Życie prywatne dyktatorów XX wieku - Anna Poppek

Reflow text when sidebars are open.
Włodzimierz Iljicz LENIN
Kim był dziadek Lenina? "Nadia wygląda jak śledź". Petersburski romans wodza rewolucji. Inessa - wielka miłość. Wódz zmumifikowany. Tajemnica śmietankowej róży.
"- A ja coś wiem! - powiedziała moja koleżanka Alonka, rozglądając się przy tym po małym pokoiku, w którym oprócz nas nie było nikogo. - Nie powiesz nikomu?
- Przysięgam!
- Pionierskie słowo honoru?
- Tak!
- Lenin ma kochankę!
- Przecież od dawna nie żyje!
- No to miał, kiedy jeszcze żył!
- Kłamiesz!
Ta rozmowa, którą opisuje Larysa Wasiliewa w swojej książce Kremlowskie żony, odbyła się w schyłkowych latach 40. ubiegłego stulecia. Dla ówczesnych nastolatek, wychowanych w kulcie wodza rewolucji, którego zabalsamowane zwłoki można do dziś podziwiać w mauzoleum na placu Czerwonym, fakt posiadania przez Lenina kochanki był tak irracjonalny jak na przykład pomysł, że Robotnik i Kołchoźnica ze słynnego pomnika rzucą w kąt atrybuty ciężkiej pracy i zaczną uprawiać namiętny seks.
Tymczasem Włodzimierz Iljicz, jeden z najbardziej wpływowych polityków XX wieku, tak naprawdę był kobieciarzem, z tym że pociągały go głównie panie o poglądach rewolucyjnych. Oczywiście do upadku ZSRR nie wspominano o tym fakcie w oficjalnych radzieckich biografiach wodza ani tym bardziej w szkolnych czytankach. Pisarz Ilja Erenburg stwierdził kiedyś złośliwie: "Wystarczy jeden rzut oka na Krupską, a zrozumiecie, że Lenin nie interesował się kobietami".
Wiele napisano o życiu prywatnym pierwszego dyktatora radzieckiego państwa. Mimo to dużo jest znaków zapytania - do tej pory na przykład nie są wyjaśnione kulisy jego śmierci. Komunistyczni hagiografowie jeszcze za życia Lenina tak przerabiali jego życiorys, aby stał się przykładem dla młodych komsomolców. Wbrew bowiem legendom o panującym w ZSRR rozprzężeniu obyczajów, państwo komunistyczne było bardzo pruderyjne. Przynajmniej w teorii i na pokaz.
Włodzimierz Iljicz Uljanow urodził się 22 kwietnia 1870 roku w miejscowości Symbirsk położonej nad Wołgą. Był trzecim z sześciorga dzieci inspektora szkolnego i córki fizyka. Nazwę Symbirsk z czasem na cześć wodza rewolucji zmieniono na Uljanowsk.
Był mieszanego pochodzenia rosyjsko-kałmucko-żydowsko-niemiecko-szwedzkiego. Ojciec, Ilja Nikołajewicz Uljanow, urodził się w rodzinie astrachańskich mieszczan, pochodzenia rosyjsko-kałmuckiego. Matką Lenina była Maria Aleksandrowna z domu Blank, córka doktora Israila Moisiejewicza Blanka, zasymilowanego i ochrzczonego Żyda. Israil i jego brat Abel przyjęli w 1820 roku chrześcijaństwo i imiona Aleksander Dmitrijewicz i Dmitr Dmitrijewicz, a ich ojciec Mojsze Blank ochrzcił się w 1844 roku i odtąd nazywał się Dymitr Iwanowicz. Matka Marii - Anna Iwanowna (Ioganowna) z domu Großschopf - miała pochodzenie niemiecko-szwedzkie (rodzice: Johann Gottlieb Großschopf i Anna Estedt) i była wyznania luterańskiego.
Po latach tę rodzinną historię odkryła siostra Włodzimierza, Anna. W 1932 roku wystosowała do Stalina list, w którym między innymi napisała, że dziadek Lenina był Żydem. Ten list był implikacją panującej wówczas w ZSRR nagonki antysemickiej. Anna miała nadzieję, że dzięki ujawnieniu tej wiadomości nagonki ustaną. Niestety, myliła się, jej list bowiem utajniono, a Stalin osobiście nakazał Uljanowej "absolutne milczenie".
Ta mieszanka przeróżnej krwi w przypadku Lenina dała - przynajmniej fizycznie - niezbyt imponujący efekt: Włodzimierz wyrósł na niskiego, korpulentnego mężczyznę o mongolskich oczach i kartoflanym nosie. Dosyć szybko zaczął łysieć.
Skończył symbirskie liceum, uzyskując średnie wykształcenie.
W maju 1887 roku, gdy miał siedemnaście lat, jego starszy brat Aleksander, należący do organizacji Narodnaja Wola (mającej na koncie udany zamach na cara Aleksandra II), został skazany na śmierć za udział w zakończonym fiaskiem zamachu na cara Aleksandra III i powieszony razem z grupą pozostałych spiskowców. Rodzina od tej pory została kryminalnie naznaczona. Mimo to Lenin, dzięki pośrednictwu swego nauczyciela, który dostrzegał w nim talent i inteligencję, dostał się na wydział prawa na uniwersytecie w Kazaniu.
Nie nastudiował się jednak długo - siedem miesięcy później został aresztowany za udział w wiecu studenckim i wyrzucony z uczelni. Dyplom prawa zdobył w końcu w 1891 roku w Petersburgu. Właśnie tu, nad wiosennymi rozlewiskami Newy, poznał swoją przyszłą wierną towarzyszkę i żonę, Nadieżdę Konstantinowną Krupską. Była od niego zaledwie o rok starsza, ale już deklarowała się jako zagorzała marksistka. Po lekturze Kapitału Marksa powiedziała: "Usłyszałam dzwon żałobny dla kapitalizmu, obwieszczający, że wkrótce grabieżcom zostanie odebrany ich łup".
W 1895 roku Lenin wyjechał do Szwajcarii, gdzie spotkał się z Grigorijem (Jerzym) Plechanowem, jednym z pierwszych marksistów rosyjskich. W czasie podróży do Paryża i Berlina nawiązał kontakt z komunistami Paulem Lafargiem i Wilhelmem Liebknechtem.
Kiedy ponownie znalazł się w Petersburgu, powrócił do działalności rewolucyjnej - i do dawnych sympatii. Krupska dopiero po latach roztyła się, posiwiała i przedwcześnie postarzała. W tamtych czasach jednak panna była dosyć atrakcyjna, ciemnowłosa, czarnobrewa, uczesana gładko do tyłu. Szczupła, lecz z imponującym biustem. Siostra Lenina, Anna, nie była nią zachwycona i pisała, że "Nadia wygląda jak śledź". Włodzimierz, którego zapał rewolucyjny wywarł na dziewczynie wielkie wrażenie, lubił z nią spacerować po bulwarach, rozmawiać o rewolucji i zerkać w kuszący dekolt. Bardziej był jednak zainteresowany przyjaciółką Nadii, wesołą i dowcipną Apolinarią Jakubową, która pomagała mu organizować różne akcje i kolportować ulotki Związku Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej.
Lenin (ten przydomek przybrał w 1901 roku od rzeki Leny, Plechanow dla odmiany podpisywał się "Wołgin") w latach młodości uległ swoistemu zbiorowemu, rewolucyjnemu szaleństwu, które pociągnęło za sobą dużą część rosyjskiej młodzieży. Podobnie jak inni, powtarzał: "Kiedy się jest rewolucjonistą, trzeba zrezygnować ze wszystkiego, z miłości, z rodziny, żyjąc tylko dla idei". Ulubionym autorem świeżo upieczonych marksistów był Nikołaj Czernyszewski. Stworzył on nowoczesny model małżeństwa, oparty na wolnej miłości, z całkowitym wyeliminowaniem zazdrości. "Będziemy małżeństwem w stylu Czernyszewskiego" - pisała Krupska, planując swój przyszły związek z mężczyzną marzeń.
Zauroczony Apolinarią młody Włodzimierz postanowił odrzucić, przynajmniej jeśli chodzi o małżeństwo, idee rewolucyjne. Oświadczył się dziewczynie, ale pech sprawił, że wkrótce został aresztowany za działalność wywrotową. Z aresztu przy ulicy Szpalernej napisał do Poli i Nadii listy z prośbą, żeby pojawiły się pod oknem jego celi - chciał po raz ostatni zobaczyć przyjaciółki przed wywózką na Syberię. Apolinaria nie przyszła, stawiła się tylko Nadieżda. Lenin zrozumiał, że dostał kosza od pięknej panny. Koniec końców zdecydował się na zaręczyny z Nadieżdą.
Dziewczyna postanowiła towarzyszyć mu na zesłaniu, bała się bowiem, że Wołodia nawiąże romans z jakąś tamtejszą chłopką, jak czyniło wielu zesłańców. Warunkiem jednak był ślub. Narzeczona wyruszyła więc wraz z matką do zapomnianego przez Boga zakątka między Jenisejem a Leną. Po dotarciu do osady Szuszenskoje spotkało je rozczarowanie - Lenin akurat był na polowaniu... Gdy wrócił, na jego widok Nadieżda krzyknęła: "Och, jak obrzydliwie się roztyłeś!", co nie było miłe. Całą noc spędzili na piciu wódki z innymi skazańcami, do sypialni udali się dopiero rano.
Ku radości pobożnej teściowej Lenin zgodził się na ślub kościelny, który odbył się 22 czerwca 1898 roku.
Carska zsyłka diametralnie różniła się od warunków sowieckiego gułagu: nie oznaczała więzienia. Uljanowowie żyli w surowych, ale całkiem znośnych warunkach: otrzymywali listy, najnowsze książki, odzież, mieli co jeść i czym opalać zajmowaną przez siebie chatę. Do 1900 roku łączyła ich miłość, choć zatruwana od czasu do czasu przez matkę Krupskiej, osobę złośliwą, o wyjątkowo ciętym języku.
W tym też czasie Krupska ucięła sobie krótki romans z innym zesłańcem, Wiktorem Kurnatowskim. Włodzimierz - wierny uczeń Czernyszewskiego - podobno jednak wcale się tym nie przejął. Być może już wtedy wiedział, że Krupska z powodu choroby Gravesa-Basedowa jest bezpłodna...
Zamknijmy tu wątek pierwszej miłości Lenina: Apolinaria również została aresztowana i zesłana na Syberię. Po kilku miesiącach w ucieczce pomógł jej młody profesor prawa. Zbiegli razem do Londynu. W 1903 roku spotkali tam Lenina i Krupską, pomogli im nawet znaleźć niedrogie mieszkanie przy Holford Square 30. Przywódca bolszewików zamieszkał tam pod nazwiskiem Richter. Zajmował się propagandą programu agrarnego i zwalczał tezy partii socjalistycznych rewolucjonistów (eserowców). Opublikował książkę Co robić? (tytuł żywcem ściągnięty z Czernyszewskiego), w której tłumaczył rolę rewolucji.
W 1900 roku, po zwolnieniu, Lenin opuścił Rosję. Najpierw dołączył do przebywających w Szwajcarii towarzyszy, zmuszonych do emigracji. Oczywiście zabrał ze sobą żonę i teściową. Na wygnaniu przebywali około siedemnastu lat, na krótko powrócili do Petersburga w 1905 roku.
Mieszkał tam pod przybranym nazwiskiem, żeby uniknąć represji. Jadał obiady w restauracji Tartar, często w towarzystwie jednego z przyjaciół, Michaiła Rumiancewa. Kiedyś spostrzegł przy sąsiednim stoliku piękną samotną damę. Była to Elizabeth de X. (Heresch?), zamożna arystokratka, znana z upodobania do wyrafinowanego stylu życia. Lenin nie mógł oderwać od niej wzroku. Rumiancew, który ją znał, zaprosił ją do ich stolika. Przedstawił jej niejakiego "Williama Freya". Choć rozmawiali około godziny, Elizabeth nie miała pojęcia, że jej nowym znajomym jest słynny rewolucjonista, autor wywrotowych artykułów w "Nowej Żyzni". Gdy jakiś czas później Elisabeth (która prawdopodobnie była szpiegiem niemieckim) odwiedziła redakcję gazety, spotkała znajomego "Anglika". Czynił jej wyrzuty z powodu zaprzestania wizyt w Tartarze. Gdy spytała o niego Rumiancewa, ten odpowiedział jej: "Nic nie rozumiesz. Mój przyjaciel Frey bez wątpienia interesuje się kobietami, ale jego zainteresowanie ma raczej charakter polityczny i społeczny. Bardzo wątpię, czy konkretne kobiety go obchodzą. Pozwól mi dodać, że po naszym wspólnym obiedzie dokładnie wypytywał mnie o ciebie. Jest ostrożny przy zawieraniu nowych znajomości. Boi się tajnych informatorów. Zmuszony byłem mu powiedzieć, kim jesteś".
Naciskany przez nich obydwoje Rumiancew zaaranżował randkę. Spotkanie - i kilka następnych - odbyło się w apartamencie Elisabeth, w modnej luksusowej dzielnicy Petersburga. Lenin początkowo grał rolę dzielnego rycerza: gdy z kominka wypadł węgielek i zajął płomieniem suknię kobiety, rzucił się na podłogę, by ugasić płomień. Wkrótce seksualne spotkania zamieniły się w zebrania rewolucjonistów. Elisabeth już wcześniej wydawało się, że kochanek bardziej niż seksem zainteresowany był polityką. Przekonała się o tym w czerwcu 1906 roku, gdy poszła z Leninem na wiec na pola pod Petersburgiem. Lenin przemawiał tak żarliwie, że porwał zgromadzonych do marszu na miasto. Sam szedł na czele. Na Połostrowskim Prospekcie kozacy przepędzili manifestantów. Elisabeth wyprowadziła z tłumu przerażonego Lenina na przedmieście, a potem zawiozła tramwajem do centrum miasta.
Pojechała za nim, gdy udał się do Sztokholmu. Ale dzieląc czas między żonę a teściową, Lenin niewiele miał go dla kochanki. Czasem tylko wynajmowali łódkę w niedzielę i wypływali na jezioro. I tylko tyle... Nic dziwnego, że kobieta w pewnym momencie poczuła się urażona chłodem kochanka. Wróciła do Petersburga i postanowiła definitywnie zakończyć romans. Tęskniła jednak za rewolucjonistą. Po dwóch latach, gdy dowiedziała się, że Lenin jest w Genewie, pojechała do niego. Poszła na mityng komunistyczny. Zobaczyła go, otoczonego wielbicielami. Po spotkaniu zauważył ją, jak stała w kącie. "Co tu robisz?" - spytał ze zdumieniem. Wręczyła mu kartkę z adresem hotelu, w którym się zatrzymała. Lenin odwiedził ją nazajutrz, ale to już nie było "to". Namiętność wygasła. Pisywali jednak do siebie jeszcze przez dziewięć lat. Lenin, który w gruncie rzeczy miał lekceważący stosunek do inteligencji kobiet, wysłał jej kiedyś szachownicę z pionkami. Nie wierzył bowiem, że przedstawicielka płci pięknej może zrozumieć reguły tej gry. W odpowiedzi otrzymał reprodukcję Giocondy Leonarda da Vinci, z pytaniem, jakie są jego odczucia na widok obrazu. Nieokrzesany Rosjanin odpowiedział: "Nie rozumiem tej twojej Mony Lisy. Ani jej strój, ani twarz nie mówi mi zupełnie nic. Wydaje mi się, że istnieje opera o tym tytule i jakaś powieść d'Annunzia. Po prostu nie wiem, dlaczego wysłałaś mi tę rzecz".
Najwięcej czasu Uljanowowie spędzili w Genewie i w Paryżu, gdzie zamieszkali przy rue Marie-Rose 4. Obecnie w ich dawnym mieszkaniu znajduje się muzeum finansowane przez Francuską Partię Komunistyczną.
Oczywiście najważniejszym zajęciem Włodzimierza była działalność komunistyczna. Przesiadywał w bibliotekach, biegał na konferencje i dyskusje z towarzyszami francuskimi. Bywał również w słynnej Closerie des Lilas na MontparnasMontparnassie, gdzie do dziś zajmowany przez niego stolik zaopatrzony jest w stosowną inskrypcję. Dbając o zdrowie, chętnie jeździł nowym wynalazkiem - rowerem - po paryskich ulicach.
Obydwoje - Włodzimierz i Nadieżda - zmienili się fizycznie, przytyli, postarzeli. Lenin wyłysiał, nazywany bywał "starym". Namiętność minęła, został szacunek i rewolucyjna inspiracja.
Właśnie wtedy w życiu Lenina pojawiła się nowa fascynująca kobieta. Tak w latach 30. słynna radziecka feministka Aleksandra Kołłontaj opisała tę miłość: "Mamy tu do czynienia ze sferą całkowicie intymną. Jednakże teraz, kiedy znamy nazwisko tej drugiej kobiety, nic nie stoi na przeszkodzie, by mówić o tamtym epizodzie Lenina, który nigdy nie był tajemnicą dla jego towarzyszy. Lenin zadurzył się, powiedzmy, że był zakochany do szaleństwa w Inessie Armand".
Bogata rozwódka, Elisabeth Ines d'Herbeville Armand, pochodziła z Francji, była córką aktora music-halli, Francuza Theodore'a Steffena, i Angielki Nathalie Vilde. Urodziła się w 1874 roku. Po śmierci ojca wzięły ją na wychowanie babka i ciotka, mieszkające w Moskwie. Obie były nauczycielkami.
Inessa w wieku dziewiętnastu lat wyszła za mąż za syna magnata branży włókienniczej, Aleksandra Armanda. Jego ojciec był między innymi właścicielem domu handlowego "Jewgienij Armand i synowie", należały do niego lasy, majątki i kamienice czynszowe w Moskwie oraz fabryka tekstylna. Inessa i Aleksander znali się od dziecka, bo opiekunki dziewczynki często zabierały ją do posiadłości Armandów we wsi Puszkino, gdzie uczyły dzieci francuskiego i muzyki. Armandowie polubili Ines i pozwalali jej uczestniczyć w lekcjach. Była inteligentna i utalentowana: znała francuski, angielski i rosyjski, interesowała się muzyką i literaturą.
Pobrali się 3 października 1892 roku w cerkwi we wsi Puszkino. Połączyła ich nie tyle miłość, ile socjalistyczne poglądy - na przykład wspólnie otworzyli pod Moskwą szkółkę dla biednych chłopskich dzieci. Nie znaczy to jednak, że Inessa gardziła doczesnymi rozrywkami. Wkrótce stała się jedną z najbardziej znanych celebrytek ówczesnej Moskwy - wraz z mężem regularnie chodzili na przedstawienia do Teatru Bolszoj i na przyjęcia. Pani Armandowa budziła podziw drogimi strojami, futrami i biżuterią.
Mimo że Inessa urodziła Aleksandrowi czworo dzieci (dwóch synów i dwie córki), małżeństwo nie przetrwało. Inessa nawiązała romans z młodszym bratem męża, Włodzimierzem, z którym zaszła w ciążę. Wyjątkowo liberalny w dziedzinie seksu Aleksander oświadczył, że uzna dziecko za swoje, pod warunkiem że Włodzimierz skończy studia. Stało się jednak inaczej. Kochankowie związali się z radykalnym skrzydłem bolszewików. W styczniu 1905 roku uczestniczyli w słynnej demonstracji robotniczej pod Pałacem Zimowym. Byli wielokrotnie aresztowani, w końcu zesłani nad Morze Białe. Udało im się jednak uciec przez Finlandię do Szwajcarii. Włodzimierz był już wtedy ciężko chory na galopujące suchoty. Zmarł w Alpach, na leżaku, wpatrzony w oczy kochanki. Inessa pisała do przyjaciół: "Jego śmierć jest dla mnie niepowetowaną stratą. Moje szczęście zależało od niego, teraz zaś życie stało się trudne do zniesienia".
Postanowiła dla ukojenia duszy zostać zawodową rewolucjonistką. Skończyła studia na wydziale ekonomii politycznej na Uniwersytecie Powszechnym w Brukseli i wyjechała do Paryża.
Od 1903 roku była członkinią Partii Robotniczej Rosji. Znała nazwisko Lenina z wielu publikacji, przede wszystkim ze słynnego Co robić? Traf chciał, że zamieszkała po sąsiedzku z Uljanowymi przy rue Marie-Rose. Atrakcyjna działaczka zwróciła uwagę Włodzimierza. Była wysoka, dobrze ubrana, miała wielkie oczy i burzę kasztanowych loków. Wkrótce zaczęła pracować dla Lenina jako sekretarka - prowadziła korespondencję i robiła tłumaczenia. Czasem grywała mu na pianinie Beethovena, choć wódz rewolucji nie przepadał za muzyką, twierdząc, że działa mu na nerwy i "nastraja do robienia uroczych głupstw".
Obydwoje lubili jazdę na rowerze i często wybierali się na wycieczki za miasto, na przykład do Longjumeau, gdzie w 1911 roku otwarto pierwszą szkołę dla kadry bolszewickiej. Zapewne podczas jednej z takich wypraw zostali kochankami. Przyjaciele zauważyli, że Lenin zmienił się pod wpływem pięknej Francuzki: porzucił melonik na rzecz kaszkietu, schudł, zaczął bardziej dbać o wygląd. Przystrzygł brodę. Wypracował swój charakterystyczny image.
Wkrótce stali się nierozłączni: Lenin, jego podstarzała żona Nadieżda i seksowna Ines. Krupska pozostała wierna ideom Czernyszewskiego i nawet jeśli czuła zazdrość, nie okazywała jej. Przeciwnie, demonstrowała sympatię dla rywalki. "Wystarczyło, że Inessa weszła do pokoju, od razu robiło się jasno - pisała w swoich pamiętnikach. - Całymi godzinami spacerowaliśmy po usłanych liśćmi drogach. Najczęściej chodziliśmy we trójkę: Włodzimierz, Inessa i ja. Niekiedy siadywaliśmy na skąpanym w słońcu zboczu pokrytym pniami drzew. Lenin tworzył szkic przemówienia, dopracowywał szczegóły. Korzystając z jesiennego słońca, Inessa szyła spódnicę, ja zaś uczyłam się włoskiego". Istna idylla nowoczesnej rodziny, wyrwanej z pęt burżuazyjnej moralności!
Dobrą atmosferę psuła jednak od czasu do czasu teściowa, robiąc Leninowi awantury z powodu kochanki. A poza tym trójkąt na krótko zmienił się w czworokąt - do Paryża przyjechał dawny kochanek Krupskiej, Kurnatowski, i namiętność na nowo rozkwitła. Gdy jednak ciężko chory Kurnatowski wyjechał, bo nie służyło mu paryskie powietrze, wszystko wróciło na dawne tory.
Kiedy trójkąt się rozpadł - Lenin z Nadieżdą wyjechali z tajną misją do Krakowa - Inessa pisała listy pełne tęsknoty. O dziwo, tęskniła za obojgiem: "Rozstaliśmy się, ja i Ty, najdroższy! To takie bolesne. Gdy spoglądam na znajome miejsca, widzę aż nazbyt jasno, jak nigdy dotąd, ile miejsca zajmujesz w moim paryskim życiu. Każda moja tu aktywność łączy się tysiącznymi nićmi z myślami o Tobie. Nie byłam w Tobie zupełnie zakochana, choć kochałam Cię tak bardzo. Nawet teraz potrafię obejść się bez Twoich pocałunków, o ile będę mogła Cię widywać. (...) Pytasz mnie, czy się nie gniewam, że to Ty narzuciłeś nam rozłąkę. Nie, bo nie sądzę, byś uczynił to dla siebie. Było wiele dobrego w moich paryskich kontaktach z Nadieżdą. W jednej z ostatnich pogawędek powiedziała mi, że stałam się jej bardzo droga po wspólnych chwilach spędzonych w Longjumeau i jesienią nad tłumaczeniami".
Samotność źle wpływała na Inessę. Dręczyła najbliższe otoczenie, ustawicznie kłóciła się ze swoją najbliższą przyjaciółką, neurotyczną Tamarą. Gdy w 1912 roku Tamara popełniła samobójstwo, Inessa czuła się odpowiedzialna za jej śmierć. Pisała do Lenina: "Nie potrafiłam zrozumieć, że Tamara to piękny, słodki kwiat, dla którego życie okazało się zbyt okrutne, kwiat, który należało otoczyć troskliwą opieką i hodować z nieskończoną dbałością. Obawiam się, że pomog łam Opatrzności zadać jej śmiertelny cios. A przecież kochałam ją, tak bardzo ją kochałam, zapewniam Cię!".
Niestety, Lenin nie pocieszył kochanki. Jego listy stały się informacyjne, suche. W jednym z nich poprosił o zwrot całej jego korespondencji. Prawdopodobnie związane to było z konspiracją.
Nie jest jednak wykluczone, że tak naprawdę miało to związek z chorobą weneryczną, którą zaraził się ponoć od Inessy. W latach 1915-1917 Lenin leczył się na kiłę utajoną w klinice L'Etoile des Alpes w Lozannie - tak przynajmniej twierdziła jedna z pielęgniarek, znająca historię choroby. Ten wariant jest jednak o tyle mało prawdopodobny, że gdyby wystąpiła u niego późna kiła, musiałby zarazić się krętkiem bladym długo przed 1910 rokiem, kiedy to prawdopodobnie rozpoczął współżycie z Inessą.
Wkrótce kochankowie znów spotkali się w Szwajcarii. Uczucie odżyło, choć już w innym, mniej namiętnym wydaniu. Chodzili razem na długie spacery, Lenin w dowód zaufania powierzył jej fundusze partyjne. Nadieżda, choć jeszcze niedawno proponowała Leninowi, że odejdzie i pozostawi mu wolną rękę, nadal trwała przy jego boku i "przyjaźniła się" z Inessą. Lenin nie pozwolił żonie odejść, bo nie chciał skandalu, Krupska zaś uznała, że będzie dla niej lepiej, gdy chętna kochanka wyręczy ją w pożyciu seksualnym z mężem chorym wenerycznie.
"Towarzyszka Armand" pocieszała nawet Krupską po śmierci matki, którą skremowano i pochowano w Bernie.
Po rewolucji lutowej w 1917 roku, gdy w marcu car Mikołaj II abdykował, a wielki książę Michał zrzekł się korony, utworzono Rząd Tymczasowy. Niemcy miały nadzieję, że Lenin po powrocie do kraju powstrzyma Rosję od uczestnictwa w I wojnie światowej. W tym celu wysłano do Rosji nasze ménage de trois w słynnym zaplombowanym wagonie.
W październiku Lenin przejął władzę i przeniósł stolicę z Petersburga do Moskwy. Razem z Krupską zamieszkali na Kremlu, Inessa zaś na Arbacie. Dyktator w tym czasie nie czuł się dobrze - cierpiał na uporczywe bóle głowy, zapewne związane z niedoleczoną kiłą. Kochanka pocieszała go, na ile pozwalały jej liczne obowiązki. Zajmowała bowiem wysokie stanowisko w komitecie centralnym partii bolszewickiej, a także w radzie gospodarczej okręgu moskiewskiego.
Stała się orędowniczką radzieckiego feminizmu. Głosiła pochwałę wolnych związków i wyzwolenia kobiet z wszelkich tabu. Blisko współpracowała z osławioną na tym polu Aleksandrą Kołłontaj. Ta ekscentryczna córka carskiego generała porzuciła męża i rodzinę na rzecz działalności politycznej - najpierw w partii mienszewików, a potem bolszewików. "Akt seksualny musi być widziany nie jako coś wstydliwego czy grzesznego, ale coś, co jest tak naturalne jak inne potrzeby zdrowego organizmu, na przykład głód czy pragnienie. Takie zjawiska nie mogą być oceniane jako moralne czy niemoralne" - pisała. W jednym ze swoich opowiadań opublikowanych w 1923 roku w zbiorze Miłość pszczół robotnic, Kołłontaj stworzyła postaci trzech pokoleń rewolucjonistek. Babcia rzuciła męża, matka miała dwóch kochanków, a potem konkubenta. Córka uwiodła konkubenta matki, współżyła z kim popadnie, w końcu zaszła w ciążę, ale nie zdecydowała się urodzić i poddała się aborcji. Kołłontaj z osobliwym uporem podkreślała, że dzięki takim zachowaniom w ciągu pięćdziesięciu lat bolszewizmu "zaniknie palenie, przeklinanie, brak szacunku oraz konflikt".
Sam Lenin dystansował się od takiej wizji wolnych związków, opowiadając się za ślubami cywilnymi, zawieranymi z miłości.
Mimo że nie mogli się teraz często spotykać, Lenin okazywał troskę o Inessę. Gdy dowiedział się, że w jej biurze wybuchła bomba podłożona przez zamachowca, od razu zadzwonił, żeby dowiedzieć się o jej los. Na szczęście kobieta tuż przez wybuchem wyszła z budynku. Gdy w 1920 roku powiedziała mu, że źle się czuje, postanowił wysłać kochankę na Kaukaz, gdzie w sprzyjającym klimacie, jak wierzył, szybko dojdzie do zdrowia. Niestety, w okresie wojny domowej szalały na terenie Związku Radzieckiego groźne choroby zakaźne - grypa, tyfus, dur plamisty, cholera. Inessa, wycieńczona i zmęczona pracą, stanowiła doskonałą pożywkę dla zarazków. Cały czas prowadziła dziennik, w którym jak w lustrze odbija się obraz jej choroby i pokazuje, jak z wolna traciła siły i jasność myślenia. Wpadała w depresję, miała halucynacje. Mimo to do końca nie traciła rewolucyjnego ducha. "W przeszłości musiałam wielokrotnie poświęcać własne szczęście i miłość dla rewolucji - brzmiał ostatni wpis. - Żywiłam wszakże przekonanie, że miłość jest równie ważna jak sprawy polityczne. Teraz jednak myślę inaczej. W porównaniu z życiem społecznym miłość nie ma żadnego znaczenia (...) To prawda, miłość nadal zajmuje istotne miejsce w moim życiu, zadaje mi ona bardzo okrutne cierpienia, za bardzo zaprząta moje myśli. Jednak bez względu na to, jak wielki sprawia mi ból, nie wątpię ani przez chwilę, że miłość i osobiste uczucia są niczym w porównaniu z rzeczywistością walki. Właśnie dlatego koncepcje romantyczne, które kiedyś mogłam zaakceptować, teraz wydają mi się...".
Jej siły drastycznie osłabiła dwudniowa podróż do sanatorium w Nalczyku - spała w przerażającym brudzie i zimnie na dworcowych ławkach. Po drodze jadła tylko przypadkowo zdobyte, nieumyte owoce i warzywa. W ten sposób nabawiła się cholery (niektórzy historycy twierdzą, że tyfusu). Zmarła 24 września 1920 roku. Ciało odesłano do Moskwy.
Współpracownica Lenina, Angelika Bałabanowa, pisała: "Nigdy dotąd nie widziałam człowieka, który byłby tak pogrążony w rozpaczy, który by się tak zapamiętywał w swoim bólu i starał go ukryć przed innymi, tak jakby siła jego uczuć miała zmaleć, gdyby inni się o nich dowiedzieli".
Ciało przybyło do Moskwy 11 października. Choć w tym czasie trudno było w Związku Radzieckim o elegancką trumnę, to jednak Lenin osobiście dopilnował, aby takowa się znalazła. Wódz rewolucji osobiście eskortował ciało kochanki, za nim szła Krupska, Aleksander Armand i dzieci Inessy. Ciało wystawiono w Domu Sowietów. Pogrzeb odbył się z wielkimi honorami 12 października u stóp Kremla. W jego murze, obok innych zasłużonych bolszewików, znajduje się do dziś stosowne epitafium. Lenin położył na jej grobie wieniec z białych lilii. Bałabanowa pisała: "Nie tylko jego twarz, ale cała postać wyrażała tak wielki smutek, że nie odważyłam się go pocieszać nawet najmniejszym gestem. Było jasne, że chce pozostać sam na sam ze swą żałobą. Wydawało się, że zmalał: czapka niemal zakrywała mu twarz, oczy tonęły w powstrzymywanych z wielkim wysiłkiem łzach. Gdy nasze grono postąpiło naprzód wraz z tłumem żałobników, poszedł z nami bez oporu, tak jakby wdzięczny był, że prowadzimy go bliżej zmarłej towarzyszki".
Rozpacz po śmierci Inessy nie przeszkadzała mu kochać jednak na swój sposób Krupskiej. Była to, rzecz jasna, inna miłość, pozbawiona pożądania, ale oparta na wielkim zaufaniu i przywiązaniu. Larysa Wasiliewa wspomina wzruszającą opowieść niejakiego Iwana Troickiego, który pewnego wieczoru pełnił wartę przy mieszkaniu Lenina na Kremlu. Lenin wydał mu polecenie, żeby zawiadomił go, kiedy usłyszy na schodach kroki Krupskiej, wracającej z jakiegoś posiedzenia. "Wania nasłuchiwał pilnie - pisze Wasiliewa. - Panowała cisza. Nagle otworzyły się drzwi, wyszedł Włodzimierz Iljicz.
- Nie ma nikogo - powiedział Wania.
Włodzimierz Iljicz dał mu znak.
- Idzie - szepnął jak spiskowiec i pobiegł schodami w dół, żeby powitać Nadieżdę, która stąpała bardzo cicho, on jednak usłyszał jej kroki".
Uljanowowie zajęli się dziećmi Inessy. Dzięki temu uniknęły one złego losu - na przykład jednego z jej synów, lotnika, o mało co nie rozstrzelali czerwonoarmiści. Uratowała go osobista interwencja wodza.
Po latach mówiono, że Inessa miała dziecko z Leninem, które zmarło w wieku kilku lat. Pewien radzicki operator filmowy twierdził nawet, że na własne oczy widział w Szwajcarii grób tego dziecka.
Załamanie związane ze śmiercią wieloletniej kochanki przyspieszyło atak choroby. Wkrótce po pierwszym wylewie w maju 1922 roku Lenin schronił się w swojej daczy w Gorki pod Moskwą. Krupska czuwała wiernie przy jego łóżku. Miała jednak towarzystwo - w imieniu partii doglądał go również Józef Stalin. Sam zgłosił się do pełnienia tego smutnego obowiązku. Prawdopodobnie zrobił to, bo znał już przyniesiony mu przez sekretarkę Lenina w tajemnicy przed wodzem jego partyjny "testament". I słowa: "Stalin jest zbyt ordynarny, to wada, znośna w naszym środowisku i w kontaktach z nami, komunistami; staje się jednak niedopuszczalna na stanowisku sekretarza generalnego. Dlatego proponuję towarzyszom zastanowić się nad możliwością usunięcia Stalina z tego stanowiska i obsadzenia go kimś innym".
Stalin swoje obowiązki rozumiał bardzo poważnie - nie dopuszczał nikogo do Lenina, izolował go od informacji z zewnątrz. Dobrze bowiem wyczuł okazję do przejęcia władzy. Gdy dowiedział się, że Lenin podyktował Krupskiej list do Trockiego, bardzo się zdenerwował i zrobił jej przez telefon karczemną awanturę. Oświadczył, że ponieważ złamała polecenie lekarza, sprawa zostanie skierowana do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej. Tego było za wiele dla zasłużonej towarzyszki, matki rewolucji. Sama napisała do komisji list: "Nie od dziś jestem w partii. W ciągu trzydziestu lat nie słyszałam od żadnego towarzysza ani jednego grubiańskiego słowa, interesy partii i Iljicza są mi nie mniej drogie niż Stalinowi. O czym wolno i o czym nie wolno rozmawiać z Iljiczem i co go denerwuje, wiem lepiej od każdego lekarza i z pewnością lepiej od Stalina".
Gdy Lenin po trzech miesiącach dowiedział się o kłótni Stalina z Krupską, podyktował swojej sekretarce list do Józefa Wissarionowicza: "Pozwoliliście sobie na grubiaństwo wobec mojej żony, wezwaliście ją do telefonu i zwymyślaliście. Chociaż zgodziła się puścić to w niepamięć, jednak o tym fakcie dowiedzieli się Zinowiew i Kamieniew. Nie mam zamiaru tak łatwo zapominać doznanych krzywd, a nie muszę wyjaśniać, iż krzywdę wyrządzoną mojej żonie traktuję jak własną. Dlatego proszę powiadomić mnie, czy zgadzacie się odwołać wszystko, co powiedzieliście, i przeprosić, czy też zerwać nasze stosunki".
Był wtedy już bardzo chory. Tak opisywał go malarz, Jurij Annienkow, który w grudniu 1923 roku wybrał się do miejscowości Gorki, aby zrobić portret wodza rewolucji: "Otulony kocem człowiek, który spoczywał na szezlongu i spoglądał przed siebie ze zdziecinniałym uśmiechem, mógł być modelem do zilustrowania strasznej choroby, ale nie do portretu Lenina".
Lenin tak się zdenerwował napisaniem tego listu, że dostał kolejnego wylewu, po którym nastąpił paraliż połowy ciała. Trocki twierdził co prawda, że Stalin czymś podtruwał chorego wodza, jednak bardziej prawdopodobne jest, że ambitny Gruzin zachował się jak Kaligula przy śmierci Tyberiusza - nie pozwolił, by udzielono mu pomocy lekarskiej i tym samym pomógł mu przenieść się na tamten świat. Testament Lenina nie został upubliczniony, więc droga do władzy stała dla Stalina otworem.
Lenin żył jeszcze rok, nie odzyskując świadomości. Zmarł 21 stycznia 1924 roku w wyniku kolejnego udaru w wieku pięćdziesięciu trzech lat. Był obciążony genetycznie - jego ojciec zmarł w wieku pięćdziesięciu pięciu lat z tej samej przyczyny. Do końca nie wiadomo, czy kiła była powodem jego śmierci. Przedwojenna polska Encyklopedia powszechna podaje jednak, że gdy po śmierci otwarto czaszkę Lenina, znaleziono w niej zamiast mózgu zielonkawą substancję. "Te kilka kubków zielonej, cuchnącej ropy spowodowało najbardziej tragiczny przewrót w dziejach świata" - napisano.
Mimo sprzeciwu żony i samego Lenina (w swoim testamencie Włodzimierz Lenin prosił o zwykły pochówek w ziemi na cmentarzu obok matki w Leningradzie), Stalin kazał go zabalsamować i wystawić w specjalnym mauzoleum. Komuniści burzyli kościoły, ale potrzebowali własnych "świętych".
Krupska na pogrzebie Lenina mówiła:
"- Towarzysze, mam do was wielką prośbę. Nie pozwólcie, by wasz smutek po nim przybrał zewnętrzne formy oddawania czci jego osobie. Nie wznoście mu pomników ani pałaców jego imienia, nie organizujcie wspaniałych uroczystości ku jego pamięci... Tak mało wagi przywiązywał za życia do takich rzeczy, tak mu one ciążyły. Pamiętajcie, że tak wiele jest jeszcze do zrobienia w naszym kraju...".
Niestety, to były już czasy, gdy ostatnie słowo należało do Stalina. A on miał inne plany - w mauzoleum miało się znaleźć miejsce i dla drugiego "świętego"...
Lenin przeleżał około miesiąca, zanim podjęto decyzję o sposobie zabalsamowania. Co prawda utrzymywano niską temperaturę, ale oznaki rozkładu były już widoczne ("lewa ręka miała zielonoszary kolor, a uszy były całkowicie zdefasonowane"). Ówcześni lekarze nie mieli wówczas doświadczenia w mumifikacji przywódców partyjnych, więc choć tuż po śmierci Lenina profesor Aleksiej Iwanowicz wpompował w ciało wodza środek konserwujący, nie do końca okazało się to skuteczne. Dopóki trwała mroźna rosyjska zima, zwłoki trzymały się nieźle. Jednak z wiosną trzeba było zacząć działać szybko. Zajęli się tym profesor anatomii Władimir Pietrowicz Worobiow i biochemik, profesor Iwan Iljicz Zbarski. W tym czasie budowano na placu Czerwonym mauzoleum z czerwonego granitu, przylegające do ścian Kremla.
Sarkofag Lenina jest przechowywany w stałej temperaturze 16°C i wilgotności 80-90 procent. Kiedyś ciało Władimira chroniła zwykła szyba, ale po incydencie, gdy zaatakował go szalony antykomunista z młotkiem, zmieniono szkło na pancerne. Oświetlenie jest wystarczająco słabe, żeby ukryć woskowatość widocznych części ciała Lenina. Zachował ponoć własne włosy, wąsy i bródkę. Co osiemnaście miesięcy mumia wyciągana jest z sarkofagu i kąpana w roztworze octanu potasu, alkoholu, gliceryny, wody destylowanej i chininy. Co tydzień pleśń na skórze przemywana jest łagodnym wybielaczem. Lenin co trzy lata dostaje też nowy garnitur. Specjaliści twierdzą, że przy odpowiednim traktowaniu mumia przetrwa nawet sto lat. O wiele dłużej niż jego idee.
Po śmierci Lenina mściwy Stalin jak mógł utrudniał życie Krupskiej. Bał się jednak jawnie wyrządzić jej krzywdę - w końcu była wdową po wodzu rewolucji. Szydził jednak z właściwym sobie grubiaństwem, że "wdową po Leninie może mianować którąś z towarzyszek starej gwardii partyjnej".
Krupska usunęła się w cień i poświęciła opiece nad dziećmi Inessy, tak jak tego chciał jej mąż. Stalin jednak nigdy nie zapomniał jej ani awantury i niezależności, ani listu, ani przede wszystkim tego, że znała pełną treść testamentu Lenina. W dniu 70. urodzin Krupskiej, 26 lutego 1939 roku, przesłał jej wspaniały tort, udekorowany różami z bitej śmietany. Największa róża przeznaczona była dla jubilatki. Zjadła ją z apetytem.
Nazajutrz zmarła z powodu "zatrucia pokarmowego". Tylko ona jedna z biesiadników miała problemy zdrowotne.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
"Człowiek dopiero wtedy jest w pełni szczęśliwy, gdy może służyć, a nie wtedy, gdy musi władać. Władza imponuje tylko małym ludziom, którzy jej pragną, by w ten sposób nadrobić swoją małość" - powiedział kiedyś kardynał Stefan Wyszyński. Autorka niniejszej książki przeanalizowała sylwetki kilkunastu dyktatorów i tyranów współczesnego świata pod względem charakterów, cech osobowościowych. Opisała ich życie prywatne, pochodzenie, stosunek do kobiet i rodzin.
Każdy z nich mniej lub bardziej tragicznie zapisał się w historii, ale wszyscy jedną cechę mają wspólną - byli parweniuszami, którym nieograniczona władza służyła między innymi do rekompensowania kompleksów wynikających z niskiego pochodzenia, luk w edukacji, niedoskonałości wyglądu, miernego wzrostu i braku powodzenia u płci pięknej. Gdy stawali się führerami, generalissimusami czy wielkimi wodzami - wspomniane problemy przestawały istnieć. Powstawały wymyślone, hagiograficzne biografie ojców narodu, oni sami nadawali sobie tytuły naukowe lub najwyższe stopnie wojskowe, dziennikarze sławili ich urodę i charyzmę, a najpiękniejsze kobiety słały im się do nóg. Bo - jak stwierdził kiedyś Henry Kissinger - "władza jest najlepszym afrodyzjakiem".
Dziś na starych taśmach filmowych możemy oglądać duchy, fantomy karykaturalnych dla dzisiejszego widza wiecowych mówców. Chłodne oko kamery odziera ich z wszelkiej charyzmy, okrutnie podkreśla śmieszność, teatralność gestów i populizm słów. Cóż takiego było w nich, co powodowało, że nawet inteligentni, wykształceni, myślący ludzie, dostrzegający wszelkie powiązania przyczynowo-skutkowe, na dźwięk głosu i widok dyktatora zamieniali się w stado bezmyślnych baranów? Strach? Na pewno nie tylko. Jakiś rodzaj zbiorowej hipnozy? "Psychika szerokich mas nie jest wrażliwa na półśrodki i słabości. Podobnie jak kobieta, na której delikatność uczuć mniejszy wpływ ma abstrakcyjna mądrość niż bliżej nieokreślona tęsknota poddania się uczuciom, łatwiej ulegnie mocnemu mężczyźnie niż słabemu, tak i ludzie bardziej kochają mocnego władcę niż słabego i czują większą satysfakcję z doktryny, która nie toleruje rywali, niż z takiej, która uznaje liberalną wolność - naród na ogół nie wie, jak się nią posługiwać i wnet czuje się opuszczony" - pisał Adolf Hitler w Mein Kampf. Na pewno odpowiedź na to pytanie najprędzej znalazłby Gustaw Le Bon, specjalista od psychologii tłumu. Albo Patrick Süskind, autor powieści Pachnidło: zauważmy, że ten sam tłum, który entuzjastycznie w Mediolanie reagował na ostatnie przemówienie Mussoliniego, kilka dni później z szyderczym śmiechem bezcześcił jego zwłoki.
W ich życiorysach jest wiele podobieństw. Zwykle wywodzili się z tak zwanych nizin społecznych (jedynie rodzinę Lenina i Hitlera można usytuować w klasie średniej). Często były to domy patologiczne lub bardzo biedne: zdarzało się, że Stalina i Hitlera w dzieciństwie bito do krwi, Castro był bękartem, Tito, Mao, Kim Ir Sen, Mussolini, Husajn i Bierut pochodzili z chłopskich rodzin, Kaddafi zaś był synem autentycznego nomady, poganiacza wielbłądów i urodził się w namiocie na pustyni.
Wyjąwszy tych, którzy zostali namaszczeni przez potężniejszych od nich tyranów - sami zdobywali władzę w wyniku zamachów zbrojnych. Zwykle kończyło się to dla nich klęską. "Bo kto sam sięga po władzę - powiedział Hindenburg do Hitlera - miast być nią obdarzony, nieraz kończy na stosie".
Każdy z nich w mniejszym lub większym stopniu hodował w swojej psychice okrucieństwo i bezwzględność. "Jest człowiek, jest problem. Nie ma człowieka, nie ma problemu" - powtarzał Stalin, lekką ręką podpisując wyroki śmierci na ponad 40 tysięcy ludzi. Adolf Hitler szpicrutą zmuszał do posłuszeństwa swoje psy i kobiety. Idi Amin odcinał głowy wrogom i chował je "na pamiątkę" w zamrażarce. Nawet nasz rodzimy "dyktatorek" z nadania Kremla, Bolesław Bierut, uwielbiał podczas polowań patrzeć na konające zwierzęta, bo to koiło jego skołatane nerwy...
Żaden z opisywanych dyktatorów nie potrafił ułożyć sobie życia prywatnego i utrzymać normalnych relacji z najbliższym otoczeniem; ludzi, nawet tych najbardziej oddanych, traktowali instrumentalnie. Równie łatwo wydawali wyroki śmierci na przeciwników politycznych, jak na niemłode już żony czy kłopotliwe kochanki. Wszystkich charakteryzowały nienormalne, destrukcyjne relacje z kobietami. Na ogół też niszczyli życie swoim dzieciom.
Czytelnik znajdzie w tych życiorysach jeszcze wiele innych, zdumiewających analogii.
Symptomatyczne, że wzajemnie wzbudzali w sobie fascynację. Hitler zazdrościł Mussoliniemu talentu oratorskiego i charyzmy. Z kolei Stalin miał istną obsesję na punkcie Hitlera: gromadził wszelkie informacje o przywódcy III Rzeszy, jako osobisty afront przeżył atak Niemców na ZSRR. Nawet po wojnie mawiał: "Razem z Niemcami bylibyśmy niepokonani"... Bierut zaś uważał Stalina za niedościgły wzór i wyrocznię. Tajemnicza śmierć towarzysza "Tomasza" wiąże się z XX Zjazdem KPZR, gdy Chruszczow w swoim słynnym raporcie ujawnił zbrodnie stalinowskie - istnieje wersja, że Bierut popełnił samobójstwo, porażony ich skalą.
Każdy z dyktatorów marzył o tym, by być bogiem. Większość stała się bogami w swoich krajach. Panami życia i śmierci. Władcami dusz. Do dziś pamięć o wielu z nich otaczana jest kultem, bo geniusz, który idzie w parze z szaleństwem, łącząc wielkość z perwersją, budzi proporcjonalne do swoich zbrodni emocje. I niezdrową ciekawość, żeby poznać najmroczniejsze tajemnice, skrywane pod porywającymi słowami i gestami.