnie je przeżywałem i stale
na nowo. Kiedy je po raz pierwszy posłyszałem, sam dźwięk - bo czystym
dźwiękiem bez treści wtedy (dawno temu) ono dla mnie było - sam dźwięk
smagnął mnie. Smark byłem, głową nie sięgałem klamki drzwi nawet
jeszcze, za jakie grzechy ktoś mnie tak nazwał: chłystek! Nie znałem
słowa, nie wiedziałem, co znaczy, a jednak z miejsca je uznałem, więcej,
poczułem się nim ochrzczony, chłystek, moje tajemne, nienawistne,
prawdziwe moje imię. Nie tyle mnie ono nazywało, co wyjaśniało,
wyjawiało, ja z pozoru tylko, dla niepoznaki, dla postronnych i obcych,
nie wiedzących Heniek, prawdziwie zaś, w głębi duszy - chłystek. Ja się
do tego miana nie przyznawałem, chciałem je zapomnieć i zapominałem, co
z tego, skoro nie wiedzieć jak i kiedy z nagła coś obłego, oślizgłego,
smrodliwego ze mnie wychłystywało. Wychłystywało... takie słowne gierki,
instynktowne próby zbagatelizowania sprawy, obłaskawienia odrażającego
miana, oswojenia się z nim (i samym sobą jednocześnie). To się nie
powiodło. Chłystek, patrzałem w słownikach: niepoważny młody człowiek,
młokos, fircyk. Przykuse, staroświeckie, jawnie niewystarczające
definicje... Ja po stokroć bardziej, stokroć istotniej - po stokroć, by
tak rzec, bardziej esencjonalnie byłem chłystkiem, ja całym jestestwem,
całym życiem, całą duszą i naturą swoją byłem chłystkiem, to jest
osobnikiem, co boczkiem, chyłkiem, sposobikiem (chłystkiem...) przez
życie, to jest mydłkiem, co krętacko, chamsko, brudno ślizgnął się przez
życie, to jest cichodajką, co się sprzeda na wynos i przy bufecie, to
jest padalcem, co przemknie i się prześliźnie, to jest podlecem
skundlonym i zdartym bez wiary, bez sądu, bez twarzy, to jest szulerkiem
ze śliską kartą w wyświechtanym rękawie... Chłystek, chłystek, chłystek!
Nad chłystki chłystek, chłyszcz!
Ale nawet w chłyszczostwie spostrzegam się naraz niedostateczny, wątły,
ubogi i mdły, niemrawy. I już się nie wyrzekam, przeciwnie, na gwałt
chłystka w brzuch poczynam sobie wmawiać. Hołubię chłystka, judzę go,
jątrzę go i rozbestwiam: bo jeśli już nikim, to choć chłystkowym
mocarzem i potęgą niech będę!... ale takie wszystko moje płaskie, liche,
mierne, że chłystek nawet marnieje we mnie, wątleje, plugawy, koślawy
wiatrak wyobraźni nad jego głową wierzga, łopoczą nietoperze śmigła,
dudnią głuche młyńskie kamienie. Co rano zbroję się przeciwko jej furiom
niezdarnie, staram się zaprzątnąć sobie głowę jakimiś przyziemnostkami,
dokuczliwostkami codziennego życia, brakiem forsy, zgubionymi kluczami...
nieporadnie usiłowałem, stary koń, niczym niedorostek mydlić sobie oczy
jakimiś pornoskami, gołym brzuchem, rozchylonym kroczem w piśmie
"Erotyczny Donosiciel"... Takim prymitywnym sposobem otumaniony, ruszałem
w swoją grobową drogę, przekraczałem próg cmentarza, szedłem, by po
parunastu krokach na widok pełgającego na wietrze płomyka świeczki,
kopczyka żółtej ziemi, znaku krzyża, ręką dziecka nakreślonego na
asfalcie (stąpnąłem na niego, odskoczyłem, oparzony), zachwiać się,
wylęknąć, spłoszyć. Wypłosz, nie pamiętałem już rozbebeszonych ciał
kobiet z "Erotycznego Donosiciela", moja chorobliwa wyobraźnia niczym
pijana płota czepiała się obrazu mojego własnego nieżywego już ciała.
Zdrów byłem jak rydz, miałbym nagle umierać. Żaden to był argument,
żadne argumenty zresztą nic by tu nie znaczyły. Z groteskowym
zatroskaniem przestrzegała złowróżbna wyobraźnia: dzień jeszcze, chwilka
jeszcze życia twojego niechlujnego, fałszywego i twoje ciało stanie się
niegodne być twoim trupem! Pokrętna jakaś, zboczona, natrętna przy tym
myśl. Jak w moim mózgu lęgły się koncepty tak śmieszne, podluśkie,
ufundowane na skundlonej pysze. Ani odżegnać się od nich, ani wydrwić
ich nie umiałem. Szydziłem ze swoich rojeń, doświadczając równocześnie
śliskiego lęku na myśl o kruchości swojego ciała. Czaiłem się, by
przyłapywać się na krwawieniu dziąsła, przekrwieniu oka, rozszczepieniu
paznokcia. I nie w tym rzecz była, żebym tu, pośrodku pierwszego (czyli
najrozleglejszego) cmentarza Europy (tak się o naszym Bródnie mówiło),
pośród piętrzących się dokoła grobów czuł lęk przed śmiercią. Ja się
zgoła śmierci bać nie byłem w stanie, ja się bardzo wstydziłem. Ze
wstydu pod ziemię bym się zapadł! Trwożyłem się, chłyszcz, chłystek! że
moje ciało niedługo już nazbyt będzie odarte z powabu, nazbyt będzie
niekształtne i cuchnące zgnilizną, by ona (o śmierci tu mowa) mogła
znaleźć w nim upodobanie! Zboczone igraszki niedowarzonej głowy to były!
Moja pycha, co nigdy (tyle wiedzieć mogę) nie znajdowała dość ujścia dla
siebie, wyzbywszy się resztek powściągliwości, w rozpasaniu poczęła
łapczywie zawłaszczać manowce, panoszyć się na obszarach, gdzie mało kto
był chętny szukać sobie pied-a-terre. Gwałt we mnie, chybot, moja pycha,
tyle upośledzana i tłamszona z tupetem i rozbrajającą kokieterią
łapserdaka osiedlić się i zadomowić usiłowała, cóż za nędza! tu, na tym
miejscu! A jakie wisielcze wybiegi świadomości ten okupacyjny proceder
usprawiedliwić miały! Nie było przed tym ochrony. Bez wysiłku, gładko,
bez najmniejszej mojej woli, poza jakimkolwiek umysłem zgoła wychodziły
na jaw okoliczności, co w gruncie rzeczy zawsze były jawne, pozostawały
jedynie poza zasięgiem kojarzeń (jest bowiem tak, że wielu rzeczy
oczywistych nie uzmysławia się sobie wcale)... Istotne, kto wie,
fundamentalnej wagi fakty mojego życia, co o sobie dotąd nic nie
wiedziały, skomunikowały się. To mnie dotknęło bardzo. Jeśli dotąd dla
jakiejś doraźnej potrzeby swoje życie rozmierzałem i rozdzielałem na
części, to niefrasobliwie zawsze pospolitą miarką zbliżeń i rozłączeń,
olśnień i ciemności, uniesień, zapaści, namiętności, oziębłości: a miara
taka, widziałem teraz, durna, mylna! Kim byłem, jakim ślepcem byłem?
Dziś dopiero widzę, że życie moje całe ujęte jest w cmentarne karby.
Czy, dosadniej mówiąc, grabarskim szpadlem poćwiartowane. Moje
dzieciństwo przypisane do wiejskiego smętarza; radziecki wojskowy
cmentarz zakreśla granice mojej młodości; na stare lata zagnieżdżony tu,
pod bródzieńskim murem... olbrzymieją cmentarze mojego życia... To mógł być
(to był) zwykły przypadek, zbieg przypadków i okoliczności, czemu ja
jednak tym, a nie innym przypadkom podległy, czemu te, a nie inne
cmentarne bramy ryglują moją biografię. Miłości, miłostki, wszystkie
moje kobiety: mdłe widma przyszpilone do pancernego cmentarnego muru. Te
przypadki mojego losu związał przypadek świadomości, która, czymś
natchniona, objąć wreszcie zdołała i skojarzyć trzy cmentarze mojego
życia. Całego prawie życia potrzeba było, by jawne się ujawniło,
oczywistość się unaoczniła. Tyle lat, tyle życia strawiłem na to...
Więcej: mego człowieczeństwa mało - wkoniawstąpić trzeba mi było, bym
rozeznać się zdołał w naturalnym swoim położeniu... Przysłowiowe końskie
klapki dopiero pozwoliły mi wejrzeć we własne życie obcym, przenikliwym
wzrokiem. Od razu oto dostrzegłem mury. Ich posępne pasmo zawsze, przez
wszystkie dnie mojego życia, czaiło się za moimi plecami. Jak mogłem
przedtem nie dostrzegać ceglanych blanków piętrzących się nad moją
głową. A jeżelibym nie został w firmie Tenatar tym groteskowym koniem.
Jeślibym tym sposobem nie odsunął się na koński, jak to mówią chłopi, na
koński paznokieć od samego siebie: czy w takim przypadku nie udałoby mi
się nigdy do trzech zliczyć - do trzech swoich cmentarzy? Poza kręgiem
mojej świadomości więc na zawsze zostałoby coś, co było stale tłem
mojego życia? Tu staje pytanie: czym jeszcze oznaczone jest moje życie?
Jakie jest znamię, które widzę, którego w zaćwiokowaniu swoim nie
postrzegam? Co wiem, wiedzy tej najpełniej nieświadom? Ile zdarzeń,
zjawisk, ludzi ogarnia moja pamięć, a zaciera i zamyka samokastrująca
się świadomość? Co zaś pomija samo moje sumienie?
Zawsze, kiedy tylko zdarzało mi się swoje życie ważyć i nad nim
medytować, widziałem dobrze, że nie jasne ono ani bardzo przytomne; i nie dość - sumienne. Wydawało mi się niekiedy też - chybione. Czy może
tylko przeoczone jakieś, pokątne. Budziłem się, a ostawałem się nie
przebudzony. W bezsile zdawałem sobie sprawę, że życie to po części
umorzone już... Ani go podźwignąć nie byłem w stanie, ani nawet, okazywało
się teraz, w całej okazałości ogarnąć spojrzeniem. Toczyło się siłą
bezwładu. Nie zdążyłem przetrzeć oczu, a już miałem nałożone na nie
końskie klapki. By, o dziwo, dopiero w nie uzbrojony, ujrzeć siebie
samego na jaskrawym tle ceglanych cmentarnych murów.
Jak ja prześlepiłem je. Nie mogłem się uszlochać i otrząsnąć ze
zdziwienia i przerażenia. Jak możliwe było, żebym, przesuwając się spod
jednej bramy cmentarnej do drugiej, do trzeciej, tego, co robię, nie
widział. To zaślepienie, to ubezwłasnowolnienie umysłu płoszyło i trapiło bardziej niż samo złowieszcze odkrycie.
Grzęzłem w pokrętnościach i zboczeniach. Udręczałem się swoją niepowagą,
ganiłem za wypłoszowatość wyobraźni. To, co od dawna zapętlone,
zapętlało się coraz szczelniej, pasma niewspółbieżnych z sobą
świadomości i nieświadomości gmatwały się, plotły i plątały. Bez reszty
traciłem rozeznanie siebie. Sumienie samo dygotało. Roztrzęsę się,
rozchwieję cały, bałem się. Szedłem centralną aleją naszego cmentarza na
glinianych nogach. Wykruszone i poszczerbione, tknięte zgnilizną, marne
ciało. Póki życia strzec go mogłem, bronić do niego postronnym dostępu,
czyż jednak mój trup nie będzie na was zdany, wobec was bezbronny:
wyszydzicie i wyśmiejecie go bezkarnie!... Jak to się stało, że
doprowadziłem się do takiej duchowej ruiny? Harce wyobraźni,
rozjątrzonej widokiem klęczącego na grobie smutnego anioła, obrazem
zżartego przez rdzę żelaznego krzyża w pokrzywach i trawie, konwulsyjne
i tandetne bez reszty, do tego zaś, jak się dawniej mawiało, niemęskie...
ale i pojęcie męskiej godności pustosłowne teraz, kiedy koniem tak
totalnie byłem, ciałem już i duszą; na pełen (określenie szwagra), na
pełny zegar koniem... W konia więc, wulgarnie mówiąc, wrobiony, z człowieczeństwem przez końskość nadwerężonym, łatwiej godziłem się ze
swoim niezgulstwem i mazgajstwem, bodaj nawet przynosiły mi one swoistą
pociechę i ulgę, taką, jaką ból zębów nieść może komuś, kto cierpi na
podagrę, te medyczne porównania ryzykowne, na miejscu jednak: czyż to,
co mi doskwierało, nie było chorobą, jadowity wirus zainfekował moją
świadomość: bo cóż to, na Boga, było, cóż to znaczyło, żeby ktoś o zdrowych zmysłach, ośmieszając się we własnych oczach, trapił się i trząsł o status swojego trupa...
Znękany, pomieszany, we wstrząsach, wylęknieniach, utrapieniach,
marzyłem wiać, gdzie pieprz rośnie, pole manewru miałem żałośnie
ograniczone, u wylotu cmentarnej alei był Tenatar, Raćborski, koń.
Raćborski nie znał litości. Ćwiczył bez litości. Konia, wołał, więcej
konia. Wyniosły, wzgardliwy, chamski, brutalny. Zimny, zadufany,
nieugięty, robot na japońskich częściach.
Raćborski jedyne moje ukojenie... Nienawiść do niego znieczulała mnie.
Nadgarstkiem mokrej od potu ręki ścierając pot z czoła, patrzałem na
niego. Osłonięty był szczelnie. W garniturze niezmiennie, nie przytrafia
mu się rozpiąć guzika dwurzędowej marynarki wtedy nawet, kiedy pastwi
się nad człowiekiem jak nad bydlęciem. Twarz niczym nie osłonięta, a zamaskowana, sztywne rysy robota, dłonie z palcami osobliwie
wyszczudlonymi, paznokcie spiczaste, obłe i grube.
Szczycę się tym, że ja właśnie, ja, marny trzeciorzędny naturszczyk,
najzajadlej nienawidzę. Raćborski swoim wytrzeszczonym błyszczącym jak
czeskie szkło okiem odkrył to łatwo. Skarcił od razu. Nie potem konia,
szczyną końską śmierdziałem po tej łaźni, jaką mi zgotował. Jak ja
sukinsyna nienawidziłem. Cierpły mi i stygły od tej nienawiści wargi i język. Na jawie śniła mi się pomsta na Raćborskim. Obsesyjnie węszyłem.
Deptałem Raćborskiemu po piętach. Prymitywne szpiclowanie opłaciło się.
W koszu na śmieci pod gabinetem dyrektora wypatrzyłem kolorowy woreczek
z plastiku. Brzydziłem się. Ale sięgnąłem do kosza i wyciągnąłem
upapraną reklamówkę. Fenomenalne. Od razu pogratulowałem sobie: torba
opatrzona była nazwiskiem Raćborski. Rozpostarłem pomięty plastik. Moim
oczom przedstawiło się kolorowe malowidełko, wyobrażające konia. Co to
za koń był jednak! Miał wesołą minkę. Kucał sobie, wystrojony w figlarny
czerwony fartuszek. W kopytkach przednich kończyn trzymał nóż i widelec.
Niesmaczny, nieprzyzwoity widoczek. Żal było patrzeć. Na domiar
wszystkiego nad łbem konia widniała aureolka ze złotych literek.
Układały się one w słowa Au Cheval Rose. Zaś usadowiona była szkapa na
chmurce, usnutej z napisów oznajmiających, co następuje: Charcuterie
Fine Cuisine L. et J. Raćborski Diplôme du Club Prosper Montagne, 137
rue Saint-Charles, 75015 Paris, tel. 45 78 03 68. Druga strona
reklamówki też była ilustrowana, widniał tam obrazik z trzema
źrebiętami, nad ich ufryzowanymi grzywkami napis: Le Saucisson de
Tradition.
Cóż to jednak znaczy nienawiść sprzężona z uporem i odwagą, jak obfite
plony przynieść może pochylenie się artysty naturszczyka nad
śmietnikiem. Jedno wsunięcie ręki do blaszanego pojemnika i oto miałem
naszego znienawidzonego poganiacza dosłownie - w garści. Wzgardliwy,
wyniosły, wielkopański, władczy... a jakie żałośnie groteskowe jego
kiełbasiane interesy! Rozpościerając i wygładzając brudną reklamówkę,
piorunem zestawiałem Raćborskiego puzla. L. et J., Leokadia i Jan,
Lucyna i Jerzy, Leon i Janusz, Laurent zgoła już i Jeanne? Rodzinka,
rodzice: tata z mamą prowadzą w XV dzielnicy końskie rzeźnictwo, konie i źrebięta przerabiają na Tradycyjne Kiełbaski, synek natomiast Raćborski
(skrywał przed nami swoje imię), wróciwszy do starej, taniej ojców
ojczyzny, za ubite na smakowitej koninie franciszki z zimną rzeźnicką
konsekwencją grał z nami Polaczkami w koniczki. Czy młody Raćborski
pokutował za rzezie rodziny, korzył się przed Koniem, czy też, wręcz
przeciwnie, gotował się produkcję rodzinnych zakładów kiełbaśniczych
sławić na nowych rynkach? Tak czy inaczej, po tej mojej śmieciarskiej
śmiałej operacji na awangardowe zapędy artystyczne Raćborskiego spojrzeć
należało badawczym okiem. Jego nowatorskie zacietrzewienie i awangardowa
przebojowość nabierały osobliwych odcieni.
Ja oczywiście nie omieszkałem czym prędzej błysnąć Raćborskiemu w oczy
tą torebeczką. Żyletą po oczach! Nie przypuszczał widać, że są w tym
kraju ludzie, co się śmietnika nie wstydzą. Aż zachwiał się z wrażenia.
Wziął się w garść jednak. Zadarł nosa. Pomiatał bezwzględniej jeszcze.
Okrutniej jeszcze sekował. Ja jednak, tak szczególny glejcik trzymając w kieszeni, poczułem się raźniej; baczniej jeszcze przypatrywałem się
naszemu nadzorcy i trzeźwo analizowałem jego posunięcia. Zastanawiałem
się, jakie w gruncie rzeczy były jego zamierzenia. Czy to, co
przedsięwziął, to była rzeźnicka impreza, realizowana parateatralnymi
metodami? Czy też może te bądź co bądź ryzykowne i furiackie
przedsięwzięcia bunt oznaczały i wyzwanie dla jego krwawej rzeźnickiej
rodziny? Pragnął młody w radykalny i skandaliczny sposób odżegnać się od
mało chwalebnej rodzinnej tradycji? Śledziłem Raćborskiego spod oka.
Nikt by nie rozpoznał w nim rzeźnickiego synka, dziedzica fortuny,
ufundowanej na końskiej kiełbasie. Chudy niczym dorożkarz, trzymał się
sztywno, jakby kij połknął. Kapral, talmudysta. Milczek, wzgardliwie
milczał. Kiedy zdarzało mu się otworzyć gębę, zawsze działo się to ze
szkodą dla języka polskiego. Po polsku mówił językiem obcym. Mówił
nieludzko. Cedził dziwne słówka. Ja zaś nie spuszczałem jego ust z oka.
Patrzałem uporczywie i namolnie. Wargi poczynały odmawiać Raćborskiemu
posłuszeństwa. Plątał się i potykał. Pochlebiałem sobie, że to ja
wprawiam go w zmieszanie. Nie żenowałem się, nie miałem litości. Całymi
dniami tłamszony, patrzałem na pogromcę nielitościwym okiem. Wargi
Raćborskiego wiły się pod moim wejrzeniem jak glisty.
Pilnowałem jego ust też dlatego, że chciałem dociec, czym się żywi,
jakim mięsem. Wydatkował masę energii, ćwicząc nas całymi dniami bez
wytchnienia. W jaki sposób więc rekompensował sobie znaczne ubytki
energetyczne. Kosztowało mnie wiele zachodu, nim udało mi się przyłapać
Raćborskiego jak ze swojej szykownej teczuszki z czarnej krokodylej
skóry wyjmuje kilka malutkich pakuneczków. Były to zawinięte w liliowe
bibułeczki czarne chlebki, najwyraźniej pochodzące z ekskluzywnej sieci
sklepów ZŻ (Zdrowa Żywność). Czy sznytki zdrowego chleba przekładane
były plasterkami końskiej wędliny, ekspresowo pocztą lotniczą każdego
ranka przesyłanej do Warszawy i na Targówek z paryskiej szarkuterii
Raćborskiej? Pachniało wędliną bardzo apetyczną, i to ewidentnie
wybornie przyrządzoną koninką pachniało... Ekscesy teatralne na naszym
zapadłym Targówku nie byłyby więc jednak wyrazem sprzeciwu zbuntowanej
latorośli wobec tradycji rodzinnego rzeźnictwa końskiego - raczej więc
to być by miały very sophisticated, wysoce wysublimowane, frymuśne i monstrualne końskie jatki? Więc nie zachciankowa impreza rozkapryszonego
nuworysza, lecz dobrze obmyślana, z zimną krwią zaplanowana i z żelazną
konsekwencją przez zimnego rzeźnikiewicza realizowana po kryjomu
rzeźnicka gra w masakrę? Zastanawiało, że Raćborski swojej załogi (to
znaczy nas tenatarców) nie karmił końskimi ochłapami: bo czy wtedy
procesy animalizacyjne nie przebiegałyby intensywniej? Nie był Raćborski
na tyle przebiegły czy też rodzinny interes nie prosperował tak
pomyślnie, by go stać było na podobne wydatki? Na przerwach zapychaliśmy
się kanapkami z kiełbasą zwykłą albo śląską, jeden jedyny Raćborski
pałaszował w swoim gabinecie tatarskie smakołyki... Przez dziurkę od
klucza to obserwowałem.
Zajrzeć przez dziurkę od klucza... to mnie wiele kosztowało. Sięgnąć ręką
do kosza to drobnostka, bagatelny wyczyn wobec tej kluczowej sprawy.
Gdybym był choć trochę niższy, trochę, jak powiadają cmentarni
rzeźbiarze, pasowniejszy. Tymczasem zaś rosły byłem jak koń. Dziurka od
klucza w drzwiach dyrektorskiego gabinetu znajdowała się mniej więcej na
wysokości pępka, dokładnie więc wpół musiałem się zgiąć, żeby przez nią
zajrzeć. Krępowałem się. Panikowałem i palpitowałem wręcz. Podglądać,
przez dziurkę od klucza jeszcze, dupę wypinać, z dupy, że tak wulgarnie
powiem, Panu Bogu strzelać w okno! Na początek zerknąłem w dziurkę
chyłkiem, półoczkiem tylko, płochliwie, strachliwie... by z nagła nabrać
wielkiego dziurkowego ducha! W pełni wskutek pochylenia dokrwionym
mózgiem pojąłem, że dżentelmeńskie zasady i savoir-vivre'y nie dla mnie:
po tygodniach tępej musztry na ile ja jeszcze sobą byłem, w jakim
stopniu przeistoczyłem się w fachmana naturszczyka, co w wyniku usilnej
tresury pod okiem fanatycznego animalisty Raćborskiego w konia się
wciela? Dokrwionym mózgiem w mig odkryłem, że ani sobą, ani
naturszczykiem, ani koniem ja nie jestem, ni pies, ni wydra ja jestem,
poczwara, pokrak, gnieciucha, co ją tylko ośmieszyć mogą jakieś
sawuarwiwry i komilfo!
Chyląc się ku dziurce, przeżywałem więc jeszcze męki, w poczciwości
swojej szczerze przeświadczony, że plamię się, hańbię się, podlę się
takim postępkiem... miara zaś hańby dopełni się w momencie, kiedy dopnę
(choć dopinać nie chcę, żenuję się dopinać i dopinać wstydzę się...),
dopnę swego, zafiluję przez dziurkę i wypatrzę co, wyszpicluję...
Tymczasem zaś, jak się rzekło, karku ugiąwszy, wpół zgiąwszy się,
poczułem się wcale nie najgorzej. Wbrew swoim przewidywaniom
zawstydziłem się ledwo ledwo tylko. Na koński (jak się na wsi mawia), na
koński paznokieć zawstydziłem się, nie więcej, zawstydzająco mało! Tak
znacznym już odkształceniom uległem. Zbydlałem wskutek nacisków i represji ze strony dyktatora Raćborskiego, wskutek, nie sposób ukryć,
własnych wysiłków i starań także zbydlałem do tego stopnia, że wstydu
już nawet nie umiałem w sobie wzbudzić. Grzbiet zgięty w pałąk, wypięty
tyłek (dupa)... w takiej pozycji trwałem, cały czas ciekawiąc się swoimi
odczuciami i wrażeniami, i je analizując. Doskonale zdawałem sobie
sprawę z trywialności położenia, jakie przyjąłem i z całą świadomością
przeżywam je oto. Zachowanie naganne i niesmaczne, postawa urągająca
normom przyzwoitości, narażająca na szwank ludzką godność, na domiar
wszystkiego w powszechnym przekonaniu przeciwna naturze i niebezpiecznie
deformująca kręgosłup, nużąca... tymczasem ja, wręcz przeciwnie, w miarę
upływu czasu rejestrować począłem, co zadziwiające, nadzwyczajną
naturalność takiego właśnie pokracznego ułożenia swego ciała...
naturalność, wygodę, połączoną z błogą niefrasobliwością, podniecającą z lekka i o grzesznym posmaczku wygodę, cielesną rozkosz zgoła, odrobinkę
tylko zmąconą obawą, że się zbłaźnię, że lada chwila ktoś mnie w pozie
takiej rozwiązłej, jawnie dupnikowej, skrajnie wulgarnej i groteskowej,
zaskoczy... ale i ta obawa coraz silniej podszyta perwersyjnym
zniecierpliwieniem, trywialną świerzbiączką, coraz namiętniejszym
pożądaniem czyjegoś rozdziewiczającego szpiclowskiego oczka... takie
niepokoje, sprzeczne chętki miotać muszą naturystą nowicjuszem, co
pierwszy raz ściąga odzienie na pełnej gapiów plaży.
Zatrwożony, obleśnie i błogo pobudzony, trwałem z wypiętym jak do
salonowca zadkiem... Łukiem brwiowym przywierając do framugi drzwi,
zaglądałem przez dziurkę od klucza. Dziura była idealnych rozmiarów,
pióro klucza szczęśliwie odsunięte i Raćborskiego oglądałem w całej
okazałości i w szczegółach, tak wybornie, jakbym oglądał go przez
lornetkę, a nie przez szparkę. Francuz ten zaś, przeświadczony, że jest
poza zasięgiem czyjegokolwiek wzroku i nie ma się czym krępować, rozparł
się za odziedziczonym po poprzednikach monumentalnym stalinowskim
biurkiem i z cieniutkich bibułek wyłuskując kąski jadła, pożerał je
łapczywie. Nie dość jednak, że śmigał żuchwami jak żniwiarka sierpem, to
równocześnie wywijał ręką, potrząsając nadgryzioną sznytką chleba i kreśląc nią w powietrzu wyraziste, dla postronnego szpicla jednak
całkiem niezrozumiałe znaki. Były poruszenia te tak zamaszyste, pełne
gwałtowności i mocy, że wydało mi się, że Raćbor doskonale wie, co się
wokół niego święci, wyślepił moje szpiclujące oczko i błaznuje, szydzi z voyeura sobie i go przepłasza, co jakiś czas z bokserską zapalczywością
wyrzucając dłoń z zaciśniętym w dwu palcach strzępkiem końskiej
polędwicy wprost ku okupowanej przeze mnie dziurce. Pięść ta blisko... mig
jeszcze, a podbije moje filujące oko. W nosie wiercił cierpko-słodkawy
zapach gniecionego w jego garści tatarskiego mięsa... koninkę, koninkę
spożywał z tak wielkim smakiem awangardowy animalista Raćborski,
zamelinowany w swoim dyrektorskim gabinecie!
Nawet wtedy, kiedy pięść Raćborskiego bezpośrednio mi zagrażała, nie
byłem w stanie oderwać czoła przywartego do pociągniętych lepkawą farbą
drzwi. Z gruntującym się w świadomości osobliwym poczuciem obowiązku i służby trwałem w postawie zgiętego we dwoje wyględy. Coraz silniej przy
tym odczuwałem właściwość, co lepsza - swoistą przytulność takiego, tak
ewidentnie przecież, podług potocznych przeświadczeń, szpiclowskiego,
hańbiącego zatem ułożenia ciała. Z filozoficznym spokojem i pokorą
powiedziawszy sobie, że w pewnym sensie nie jestem niczym więcej, jak
tylko zaślepką dziurki od klucza w drzwiach gabinetu dyrektora swego
macierzystego teatru Tenatar, z poczuciem cynicznej swobody i rozbawieniem syciłem oko widokiem naszego sztywnego jak drut
awangardzisty, po kryjomu wcinającego końskie przysmaki. Wesoło i ciepło
na sercu robiło się od tak pociesznego widoku...
Na posieczony kłami Raćborskiego kęs pięknego, żywego jakby jeszcze
końskiego mięsa spoglądałem za to z zastanowieniem i niezrozumiałym dla
samego siebie skupieniem i natężeniem uwagi. Aż czerwone płatki poczęły
migotać w moim szpiclowskim oku od intensywnego wpatrywania się w krwisty opłatek, z błazeńskim namaszczeniem wznoszony wyżej czoła przez
rozfiglowanego bałwochwalcę Raćborskiego. Te rozwiązłości paryżaka nie
robiły jednak na mnie wielkiego wrażenia, całą moją uwagę skupiało
bowiem owo tak świętokradczo wielbione przez niego mięso. Był to płat
ciała delikatny, soczysty, krwisty, piękny. Młode to, źrebięce zapewne
mięso było...
Myśl, która mnie drążyła w czasie, kiedy z tak wielką uwagą wpatrywałem
się w nadgryziony płatek źrebięcego mięsa, sama objawić się musiała, nie
miałbym bowiem dość rozumu ani wystarczająco wiele śmiałości, żeby ją
samemu sobie - wspomnianą nawet już - ujawnić... bo też myśl ta pokrętna,
dwuznaczna, przecherna: podejrzenie mianowicie nasuwało się, że ja z Raćborskim bardziej jestem spowinowacony niż ktokolwiek inny tu w gminie
Targówek, ba, w całej stolicy Warszawie! On, końskiego rzeźnika syn,
koniną karmiony był od maleńkości... ja natomiast jako brzdąc zaledwie
dwuletni konia miałem, właścicielem konia byłem! Oźrebiła się nasza
kobyłka i ojciec podarował mi źrebiątko: koniczek więc był u zaczątku
mojego życia. Gdybym się uparł, mógłbym za przykładem małego Raćbora go
zjeść (nie zjadłem)... Przeznaczenie czy ironia losu chce, że teraz, kiedy
do końca blisko, sam ja koniem jestem. Nie koniem, z łaski rzeźnika
niby-koniem jakimś. Gorzko i rzewnie myślałem sobie (ciągle tkwiąc przy
dziurce od klucza, Raćborskiego szpiclując), że ojciec mój był biednym
chłopem, ja zaś jeszcze biedniejszym synem jego jestem, nie stać by mnie
było na konika na biegunach dla syna... ani w ogóle przecież na żadnego
syna! Powodów do żalów i rozczulań z tego tytułu nie było, koń był mi
darowany, ale czy był mój. Nie miał nawet chwili na to, żeby moim być.
Woził koń, orał, włóczył ziemię od świtu do nocy, aż został sprzedany na
kiełbasy. I kto wie, czy się nie wydarzył cud karkołomny taki, że
Raćborski w Paryżu zżarł jego mięso. Tak czy inaczej, Raćborski zawsze
był w lepszej komitywie z tatarskim mięsem niż ja ze szkapą, która
jednak przecie nosiła moje imię - Heńkakoń. Z pewnością za to zachowałem
ją w swojej pamięci doskonalej niż Raćborski najsmakowitszy ze swoich
tatarów. Kiedy oto chabetka objawiła mi się nagle (w chwili, kiedy
Raćborski obżerał się chlebkami ze smakowitym końskim mięsem), okazało
się, że pamiętam ją tak wyraźnie jak w najlepszym śnie. Niczym na jawie
widziałem, jak porusza się, chodzi. Bez trudu bym umiał chód swojej
szkapki naśladować... I kiedy Raćborski nareszcie zapchał brzuch koniną, a ja do syta napasłem swoje oczy widokiem jego biesiadowania, i kiedy
zaczęły się próby, zgłosiłem się, by pokazać, jak naprawdę chodzi koń.
Raćborski wyszydził mnie i zbył niewybrednymi dowcipaskami. O końskim
chodzie miał z gruntu odmienne wyobrażenie. Musiałem zmilczeć. Żywe z martwym nie kojarzy się, koń się z koniną nie rymuje. Moje powinowactwo
z Raćborskim miało kruche podstawy. Na durnia bym wyszedł, powołując się
na nie. Zmilczałem. Po przygodzie pozostał przykry osad.
Dokuczliwa myśl o losie zwłaszcza. Przemyśliwałem nad tym wiele w udręczeniu. Te dziwaczne takie kulawe rymy mojego życia: trzy cmentarze,
dwa konie... Czy koński postronek mnie zadławi? Konika swojego dzieciństwa
rzuciłem na pożarcie amatorom końskiego mięsa, będzie to sprawiedliwe
zrządzenie losu i pomsta sprawiedliwa, jeśli mnie stratuje... jeśli pożre
mnie i wchłonie szkapa, którą tak nieudatnie udaję. Spłoszony, ni z gruszki, ni z pietruszki pomyślałem sobie, co ludzie zawsze z końskiej
okazji myślą, że koń to szlachetne zwierzę. Naśladowanie szlachetnego
zwierzęcia czy przynieść może koniu ujmę albo szkodę. Tym bardziej że
Raćborski nie w ciemię bity, oznajmiał dziennikarzom, że koncept
spektaklu zaczerpnął z dzieł Lwa Tołstoja; imię tego patriarchy
niewątpliwie uwznioślało całe przedsięwzięcie pod nazwą też tołstojowską
podobno - "Oślepienie". Oślepienie ludzkiej istoty blaskiem idei, wiar,
zabobonów, wmuszeń pragnął Raćborski (z chirurgiczną precyzją
profesjonalisty, dodawał) wyrazić językiem tupotów, wierzgnięć, rżeń i kwików, mowy końskich maści wreszcie...
Kompletny plan tych nowatorskich pod względem artystycznym działań miał
Raćborski zakodowany w swojej głowie z komputerową precyzją i nie
widział potrzeby ani możliwości odstąpienia choćby na jotę od ustalonego
projektu. Jakakolwiek próba interwencji, najdyskretniejszej nawet i najbardziej niewinnej, pyszałkowatego młodzika zdumiewała i oburzała czy
wręcz nawet wprawiała w furię. Miał nas wszystkich za psi pazur, za nic.
Aniżeśmy dla niego konikami byli! Ledwo szachowymi figurkami, którymi
chciał po scenie przesuwać jak po desce.
Przystałem na te warunki, ale ciągle nie umiałem się z nimi godzić.
Kontestowałem raz po raz, mimowiednie i niechcący nieraz, choć rozsądek
dowodził, że rzeczą daremną i w istocie śmieszną jest przeciwstawianie
się komuś takiemu jak Raćborski, samowolnemu i bezwzględnemu watażce, z pozycji miernego i z samej definicji skazanego na wzgardę i pomiatanie
naturszczyka... czy raczej, jak to dosadnie określał jeden z rozumniejszych moich naturszczyckich towarzyszy, Marcin Krawczyk, po
prostu podchujaszczyka... I cierpła skóra temu dobremu i pokornemu koniowi
Marcinowi Krawczykowi, gdy dostrzegał kolejny odruch sprzeciwu czy wręcz
niesubordynacji z mojej strony.
Raćborski reagował brutalnie. Pycha i zarozumialstwo, niewzruszone
przeświadczenie o wszechmocy książeczki czekowej nie pozwalały temu
rzeźnickiemu synowi widzieć w tobie człowieka: konia myszatego jedynie.
A to ja tymczasem, ja myszaty, filując przez dziurkę od klucza,
przejrzałem go na wylot! Przeniknąłem intencje, jakimi się kierował,
rozpoznałem zamierzenia i chęci, te nawet chętki, których on sam nie
całkiem był świadom...
Pragnął Raćborski, bez dwu zdań, oczyszczenia, więcej, dla siebie i dla
swojej prowadzącej od lat szpetny koński interes (i na interesie tym
wzbogaconej) familii rozgrzeszenia i błogosławieństwa dla biznesów w nowych, szlachetniejszych w pojęciu paryskiej socjety branżach. Zbity na
befsztykach tatarskich, "tradycyjnych kiełbaskach" i pieczeni źrebięcej
szmal rzucał młody Raćbor w przedsięwzięcie, które pozwalało mu w subtelny artystowski sposób upokorzyć i stłamsić wcale liczną gromadkę
rzeczywistych i potencjalnych tatarożerców, zachwiać ich
człowieczeństwem, przemieniając w pokraczne chabetokształtne stwory,
żywe pomniki rzeźnickiej pokuty i skruchy. Bezlitośnie, z zimnym
okrucieństwem przepuszczał nas przez prawdziwą maszynkę do mielenia
mięsa, z otrzymanego tą metodą surowca, roił sobie w swej bezprzykładnej
zarozumiałości, dla zmazania swoich i rzeźnickiego swojego rodu krwawych
przewin, lepić będzie dla przebłagania animalnych bogów koniczki jakieś,
szkapki, chabetki, bałwanki koniokształtne jakieś... Za pozorem
arcyawangardowego szaleństwa krył się cyniczny zamysł nuworysza, co
konsekwentnie przeprowadzał wyrachowaną, wysoce sophisticated operację
odżegnywania się od pospolitującej go rzeźnickiej przeszłości rodu.
Obliczył sobie, że zamiast niechlubną przeszłość skrywać, bezpieczniej,
efektywniej i efektowniej będzie publicznie ją wyegzorcyzmować, wytupać
w pokrętnym końskim ekspiacyjnym nabożeństwie. Rozpaskudzonemu
rzeźnickiemu synalkowi już nie patenty mistrza kiełbaśniczego się śniły,
dyplom taki zmierziłby go pewnie: publicznie zmywając ze swoich rąk
zaschłą końską juchę, marzył o sławie bezkompromisowego artysty,
ofiarnie i bezlitośnie rewidującego własne rodzinne mity i ideały!
Ów burzycielski awangardysta miał naturę okrutną i mściwą, maniery
poganiacza i tresera psów, dyrektywę postępowania prostą: deptać;
zdeptać! Wycisk, jaki mi sprawiał od czasu, gdy dostrzegł w moich rękach
rożek firmowej torby Raćborskich, był monstrualny. Znosiłem te szykany,
bo przysiągłem sobie je znieść; także dlatego, że przysiągłem sobie
pomstę. Serce pobolewało, prawda. Mogła się ta okrutna końska opera
skończyć dla mnie opłakanie. Już non stop tupanie i podskakiwanie non
stop przez dziesięć godzin dziennie było przecież wyczynem nie lada i wymagało żelaznej kondycji. Każdej chwili mogło się okazać, że to nie na
moje zdrowie. Słaniałem się na nogach, zaniemagałem i omdlewałem prawie.
Raćborski litości nie znał. Dawał mi w kość ze zdwojoną zaciekłością.
Natrząsał się nade mną. Poganiał mnie niczym Neron niewolnika. Ciął
powietrze kijaszkiem. Tylko czekać, a będzie to bat, a nie kijaszek
jedynie...
W złą godzinę sobie to pomyślałem. Rychło bowiem spostrzegłem, że nowy,
inny jakiś patyczek trzyma Raćbor w ręku. Mieszczuch nie odróżni
zwykłego kijka od biczyska... więc tylko ja jeden wiedziałem, co bos
Raćborski trzyma w ręku. Zdębiałem. Nie mógł to być przypadkowy
kijaszek, przypadkowo przycięty tak, jak furman przycina pręt na
biczysko. Bez najmniejszej wątpliwości Raćborski ściskał w garści
rękojeść bata: pręcik z wiśniny giętki, gibki (u nas na wsi mówiło się:
wiśny), z małym rozwidleniem na czubku. Tylko pętelkę bicza zaciągnąć na
nim! Póki co Raćborski potrząsał pustym biczyskiem... dając mi w ten
sposób do zrozumienia, że coś gorszego jeszcze może mi się przytrafić
pewnej chwili. Po prostu przygrażał mi po chamsku. Bezczelnie uśmiechał
się. Starałem się dociec, co nosi w kieszeniach. Czy w którejś nie ma
zwiniętego w kłębek rzemyka. I w jakim momencie odważy się przytroczyć
go do biczyska? I jak w takiej sytuacji powinienem się zachować ja,
jedyny świadomy rzeczy w całej naszej trupie gość? Gorączkowo
spekulowałem. Teatralny koń tymczasem, myszaty (taką maść przydzielił mi
był Raćborski) konik skakał tak, jak mu na wiśniowym biczysku grał ten
koniuszy paryski. Łupaliżeśmy buciorami wszyscy jak pruska kawaleryjska
kompania karna. Pruscy perfekcjoniści nie mogli przecież w swoich
armiach obyć się bez takich kompanii także dla wojskowych koni?
Maltretowane za swoje przewiny pruskie konie tąpać musiały z równą
naszej beznadzieją i rezygnacją. Trzask bata, uderzenia kopyt głuche jak
w pustej studni. Jeśli nawet w projektach Raćborskiego było żywe ziarno,
to je teraz bezdusznie zadeptywał naszymi naturszczyckimi kopytami.
Furmani, wiwat, furmani, w to mi graj!, cwaniacy wykiszkowali Raćbora
jak należy, opchnęli mu biczysko ze świeżo ciętego pręta, taki żywy
kijek nie uniesie bicza, ba, jeśli nim wywijać, pusty nawet będzie się
giął, koślawił i paczył... błysnąć chciał Raćborski, a wpuścił się w kanał, pokazało się, w czym jest kompetentny, w żarciu tatarskiej
polędwicy. Zamyślał sobie ścichapęk mi przygrozić, chamska obsuwa
tymczasem, kijaszek, co miał być żandarmskim knutem, flaczał mu w garści
niczym damski bukiet. Upokorzony i zeźlony rzeźniczak zajadle młynkował
nad naszymi głowami łamiącym się i pękającym kijem. Z rozkoszą łowiłem
nozdrzami cierpki zapach świeżej wiśniowej miazgi.
Zapach ten wzruszył mnie i natchnął. Z nagła, z marszu dałem
Raćborskiemu potężnego arcyawangardowego kopa w dupę, na poczekaniu
wygotowując w swojej wyobraźni z gruntu oryginalną wysublimowaną wersję
jego kopyciarskiego widowiska. Teatr zapachów, teatr woni... czy
ktokolwiek kiedykolwiek pokusił się o ucieleśnienie podobnie prostej, a tak wdzięcznej i obiecującej idei? Teatr zapachowy to oczywista zapachów
teatr koński, nie ma zapachów bardziej wyrafinowanych i wyrazistszych
zarazem niż zapachy końskie, zapach źróbka bowiem, ogiera, kobyły,
siary, obroku, moczu, stajni, sierści, rzemienia, cugli, śliny, sieczki,
chomąta, wozu, oracza, furmana, ziemi, potu, piany, żłobu, bąka, słomy,
gza, biczyska i bicza, koła, dyszla, polnej i brukowanej drogi, kopyta
zapach, podkowy, grzywy. Koń jest obłok, kosmaty kosmos woni... Co jeszcze
mi się przypomniało: gnojówka w każdym gospodarstwie pachnie i śmierdzi
inaczej, ten szczegół pomińmy dla dobra sprawy.
Świadom zresztą, że Raćborski bez litości wyszydzi i zdepcze mój
projekt, potajemnie tylko i skrycie, galopując i galopując nieustannie,
realizowałem swój wonny i smrodliwy teatr jednego aktora. Z głową w chmurze polnych i stajennych zapachów odrobinę łatwiej znosiłem
morderczą i nudną Raćborową wierzganinę. Od uciążliwej, monotonnej
musztry serce kołatało. Końskiej, bez dwu zdań, końskiej zażywałem
kuracji. Raćborski wymachiwał nie uzbrojonym ciągle biczyskiem, które
wysmykiwało mu się z rąk. Miałem go na oku. Lewą rękę wsunął do kieszeni
spodni, miętosił schowany tam bicz. Ciągle nie miał odwagi odsłonić w pełni swojego prawdziwego oblicza. Czyhał na dogodny moment, by
ostatecznie zatryumfować i przy akompaniamencie świstów bicza wydawać
nam komendy.
Tańcowałem, koń myszy, jak mi na gołym jeszcze biczysku zagrał przybyły
z Paryża koniuch Raćborski. Padałem z nóg. Serce klekotało ledwie.
Klęknąłbym w końcu - a za nic, za Boga nie chciałbym przed takim gnojem
klęknąć - gdyby nie owe pokątne moje arcyawangardowe węchy i przedstawienia. Jadowite gnojowe wonie wstrząsały i rzeźwiły. Ku
osłupieniu baciara galopowałem dalej. Potrząsał biczyskiem otępiale,
opadał z sił pieszczoszek. Był w coraz paskudniejszym nastroju. W końcu
musiał dać za wygraną. Pokładał takie nadzieje w bacie, sromotnie się
zawiódł! Na skróty, cmentarnymi drogami wracałem do siebie. Ledwo
dychałem po biczowych przejściach. Karciłem się za to, że tak
nieoględnie wdałem się w podjazdową wojnę z takim mocarzem! Diabli,
niech to diabli! Diabli sami mnie podkusili, diabli ponieśli!
Łomot mnie czeka, tym skończy się sprawa. Raćbor nie popuści, mściwy,
wredny pamiętliwiec. Wlokąc się wśród smutnych nagrobków i krzyży
dumałem i zastanawiałem się, czy taki jak Raćborski buc choć raz w swoim
jedwabnym życiu zajrzał na cmentarz (zresztą czy w ogóle rzeźnicy na
cmentarze chodzą?). Niedowarzeniec bez wiary i przesądu, bez biedy
życia, zachwiania, bez mroku (neon świeci nad czołem), od niemowlątka
kąpany w kobylim mleczku, źrebięcą juszką karmiony... beniaminek rodziny
nie pogańskiej nawet, z azjatycka dzikiej, po parysku polerownej, co
zabobonnie, mimowiednie korzyć się potrafi przed kobyłą-żywicielką... Te
tabuny, ta końska masa, na jawie widziałem bykowcami poganiaczy do
rzeźni pędzone konie, zwierzętom tym obce są cmentarze, w ubojniach
ubite, bez reszty przemienione będą w mięsa, grzebienie i rzemienne
bicze; w cieniu ubojni mały Raćborski chowany higienicznie i kosmetycznie, kosmetyczka co tydzień, w wieku dojrzewania częściej,
choroba trądzikowa ma przebieg kontrolowany, wągierki wyskubywane przez
sumienne służby kosmetyczne w zarodku, stąd dziś buźka glancowna, gładka
jak u trzebieńca... Natrząsałem się z Raćborskiego, na glinianych nogach
prąc przed siebie, czym prędzej do domu, nabrać sił przed jeszcze
bardziej końskim jutrem. Ty juhasku podły, ty zgniła juszko, ty bydlę,
bydlaku ty, znieważałem koniucha swego ja, przetrącony naturszczycki
koń. W diabły rzucić by ten haniebny, durny i bez wstydu interes!
Rzucić... Tylko kto ja taki byłem, kim byłem. Kim. Nikim, niczym byłem.
(Przyjaciele i życzliwi stale mi radzą, żebym był sobą, nie udawał kogo
innego. A jeśli ja, to ten kto inny. Co wtedy). Nikim, niczym.
Naturszczykiem, wtórnikiem. (Moja żona naturszczyca).
Tu, pośrodku cmentarza (w Europie największy) na trzęsących się ze
zmęczenia nogach trzęsąc się, jaskrawie jasno widziałem swoje położenie.
(Śmieszka okulistka na moich oczach wpuściła mnie w komputer, komputer
rozpoznał tejże chwili: starcza nadwzroczność. Dotknięty nadwzrocznością
starczą osobnik niedowidzi w swoim pobliżu, coraz doskonalej za to widzi
obiekty odległe. Takie są przywileje późniejszego wieku, kapryśnie
marszcząc nosek klarowała lekareczka, stała tuż przy mnie, oczu jej nie
widziałem dobrze).
Smutna ta i piękna choroba nadwzroczności oświecała mnie bardzo.
Postrzegałem niedostrzeżone, przenikałem wzrokiem to, co
nieprzeniknione; i zdarzało mi się teraz widzieć człowieka czy kurę jak
strzelił, na wylot. Coraz mniej widząc, co dzieje się wokół mnie (ale
też coraz mniej się tym trapiąc), kierowałem wzrok w dal swego minionego
i nawet w mrok przyszłego swojego życia. Boże dobry, czemu ja to teraz
dopiero, na ostatku dopiero widzę! To, co mi dawno między palcami
przeciekło bez reszty, ze wszystkim, ze wszystkim! W łasce nadwidzenia
wyraźnie dostrzegałem ślad dni i lat, które prowadziły do tego tylko,
bym na koniec mógł się stać nie nikim nawet, a niczym, niczym... Niedawno
jeszcze w zaślepieniu skłonny byłem uważać, że teraz dopiero, kiedy
podjąłem służbę u Raćborskiego, stałem się naturszczykiem; i próbowałem
pochlebiać sobie, snując legendę o tym, że musiał przybyć wysłannik z samego Paryża (i tu się w duchu przejęzyczyłem, z samego papieża,
wyraziłem się w myśli mylnie, cóż znaczyć może takie świętokradcze
przejęzyczenie), wysłannik więc z rzeźni z samego Paryża przyjechać
musiał, żeby tak wisielczo śmiesznie mógł się dopełnić mój los... A to
przecież nie tak bynajmniej sprawy się miały. W miarę jak potęgowała się
moja nadwzroczność, coraz wyraźniej widziałem, że nie czekałem wcale, aż
się zjawi młody Raćborski i ex officio przyzna mi naturszczycki status;
ja nie czekałem wcale nawet na to, aż przybysz ten urodzi się gdzieś tam
w rzeźnickiej swojej rodzinie, przedtem jeszcze sprawy swego życia
pogrążyłem w odmętach niechlujnie mijających dni. Życie moje jak
strzelił całe było kiczowatym bohomazem, było podobne garstce mąki z pośladu i sporyszu, garstce, podlegającej nieustającemu procesowi
rozkurzu, było też to życie moje chwiejnie i koślawo toczącym się po
bruku kieszonkowym lusterkiem, z którego wnętrza bez ustanku wysypuje
się pokruszone szkło. Życie ślamazarne, cudzołożne, płoche; życie
wykidajne, życie na każdy użytek i każde zawołanie. Raćborski,
powierzając mi poniżające lukratywne stanowisko w swoim teatrze,
usankcjonował tylko i przypieczętował mój status pokątnego stręczyciela,
wyciruska. Przygwoździł mnie. Już się nie mogłem w żaden sposób
ślizgnąć, wymsknąć się samemu sobie. Dławiłem się i lubowałem zarazem
swoją sytuacją nieznośną, nieznośnie uwierającą... Co ja miałem, co ja
jeszcze mogłem ze swojego życia umrzeć? Ono niczym przecież, śmiechu
wartym widmem, zmazą czystą, dla śmierci nawet niepożywną, niestrawną...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki